ROZDZIAŁ 1
Listopadowa noc pozostawała ciemna niczym czarny chleb, dokładnie taki, za jakim na przednówku tęsknili chłopi. Zdenerwowany Jan krążył po salonie, próbując ciężkimi krokami rozgonić niepokój. W sąsiednim pokoju Poliksena, w towarzystwie doświadczonej akuszerki, męczyła się już sześć godzin. Na każdy jej okrzyk Jan reagował zupełnie nieuświadomionym, za to wysokim, nerwowym podskokiem, od którego uginały się deski podłogi. Krzyk dziecka usłyszał dopiero późno w nocy. Zajrzał do sypialni, rozradowany. Akuszerka ze skrzywioną miną, bez słowa, wypchnęła świeżo upieczonego ojca za drzwi. Przytrzymał je.
- Syn czy córka? - zapytał z napięciem.
- A idzie, idzie - odburknęła kobieta. - Dzyndzelka ma.
Wniebowzięty Jan przeszedł kilka kroków do kuchni. Zerknął po drodze do niewielkiego pokoju, wykończonego tapetą w pastelowe kwiatki. Jego córeczka, ponaddwuletnia Antosia, w niespokojnym śnie rzucała spoconą główką. Pogłaskał dziecko po sklejonych włoskach, wyszedł i z kredensu wyciągnął butelkę. Nalał do szklanki czystej wódki na dwa palce i wypił duszkiem. Nieprzyzwyczajony do alkoholu, szybko poczuł ciepło. A potem zasnął na kanapie, szczęśliwy i spokojny.
Antonina następnego ranka pobiegła do matki. Zdumiona przystanęła w drzwiach sypialni.
- Mamo? - odezwała się cieniutko.
- Chodź, Antosiu - szepnęła zmęczona Poliksena, blado się uśmiechając. - Przedstawiam ci brata.
Ignacy Jan popatrzył na siostrę granatowymi oczkami i rozryczał się, donośnie dając dowód zdrowych płuc. Był szósty listopada tysiąc osiemset sześćdziesiątego roku[1].
Od tego dnia Antosia codziennie siadywała przy łóżku mamy, przyglądając się bratu. Była zbyt mała, by nosić go na rękach, jednak śpiewała mu swoje nie zawsze jeszcze składne kołysanki, kładła główkę obok usypiającego malucha, pozwalała mu ciągnąć się za loki i demonstrowała lalczyne sukienki. Ignaś nigdy więcej nie zapłakał na jej widok.
Właściwie stali się nierozłączni, Poliksena z każdym dniem czuła się bowiem słabsza. Wciąż odczuwała skutki najmłodszych lat spędzonych w Kałudze. Tam został zesłany jej kochany papa, Zygmunt Nowicki, przyjaciel Adama Mickiewicza, światły filomata, profesor białostockiego gimnazjum. Zasłynął tym, że "dawał gratis historyę polską dla całego gimnazjum, [mając] tym sposobem wiele zręczności wpojenia w młodzież podlaską ducha dobrego"[2]. Jego czynny udział w powstaniu listopadowym nie uszedł uwagi carskich władz, a córka płaciła za ojcowski patriotyzm najwyższą cenę.
Antosia poświęcała bratu coraz więcej czasu, a gdy po sześciu miesiącach Poliksena została odprowadzona na cmentarz w Kuryłówce[3], dziewczynka już większość swoich dni spędzała z niemowlakiem.
"Myślę, że tata się wtedy załamał" - napisałaby w swoim pamiętniku, gdyby go wtedy prowadziła, Antosia. I dalej: "Brak żony musiał być dla niego absolutnie nieznośny. Na szczęście regularnie przybywała do naszego domu ciotka, karmiła nas, pilnowała toalety i doglądała obejścia. Trzydziestodwuletni ojciec, który stał się dla nas równocześnie matką, dbał zaś o wychowanie i edukację. Sam pięknie grał na skrzypcach, ale ja nie przejawiałam ku temu talentu. Dopiero później zainteresował mnie fortepian. A skoro mnie został pokazany, to i memu bratu. Bo mój braciszek... Ojciec liczył na to, że Ignaś spełni jego oczekiwania. Ignaś, nie ja. Chłopiec, nie dziewczynka..."
***
Wśród łagodnych pagórków, pomiędzy najpiękniejszymi sadami, w których rokrocznie gałęzie drzew uginały się od pachnących owoców, pośród najwonniejszych kwiatów, w ciszy i spokoju, otoczeni miłością ojca i troską ciotki - rośliśmy. Daleko od cywilizacji, a jednak historia i tak nas znalazła.
Nasz ojciec, obdarzony sporym poczuciem humoru i kochający nas bardzo, był jednak przede wszystkim obowiązkowy. Zarządzał wielkimi majątkami ziemskimi, dbał i o ziemię, i o chłopów. Sprawiedliwy i uczciwy. To pewnie stanowiło naszą wspólną zgubę.
Bo człowiek prawy kocha ojczyznę, a w tamtych niespokojnych czasach patriotyzm kosztował więcej niż wiele. Ojciec mawiał, że my jesteśmy herbu Jelita, ze wsi Paderewo na ziemi drohickiej, i będziemy ziemię polską czynić zasobną i zabiegać o jej wolność. Był szlachetny, dumny i moralny. Miałam niespełna sześć lat, gdy Kozacy okrążyli nasz dom, przetrząsnęli całe obejście, pozostawiając przeokropny bałagan. Przede wszystkim zaś - zabrali ojca. Nie uczestniczył wprawdzie czynnie w powstaniu styczniowym, posądzony jednak został, całkiem słusznie zresztą, o wsparcie dla powstańców. Zabrali go do więzienia w Lityniu, a my zostaliśmy sami, trzyletni Ignaś i pięcioletnia ja.
Wiecie, nad czym najbardziej ubolewałam? Ignaś jako trzylatek sam podchodził do fortepianu. Spełniał marzenia ojca, a być może także i matki, która przecież - doskonale to pamiętam! - była bardzo muzykalna. Ciągle w domu śpiewała, jak ja to lubiłam! I akompaniowała sobie na fortepianie... Pomyślałam wtedy, w tamtym strasznym momencie, kiedy to Kozak zdzielił nahajem Ignasia, bo malec śmiał się doń odezwać, pomyślałam o tym, że... nie będzie grał na fortepianie!
A już wtedy przychodził do niego nauczyciel. Razem graliśmy duety fortepianowe, choć pan Filip Runowski był skrzypkiem. Ignaś chciał grać wyłącznie na fortepianie, a pianisty nigdzie w okolicy nie było. Mieliśmy z tego dużo radości i wtedy bałam się, że po tym uderzeniu nahajem ta radość zniknie...
Dziwnymi ścieżkami chodzą dziecięce myśli, czyż nie? Nie martwiłam się o ojca ani o siniaki na ciele mojego braciszka. Przecięta skóra dokuczliwa była dla Ignasia, jednak duma ucierpiała znacznie bardziej. A ja martwiłam się o grę na fortepianie!
Ojca zaaresztowano i wywieziono na rok, niezmiernie długi dla kilkulatków. Dopiero wiele lat później zrozumiałam, jak bardzo ojciec wyróżniał się na tle innych zarządców. Bo to chłopi udali się do władz okręgu, domagając się jego uwolnienia. Takim był sprawiedliwym ekonomem! Wielka to była sprawa, choć i tak potem nie pomogła - tato długo nie mógł znaleźć zatrudnienia, życie nas więc nie rozpieszczało. Może jednak nie powinnam tak mówić? Zaopiekowała się nami siostra mojego ojca. Przyjechała najszybciej jak mogła, choć mieszkała sto kilometrów od nas. To była znacząca odległość! Nasz dom leżał w przepięknej okolicy, zielonej i z obszernym horyzontem pozwalającym szeroko marzyć, ale daleko zeń było do innych domostw. Nie dochodziła do nas kolej, a drogi, kurzące się latem, wiosną stawały się niemal nieprzejezdne, tak bywały zabłocone. A jednak ciotka przyjechała, zapakowała wszystkie niezbędne rzeczy, po czym zabrała nas do siebie i pielęgnowała w czas nieobecności ojca jak rodzona matka.
Miała wielkie serce, choć niewielkie zasoby - a i tak zadbała, by przyjeżdżał do nas, do Nowosiółek koło Cudnowa, nad rzeką Teterew, nauczyciel muzyki. W szczególności dla Ignasia, oczywiście. Pan Piotr Sowiński dwoił się i troił, sam jednak nie potrafił za wiele. Wprawdzie jego muzyczne koligacje rodzinne były ze wszech miar interesujące, bowiem jego brat, Wojciech Sowiński, był już uznanym muzykiem i autorem zacnego słownika biograficznego muzyków polskich, jednak on sam... W rodzinie Sowińskich silny był także nurt poetycki, nasz nauczyciel był wujem Leonarda, który zasłynął sonetami i dramatami. Pan Piotr przyjeżdżał więc do domu ciotki zwykle raz w tygodniu. Prowadził lekcje, choć nie wiem, czy dziś tak bym je nazwała. Spędzał z nami przy fortepianie wiele godzin przez cały dzień, czasem nawet dwa. Wciąż graliśmy na cztery ręce. Ja w sopranie, Ignaś w basie, niemal nigdy nie zamienialiśmy się głosami, choć czułam, że to mój brat powinien grać główną partię. On od początku miał w sobie... coś. Siłę przekonywania, wygrywaną dziecięcymi placami. Wizję utworu, nawet najprostszego. Tymczasem spędzaliśmy godziny przy instrumencie, przekomarzając się i przepychając, co niekiedy doprowadzało mnie do łez, szczególnie gdy Ignacemu udało się mnie kopnąć lub zrzucić ze stołka. Bolały nie tyle siniaki, co urażona duma starszej siostry.
Przede wszystkim jednak pan Piotr Sowiński nie umiał przekonać czterolatka do pracy. Ignaś muzykował, potrafił spędzić przy fortepianie z niewielkimi przerwami większą część dnia, ale nie uczył się grać. Improwizował, tworzył własne melodie, ciesząc się współbrzmieniami. Nie poznawał jednak, jak naciskać klawisze. Jak wydobywać świadomie dźwięki. Jak pracować palcami, by realizowały jego muzyczną myśl. Jednym słowem: po dziecięcemu koncertował, ale nie uczył się techniki grania na fortepianie.
Długo jeszcze później, przez wiele lat, Ignacy skarżył się, że nie umie grać poprawnie, choć osiągał już sukcesy muzyczne, kompozytorskie i pedagogiczne. Nie tego jednak pragnął mój brat... Mówił wprost o wdzięczności dla ojca i jego siostry, robili przecież wszystko, co w danej chwili mogli. Albo wierzyli, że to jest wszystko. Zapewnili nam nauczycieli, nie tylko tych od muzyki. Pan Michał Babiński, były powstaniec listopadowy, dbał o naszą edukację z sercem i zaangażowaniem. Historia, geografia, francuski, polski, rosyjski - uczyliśmy się z nim wszystkiego, co niezbędne. Były to także lekcje patriotyzmu - jakże bowiem nazwać inaczej opowieści o polskiej potędze, sławionej przez pana Michała? Ignaś tak się wtedy zapalił do bitwy pod Grunwaldem, że ciągle ją musieliśmy przedstawiać. On był polskim rycerzem, ja nigdy nie dałam na siebie narzucić prześcieradła z czarnym krzyżem. Nie chciałam być Krzyżakiem! To chyba psuło mu trochę zabawę. Dla Ignacego i tak najważniejsza była muzyka. Ojciec i ciotka nie potrafili jednak dostrzec, że nasi nauczyciele, poza panem Babińskim, nie byli pedagogami, jakich potrzebował ich syn i bratanek. Nie zapewnili Ignasiowi pianistycznej techniki, tego całego warsztatu, który jest niezbędny pianiście, a który kilkulatek osiąga z łatwością - gdy ktoś mu go objaśni. Gamy, akordy, pasaże, palcowanie, staccato, legato, forte i piano, crescendo i ritenuto... Ignacemu nic z tych zagadnień nie zostało odpowiednio - a w każdym razie wystarczająco - wytłumaczone.
Graliśmy zatem duety. Znaliśmy wyciągi większości popularnych w tamtym czasie oper. Na przykład Il dolce suono riso to był nasz popisowy numer, a Łucję z Lammermooru Dionizettiego wykonywaliśmy znakomicie. Albo Cyrulika sewilskiego Rossiniego. Wszyscy to znali, wszyscy lubili, my - graliśmy. A ponieważ robiliśmy to ciągle, wydawało się, że lekcje przynoszą rezultaty. Bo przecież kiedy pracujesz - osiągasz wyniki, czyż nie? Tak się zdawało wszystkim dokoła, w tym ciotce. I ojcu także, kiedy już wrócił do domu.
Nie był to nasz dawny dom... Nie wróciliśmy do Kuryłówki, ojciec otrzymał posadę zarządcy majątku Szaszkiewiczów w Sudyłkowie, w powiecie zasławskim na Wołyniu. To było miejsce pełne smutku i nostalgii. Nie ze względu na nastrój w nim panujący, o nie! O to dbał ojciec. Pozwalał nam na szalone dziecińskie zabawy, podsycał patriotyczne instynkty. Na przykład Ignaś wkładał między nogi kij od szczotki, ja zawieszałam na jego końcu worek wypchany szmatami. Czasem nawet udawało mi się ułożyć coś na kształt końskiej głowy. Do tego rogatywka z białych i czerwonych skrawków papieru. I już rycerz walczył o polskość, najczęściej pod Grunwaldem. To było piękne. Smutkiem tchnęło zaś to, co za oknem. W Sudyłkowie mieszkało wtedy zaledwie dwa tysiące ludzi, może nawet mniej, z tego tysiąc osiemset to byli Żydzi. A nasze okna wychodziły wprost na żydowski cmentarz, gdzie kilka razy w tygodniu odbywały się pogrzeby, po których z miejsca wiecznego spoczynku dochodziły żałosne, czasem całonocne śpiewy. Panował więc szczególny klimat w naszym domu. Czyż można się dziwić, że razem z bratem szukaliśmy wesołości?
Granie na instrumencie było naszą radością, choć oprócz nauczyciela nie mieliśmy także szczęścia do instrumentu. Dysponowaliśmy zaledwie starym pianinem, i to okropnym! Było ciche, miało brzydki dźwięk i nic nie pomagało, że pochodziło z pięknego naddunajskiego Wiednia. Nigdy potem nie chciałam grać na pianinie marki Graff, a i Ignacy za tą firmą nie przepadał.
Ojcu jednak nic nie przeszkadzało. Graliśmy ciągle i ciągle - to dobrze. Wierzył w nas, choć bez wątpienia w Ignacego bardziej. Ja... Cóż, rolą kobiety było - i jest - wyjść za mąż, urodzić i wychować dzieci. Mężczyźni mają iść w świat i go zdobywać. Dlatego ojciec dla Ignacego przygotował specjalny zeszyt. Spiął po prostu wiele arkuszy papieru w pięć linii i podpisał starannie: "Kompozycje Ignacego Paderewskiego".
I faktycznie! Ignaś, który do tej pory zaledwie improwizował, zaczął swoje utwory zapisywać. I to w jakim tempie! Nie minęło kilka miesięcy, gdy zeszyt się zapełnił. Nie miał jednak do swoich kompozycji atencji. Wręcz twierdził, że one tylko ładnie wyglądają, ot, kropki zapisane na liniach równymi rzędami. A jednak bardzo żałuję, że ów zeszyt zaginął. Sądzę, że nawet te pierwsze Ignasiowe kompozycje miały wiele wyrazu. A przede wszystkim - że odzwierciedlały ducha mojego brata.
Nasz świat zmienił się radykalnie, gdy ojciec w roku sześćdziesiątym siódmym ożenił się ponownie, z Anną Tańkowską. Wierzę, że dla niego to była dobra decyzja. Dzisiaj tak to widzę. Dla Ignasia zresztą też - macocha kochała go, bez wątpienia. Miała dla niego dobre słowo i zachomikowane słodkości po obiedzie. Dla mnie jednak... Cóż, miałam dziewięć lat i zaczynałam dorastać. Chciałam być ważna, a właśnie moja rola w domu została sprowadzona do wykonawczyni poleceń. Wierzyłam, że równie dobrze mogłoby mnie w tym domu nie być!
Za to Ignacy... Rozwijał się. Gdy miał dwanaście lat, ja byłam wtedy czternastoletnią pannicą, daliśmy wspólny koncert. Dobroczynny. Uchodziliśmy w okolicy za szczególnie muzykalne dzieci i zebraliśmy sporą publiczność. Dla mnie to był jeden z ostatnich publicznych występów w życiu, potem grałam już głównie w domowym zaciszu, choć z wielką miłością do muzyki. Ignacy zaś właśnie rozpoczął swój koncertowy pochód. Tego samego roku zagrał jeszcze w Zasławiu i Ostrogu, już sam, jako solista. Wzbudził zainteresowanie wszystkich, także możnych rodów z okolicy, na przykład Chodkiewiczów. Mnie się to jednak zupełnie nie podobało.
Po pierwsze, miałam nieodparte wrażenie cyrku. Czyż mój brat miał pełnić rolę tresowanej małpki? Wrażenie to zapamiętałam doskonale, tak było silne. Ignacy w tamtym momencie nie miał nazbyt szerokiego repertuaru, występy zatem trwały niezbyt długo. Po zakończonym koncercie kładziono na klawiaturze ręcznik, a Ignaś wykonywał dokładnie cały program jeszcze raz - lecz z zakrytymi rękami. Nie widział klawiszy! Wzbudzało to aplauz, oczywiście. Taki sam, jak popisy prestidigitatora... A poza tym, i to jest chyba ważniejsze, czułam, że niedługo już stracę mojego brata. Cóż mi pozostanie? Kłótnie z macochą, potem zamążpójście. A Ignaś?
Stanie się Ignacym.