Przedmowa
Są takie książki, które nie tyle się czyta, ile się przez nie przechodzi - jak przez długi, ciemny korytarz, w którym każde kolejne drzwi otwierają się na prawdę coraz mniej wygodną, coraz mniej symboliczną, a coraz bardziej cielesną. "Siostry" należą właśnie do tego rzadkiego gatunku prozy, która nie zadowala się opowiedzeniem historii. Ta książka stawia czytelnika w środku doświadczenia: między wiarą a przemocą, między posłuszeństwem a odpowiedzialnością, między instytucją a jednostką, między grzechem jako pojęciem a grzechem jako czynem, który zostawia ślad na ciele, psychice i pamięci.
To powieść mocna, ale jej siła nie bierze się z epatowania okrucieństwem. Bierze się z czegoś znacznie trudniejszego do osiągnięcia: z konsekwencji. Autor nie szuka taniego efektu, nie poprzestaje na skandalu, nie kokietuje czytelnika samą transgresją. Przeciwnie - prowadzi opowieść z chłodną precyzją reportera, z wyczuciem dramaturgii właściwym najlepszemu kryminałowi i z intuicją psychologiczną, która każe nam rozumieć nawet wtedy, gdy nie chcemy wybaczać. Dzięki temu "Siostry" są książką nie tylko mroczną, ale przede wszystkim dojmująco prawdziwą w swoim rozpoznaniu mechanizmów ludzkiego podporządkowania.
Największą zaletą tej powieści jest to, że nie daje się zredukować do jednej etykiety. Można ją czytać jako mroczny kryminał o serii narastających przestępstw. Można ją czytać jako studium przemocy symbolicznej i psychicznej, jako opowieść o narodzinach sekty w miejscu, które z pozoru powinno być azylem. Można ją wreszcie czytać jako gorzką powieść obyczajową o samotności, głodzie sensu i o tym, jak bardzo człowiek potrzebuje autorytetu, kiedy jego życie zostało wcześniej poranione przez przypadek, biedę, instytucje albo własną przeszłość. I w każdej z tych lektur książka pozostaje spójna, przenikliwa i przejmująca.
Szczególnie uderza sposób, w jaki autor wykorzystuje język religijny. Łacińskie sentencje, fragmenty modlitw, rytm liturgii, słownictwo teologiczne - wszystko to nie służy tu dekoracji ani łatwej prowokacji. Przeciwnie: zostaje potraktowane bardzo serio. To właśnie dzięki temu zabiegowi "Siostry" nie są pamfletem na wiarę ani prostą satyrą na Kościół. Są czymś znacznie dojrzalszym: opowieścią o tym, jak język sacrum może zostać przejęty, wypaczony i użyty jako narzędzie kontroli. To ważne rozróżnienie. Książka nie szydzi z religijności jako takiej; pokazuje raczej, z jaką łatwością człowiek potrafi pomylić posłuszeństwo z oddaniem, duchowość z zależnością, a autorytet z przemocą.
W tym sensie jest to również znakomita powieść socjologiczna. Autor doskonale rozumie, że zło rzadko zaczyna się od wielkiego wybuchu. O wiele częściej zaczyna się od drobnego przesunięcia granicy, od pozornie nieszkodliwej reinterpretacji zasad, od uprzejmego tonu, od obietnicy sensu, od poprawienia pieca, naprawienia dachu, przyniesienia jedzenia i wprowadzenia porządku tam, gdzie wcześniej panował chaos. "Siostry" bardzo przekonująco pokazują, że mechanizm zniewolenia nie polega na brutalnym podboju od pierwszej chwili, ale na tworzeniu zależności. Kto daje opiekę, ten zyskuje władzę. Kto daje język do opisania cierpienia, ten szybko może zacząć narzucać także sposób przeżywania winy.
Nie sposób nie docenić również warstwy psychologicznej. Bohaterki tej książki nie są figurami ani publicystycznymi znakami. Każda z nich nosi własny rodzaj pęknięcia, własną historię i własny sposób reagowania na przemoc. Jedna ucieka w gorliwość, druga w proceduralność, trzecia w poezję, czwarta w milczenie, piąta w praktyczny bunt. To właśnie ta różnorodność czyni powieść tak wiarygodną. Autor nie upraszcza psychiki postaci, nie osądza ich z łatwością kogoś stojącego bezpiecznie poza opowieścią. Wie, że człowiek wikła się w zło nie tylko z powodu słabości charakteru, lecz także z powodu lęku przed samotnością, głodu uznania, nawyku podporządkowania, doświadczenia wcześniejszej przemocy, potrzeby przynależności i zwykłego wyczerpania.
Ważnym atutem "Sióstr" jest także umiejętne osadzenie akcji w konkretnym pejzażu społecznym i geograficznym. Wielkopolska w tej książce nie jest pocztówką ani folklorem. Jest przestrzenią milczenia, pragmatyzmu, codzienności i ukrytych napięć. Pola, drogi gruntowe, posterunki, sklepy, stodoły, plebanie i klasztorne korytarze tworzą świat aż nazbyt rozpoznawalny. To bardzo istotne, bo opowieść o przemocy i manipulacji działa najmocniej wtedy, gdy czytelnik nie może się przed nią obronić wygodnym stwierdzeniem: "to tylko egzotyka, to tylko fikcja, to dzieje się gdzieś daleko". Tutaj nic nie dzieje się daleko. Wszystko dzieje się blisko. Za blisko.
Książka imponuje również konstrukcją. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, a jednocześnie nie gubi ludzkiego wymiaru opowieści. Kolejne wydarzenia narastają zgodnie z wewnętrzną logiką, a nie dla sensacji. Każdy kolejny etap ma swoje moralne, emocjonalne i społeczne konsekwencje. To bardzo ważne, bo "Siostry" nie są katalogiem wstrząsających scen, lecz precyzyjnie rozpisanym procesem destrukcji. W tej destrukcji jest miejsce i na czarny humor, i na groteskę, i na grozę, i na smutek, a nawet - co najtrudniejsze - na czułość wobec bohaterów, którzy błądzą. Autor wie, że najciemniejsze historie wymagają nie tylko odwagi, ale i dyscypliny. Tutaj tej dyscypliny nie brakuje.
Na osobne uznanie zasługuje postać śledczego. Wprowadzenie perspektywy policyjnej mogło łatwo zamienić tę opowieść w prostą grę: zły manipulator kontra dobry stróż prawa. Nic takiego się jednak nie dzieje. Świat instytucji państwowych okazuje się równie uwikłany, opóźniony, bezradny i zależny od nieformalnych układów, jak świat religijny. Dzięki temu powieść zyskuje dodatkowy wymiar: staje się nie tylko historią jednostkowego zła, lecz także opowieścią o systemach, które powinny chronić, a często jedynie reagują za późno. To bardzo trafna obserwacja społeczna, pozbawiona efekciarskiego moralizowania.
"Siostry" są też książką odważną formalnie. Mieszają język powieści, reportażu, protokołu, kazania, spowiedzi i osobistego zapisu. Taka mieszanina mogła się rozpaść, a jednak działa znakomicie, bo autor panuje nad tonem. Wie, kiedy przyciszyć narrację, kiedy dopuścić dialog, kiedy zostawić miejsce dla obrazu, a kiedy dla jednego zdania, które spada na czytelnika z siłą wyroku. To proza świadoma swojej temperatury, własnego rytmu i własnej odpowiedzialności.
A odpowiedzialność jest tutaj słowem kluczowym. Niewiele współczesnych powieści tak wyraźnie stawia pytanie o granicę między ofiarą a sprawcą, nie próbując udzielać łatwych odpowiedzi. Autor nie zwalnia bohaterów z winy, ale też nie odmawia im człowieczeństwa. Pokazuje, że można być jednocześnie skrzywdzonym i winnym, zmanipulowanym i odpowiedzialnym, bezradnym i groźnym. Taka perspektywa wymaga literackiej dojrzałości, bo łatwiej jest rozdzielić ludzi na czarne i białe pionki. "Siostry" odmawiają tej wygody. I właśnie dlatego zostają w czytelniku na długo.
To także książka o języku, który potrafi zabijać. O zdaniu wypowiedzianym w odpowiednim tonie, o cytacie wyrwanym z kontekstu, o słowie "łaska", które zaczyna oznaczać coś dokładnie przeciwnego własnemu sensowi. W epoce, gdy żyjemy zanurzeni w narracjach, interpretacjach i ideologiach, ta opowieść działa jak ostrzeżenie. Pokazuje, że człowieka można podporządkować nie tylko siłą, ale i opowieścią o nim samym. Jeśli ktoś przejmie język, którym opisujesz swoje winy, lęki i pragnienia, przejmie także część ciebie.
Przed Państwem książka, która nie szuka komfortu. Książka, która każe zadawać niewygodne pytania: o naturę posłuszeństwa, o podatność na autorytet, o granice religijnej gorliwości, o społeczną samotność, o rolę instytucji i o to, jak rodzi się przemoc tam, gdzie powinna mieszkać opieka. To książka trudna, ale bardzo potrzebna. Mroczna, ale nie nihilistyczna. Brutalna, ale nie cyniczna. Bezwzględna w diagnozie, a jednocześnie głęboko ludzka.
Jeśli dobra literatura ma nie tylko opowiadać, ale także odsłaniać, jeśli ma wstrząsać nie przez skandal, lecz przez trafność rozpoznania, jeśli ma zostawiać czytelnika z niepokojem, który nie mija po zamknięciu okładki - to "Siostry" spełniają wszystkie te warunki. To jedna z tych książek, po których przez chwilę inaczej patrzy się na ciszę, na instytucje, na język religijny, na małe wspólnoty i na samych siebie.
A to znaczy, że mamy do czynienia z książką naprawdę udaną. Nie tylko dobrze napisaną. Potrzebną.