Siostry z Auschwitz - Roxane van Iperen

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

SKOK Z OKNA BIN­NEN­HOFU

Na­ar­den, luty 1943 roku. Janny po­rząd­kuje wła­śnie do­wody toż­sa­mo­ści, a Eber­hard gra na pia­ni­nie w po­koju fron­to­wym, gdy z Am­ster­damu przy­jeż­dża Mik van Gilse z wia­do­mo­ścią, że znany im wszyst­kim prze­miły Ger­rit wy­sko­czył z okna par­la­mentu Bin­nen­hof. Głową na bruk. Nie żyje.

Czy kie­dy­kol­wiek byli prze­świad­czeni, że są bez­pieczni tu­taj, poza mia­stem, w tym domu z bajki? Że wojna prze­leci wy­soko nad ich gło­wami jak sa­mo­loty Royal Air Force no­cami kie­ru­jące się z An­glii do Nie­miec i z po­wro­tem? Że cier­pie­nie bę­dzie krą­żyło gdzieś wo­kół nich ni­czym wy­jeż­dża­jące koło czwar­tej nad ra­nem sa­mo­chody po­li­cyjne, które oni sły­szą, wstrzy­mu­jąc od­dech, kiedy za­czy­nają się ła­panki? Wy­cie sy­ren więzi ich po­mię­dzy chę­cią ucieczki na łeb na szyję przez drzwi fron­towe gdzieś do lasu a spo­koj­nym prze­ko­na­niem, że wy­star­czy po­cze­kać, aż sa­mo­chody prze­jadą. I do­tąd za­wsze tak wła­śnie po­stę­po­wali. Żadne z nich ni­gdy nie ba­ga­te­li­zo­wało nie­bez­pie­czeń­stwa zwią­za­nego z tym, co tu ro­bią, i po­wagi za­gro­że­nia, ale wia­do­mość od Mika, że Ger­rit rzu­cił się z okna i roz­trza­skał na klin­kie­ro­wym bruku przed za­anek­to­wa­nym przez oku­panta Bin­nen­ho­fem, w jed­nej chwili przy­po­mniała im o rze­czy­wi­sto­ści.

Ger­rit Ka­stein był neu­ro­lo­giem o że­la­znych ner­wach i twar­dej gło­wie, co nie­stety nie uchro­niło go przed ta­kim, a nie in­nym lo­sem. Janny przy­jaź­niła się z nim już od czasu, kiedy jako dwu­dzie­sto­lat­ko­wie w ra­mach Mię­dzy­na­ro­do­wej Czer­wo­nej Po­mocy za­ofe­ro­wali wspar­cie hisz­pań­skim prze­ciw­ni­kom fa­szy­zmu. Wojna do­mowa w Hisz­pa­nii oka­zała się próbą ge­ne­ralną przed la­tami, które miały do­piero na­dejść. Ger­rit i Janny do­łą­czyli do ko­mi­tetu "Po­moc Hisz­pa­nii", ho­len­der­skiego od­działu Mię­dzy­na­ro­do­wej Czer­wo­nej Po­mocy. Naj­waż­niej­szym za­da­niem Janny było zbie­ra­nie pie­nię­dzy na środki opa­trun­kowe, któ­rych bra­ko­wało wal­czą­cym. Ger­rit po­szedł na wojnę jako szef ho­len­der­skiej służby sa­ni­tar­nej. Wła­śnie uzy­skał sta­no­wi­sko asy­stenta na od­dziale neu­ro­lo­gii w szpi­talu w Oeg­st­ge­est i zo­stał dok­to­ran­tem, co otwie­rało przed nim per­spek­tywę ka­riery, która dla więk­szo­ści by­łaby wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem, żeby bez reszty się na niej sku­pić - ale nie dla Ger­rita. Z ra­mie­nia ka­ta­loń­skiego Mi­ni­ster­stwa Zdro­wia po­je­chał po­cią­giem w Pi­re­neje, bli­sko fran­cu­skiej gra­nicy, gdzie jed­nostki Frontu Lu­do­wego wal­czyły z fa­szy­stami, i po­ma­gał tam opa­try­wać ran­nych cy­wi­lów i żoł­nie­rzy.

Po trzech mie­sią­cach Ger­rit po­wró­cił do Ho­lan­dii do swo­jej ka­riery le­kar­skiej i w 1937 roku obro­nił dok­to­rat na Uni­wer­sy­te­cie w Lej­dzie. Ale jego za­pał ide­olo­giczny by­naj­mniej nie osłabł: był człon­kiem re­dak­cji mie­sięcz­nika Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Ho­lan­dii "Po­li­tyka i Kul­tura" i pro­wa­dził wy­kłady o hisz­pań­skiej woj­nie do­mo­wej. "Zwy­cię­stwo Franco jest zgubne dla Eu­ropy Za­chod­niej, a więc także dla nas" - do­wo­dził. Pi­sał ar­ty­kuły, a w 1938 roku opu­bli­ko­wał książkę za­ty­tu­ło­waną Het Ras­se­nvra­ag­stuk [Pro­blem ra­sowy]. Była to roz­prawa na­ukowa na te­mat kon­flik­tów kla­so­wych i an­ty­se­mi­ty­zmu w Niem­czech, która koń­czyła się tezą, że ra­sizm nie­uchron­nie do­pro­wa­dzi do wojny. Na po­twier­dze­nie praw­dzi­wo­ści tego stwier­dze­nia nie mu­siał długo cze­kać.

Kiedy w po­ło­wie 1940 roku dzia­łal­ność Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Ho­lan­dii (CPN) zo­staje przez Niem­ców za­ka­zana, ko­mu­ni­ści prze­no­szą się do pod­zie­mia, żeby or­ga­ni­zo­wać ak­cje sa­bo­ta­żowe. Dok­tor Ka­stein, który mieszka z żoną i dwiema có­recz­kami w Ha­dze, uczest­ni­czy w ze­bra­niu za­ło­ży­ciel­skim ha­skiego od­działu par­tii i jest ini­cja­to­rem róż­nych grup ru­chu oporu. Swoje zdol­no­ści przy­wód­cze ujaw­nia także w am­ster­dam­skim ugru­po­wa­niu CS-6 i gdy w lipcu 1942 roku za­czy­nają się de­por­ta­cje Ży­dów, które wiele za­wdzię­czają spraw­nej ho­len­der­skiej in­fra­struk­tu­rze, Ger­rit do­cho­dzi do wnio­sku, że pod­zie­mie musi prze­pro­wa­dzać dra­styczne ak­cje: na­leży li­kwi­do­wać ho­len­der­skich ko­la­bo­ran­tów. Prze­ko­nuje człon­ków CS-6, żeby ra­zem z nim prze­pro­wa­dzali za­ma­chy na lu­dzi, któ­rzy en­tu­zja­stycz­nie wspie­rają oku­panta, i przy­go­to­wuje li­stę na­zwisk.

Pierw­szym ce­lem staje się Hen­drik Seyf­fardt: sie­dem­dzie­się­cio­dwu­la­tek uro­dzony w Bre­dzie, eme­ry­to­wany ge­ne­rał ho­len­der­skich sił zbroj­nych, no­szący na piersi wię­cej me­dali, niż można zna­leźć w ga­blotce nie­jed­nego mi­strza olim­pij­skiego; męż­czy­zna o ustach wy­dę­tych jak u damy dworu. Seyf­fardt od lipca 1941 roku jest ko­men­dan­tem fa­szy­stow­skiego Ochot­ni­czego Le­gionu Ho­len­der­skiego, na­cjo­na­li­stycz­nego tworu, wal­czą­cego na fron­cie wschod­nim jako in­te­gralna część Waf­fen-SS. Nie­dawno zo­stał też mia­no­wany przez przy­wódcę ho­len­der­skiego na­rodu An­tona Mus­serta peł­no­moc­ni­kiem w ga­bi­ne­cie cieni; ocze­ki­wano, że wkrótce zo­sta­nie mi­ni­strem wojny, a wtedy wpro­wa­dzi po­wszechną służbę woj­skową na rzecz nie­miec­kiej ar­mii. Nic dziw­nego, że sta­nowi on oczy­wi­sty cel dla ru­chu oporu.

5 lu­tego 1943 roku w domu Seyf­fardta przy ulicy Van Neck­straat 36 w Ha­dze, dwie­ście me­trów od miej­sca za­miesz­ka­nia Ka­ste­ina, roz­lega się dzwo­nek do drzwi. Ni­czego nie­podej­rze­wa­jący Seyf­fardt otwiera i wi­dzi przed sobą dwóch mło­dych męż­czyzn: nie­zna­nych mu człon­ków grupy ru­chu oporu CS-6[5], Jana Ver­leuna i Leo Frijdę. Frijda chce się upew­nić, że ma przed sobą wła­ściwą osobę, i pyta ge­ne­rała o na­zwi­sko. "Miał taki piękny głos" - po­wie póź­niej. Seyf­fardt po­daje na­zwi­sko. Ver­leun na­tych­miast strzela i oby­dwaj ulat­niają się, za­kła­da­jąc, że ge­ne­rał zgi­nął na miej­scu.

Seyf­fardt jest ciężko ranny, ale udaje mu się po­in­for­mo­wać Si­cher­he­its­dienst (SD), że spraw­cami byli "dwaj stu­denci". Umiera na­stęp­nego dnia i mimo jego sta­now­czej prośby, żeby nie mścić się za jego śmierć, na­tych­miast za­czy­nają się ła­panki. Do aresztu tra­fia ty­siąc ośmiu­set mło­dych męż­czyzn mię­dzy osiem­na­stym a dwu­dzie­stym pią­tym ro­kiem ży­cia, wśród nich sze­ściu­set stu­den­tów - zo­stają wy­wie­zieni do obozu kon­cen­tra­cyj­nego Her­to­gen­bosch.

Ukry­wa­jący się Ver­leun ma przy so­bie pi­sto­let, któ­rym do­ko­nał za­ma­chu. Ger­rit Ka­stein wy­brał już na­stępny cel. Tym ra­zem sam chce prze­pro­wa­dzić ak­cję, ale musi szybko zdo­być nowy pi­sto­let. Po­ży­cza go od członka ru­chu oporu Lu­casa Spo­ora - to po­czą­tek końca Ger­rita.

Dwa dni póź­niej, 7 lu­tego 1943 roku, Ger­rit do­ko­nuje dru­giego pla­no­wa­nego za­ma­chu, tym ra­zem na Her­man­nusa Rey­dona. Ten po­ważny praw­nik i zna­czący czło­nek Ru­chu Na­ro­dowo-So­cja­li­stycz­nego (Na­tio­naal-So­cia­li­sti­sche Be­we­ging; NSB) był przed nie­miecką oku­pa­cją re­dak­to­rem po­li­tycz­nym jego dzien­nika "Na­ród i Oj­czy­zna" i zo­stał wła­śnie na­gro­dzony za wier­ność ide­olo­gii Wiel­kiej Rze­szy. Kilka dni przed za­ma­chem mia­no­wano go pre­ze­sem Izby Kul­tu­ral­nej Ho­lan­dii, or­ganu pań­stwo­wego pro­pa­gu­ją­cego "zdrową sztukę dla rasy aryj­skiej", do któ­rej mu­sieli na­le­żeć wszy­scy ho­len­der­scy ar­ty­ści, i se­kre­ta­rzem ge­ne­ral­nym spe­cjal­nie utwo­rzo­nego od­działu NSB "Oświe­ce­nie Na­rodu i Sztuka".

Kiedy Ka­stein dzwoni wie­czo­rem do drzwi domu Rey­dona w Vo­or­scho­ten, otwiera żona po­li­tyka. Ger­rit za­bija ją z zimną krwią, za­myka drzwi i czeka w środku, w ciem­nym ko­ry­ta­rzu, na po­wrót Rey­dona. Po ja­kimś cza­sie sły­szy klucz w drzwiach wej­ścio­wych. Gdy się otwie­rają, Ger­rit na­tych­miast strzela. Rey­don zo­staje tra­fiony w szyję, a Ka­stein od­dala się nie­zau­wa­żony. Rey­don jest ciężko ranny i jesz­cze pół roku spa­ra­li­żo­wany prze­bywa w szpi­talu, za­nim w końcu umrze.

Ger­rit Ka­stein na­ci­ska wpraw­dzie na spust, ale Rey­don i jego żona są świa­do­mie wy­bra­nymi przez Niem­ców ofia­rami w ra­mach przy­go­to­wa­nego wcze­śniej planu zwa­bie­nia Ka­ste­ina w pu­łapkę, zgod­nie z nie­pi­saną za­sadą, że za­bity czło­nek ru­chu oporu jest waż­niej­szy niż ży­jący czło­nek NSB. Ka­stein miał pe­cha, tra­fia­jąc po dru­giej stro­nie na czło­wieka do­rów­nu­ją­cego mu am­bi­cją, ale prze­ra­sta­ją­cego go bez­względ­no­ścią. SS-Sturm­ban­n­füh­rer Jo­seph Schre­ie­der pod ko­mendą He­in­ri­cha Him­m­lera zo­stał radcą kry­mi­nal­nym i w tej roli po­nosi od­po­wie­dzial­ność za kontr­wy­wiad SD w Ho­lan­dii, miesz­czący się w daw­nym gma­chu par­la­mentu. Jego głów­nym za­da­niem jest roz­bi­cie grup ru­chu oporu - wszyst­kie chwyty są tu do­zwo­lone.

Tak zwany przy­ja­ciel z ru­chu oporu, Lu­cas Spoor, który do­star­cza Ger­ri­towi pi­sto­let, to tak na­prawdę An­ton van der Wa­als: ho­len­der­ski szpieg SD in­fil­tru­jący dzia­łal­ność pod­zie­mia - czło­wiek, który przej­dzie do hi­sto­rii jako je­den z naj­więk­szych zdraj­ców oj­czy­zny, i to w okre­sie, kiedy było ich na­prawdę wielu. Ka­stein za­py­tał go w cza­sie spo­tka­nia, dzień po za­ma­chu na Seyf­fardta, czy może mu za­ła­twić pi­sto­let na 6 lu­tego. Na­tych­miast van der Wa­als po­pę­dził do swo­jego szefa Jo­se­pha Schre­ie­dera. Ten nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści: oczy­wi­ście, że da­dzą temu go­ściowi broń, i oczy­wi­ście, że on z niej ko­goś za­strzeli. Po­tem każą prze­pro­wa­dzić sek­cję zwłok i na pod­sta­wie ka­li­bru po­ci­sku do­wie­dzą się, czy ten ktoś użył ich broni. Je­śli tak, będą też mo­gli za­ło­żyć, że to on za­strze­lił Seyf­fardta.

Wcze­snym ran­kiem 6 lu­tego zdrajca An­ton van der Wa­als jako czło­nek ru­chu oporu Lu­cas Spoor prze­ka­zuje Ger­ri­towi broń. W Bin­nen­ho­fie, daw­nym bu­dynku par­la­mentu, Schre­ie­der i jego ko­le­dzy z SD cze­kają w na­pię­ciu na prze­bieg gry w ro­syj­ską ru­letkę. Cie­kawe, kto zo­sta­nie za­strze­lony?

Schre­ie­der nie musi długo cze­kać na ciała. Ciężko ranny Rey­don tra­fia do szpi­tala. Na szczę­ście mają ciało jego żony, żeby prze­pro­wa­dzić sek­cję. Schre­ie­der od­biera z wiel­kim za­do­wo­le­niem ra­porty: strzały rze­czy­wi­ście pa­dły z pi­sto­letu, który prze­ka­zał swo­jemu pro­wo­ka­to­rowi. To, że po­plecz­nik Mus­serta i jego żona mu­sieli zgi­nąć, jest oczy­wi­ście przy­kre, ale - jak ro­zu­muje - człon­ków NSB jest wy­star­cza­jąco dużo.

Kiedy An­ton van der Wa­als przy­cho­dzi z ra­por­tem do szefa, czeka go przy­kra nie­spo­dzianka: Schre­ie­der nie chce aresz­to­wać Ka­ste­ina. Prze­ciw­nie, za­leży mu na tym, żeby van der Wa­als na­dal utrzy­my­wał z nim kon­takty i uzy­skał od niego wię­cej in­for­ma­cji na te­mat dzia­łań ru­chu oporu i jego człon­ków. W tym cza­sie van der Wa­als zdaje już so­bie sprawę z bez­względ­no­ści Ka­ste­ina i ten po­mysł mu się nie po­doba, po­nie­waż może i jest sku­tecz­nym zdrajcą, ale nie jest ani tro­chę od­ważny. Oba­wia się, że w końcu sam prze­gra w tę grę. Van der Wa­als pró­buje prze­ko­nać Schre­ie­dera, ale ten ani my­śli prze­ry­wać ope­ra­cji. Wprost prze­ciw­nie: wi­dzi to jako świetną próbę sił po­mię­dzy swoim naj­lep­szym wy­wia­dowcą a fa­na­tycz­nym ko­mu­ni­stą Ka­ste­inem. Je­śli nasz An­ton po­nie­sie przy tym po­rażkę, to bę­dzie ona jed­no­cze­śnie wnio­skiem i roz­wią­za­niem.

19 lu­tego 1943 roku van der Wa­als ma umó­wione ko­lejne spo­tka­nie z Ger­ri­tem Ka­ste­inem, tym ra­zem w ka­wiarni Pod Ko­roną przy ogro­dach Ho­ut­tu­inen w Delft i nie­spo­dzie­wa­nie dla szpiega pro­blem roz­wią­zuje się sam. Tuż przed spo­tka­niem jed­nostka spe­cjalna SD aresz­tuje Ka­ste­ina. Schre­ie­der jest wście­kły i po­dej­rzewa swego tchórz­li­wego szpiega o po­dwójną grę: może ze stra­chu przed Ka­ste­inem po­pro­sił któ­re­goś z ko­le­gów z SD o pod­ję­cie dzia­ła­nia? Ka­stein zo­staje za­kuty w kaj­danki; zna­le­ziono przy nim dwa re­wol­wery. Funk­cjo­na­riu­sze pro­wa­dzą go do cze­ka­ją­cego już sa­mo­chodu służ­bo­wego i wiozą do Bin­nen­hofu, gdzie od mo­mentu roz­po­czę­cia nie­miec­kiej oku­pa­cji znaj­duje się kwa­tera główna SiPo/SD, czyli po­li­cji po­li­tycz­nej i taj­nych służb. Jed­nak Ger­rit nie bez po­wodu ma bu­dzącą strach re­pu­ta­cję u swo­ich prze­ciw­ni­ków. Nie za­mie­rza dać się pro­wa­dzić Niem­com na rzeź po­tul­nie jak owca. Kiedy do­jeż­dżają na miej­sce, wy­ko­rzy­stuje nada­rza­jącą się oka­zję: ze sku­tymi rę­kami, przez spe­cjalną kie­szeń we­wnętrzną w spodniach strzela z pi­sto­letu ma­łego ka­li­bru. Jed­nego z eskor­tu­ją­cych tra­fia w nogę, a drugi strzał od­bija się ry­ko­sze­tem, za­nim od­bie­rają mu pi­sto­let.

W środku czeka już czte­rech męż­czyzn, któ­rzy mają go prze­słu­chać. Po pew­nym cza­sie dwóch funk­cjo­na­riu­szy wy­cho­dzi po kawę, a trzeci do to­a­lety. Je­den czło­nek SD to dla Ka­ste­ina ża­den prze­ciw­nik. Po­wala męż­czy­znę, wy­bija okno i ska­cze z dru­giego pię­tra. Umiera w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat - lą­du­jąc głową na klin­kie­ro­wej ko­stce przed za­ję­tym przez oku­panta Bin­nen­ho­fem, do­kład­nie w miej­scu, gdzie ty­dzień wcze­śniej, pod szpa­le­rem wy­cią­gnię­tych w na­zi­stow­skim po­zdro­wie­niu rąk, od­był się im­po­nu­jący po­grzeb pierw­szej ofiary z jego li­sty: ge­ne­rała po­rucz­nika Seyf­fardta.

W Wy­so­kim Gnieź­dzie wszy­scy są za­ła­mani wia­do­mo­ścią przy­nie­sioną przez Mika. Bob wraca do domu z pracy w biu­rze dys­try­bu­cji w We­esp i za­staje ich z ka­mien­nymi, bla­dymi twa­rzami w pół­mroku po­koju fron­to­wego. Janny bie­rze męża na stronę i opo­wiada, co się stało. Bob i Ger­rit byli przy­ja­ciółmi z krę­gów ko­mu­ni­stycz­nych. Kiedy Janny dzieli się z nim in­for­ma­cją o śmierci przy­ja­ciela i po­dej­rza­nych oko­licz­no­ściach tego nie­szczę­ścia, Bob bez­rad­nie opusz­cza ra­miona; ak­tówka nie­mal wy­suwa mu się z ręki. Oczy­wi­ście wszy­scy wie­dzieli, że Ger­rit wy­ko­ny­wał nie­bez­pieczne za­da­nia dla par­tii i od­gry­wał de­cy­du­jącą rolę przy or­ga­ni­zo­wa­niu za­ma­chów na ho­len­der­skich ko­la­bo­ran­tów, ale na ja­kiejś dziw­nej za­sa­dzie uwa­żali go za nie­ty­kal­nego.

Tego wie­czoru at­mos­fera pod­czas ko­la­cji jest przy­gnę­bia­jąca, a roz­mowy pro­wa­dzi się przy­ci­szo­nym to­nem: każdy chce usły­szeć od Mika, jaki bę­dzie roz­wój wy­pad­ków. Przy dłu­gim stole sie­dzi dużo lu­dzi, świece rzu­cają blask na ich po­ważne twa­rze. Sły­chać roz­mowy o ocze­ki­wa­nym utwo­rze­niu dru­giego frontu, o epi­de­mii czer­wonki już od paru mie­sięcy po­chła­nia­ją­cej ży­cie mnó­stwa dzieci i o po­stę­pach przy bu­do­wie przez Hi­tlera Wału Atlan­tyc­kiego, co wy­gnało ich z Ber­gen do Wy­so­kiego Gniazda tu­taj w Na­ar­den.

Pró­bują ukry­wać przed sobą smu­tek, jak za­wsze. Po po­siłku, kiedy dzieci leżą już w łóż­kach, wspo­mi­nają Ger­rita. Jego i Janny dzia­łal­ność w cza­sie hisz­pań­skiej wojny do­mo­wej, jego rolę w ru­chu oporu i ugru­po­wa­niach, które or­ga­ni­zo­wał od po­czątku oku­pa­cji. Jego stra­te­giczne my­śle­nie i ta­lent or­ga­ni­za­cyjny, które ni­gdy nie prze­szka­dzały mu w ubru­dze­niu so­bie rąk. Spe­ku­lują na te­mat po­wodu jego skoku przez okno. Zna­jąc Ger­rita, chciał jesz­cze raz prze­chy­trzyć wroga: z ura­zami od­nie­sio­nymi pod­czas upadku tra­fiłby do szpi­tala, skąd być może jesz­cze uda­łoby mu się uciec. Nie tylko dla­tego, że było to nowe miej­sce i nowe oko­licz­no­ści, ale także dla­tego, że jako le­karz wie­działby, jak się tam po­ru­szać. Po­tur­bo­wane ciało nie było dla niego prze­szkodą, naj­waż­niej­szy do dal­szej walki był zdrowy umysł. Jed­nak upadł tak nie­szczę­śli­wie, że nie bę­dzie już mógł im sam o tym opo­wie­dzieć.

Śmierć Ger­rita jest na­ma­cal­nym do­wo­dem na to, że oku­pa­cja wkra­cza w nowy etap: po obu stro­nach w szyb­kim tem­pie po­jawi się te­raz co­raz wię­cej ofiar.

Tuż przed po­wro­tem do Am­ster­damu Mik roz­ma­wia osobno na ko­ry­ta­rzu z Lien, Eber­har­dem, Janny i Bo­bem. Z mło­dzień­czej twa­rzy spo­glą­dają po­ważne oczy: wojna od­ci­ska się na niej pięt­nem bar­dziej niż czas.

- Sta­raj­cie się jed­nak nie udzie­lać schro­nie­nia zbyt wielu oso­bom. To może z cza­sem do­pro­wa­dzić do nie­szczę­ścia.

- Mik - re­aguje z obu­rze­niem Lien - kiedy ktoś jest w po­trze­bie, mu­simy mu prze­cież po­móc!

- Chcę was tylko ostrzec: bądź­cie ostrożni.

Ca­łują Mika na po­że­gna­nie, ostatni uścisk, a po­tem pa­trzą, jak od­cho­dzi ścieżką bie­gnącą przez ogród w ciemny las.

2

BI­TWA O NIE­UWMARKT

Am­ster­dam, 1912 rok. Ro­dzina Bril­le­slij­pe­rów praw­do­po­dob­nie by nie ist­niała, gdyby bi­twa o Nie­uwmarkt skoń­czyła się ina­czej. To tam, na tym placu w am­ster­dam­skiej dziel­nicy ży­dow­skiej, u stóp wie­ko­wej bramy mia­sta De Waag Jo­seph Bril­le­slij­per wal­czył o rękę Fij­tje Ger­ritse.

Ich ro­dziny to dwa prze­ciwne bie­guny: Jo­seph wy­wo­dzi się z wę­drow­nej ro­dziny cyr­ko­wej, mó­wią­cych w ję­zyku ji­dysz mu­zy­kan­tów, i cho­ciaż jego oj­ciec jest te­raz im­por­te­rem owo­ców, dom Bril­le­slij­pe­rów przy ulicy Jo­den­bre­estraat na­dal znany jest z hucz­nych piąt­ko­wych wie­czo­rów, pod­czas któ­rych wszy­scy krewni ra­zem mu­zy­kują i od­gry­wają przed­sta­wie­nia.

Fij­tje Ger­ritse po­cho­dzi na­to­miast z ro­dziny po­boż­nych fry­zyj­skich Ży­dów, po­staw­nych i gbu­ro­wa­tych, o ru­do­blond wło­sach, wy­cho­wu­ją­cych swo­ich sze­ścioro dzieci z że­la­zną dys­cy­pliną po­środku bez­boż­no­ści am­ster­dam­skiej ulicy Ze­edijk, za­miesz­ki­wa­nej przez ro­bot­ni­ków por­to­wych, dziwki i ma­ry­na­rzy. Już od wcze­snego dzie­ciń­stwa ich córka Fij­tje pra­cuje tam w otwie­ra­nym wie­czo­rem skle­pie ro­dzi­ców, sto­jąc na skrzynce za kasą, z trzema braćmi w roli wy­ki­daj­łów u boku. Jest za­ko­chana na za­bój w sko­rym do śmie­chu Jo­se­phie Bril­le­slij­pe­rze, ale jej ro­dzice nie chcą na­wet o nim sły­szeć: la­daco bez za­wodu, przy każ­dej oka­zji ucie­ka­jący, żeby od­wie­dzić dziadka w wę­drow­nym cyrku.

Po tym, jak Jo­seph już kilka razy bez­li­to­śnie zo­staje po­bity przez trzech braci Ger­ritse, a kiedy wresz­cie przy­cho­dzi do domu ro­dzi­ców Fij­tje pro­sić o jej rękę, zo­staje przez nich wy­rzu­cony z bu­dynku i lą­duje twa­rzą na bruku, wie już, że ma jesz­cze tylko jedno wyj­ście. Prosi słyn­nych nie­po­ko­na­nych ol­brzy­mów z ulicy Ze­edijk, aby ze­szli ze swo­jego tronu, by mógł raz na za­wsze udo­wod­nić ro­dzi­nie Ger­ritse, ile jest wart. Ra­zem ze star­szym bra­tem Ru­be­nem skrzy­kuje kilku przy­ja­ciół z ulicy Jo­den­bre­estraat i z ulicy Jo­den Ho­ut­tu­inen, mię­dzy in­nymi Głu­piego Öpie, chło­paka, który jesz­cze ni­gdy nie wy­po­wie­dział ani jed­nego słowa, ale który jest tak silny, że nikt nie ośmiela się gło­śno o tym mó­wić, i ze ści­śnię­tymi pię­ściami i za­ci­śnię­tymi szczę­kami ru­szają w kie­runku daw­nej bramy mia­sta. Przed Halą Rybną na Nie­uwmarkt do­cho­dzi do spek­ta­ku­lar­nej walki na pie­ści i po raz pierw­szy w swoim ży­ciu bra­cia Ger­ritse zo­stają po­ko­nani. Jo­seph wy­ciera krew z knykci, za­biera "swoją Fie­tje" ze sklepu jej ro­dzi­ców i wpro­wa­dza się z nią do Ru­bena i jego żony. Nie­za­leż­nie od tego, czy była to stra­te­giczna prze­ni­kli­wość, bru­talna siła czy szczę­ście, zwy­cię­stwo jest po­cząt­kiem czu­łej re­la­cji. 1 maja 1912 roku biorą ślub, a oj­ciec Jo­se­pha znaj­duje dla mło­dej pary do­mek w naj­bied­niej­szej czę­ści dziel­nicy ży­dow­skiej. To tam przy ulicy Jo­den Ho­ut­tu­inen, na rogu Uilen­bur­ger­steeg, 13 grud­nia 1912 roku przy­cho­dzi na świat ich pierw­sze dziecko Re­bekka "Lien­tje" Bril­le­slij­per.

Ro­dzina jest biedna, ale szczę­śliwa. Po kilku trud­nych la­tach udaje im się z po­mocą ojca Jo­se­pha, zwa­nego Dziad­kiem Ja­apem, prze­jąć skle­pik przy ulicy Nie­uwe Kerk­straat, nad któ­rym za­miesz­kują ra­zem z małą Lien. Fie­tje pra­cuje tam dniami i no­cami, pod­czas gdy Jo­seph po­maga w hur­towni Dziadka Ja­apa. Miną jesz­cze cztery lata, za­nim pań­stwo Ger­ritse z ulicy Ze­edijk, od­dzie­lo­nej od nich za­le­d­wie pla­cem Wa­ter­lo­oplein i Nie­uwmarkt, ale na­le­żą­cej jakby do in­nego świata, po­szu­kają po­now­nie kon­taktu z córką. Oka­zją są na­ro­dziny dru­giej córki Fie­tje, któ­rej ta nadała imię po matce: Ma­rianne - "Janny". Pięć lat póź­niej, w le­cie 1921 roku, ro­dzi się w końcu długo ocze­ki­wany syn, Ja­cob - "Ja­pie" - i ro­dzina jest w kom­ple­cie.

Pod­czas gdy Jo­seph i Fie­tje pra­cują bez prze­rwy, żeby ja­koś do­trwać do końca mie­siąca, dzieci wy­cho­wuje dziel­nica ży­dow­ska. Duże ro­dziny miesz­kają w dom­kach wą­skich jak kiszki, z miej­scami do spa­nia pod zle­wo­zmy­wa­kami i przy ścia­nach w ko­ry­ta­rzu, więc ży­cie dzieci to­czy się przede wszyst­kim na ulicy. Tuż za ro­giem ro­dzin­nego domu znaj­duje się te­atr Carré, gdzie pa­trzą go­dzi­nami na tłum­nie na­pły­wa­ją­cych, pięk­nie wy­stro­jo­nych lu­dzi, przy­cho­dzą­cych na re­wię. Nieco da­lej przy ulicy Jo­den­bre­estraat znaj­duje się te­atr Tip Top, ulu­bione miej­sce spo­tkań, w któ­rym lecą nieme filmy i wy­stę­pują znani ar­ty­ści, jak Lo­uis i He­in­tje Da­vid­so­wie. Wszy­scy w oko­licy się znają. Bra­cia po­ma­gają utrzy­my­wać ro­dziny, sio­stry - wy­cho­wy­wać dzieci, a na uli­cach wo­kół domu unosi się za­pach je­dze­nia. Od placu Wa­ter­lo­oplein aż do ulicy Jo­den­bre­estraat stoją stra­gany pełne pie­czo­nych kasz­ta­nów, świe­żych ryb, ostrych przy­praw i kwa­szo­nych ogór­ków. Fie­tje co pią­tek, jak kilka in­nych ko­biet w oko­licy, przy­go­to­wuje duży gar­nek zupy dla bied­nych. W cza­sie I wojny świa­to­wej, kiedy w skle­pie na­gle za­częło po­ja­wiać się wielu bel­gij­skich uchodź­ców, Fie­tje daje za­tro­ska­nym mat­kom za­kupy za darmo. "Za­pi­szę to" - mówi tylko i od­pra­wia je z uśmie­chem ze sklepu. Co pią­tek wie­czór ro­dzina Fie­tje i Jo­se­pha, tak jak i reszta ro­dziny Bril­le­slij­pe­rów, spo­tyka się w domu Dziadka Ja­apa przy ulicy Jo­den­bre­estraat. Je­dzą wtedy ro­sół i przez cały wie­czór mu­zy­kują i ba­wią się w te­atr ze wszyst­kimi wuj­kami, cio­ciami, ku­zy­nami i ku­zyn­kami. To tra­dy­cja, którą Jo­seph po śmierci Dziadka Ja­apa kon­ty­nu­uje ze swoją ro­dziną.

I tak wcze­sna mło­dość trójki dzieci Bril­le­slij­pe­rów, Lien, Janny i Ja­piego, upływa w nie­za­moż­nym, ale bez­piecz­nym śro­do­wi­sku am­ster­dam­skiej dziel­nicy ży­dow­skiej, w at­mos­fe­rze peł­nej mi­ło­ści i mu­zyki. W po­ło­wie lat dwu­dzie­stych ży­cie staje się jed­nak trud­niej­sze. Ro­śnie liczba bez­ro­bot­nych, ro­dziny nie mają co jeść i kiedy któ­re­goś piątku Fie­tje idzie do są­siadki, oka­zuje się, że jej tra­dy­cyjny gar­nek zupy dla bied­nych to duży gar­nek pa­ru­ją­cej wody. Dom, w któ­rym znaj­duje się ich sklep i miesz­ka­nie nad nim, sprze­dano du­żej fir­mie i ro­dzina musi prze­pro­wa­dzić się do miesz­ka­nia przy ulicy Ra­pen­bur­ger­straat. To za­le­d­wie parę kro­ków od ich daw­nego domu, ale Fie­tje stra­ciła skle­pik i trudno jej się z tym po­go­dzić. Jo­seph za­ra­bia zbyt mało, żeby móc pła­cić za wy­na­jem, i ro­dzina znów się prze­pro­wa­dza, tym ra­zem do dwóch ma­łych po­ko­ików na rogu ulicy Mar­ni­xstraat przy gra­nicy dziel­nicy Jor­daan. Fie­tje i Jo­seph opusz­czają ra­zem do­mek każ­dego ranka przed świ­tem, żeby za­ra­biać pie­nią­dze w hur­towni owo­ców i wa­rzyw.

Do­piero kiedy w 1925 roku ku ich roz­pa­czy umiera Dzia­dek Jaap, sprawy przyj­mują nieco inny ob­rót. Jo­seph z po­mocą swo­jego brata Ru­bena przej­muje hur­tow­nię i ro­dzina Bril­le­slij­pe­rów prze­pro­wa­dza się do bu­dynku przy ulicy Mar­ni­xstraat za­miesz­ka­nego przez licz­nych bli­skich krew­nych, gdzie zaj­mują pierw­sze pię­tro, a Janny i Lien do­stają wspólny piękny po­kój. Jed­nak dziew­czyn­kom bez­pieczna dziel­nica ży­dow­ska wy­daje się bar­dzo da­leko. Bra­kuje im daw­nej oko­licy, lu­dzi i am­ster­dam­skiego ji­dysz z se­ple­nią­cym "s". Od­cięte od dziel­nicy ży­dow­skiej po raz pierw­szy ro­zu­mieją, dla­czego co­raz licz­niej na­pły­wa­jący ży­dow­scy uchodźcy z Ro­sji i Pol­ski tło­czą się w ma­lut­kich dom­kach. W ob­ra­zie ulicy wo­kół Nie­uwe Prin­sen­gracht, w po­bliżu ich sta­rego skle­piku, gdzie wielu Ży­dów ze Wschodu ku­po­wało za­wsze u Fie­tje świeże ryby, sta­no­wią zwartą spo­łecz­ność męż­czyzn z dłu­gimi pej­sami, ubra­nych w czarne ka­ftany i ko­biet w chu­s­tach na gło­wach.

Sio­stry trudno roz­róż­nić nie tylko ze względu na wy­gląd, są także nie­roz­łączne i cie­szą się wol­no­ścią, którą za­pew­nia im za­nie­dba­nie ze strony ko­cha­ją­cych ro­dzi­ców. Kiedy Jo­seph i Fie­tje wy­ru­szają rano w ciem­no­ściach na targ, a Ja­pie jesz­cze śpi, wy­cią­gają ro­wery z szopy i pe­da­łują po­chy­lone do przodu wo­kół Sta­dionu Olim­pij­skiego, drogą Am­ste­lve­en­se­weg, a po­tem w prawo na IJs­ba­an­pad. Przy drew­nia­nym mostku nad to­rami do Aal­smeer zsia­dają z ro­we­rów. Most jest tak stromy i wy­soki, że mu­szą wy­tę­żyć siły, żeby z wy­pro­sto­wa­nymi rę­kami pchać ro­wery do góry, ma­jąc przy tym pra­wie za­mknięte oczy, by tylko nie zo­ba­czyć to­rów da­leko pod sobą. A tam, gdzie rzeka Schin­kel wpada do Nie­uwe Meer, znaj­duje się na wy­so­kich pa­lach ba­sen Schin­kel­bad, zbu­do­wany z drewna, od­kryty, pe­łen wody miej­skiej. Spo­cone od jazdy na ro­we­rze i koń­co­wej wspi­naczki, wska­kują szybko do zim­nej wody i za­wsze pły­wają nieco za długo, tak że mu­szą się po­tem mocno spie­szyć, żeby za­pro­wa­dzić Ja­apa na czas do szkoły.

Janny i Lien wy­ra­stają na dwie prze­piękne dziew­czyny. Są drobne i ciemne, mają pro­ste nosy i wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, brwi ni­czym li­sie ogony i zwią­zaną tuż nad kar­kiem bu­rzę czar­nych wło­sów. Ich edu­ka­cja koń­czy się na szkole pod­sta­wo­wej. Oj­ciec i matka nie mają pie­nię­dzy, żeby da­lej po­sy­łać je do szkoły, a poza tym po­trze­bują ich po­mocy. To nic strasz­nego: sio­stry chęt­nie się uczą i uważ­nie ob­ser­wują świat wo­kół - Am­ster­dam ofe­ruje im wszystko, czego po­trze­bują. Po­ma­gają Fie­tje w zaj­mo­wa­niu się do­mem, pra­cują ca­łymi dniami jako szwaczki i opie­kują się młod­szym bra­tem. W miarę jak do­ra­stają, róż­nica wieku mię­dzy nimi wy­daje się zmniej­szać, ale róż­nica cha­rak­te­rów staje się co­raz bar­dziej wy­raźna. Lien jest spon­ta­niczna i eks­tra­wer­tyczna, bez­pre­ten­sjo­nalna z na­tury, tak jak jej oj­ciec, czę­sto cho­dzi z głową w chmu­rach. Janny jest roz­sądna, cza­sem zdy­stan­so­wana, ma że­la­zną wolę, tak jak jej matka.

Lien od­krywa w so­bie ta­lent mu­zyczny. Jako mała dziew­czynka śpiewa w dzie­cię­cym chó­rze i stoi z przodu na wie­czor­kach u Dziadka Ja­apa. Jako na­sto­latka przez kilka lat po­biera lek­cje w szkole tańca Flor­rie Ro­drigo, ży­dow­sko-por­tu­gal­skiej tan­cerki, która stała się sławna dzięki wy­stę­pom w ka­ba­re­cie Je­ana-Lo­uisa Pi­su­isse'a, a póź­niej jako tan­cerka eks­pre­sjo­ni­styczna w Ber­li­nie. Po ucieczce z co­raz bar­dziej an­ty­se­mic­kich Nie­miec za­częła pro­wa­dzić szkołę tańca w dziel­nicy ży­dow­skiej w Am­ster­da­mie. Jo­se­phowi nie po­doba się fry­wolne hobby córki i za­ka­zuje jej cho­dze­nia do Flor­rie. Ale uparte geny Jo­se­pha są sil­niej­sze niż jego au­to­ry­tet: dzięki Flor­rie Lien tra­fia do cho­re­ografki Lili Green i około szes­na­stego roku ży­cia za­czyna się u niej po­ta­jem­nie uczyć. Lili jest pio­nierką w świe­cie tańca, tan­cerką uno­wo­cze­śnia­jącą kla­syczne tech­niki ba­letu, i wi­dzi w tym za­wo­dzie po­ważną przy­szłość dla Lien. Dla­tego w ciągu dnia Lien­tje pra­cuje jako szwaczka, wie­czo­rem pę­dzi do stu­dia Green przy ulicy Pie­ter Pauw­straat na lek­cję, a w nocy pre­zen­tuje swoje umie­jęt­no­ści ta­neczne w klu­bach przy placu Rem­brandt­plein. Kiedy znów o świ­cie wraca do domu i tra­fia na cze­ka­jącą na nią na scho­dach za­tro­skaną matkę, ta pro­wa­dzi ją szybko do jej po­koju, za­nim zo­ba­czy to Jo­seph.

Janny, młod­sza z sióstr, wy­trzy­muje w szwalni za­le­d­wie pół roku. Tak jak w cza­sach szkol­nych, tak i te­raz jest nie­cier­pliwa i zbun­to­wana. Mówi o so­bie, że jest wie­rząca, ale nie­re­li­gijna. Do­ra­stała w cen­trum dziel­nicy ży­dow­skiej, jed­nak ni­gdy nie była w sy­na­go­dze. Po­cho­dzi z ro­dziny skle­pi­ka­rzy, ale zgła­sza się do sy­jo­ni­stycz­nej or­ga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wej Ha-Szo­mer ha-Cair, do któ­rej na­leżą przede wszyst­kim dzieci le­ka­rzy i ad­wo­ka­tów. Gdy tylko do­strzega tam oznaki złego trak­to­wa­nia, bun­tuje się gwał­tow­nie - za­in­spi­ro­wana hi­sto­rią jej dziad­ków Ger­ritse, któ­rzy uzna­wali jej ojca za nie­god­nego po­ślu­bie­nia jej matki. Po nie­uda­nej przy­go­dzie w szwalni po­dej­muje się róż­nych prac i tra­fia do la­bo­ra­to­rium, gdzie dzięki za­ro­bio­nym pie­nią­dzom może od czasu do czasu brać udział w róż­nych kur­sach. Janny uczy się tam tro­chę an­giel­skiego, fran­cu­skiego i nie­miec­kiego, a także koń­czy kurs pierw­szej po­mocy, co być może póź­niej ura­tuje ży­cie jej i Lien­tje. Wy­stę­puje z ru­chu sy­jo­ni­stycz­nego, po­nie­waż uważa, że na­leży wal­czyć o lep­sze ży­cie dla wszyst­kich, a nie o utrzy­my­wa­nie praw dla za­moż­nej war­stwy spo­łe­czeń­stwa. Po­chła­niają ją idee ko­mu­ni­zmu, za­głę­bia się w pi­sma Marksa, w pod­stawy so­cjal­de­mo­kra­cji - oj­ciec i matka Bril­le­slij­pe­ro­wie czy­tają so­cja­li­styczny dzien­nik "Het Volk" - i wdaje się w dys­ku­sje z każ­dym i na każdy te­mat. Pa­trzy z ubo­le­wa­niem na wzrost liczby ucie­ka­ją­cych ze Wschodu Ży­dów i in­nych emi­gran­tów w dziel­nicy ży­dow­skiej, cho­ciaż mają co­raz więk­sze trud­no­ści z prze­kro­cze­niem gra­nicy. Janny pró­buje prze­ko­nać ojca o za­gro­że­niu, ja­kie nie­sie ze sobą bru­natna ide­olo­gia: fa­szyzm. Jo­seph uważa, że nie bę­dzie aż tak źle, ale Janny wi­dzi re­alne za­gro­że­nie w przy­mie­rzu Hi­tlera, Mus­so­li­niego i Franco, i kiedy la­tem 1936 roku za­czyna się hisz­pań­ska wojna do­mowa, jako dzie­więt­na­sto­latka za­czyna dzia­łać w pod­zie­miu.

Janny zaj­muje się przede wszyst­kim Mię­dzy­na­ro­dową Czer­woną Po­mocą: wspiera ho­len­der­skich ochot­ni­ków wal­czą­cych w hisz­pań­skiej woj­nie do­mo­wej. Jest człon­ki­nią ko­mi­tetu Po­moc dla Hisz­pa­nii i z tego po­wodu współ­pra­cuje z człon­kami ko­muny ar­ty­stów przy Ke­izers­gracht 522, któ­rych po­znała dzięki Lien - dzien­ni­ka­rzem Mi­kiem van Gilse, fo­to­gra­fami Evą Be­snyö i Ca­re­lem Bla­ze­rem oraz fil­mow­cem Jo­ri­sem Iven­sem. W Am­ster­da­mie Janny zbiera pie­nią­dze na środki opa­trun­kowe i inne po­trzeby, szmu­gluje przez gra­nicę ka­retkę po­go­to­wia i po­maga w zna­le­zie­niu schro­nie­nia dla ro­sną­cej liczby lu­dzi ucie­ka­ją­cych z Nie­miec. Od nich sły­szy opo­wie­ści o wzmo­żo­nej fali nie­na­wi­ści w sto­sunku do Ży­dów i "bol­sze­wi­ków". Po­rażka Niem­ców w I woj­nie świa­to­wej, krach na gieł­dzie Wall Street w 1929 roku przy­czy­nia­jący się do świa­to­wego kry­zysu i bo­le­śnie ude­rza­jący w Niemcy oraz co­raz bar­dziej otwar­cie wy­ra­żany an­ty­se­mi­tyzm - wszystko to pro­wa­dzi do przy­gnia­ta­ją­cego zwy­cię­stwa wy­bor­czego Na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Ro­bot­ni­ków, NSDAP.

Także w Ho­lan­dii sy­tu­acja się po­gar­sza. Kry­zys eko­no­miczny wy­wo­łuje po­wszechne zu­bo­że­nie, wzra­sta bez­ro­bo­cie, a pre­mier Co­lijn upra­wia że­la­zną po­li­tykę oszczęd­no­ści. W domu Bril­le­slij­pe­rów też nie dzieje się do­brze: Jo­seph prze­szedł kilka cięż­kich ope­ra­cji oczu i z trud­no­ścią wraca do zdro­wia. Fie­tje i trójka dzieci utrzy­mują ro­dzinę do chwili, kiedy także matka za­czyna cho­ro­wać i tra­fia do szpi­tala. Pod ko­niec tych burz­li­wych lat trzy­dzie­stych wi­dać je­den ja­sny punkt: obie sio­stry spo­ty­kają męż­czyzn, któ­rzy od­mie­niają ich ży­cie.

Lien mieszka już sama, przede wszyst­kim po to, by unik­nąć gniewu ojca, któ­remu nie po­doba się jej ak­tyw­ność ta­neczna. Za­trzy­muje się we wspól­no­cie ar­ty­stycz­nej przy ulicy Ban­ka­straat w Ha­dze, w barw­nym to­wa­rzy­stwie stu­den­tów. Mają wspólną kuch­nię, wspólne pie­nią­dze na utrzy­ma­nie, a w ko­ry­ta­rzu wisi ta­blica szkolna z na­zwi­skami miesz­kań­ców, nu­me­rami po­koi i ogło­sze­niami ad­mi­ni­stra­cyj­nymi. Kiedy Lien­tje leży przy­kuta do łóżka z po­wodu wstrząsu mó­zgu - prze­wró­ciła się w dro­dze na lek­cję tańca - pe­wien nowy miesz­ka­niec przy­nosi jej bu­kiet sa­mo­dziel­nie ze­rwa­nych kwia­tów. Jest ocza­ro­wana tym wy­so­kim blon­dy­nem o nie­bie­skich oczach i nie­śmia­łym uśmie­chu. To Eber­hard Re­bling, nie­miecki pia­ni­sta kon­cer­towy i mu­zy­ko­log, który uciekł z kraju przed na­cjo­na­li­zmem i ma­ją­cym mi­li­ta­ry­styczne za­pędy oj­cem. Eber­hard jest z ko­lei za­fa­scy­no­wany tą drobną, ciemną ko­bietą o cię­tym ję­zyku. Teo­re­tycz­nie trudno by­łoby zna­leźć więk­sze prze­ci­wień­stwa, ale w rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo mocno się w so­bie za­ko­chują. Także mu­zycz­nie szybko two­rzą duet: gdy tylko Lien znów staje na nogi, udziela lek­cji tańca i wy­stę­puje na sce­nie, a Eber­hard akom­pa­niuje jej na pia­ni­nie. Za­przy­jaź­niają się z in­nymi stu­den­tami przy­cho­dzą­cymi do domu ar­ty­stów i ca­łymi wie­czo­rami roz­pra­wiają z nimi na te­mat nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji po­li­tycz­nej w są­sied­nich kra­jach. Są tam młody le­karz Ger­rit Ka­stein, gra­jący na oboju Ha­akon Sto­tijn i jego żona Mieke oraz stu­dent eko­no­mii Bob Bran­des z za­moż­nej ha­skiej ro­dziny ar­chi­tek­tów.

Kiedy la­tem 1938 roku Lien w związku z pracą w re­wii wy­naj­muje tym­cza­sowo po­kój przy placu Le­id­se­plein w Am­ster­da­mie, jej cztery lata młod­sza sio­stra wpada tam czę­sto po pracy, żeby coś zjeść. Pew­nego wie­czoru Janny przy oka­zji ko­lej­nych od­wie­dzin po­znaje u Lien Boba Bran­desa, który dro­czy się z nią na te­mat jej prze­ko­nań po­li­tycz­nych - on jest człon­kiem za­rządu So­cjal­de­mo­kra­tycz­nego Związku Stu­den­tów i od­bywa w Am­ster­da­mie staż w ko­mu­ni­stycz­nym wy­daw­nic­twie Pe­ga­sus. Pod­czas dys­ku­sji Janny tak się de­ner­wuje, że za­czyna rzu­cać po­dusz­kami, żeby za­mknąć usta temu mą­drali. Ale kiedy kilka ty­go­dni póź­niej do­staje klucz od po­koju Lien przy ha­skiej Ban­ka­straat, bar­dzo szybko za­czyna z niego ko­rzy­stać, żeby czę­ściej spo­ty­kać Boba. "To chyba ja­kiś le­wi­cowy bur­del" - mru­czy je­den ze współ­lo­ka­to­rów, kiedy zo­staje tam przy­pie­czę­to­wany ko­lejny zwią­zek.

Pani Bran­des, matka Boba, zwie­trzyła ro­mans i dzwoni do Eber­harda Re­blinga, kul­tu­ral­nego pia­ni­sty, który kie­dyś dał kon­cert w ich po­koju fron­to­wym, z prośbą o prze­mó­wie­nie do roz­sądku swo­jemu przy­ja­cie­lowi. Ta dziew­czyna po­cho­dzi z po­dej­rza­nego śro­do­wi­ska kup­ców i na­prawdę nie jest od­po­wied­nią par­tią dla ich syna. Eber­hard wy­słu­chuje roz­ba­wiony, po czym uspo­kaja pa­nią Bran­des, za­pew­nia­jąc, że ro­dzina Bril­le­slij­pe­rów wy­dała na świat z pew­no­ścią naj­mil­sze, ja­kie można so­bie wy­obra­zić, córki. W stycz­niu 1939 roku Bob za­biera Janny do kina w Ha­dze, po fil­mie idzie z nią do domu i już zo­staje.

Ro­dzice Boba od­ma­wiają wy­ra­że­nia zgody na ślub syna: oprócz spo­łecz­nego sta­tusu Janny także jej ży­dow­skie po­cho­dze­nie wiąże się w tym cza­sie z ry­zy­kiem. Cho­ciaż ich po­stawa spra­wia jej przy­krość, idzie w ślady swo­ich prze­kor­nych ro­dzi­ców: we wrze­śniu 1939 roku pra­wie dwu­dzie­sto­trzy­let­nia Janny i dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni Bob wstę­pują w zwią­zek mał­żeń­ski, wy­ru­sza­jąc z domu ro­dzin­nego Janny w Am­ster­da­mie. Bez ojca i matki Boba, ale w obec­no­ści jego sióstr, mię­dzy in­nymi Aleid, z którą Janny do­brze się do­ga­duje. Jo­seph przy­go­to­wuje dla wszyst­kich ka­napki, Fie­tje wró­ciła już ze szpi­tala, a Janny z nie­da­ją­cym się nie za­uwa­żyć brzu­chem staje się cen­trum uwagi. Z pewną prze­korną ra­do­ścią Bob za­miesz­cza po­wia­do­mie­nie o ich ślu­bie w ha­skiej ga­ze­cie, w kon­se­kwen­cji pani i pan Bran­des ca­łymi ty­go­dniami za­sy­py­wani są ży­cze­niami szczę­ścia od swo­jego dys­tyn­go­wa­nego kręgu zna­jo­mych.

Mie­siąc po ślu­bie, 10 paź­dzier­nika 1939 roku, ro­dzi się Ro­bert Bran­des, a Janny, Bob i nie­mowlę wpro­wa­dzają się do dwóch po­koi przy ha­skiej Ba­zar­laan, do panny Ton­nie de Bruin sprze­da­ją­cej swoje wdzięki przy ulicy Prin­sen­straat - jed­nak to ta­jem­nica po­li­szy­nela.

Młoda para żyje z głową w chmu­rach, ale tak długo się nie da. Z ostat­niej pracy w hali fa­brycz­nej przy ma­szy­nie do szy­cia Janny otrzy­mała nie­wielki za­si­łek cią­żowy, który bły­ska­wicz­nie się jed­nak koń­czy. Bob prze­rywa stu­dia i znaj­duje pracę jako urzęd­nik pań­stwowy, a Janny zaj­muje się ma­łym Rob­biem.

Ro­dzina szybko się po­więk­sza: zimą 1939 roku przyj­mują do domu pierw­szego ukry­wa­ją­cego się. Ale­xan­der de Le­euw jest wy­bit­nym ad­wo­ka­tem z Am­ster­damu, człon­kiem za­rządu Ho­len­der­skiej Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej CPN i dy­rek­to­rem w wy­daw­nic­twie Pe­ga­sus, gdzie po­znał Boba. De Le­euw jest znany ze swo­jego trud­nego cha­rak­teru, ale także z za­cię­tej walki prze­ciwko fa­szy­zmowi i cie­szą­cych się po­pu­lar­no­ścią pu­bli­ka­cji. Jako ko­mu­ni­sta i ad­wo­kat CPN sta­nowi cel w co­raz bar­dziej nie­przy­ja­znym Am­ster­da­mie. Trwa­jąca la­tami po­li­tyka oszczęd­no­ści ko­lej­nych ga­bi­ne­tów pre­miera Co­lijna nie po­mo­gła kra­jowi wyjść z kry­zysu eko­no­micz­nego, prze­ciw­nie: wzrost jest pra­wie nie­wi­doczny, a utrzy­mu­jąca się bieda pro­wa­dzi do ro­sną­cych na­pięć. Setki ty­sięcy Ży­dów i so­cja­li­stów pró­buje wy­do­stać się z Nie­miec i po­ło­żo­nych da­lej na wscho­dzie kra­jów, ucie­ka­jąc przed falą agre­sji, która roz­pę­tała się po nocy krysz­ta­ło­wej pod ko­niec 1938 roku, kiedy Ży­dzi byli lin­czo­wani na ulicy. W oba­wie przed Niem­cami rząd ho­len­der­ski za­mknął gra­nice dla uchodź­ców, któ­rzy zo­stali uznani za "ele­ment nie­po­żą­dany". Poza tym, jak ro­zu­mo­wał Co­lijn, ma­sowy na­pływ Ży­dów po­głę­bił tylko ist­nie­jący już w kraju an­ty­se­mi­tyzm. "Na­leży uni­kać wszyst­kiego, co pro­wa­dzi do wspie­ra­nia sta­łego osie­dla­nia się w na­szym już tak gę­sto za­lud­nio­nym kraju, po­nie­waż dal­sze wkra­cza­nie ob­cych ele­men­tów by­łoby szko­dliwe dla utrzy­ma­nia cha­rak­teru ni­der­landz­kiego rodu. Rząd zaj­muje sta­no­wi­sko, że za­sad­ni­czo na­sze nie­wiel­kie te­ry­to­rium po­winno być za­re­zer­wo­wane dla na­szego na­rodu" - głosi ofi­cjalne uza­sad­nie­nie ustawy bu­dże­to­wej z 1938 roku.

Po­datny grunt dla szu­ka­nia ko­zła ofiar­nego po­ja­wia się także w Ho­lan­dii, gdzie co­raz bar­dziej otwar­cie ujaw­nia się nie­na­wiść. Zimą 1939 roku w róż­nych ki­nach sto­licy po­ka­zy­wana jest Olim­piada, film na­krę­cony na po­le­ce­nie Hi­tlera przez Leni Rie­fen­stahl i opo­wia­da­jący o igrzy­skach olim­pij­skich z 1936 roku w Ber­li­nie - roz­wle­kłe eg­zal­to­wa­nie się wy­spor­to­wa­nymi aryj­skimi cia­łami. Film przy­ciąga grupki wy­rost­ków z NSB, a w mie­ście wy­bu­chają bójki: człon­ko­wie NSB na­pa­dają na le­wi­co­wych i ży­dow­skich na­sto­lat­ków.

Ad­wo­kat de Le­euw nie czuje się bez­piecz­nie już na­wet w swo­jej ulu­bio­nej ka­fejce Reyn­ders przy placu Le­id­se­plein i szuka miej­sca, gdzie mógłby się za­trzy­mać. W ha­skim miesz­ka­niu Janny i Boba śpi na stry­chu i musi myć się ci­chutko w po­ko­iku do­piero co na­ro­dzo­nego Rob­biego. Janny za­uważa, jak bar­dzo za­mknięty w so­bie i skrę­po­wany jest ukry­wa­jący się u nich Ale­xan­der. Kiedy jej sio­stra Lien­tje wcho­dzi pew­nego ranka nie­za­po­wie­dziana, a de Le­euw je śnia­da­nie w sa­lo­nie u Janny, ga­pią się na sie­bie wy­stra­szeni. De Le­euw mru­czy coś pod no­sem, zbiera swoje rze­czy i umyka ze spusz­czoną głową na strych. Lien unosi py­ta­jąco brwi, ale jej sio­stra wy­dyma de­mon­stra­cyj­nie usta i wzru­sza ra­mio­nami, jakby ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa tego męż­czy­zny.

Kiedy 10 maja 1940 roku o go­dzi­nie 3.55 nie­miec­kie po­ciągi pan­cerne prze­kra­czają ho­len­der­ską gra­nicę, a eska­dry Luft­waffe wdzie­rają się w prze­strzeń po­wietrzną, Janny nie jest za­sko­czona. To dzień, w któ­rym sieć się za­ci­ska i pry­ska złu­dze­nie ho­len­der­skiej neu­tral­no­ści. Pro­kla­ma­cja kró­lo­wej Wil­hel­miny tego dnia brzmi na­stę­pu­jąco:

Po tym, jak nasz kraj przez tyle mie­sięcy z dro­bia­zgową do­kład­no­ścią sto­so­wał się do za­cho­wa­nia ści­słej neu­tral­no­ści i nie miał żad­nych in­nych za­mia­rów, jak tylko sta­now­czo i kon­se­kwent­nie za­cho­wy­wać ta­kie sta­no­wi­sko, mi­nio­nej nocy nie­miec­kie siły zbrojne bez ja­kie­go­kol­wiek ostrze­że­nia na­pa­dły na­gle na na­sze te­ry­to­rium. Stało się to po­mimo uro­czy­stego za­pew­nie­nia, że neu­tral­ność na­szego kraju bę­dzie usza­no­wana tak długo, jak my bę­dziemy jej prze­strze­gać.

Przez kilka pierw­szych dni Janny i Bob ży­wią jesz­cze na­dzieję, że An­glicy prze­pę­dzą Niem­ców, ale nic ta­kiego się nie dzieje. Z ich domku przy alei Ba­zar­laan mogą pra­wie do­tknąć kró­lew­skich stajni pa­łacu No­or­de­inde, i kiedy 13 maja wi­dzą od­jeż­dża­jący stam­tąd kon­wój ele­ganc­kich sa­mo­cho­dów, z całą mocą do­ciera do nich, że Ho­lan­dia zna­la­zła się pod oku­pa­cją. Tego wie­czoru, gdy Robbi śpi, Janny i Bob oma­wiają sy­tu­ację. Pa­mię­tają opo­wie­ści uchodź­ców ze wschodu Eu­ropy, traumy wal­czą­cych w Hisz­pa­nii i nie­dawny nie­przy­ja­zny na­strój pa­nu­jący w Ho­lan­dii. Nie mają jed­nak żad­nych wąt­pli­wo­ści: będą sta­wiać opór fa­szy­zmowi. Nie mają też złu­dzeń, je­śli cho­dzi o moż­liwe kon­se­kwen­cje, cho­ciaż tak na­prawdę nie zdają so­bie sprawy z tego, co ich może spo­tkać.

Kiedy kilka dni póź­niej pod­czas spa­ceru z syn­kiem w wózku Janny zo­staje za­sko­czona przez alarm prze­ciw­lot­ni­czy, pę­dzi ha­skimi uli­cami w po­szu­ki­wa­niu po­mocy. Zło­wiesz­cze wy­cie wy­peł­nia po­wie­trze, krąży naj­pierw ni­sko i ciężko wo­kół niej, a na­stęp­nie strzela w górę - pod­czas gdy strach ści­ska jej żo­łą­dek, a stopy bie­gną po pły­tach chod­nika. Wi­dzi zna­jomą fa­sadę, dzwoni do domu zna­jo­mych ro­dziny Bran­de­sów, nie­ja­kich de Pres, i z tru­dem ła­piąc od­dech, pyta, czy mo­głaby się u nich schro­nić. Z za­wsty­dze­niem, ale zde­cy­do­wa­nie dają jej do zro­zu­mie­nia, że ma so­bie pójść.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Czło­wieku, od­waż się żyć

Tę hi­sto­rię roz­po­czyna pio­senka. Mimo że w 2017 roku ob­cho­dziła setne uro­dziny, na­dal jest jedną z naj­bar­dziej zna­nych pio­se­nek w Ho­lan­dii, uwiel­bianą przez wszyst­kie war­stwy spo­łeczne oraz śpie­waną przez każde po­ko­le­nie: Czło­wieku, od­waż się żyć.

Dirk Witte, cu­downe dziecko na­uczy­cieli z re­gionu Za­an­streek, już w bar­dzo mło­dym wieku pi­sze mu­zykę i tek­sty. Zda­niem jego ro­dzi­ców ka­riera mu­zyczna nie ozna­cza po­waż­nego spo­sobu na ży­cie, to­też kiedy w 1900 roku, ma­jąc pięt­na­ście lat, koń­czy szkołę, za­czyna pracę w han­dlu drew­nem w Za­an­dam. W wol­nym cza­sie na­dal jed­nak upar­cie kom­po­nuje mu­zykę i pew­nego wio­sen­nego dnia 1914 roku bie­rze los w swoje ręce. Wcho­dzi do fil­har­mo­nii w Am­ster­da­mie w mo­men­cie, gdy prze­peł­niona po brzegi sala po­dzi­wia wy­stępy świa­to­wej sławy ho­len­der­skiego pio­sen­ka­rza i ar­ty­sty ka­ba­re­to­wego Je­ana-Lo­uisa Pi­su­isse'a. Jego re­per­tuar z po­wodu braku do­brych ni­der­landz­kich tek­stów składa się z utwo­rów fran­cu­skich, an­giel­skich i nie­miec­kich. Po przed­sta­wie­niu Dirk puka do drzwi gar­de­roby, w któ­rej Pi­su­isse zmywa ma­ki­jaż, i zwraca się do niego: "Je­stem tylko sprze­dawcą drewna w Za­an­dam, ale dla kilku to­wa­rzystw śpie­wa­czych w na­szej miej­sco­wo­ści na­pi­sa­łem pio­senki, które bar­dzo po­do­bają się lu­dziom. Wy­bra­łem naj­lep­sze. Czy ze­chce pan po­słu­chać?"[1].

Wrę­cza Pi­su­isse'owi tekst pio­senki Moja pierw­sza, o ro­dzą­cej się mi­ło­ści chło­paka do dziew­czyny z chóru, uczu­ciu koń­czą­cym się gwał­tow­nie, kiedy chło­pak traci głos:

Lecz kiedy na­gle stra­ci­łem głos

Ona rzu­ciła mnie, taki los.[2]

Jed­nak chło­pak przez całe ży­cie my­śli o "swo­jej pierw­szej", aż do dnia wła­snego ślubu:

A kiedy na ślub z inną czas na­dej­dzie

I wy­dam przy­ję­cie, gdzie pięk­nie bę­dzie

Fraki i suk­nie, kwiaty oka­załe

Wuj­ko­wie i cio­cie, i wino białe

Gdy spoj­rzę na wy­brankę, smu­tek serce oprzę­dzie

W ko­ściele przy oł­ta­rzu, gdzie oboje

Sta­niemy na ko­biercu, trzy­ma­jąc dło­nie swoje

Pod­czas gdy lu­dzie na­pa­trzeć się nie mogą

Na pana mło­dego i pannę młodą

I wszy­scy wraz tak pięk­nie, że aż się boję

Za­śpie­wają, a ra­dość bę­dzie biła z ich min

Dla nas marsz we­selny z opery Lo­hen­grin

A ja słu­cha­jąc tych pięk­nych gło­sów

So­pra­nów, al­tów i ba­sów

Znów na chwilę po­bie­gnę my­ślami do mej pierw­szej.

Pi­su­isse jest za­chwy­cony, włą­cza pio­senkę do swo­jego re­per­tu­aru i wkrótce Moja pierw­sza roz­brzmiewa we wszyst­kich ho­len­der­skich do­mach. Spo­tka­nie z pio­nie­rem ho­len­der­skiego ka­ba­retu na do­bre od­mie­nia ży­cie Dirka Wit­tego, a ich współ­praca pro­wa­dzi do po­wsta­nia wielu utwo­rów, które zo­sta­wią ślad w zbio­ro­wej pa­mięci miesz­kań­ców tego kraju.

Kilka mie­sięcy po ich pierw­szym suk­ce­sie, 28 czerwca 1914 roku, w Sa­ra­je­wie za­strze­lono au­striac­kiego na­stępcę tronu Fran­ciszka Fer­dy­nanda - było to ostat­nie wy­da­rze­nie pro­wa­dzące do roz­po­czę­cia I wojny świa­to­wej, a jed­no­cze­śnie pierw­sza prze­szkoda na dro­dze Dirka do ka­riery.

Pod ko­niec lipca ogło­szona zo­staje w Ho­lan­dii mo­bi­li­za­cja se­tek ty­sięcy męż­czyzn. "Wszy­scy po­bo­rowi na­tych­miast do broni!" - wzy­wają pla­katy roz­le­pione w ca­łym kraju. Biją dzwony na wie­żach ko­ścio­łów; ze stry­chu ścią­gane są ple­caki woj­skowe, a mał­żonki ca­ło­wane na po­że­gna­nie, kiedy kil­ka­set ty­sięcy po­bo­ro­wych musi za­mel­do­wać się w ko­sza­rach, skła­dach, ma­ga­zy­nach, a z braku miej­sca, na­wet w do­mach u ob­cych lu­dzi. Wśród nich Dirk Witte, który jako dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­la­tek ma obo­wią­zek zgło­sze­nia się do woj­ska. Cho­ciaż praw­dziwa walka to­czy się poza gra­ni­cami kraju - Niemcy zo­sta­wiają Ho­lan­dię w spo­koju, a Ho­lan­dia jed­no­znacz­nie de­kla­ruje neu­tral­ność - ko­lejne lata wojny od­ci­skają na nim głę­bo­kie piętno. Zwłasz­cza z po­wodu są­sied­niej Bel­gii, która od­ma­wia nie­miec­kim woj­skom po­zwo­le­nia na przej­ście przez swoje te­ry­to­rium. Niemcy, żeby zła­mać opór Bel­gów, re­agują eg­ze­ku­cjami nie­win­nych miesz­kań­ców i pod­pa­la­niem wio­sek, a w kon­se­kwen­cji dzie­siątki ty­sięcy Bel­gów ucie­kają do ho­len­der­skiej Lim­bur­gii. 15 wrze­śnia 1914 roku w mo­wie tro­no­wej kró­lowa Wil­hel­mina oświad­cza, że Ho­lan­dia za­cho­wuje cał­ko­witą neu­tral­ność w tym kon­flik­cie i przyj­mie uchodź­ców z otwar­tymi ra­mio­nami.

Woj­ska nie­miec­kie po­su­wają się szybko na­przód i pę­dzą przed sobą setki ty­sięcy Bel­gów, zmu­sza­jąc ich do prze­kro­cze­nia gra­nicy kraju. W cza­sie sta­ran­nie przy­go­to­wa­nej przez nie­miec­kie do­wódz­two woj­skowe ofen­sywy roz­po­czyna się "gwałt na Bel­gii". Po­nie­waż Bel­go­wie nie chcą współ­pra­co­wać, a w nie­któ­rych miej­scach mają na­wet od­wagę ostrze­li­wać Niem­ców, każdy po­dej­rzany o ja­ką­kol­wiek formę oporu jest su­rowo ka­rany. Krążą prze­ra­ża­jące opo­wie­ści o nie­miec­kich ak­cjach od­we­to­wych: o nie­mow­lę­tach za­bi­ja­nych ude­rze­niem głową o ścianę domu, do­ko­ny­wa­nych roz­pa­lo­nymi szta­bami gwał­tach na ko­bie­tach czy za­kon­ni­cach przy­wią­zy­wa­nych do serc dzwo­nów ko­ściel­nych i gi­ną­cych po ich roz­ko­ły­sa­niu. Póź­niej oka­zuje się, że część z nich to bry­tyj­ska pro­pa­ganda ma­jąca na celu de­hu­ma­ni­za­cję Niem­ców, ale z całą pew­no­ścią do­cho­dzi do okru­cieństw - w wy­niku nie­miec­kiej prze­mocy gi­nie około sze­ściu ty­sięcy Bel­gów.

Dirk Witte jako sa­ni­ta­riusz - we­dług jego sio­stry naj­bar­dziej fajt­ła­po­waty na świe­cie - sta­cjo­nuje w tym cza­sie w Ein­dho­ven i swoje zdu­mie­nie sy­tu­acją, w ja­kiej na­gle zna­lazł się wraz z kra­jem, opi­suje w licz­nych pio­sen­kach wo­jen­nych. Aspi­rynę w wy­ko­na­niu współ­twórcy jego suk­ce­sów Pi­su­isse'a mi­ni­ster wojny włą­czył do Zbioru pio­se­nek dla woj­ska ho­len­der­skiego. Utwór staje się szybko ulu­bioną pio­senką żoł­nie­rzy:

Ran­kiem stają skoro świt

Przed le­ka­rzem, przed le­ka­rzem

Choć to jesz­cze wcze­śnie zbyt

To do­stają skoro świt

By ulżyło odro­binę:

Aspi­rynę, aspi­rynę!

Aspi­ryna dla po­czci­wych

Co z tru­dem prze­spali noc

Aspi­ryna dla tchórz­li­wych

Co za­miast warty wolą pod koc!

Aspi­ryna się na­leży

Dla ofi­ce­rów i dla żoł­nie­rzy

Dla kwa­ter­mi­strza i dla sier­żanta

A na­wet dla ko­nia pana ad­iu­tanta.

Do cy­wila jak wró­cimy

Nie pój­dziemy do le­ka­rza

Precz cho­rób­ska prze­pę­dzimy

Do cy­wila jak wró­cimy

Bo pięć kilo za­ku­pimy:

Aspi­ryny, aspi­ryny![3]

W cza­sie, kiedy Ho­lan­dia kur­czowo trzyma się swo­jej neu­tral­no­ści - skutki wojny bo­le­śnie do­ty­kają miesz­kań­ców kraju. Kró­lowa Wil­hel­mina, ni­czym po­przed­niczka An­geli Mer­kel, za­pre­zen­to­wała w mo­wie tro­no­wej szla­chet­ność i go­ścin­ność. Nie mo­gła wtedy prze­wi­dzieć, że w ciągu kilku mie­sięcy z jej oferty sko­rzy­sta mi­lion Bel­gów.

10 paź­dzier­nika 1914 roku upada mia­sto por­towe An­twer­pia. Bel­go­wie ma­sowo ucie­kają; zwłasz­cza Ze­lan­dia, Bra­ban­cja oraz Lim­bur­gia zo­stają za­lane przez rze­sze zde­spe­ro­wa­nych są­sia­dów z po­łu­dnia. Dworce ko­le­jowe są prze­peł­nione, a nie­koń­cząca się rzeka wio­zą­cych całe ro­dziny i góry sprzę­tów do­mo­wych fur­ma­nek pły­nie przez ho­len­der­ską gra­nicę. Rząd nie ma po­my­słu na przy­ję­cie ta­kiej liczby uchodź­ców i dla­tego lud­ność Ho­lan­dii sama musi szu­kać roz­wią­za­nia. Mia­sta ta­kie jak Ro­osen­daal i Ber­gen op Zoom, każde li­czące około szes­na­stu ty­sięcy miesz­kań­ców, przyj­mują po­mię­dzy sto a dwie­ście ty­sięcy uchodź­ców, z czego naj­wię­cej umiesz­cza się w do­mach pry­wat­nych. Jed­nak ucie­ka­ją­cych jest zbyt wielu. Szkoły, fa­bryki, dworce ko­le­jowe, łąki, parki i skwery: gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, sie­dzą i leżą bel­gij­scy uchodźcy. Dzieci ro­dzą się na błot­ni­stych po­bo­czach, lu­dzie śpią na dwo­rze pod­czas mro­zów; cią­gły na­pływ lud­no­ści zdaje się nie koń­czyć. W ko­lej­nych dniach wy­daje się, jakby są­sia­du­jące ze sobą kraje zo­stały po­prze­su­wane nie­wi­dzial­nymi rę­kami i dwa na­rody na­gle umiesz­czono na jed­nym te­ry­to­rium. Exo­dus koń­czy się do­piero, gdy Niemcy bu­dują wzdłuż ho­len­der­sko-bel­gij­skiej gra­nicy dwu­stu­ki­lo­me­trowe ogro­dze­nie pod na­pię­ciem: de Draad des Do­ods - Drut śmierci, wy­so­kie na dwa me­try, co dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów roz­cią­gnięty jest drut pod na­pię­ciem dwóch ty­sięcy wol­tów. Wielu Bel­gów owi­nię­tych weł­nia­nymi ko­cami, z rę­kami i no­gami na por­ce­la­no­wych ta­ler­zach, albo wy­ko­nu­jąc sa­mo­bój­czy skok szczu­pa­kiem, na­dal jed­nak pró­buje prze­kro­czyć gra­nicę. Setki giną po­ra­żone prą­dem.

Gdy nie da się już za­prze­czyć, że sy­tu­acja wy­mknęła się spod kon­troli, i rząd ho­len­der­ski czuje się zmu­szony do przed­sta­wie­nia planu dzia­ła­nia, sy­tu­ację przej­muje woj­sko. W ca­łym kraju po­wstają duże obozy, które w wielu przy­pad­kach w pełni po­twier­dzają ne­ga­tywne sko­ja­rze­nia zwią­zane z tą na­zwą. Z po­wodu braku jed­no­znacz­nej po­li­tyki rządu or­ga­ni­za­cja obo­zów na­leży do miej­sco­wych ko­men­dan­tów, a więk­szość bel­gij­skich ro­dzin zo­staje po pro­stu za­mknięta w drew­nia­nych ba­ra­kach pod nad­zo­rem woj­sko­wym. Są w nich kuch­nie po­lowe, pry­mi­tywne miej­sca do my­cia się i rowy słu­żące za ka­nały ście­kowe. Przy­go­to­wy­wane przez Ho­len­drów je­dze­nie przy­nosi Bel­gom także nie­wiele po­cie­sze­nia: każ­dego dnia mają na­dzieję, że nie do­staną po raz ko­lejny gro­chówki - béton armé (uzbro­jony be­ton), jak z obrzy­dze­niem wspo­mi­nają to jesz­cze długo po woj­nie.

Masa uchodź­ców sta­nowi zbyt duże ob­cią­że­nie dla wa­run­ków ży­cia w kraju. Rząd ho­len­der­ski pro­wa­dzi ne­go­cja­cje z nie­miec­kim oku­pan­tem, zwra­ca­jąc się z prośbą o umoż­li­wie­nie Bel­gom po­wrotu do kraju bez na­ra­ża­nia się na re­pre­sje. Niemcy wy­ra­żają zgodę, jed­no­cze­śnie wia­domo już, że walki to­czą się w oko­pach na fron­cie, dzięki czemu duże ob­szary Flan­drii są sto­sun­kowo bez­pieczne. Mi­ni­ster wojny po­leca ho­len­der­skim gmi­nom, żeby "z de­li­kat­nym na­ci­skiem" kie­ro­wały Bel­gów z po­wro­tem do domu. W nie­któ­rych miej­scach ten roz­kaz re­ali­zo­wano ze zbyt dużą ho­len­der­ską do­słow­no­ścią: w Har­der­wijk Bel­gów bez par­donu usu­nięto z gminy, a w Sche­ve­nin­gen uchodź­ców umiesz­czo­nych w bu­dynku Cir­cu­sthe­ater po­in­for­mo­wano, że je­śli szybko nie wy­jadą po­cią­giem, to po­niosą tego kon­se­kwen­cje. W maju 1915 roku około dzie­wię­ciu­set ty­sięcy są­sia­dów z po­łu­dnia wraca - to ko­niec na­der krót­kiej wi­zyty.

Dirk Witte w cza­sie służby nie­prze­rwa­nie pi­sze. Cho­ciaż nie musi wal­czyć, wojna i ma­sowy na­pływ uchodź­ców ro­bią na nim ogromne wra­że­nie. Na­gły chaos, spo­sób trak­to­wa­nia Bel­gów i po­stawa Ho­lan­dii spra­wiają, że za­sta­na­wia się nad swoją rolą, a także nad tym, jak być czę­ścią tego wszyst­kiego, nie tra­cąc jed­no­cze­śnie po­czu­cia wła­snej war­to­ści.

Kiedy wi­dać już ko­niec wojny i za­czyna się po­wrót do nor­mal­nego ży­cia, spa­dają na niego co­dzienne zmar­twie­nia: Dirk miota się po­mię­dzy ży­ciem w świe­cie sztuki w oto­cze­niu wol­nych du­chów a "przy­zwo­itym" ży­ciem biz­nes­mena z do­brze płatną pracą w han­dlu drew­nem - do­kład­nie tak, jak chcieli miesz­czań­scy ro­dzice. Pod wpły­wem tych zma­gań w 1917 roku po­wstaje jego naj­słyn­niej­szy utwór: Mensch, durf te le­ven! (Me­mento vi­vere) [Czło­wieku, od­waż się żyć!]. Dzien­nik "Al­ge­meen Han­dels­blad" 6 li­sto­pada 1917 roku pu­bli­kuje re­cen­zję z wy­stępu Je­ana-Lo­uisa Pi­su­isse'a, a w niej praw­do­po­dob­nie po raz pierw­szy po­ja­wia się wzmianka o wy­ko­na­niu tej pio­senki. "Na­pi­sana wier­szem przez Dirka Wit­tego upo­etycz­niona lek­cja ży­cia z za­chwy­tem przy­jęta przez pu­blicz­ność".

Żyje się tak krótko, tylko je­den raz

Jak ze­chcesz ina­czej, to nie ma już szans!

Czło­wieku, od­waż się żyć!

Nie py­taj cią­gle na wszelki wy­pa­dek

Jak ro­bił to twój oj­ciec, jak ro­bił to twój dzia­dek

Jak robi to ku­zyn, jak ro­bią ko­le­dzy

Albo jak to wi­dzi są­siad twój zza mie­dzy

Czy też ja­kim "do­bry oby­czaj" na­ka­zuje być!

Czło­wieku, od­waż się żyć!

Więc pierś wy­pięta dum­nie i do góry głowa.

Wy, co się tak wy­mą­drza­cie, nic mi tu­taj po was!

Ważne jest serce mieć pełne cie­pła i mi­ło­ści

Lecz w swo­ich spra­wach bądź pa­nem na wło­ściach!

Nikt ci nie bę­dzie mó­wił, jaki ty masz być!

Czło­wieku, od­waż się żyć![4]

Bra­wu­rowe wy­ko­na­nie spra­wia, że pio­senka ema­nuje sprze­ci­wem i kry­tycz­nym my­śle­niem. Od­nosi ogromny suk­ces w po­wo­jen­nej Ho­lan­dii.

Krótko po pierw­szym wy­ko­na­niu utworu Dirk po­dej­muje de­cy­zję o re­zy­gna­cji z pracy, żeby wspól­nie z Pi­su­isse'em cał­ko­wi­cie po­świę­cić się dzia­łal­no­ści ar­ty­stycz­nej. Żeni się z piękną i ma­jętną Do­ra­lize "Jet" Lo­oman z Bus­sum i w 1920 roku mał­żon­ko­wie zle­cają ar­chi­tek­towi z Za­an­dam za­pro­jek­to­wa­nie dla nich wy­ma­rzo­nego domu. W baj­ko­wym miej­scu, po­środku re­zer­watu przy­rody w Na­ar­den, na gra­nicy mię­dzy wrzo­so­wi­skiem i la­sami po­wstaje po­kaźna willa. Duże okna za­pew­niają roz­le­gły wi­dok, aż po znacz­nie od­da­lone wody Zu­ide­rzee. Wi­dziany z lotu ptaka dom zlewa się z oto­cze­niem, a duży ogród ota­czają dęby prze­cho­dzące w las, dach zaś po­kry­wają żółte trzciny, sple­cione tak samo jak te nieco da­lej nad brze­giem wody.

Pew­nego sło­necz­nego dnia la­tem 1921 roku Dirk i Jet ze świeżo na­ro­dzoną córką Do­ra­lize w wózku po­zują dumni do zdję­cia przed swoim no­wym do­mem: Wy­so­kim Gniaz­dem. Witte nie mógł wtedy przy­pusz­czać, że nie­spełna dwa­dzie­ścia lat póź­niej, kiedy pod­czas II wojny świa­to­wej ludz­kość znów zo­sta­nie wy­sta­wiona na próbę i wielu Ho­len­drów bę­dzie się za­sta­na­wiać nad swoją rolą w ob­rę­bie ogól­no­świa­to­wej wspól­noty, jego we­zwa­nie do walki w tak do­słowny spo­sób urze­czy­wistni się w wy­bu­do­wa­nym przez niego domu, jakby du­sza tej pio­senki wnik­nęła w ce­glane mury.

SŁOWO WSTĘPNE

Kiedy wjeż­dżamy na le­śną dróżkę i po­mię­dzy drze­wami otwiera się wi­dok na dom, je­ste­śmy wprost ocza­ro­wani. Przy­sło­wiowa "chatka na od­lu­dziu", któ­rej szu­ka­li­śmy, w ża­den spo­sób nie po­krywa się z tym, co mamy przed sobą - ten dom jest ogromny i ma na­wet wła­sną na­zwę: Wy­so­kie Gniazdo. Nasz wzrok prze­suwa się po ma­je­sta­tycz­nej fa­sa­dzie, ce­gla­nych ścia­nach po­ro­śnię­tych blusz­czem i oknach z otwar­tymi skrzy­dłami sta­rych okien­nic. Wszystko tu tchnie hi­sto­rią i świet­no­ścią, ale bez pre­ten­sjo­nal­no­ści i sztyw­no­ści, która czę­sto się z nimi wiąże. Prze­ciw­nie: dziki le­śny ogród, wy­soka trawa, ko­ły­szące się tu i tam sznu­rowe dra­binki i sad za do­mem za­pra­szają do bie­ga­nia, za­bawy, roz­pa­la­nia ogni­ska i dłu­gich wie­czor­nych roz­mów pod gwiaź­dzi­stym nie­bem, nie­za­kłó­ca­nych przez za­miesz­kany świat. Pa­trzymy na sie­bie i my­ślimy o tym sa­mym: za­miesz­kać tu.

Dzieje się coś nie­by­wa­łego. Pod ko­niec lata 2012 roku mój mąż i ja z troj­giem na­szych dzieci, dłu­go­wło­sym owczar­kiem nie­miec­kim i trzema ko­tami wpro­wa­dzamy się do du­żej przy­czepy kem­pin­go­wej usta­wio­nej w ogro­dzie Wy­so­kiego Gniazda i za­czy­namy długi pro­ces przy­wra­ca­nia bla­sku temu wy­jąt­ko­wemu miej­scu. Przy­stę­pu­jemy do od­na­wia­nia ścian, szli­fo­wa­nia scho­dów; po usu­nię­ciu pa­neli uka­zują się su­fity z po­my­sło­wym bel­ko­wa­niem. Go­łymi rę­kami zry­wamy wy­kła­dzinę i pra­wie w każ­dym po­koju od­kry­wamy pu­ste miej­sca pod drew­nianą pod­łogą i skrytki za starą bo­aze­rią. Znaj­du­jemy tam ogarki świec, nuty, stare ga­zetki ru­chu oporu. W ten spo­sób za­czyna się rów­nież re­kon­stru­owa­nie hi­sto­rii Wy­so­kiego Gniazda. Osza­ła­mia­ją­cej hi­sto­rii, która - jak się okaże - obej­muje ważną część na­szej wo­jen­nej prze­szło­ści, sze­rzej nie­zna­nej - na­wet w oko­licy, gdzie stoi dom.

Roz­ma­wiam z dawną wła­ści­cielką, tu­tej­szymi miesz­kań­cami i skle­pi­ka­rzami z po­bli­skich wio­sek, za­głę­biam się w księ­gach ka­ta­stral­nych i ar­chi­wach, i raz po raz coś mnie za­ska­kuje. W kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie II wojny świa­to­wej, kiedy za­tło­czo­nymi po­cią­gami wy­wo­żono lu­dzi do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, a En­dlösung der Ju­den­frage, czyli "osta­teczne roz­wią­za­nie kwe­stii ży­dow­skiej", sta­wało się fak­tem, w Wy­so­kim Gnieź­dzie dwie ży­dow­skie sio­stry stwo­rzyły miej­sce schro­nie­nia dla prze­śla­do­wa­nych i ośro­dek ru­chu oporu. W na­stęp­nych la­tach po­znaję po­tom­ków tej grupy lu­dzi, a ukry­wa­jące się kie­dyś tu­taj dzieci, te­raz już do­ro­śli lu­dzie, po­now­nie po­ja­wiają się w domu. Dzielą się ze mną wspo­mnie­niami i do­ku­men­tami, dzięki któ­rym mogę przy­wró­cić tej hi­sto­rii barwę i od­dać głos sio­strom.

Po­woli, choć nie­po­wstrzy­ma­nie, po­kój po po­koju, ka­wałki puz­zli ukła­dają się w nie­wy­obra­żalną wręcz hi­sto­rię, która obec­nie, sześć lat póź­niej, uka­zuje się w for­mie dru­ko­wa­nej. To hi­sto­ria po­twier­dza­jąca moje pierw­sze prze­czu­cie: ten dom jest więk­szy od nas. My je­ste­śmy tylko prze­chod­niami ma­ją­cymi szczę­ście w nim miesz­kać.