PROLOG
12 lutego 1912 rokuKair, Egipt
Alice Fortune była urzeczona. Robiła, co w jej mocy, żeby się nasycić tym, co ją otaczało, od pokrytych bujną zielenią gałęzi niskopiennych palm w kamiennych donicach stojących po obu stronach szerokich schodów, poprzez kafelki na podłodze tarasu w jaskrawych odcieniach niebieskiego, zieleni i pomarańczu, aż po lekki wietrzyk przesycony zapachami jaśminu i fig poruszający kosmykami jej włosów, które wyswobodziły się ze spinek i łaskotały ją po karku.
To uczucie było dla niej nowe. To pragnienie, żeby zobaczyć, poznawać i doświadczyć wszystkiego wokół. Nigdy nie oddaliła się od domu dalej niż do Toronto, więc jej apetyt na eksplorację był nienasycony.
Niestety jej matka chciała odpocząć od upału, a reszta rodziny postanowiła dołączyć do niej. Alice była jednak zbyt podekscytowana, żeby się położyć. Nie, kiedy wciąż miała tak wiele do odkrycia. Co prawda nie mogła opuścić hotelu, ale gdy w przypominającym świątynię holu zjawił się przyjaciel rodziny i współtowarzysz podróży powracający z porannej przechadzki, skwapliwie skorzystała z możliwości wymigania się od pokutnego wyglądania przez okno, podczas gdy jej siostry zażywały drzemki.
W taki właśnie sposób znalazła się na werandzie hotelu Shepheard's w sercu Kairu, gdzie popijała herbatę z przystojnym, jasnowłosym Williamem Sloperem z Connecticut. Uśmiechnął się do niej pobłażliwie, gdy uniosła szklankę z zimną herbatą hibiskusową i spojrzała na niego, chyba po raz pierwszy, odkąd usiedli przy rattanowym stoliku. Inny mężczyzna mógłby się poczuć urażony brakiem jej uwagi, ale nie William. Był niepoprawnym flirciarzem, chociaż zupełnie nieszkodliwym, poza tym zachowywał pogodę ducha i nie brał tego zbyt poważnie. Roześmiała się, a jej śmiech rozbrzmiał wyraźnie na tle ściszonych, kulturalnych głosów oraz łoskotu wózków i samochodów jadących ulicą.
- Nie wyobrażam sobie, aby mogła pani wypić herbatę na tarasie swojego domu w Winnipeg o tej porze roku - zauważył.
- Dobry Boże, nie - zgodziła się. - No chyba że chciałabym zamarznąć na kość w ciągu kilku sekund. Muszę jednak przyznać, że Winnipeg zimą ma także swoje zalety. - Poczuła się zobowiązana do wyrażenia lojalności w stosunku do swojego miejsca zamieszkania, chociaż w tej chwili nie mogła sobie przypomnieć żadnej z jego zalet.
Sloper mruknął coś pod nosem i skinął głową.
- Domyślam się, że nie potrzebujecie tam lodówek.
Uśmiechnęła się.
- Wydaje mi się, że w Connecticut nie jest o wiele cieplej.
- Dlatego też jestem tutaj, a nie tam.
Upiła łyk herbaty. Było w niej dość cukru, by poczuć smak hibiskusa, ale za mało, by stłumić jego cierpkość.
- Sądziłam, że jest pan poszukiwaczem przygód.
- Tak, ale zawsze najlepiej wyruszać na podbój świata zimą. - Jasnoniebieskie oczy Williama zalśniły pod rondem kapelusza panama. - I wracać do Nowej Anglii, w chwili gdy żonkile zapowiadają nadejście wiosny.
Alice nie była w stanie zbić tego argumentu, ponieważ najwyraźniej jej ojciec, Mark Fortune, miał to samo na myśli, kiedy zaskoczył całą rodzinę tą wycieczką, grand tour po Europie i krajach śródziemnomorskich. Pozornie powodem była nagroda dla młodszego brata z okazji ukończenia szkoły, ale wszyscy zostali zaproszeni do uczestnictwa. Namówienie czworga najmłodszych dzieci Fortune, by dołączyły do takiej ekstrawaganckiej podróży, nie było trudne. Nawet Flora, starsza o cztery lata siostra Alice, z chęcią przełożyła swój wiosenny ślub, żeby z nimi wyjechać i służyć jako przyzwoitka trójce młodszego rodzeństwa. Ale oczywiście Flora już była taka obowiązkowa. Zawsze zgadzała się na wszystko, co wymyślili rodzice.
Państwo Fortune'owie wsiedli do pociągu w Winnipeg zaraz po rozpoczęciu nowego roku i popłynęli z Nowego Jorku do Triestu na statku Franconia obsługiwanym przez Cunard. Tam właśnie poznali Williama Slopera, a także kilkunastu innych Kanadyjczyków wyruszających na wakacje. Niektórzy z nich mieli podążać tą samą trasą co mieszkańcy Winnipeg: przez Włochy do Egiptu, gdzie zatrzymali się w kairskim hotelu Shepheard's. Wszyscy, którzy się liczyli, zatrzymywali się w Shepheard's, kiedy byli w Kairze, a przynajmniej stołowali się w jego znakomitej restauracji.
- Kiedy wyjeżdżacie? - zapytał William.
Alice wiedziała, że ma na myśli wycieczkę łodzią w górę Nilu do Luksoru i Teb, ponieważ przez ostatnie pół godziny mówiła o świątyniach i piramidach.
- Za kilka dni.
Odwróciła się i omiotła wzrokiem innych gości zasiadających przy stolikach na tarasie po obu stronach głównego wejścia do hotelu. Większość z nich zgromadziła się pod markizą chroniącą przed silnymi promieniami słońca, ale dwie panie w sukniach z cienkiego materiału zasiadły pod gałęziami niskopiennej palmy na werandzie, częściowo w cieniu, częściowo w przefiltrowanym przez gałęzie słońcu.
- Dzisiaj po południu udajemy się do Muzeum Egipskich Starożytności. Możesz pan do nas dołączyć.
- Być może tak zrobię - powiedział.
Z hotelu wyłonili się goście; najpierw się zatrzymywali, aby przyzwyczaić wzrok do jasnego światła słonecznego. Nawet cień na tarasie nie pomagał, gdy wychodziło się z zacienionego, eleganckiego wnętrza z alabastrowymi kolumnami zwieńczonymi lotosowymi kapitelami, pełnego marmurowych i hebanowych elementów wyposażenia. Elegancko ubrana para zamrugała kilkakrotnie, po czym ruszyła po wykafelkowanej podłodze, a następnie zeszła po schodach na ulicę, gdzie czekał na nich samochód.
William ponownie wspomniał o upalnej pogodzie, ale Alice słuchała go tylko jednym uchem, ponieważ zainteresował ją niewielki mężczyzna w brązowym fezie, który stanął po drugiej stronie balustrady i rozmawiał z elegancką parą. Cokolwiek im mówił, wytwornie ubrany mężczyzna nie chciał go słuchać, ponieważ odwrócił się od niego i pomógł kobiecie wsiąść do pojazdu.
Nagle uwagę Alice przyciągnął klakson przejeżdżającej ciężarówki, odwróciła się i przyglądała ciągnionemu przez osiołka wózkowi, którego woźnica podniósł rękę i krzyknął coś w odpowiedzi. Kiedy spojrzała ponownie, odkryła, że niski mężczyzna patrzy na nią. Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, gdy przełożył rękę przez metalową barierkę, by wykonać w jej stronę przyzywający gest. Z początku się zastanawiała, czy to nie kolejny uliczny sprzedawca, który zachwala swoje towary przechodniom, ale on niczego nie trzymał w rękach. Poza tym taki handlarz nie mógłby oferować swoich towarów tak blisko hotelu.
- Czego on, pana zdaniem, chce? - zapytała mimochodem.
William spojrzał w tym samym kierunku, a mężczyzna ponownie wykonał przyzywający gest.
- No cóż, prawdopodobnie chce pani powróżyć. Wróżył już ktoś panience?
- Nie. Ale... - Nie była pewna, czy matka i ojciec by się na to zgodzili, podobnie jak jej starsza siostra Flora, ale w końcu wyjechali w tę podróż, żeby doświadczać innych kultur i kontynentów. - Och... To chyba nic złego?
- A zatem go przyprowadzę - odparł William z uśmiechem.
Alice wygładziła dłońmi spódnicę w kolorze bławatka, rozprostowując zagięcia i uważając, żeby nie przesunąć rękawiczek, które złożyła na podołku, po czym poprawiła słomkowy kapelusz z szerokim rondem, bo nagle poczuła się równie zdenerwowana, jak podekscytowana.
Ciemną skórę egipskiego jasnowidza przecinały zmarszczki, a jego szaty były zakurzone, ale oczy lśniły ciepłem i serdecznością. Ukłonił się grzecznie, po czym przemówił melodyjnym głosem z silnym akcentem.
- Czy panienka chciałaby, żebym wyczytał jej przyszłość z dłoni?
Podała mu rękę, patrząc z zainteresowaniem, jak ją odwraca i przygląda się wnętrzu dłoni, przesuwając krótkimi palcami po liniach. William poprawił szarą lnianą marynarkę i usiadł na swoim krześle, puszczając do niej oko.
- Grozi ci niebezpieczeństwo za każdym razem, gdy podróżujesz po morzu.
Alice ponownie spojrzała na wróżbitę i zauważyła, że dobry humor mężczyzny się ulotnił.
- Widzę, jak dryfujesz po oceanie na otwartej łodzi - ciągnął, jakby przemawiał do niej z dużej odległości. - Stracisz wszystko oprócz życia. Zostaniesz ocalona, ale inni będą zgubieni.
Cisza, która zapadła po tym oświadczeniu, przerywana była tylko stukaniem oślich kopyt i brzdękiem zastawy stołowej. Alice miała wrażenie, że zimny wiatr chłodzi jej kark oraz ramiona. Z całych sił musiała się powstrzymać, żeby nie zareagować na tę wróżbę.
Na szczęście na Williamie nie zrobiła podobnego wrażenia. Roześmiał się głośno.
- Jakież to złowieszcze, nie sądzisz? Mam dla ciebie pewną radę, staruszku. - Zniżył głos. - Przepowiadaj szczęśliwą przyszłość, jeśli chcesz, by dobrze ci płacili. Taką wypełnioną biciem ślubnych dzwonów, złocistymi zachodami słońca oraz tupotem małych stópek.
W tym momencie Alice sięgnęła do portmonetki, by wyjąć monetę, i podała ją wróżbicie, który nie zareagował na słowa Williama, tylko cały czas przeszywał ją wzrokiem. Skinął głową, cofnął się, odwrócił i zbiegł po schodkach, a następnie zniknął w tłumie ludzi spacerujących ulicą.
- Co za zabawny, mały człowieczek. - William się roześmiał, kręcąc głową.
Alice podniosła rękę, by dotknąć sznura pereł udrapowanych wokół szyi, i nie odrywając wzroku od miejsca, w którym wróżbita zniknął jej z oczu, żałowała, że jej narzeczony, Holden, nie dotrzymuje jej towarzystwa. Wiedziałby, co powiedzieć. Chociaż uważała się za logicznie myślącą osobę, niepoddającą się przesądom ani wybujałej fantazji, nie mogła zaprzeczyć, że ta przepowiednia oraz sposób, w jaki mężczyzna ją przekazał, poruszyły w niej jakieś niechciane emocje. To nie był strach, raczej nieokreślony niepokój.
William najwyraźniej to zauważył, ponieważ posłał w jej stronę niedowierzające spojrzenie.
- No chyba panna nie bierze na poważnie słów tego fakira, prawda?
- Nie... - odpowiedziała z wahaniem.
- On prawdopodobnie będzie przepowiadał tę samą przyszłość dziesiątkom innych turystów. Ma świadomość, że Amerykanie, Brytyjczycy i Kanadyjczycy... - wskazał na nią - muszą podróżować drogą morską, żeby się tu dostać. I będziemy musieli wsiąść na statek, żeby wrócić do domu. Doskonale wie, gdzie nas szukać. - Rozejrzał się wokół, by podkreślić, że jest to miejsce, gdzie siedzą.
- To prawda - zgodziła się i w końcu udało jej się uspokoić oddech. Shepheard's znajdował się w samym centrum życia towarzyskiego Brytyjczyków i wszystkich mówiących po angielsku turystów w Kairze. To było miejsce, w którym zbierali się zamożni i ważni ludzie.
- Zobaczył piękną młodą kobietę, chroniącą się przed ostrymi promieniami słońca, i domyślił się, która z jego przepowiedni może wywrzeć na niej największe wrażenie.
- Czy naprawdę tak to działa? - zapytała, nie mogąc zaprzeczyć, że wyjaśnienie Williama dodało jej otuchy. Nie żeby bezbrzeżnie wierzyła w to, że mały człowieczek potrafi odczytać przyszłość zapisaną na jej dłoni. Słysząc, że jej bardziej obeznany kompan całkowicie odrzuca przepowiednie fakira, poczuła ulgę.
Popatrzył na nią niemal protekcjonalnie.
- Obawiam się, że tak, moja droga.
Skinęła głową, wstydząc się trochę swojej naiwności, i uniosła szklankę z herbatą. Zmarszczyła brwi, patrząc na jej ciemnoróżową zawartość.
- To dość okrutne z jego strony, że przepowiada taką okropną przyszłość.
- Być może, ale podejrzewam, że tak właśnie zarabia na życie i w pewnym sensie tego właśnie spodziewają się turyści. W końcu nikt nie chce usłyszeć, że jego przyszłość będzie nudna i przewidywalna. Lepiej przyprawić cię o dreszcze, niż zanudzić frazesami.
Chyba miał rację. Prawdę mówiąc, nie była pewna, czy nie byłaby równie zdenerwowana, gdyby usłyszała, że wyjdzie za mąż, urodzi pół tuzina dzieci i nigdy nie ruszy się dalej niż sto mil od swojego wygodnego domu, bo przecież takiej przyszłości się spodziewała. Nie była jednak na nią gotowa, nie chciała zaakceptować tej rzeczywistości, nie, kiedy miała jeszcze tak wiele rzeczy do zobaczenia podczas tej wyprawy. Za miesiąc czy dwa jej pragnienie przygody na pewno zostanie nasycone i będzie więcej niż ukontentowana takim losem. Gdyby miała o nim usłyszeć teraz, poczułaby się rozczarowana.
Czyż to nie czyniło z niej najgorszej narzeczonej na świecie, zwłaszcza po tym, gdy otrzymała ostatni list od Holdena? Był kwintesencją uwielbienia i uwagi, bardzo tęskniła za narzeczonym. Ale to nie oznaczało, że poświęciłaby radość, jaką odczuwała, mogąc zwiedzać świat, zwłaszcza że to mogła być jej jedyna szansa na podróżowanie.
Mimo to jakaś jej część nie chciała całkowicie zapomnieć słów fakira. Wwiercały się gdzieś w tył jej głowy, niczym niechciany gość, którego nie dało się pozbyć. Jedyne, co mogła zrobić, to mieć nadzieję, że czas i szczęśliwsze wydarzenia zajmą ich miejsce. Zanim się tak stanie, będzie udawała, że o nich nie pamięta. Napiła się herbaty hibiskusowej, tak jakby od razu chciała udowodnić to sobie oraz panu Sloperowi.
.
The New York Times
10 kwietnia 1912 roku
DZIŚ WYPŁYWA TITANIC
Największy statek na świecie zabierze wielu znanych pasażerów. Specjalna depesza "New York Timesa".
Londyn, 9 kwietnia - Największy statek na świecie, Titanic, własność linii White Star, odpływa w południe.
Chociaż przypomina z wyglądu i budowy siostrzany statek Olympic, Titanic pod wieloma względami jest jego ulepszoną wersją. Kapitan Smith został przeniesiony z Olympica, by przepłynąć nim Atlantyk. Ma dwóch zastępców: H. W. McElroya i R. L. Bakera.
Pośród pasażerów, którzy jutro wypłyną na Titanicu, są: państwo H. J. Allisonowie, pani Aubert, major Archibald Butt, pani Cardeza, państwo W. E. Carterowie, pan Herbert Chaffees z małżonką, Norman Craig, pan Washington Dodge z małżonką, pan Mark Fortune z małżonką, państwo W. D. Douglasowie, pułkownik Gracie, Benjamin Guggenheim, pan Henry Harper z małżonką, pan Frederick Hoyt z małżonką, pan Isidor Straus z małżonką, państwo Thayerowie oraz pan George Widener z małżonką.