Siostry z lasu. Wiedźmak - Adrianna Trzepiota

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

PO­CZĄ­TEK HI­STO­RII MI­RIAM

Woń przy­jem­nej sło­dy­czy roz­cho­dziła się po wszyst­kich le­śnych za­ka­mar­kach. Wio­senny, jesz­cze zimy wiatr hu­lał, pod­no­sząc przy­le­głe do ziemi li­ście, które pod jego na­po­rem wi­ro­wały po­mię­dzy na­gimi ko­na­rami drzew. Na nie­któ­rych ga­łę­ziach można już było do­strzec zie­lone pączki. Tove, idąc do­brze wy­dep­taną ścieżką, zbie­rała z mło­dych brzóz te jesz­cze nie­roz­pę­kłe i cho­wała je do lnia­nej torby, którą miała prze­wie­szoną przez ra­mię. Co ja­kiś czas się za­trzy­my­wała, żeby po­słu­chać wia­tru. Za­my­kała wtedy oczy, a on opla­tał ją w ja­kimś dziw­nym uści­sku nie­wi­dzial­nych rąk i nóg i sma­gał jej twarz po­ca­łun­kami. Świsz­czał i dud­nił po­mię­dzy ko­rze­niami drzew, z ło­sko­tem pod­no­sił pa­tyki i rzu­cał je dziew­czy­nie pod nogi. Za­pach so­sen, świer­ków i mo­drzewi zle­wał się w jedną ka­dzi­dlaną woń, w po­wie­trzu czuć było nad­cho­dzącą wio­snę.

- Hej, je­stem tu, nie płacz - ode­zwała się do syna, któ­rego nio­sła w chu­ście na ple­cach. Pod­ło­żyła rękę pod jego po­śladki i de­li­kat­nie je po­kle­pała, ale dziecko na­dal kwi­liło. - Och, Gen­tar, czy ja mu­szę cały czas do cie­bie mó­wić? Nie dasz mi ani chwili spo­koju. No do­brze, to jaką byś te­raz chciał usły­szeć bajkę? O pi­sklę­ciu ja­skółki, a może o la­ta­ją­cych ku­rach? Już ci tłu­ma­czy­łam wie­lo­krot­nie, że te zwie­rzęta nie la­tają. Twoja cio­cia Traszka po­tra­fiła z nimi roz­ma­wiać i za­wsze po­wta­rzała, że kury bar­dzo ubo­le­wają nad tym, że mają i skrzy­dła, i pióra, a nie po­tra­fią wzbić się po­nad zie­mię. - Dziew­czyna mó­wiła, a chło­piec prze­sta­wał ma­ru­dzić, ale wy­star­czyło, że Tove mil­kła, a znów za­czy­nało się sły­szeć zza jej ple­ców nie­cier­pliwe ga­wo­rze­nie. - Do­brze, już do­brze, a może o niedź­wie­dziu albo o za­cza­ro­wa­nym le­sie? - Chło­piec da­lej ma­ru­dził. - To może o Bia­łym Kar­piu, królu głę­bin i wód? - Gen­tar prze­stał po­kwę­ki­wać, na­gle skoń­czył wierz­gać rącz­kami i nóż­kami i znie­ru­cho­miał. Dziew­czyna przy­spie­szyła kroku, bo oto jej oczom uka­zał się nie­wiel­kich roz­mia­rów ko­piec po­ro­sły słodko pach­ną­cym ul­tra­ma­ry­no­wym kwie­ciem. - Dla­czego cie­bie tu nie ma? Prze­cież to wszystko wy­da­rzyło się przeze mnie... - za­py­tała samą sie­bie, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni sukni garść bia­łego proszku, któ­rym syp­nęła na ukwie­cony ko­piec. Dziecko znów za­częło ka­pry­sić. - Do­brze, już do­brze, Gen­tar, spo­koj­nie. W da­le­kich, gra­na­to­wych głę­bi­nach, gdzieś na da­le­kiej Pół­nocy, tam, gdzie niebo zlewa się z zie­mią w je­den ko­lor, a pod­czas bu­rzy fale przy­bie­rają roz­miary ogrom­nych na kil­ka­dzie­siąt me­trów drzew, żyła ogromna, biała ryba. Gdy niebo się wy­po­ga­dzało, a przez chmury prze­bi­jały pro­mie­nie słońca, pod­pły­wała do po­wierzchni, na tyle bli­sko, aby na swym grzbie­cie po­czuć pro­mie­nie słońca. Gdy białe łu­ski znaj­do­wały się po­nad wodą, skrzyły się nie­praw­do­po­dob­nym zło­tym bla­skiem. Ko­lor był na tyle mocny i ośle­pia­jący, że ry­bacy, któ­rym dane było spo­tkać się z tym zja­wi­skiem, opo­wia­dali o nim jako o dru­gim słońcu, tym, które za­miesz­kuje pod­wodne kra­iny. Więc już nikt w mia­stach i wsiach nie dzi­wił się opo­wie­ściom, w któ­rych wy­stę­po­wały dwa słońca. Mó­wiono, że jedno z nich świeci dla lu­dzi i ziem­skich zwie­rząt, a dru­gie oświe­tla drogi pod­wod­nych kró­lestw. I tak mi­jały dni, mie­siące i lata, aż pew­nego dnia męż­czyźni wy­pły­wa­jący na po­łowy za­uwa­żyli, że od pew­nego czasu pod­wodne słońce nie wy­pły­wało z głę­bin, a w ich sie­ciach po­ja­wiało się co­raz mniej ryb. Mi­jał czas, ziem­skie słońce wscho­dziło i za­cho­dziło, a głę­bo­kie wody, miast cie­szyć lu­dzi zie­lon­kawą po­światą, przy­bie­rały od­cień czar­nej ziemi. Lu­dzie za­częli się nie­po­koić o swój do­bro­byt i ład na ziemi. Plot­ko­wano, że ktoś za­bił bia­łego du­cha głę­bin i te­raz spad­nie na ród ludzki klą­twa, jesz­cze inne hi­sto­rie trak­to­wały o tym, że ryba nie może od­na­leźć drogi i błąka się w pod­wod­nych ka­mien­nych la­bi­ryn­tach. Z dnia na dzień traci ona siły, a jej piękne białe łu­ski po­ra­sta zie­lony osad i wo­do­ro­sty. Lu­dzie po­szu­ki­wali śmiał­ków, któ­rzy mo­gliby zejść do pod­wod­nej kra­iny i od­szu­kać króla głę­bin, ale nikt nie chciał pod­jąć się tego za­da­nia. Nie­któ­rzy męż­czyźni wy­pły­wali ło­dziami i cu­mo­wali w miej­scach, gdzie naj­czę­ściej po­ja­wiało się wodne słońce. Rzu­cali na za­nętę tłu­ste ro­siczki, kulki z chleba, a na­wet świeże mięso, ale ryba się nie po­ja­wiała. Wra­cali przy­gnę­bieni do swych do­mów, jed­nak ża­den z nich nie miał śmia­ło­ści za­nur­ko­wać wprost w głę­biny. Aż pew­nego dnia zja­wiła się ko­bieta, która miała twarz po­krytą głę­bo­kimi zmarszcz­kami i bruz­dami, a gdy szła, jej siwe, dłu­gie, skoł­tu­nione włosy cią­gnęły się za nią jak we­lon utkany z pa­ję­czej sieci. Sta­nęła na środku wsi, bu­dząc wśród lu­dzi zdzi­wie­nie i rze­kła:

- Nie mam już nic do stra­ce­nia. Je­stem stara i po­marsz­czona, moje że­bra opina cienka skóra, ich ostre kra­wę­dzie wy­glą­dają jak skrzela, pod­no­szą się przy każ­dym od­de­chu. Je­stem tak chuda, że wi­dać mi wszyst­kie ścię­gna i ko­steczki, z tru­dem się wy­sła­wiam, a cza­sem zdaje mi się, że nic nie mó­wię, tylko ru­szam ustami jak ryba. Wrzuć­cie mnie do wody, na­wet gdy­bym miała nie wy­pły­nąć, nie mam już nic do stra­ce­nia. Ale mam tylko je­den wa­ru­nek. Po­płyną ze mną ko­biety i to one na­masz­czą moje ciało tłusz­czem z niedź­wie­dzia, a po­tem po­mogą mi zejść w głę­biny.

I tak też się stało. Wy­pły­nęły z nią trzy ko­biety, a gdy już do­pły­nęły do miej­sca prze­zna­cze­nia, jedna z nich roz­cze­sała i pięk­nie uło­żyła włosy sta­ruszki, druga na­ma­ściła tłusz­czem jej ciało, a trze­cia śpie­wała pie­śni z głębi swego serca. Aż w końcu przy­szedł czas. Bo czas przy­cho­dzi wtedy, kiedy przy­cho­dzi i nie można go przy­spie­szyć, bo to by­łoby wbrew jego na­tu­rze. Kwia­tom i drze­wom też nie można roz­ka­zać, żeby roz­kwi­tły szyb­ciej, więc kiedy już zja­wił się po­mię­dzy nimi, trzy ko­biety chwy­ciły sta­ruszkę pod ra­miona i de­li­kat­nie, ni­czym pla­ster miodu, od­wró­ciły ją twa­rzą do głę­bin i po­mo­gły zejść jej w ciemną ot­chłań i tylko siwe włosy ni­czym ry­bac­kie sieci uno­siły się, pra­wie dry­fu­jąc, na po­wierzchni wody.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Tove mo­gła umie­rać z tę­sk­noty za ży­ciem, które od dawna było już prze­szło­ścią, mo­gła pła­kać nad mi­ło­ścią, która prze­mi­nęła, mo­gła sie­dzieć w jed­nym miej­scu, uża­la­jąc się nad sobą, mo­gła tak sie­dzieć i pro­wa­dzić we­wnętrzne la­menty aż do śmierci. Nie­któ­rzy na­zy­wają ten stan nie­na­sy­ce­niem albo wy­gło­dze­niem du­szy. Jesz­cze inni na­zy­wają go stratą po nie­zre­ali­zo­wa­nych pra­gnie­niach, które od­kła­dają się w czło­wieku w po­staci cho­rób, ner­wic czy zło­ści. Po ta­kich pra­gnie­niach, które odło­żyło się na bok, albo nie miało się od­wagi wy­cią­gnąć po nie rąk.

Żyło jed­nak we­wnątrz Tove jesz­cze coś, a może ra­czej ktoś, kogo na­zwać można było ma­łym, du­cho­wym dziec­kiem, i wła­śnie to dziecko sły­szało jej zbo­lałe wo­ła­nie z głębi serca. Być może wła­śnie dla­tego Tove po­ko­chała wszyst­kie skrzyw­dzone, ma­leń­kie istoty, któ­rych roz­pacz­liwe głosy wzy­wały ją do po­wrotu do sa­mej sie­bie. Mi­ło­ścią do nich za­skle­piła pa­nu­jące w niej bez­denne uczu­cie pustki, które stwo­rzyło się w jej środku i choćby cie­nie pró­bo­wały do­paść ją z każ­dej strony, to nie miały już do niej do­stępu. Ow­szem, wi­działa, jak krą­żyły gdzieś obok, prze­ska­ku­jąc z nocy w dzień albo z cie­płego pieca wprost w za­ku­rzony kąt sieni, ale ich re­gu­larne wy­siłki, by utra­ciła więź ze swą naj­głęb­szą na­turą, speł­zały na ni­czym.

Dzień za dniem zbie­rała kość za ko­ścią, włos za wło­sem i w jej sen­nych ma­rze­niach i w wy­da­rze­niach, na wpół zro­zu­mia­łych, na wpół pa­mię­ta­nych, za­czy­nała do­brze o so­bie my­śleć i śpie­wać we­wnętrzne pie­śni, by wy­ra­zić prawdę o wła­snej po­tę­dze.

Za­sta­na­wiała się, kiedy to się wy­da­rzyło? Kiedy strach za­mie­nił się w siłę? Czy jego matką są my­śli, a oj­cem zda­rze­nia? Czy strach ro­dzi się z krzywdy, którą ktoś nam uczy­nił albo tej, którą my uczy­ni­li­śmy ko­muś? A może wy­ra­sta z ziemi jak źdźbła traw albo spada z nieba ra­zem z desz­czem? Może jest ma­łym chłop­cem, który nie za­znał cie­pła matki, albo dziew­czynką, któ­rej w dzie­ciń­stwie ktoś pod­czas snu ob­ciął war­ko­cze? W któ­rym mo­men­cie za­mie­nia się w sprzy­mie­rzeńca, a w któ­rym we wroga?

Jak to jest, że jed­nego dnia można mieć wszystko - mi­łość, strawę, dom, a dru­giego zo­stać zu­peł­nie z ni­czym? Dziś je­steś zdro­wym, a ju­tro świat wy­wraca się do góry no­gami, ko­chasz i ży­jesz peł­nym ser­cem, żeby za­raz cier­pieć. Za czyją sprawą dzieje się to wszystko? My­ślisz, że ufasz, a wie­czo­rem je­steś zdra­dzo­nym, bu­du­jesz la­tami, żeby już w se­kundę ob­ró­ciło się to w proch. Bli­skość ro­dzi sa­mot­ność, po­żą­da­nie nie­chęć, uczu­cie ozię­błość, znu­że­nie na­mięt­ność, być może tak wy­gląda wła­śnie na­tura ży­cia.

Jest czas buj­nych plo­nów i czas śmierci. Tak jak bez słońca nie ma dnia, a bez księ­życa nikt nie uj­rzy ciem­no­ści. Koło ży­cia. Tam, gdzie znaj­duje się ko­niec, jest i po­czą­tek, a tam, gdzie śmierć, za­raz po­ja­wia się trans­for­ma­cja i ży­cie. Wszystko, co ma się stać, przy­cho­dzi i od­cho­dzi wraz z od­pły­wami. Po­dob­nie dzieje się z ry­bami w wo­dach na da­le­kiej Pół­nocy albo w je­zio­rze, któ­rego prądy wy­rzu­ciły ciało Tove na brzeg. Dla­czego aku­rat tu­taj? Być może wła­śnie dla­tego, żeby stała się matką? Tego nie wie­dział nikt, ani szwaczka, ani praczka, ani pie­karz i bed­narz, ani Gor­han, ani na­wet sama Tove. Ona czuła tylko jedno, że z tym, co do niej przy­szło, nie można wal­czyć, nie można uda­wać, że tego nie ma, że te sy­tu­acje się nie po­ja­wiły, nie można wy­mieść ich mio­tłą za próg, nie spo­sób ich zro­zu­mieć, ale na pewno dużo ła­twiej za­ak­cep­to­wać.