1.
POCZĄTEK HISTORII MIRIAM
Woń przyjemnej słodyczy rozchodziła się po wszystkich leśnych zakamarkach. Wiosenny, jeszcze zimy wiatr hulał, podnosząc przyległe do ziemi liście, które pod jego naporem wirowały pomiędzy nagimi konarami drzew. Na niektórych gałęziach można już było dostrzec zielone pączki. Tove, idąc dobrze wydeptaną ścieżką, zbierała z młodych brzóz te jeszcze nierozpękłe i chowała je do lnianej torby, którą miała przewieszoną przez ramię. Co jakiś czas się zatrzymywała, żeby posłuchać wiatru. Zamykała wtedy oczy, a on oplatał ją w jakimś dziwnym uścisku niewidzialnych rąk i nóg i smagał jej twarz pocałunkami. Świszczał i dudnił pomiędzy korzeniami drzew, z łoskotem podnosił patyki i rzucał je dziewczynie pod nogi. Zapach sosen, świerków i modrzewi zlewał się w jedną kadzidlaną woń, w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę.
- Hej, jestem tu, nie płacz - odezwała się do syna, którego niosła w chuście na plecach. Podłożyła rękę pod jego pośladki i delikatnie je poklepała, ale dziecko nadal kwiliło. - Och, Gentar, czy ja muszę cały czas do ciebie mówić? Nie dasz mi ani chwili spokoju. No dobrze, to jaką byś teraz chciał usłyszeć bajkę? O pisklęciu jaskółki, a może o latających kurach? Już ci tłumaczyłam wielokrotnie, że te zwierzęta nie latają. Twoja ciocia Traszka potrafiła z nimi rozmawiać i zawsze powtarzała, że kury bardzo ubolewają nad tym, że mają i skrzydła, i pióra, a nie potrafią wzbić się ponad ziemię. - Dziewczyna mówiła, a chłopiec przestawał marudzić, ale wystarczyło, że Tove milkła, a znów zaczynało się słyszeć zza jej pleców niecierpliwe gaworzenie. - Dobrze, już dobrze, a może o niedźwiedziu albo o zaczarowanym lesie? - Chłopiec dalej marudził. - To może o Białym Karpiu, królu głębin i wód? - Gentar przestał pokwękiwać, nagle skończył wierzgać rączkami i nóżkami i znieruchomiał. Dziewczyna przyspieszyła kroku, bo oto jej oczom ukazał się niewielkich rozmiarów kopiec porosły słodko pachnącym ultramarynowym kwieciem. - Dlaczego ciebie tu nie ma? Przecież to wszystko wydarzyło się przeze mnie... - zapytała samą siebie, wyciągając z kieszeni sukni garść białego proszku, którym sypnęła na ukwiecony kopiec. Dziecko znów zaczęło kaprysić. - Dobrze, już dobrze, Gentar, spokojnie. W dalekich, granatowych głębinach, gdzieś na dalekiej Północy, tam, gdzie niebo zlewa się z ziemią w jeden kolor, a podczas burzy fale przybierają rozmiary ogromnych na kilkadziesiąt metrów drzew, żyła ogromna, biała ryba. Gdy niebo się wypogadzało, a przez chmury przebijały promienie słońca, podpływała do powierzchni, na tyle blisko, aby na swym grzbiecie poczuć promienie słońca. Gdy białe łuski znajdowały się ponad wodą, skrzyły się nieprawdopodobnym złotym blaskiem. Kolor był na tyle mocny i oślepiający, że rybacy, którym dane było spotkać się z tym zjawiskiem, opowiadali o nim jako o drugim słońcu, tym, które zamieszkuje podwodne krainy. Więc już nikt w miastach i wsiach nie dziwił się opowieściom, w których występowały dwa słońca. Mówiono, że jedno z nich świeci dla ludzi i ziemskich zwierząt, a drugie oświetla drogi podwodnych królestw. I tak mijały dni, miesiące i lata, aż pewnego dnia mężczyźni wypływający na połowy zauważyli, że od pewnego czasu podwodne słońce nie wypływało z głębin, a w ich sieciach pojawiało się coraz mniej ryb. Mijał czas, ziemskie słońce wschodziło i zachodziło, a głębokie wody, miast cieszyć ludzi zielonkawą poświatą, przybierały odcień czarnej ziemi. Ludzie zaczęli się niepokoić o swój dobrobyt i ład na ziemi. Plotkowano, że ktoś zabił białego ducha głębin i teraz spadnie na ród ludzki klątwa, jeszcze inne historie traktowały o tym, że ryba nie może odnaleźć drogi i błąka się w podwodnych kamiennych labiryntach. Z dnia na dzień traci ona siły, a jej piękne białe łuski porasta zielony osad i wodorosty. Ludzie poszukiwali śmiałków, którzy mogliby zejść do podwodnej krainy i odszukać króla głębin, ale nikt nie chciał podjąć się tego zadania. Niektórzy mężczyźni wypływali łodziami i cumowali w miejscach, gdzie najczęściej pojawiało się wodne słońce. Rzucali na zanętę tłuste rosiczki, kulki z chleba, a nawet świeże mięso, ale ryba się nie pojawiała. Wracali przygnębieni do swych domów, jednak żaden z nich nie miał śmiałości zanurkować wprost w głębiny. Aż pewnego dnia zjawiła się kobieta, która miała twarz pokrytą głębokimi zmarszczkami i bruzdami, a gdy szła, jej siwe, długie, skołtunione włosy ciągnęły się za nią jak welon utkany z pajęczej sieci. Stanęła na środku wsi, budząc wśród ludzi zdziwienie i rzekła:
- Nie mam już nic do stracenia. Jestem stara i pomarszczona, moje żebra opina cienka skóra, ich ostre krawędzie wyglądają jak skrzela, podnoszą się przy każdym oddechu. Jestem tak chuda, że widać mi wszystkie ścięgna i kosteczki, z trudem się wysławiam, a czasem zdaje mi się, że nic nie mówię, tylko ruszam ustami jak ryba. Wrzućcie mnie do wody, nawet gdybym miała nie wypłynąć, nie mam już nic do stracenia. Ale mam tylko jeden warunek. Popłyną ze mną kobiety i to one namaszczą moje ciało tłuszczem z niedźwiedzia, a potem pomogą mi zejść w głębiny.
I tak też się stało. Wypłynęły z nią trzy kobiety, a gdy już dopłynęły do miejsca przeznaczenia, jedna z nich rozczesała i pięknie ułożyła włosy staruszki, druga namaściła tłuszczem jej ciało, a trzecia śpiewała pieśni z głębi swego serca. Aż w końcu przyszedł czas. Bo czas przychodzi wtedy, kiedy przychodzi i nie można go przyspieszyć, bo to byłoby wbrew jego naturze. Kwiatom i drzewom też nie można rozkazać, żeby rozkwitły szybciej, więc kiedy już zjawił się pomiędzy nimi, trzy kobiety chwyciły staruszkę pod ramiona i delikatnie, niczym plaster miodu, odwróciły ją twarzą do głębin i pomogły zejść jej w ciemną otchłań i tylko siwe włosy niczym rybackie sieci unosiły się, prawie dryfując, na powierzchni wody.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki