Rozdział pierwszy
Lucky
Lucky była spóźniona. Nieodpowiedzialnie, nieodwracalnie, tak spóźniona,
że mogłaby przez to stracić pracę. W południe miała przymiarki do pokazu
w Marais, ale ta godzina minęła już przed dziesięcioma minutami, a ona
nadal była jeszcze całe kilometry dalej, w metrze. Noc spędziła na
imprezie branżowej, korzystając z dobrodziejstw open baru (Lucky
uznawała tylko takie), gdzie poznała dwóch artystów graficiarzy
zatrudnionych przez korporację, którzy nerwowo usiłowali odbudować swoją
reputację osób kreatywnych, żyjących na peryferiach społeczeństwa.
Zaproponowali, że zawiozą ją jednym ze swoich motocykli do opuszczonej
rezydencji w 16. dzielnicy, dawnej posiadłości dyplomaty, którą chcieli
otagować. Lucky nie popierała zbytnio szpecenia zabytków farbą w sprayu,
ale zawsze z radością odwlekała zakończenie wieczoru.
Budynek okazał się lepiej chroniony, niż się spodziewali, usiany
kamerami monitoringu i otoczony odstraszającym płotem ze sztachetami,
więc poprzestali na sprejowaniu metalowych okiennic pobliskiego kiosku.
Artyści graficiarze wybrali libertyńskie hasła spopularyzowane przez
protesty w Paryżu w 1968 roku: "Zakazuje się zakazywać", a Lucky
zdecydowała się na klasyczną interpretację penisa z jajami. Obejrzeli
słońce wschodzące ponad schodami Palais de Tokyo, popijając z butelki
różowe Veuve Clicquot, które zwinęli wcześniej z imprezy, a potem
pojechali do mieszkania Lucky na jointa. Po przewidywalnych próbach
zainicjowania trójkąta przez dwóch mężczyzn, Lucky zasugerowała, żeby po
prostu pominęli kobietę i przelecieli się sami, a ona zasnęła w ubraniu
na łóżku. Obudziła się kilka godzin później w pustym i na szczęście
nieokradzionym mieszkaniu, a jej radosna agentka przypomniała, żeby
umyła włosy przed dzisiejszymi przymiarkami.
Była to także pierwsza rocznica śmierci Nicky.
Metro pruło przed siebie, a Lucky zajrzała do komórki i zobaczyła
nieodebrane połączenie oraz wiadomość głosową od Avery, która na pewno
miała misję, żeby nakłonić ją do "przepracowania" uczuć w związku z tym
dniem. A do tego formalny mejl od matki, który od razu zignorowała.
Tęskniła za nowojorskim metrem, za jego brudem, niezawodną zawodnością
oraz brakiem zasięgu; w Paryżu metro było niemal agresywnie sprawne i z doskonałym zasięgiem komórkowym, nawet pod ziemią. Tutaj nie było gdzie
się ukryć. Lucky nie odsłuchała wiadomości od Avery i schowała komórkę
do kieszeni. Nie widziała się z nikim z rodziny od pogrzebu Nicky przed
rokiem. Tamtego wieczoru w Nowym Jorku wiał silny, gorący wiatr;
wywracał stoliki w restauracji i ciskał koszami na śmieci, turlając je
ulicami, przerywał linie elektryczne i połamał gałęzie w Central Parku.
Rozrzucił również Lucky oraz jej siostry na różne strony świata, a żadna
z nich nie zamierzała wracać.
Teraz była już spóźniona kwadrans. Wychodząc w pośpiechu, zapomniała o słuchawkach, a to przeoczenie na pewno miało ją wkurzać przez cały
dzień. Zwykle nie potrafiła przejść dalej niż jedną przecznicę, nie
wpychając ich do uszu, tworząc w ten sposób muzyczną barierę pomiędzy
sobą a światem. Jednak wyszykowała się w rekordowym tempie, głównie
dzięki temu, że zrezygnowała z tradycyjnego śniadania w postaci
czerwonego marlboro oraz ibuprofenu, a do tego wyszła z domu w tym samym
ubraniu, w którym się obudziła. Ukradkiem powąchała swoją koszulkę. Czuć
ją było trochę dymem, trochę potem, ale ostatecznie nie tak źle.
-?Je voudrais te sentir1.
Wzrok Lucky powędrował ku mężczyźnie siedzącemu naprzeciwko, który
właśnie się odezwał. Miał spiętą twarz ofiary, trochę jak u gryzonia,
ale jego oczy były drapieżne. W dłoniach ściskał na wysokości krocza
dużą butelkę na wodę Volvic i celował nią w jej stronę. Uśmiechał się.
-?Co? -?spytała po angielsku, chociaż w ogóle nie miała ochoty się
dowiadywać, co powiedział ten typ, nie chciała z nim rozmawiać.
-?Ach! Pani jest Amerykanką!
Wymówił to bardzo z francuska, z akcentem na ostatnią sylabę.
-?No.
Lucky skinęła głową i znów sięgnęła po komórkę, próbując okazać brak
zainteresowania.
-?Jest pani piękna -?powiedział i nachylił się w jej stronę.
-?Mhm, dzięki.
Nie odrywała wzroku od telefonu. Zastanawiała się, czy nie wysłać
esemesa do swojej agentki z informacją, że się spóźni, ale zrezygnowała.
To by sprawiło, że spóźnienie stałoby się prawdziwe. Lepiej cieszyć się
tym stanem zawieszenia, póki trwa, zanim ktokolwiek się dowie, że znów
coś zawaliła.
-?I taka wysoka -?mówił dalej mężczyzna.
W ciemnych, vintage'owych levisach i czarnym crop topie Lucky
rzeczywiście była prosta i długa jak wykrzyknik. Zgarbiła się, żeby nie
widział jej dokładnie całej, i zmieniła się w znak zapytania.
-?Mon Dieu! -?zawołał cicho do siebie. -?T'es trop sexy2.
Powinna wstać i wyjść. Powinna mu powiedzieć, żeby się odpierdolił.
Powinna zabrać mu tę butelkę z wodą -?tego wielkiego, durnego,
niebieskiego udawanego fallusa -?i zmiażdżyć ją dłońmi. Tymczasem
wskazała na swoją komórkę.
-?Wie pan co, ja tylko...
Zmarszczyła brwi i wskazała na ekran, żeby zasugerować, że będzie
dzwonić. Szybko przewinęła listę kontaktów. Ale do kogo mogła zadzwonić?
Wcale nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Z przyzwyczajenia wyszukała
imię Nicky i wcisnęła przycisk połączenia. Wszystkie miały wspólny,
rodzinny abonament, za który płaciła Avery. Przypuszczała, że Avery
wolała sobie oszczędzić bólu usuwania numeru Nicky i po prostu wolała
dalej płacić. Lucky nie wiedziała, gdzie była teraz komórka Nicky,
wyobrażała sobie, że leży gdzieś rozładowana na dnie szuflady, ale
cieszyła się, że nadal istnieje. Usłyszała głos siostry:
"Tu komórka Nicky, zostaw wiadomość po sygnale. Miłego!".
Zachichotała zawstydzona, że się nagrywa. Cichutko w oddali Lucky
słyszała siebie, o parę lat młodszą i nieświadomą straty, jaka czekała
ją w przyszłości. Śmiała się.
-?Chciałbym panią poznać -?upierał się mężczyzna.
-?Rozmawiam przez telefon -?odpowiedziała Lucky.
-?Ach, d'accord3. -?Mężczyzna odchylił się do tyłu i rozłożył
dłonie w absurdalnym geście uprzejmości. -?Porozmawiamy później.
Nie był to pierwszy raz, kiedy dzwoniła do Nicky po jej śmierci;
nieustannie ciągnęło ją, żeby porozmawiać z siostrą i opowiedzieć, jak
wygląda życie bez niej. Dzwoniąc do niej, czuła się jak osoba po
amputacji, która wierzy, że nadal ma nogi i usiłuje na nich stanąć.
-?Cześć, to ja -?zaczęła Lucky po wybrzmieniu sygnału. -?Wiesz... no,
dzwonię po prostu, żeby się przywitać.
Zerknęła na mężczyznę, który nawet nie próbował udawać, że jej nie
słucha.
-?U nas jest fashion week, więc trochę szaleństwo, jak zawsze, ale
chciałam do ciebie zadzwonić, bo... Hm, to chyba dla ciebie wielki
dzień. Rok! Nie wierzę. No więc tak, dzwonię, żeby ci powiedzieć... Nie,
oczywiście, że nie złożyć gratulacje. Kurde, tu nie ma czego świętować.
Ale chciałam ci powiedzieć, że o tobie myślę. Myślę o tobie bez przerwy.
I tęsknię za tobą. Oczywiście. -?Lucky odchrząknęła. -?No, to tyle.
Kocham cię. -?Odczekała, żeby sprawdzić, czy coś poczuje, jakiś ruch
energii w kosmosie, który da jej znać, że jej siostra słuchała. Nic. -?A poza tym Avery mnie wkurza. Pa.
Rozłączyła się i wyjrzała przez okno. Byli już prawie przy Saint Paul,
to jej przystanek. Wyprostowała się, żeby wstać, a mężczyzna sięgnął do
jej ramienia. Podskoczyła, jakby przyłożył jej do skóry rozpaloną
zapałkę.
-?Da mi pani swój numer?
Pociąg zwolnił przy wjeździe na stację, a Lucky się zatoczyła.
Uśmiechnął się do niej, kiedy była pochylona. Miał na zębach brązowe
plamy od tytoniu.
-?Jesteś taka seksowna -?powiedział.
Lucky spojrzała na mężczyznę obserwującego ją z zaborczą przyjemnością,
jakby wybierał sobie ciastko ze szklanej gabloty. Butelka z wodą wciąż
sterczała z jego krocza wycelowana w jej stronę.
-?Mogę? -?spytała, wskazując na nią.
Pociąg się zatrzymał.
-?To? -?odparł zaskoczony. Podał jej plastikową tubę. -?Mais bien
s?r4.
Wzięła butelkę z jego dłoni, odkręciła nakrętkę i wylała pozostałą w niej wodę na jego spodnie. Mężczyzna wstał gwałtownie, z okrzykiem, a ciemna plama zaczęła się rozchodzić po jego dżinsach. Lucky wystrzeliła
w stronę wyjścia i pociągnęła za srebrną dźwignię, ten niezwykły
przedmiot dający poczucie sprawczości, unikatowy dla paryskiego metra, a drzwi wagonu się rozsunęły. Już z peronu słyszała, jak wyzywał ją od
dziwek, podczas gdy inni pasażerowie wlewali się do pociągu. Wbiegła na
górę, przeskakując po dwa stopnie, po czym wyłoniła się na światło
dzienne.
Na Place des Vosges nad głową Lucky śmigały kamienne łuki, gdy pędziła
pod adres wysłany przez agentkę. Dwóch starszych mężczyzn w podobnych
oliwkowych trenczach, którzy wyszli zapalić, obejrzało się za nią, gdy
ich minęła. Zadzwoniła dzwonkiem, wbiegła przez odrapane, niebieskie
drewniane drzwi prowadzące na podwórze. Po drugiej stronie znajdowały
się wysokie, spiralne schody; kroki jej ciężkich butów rozbrzmiewały
głośnym echem odbijającym się od kamiennych ścian, gdy wspinała się na
kolejne piętra i zatrzymywała na półpiętrach, by złapać oddech. Nałóg
palenia paczki dziennie zaczął się u niej jeszcze w wieku nastoletnim,
przez co nie była dobrze przystosowana do tego rodzaju aktywności. W końcu, trzymając się poręczy, dotarła na samą górę. W drzwiach czekała
na nią kobieta z włosami upiętymi w ciasny, ciemny kok, z miarą
krawiecką przewieszoną na szyi.
-?Wiem, jestem spóźniona -?wydyszała Lucky. -?Je suis désolée.
-?Nazwisko? -?spytała ostrym tonem kobieta.
-?Lucky -?westchnęła. -?Blue.
-?Looki? -?powtórzyła kobieta, spoglądając na teczkę z klipsem. Z tyłu
dobiegał szum przemysłowych maszyn do szycia. -?Nie spóźniła się pani. A nawet jest pani za wcześnie. Pani ma przymiarki o drugiej.
Lucky oparła dłonie na kolanach i wypuściła powietrze.
-?Myślałam, że o dwunastej.
-?Pomyliła się pani. Proszę wrócić o drugiej. Ciao!
Drzwi zamknęły się jej przed nosem z kategorycznym kliknięciem zamka.
Lucky powstrzymała ochotę, żeby paść na ziemię tu, gdzie stoi, i przespać się pod drzwiami niczym jakiś dachowiec, aż wpuszczą ją o drugiej. Powoli zeszła po schodach.
Ponieważ nie miała nic innego do roboty, zaczęła snuć się skąpanymi w słońcu uliczkami Marais w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłaby się
czegoś napić. Adrenalina po tamtej mokrej zemście oraz biegu na
przymiarki powoli z niej schodziła, odkrywając początki kaca, który
będzie okrutny, jeżeli nie zdusi go w zarodku. Był początek lipca i pomimo przyjemnej pogody tego lata Paryż ogarnęła atmosfera niepokoju.
Strajk ogólny oraz następujące po nim korki wypełniły powietrze mglistym
smogiem, a nagły wzrost ataków nożowników w metrze i na osiedlach
mieszkalnych doprowadził do zagęszczenia policyjnych patroli na ulicach.
Mimo wszystko Marais, ze swoimi butikami, pełnymi barami i tętniącymi
życiem kawiarniami wydawało się radośnie oderwane od tego wszystkiego.
Lucky usłyszała głos jakiejś kobiety wołającej ją po imieniu z przeciwnej strony ulicy, odwróciła się i ujrzała Sabinę, rudowłosą
Francuzkę, również modelkę, której ciało jeden z projektantów określił
kiedyś mianem stu kilometrów dobrej drogi, siedzącą przed kawiarnią z dwoma modelami. Skinęła na Lucky.
-?Chyba idzie do nas punkowa Polyanna -?odezwał się wyższy mężczyzna,
Cliff, kiedy podeszła.
Cliff był dawnym zawodowym australijskim surferem, który cieszył się w tym sezonie pewnym rozgłosem po tym, jak przeszedł po wybiegu w Mediolanie w samych złotych majtkach. Mimo to nie dało się go
uprzedmiotowić; nie pozwalała na to siła jego ego. To oraz świadomość,
że zawsze może odejść ze świata mody i wrócić do ścigania fal i mieszkania w vanie, sprawiało, że nie miał żadnych rozterek związanych z obecnym wyborem zawodowym, w przeciwieństwie do Lucky, której uroda była
dla niej jednocześnie źródłem dochodu, jak i wstydu. Lucky nigdy nie
robiła w życiu niczego poza modelingiem, przez co czuła się tak, jakby w ogóle nigdy niczego nie dokonała. Nie przyznałaby tego głośno, ale
zazdrościła Cliffowi jego wolności.
-?Ciao, Złote Jaja -?odpowiedziała, wyciągając papierosa z leżącej przed
nim paczki i wsunęła go sobie między wargi. -?Nie poznałam cię w ubraniu.
Drugi model, Amerykanin o dziecinnej twarzy, którego Lucky nie znała,
zaśmiał się i nachylił się do niej z ogniem. Miał koloryt golden
retrievera oraz równie bezkrytyczną potrzebę zadowalania innych. Każdy z mężczyzn trzymał przed sobą duże piwo, a Sabina obracała w palcach mały
kieliszek białego wina, ale nie piła. Lucky skinęła na kelnera i zamówiła piwo, jeszcze zanim zdążyła usiąść.
-?Cześć, jestem Riley -?odezwał się młodszy mężczyzna.
-?Muszę się napić -?odparła Lucky i oparła się na krześle, odkrywając
blady kawałek brzucha.
-?To jest Lucky -?przedstawiła ją Sabina. -?Ma soeur5.
Lucky zaakceptowała to przelotnym kiwnięciem głową. Sabina miała
skłonność typową dla jedynaków -?uznawała przyjaciół za członków swojej
rodziny; a tak naprawdę wiedziały o sobie niewiele więcej niż to, w jakich kampaniach ostatnio pracowały i co lubią pić.
-?Jesteś Amerykanką! -?zauważył Riley. Miał lekko południowy akcent,
każda jego samogłoska zdawała się owinięta watą. -?Nie mogłem się
doczekać, żeby spotkać dzisiaj kogoś z Ameryki. -?Uniósł szklankę z piwem. -?Wszystkiego najlepszego z okazji czwartego lipca!
Lucky wydmuchała dym wąską strużką w kierunku nieba.
-?Nie obchodzę tego święta.
W tym roku, w przyszłym roku, w każdym roku jej życia, Dzień
Niepodległości będzie wyłącznie dniem, w którym zmarła Nicky. Riley
zmarszczył brwi.
-?Ale jesteś Amerykanką, prawda?
-?Pochodzę z Nowego Jorku -?odparła. -?Więc tak sobie.
-?Ale dzisiaj mieszkasz w Paryżu -?wtrąciła Sabina. -?A to znaczy, że
musisz świętować Dzień Bastylii.
-?Kiedy to będzie? -?spytał Cliff.
-?W sumie to w przyszłym tygodniu -?wyjaśniła Sabina.
-?Lipiec to najlepszy miesiąc na wyrywanie się z uścisku tyranii -
zauważył Cliff.
-?Ech, brakuje mi tego -?przyznał Riley. -?Jeszcze nigdy nie byłem
czwartego lipca poza krajem. Moi rodzice zawsze urządzają wielkiego
grilla.
-?Przykro mi -?odezwała się Sabina. -?Francuzi nie grillują. -?Szybkim
ruchem odstawiła kieliszek. -?Nie mogę tego pić. Ciągle jeszcze mnie
boli głowa po poranku. Dlaczego za kulisami upierają się, żeby podawać
szampana przed śniadaniem?
-?Bo wy, dziewczyny, nic innego nie zjecie -?zauważył Cliff. -?Jak to
się mówi? Szampan, kokaina i swobodny seks?
Sabina po prostu go zignorowała. Zerknęła w niebo, które nabierało
anemicznego odcienia szarości.
-?Chyba nie będzie padać?
-?O rany -?westchnął Riley. -?Mój kolejny pokaz jest na świeżym
powietrzu.
-?Mój też -?odezwała się Lucky.
-?To mój pierwszy fashion week i pada -?dodał ponuro.
Cliff zaczął śpiewać refren piosenki Ironic Alanis Morisette,
zaskakująco czysto. It's like raaaain on your wedding day.
-?To jest właśnie haute couture -?zauważyła Sabina. -?La cr?me de la
cr?me. Mówię wam, na pewno nie każą wam moknąć.
-?Miała na myśli raczej ubrania niż was -?wyjaśniła Lucky, a potem
zwróciła się do Cliffa: -?A w ogóle co tam mówiłeś o modelkach? Jakoś
nie wydaje mi się, żebyście wy, chłopaki, byli okazami zdrowia i umiaru.
Stuknęła w prawie pustą szklankę piwa Cliffa.
-?W przeciwieństwie do was, my umiemy pić. -?Wycelował w nią palcem. -
Nie powinnaś pić, jeśli nie jesz.
-?Ja jem -?odparła Lucky i sięgnęła po piwo, które właśnie przed nią
postawiono. -?Żeby pić.
Cliff się zaśmiał i zamówił następną kolejkę.
-?Anything you can do I can do better -?zaśpiewał.
-?Założę się, że mam mocniejszą głowę od ciebie -?rzuciła Lucky.
Cliff uniósł swoją szklankę i wypił ją do dna.
-?Sprawdzimy?
Godzinę później Lucky była już po pięciu drinkach i właśnie miała
opowiedzieć najzabawniejszą historię swojego życia. Smutek tego poranka,
który wcześniej pokrył ją jakby grubą warstwą brudu, spływał z każdą
kolejką.
-?No więc mam dziewiętnaście lat i mieszkam od roku w Tokio -?mówiła. -
Fajnie, ale byłam też odrobinę nieodpowiedzialna, wiecie, siedziałam do
późna, nie przychodziłam na umówione spotkania. Ogólnie wszystko, czego
nie powinno się robić na początku kariery.
Tu Lucky wskazała na Rileya i ostrzegawczo uniosła brew.
-?Wydaje mi się, że za twoim wykładem nie idą przykłady -?stwierdził
Cliff. -?Jestem prawie pewien, że nadal postępujesz dokładnie tak samo.
-?Hej, mnie nie musisz pouczać -?uniósł się Riley. -?Mam dwadzieścia
trzy lata, wiem, co robię.
-?Ja też! -?zawołała Sabina. -?W sumie to już od trzech lat mam
dwadzieścia trzy lata.
Lucky się roześmiała i napiła się piwa.
-?Agencja mi groziła, że mnie zwolni, ale wtedy, zupełnie
niespodziewanie, wybrano mnie do kampanii. To była jakaś kiczowata,
komercyjna marka, ale mimo wszystko kasa, kasa, kasa. Agentka dzwoni do
mnie i mówi "Lucky, jeśli spóźnisz się na tę sesję choćby minutę, to cię
zwolnię. Wystarczy minuta".
-?Wiem, co będzie dalej -?wtrącił Riley. -?Spóźniłaś się, zwolnili cię,
ale ostatecznie i tak zostałaś ważną, sławną modelką.
-?Myślisz, że ona jest sławna?! -?zawołała Sabina. -?Sławniejsza ode
mnie?
Riley nie wiedział, na którą z nich patrzeć.
-?Nie, to znaczy t-tak -?wydukał. -?W sensie, sam nie wiem. Obie
jesteście piękne.
-?Ona się wydurnia -?wyjaśniła Lucky.
-?Wcale nie -?zaprzeczył Cliff. -?Zresztą ja jestem sławniejszy od nich
obu.
Sabina zmarszczyła nos.
-?Nikt z nas nie jest sławny -?ucięła Lucky. -?W każdym razie, do
brzegu. W wieczór przed sesją położyłam się wcześnie spać, taka byłam
zdeterminowana, żeby obudzić się na czas. Ale byłam w mieszkaniu dla
modelek w Shibuya, które naprawdę niewiele się różniło od burdelu. No
więc, leżę w łóżku, próbuję być grzeczna, a wtedy wpada grupka dziewczyn
i mówią mi: "W Harajuku jest impreza z okazji premiery, jest tam ten
seksowny aktor, on grał jakiegoś kowboja astronautę w filmie, który
dostał w tamtym roku Oscara, więc jedna z nas musi go przelecieć,
wkładaj buty, wychodzimy". No i nie wiem, mam zerową siłę woli, więc
idę, ale przysięgam na Boga, żeby wypić tylko jednego drinka.
Lucky urwała, żeby dopić resztkę piwa, a potem odwróciła się, żeby
poprosić kelnera o kolejne.
-?No, to co się stało? -?spytał Cliff. -?Proszę, powiedz mi, że cię
zwolnili.
Lucky beknęła zadowolona, a potem się uśmiechnęła.
-?Gorzej. Imprezowałam całą noc...
-?A ten aktor? -?spytała Sabina.
-?Zaklepała go jedna Rosjanka.
Sabina prychnęła.
-?Typowe.
-?Obudziłam się na drugi dzień i oczywiście, że minęła już godzina od
rozpoczęcia sesji. Zaspaliście kiedyś do pracy?
-?Ja prawie nie zdążyłem na egzaminy w szkole, bo mama zapomniała mnie
obudzić -?odparł poważnie Riley.
Lucky pokiwała głową.
-?No, to znasz to uczucie.
Postanowiła pominąć fakt, że schodziła z niej mieszanka ecstasy,
anielskiego pyłu i kokainy, które w Japonii trudno było zdobyć.
Oczywiście Lucky, którą zawsze ciągnęło do dragów na imprezach jak
świnię do trufli, dała radę.
-?Agentka zdążyła zadzwonić już do mnie z piętnaście razy, zanim w ogóle
się obudziłam -?mówiła dalej. -?Oddzwaniam do niej, a ona chce wiedzieć,
gdzie jestem, dlaczego nie odbierałam. Mówię jej spontanicznie, że mam
zapalenie spojówek, a nie odbierałam, bo nic nie widzę. Wiem, że to
idiotyczne, ale nie byłam jeszcze na pełnych obrotach.
Cliff prychnął.
-?Uwierzyła ci?
-?Oczywiście, że nie. Powiedziała mi, że muszę przynieść zaświadczenie
od lekarza potwierdzające infekcję albo agencja mnie wyrzuci i będę
musiała wracać do Nowego Jorku. Ja pierdolę! Ale, no, byłam spanikowana.
Uznałam, że jedyne, co mogę, to rzeczywiście zafundować sobie zapalenie
spojówek, czyli conjunctivitis, a potem iść do lekarza.
-?Chwileczkę -?przerwała Sabina. -?Co to jest za choroba? To się
przenosi przy seksie?
Riley, który akurat brał łyk, cicho się zadławił.
-?Tylko jeśli facet nie trafi -?rzucił Cliff.
Lucky pacnęła go zza stołu i pokazała palcem oczy, żeby Sabina się
domyśliła.
-?A, conjonctivite! -?zawołała Sabina. -?Je comprends6.
-?Nie domyśliłaś się? -?wtrącił Cliff. -?To jest praktycznie to samo
słowo.
-?Ciiii -?uciszyła go Sabina. -?Przestań ze mną flirtować.
-?No więc -?kontynuowała Lucky. -?Mój plan był taki, żeby dotknąć
wszystkich brudnych rzeczy, jakie znajdę, a potem mojego oka. Oczywiście
Tokio słynie z czystości, więc nie było to łatwe wyzwanie. Na szczęście
mieszkałam z dwunastoma naprawdę obrzydliwymi modelkami. Zatłuszczony
blat kuchenny? Świetnie. Deska klozetowa? Doskonale! Tyłek któregoś z ich maleńkich piesków? Jasne, zaraz go pogłaszczę.
-?Obrzydliwe! -?krzyknął Riley, wyraźnie zachwycony.
-?Idę do lekarza i moje oczy są po tym wszystkim, jak możecie sobie
wyobrazić, dość zaczerwienione. On mi się nawet dobrze nie przygląda.
"Czego pani potrzebuje?". Mówię mu, że przyszłam po zaświadczenie do
pracy. Podaje mi kawałek kartki i spadam. Takie proste. Dzwonię do
agentki i mówię jej, że mam zaświadczenie. "To świetnie -?stwierdza. -
Ale ty zawsze kłamiesz, więc oznajmiłam klientowi, że jesteś w podróży i lot ci się opóźnił. Powiedzieli, że możesz przyjść jutro". Czyli dobrze
się skończyło, prawda? Wieczorem położyłam się spać o dobrej godzinie.
Budzę się raniutko i... naprawdę mam zapalenie spojówek.
-?Mais non7! -?pisnęła Sabina.
-?Kurwa, mais oui8! -?krzyknęła Lucky.
Ze stolika obok zerknęły na nią dwie Francuzki w średnim wieku i zmarszczyły brwi. Lucky pomachała im radośnie.
-?Czyli właściwie -?stwierdził Cliff -?miałaś przejebane.
-?Dokładnie tak. Oczy mam zupełnie czerwone i spuchnięte. Ominęła mnie
sesja. Straciłam klienta.
-?A agencja cię wyrzuciła? -?spytał Riley.
-?Prawie. -?Lucky pokiwała głową. -?Zatrzymali mnie warunkowo. Ale parę
tygodni później wpadłam na imprezie na redaktora "Vogue Japan". Wiecie
co, on ma wspaniałe poczucie humoru, więc opowiedziałam mu tę historię.
Tak mu się spodobała, że ostatecznie parę tygodni później mnie
zatrudnił. To w sumie był początek mojej kariery w prasie.
-?Masz cholerne szczęście -?przyznał Cliff, kręcąc głową.
-?Lucky jest jak kot -?zauważyła Sabina. -?Ma dziewięć żyć.
-?Rodzice wiedzieli, co robili, dając ci takie farciarskie imię, Lucky -
powiedział Riley.
-?Moi rodzice gówno wiedzieli -?oznajmiła Lucky i zapaliła kolejnego
papierosa. -?Nadal tak jest.
Przy stole zapadła cisza. Z końcem historii ciemna fala smutku, która w każdej chwili groziła, że ściągnie ją na dno, powróciła. Nie chciała
myśleć o rodzicach ani o Nicky, ani w ogóle o niczym poza tym małym
kawiarnianym stolikiem, jednak jej rodzina zawsze była gotowa przepchnąć
się i zająć miejsce w jej głowie.
Siostry wiele wybaczały, ale Lucky wiedziała, że nie miały dobrego ojca.
Na pewno nie one jedyne. Przez całe życie poznała pewnie ledwie garstkę
osób, którym trafił się dobry tata. Wszystkie były dziwne. Dzieciaki
dorastające z kochającymi ojcami miały takie same zamglone, rozmarzone
spojrzenia, co te wychowujące się w miejscach typu Malibu, w domach, w których wiecznie świeciło słońce. Nie musiały się hartować. Lucky miała
własną teorię, że dorastanie ze złym ojcem przypomina dzieciństwo
spędzone w kraju z długimi, ciężkimi zimami. To cię wzmacnia.
Przygotowuje cię też na prawdziwe życie, w którym lato jest tylko jedną
z pór roku, nie stylem życia, a większość mężczyzn może cię skrzywdzić
przy pierwszej lepszej okazji. A może wierzyli w to tylko ludzie
dorastający ze złymi ojcami.
Co zabawne, ich ojciec nie był chłodny, a przynajmniej nie od zawsze.
Nazwałaby go raczej płynnym. Zmiennym jak pogoda. I podobnie jak z pogodą, trzeba było go ciągle sprawdzać, żeby przewidzieć, jaki to
będzie dzień. Lucky i jej siostry potrafiły odgadnąć jego nastrój po
tym, jak zamykał drzwi wejściowe. Nie rozkłada się pikniku podczas burzy
gradowej i tak samo nie można robić pewnych rzeczy przy wkurzonym tacie.
Żadnych sprzeczek o pilota, głośnych pogaduszek z koleżankami przez
telefon, płaczu nad kiepską oceną, śmiania się z głupiego żartu,
marudzenia mamie, że coś by się zjadło. On był jedynym mężczyzną w domu,
a jednocześnie był całym domem. Mieszkały wśród jego nastrojów.
Lucky odziedziczyła po nim niebieskie oczy oraz jasne włosy i wolała
wierzyć, że na tym podobieństwa się kończyły. Był amerykańskim potomkiem
Szkotów w trzecim pokoleniu, miał za sobą katolickie dzieciństwo pełne
zakonnic, które, jak mawiał, każdego wyprowadziłoby na dobrego ateistę.
Uwielbiał czytać, utrzymywał nawyk czytania jednej książki tygodniowo,
nawet kiedy już pił, ale jego religią był sport. Piłka nożna, boks,
golf, kolarstwo -?oglądał wszystko. Podobnie jak Bonnie, lepiej
dogadywał się ze swoim ciałem niż z umysłem. Powinien był zostać
zawodowym sportowcem, dostał się nawet do college'u ze sportowym
stypendium dla piłkarzy, ale zerwane ścięgno stawu skokowego oznaczało,
że po ukończeniu studiów wylądował w lokalnym banku, w którym pracował
do końca życia. Niezależnie od tego, jak bardzo się upił albo jak
często, zawsze przychodził do pracy na czas. To dlatego ich matka nie
potrafiła przyznać, że ma problem. Jaki alkoholik jest w stanie utrzymać
się tyle lat w pracy? Okazało się, że właśnie ich.
Lucky łatwo było powiedzieć, że miały niedobrego tatę. Trudniej za to
przyznać, że jej matka też nie była wcale taka wspaniała. Wychowała się
w niszczejącej posiadłości w Sussex, była jedyną córką matki z depresją
i brutalnego ojca alkoholika, którzy stanowili osobliwe połączenie
brytyjskiej klasy wyższej oraz zupełnie podupadłej. Ekskluzywni, ale bez
grosza, jak mawiała matka. Jej ojciec zaprzepaścił większość swojej
spuścizny, jeszcze zanim matka weszła w wiek nastoletni. Nawet po tym,
jak poznała i poślubiła ich ojca, żyła w głębokiej pogardzie dla
brytyjskiego systemu klasowego, z którego uciekła.
W życiu ich matki było wiele rzeczy, o których Lucky nie miała pojęcia,
ale wiedziała, że mama prysnęła z tego nieszczęśliwego domu, w którym
dorosła, w ogóle z tego przeklętego kraju, jak go nazywała, gdy tylko
mogła. Wylądowała w Nowym Jorku i zaczęła pracę w galerii w centrum
miasta. Wtedy miała jedwabiste, kasztanowe włosy sięgające do pasa oraz
piękną twarz o kształcie tulipana. Twierdzi, że zatrudniono ją głównie
po to, by stała w oknie w spódniczce mini i wabiła do galerii mężczyzn,
ale miała też oko do młodych artystów i przekonała pracodawców do zakupu
paru wczesnych prac malarzy sławnych dzisiaj na całym świecie.
Gdyby ich matka nie miała dzieci, to Lucky była pewna, że zostałaby
dyrektorką jakiejś galerii albo uznaną kuratorką, jednak odeszła z galerii po narodzinach Avery. Potem, kiedy Avery miała piętnaście lat, a Lucky osiem, matka wróciła do pracy na stanowisko opiekuna wystaw w muzeum i powierzyła najstarszej córce obowiązek opieki nad resztą.
Twierdziła, że potrzebują pieniędzy, co było prawdą, choć zarabiała
pewnie za godzinę mniej niż jedna z jej córek mogłaby dostać za opiekę
nad dziećmi. Przede wszystkim jednak miała już dość bycia mamą, a obowiązkowa Avery ze stoickim spokojem zajęła jej miejsce. Lucky
przyznawała to niechętnie, ale mało kto miał taką dobrą mamę, jaką była
Avery, co jednak nie oznaczało, że zamierzała dzisiaj do niej oddzwonić.
Strzepnęła popiół z papierosa do popielniczki w kształcie muszli i wypuściła dym. Chciała znaleźć jakąś szparę w swoim umyśle i w niej
zniknąć, uciec do takiego miejsca, w którym nie dosięgałyby jej
wspomnienia, a potrafiła to zrobić tylko w jeden sposób. Odsunęła od
siebie pustą szklankę po piwie i wystrzeliła do znajomych z wilczym
uśmiechem:
-?Zamawiamy coś mocniejszego?
Lucky wracała do atelier gołębioszarymi ulicami, które rozmazywały się
jej przed oczami niczym obrazy impresjonistów. Przez chwilę rozważała,
czy nie przelecieć Rileya w łazience, ale wyglądał na takiego, co łatwo
się przywiązuje, więc podjęła niezwykle odpowiedzialną decyzję, żeby
zamiast tego zdążyć na przymiarki. Zrobiła unik przed jakimś psem i potknęła się, końce jej palców musnęły chodnik, a potem się
wyprostowała. Była odrobinę pijana. Miała mocniejszą głowę od obydwu
facetów, pomyślała z satysfakcją. Na pewno od Cliffa, bo gdy wychodziła,
on śpiewał a cappella bardzo emocjonalną wersję Imagine Johna Lennona
na oczach speszonej Sabiny.
Gdy Lucky otworzyła niebieskie drewniane drzwi, dotąd ciche podwórze
okazało się pełne życia. Na środku brukowanego patio wzniesiono długi,
biały wybieg, wokół którego krzątali się pracownicy rozstawiający
krzesła, układający przewody i szykujący miejsca dla fotografów. Lucky
poczuła dziwne zderzenie światów, które wspólnie tworzyły branżę modową;
ten przedsiębiorczy tłum pracowników obsługi sceny w ciągu kilku godzin
dokona herkulesowych czynów, a potem wtopi się w tło, jakby w ogóle ich
tam nie było, żeby obleczona w jedwab Lucky i jej koleżanki po fachu
mogły dryfować ponad morzem widzów po ich dziele.
Wyminęła mężczyznę niosącego chwiejący się stos krzeseł tak wysoki,
jakby gość występował w cyrku, po czym wspięła się przez piętra wijących
się, przyprawiających ją o zawroty głowy schodów. Wszystko jej wirowało,
gdy weszła do dusznego atelier. W nozdrza uderzyła ją gorąca fala
ludzkiego potu. Nad głową daremnie kręcił się drewniany wiatrak
sufitowy, mieszając gorące powietrze w pomieszczeniu, ale go nie
wyrzucając. Jakaś kobieta pchała zbyt obciążony wieszak sukienek z tafty
w sorbetowych kolorach, przetoczyła się obok niej i nawet na nią nie
spojrzała.
Lucky poczuła, że jej głowa wiruje w tym samym tempie co wiatrak.
Podeszła do okna i wychyliła się, głęboko oddychając. Okna pracowni
wychodziły na podwórze, Lucky skupiła uwagę na łysinie mężczyzny
polerującego lśniący, biały wybieg pod nią. Próbowała uspokoić głowę,
wpatrując się w niego.
-?Zbiera się na deszcz?
Lucky odwróciła się i zobaczyła tę samą stylistkę co wcześniej, z ciasnym kokiem i przewieszoną przez szyję krawiecką miarą.
-?Bardzo się martwimy deszczem -?wyjaśniła stylistka i wyjęła z ust
srebrną szpilkę.
Lucky wystawiła głowę przez okno, żeby zlustrować niebo. Po lewej
stronie było szare, po prawej błękitne.
-?Pół na pół.
Wymawiała słowa, jakby miała w ustach kawałki miękkich owoców. Stylistka
lekko zmarszczyła brwi.
-?Alors, proszę za mną.
Lucky została poprowadzona do jeszcze gorętszego rogu pomieszczenia,
gdzie na aksamitnym wieszaku, do którego przyklejono taśmą jej
polaroidowe zdjęcie, wisiał jej strój. Była to suknia balowa wiązana na
szyi, z rozkloszowaną spódnicą w kształcie odwróconego kieliszka
martini. Tkanina miała najbledszy odcień cukierkowego różu, niczym
poduszki na łapce kociaka. Na umiejętnie udrapowanym gorsecie wiły się
srebrne koralikowe gałązki obwieszone ciężkimi, błyszczącymi kwiatami
wiśni. Stylistka spojrzała wyczekująco na Lucky.
-?Sam haft zajął trzysta godzin -?oznajmiła.
Jednak Lucky była zbyt zajęta tym, żeby wyswobodzić się z dżinsów i się
przy tym nie przewrócić, więc nie odpowiedziała. Udało jej się je zdjąć,
a potem ściągnęła koszulkę i stanęła chwiejnie w samej bieliźnie,
zupełnie nieskrępowana, czego nauczyła się na samym początku
modelingowej kariery. Jeżeli stylistka liczyła na czuły zachwyt ze
strony Lucky, to na próżno. Wciąż jeszcze w brudnych skarpetkach wsunęła
się do sztywnej sukni. Czuła, że została zapięta z tyłu na haftki,
gorset boleśnie ściskał jej żebra i wpijał się w talię.
-?Prawda, że pięknie? -?westchnęła krawcowa przy maszynie. -?Zupełnie
jak księżniczka.
Lucky lekko beknęła.
-?Zaraz przyjdzie projektant i oceni -?oznajmiła stylistka. -?Ale
najpierw sprawdzę, czy jest dobrze dopasowana.
-?Czy mogę prosić o wodę? -?wychrypiała Lucky.
Z zaskoczoną miną stylistka podała jej gazowany Volvic o smaku
truskawkowym. Lucky z wahaniem wzięła łyk. Nie cierpiała truskawek. Gdy
tylko słodzone bąbelki dotarły do jej brzucha, wiedziała już, że ma duży
problem. Podbiegła do otwartego okna i wystrzeliła z niej brązowa struga
piwa z wódką, bo gorset zadziałał trochę jak pompka do płukania żołądka.
Cuchnąca ciecz wylatywała z niej falami. Lucky popatrzyła w dół na płyny
i żółć, które z siebie wydaliła, rozpryśnięte niczym test Rorschacha na
białym wybiegu. Mężczyzna z łysiną, którego obserwowała zaledwie kilka
chwil wcześniej, zadarł głowę i spoglądał na nią z przerażeniem, bo sam
ledwo uniknął oblania. Z tyłu usłyszała piski krawcowej i stylistki,
błagających ją, żeby nie zwymiotowała na sukienkę. Lucky była w połowie
w środku, w połowie na zewnątrz, jej tułów zwisał wychylony przez
okienny parapet. Przelotnie pomyślała, jak dobrze byłoby tak zostać,
pomiędzy, ani po jednej, ani po drugiej stronie, na zawsze, a potem
otarła z ust kwaśną strużkę śliny. Przed nią błyszczały jasno skośne
dachy Paryża. Przynajmniej wychodziło słońce.
Rozdział drugi
Bonnie
Przed świtem Bonnie zbudziły dźwięki jakiegoś najścia. Ktoś szarpał
drzwiami wejściowymi, próbując dostać się do środka. W ciągu kilku
sekund chwyciła kij do baseballa, który miała przy łóżku, i ruszyła do
małego salonu. Pokój był ciemny i nieruchomy, prawie pusty, z wyjątkiem
stosu kartonów w rogu i składanego leżaka. Siarkowożółte plamy światła z ulicznych latarni padały pasmami na gołą podłogę. Stała nieruchomo,
nasłuchiwała. Drzwi raz jeszcze zachybotały się we framudze. Bonnie
wstrzymała oddech i zakradła się do nich, aż znalazła się na tyle
blisko, żeby z cichym kliknięciem odsunąć zasuwę. Jednym szybkim ruchem
otworzyła drzwi na oścież i zamachnęła się kijem w powietrzu przed sobą.
Z metalicznym hukiem uderzył o ziemię pod jej stopami. Wyjrzała na puste
piętro obwieszone mokrymi ręcznikami, które dzieci sąsiadów rozwieszały
na noc na balustradzie, i pokręciła głową. Znowu walczyła z samą sobą.
Bonnie ostatnio sypiała do południa. Praca na bramce w pobliskim barze U Peachy'ego oznaczała, że zwykle nie wracała do domu przed trzecią albo
czwartą nad ranem. To zupełnie odwrotny rytm dnia do tego z poprzednich
lat, kiedy to codziennie zrywała się przed świtem na trening, a zanim
większość ludzi zdążyła się obudzić na śniadanie, miała za sobą więcej
energicznej aktywności fizycznej, niż reszta była w stanie wykonać w ciągu tygodnia. Nadal ćwiczyła, ale w ogóle nie było to porównywalne z intensywnością programu treningowego przygotowującego do walki, kiedy
jej treningi raczej należało nazywać życiem, bo w tamtych okresach nie
robiła niczego poza nimi.
Bonnie wróciła do łóżka i zapadła w płytki, dręczący sen. Obudził ją
dźwięk telefonu dobiegający gdzieś z mieszkania. Używała go tak rzadko,
że często zostawiała aparat na lodówce albo na brzegu wanny na kilka
dni, więc nie od razu umiała sobie przypomnieć, gdzie leżał. Wygramoliła
się z łóżka i znalazła komórkę na jednym z nieotwartych pudeł w salonie,
na ekranie migało imię Avery. Było wczesne popołudnie, nawet jak na nią
to późna pobudka.
-?Aves -?wychrypiała.
Usłyszała, że siostra wypuszcza powietrze.
-?Bon Bon, nareszcie. Dajesz wiarę, co mama napisała w tym zjebanym
mejlu?
Bonnie zmarszczyła brwi.
-?Jakim mejlu?
-?Jeszcze nie widziałaś? Dopiero wstałaś?
Bonnie poszła do kuchni, odkręciła kurek i pochyliła się, żeby napić się
wody prosto z kranu.
-?Mam komórkę z klapką -?odparła, ocierając usta. -?Nie odbiera mejli.
Co tam napisała?
-?No, to uwaga. Czekaj chwilkę, tylko go znajdę... O, tutaj... Drogie
dziewczynki, trudno uwierzyć, że minął już rok bez naszej kochanej
Nicky. Piszę do was, ponieważ, jak wiecie, jej mieszkanie stało puste
przez ostatnich dwanaście miesięcy i podjęliśmy z tatą trudną decyzję o jego sprzedaży. Gdybyście chciały zabrać jakieś rzeczy Nicky, zróbcie
to, proszę, do końca tego miesiąca. Resztę zabierze firma
przeprowadzkowa. Pozostaję z szacunkiem, mama.
Bonnie mimowolnie wypuściła powietrze. Nie spodziewała się tego. Ich
sześcioosobowa rodzina mieszkała kiedyś w mieszkaniu z dwiema
sypialniami w przedwojennej kamienicy na Upper West Side, które rodzice
kupili przed kilkudziesięciu laty dużo poniżej wartości rynkowej. Avery
miała wspólną sypialnię z Bonnie, a Lucky i Nicky zajmowały mniejszą.
Rodzice spali w pomieszczeniu, które można by nazwać małą jadalnią,
oddzieloną od salonu malowaną ścianką.
Bonnie usłyszała kiedyś, że rekin w akwarium rośnie do dwudziestu
centymetrów, a rekin na wolności do dwóch metrów. Jednak ich dom z dzieciństwa najwyraźniej działał na nie odwrotnie. Bonnie oraz jej
siostry rosły i rosły, aż w końcu mieszkanie nie było w stanie ich
pomieścić. Sama wyprowadziła się krótko przed siedemnastymi urodzinami,
żeby rozpocząć amatorską karierę, parę lat później Nicky wyjechała do
innego stanu na studia, Lucky zaś, złowiona w wieku piętnastu lat przez
agencję, zaczęła pracować na całym świecie jako modelka. W końcu
wszystkie się wyprowadziły, a Avery uciekła i wróciła rok później na
nowo czysta i zdeterminowana studiować prawo. Po tym, gdy ojciec
przeszedł na emeryturę, rodzice przeprowadzili się na przedmieście,
rzekomo dlatego, że miasto nie sprzyjało jego zdrowiu, co tak naprawdę
oznaczało, że nie sprzyjało piciu. Bonnie i Nicky wprowadziły się do
mieszkania z powrotem i dokładały się do opłat; Nicky uczyła
angielskiego w pobliskim liceum, a Bonnie doskonaliła swoje umiejętności
w klubie Pavla i wpadała na trochę do mieszkania pomiędzy wyjazdami na
zawody i obozy sportowe. Był to szczęśliwy układ, do samego końca.
-?Co to w ogóle znaczy "pozostaję z szacunkiem"? -?spytała Avery
podniesionym tonem. -?Jakbyśmy miały wątpliwości, czy aby dalej będzie
naszą mamą?
-?To bardzo chłodna formuła -?przyznała Bonnie. -?Nawet jak na nią.
Natychmiast poczuła wyrzuty sumienia. Starała się nigdy nie mówić źle o matce, ale właściwie nigdy nie były ze sobą blisko. To Avery i Nicky
zawsze stanowiły połączenie pomiędzy pozostałymi siostrami a matką.
Nicky wzbudzała największe zainteresowanie mamy, mimo że ona nie dawała
z siebie zbyt wiele żadnej z córek. Ponieważ nienawidziła sportu, a w przeciwieństwie do Nicky, Bonnie nie przejawiała specjalnego
zainteresowania sztuką, utrzymywały pełen szacunku dystans. Tymczasem
Avery w dorosłym wieku wzięła na siebie rolę obowiązkowej córki, żeby
pozornie wynagrodzić swoją nieobecność w czasie ulegania nałogowi, więc
co parę lat odwiedzała rodziców pod miastem i dzwoniła w ważniejsze
święta czy urodziny. Ale Bonnie wyczuwała tę gorącą wściekłość na nich,
jaką Avery pielęgnowała w sobie w tajemnicy, buzującą niczym magma pod
powierzchnią jej troskliwości. Zarówno Lucky, jak i Bonnie po prostu
przeniosły swoje potrzeby relacji z rodzicami poza rodzinę -?Lucky
zawsze była pod opieką zespołu bookerów i agentów, a Bonnie miała
swojego trenera boksu, Pavla Petrovicha. I jeżeli potrzebowały odrobiny
matczynej porady i zachęty, zwracały się do Avery. Do kogo musiała
zwracać się Avery, zanim poznała Chiti, tego Bonnie nadal nie wiedziała.
-?Myślisz, że powinnyśmy do niej zadzwonić? -?spytała Bonnie, już się
tego bojąc.
-?Och, dzwoniłam już -?rzuciła dziarsko Avery. -?Zaraz, gdy tylko
przyszedł.
Bonnie pohamowała uśmiech. Avery była taką prawniczką.
-?I? -?spytała.
-?No i naprawdę sprzedają. Mają już zainteresowanego kupca.
-?Wow -?wydusiła Bonnie.
Nie wiedziała, co innego miałaby powiedzieć. Avery wydawała się
dostatecznie oburzona za nie obie.
-?Przez resztę rozmowy opowiadała mi o nowym nawozie, którego używa w ogrodzie -?dodała Avery, a jej głos podniósł się jeszcze bardziej z rozdrażnienia. -?Typowe. Prawie ze sobą nie gadamy, a jeśli już, to ona
chce rozmawiać dosłownie o gównie.
Ich matka zawsze je karmiła i nigdy ich nie biła -?Bonnie lubiła o tym
sobie przypominać. Ale czuła się przez nie przytłoczona. To nie była
taka mama, która spełnia się przy gotowaniu i pracach domowych, jednak
nigdy nie prosiła o pomoc. Codziennie wieczorem podejmowała się zadania
nakarmienia ich czterech niczym bardzo wyczerpany podróżnik na samotnej
wyprawie, której rozpoczęcia żałuje, ale już się z tym pogodził. Zdaniem
Bonnie, matka bała się Avery, Bonnie ją zdumiewała, Nicky od czasu do
czasu oczarowywała, a na Lucky w ogóle nie zważała. Oczywiście żadna z tych opcji nie była idealna.
Bonnie miała znacznie bardziej skomplikowane uczucia wobec ojca. Zarówno
ku jej dumie, jak i zakłopotaniu, interesował się nią bardziej niż
pozostałymi córkami, często żartował, że jest dla niego jak syn, którego
mu brakowało. Gdy dorastała, wieczorami zabierał ją do Central Parku,
gdzie w milczeniu rzucali do siebie piłkę na Great Lawn, podczas gdy
ostatnie promienie słońca przesuwały się po trawie, a jedynym dźwiękiem
były ciche uderzenia skóry o ich dłonie i od czasu do czasu jakiś pomruk
w uznaniu dla wyjątkowo dobrego chwytu. W drodze do domu kładł ciężką
rękę na jej karku, poganiając ją, co było dla niej jednocześnie
przyjemne i klaustrofobiczne, bo z jednej strony chciała utrzymać jego
uwagę, a z drugiej od niej uciec, uciec przed nim i pobiec wolno,
nieskrępowanie, do bezpiecznej przystani sióstr. Gdy Bonnie skończyła
piętnaście lat i odkryła boks, jego picie, wcześniej ograniczone do
przestrzeni poza domem lub czasu, gdy córki już poszły spać, wślizgnęło
się we wczesne godziny wieczorne, podczas których dawniej grali.
Martwiła się o niego, ale też ulżyło jej, że nie czuje już jego dłoni na
swoim karku; to najbardziej utkwiło jej w pamięci.
-?To co myślisz? -?ponagliła ją Avery. -?Mamy próbować ich powstrzymać?
Bonnie nie wiedziała, co myśleć. To mieszkanie było jedynym domem, jaki
znała, zarówno kamieniem u szyi, jak i kotwicą. Przez ostatni rok Avery
opłacała raty kredytu hipotecznego i czynsz, pozwalając w ten sposób, by
mieszkanie stało puste, ale wszyscy wiedzieli, że taki układ nie może
trwać wiecznie. Najlepszą strategią w ich rodzinie, jak się przekonała,
była neutralność.
-?A ty myślisz, że powinniśmy? -?spytała.
-?Tak -?odparła zdecydowanie Avery. -?To także nasz dom, oni nie mają
takiego prawa.
-?Tylko że należy do nich -?wymamrotała Bonnie.
-?I co z tego! -?rzuciła poirytowana Avery. Zabrzmiała jak za
nastoletnich czasów. -?Poważnie nie obchodzi cię to, czy go sprzedadzą?
Bonnie kochała tamto mieszkanie, ale po tym, co się tam wydarzyło,
wiedziała, że już nigdy nie postawi w nim stopy.
-?To ich mieszkanie i chyba... jestem w stanie uszanować taką decyzję -
wybrnęła.
-?Boże, jak ja bym chciała być taka stoicka jak ty -?stwierdziła Avery.
Bonnie zachichotała nieśmiało.
-?Ja nawet nie wiem, co to znaczy.
-?To znaczy, że w przeciwieństwie do mnie nie jesteś skazana na śmierć w wyniku zawału serca wywołanego nieustannym stresem.
-?Ale co z tymi wszystkimi rzeczami Nicky? -?spytała Bonnie.
W tej kwestii nie była stoicka. Avery mruknęła coś przez telefon.
-?No tak. Jedna z nas będzie musiała tam pojechać i wszystko zabrać.
-?Wiem, że ja mam najbliżej... -?zaczęła ze strachem Bonnie.
-?Nie ma sprawy -?przerwała jej szybko Avery. -?Nikt nie będzie od
ciebie oczekiwał, żebyś tam wracała. Coś wymyślę.
Bonnie z ulgą wypuściła powietrze. Nie cierpiała tego, że Avery musiała
zawsze wszystko naprawiać w rodzinie, a jednocześnie dawało jej to
poczucie bezpieczeństwa.
-?Dziękuję -?powiedziała cicho.
-?Trudno uwierzyć, że to już rok -?stwierdziła Avery.
-?Wiem... -?Bonnie uśmiechnęła się smutno do siebie. -?Kurczę, jak z bicza
trzasł.
-?Brzmisz już, jakbyś była z Los Angeles. Jak ci tam?
Bonnie wróciła do pokoju i wyszła na balkon, lekko mrużąc oczy przed
słońcem.
-?Świetnie. Patrzę teraz na ocean.
Tak naprawdę Bonnie widziała tylko alejkę pod sobą, na której mewa
wyszarpywała brzeg pizzy z worka na śmieci. Mieszkała na trochę
podejrzanej uliczce przecznicę od plaży, w jednym z rozpadających się
budynków, gdzie wciąż można było wynajmować lokum na pojedyncze
miesiące. Była to więc opłacalna opcja dla wędrownej społeczności
surferów, studentów, pracowników sezonowych, podstarzałych hipsterów i wysoko funkcjonujących narkomanów, czyli tych osób, które nadawały
dzielnicy Venice coś, co agenci nieruchomości nazywali "kolorytem
lokalnym", chociaż te osoby nigdy same nie skorzystałyby z usług takiego
agenta.
-?To fajnie. Ja patrzę właśnie na akta sprawy.
-?Nadal? U was nie jest późno?
-?Znasz mnie.
Rzeczywiście. Praca odgrywała u Avery tę samą rolę co kiedyś narkotyki:
odcinała ją od świata.
-?Zrobiłaś coś, żeby, no wiesz, uczcić ten dzień? -?spytała Avery.
-?Jeszcze nie. A ty?
-?Ja tylko zadzwoniłam do was wszystkich. Gdybyśmy chciały zapoczątkować
jakąś tradycję, to byłby najwłaściwszy moment.
Bonnie zdmuchnęła kosmyk włosów wpadający jej w oczy.
-?Co by się spodobało Nicky? Nie ma przecież żadnych reguł co do żałoby.
Avery zaczęła mówić zwięźle i energicznie, tak zwykle porozumiewała się
z klientami.
-?Chwileczkę, już sprawdzam. -?Słychać było, że zaczęła stukać w klawiaturę. -?Jak... uczcić... rocznicę... śmierci.
Bonnie pokręciła głową i cicho parsknęła. Skierowała uwagę z powrotem na
zażarte wysiłki mewy, która rozerwała worek ze śmieciami w poszukiwaniu
kolejnych kawałków pizzy.
-?Mnie chyba chodziło bardziej o to, co same czujemy, Aves. Internet nam
nie powie, co mamy robić.
-?Internet zawsze mówi nam, co trzeba zrobić. Proszę, mam już jakąś
listę. -?Zaczęła odczytywać. -?Punkt pierwszy, odwiedź grób... Dobra,
nie jesteśmy wszystkie w Nowym Jorku, więc tego nie zrobimy. Punkt
drugi, wypuść motyle...
Bonnie parsknęła.
-?Pewnie, tylko pójdę po swoją siatkę.
Avery się zaśmiała.
-?Punkt trzeci brzmi rozsądniej. Napisz list, wiersz albo bloga.
-?List? Bloga? Kto to napisał?
-?Ojej, okej. Punkt czwarty, włącz ulubioną piosenkę tej osoby.
-?Wiesz, jaka to?
-?Nie, ale Lucky by wiedziała.
-?Lucky by nam pewnie podpowiedziała jakiś deathmetalowy kawałek tylko
po to, żeby się powygłupiać.
-?Może się dowiemy, jeśli kiedyś odbierze telefon.
Teraz jej głos zabrzmiał ostrzej, jak zawsze, kiedy starała się ukrywać
zranione uczucia, choć nigdy by się do tego nie przyznała. Bonnie
wiedziała, jak bardzo Avery starała się podtrzymywać więzi z młodszymi
siostrami, tak samo nieuchwytnymi jak wspomniane motyle. Bonnie miała
ochotę powiedzieć siostrze, że sekretem do pokochania Lucky było
szanowanie jej potrzeby wolności. Niech sobie przychodzi i wychodzi
kiedy chce, w końcu na ciebie wpadnie. Ale jak zawsze Bonnie postanowiła
się nie wtrącać.
-?Dobra, dalej -?ciągnęła Avery. -?Punkt piąty, możemy urządzić
specjalną uroczystość upamiętniającą. Punkt szósty, wyraź miłość
kwiatami...
-?Żadna z tych rzeczy nie jest w stylu Nicky.
-?Wiem. Okej, ostatni punkt na liście radzi, żeby usiąść.
-?Tylko tyle? -?Bonnie zmarszczyła brwi. -?To jest cała rada? Usiąść?
-?Tylko tyle napisali. Usiądź.
-?Tyle chyba możemy zrobić.
-?Ja już siedzę przy biurku. Mam się przesiąść?
-?Tak, usiądź gdzieś indziej. Na podłodze.
-?Dobra, ty też siadaj na podłodze.
Bonnie usiadła na podłodze w korytarzu i oparła się plecami o ścianę,
zamknęła oczy. Słyszała mewy i sąsiadów, którzy cicho się kłócili,
mężczyzna powtarzał "mówiłem ci, mówiłem ci", a ponad tym wszystkim
cichy szum fal. Promienie słońca lśniły złoto przez skórę jej powiek.
Powietrze pachniało solą, śmieciami i słońcem.
-?Czujesz, żeby to coś robiło? -?spytała.
-?To chyba nie ma niczego robić -?odparła Avery. -?Chodzi po prostu o to, żebyśmy miały okazję sobie ją przypomnieć i poczuć, no wiesz, ten
żal.
-?Fajnie.
-?Czujesz?
-?Mój żal? Tak mi się wydaje. A może po prostu jestem głodna. -?Chciała,
żeby to było śmieszne, ale Avery milczała. -?A ty? -?spytała niepewnie.
-?Czujesz?
Usłyszała płytki oddech Avery.
-?Jestem na nią taka zła -?wyszeptała Avery. -?Czy to nie jest
popieprzone? Wiem, że powinno być mi smutno, ale czuję głównie złość na
nią.
-?To chyba... normalne? Prawda? Powinnaś spytać Chiti, ona będzie
wiedziała.
-?Nie wydaje mi się to normalne. Wiesz co, mam ochotę ją skrzywdzić.
Gdyby tu była, walnęłabym ją w szyję.
Bonnie się uśmiechnęła.
-?To naprawdę dziwne miejsce, żeby kogoś uderzyć.
-?Wiesz, nie chciałabym jej bić po twarzy. Tylko zbliżyć się na tyle,
żeby wiedziała, że jestem na nią naprawdę wściekła.
-?Rozumiem. Ja też bym ją walnęła w szyję.
-?Tylko że ty byś ją pewnie w ten sposób zabiła.
-?Za późno.
Te słowa zawisły rozwibrowane pomiędzy nimi.
-?Jak naprawdę się czujesz, Bon Bon? -?spytała Avery. -?Jak tam... w tym
nocnym klubie?
-?W porządku. -?Bonnie wzruszyła ramionami. -?Dziś wieczorem pracuję.
Daleko w Londynie Avery mruknęła z niezadowoleniem.
-?Co ty tam w ogóle robisz? Przecież my zupełnie nie pasujemy do Los
Angeles.
-?Może ja pasuję -?stwierdziła Bonnie.
Ale tak naprawdę nie uważała, żeby pasowała gdziekolwiek, czy do Los
Angeles, czy gdzieś indziej. Tak długo była bokserką, że zapomniała stać
się osobą. Wybrała to miasto, bo było daleko od miejsc jej treningów w Nowym Jorku i wydawało jej się, że łatwo tam będzie o pracę. Nie było
dla niej ważne, czy jej się tam podoba. Znalazła się tam tylko po to,
żeby uciec.
-?Mieszkanie w Los Angeles jest jak związek z pięknym człowiekiem, który
nie ma nic do powiedzenia -?oznajmiła Avery. -?Na krótki czas to w porządku, bo wiesz, sama zobacz, ale ostatecznie zdajesz sobie sprawę,
że potrzebujesz wokół siebie ludzi, którzy czytają książki i mają
prawdziwe nosy.
Bonnie zmarszczyła brwi. Czy Avery w ogóle odwiedziła Los Angeles w ciągu ostatnich dziesięciu lat? Skąd może wiedzieć, jak się tu mieszka?
-?Nie wiem, jak długo tu zostanę -?rzuciła niezobowiązująco.
Jednym miejscem, w którym czuła jakąś wolę walki, był ring. Poza jego
linami łatwiej było się poddać, zwłaszcza przy Avery, której pewność
siebie była niczym kowadło przeważające w każdej rozmowie.
-?Mogłaś się zatrzymać u nas! -?zawołała Avery. -?Chiti byłaby
zachwycona. A na północy Londynu jest dobra siłownia z klubem
bokserskim.
-?Wiesz, że już nie trenuję. Mówiłam ci o tym.
-?Dobra, dobra, odpuśćmy siłownię. Nie musisz walczyć, jeśli nie chcesz.
Mogłabyś kogoś trenować, mogłabyś zostać menedżerką w jakimś sporcie,
mogłabyś założyć fundację. Tylko pamiętaj, kim jesteś, Bonnie.
Bonnie znów zamknęła oczy. Nagle poczuła olbrzymie zmęczenie.
-?Kim?
-?No, przede wszystkim jesteś mistrzynią świata kobiet. Sama nie
pamiętam nawet połowy wygranych przez ciebie zawodów, ale wiem, że było
ich dużo. Jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam, w środku i z zewnątrz.
I jesteś moją siostrą. Zauważ, proszę, że żaden z powyższych opisów nie
obejmował bramkarki w nocnym klubie.
-?Tylko że ja jestem bramkarką. Właśnie nią jestem.
Avery milczała, Bonnie niemal słyszała, jak machina jej umysłu pracuje,
sprawdzając, jaką taktykę wypróbować.
-?Wiesz, że Nicky by tego dla ciebie nie chciała -?powiedziała w końcu
Avery.
Czyli, pomyślała Bonnie, ostatecznie powołuje się na pragnienia
zmarłych. Klasyk.
-?Chciałaby, żebyś robiła to, co kochasz -?mówiła dalej Avery.
Bonnie delikatnie stuknęła głową o ścianę za sobą.
-?Czasem nie cierpię tego, co kocham -?wyznała.
-?Nawet mnie?
-?Ciebie nigdy -?zaprzeczyła Bonnie, choć doskonale wiedziała, że Avery
tak odbierze tę uwagę.
Pewnie dlatego, podejrzewała, w ogóle tak powiedziała. Avery wydała
jakiś odgłos pomiędzy mruknięciem a warknięciem.
-?Ja po prostu tylko cię kocham. I właśnie dlatego cię cisnę.
-?Wiem. Ja ciebie też kocham. Bez też. -?Tak im mówiła Nicky. Bez "też".
Tylko "kocham". -?Słuchaj, muszę się zbierać na bieganie. Zadzwonię do
ciebie w przyszłym tygodniu?
-?Mhm -?mruknęła Avery. -?Nie będziesz biegać w nieskończoność.
Bonnie przebrała się w krótkie spodenki i sportowy stanik, po czym
ruszyła na plażę. Biegała osiem kilometrów po piasku dziennie, a potem
jeszcze ćwiczyła trochę kalisteniki na drążkach na Muscle Beach. Nie
miało to w ogóle porównania do reżimu treningowego, do jakiego była
przyzwyczajona, ale przynajmniej pomagało jej całkiem nie zwiotczeć. Nie
bardzo lubiła publiczność turystów, którzy zbierali się wokół,
obserwując często odwiedzających to miejsce kulturystów, ale było tu
taniej niż na siłowni, a poza tym skupiała na sobie dużo mniej uwagi niż
napakowani, opaleni mężczyźni, napompowani jak basenowe zabawki, którzy
spędzali całe dnie, pusząc się na ławeczkach do wyciskania. Często była
jedyną kobietą na poręczach, a już na pewno jedyną, która była w stanie
podciągnąć się sto razy w czasie poniżej pięciu minut, ale po treningach
bokserskich była do tego przyzwyczajona. Nie grała w żadne sporty
drużynowe od gimnazjum i rzadko wymieniała więcej niż przelotne żarciki
z partnerkami sparingowymi. Czuła, że w towarzystwie porusza się z gracją niedźwiedzia grizzly. Na poręczach, podobnie jak w życiu, była
pozostawiona sama sobie -?i mówiła sobie, że tak właśnie lubiła
najbardziej.
Tylko że odkąd zaczęła trenować w wieku piętnastu lat, tak naprawdę
nigdy nie była sama. Może się wydawać, że bokser na ringu jest samotny,
ale wystarczy trochę rozszerzyć kadr i dwa, trzy metry dalej w narożniku
zawsze będzie stał trener, który przyjmuje każdy cios razem z nim.
Naprawdę dobry trener widzi to, co jego pięściarz i czuje to samo, co
on. A bokser potrzebuje tego wsparcia, całkowicie na nim polega, jak
dziecko na matce. Jest to sekretna bezbronność wpisana w duszę tego
sportu, ta intymna zależność. A jednak z takiego poddania się zależności
bierze się zdolność do indywidualnej odporności, która może sprawiać
wrażenie wręcz nieludzkie. Bokserów trenuje się zawsze do walki, nigdy
do ucieczki. Bonnie widziała wielu bokserów i bokserek leżących płasko
na plecach, ale nigdy uciekających z ringu. Mimo przestrogi sędziego na
początku walki, by "w każdej chwili chronić siebie", boks wymaga
przezwyciężenia najgłębszych naturalnych odruchów, żeby za wszelką cenę
się chronić. Aby to zrobić, trzeba znosić ból.
Gdy za pierwszym razem Bonnie weszła do klubu bokserskiego, była z nią
Nicky. Miała piętnaście lat, a Nicky dwanaście; rodzice powierzyli jej
odprowadzanie Nicky każdego popołudnia ze szkoły przez park, kiedy sami
byli w pracy. Avery wcześnie skończyła liceum i już dobijała się
podwójną liczbą kursów na Columbii, a dziesięcioletnia Lucky chodziła
na zajęcia popołudniowe, kiedy ich mama pracowała. Pewnego popołudnia,
zamiast iść dalej na zachód przez park do ich mieszkania, Bonnie bez
ostrzeżenia poprowadziła Nicky na południe, w kierunku śródmieścia.
Wtedy Bonnie już od wielu tygodni oglądała wyłącznie filmy o bokserach,
zmuszając wszystkie siostry do wspólnego odgrywania scen z Wściekłego
Byka i Rocky'ego. Wciągnęła się w to jeszcze zanim wkroczyła na ring,
ale ich matka uważała ten sport za barbarzyński i odmówiła płacenia za
lekcje. To ich ojciec, który amatorsko trenował boks w liceum, otrząsnął
się z pijackiego odrętwienia na tyle, żeby ukradkiem dać Bonnie
pieniądze i powiedzieć jej, żeby poszła kiedyś spróbować. Bonnie
sprawdziła wszystkie kluby bokserskie na szkolnym komputerze i wybrała
taki najbliżej domu. W ten sposób znalazły się przed Golden Ring, sali
treningowej urządzonej w dawnym sklepie, bez żadnej większej renomy.
Była zima, wielką wystawową witrynę pokrywała para, a sparingujące i skaczące na skakance postaci po drugiej stronie były rozmazanymi
cieniami. Bonnie stała sparaliżowana przed szybą, nagle zbyt
zdenerwowana, żeby tam wejść, ale Nicky otworzyła drzwi. W środku
cuchnęło, było wilgotno i ciepło. Powietrze wypełniały rytmiczne
posykiwania, uderzenia, trzaski i plaśnięcia w rytmie staccato. Bonnie
stała w wejściu, a jej wzrok biegał od osoby do osoby. Wszyscy to byli
mężczyźni, dużo starsi od niej, wszyscy całkowicie pochłonięci
treningiem; nikt nawet nie zerknął w ich stronę. Nagle rozbrzmiał
dzwonek i hałas przycichł. Mężczyźni odrzucili skakanki albo oderwali
się od sparingów, żeby chwycić butelki z wodą i ręczniki. To był jej
moment, ale Bonnie się wahała. Nicky musiała o tym wiedzieć, bo podeszła
do wysokiego mężczyzny, który właśnie skończył skakać na skakance, i przyjrzała się mu. Jego ciało przypominało Bonnie panterę; widziała
mięśnie pracujące pod skórą, kiedy się poruszał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki