Siostra słońca. Cykl Siedem Sióstr. Tom 6 - Lucinda Riley

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

- Nie pamiętam, gdzie byłam ani co robiłam, kiedy usłyszałam, że ojciec nie żyje.

- Dobrze. Chcesz o tym pomówić?

Patrzyłam na Theresę siedzącą w skórzanym fotelu z wysokim oparciem. Przypominała mi Susła z herbatki w Alicji w Krainie Czarów albo jednego z jego wkurzających przyjaciół. Często mrugała za swoimi okrągłymi okularami i wiecznie zaciskała usta. Spod tweedowej spódnicy sięgającej kolan widać było wspaniałe nogi. Miała też świetne włosy. Doszłam do wniosku, że nawet mogłaby być ładna, gdyby chciała, ale wiedziałam, że jej zależy tylko na tym, by sprawiać wrażenie inteligentnej.

- Elektro? Znów gdzieś mi odpływasz.

- Tak. Przepraszam.

- Myślałaś może o tym, co czułaś, kiedy dowiedziałaś się o śmierci ojca?

Nie mogłam wyjawić jej, o czym naprawdę myślałam, więc skwapliwie skinęłam głową.

- Tak.

- I?

- Nie potrafię sobie przypomnieć. Przykro mi.

- Wydaje się, że jego śmierć cię złości. Dlaczego?

- Nie, nie jestem zła... nie byłam. Właściwie nie pamiętam, naprawdę.

- Nie potrafisz przypomnieć sobie, co czułaś w tamtej chwili?

- Nie.

- No dobrze.

Patrzyłam, jak notuje coś w zeszycie, pewnie coś w stylu: Nie chce zmierzyć się z faktem śmierci ojca. To właśnie powiedział mi poprzedni psychoterapeuta, a ja przecież mierzyłam się z tą stratą na całego. Po latach doświadczeń z magikami od grzebania w cudzym życiu wiedziałam jednak, że lubią znajdować przyczyny tego, dlaczego jestem taka pokręcona, a potem czepiają się ich jak rzep psiego ogona i drążą, dopóki się z nimi nie zgodzę i nie zacznę pleść głupot, byle tylko ich zadowolić.

- A co czujesz do Mitcha?

To, co cisnęło mi się na usta w związku z moim byłym, spowodowałoby pewnie, że Theresa sięgnęłaby po komórkę i ostrzegła gliny, że ma tu jakąś wariatkę, która chce odstrzelić jaja jednemu z najsłynniejszych muzyków rockowych na świecie. Ograniczyłam się więc do słodkiego uśmiechu.

- Wszystko w porządku. Przebolałam to jakoś.

- Ostatnim razem byłaś na niego zła.

- Tak. Ale było, minęło. Naprawdę.

- No, to bardzo dobra wiadomość. A co z piciem? Kontrolujesz je już trochę bardziej?

- Tak - skłamałam. - Oj, słuchaj, muszę biec, mam spotkanie.

- Przecież jesteśmy dopiero w połowie sesji, Elektro...

- Wiem, szkoda, ale bywa, takie życie.

Wstałam i ruszyłam do drzwi.

- Może zdołam znaleźć dla ciebie okienko jeszcze w tym tygodniu? Wychodząc, spytaj Marcię.

- Dobrze, dzięki.

Szybko zamknęłam za sobą drzwi, minęłam recepcjonistkę Marcię i ruszyłam do windy. Pojawiła się niemal natychmiast i kiedy jechałam na dół, zamknęłam oczy i oparłam czoło o chłodne wyłożone marmurem wnętrze. Nie znosiłam ciasnych zamkniętych miejsc.

Jezu, pomyślałam, co ze mną? Jestem taka porąbana, że nawet terapeutce nie mogę powiedzieć prawdy!

Za bardzo wstyd ci, żeby to zrobić, dyskutowałam sama z sobą. A zresztą, jak byłaby w stanie to zrozumieć, nawet gdybyś jej powiedziała? Pewnie mieszka w eleganckim domu z elewacją z piaskowca, ma męża prawnika, dwójkę dzieci i lodówkę z zabawnymi magnesikami, którymi przyczepia ich rysunki. O, i jeszcze te słodkie do wyrzygu zdjęcia typu "mama i tata z pociechami, wszyscy w pasujących do siebie dżinsowych koszulkach", dodałam w duchu, kiedy wsiadałam na tył czekającej na mnie limuzyny. Fotki rodzinne powiększone na maksa i powieszone w ramkach nad kanapą.

- Dokąd, proszę pani? - zapytał szofer.

- Do domu - warknęłam, złapałam butelkę wody i zamknęłam szczelnie minilodówkę, nim skusił mnie wybór alkoholi.

Potwornie bolała mnie głowa i nie pomagała żadna ilość tabletek. A minęła już piąta. Poprzedniego wieczoru jednak, o ile sobie przypominam, nieźle zabalowałam. Do Nowego Jorku przyjechał Maurice, mój nowy najlepszy przyjaciel projektant, i wpadł do mnie na parę drinków ze swoimi tutejszymi chłopakami, a ci zadzwonili po jeszcze kilku... Nie pamiętam, kiedy się położyłam. Po obudzeniu się rano z zaskoczeniem zobaczyłam obok siebie w łóżku obcego faceta. Ale przynajmniej był piękny i kiedy znów zapoznaliśmy się ze sobą nieco bliżej, spytałam, jak ma na imię. Fernando. Jeszcze parę miesięcy temu woził zamówienia z Walmartu w Philly, ale zauważył go ktoś z branży mody i poradził mu zgłosić się do jego przyjaciela w nowojorskiej agencji modeli. Fernando powiedział, że chętnie przeszedłby się ze mną jako asysta po czerwonym dywanie. Nie byłam naiwna, wiedziałam, o co mu chodzi. Zdjęcie ze mną mogło w jednej chwili wywindować takiego mistera Walmartu na szczyty. Pozbyłam się więc go najszybciej, jak to było możliwe.

I co by się znowu takiego stało, gdybyś powiedziała pani Suseł prawdę, Elektro? - rozmyślałam. Gdybyś przyznała, że poprzedniego wieczoru byłaś tak nawalona alkoholem i koką, że mogłabyś spać z samym Świętym Mikołajem i byś się nie zorientowała? I gdybyś wyjawiła jej, że nie możesz nawet pomyśleć o ojcu, nie dlatego, że umarł, ale dlatego, że wiesz, jak bardzo byłoby mu za ciebie wstyd... jak bardzo było mu wstyd...

Kiedy żył, nie mógł widzieć, co wyprawiam, ale odkąd umarł, stał się w pewien sposób wszechobecny - mógł być zeszłej nocy w mojej sypialni, a nawet może być teraz tutaj, w limuzynie...

Pękłam i sięgnęłam po buteleczkę wódki, po czym wlałam ją do gardła, starając się zapomnieć to rozczarowanie w twarzy ojca, kiedy go widziałam po raz ostatni. Odwiedził mnie w Nowym Jorku. Mówił, że ma mi coś do powiedzenia. Unikałam go aż do ostatniego wieczoru, który mógł wchodzić w rachubę. Niechętnie umówiłam się z nim na kolację. Zjawiłam się w Asiate, restauracji przy Central Parku, już nieźle narąbana wódką i dragami. Podczas posiłku siedziałam odrętwiała naprzeciw ojca, a kiedy tylko kierował rozmowę na niewygodne dla mnie tory, przepraszałam i prułam do toalety, żeby wciągnąć trochę koki.

Przy deserze Pa Salt skrzyżował ręce na piersi i przyjrzał mi się uważnie.

- Bardzo się o ciebie martwię, Elektro. Robisz wrażenie kompletnie nieobecnej.

- A ty nie rozumiesz, pod jaką presją żyję! - odcięłam się. - Ile to kosztuje być mną!

O zgrozo, tylko mgliście pamiętam, co działo się później, co powiedział, ale w końcu zerwałam się i wyszłam. I teraz nigdy już się nie dowiem, co takiego chciał mi przekazać...

- A co cię to obchodzi, Elektro? - zadałam sobie głośno pytanie, ocierając usta i wtykając pustą buteleczkę do kieszeni. Szofer był nowy, a mnie tylko tego było trzeba, żeby w jakiejś gazecie napisali, że wysuszyłam cały minibarek. - To nawet nie był twój prawdziwy ojciec.

Poza tym już nic na to nie mogłam poradzić. Pa Salt odszedł, tak jak wszyscy inni, których kochałam, i musiałam się z tym pogodzić. Nie potrzebowałam go, nie potrzebowałam nikogo...

- Jesteśmy na miejscu, proszę pani - odezwał się przez interkom szofer.

- Dzięki - rzuciłam, wyskoczyłam z limuzyny i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Starałam się nie zwracać na siebie uwagi. Inni celebryci mogą się gubić w tłumie, ale mnie, przy wzroście ponad metr osiemdziesiąt, trudno przeoczyć, nawet gdybym nie była sławna.

- Cześć, Elektro!

- Tommy! - Zmusiłam się do uśmiechu, wchodząc pod markizę przed wejściem do mojego budynku. - Jak się masz?

- Kiedy cię widzę, to zaraz lepiej. Miałaś przyjemny dzień?

- Tak, świetny, dziękuję. - Skinęłam głową i spojrzałam z góry, w sensie dosłownym, na swojego fana numer jeden. - Do zobaczenia jutro.

- Będę na pewno, Elektro. Wieczorem nigdzie się już nie wybierasz?

- Nie. Odsapnę spokojnie w domu. Do widzenia.

Pomachałam mu i weszłam do holu.

Przynajmniej on jeden mnie kocha, przyszło mi do głowy, gdy odbierałam pocztę od recepcjonistki, po czym ruszyłam do windy. Portier jechał ze mną, bo to była jego praca (zastanawiałam się, czy dać mu może do niesienia mój klucz, bo innego bagażu nie miałam), a ja myślałam o Tommym. Od kilku miesięcy niemal codziennie warował przed budynkiem. Najpierw przeraziło mnie to i kazałam w recepcji, żeby go pogonili. Tommy nie dał się przepędzić; oświadczył, że ma wszelkie prawo stać na chodniku, nikogo nie niepokoi, a jedyne, czego chce, to mnie chronić. Recepcjonistka namawiała mnie, żebym wezwała gliny i oskarżyła go o nękanie, ale pewnego ranka spytałam Tommy'ego, jak się nazywa, a potem wzięłam go pod lupę w internecie. Przez Facebooka dowiedziałam się, że to weteran wojenny, odznaczony za odwagę w Afganistanie. Miał żonę i córkę w Queens. Od tej pory już się go nie bałam, a raczej dzięki jego obecności czułam się bezpieczniej. Zawsze zachowywał się z szacunkiem, był uprzejmy, powiedziałam więc w recepcji, żeby dali mu spokój.

Portier wyszedł z windy i przepuścił mnie. Potem wykonaliśmy swego rodzaju taniec, by on znów znalazł się na przodzie, podprowadził mnie do mojego penthouse'u i otworzył mi drzwi swoim kluczem zbiorczym.

- Proszę, panno D'Apli?se. Życzę miłego dnia.

Skinął mi głową. W jego oczach było zero ciepła. Wiedziałam, że pracownicy obsługi budynku nie mogą się doczekać, kiedy ulotnię się stąd nieistniejącym kominem niczym dym. Większość apartamentów należała do rodzin ich obecnych mieszkańców od pokoleń. Tu się urodzili w czasach, kiedy dla kolorowej kobiety, takiej jak ja, szczytem marzeń byłoby zostanie u nich służącą. Oni byli właścicielami mieszkań, ja - przybłędą, choć bogatą. Wynajmowałam penthouse, bo starsza pani, która dawniej w nim mieszkała, umarła, a jej syn odnowił go i próbował sprzedać za astronomiczną sumę. Na skutek czegoś zwanego załamaniem rynku kredytów hipotecznych najwyraźniej mu się nie udało. Wobec tego wynajął mieszkanie temu, kto chciał najwięcej zapłacić, czyli mnie. Cena była równie szalona jak ten penthouse. Pełen dzieł sztuki współczesnej i wszystkich gadżetów elektronicznych, jakie można sobie tylko wyobrazić (nie wiedziałam, jak korzystać z większości), a widok z tarasu na Central Park był fantastyczny.

Gdybym potrzebowała czegoś, co by mi przypominało o tym, jaki sukces odniosłam, to mieszkanie świetnie się do tego nadawało. Ale przede wszystkim przypomina mi jedno, myślałam, padając na wygodną kanapę, na której mogłoby swobodnie spać z dwóch facetów słusznego wzrostu. Jak strasznie jestem samotna. Rozmiary apartamentu sprawiały, że nawet ja czułam się malutka i krucha... i... na tym górnym piętrze... potwornie odizolowana od świata.

Z głębi domu odezwała się komórka, wygrywając melodyjkę, która zrobiła z Mitcha gwiazdę światowego formatu. Próbowałam zmienić ten dzwonek, ale mi się nie udało. Jeśli CeCe ma dysleksję w pisaniu słów, to ja w elektronice, pomyślałam, wchodząc do sypialni po telefon. Z ulgą zauważyłam, że sprzątaczka zmieniła pościel na ogromnym łożu, i znów wyglądało tu jak w luksusowym hotelu. Lubiłam nową służącą, którą znalazła mi asystentka. Jak wszystkie inne przed nią, podpisała zobowiązanie, że nie będzie paplać mediom o którymkolwiek z moich paskudnych nawyków. Mimo to wolałam nie wyobrażać sobie, co ta... Lisbet? Tak ma na imię? Co mogła sobie pomyśleć, kiedy dziś rano weszła do mieszkania.

Siedząc na łóżku, odsłuchiwałam pocztę głosową. Pięć wiadomości było od mojej agentki. Prosiła, żebym oddzwoniła do niej jak najszybciej w związku z jutrzejszymi zdjęciami dla "Vanity Fair". Ostatnia nagrała się Amy, nowa asystentka. Była u mnie dopiero od trzech miesięcy, ale lubiłam ją.

"Cześć, Elektro, tu Amy. Chciałam... no, chciałam powiedzieć, że bardzo miło mi było dla ciebie pracować, ale nie sądzę, żeby sprawdziło się to na dłuższą metę. Dziś złożyłam wymówienie na ręce twojej agentki. Życzę ci powodzenia i..."

- Cholera! - wrzasnęłam, wciskając USUŃ, i rzuciłam komórkę przed siebie. - Co ja jej takiego zrobiłam? - spytałam sufit, zastanawiając się, dlaczego takie nic, które na kolanach błagało, żebym dała jej szansę, rzuca mnie trzy miesiące później. - "Świat mody to moje marzenie, od kiedy byłam dzieckiem. Proszę. Będę dla pani pracować dzień i noc, pani życie będzie moim, przysięgam, nigdy pani nie zawiodę" - przedrzeźniałam jej jęczący brooklyński akcent, wybierając numer agentki. Były tylko trzy rzeczy, bez których nie mogłam się obejść: wódka, kokaina i asystentka. - Cześć, Susie, właśnie słyszałam, że Amy odchodzi.

- Tak, kiepska sprawa. A tak dobrze się zapowiadała. - Brytyjska wymowa Susie brzmiała trzeźwo i rzeczowo.

- Też miałam takie wrażenie. Wiesz, czemu odeszła?

Nastąpiła chwila ciszy, nim odpowiedziała:

- Nie. W każdym razie zawiadomię Rebekę i jestem pewna, że do końca tygodnia zorganizujemy ci kogoś nowego. Odebrałaś moje wiadomości?

- Tak.

- Nie spóźnij się jutro. Chcą fotografować o wschodzie słońca. O czwartej nad ranem przyjedzie po ciebie samochód, dobrze?

- Jasne.

- Słyszałam, że wczoraj wieczorem wyprawiłaś niezły bal.

- Fajnie było, tak.

- Ale dziś odpuść. Musisz być świeża na jutro. To zdjęcia na okładkę.

- Nie martw się. Położę się spać przed dziewiątą jak grzeczna dziewczynka.

- Dobrze. Przepraszam, mam Lagerfelda na drugiej linii. Rebeka da ci listę osób nadających się na asystentkę. Ciao.

- Ciao - powtórzyłam do słuchawki, kiedy Susie się rozłączyła.

Była jedyną osobą na świecie, która ośmielała się przerywać rozmowę przede mną. Najbardziej wpływowa agentka modelek i modeli w Nowym Jorku prowadziła największe sławy w branży. Wypatrzyła mnie, kiedy miałam szesnaście lat. Pracowałam w Paryżu jako kelnerka, bo wywalili mnie z trzeciej już szkoły. Powiedziałam Pa Saltowi, że nie ma sensu szukać nowej, bo z niej też mnie wyrzucą. Ku mojemu zaskoczeniu, nie protestował.

Pamiętam, jaka byłam zdumiona, że nie złości się bardziej. Przecież poniosłam kolejną porażkę. Wydawał się raczej rozczarowany, co trochę podcięło mi skrzydła.

- Myślałam, że może mogłabym trochę popodróżować... - zasugerowałam. - Uczyć się przez praktyczne doświadczenia.

- Też jestem zdania, że większość wiedzy potrzebnej do odniesienia w życiu sukcesu niekoniecznie zdobywa się w drodze akademickiej edukacji - powiedział. - Ale jesteś taka zdolna, myślałem, że będziesz uczyć się nieco dłużej. Czy to dla ciebie nie za wcześnie, by stanąć na własnych nogach? Świat jest wielki i można się w nim pogubić.

- Dam sobie radę, Pa - oświadczyłam stanowczo.

- Jestem tego pewien, ale jak zamierzasz zdobyć pieniądze na swoje podróże?

- Pójdę do pracy, oczywiście. - Wzruszyłam ramionami. - Myślałam, że najpierw pojechałabym do Paryża.

- Świetny wybór. - Skinął głową. - Niezwykłe miasto.

Obserwowałam go siedzącego za wielkim biurkiem w jego gabinecie i wydał mi się rozmarzony i smutny. Tak, zdecydowanie smutny.

- Może pójdźmy na kompromis? - zaproponował. - Chcesz rzucić szkołę, co rozumiem, ale martwi mnie, że moja najmłodsza córka rusza w świat w tak młodym wieku. Marina ma jakieś kontakty w Paryżu, jestem pewien, że pomoże ci znaleźć bezpieczne miejsce do mieszkania. Pojedź na wakacje, a potem się spotkamy i zdecydujemy, co dalej.

- Dobrze, umowa stoi - zgodziłam się, nadal zaskoczona, że nie walczy bardziej, żebym skończyła szkołę.

Podniosłam się i wyszłam. Byłam przekonana, że umywa ręce albo całkiem już spisał mnie na straty. W każdym razie Marina uruchomiła swoje kontakty i wylądowałam na uroczej mansardzie z widokiem na dachy Montmartre'u. Pokój był malutki i musiałam dzielić łazienkę z całą bandą nastolatków przyjeżdżających do Paryża uczyć się języka, ale był mój.

Pamiętam ten pierwszy cudowny smak wolności, który poczułam, kiedy znalazłam się tam w wieczór mojego przyjazdu i zdałam sobie sprawę, że nie ma nikogo, kto by mi mówił, co mam robić. Nie było nikogo, kto by dla mnie gotował, więc poszłam do knajpki naprzeciwko, usiadłam przy stoliku na zewnątrz i przeglądając kartę dań, zapaliłam papierosa. Poprosiłam o francuską zupę cebulową i kieliszek wina, a kelner nawet nie mrugnął, że palę czy zamawiam alkohol. Po trzech kieliszkach wina nabrałam dość pewności siebie, by pójść do menedżera i spytać, czy przypadkiem nie szukają kelnerki. Po dwudziestu minutach wracałam te kilkaset metrów do swojego pokoju już jako osoba zatrudniona. To była dla mnie jedna z najwspanialszych chwil, kiedy następnego dnia rano dumnie dzwoniłam do Pa Salta z automatu telefonicznego, który wisiał w korytarzu. Muszę przyznać, że ojciec wydawał się równie ucieszony jak wtedy, gdy moja siostra Maja dostała się na Sorbonę.

Cztery tygodnie później podawałam Susie, mojej obecnej agentce, croque monsieur, a potem to już wiadomo...

Dlaczego ja stale patrzę wstecz? - zadawałam sobie pytanie, biorąc komórkę, by wysłuchać reszty wiadomości. I dlaczego bez przerwy myślę o Pa Salcie?

- Mitch... Pa Salt... - zamruczałam, czekając na kolejne informacje z poczty głosowej. - Nie ma ich, Elektro, tak jak i od dziś nie ma Amy, a ty musisz jakoś żyć z tym dalej.

"Elektro, najdroższa! Jak się masz? Znów jestem w Nowym Jorku... Co robisz wieczorem? Masz ochotę na wspólne wypicie butelki szampana i odrobinę chow mein dans ton lit avec moi? Usycham z tęsknoty za tobą. Oddzwoń, jak tylko będziesz mogła".

Choć byłam zdołowana, musiałam się uśmiechnąć. Zed Eszu był wielką zagadką w moim życiu. Potwornie bogaty, ustosunkowany i - choć niezbyt wysoki i całkiem nie w moim typie - niesamowity w łóżku. Spotykaliśmy się regularnie przez trzy lata. Potem, kiedy związałam się z Mitchem, to się urwało, ale wróciłam do tego kilka tygodni temu i niewątpliwie Zed dodał mi pewności siebie, której tak bardzo mi było trzeba.

Czy byliśmy w sobie zakochani? Zdecydowanie nie, w każdym razie z mojej strony na pewno nie była to miłość, ale obracaliśmy się w podobnych kręgach Nowego Jorku, a co najfajniejsze - kiedy byliśmy ze sobą sami, rozmawialiśmy po francusku. Podobnie jak na Mitchu, nie robiło na nim wrażenia, kim jestem, co w tych czasach było rzadkie i w pewien sposób przynosiło mi ulgę.

Gapiłam się na telefon, zastanawiając się, czy mam zignorować Zeda i zgodnie z poleceniem Susie wcześniej pójść spać, czy zadzwonić do niego i spędzić z nim miły wieczór. Wybór był prosty. Zadzwoniłam i powiedziałam, żeby wpadł. Kiedy na niego czekałam, wzięłam prysznic, a potem włożyłam ulubione jedwabne kimono, zaprojektowane specjalnie dla mnie przez nowe szybko zdobywające sobie markę japońskie atelier. Potem wypiłam chyba ze cztery litry wody, by zneutralizować alkohol czy inne okropne rzeczy, na które mogę się skusić, kiedy przyjdzie Zed.

Domofon piknął i powiadomiono mnie, że mój gość już jest. Kazałam im go przysłać na górę. Stanął przed drzwiami z ogromnym bukietem moich ulubionych białych róż i obiecaną butelką szampana Cristal.

- Bonsoir, ma belle Elektra - powiedział swoim dziwnie akcentowanym francuskim, odłożył kwiaty i szampana, po czym pocałował mnie w oba policzki. - Comment tu vas?

- W porządku - rzuciłam, popatrując z ochotą na szampana. - Mam otworzyć?

- To chyba zadanie dla mnie. Mogę najpierw zdjąć marynarkę?

- Pewnie.

- Ale zanim to zrobię... - Sięgnął do kieszeni i podał mi aksamitne pudełeczko. - Zobaczyłem coś takiego i pomyślałem o tobie.

- Dziękuję - powiedziałam.

Usiadłam na kanapie i podciągnęłam irytująco długie nogi pod siebie. Niczym podekscytowane dziecko patrzyłam na pudełeczko w swojej dłoni. Zed często kupował mi prezenty. O ironio, biorąc pod uwagę jego niezmierne bogactwo, nie były specjalnie wystrzałowe, ale zawsze dobrze przemyślane i interesujące. Uniosłam wieczko i zobaczyłam wciśnięty w poduszeczkę pierścionek. Kamyk był owalny, o maślanożółtej barwie.

- To bursztyn - powiedział Zed, obserwując, jak przyglądam się mu w świetle z żyrandola.

- Na który palec mam go włożyć? - spytałam, żeby się z nim trochę podroczyć, i podniosłam na niego wzrok.

- Jak wolisz, ma ch?re, ale gdybym chciał uczynić cię swoją żoną, chyba postarałbym się trochę bardziej. Na pewno wiesz, że twoja grecka imienniczka kojarzy się z bursztynem.

- Naprawdę? Nie, nie miałam pojęcia. - Patrzyłam, jak podważa korek szampana. - Czemu?

- Greckie słowo na bursztyn to electron, a legenda mówi, że w tym kamieniu zostały uwięzione promienie słońca. Pewien grecki filozof zauważył, że jeśli pociera się o siebie dwa kawałki bursztynu, z tarcia tworzy się energia... Nie mogłabyś mieć bardziej odpowiedniego imienia.

Z uśmiechem postawił przede mną kieliszek szampana.

- Twierdzisz, że powoduję tarcie? - spytałam, odpowiadając na jego uśmiech. - Pytanie, czy dorosłam do swojego imienia, czy też to ono we mnie wrosło? Santé.

- Santé.

Stuknęliśmy się kieliszkami. Usiadł obok mnie.

- Mmm...

- Zastanawiasz się, czy przyniosłem drugi prezent?

- No tak.

- To zajrzyj pod poduszeczkę w pudełku.

Zrobiłam to i oczywiście pod cienką warstwą aksamitu, na którym leżał pierścionek, był mały plastikowy pakiecik.

- Dziękuję, Zed. - Rozerwałam paczuszkę i zanurzyłam w nią palec, jak dziecko dobierające się do miodu, po czym wmasowałam sobie trochę w dziąsła.

- Dobre, co? - zapytał, kiedy wysypywałam odrobinę na stolik.

Korzystając z krótkiej słomki znajdującej się w paczuszce, wciągałam proszek do nosa.

- Aha, bardzo. Chcesz trochę?

- Wiesz, że nie. Ale powiedz, jak się masz?

- O... dobrze.

- Jakoś nie zabrzmiało to pewnie, Elektro. I robisz wrażenie zmęczonej.

- Było dużo pracy - odparłam, łykając szampana. - W zeszłym tygodniu miałam sesję na Fidżi, a w przyszłym lecę do Paryża.

- Może powinnaś trochę zwolnić. Zrobić sobie przerwę.

- I to mówi facet, który twierdzi, że spędza więcej nocy w swoim prywatnym odrzutowcu niż we własnym łóżku!

- To może oboje powinniśmy zwolnić. Dałabyś się skusić na tydzień na moim jachcie? Jest zacumowany przy wyspie Saint Lucia. Za kilka miesięcy każę go na lato odprowadzić na Morze Śródziemne.

- Chciałabym. - Westchnęłam ciężko. - Ale do czerwca kalendarz mam pełen.

- No to w czerwcu. Moglibyśmy pożeglować wokół greckich wysp.

- Może... - Wzruszyłam ramionami, nie biorąc poważnie jego propozycji.

Często snuł jakieś plany, kiedy byliśmy razem, ale nigdy nic z tego nie wychodziło, a co więcej, wcale tego nie chciałam. Zed był świetny na jedną noc, fizyczne spełnienie, lecz na dłuższą metę zaczynał mnie wkurzać swoją skrupulatnością i niewiarygodną wprost butą.

Domofon znów piknął. Zed wstał, by odebrać.

- Przyślijcie natychmiast, dziękuję - powiedział.

Dolał nam szampana.

- Dostaniemy chińszczyznę i zaręczam ci, że to będzie najlepsze chow mein, jakie w życiu jadłaś. - Uśmiechnął się. - A jak tam twoje siostry?

- Nie wiem. Ostatnio byłam zbyt zajęta, żeby do nich dzwonić. Ally urodziła dziecko, ma synka. Nazwała go Bear... słodkie imię. Pomyśleć, że mam się zobaczyć z nimi wszystkimi w czerwcu, w Atlantis. Popłyniemy łodzią Pa Salta na greckie wyspy, by złożyć na falach wieniec. Tam, gdzie jak sądzi Ally, odbył się jego pochówek. Twój ojciec został znaleziony na plaży niedaleko stamtąd, prawda?

- Tak, ale jak ty, nie chcę myśleć o śmierci ojca. To mnie dołuje - uciął ostro Zed. - Myślę tylko o przyszłości.

- No tak... Ale co za przypadek!

Odezwał się dzwonek i Zed poszedł otworzyć drzwi.

- Elektro, chodź - powiedział, niosąc dwa pudełka do kuchni. - Pomóż mi z tym.

2

Następnego dnia po sesji wróciłam do domu, wzięłam gorący prysznic i wskoczyłam do łóżka z wódką. Czułam się kompletnie rozbita. Ci, którym się zdaje, że modelki tylko snują się w pięknych strojach i dostają za to mnóstwo pieniędzy, powinni przez jeden dzień spróbować być mną. O czwartej nad ranem start, sześć zmian fryzur, ubrań i makijażu w lodowatym magazynie na przedmieściach to nie bułka z masłem. Nigdy nie skarżyłam się publicznie - przecież nie harowałam w jakiejś fabryce w Chinach, a w dodatku zarabiałam krocie - ale w końcu każdy żyje swoim życiem i od czasu do czasu, nawet jeśli problem jest luksusowy, ma prawo się nad sobą poużalać, prawda?

Nareszcie trochę się rozgrzałam. Oparta na poduszkach, zaczęłam sprawdzać pocztę głosową. Rebeka, asystentka Susie, zostawiła cztery wiadomości. Przesłała mi CV kilku wybranych kandydatek na asystentki i prosiła, żebym jak najszybciej je przejrzała. Oglądałam oferty na laptopie, kiedy zadzwoniła komórka. Zobaczyłam, że to znów Rebeka.

- Właśnie je czytam - powiedziałam, zanim zdołała się odezwać.

- Świetnie, dziękuję. Ale dzwonię, bo jest jedna dziewczyna, która wydaje mi się idealna dla ciebie, tyle że zaproponowano jej już inną pracę i ma dać odpowiedź do jutra. Może wpadłaby do ciebie pod wieczór i pogadacie? Co ty na to?

- Dopiero co wróciłam z sesji dla "Vanity Fair" i...

- Naprawdę sądzę, że powinnaś ją poznać, Elektro. Ma świetne referencje. Była asystentką Bardina, a wiesz, jaki jest trudny. Słuchaj - ciągnęła pospiesznie - ona pracowała pod presją dla najbardziej wymagających osób w świecie mody. Mogę ją przysłać?

- No dobra... - Westchnęłam, poddając się, żeby nie okazać się "trudną", za jaką mnie najwyraźniej uważała.

- Świetnie, powiem jej. Na pewno będzie zachwycona, jest twoją wielką fanką.

- Fajnie. W porządku. Niech zajrzy tu o szóstej.

Dokładnie o szóstej odezwał się domofon. Recepcjonistka poinformowała mnie, że mam gościa.

- Przyślij ją na górę - powiedziałam znużonym tonem.

Niespecjalnie cieszyła mnie perspektywa rozmowy kwalifikacyjnej - od kiedy Susie zasugerowała, że potrzebuję kogoś, kto pomógłby mi w organizacji mojego życia, miałam już do czynienia z wieloma młodymi kobietami, które pojawiały się pełne entuzjazmu, a parę tygodni później rzucały wszystko w diabły.

- Naprawdę jestem taka trudna? - spytałam swojego odbicia w lustrze, kiedy sprawdzałam, czy coś mi nie weszło między zęby. - Możliwe. Ale to nic nowego, co? - dodałam, dopijając wódkę i przygładzając włosy.

Stefano, mój fryzjer, pozaplatał je ostatnio ciasno w warkoczyki tuż przy skórze, by doczepić przedłużające je pasma. Zawsze bolała mnie od tego cała głowa.

Usłyszałam pukanie. Poszłam otworzyć, zastanawiając się, co na mnie czeka za drzwiami. Czegokolwiek się spodziewałam, to na pewno nie takiej drobniutkiej, szczupłej osóbki w brązowym kostiumie, którego niemodna spódnica sięgała dobrze poniżej kolan. Mój wzrok powędrował niżej. Panienka miała na nogach coś, co Marina nazwałaby "rozsądnymi" brązowymi półbutami. A najbardziej uderzające było to, że nosiła chustę ciasno owiniętą wokół głowy i szyi. Twarz miała śliczną: malutki nosek, wydatne kości policzkowe, pełne różowe usta i gładką oliwkową cerę.

- Dzień dobry. - Uśmiechnęła się do mnie, a jej przepastne brązowe oczy rozpromieniły się w uśmiechu. - Nazywam się Mariam Kazemi, bardzo miło mi panią poznać.

Zauroczył mnie tembr jej głosu. Gdyby był na sprzedaż, na pewno bym go kupiła, bo był głęboki i śpiewny; wypływał z jej ust łagodnie niczym płynny miód.

- Cześć, Mariam, wchodź.

- Dziękuję.

Podczas gdy ja dużymi krokami ruszyłam do kanapy, dziewczyna się nie spieszyła. Przystanęła, by spojrzeć na zygzaki i rozbryzgi farby na wiszących na ścianach płótnach, i po jej minie widziałam, że ma o nich takie samo zdanie jak ja.

- Nie są moje. To wybór właściciela mieszkania. - Nie wiem, czemu uznałam, że powinnam to wyjaśnić. - Co mogę ci zaproponować? Wodę, kawę, herbatę, coś mocniejszego?

- O nie, nie piję. To znaczy piję, ale nie alkohol. Poproszę wodę, jeśli to nie jest zbyt wielki kłopot.

- Nie ma problemu - powiedziałam, zmieniłam kierunek i udałam się do kuchni. Właśnie wyciągałam z lodówki butelkę wody Evian, gdy Mariam pojawiła się obok mnie.

- Myślałam, że ma pani służących, by robili to za panią.

- Mam pokojówkę, ale zwykle jestem tu sama. Proszę.

Podałam jej wodę, a ona podeszła do okna i wyjrzała.

- Bardzo wysoko pani mieszka.

- Tak, prawda - przyznałam, zdając sobie sprawę, że dziewczyna kompletnie zbiła mnie z pantałyku.

Emanowała spokojem niczym perfumami, jakby poznanie mnie wcale nie robiło na niej wrażenia, podobnie jak to ogromne mieszkanie, które zajmowałam. Zwykle kandydatki na asystentkę aż podskakiwały z radości i obiecywały mi Bóg wie co.

- Może usiądziemy? - zaproponowałam.

- Dziękuję.

- No więc - zaczęłam, kiedy usadowiłyśmy się w salonie - słyszałam, że pracowałaś dla Bardina?

- Tak.

- Dlaczego odeszłaś?

- Dostałam propozycję pracy, która mogłaby mi bardziej odpowiadać.

- Nie dlatego, że był trudny?

- O nie. - Zachichotała. - Wcale nie był trudny, ale ostatnio wrócił na stałe do Paryża, a ja zostałam w Nowym Jorku. Nadal bardzo się przyjaźnimy.

- O, to pięknie. A czemu jesteś zainteresowana moją ofertą?

- Bo zawsze podziwiałam pani pracę.

Ho, ho, pomyślałam. Rzadko zdarza mi się słyszeć, że mój zawód to "praca".

- Dzięki.

- Myślę, że to wielki dar umieć wcielić się w osobowość, która promuje jakiś produkt.

Obserwowałam, jak otwiera swoją prostą brązową torbę, któ- ra przypominała szkolną teczkę, i podaje mi swoje CV.

- Domyślam się, że nie miała pani czasu rzucić na to okiem przed moim przyjściem.

- Rzeczywiście - przyznałam. Przebiegłam wzrokiem etapy jej życia, streszczone wyjątkowo krótko i rzeczowo. - Nie masz wyższego wykształcenia?

- Nie. Moja rodzina nie miała na to środków. A jeśli mam być zupełnie szczera... - Jej mała, delikatna dłoń powędrowała do twarzy i potarła nos - może i coś by się znalazło, ale jest nas sześcioro i to nie byłoby w porządku wobec reszty, gdybym ja poszła na studia, a oni nie mogliby sobie na to pozwolić.

- Ja też jestem jedną z szóstki! I nie poszłam na uniwersytet.

- No to przynajmniej to jedno nas łączy.

- Jestem najmłodsza.

- A ja najstarsza. - Mariam uśmiechnęła się.

- Masz dwadzieścia sześć lat?

- Tak.

- To jesteśmy rówieśnicami - powiedziałam, z niewiadomych przyczyn zadowolona, że pod niektórymi względami jestem podobna do tej dziwnej istoty. - To co robiłaś po skończeniu szkoły?

- Pracowałam w kwiaciarni w dzień, a wieczorami chodziłam na kursy z biznesu. Mogę przedstawić odpis dyplomu, jeśli sobie pani życzy. Jestem biegła w obsługiwaniu komputera, potrafię tworzyć arkusze kalkulacyjne, a piszę... No, nie jestem całkiem pewna, ile znaków na minutę, ale szybko.

- To nie jest główny wymóg, podobnie jak te arkusze kalkulacyjne. Sprawami finansowymi zajmuje się mój księgowy.

- No tak, ale Excel może być bardzo przydatny organizacyjnie. Mogę układać dokładne grafiki planów na cały miesiąc, tak żeby w każdej chwili miała pani w nie wgląd.

- Gdybyś to zrobiła, pewnie bym uciekła gdzie pieprz rośnie - zażartowałam. - Funkcjonuję z dnia na dzień. Tylko tak jestem to w stanie wytrzymać.

- Doskonale rozumiem, ale moim zadaniem jest organizowanie wszystkiego z wyprzedzeniem. Dla Bardina miałam zaplanowane nawet oddawanie jego rzeczy do pralni. Ustalaliśmy, w co się ubierze na różne okazje, nawet kolor skarpetek, które często celowo miały być nie od pary. - Mariam zaśmiała się cicho, a ja z nią.

- I mówisz, że on jest sympatyczny?

- Tak, bardzo.

Czy była to prawda, czy nie, dziewczyna zachowywała się lojalnie. Tyle razy zdarzało się, że kandydatki na asystentki opowiadały mi najgorsze rzeczy o swoich byłych pracodawcach. Pewnie sądziły, że to w porządku wyjaśnić w szczegółach, dlaczego odeszły, ale ja tylko wyobrażałam sobie, co też będą wygadywać o mnie, kiedy się rozstaniemy.

- Nim pani spyta, jestem bardzo dyskretna... - Najwyraźniej czytała mi w myślach. - Często przekonywałam się, że historie krążące na temat naszych celebrytów nie mają nic wspólnego z prawdą. Ciekawe, że...

- Co?

- Nie, nic.

- Proszę, powiedz.

- To fascynujące, że tak wielu z nas marzy o sławie. Z doświadczenia wiem, że przynosi ona często jedynie nieszczęście. Ludzie myślą, że sława da im prawo do robienia i zdobywania wszystkiego, co im się tylko zamarzy, tymczasem tracą najcenniejsze, co mamy... swoją wolność.

Popatrzyłam na nią zaskoczona. Miałam wrażenie, że choć tyle osiągnęłam, jest jej mnie żal. Nie żeby patrzyła na mnie z góry, po prostu serdecznie mi współczuła.

- No tak, straciłam swoją wolność. Mam paranoję, że ktoś podpatrzy, jak robię coś najzwyklejszego w świecie, i zrobi z tego historię, która się dobrze sprzeda - wyznałam tej kompletnie obcej mi dziewczynie.

- Nie jest łatwo tak żyć, panno D'Apli?se. - Mariam pokręciła z powagą głową. - A teraz, niestety, muszę już iść. Obiecałam mamie, że popilnuję braciszka, kiedy rodzice wyjdą.

- Jasne. A ta opieka nad rodzeństwem... Czy to coś, co robisz na stałe?

- O nie, skąd! Ale właśnie dlatego dziś nie mogę ich zawieść. Wie pani, to urodziny mamy, a w rodzinie żartujemy, że ostatni raz tata zaprosił ją na kolację, kiedy oświadczał się jej dwadzieścia osiem lat temu! Zdaję sobie sprawę, że jeśli pani mnie zatrudni, będę potrzebna dwadzieścia cztery godziny na dobę.

- I że często będą też podróże za granicę?

- Tak. Nie widzę w tym problemu. Nie mam chłopaka ani nic z tych rzeczy. A teraz, jeśli pani wybaczy... - Wstała. - Bardzo miło było panią poznać, nawet jeśli nie będzie nam dane razem pracować.

Patrzyłam, jak odwraca się i rusza do drzwi. Nawet w tym paskudnym ubraniu miała naturalny wdzięk i to coś, co fotograficy nazywają "osobowością". Choć rozmowa kwalifikacyjna nie trwała dłużej niż piętnaście minut i nie miałam okazji zadać jej wielu ważnych pytań, byłam na nią zdecydowana, naprawdę. Chciałam, by Mariam Kazemi i jej cudowny spokój stały się cząstką mojego życia.

- Słuchaj, jeśli teraz zaproponuję ci tę pracę, czy zastanowisz się nad tym? To znaczy... - Poderwałam się z kanapy, żeby odprowadzić ją do drzwi. - Wiem, że masz inną ofertę i musisz do jutra dać odpowiedź.

Zatrzymała się na moment, a potem odwróciła do mnie twarzą i uśmiechnęła się.

- No pewnie, zastanowię się. Uważam, że jest pani uroczą osobą, o dobrym sercu.

- Kiedy możesz zacząć?

- Od przyszłego tygodnia, jeśli pani chce.

- To umowa stoi! - Wyciągnęłam do niej dłoń, a ona po chwili wahania uścisnęła ją.

- Stoi! - powtórzyła po mnie. - Teraz naprawdę muszę już iść.

- Jasne.

Otworzyła drzwi, a ja podeszłam z nią do windy.

- Znasz już warunki, ale poproszę Rebekę o spisanie umowy i wysłanie ci jej rano.

- Byłabym wdzięczna - powiedziała, gdy rozsunęły się drzwi windy.

- A przy okazji, jakich perfum używasz? - spytałam. - Cudowny zapach.

- Tak naprawdę to olejek do ciała. Sama go robię. Do widzenia.

Drzwi windy się zamknęły i Mariam Kazemi znikła.

*

Wszystkie referencje Mariam potwierdzały słuszność mojego wyboru. Byli pracodawcy nie mogli się jej nachwalić. Więc w następny czwartek obie wsiadłyśmy do prywatnego odrzutowca na lotnisku Teterboro w New Jersey i wyleciałyśmy do Paryża. Jedyną zmianą w jej stroju w związku z naszą podróżą było to, że spódnicę zastąpiły beżowe spodnie. Patrzyłam, jak siada w kabinie i wyjmuje z torby laptopa.

- Latałaś już prywatnymi odrzutowcami? - spytałam.

- O tak. Bardin niczym innym nie podróżował. A teraz, panno D'Apli?se...

- Mów do mnie po imieniu.

- Elektro - poprawiła się. - Muszę zapytać, czy wolisz odpocząć podczas lotu, czy chcesz wykorzystać ten czas, żeby omówić ze mną kilka spraw?

Biorąc pod uwagę, że noc, do czwartej nad ranem, spędziłam w towarzystwie Zeda, wybrałam to pierwsze i kiedy tylko samolot wzbił się w powietrze, nacisnęłam guzik, który obniżył mój fotel do pozycji leżącej, założyłam opaskę na oczy i zasnęłam.

Po trzech godzinach obudziłam się wypoczęta - nauczyłam się już spać w samolotach - i zerknęłam zza opaski, co też robi moja nowa asystentka. Nie było jej w fotelu. Pomyślałam, że poszła do łazienki. Ściągnęłam opaskę i usiadłam. Zaskoczona, zobaczyłam pupę Mariam w wąskim przejściu między fotelami. Może ćwiczy jogę, przyszło mi do głowy, kiedy patrzyłam, jak klęczy z rękami i głową na podłodze, co przypominało trochę pozycję raczkującego malucha. A potem usłyszałam, jak mruczy coś do siebie. Uniosła nieco dłonie i głowę i zorientowałam się, że się modli. Poczułam się skrępowana, że podglądam ją w tak intymnej chwili. Odwróciłam wzrok i poszłam skorzystać z toalety. Kiedy wróciłam, Mariam siedziała znów w fotelu i coś wklepywała do laptopa.

- Dobrze ci się spało? - Uśmiechnęła się do mnie.

- Tak, a teraz jestem głodna.

- Poprosiłam, żeby mieli sushi. Susie mówiła, że w podróży najbardziej lubisz to jeść.

- Dzięki. To prawda.

Stewardesa już była obok mnie.

- Czym mogę służyć, panno D'Apli?se?

Złożyłam zamówienie - świeże owoce, sushi i pół butelki szampana - a potem obejrzałam się na Mariam.

- Chcesz coś?

- Już jadłam, dziękuję.

- Boisz się latać?

Popatrzyła na mnie, unosząc brwi.

- Nie, skąd. A czemu pytasz?

- Bo jak się obudziłam, widziałam, że się modlisz.

- Ach, tak... - Roześmiała się. - To nie dlatego, że się denerwuję. W Nowym Jorku jest środek dnia, a wtedy zawsze się modlę.

- No tak, nie wiedziałam.

- Proszę, nie martw się, nieczęsto będziesz tego świadkiem. Zwykle znajduję sobie jakieś ustronne miejsce, ale tutaj... - Wskazała na ciasną kabinę. - W toalecie bym się nie zmieściła.

- Musisz się modlić codziennie?

- O tak. Tak naprawdę pięć razy.

- O rany! To ci nie przeszkadza?

- Nigdy tak o tym nie myślałam, bo robię to od dziecka. I zawsze czuję się po tym lepiej. Po prostu taka jestem.

- Chodzi ci o to, że taka jest twoja religia?

- Nie. O to, kim ja jestem. O, jest sushi. Wygląda bardzo apetycznie.

- Może jednak i ty się poczęstujesz? Nie lubię pić sama - zażartowałam, kiedy stewardesa nalewała mi szampana do wąskiego kieliszka.

Mariam usiadła w fotelu naprzeciw mnie.

- Co mogę pani podać, proszę pani? - spytała ją stewardesa.

- Trochę wody, poproszę.

- Na zdrowie! - Uniosłam kieliszek. - Za udaną współpracę.

- Tak. Jestem pewna, że będzie dobrze.

- Przykro mi, że tak mało wiem o waszych zwyczajach.

- Nie ma sprawy - rzuciła Mariam. - Na twoim miejscu też nic bym o nich nie wiedziała.

- Pochodzisz z ortodoksyjnej rodziny?

- Niespecjalnie. A przynajmniej w porównaniu z innymi. Urodziłam się w Nowym Jorku, jak moje rodzeństwo, jesteśmy więc Amerykanami. Jak zawsze mówi ojciec, ten kraj dał moim rodzicom bezpieczne schronienie, kiedy było im to potrzebne, i musimy szanować tutejsze zwyczaje tak samo jak te przodków.

- A skąd pochodzą twoi rodzice? - spytałam.

- Z Iranu... albo Persji, jak wolimy mówić w domu. To o wiele piękniejsza nazwa, nie sądzisz?

- Rzeczywiście. Twoi rodzice musieli więc wyjechać z ojczyzny wbrew swojej woli?

- Tak. Oboje przyjechali do Stanów jako dzieci ze swoimi rodzicami, kiedy obalono szacha.

- Szacha?

- Był królem Iranu. Miał bardzo prozachodnie podejście. Ekstremistom w naszym kraju to się nie podobało, więc każdy, kto był z nim w jakikolwiek sposób spokrewniony, musiał uciekać, by uniknąć śmierci.

- Skoro był królem, to znaczy, że jesteś z rodziny królewskiej?

- No... - Mariam uśmiechnęła się. - Teoretycznie tak, ale w Iranie jest trochę inaczej niż w Europie. Setki nas było z nim skoligaconych... kuzyni, dalsi kuzyni i inni, poprzez związki małżeńskie. Pewnie na Zachodzie powiedziałoby się raczej, że pochodzę z rodziny arystokratycznej.

- O rany! Pracuje dla mnie księżniczka!

- Kto wie... gdyby wszystko potoczyło się inaczej... Mogłabym stać się księżną, jeśli poślubiłabym właściwego mężczyznę.

Nie chciałam mówić, że tylko żartowałam. Ale kiedy tak patrzyłam na Mariam, wszystko zaczęło mi się układać w logiczną całość. To jej opanowanie, pewność siebie, nienaganne maniery... Możliwe, że coś takiego może zapewnić tylko wychowanie zgodne z wieloma wiekami arystokratycznych tradycji.

- A ty, Elektro? Skąd pochodzi twoja rodzina?

- Nie mam pojęcia - odparłam, dopijając szampana. - Byłam adoptowana jako bardzo małe dziecko.

- I nigdy nie chciałaś zbadać, jakie są twoje korzenie?

- Nie. Po co patrzeć wstecz, skoro nic nie da się zmienić? Zawsze patrzyłam tylko naprzód.

- To lepiej, żebyś nie poznawała mojego ojca - powiedziała z wesołym błyskiem w oku. - Stale opowiada o tym, jak to było, kiedy żyli z moimi dziadkami w Iranie. I o naszych przodkach sprzed wieków. To bardzo piękne historie. Uwielbiałam ich słuchać jako dziecko.

- Ja miałam tylko baśnie braci Grimm. Zawsze były w nich straszne stare wiedźmy albo jakieś skrzaty. Okropnie się ich bałam.

- W naszych baśniach też takie są, ale nazywają się dżinami. Potrafią dać się ludziom mocno we znaki. - Mariam popijała wodę, popatrując na mnie znad brzegu szklanki. - Tata mówi, że nasza historia to dywan, na którym stoimy i który pozwala nam latać. Może pewnego dnia będziesz chciała poznać swoją historię. A teraz może chciałabyś posłuchać o planach na Paryż?

Godzinę później Mariam wróciła na swój fotel, by wklepać notatki, które robiła podczas naszej rozmowy. Ja położyłam się w fotelu i patrzyłam na ciemniejące na zewnątrz niebo, zapowiadające zbliżającą się nad Europą noc. Gdzieś pod tymi ciemnościami leżał mój dom rodzinny... albo przynajmniej to miejsce, do którego zebrał nas - dziewczynki tak bardzo różniące się między sobą, ze wszystkich stron świata - Pa Salt.

Nigdy nie przeszkadzało mi, że nie byliśmy naprawdę spokrewnieni, ale kiedy słuchałam, jak Mariam mówi o swoich korzeniach, jak podtrzymuje wielowiekowe tradycje nawet tu, w prywatnym odrzutowcu zmierzającym do Paryża, zrobiłam się prawie zazdrosna.

Pomyślałam o liście od Pa Salta, leżącym gdzieś w moim nowojorskim mieszkaniu... Nawet nie wiedziałam gdzie. Nie otworzyłam go, najprawdopodobniej się zgubił, więc pewnie nigdy nie będę miała szansy dowiedzieć się czegoś o swoim pochodzeniu. Może "ten Hoff" - jak skrycie nazywałam prawnika Pa Salta - mógłby mi coś powiedzieć... Przypomniało mi się też, że na sferze armilarnej w ogrodzie w Atlantis były zapisane współrzędne. Ally twierdziła, że mogą wskazywać, skąd jesteśmy. Nagle odnalezienie listu Pa Salta wydało mi się czymś najważniejszym w świecie. Miałam niemal ochotę kazać pilotowi zawracać, żeby natychmiast przekopać szuflady. Ale wtedy, kiedy znalazłam się znów w Nowym Jorku po pożegnaniu Pa Salta w Atlantis - bo prawdziwego pogrzebu nie było, ponieważ ojciec najwyraźniej polecił oddać swoje ciało morzu - byłam taka zła, że nawet nie chciałam zajrzeć do listu.

Wydaje się, że jego śmierć cię złości. Dlaczego?

Te słowa terapeutki dźwięczały mi w uszach. Prawda była taka, że nie znałam odpowiedzi. Chyba byłam zła, odkąd umiałam chodzić i mówić, a pewnie i wcześniej. Wszystkie siostry uwielbiały opowiadać mi, jak wrzeszczałam jako niemowlę, a kiedy dorosłam, nie było wiele lepiej. Z pewnością nie mogłam składać tego na karb mojego wychowania, bo było wzorowe, choć dziwne, biorąc pod uwagę, że wszystkie byłyśmy adoptowane i moje zdjęcia rodzinne wyglądały upiornie, jak reklamy firmy Gap, przez to nasze różne pochodzenie etniczne. Jeśli kiedykolwiek poruszałam ten temat, Pa Salt zawsze wyjaśniał, że specjalnie nas tak wybrał, co najwyraźniej zadowalało moje siostry, ale nie mnie. Chciałam wiedzieć dlaczego. Teraz, kiedy nie żył, najprawdopodobniej nigdy już tego nie zrozumiem.

- Za godzinę lądujemy - powiedziała stewardesa, dolewając mi do kieliszka. - Czy mogę podać pani coś jeszcze?

- Nie, dziękuję.

Zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że mój paryski kontakt dotrzymał słowa i dostarczył mi co trzeba do hotelu, bo rozpaczliwie potrzebowałam kreski. Kiedy byłam trzeźwa, głowa szła w ruch, zaczynałam myśleć o Pa Salcie, siostrach, moim życiu... A tego nie chciałam. Przynajmniej nie teraz.

*

Sesja - dla odmiany - naprawdę sprawiła mi przyjemność. Wiosna w Paryżu, z tą słoneczną pogodą, była szaleńczo piękna i jeśli w jakimkolwiek mieście czułam się jak u siebie, to tutaj. Pracowaliśmy w Jardin des Plantes, gdzie kwitły drzewa wiśni, irysy i peonie. Wszystko wydawało się tak nowe i świeże. W dodatku spodobał mi się fotograf. Skończyliśmy sporo przed czasem i po południu kontynuowaliśmy tę chemię w moim pokoju hotelowym.

- Co ty robisz w tym Nowym Jorku? - zapytał mnie po francusku Maxime, kiedy piliśmy herbatę z delikatnych porcelanowych filiżanek w łóżku, a potem wykorzystaliśmy tacę, by wciągnąć kreski. - Masz europejską duszę.

- Wiesz, sama nie jestem pewna. - Westchnęłam. - Tam mieszka Susie, moja agentka. Wydawało się, że to ma sens być blisko niej.

- Twoja modelingowa maman? - zażartował. - Jesteś już dużą dziewczynką, Elektro, umiesz sama podejmować decyzje. Zamieszkaj tutaj. Moglibyśmy wtedy częściej to powtarzać - dodał, podnosząc się z łóżka i znikając w łazience, żeby wziąć prysznic.

Patrzyłam przez okno na plac Vendôme, pełen turystów i przechodniów oglądających wystawy eleganckich sklepów, i zastanawiałam się nad tym, co powiedział Maxime. Miał rację. Mogłam mieszkać gdziekolwiek. To nie miało znaczenia, bo i tak większość czasu spędzałam w podróży.

- Gdzie jest mój dom? - szepnęłam, nagle przybita perspektywą powrotu do Nowego Jorku, do tego pustego bezdusznego mieszkania. Dla kaprysu wzięłam komórkę i zadzwoniłam do Mariam.

- Czy mam jutro coś w Nowym Jorku?

- Kolację o siódmej z Thomasem Allebachem, szefem marketingu firmy od tych perfum, których jesteś twarzą - odpowiedziała bez wahania.

- Dobrze.

Thomas i ja spotykaliśmy się od czasu do czasu, odkąd rzucił mnie Mitch, ale nie byłam nim specjalnie zauroczona. - A w niedzielę?

- Nie mamy nic w kalendarzu.

- Świetnie. Odwołaj kolację. Powiedz Thomasowi, że zdjęcia się przeciągnęły czy coś w tym rodzaju, przełóż lot na niedzielę wieczorem i przedłuż mi pobyt w hotelu na dwie noce. Chcę zostać w Paryżu.

- Wspaniale. To cudowne miasto. Potwierdzę, jak wszystko załatwię.

- Dziękuję, Mariam.

- Nie ma sprawy.

- Zostaję dłużej - oznajmiłam Maxime'owi, kiedy wynurzył się po prysznicu z łazienki.

- Szkoda, że nie będzie mnie w mieście przez weekend. Gdybym wiedział...

- Ooo... - Starałam się nie zdradzić rozczarowania. - Pewnie niedługo znów tu będę.

- Daj mi znać kiedy, dobrze? - powiedział, ubierając się. - Odwołałbym ten wyjazd, gdybym mógł, ale to ślub przyjaciela. Przykro mi.

- Zostaję dla Paryża, nie dla ciebie. - Zmusiłam się do uśmiechu.

- A on kocha cię tak samo jak ja. - Cmoknął mnie w czoło. - Miłego weekendu. Odzywaj się.

- Dobrze.

Kiedy wyszedł, wciągnęłam kreskę na pociechę i zastanawiałam się, na co mam ochotę w Paryżu. Ale jak we wszystkich innych wielkich miastach, kiedy tylko wyjdę za próg Ritza, w kilka minut zostanę rozpoznana, ktoś da znać prasie i zaraz się pojawi niechciane towarzystwo.

Moja ręka zawisła nad telefonem. Już miałam dzwonić do Mariam, żeby wróciła do planu A, kiedy niczym pod wpływem czarów, komórka zabrzęczała.

- Elektro, tu Mariam. Chciałam tylko powiedzieć, że lot jest już przełożony na niedzielę, a rezerwacja pokoju przedłużona.

- Dzięki.

- Mam zamówić stolik w którejś z restauracji?

- Nie... - Z jakiegoś powodu łzy napłynęły mi do oczu.

- Wszystko w porządku, Elektro?

- Tak.

- Jesteś teraz... zajęta?

- Nie, nie.

- To mogłabym do ciebie wpaść? Susie przysłała dziś kilka umów, które powinnaś podpisać.

- Jasne, wpadaj.

Przyszła po kilku minutach, roztaczając wokół siebie ten cudowny zapach. Podpisałam kontrakty, a potem zapatrzyłam się smutno w okno na zapadający nad Paryżem zmierzch.

- To jakie masz plany na wieczór? - spytała.

- Nie mam żadnych, a ty?

- Nic poza kąpielą. Idę do łóżka i poczytam sobie jakąś książkę - odparła.

- Wiesz, chciałabym dokądś pójść, zajrzeć do kawiarni, gdzie pracowałam jako kelnerka, i zjeść coś zwyczajnego jak normalni ludzie, ale nie jestem w nastroju, żeby wszyscy się na mnie gapili.

- Rozumiem - Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym wstała. - Mam pomysł. Zaczekaj.

Znikła, ale po kilku minutach już była z powrotem. Przyniosła chustę.

- Mogę ci ją przymierzyć? Zobaczymy, jak byś wyglądała.

- Chcesz mi ją zarzucić na ramiona?

- Nie, zawiązać ci ją na głowie, jak moją. Wszyscy obchodzą z daleka kobiety w hidżabie i dlatego właśnie wiele muzułmanek decyduje się go nosić. Spróbujemy?

- Dobra. To pewnie jedyna stylizacja, której jeszcze nie miałam - dodałam ze śmiechem.

Usiadłam na brzegu łóżka, a Mariam zamotała mi chustę na głowie, ułożyła mi na ramionach jej końce i przypięła.

- Gotowe. Patrz. - Skinęła na lustro.

To było nie do wiary. Nawet ja sama bym siebie nie poznała.

- Fajnie, doskonale, ale z resztą mojego ciała niewiele da się zrobić, co?

- Masz ze sobą jakieś ciemne spodnie albo legginsy?

- Tylko te czarne dresy, które miałam na sobie w samolocie.

- Nadadzą się. Włóż je, a ja jeszcze coś przyniosę.

Tak zrobiłam. Po chwili Mariam pojawiła się z jakąś sukienką na ręce i strzepnęła ją. Zobaczyłam, że to tani drukowany w kwiaty chałat z długimi rękawami.

- Kupiłam to sobie na wypadek, gdybym miała jakieś eleganckie wyjście z tobą. Oszczędzam ten strój na specjalne okazje, ale mogę ci go pożyczyć.

- Wątpię, czy w to wejdę.

- Nie sądzę, żebyśmy miały tak różny obwód w biuście. Ja noszę to jako sukienkę, dla ciebie będzie tuniką. Przymierz - nalegała.

Zrobiłam to i przekonałam się, że ma rację. Sukienka pasowała w ramionach i sięgała do połowy uda.

- I proszę! Teraz nikt cię nie pozna. Jesteś muzułmanką.

- A buty? Mam tylko szpilki od Louboutina i baleriny od Chanel.

- Włóż sportowe buty, które miałaś w samolocie - zasugerowała, ruszając do mojej walizki. - Mogę?

- Śmiało - powiedziałam, gapiąc się na swoje odbicie w lustrze. - W tym nakryciu głowy i prostej bawełnianej sukience mógłby mnie wytropić tylko ktoś o naprawdę sokolim wzroku.

- Świetnie - pochwaliła mnie Mariam, kiedy włożyłam buty. - Pełna transformacja. Jeszcze tylko jedno... Mogę zajrzeć do twojej kosmetyczki?

- Pewnie.

- Musimy tylko zrobić ci ciemną kreskę wokół oczu. Zamknij powieki.

Posłusznie je opuściłam. Przypomniało mi się, jak byłyśmy z siostrami na jachcie Pa Salta podczas corocznych letnich rejsów i jak szykowałyśmy się do kolacji, kiedy dobijaliśmy do brzegu. Uważały mnie za zbyt młodą na makijaż, więc tylko siedziałam na łóżku i patrzyłam, jak Maja pomaga się malować Ally.

- Masz taką piękną karnację. Taką promienną, dosłownie. - Mariam westchnęła. - No, teraz jestem przekonana, że nikt cię dziś nie będzie niepokoił.

- Naprawdę tak myślisz?

- Wiem na pewno, ale wypróbuj to na dole, kiedy będziemy przechodzić koło recepcji. Gotowa? Idziemy?

- Tak, czemu nie? - Sięgnęłam po torebkę Louisa Vuittona, ale moja asystentka mnie powstrzymała.

- Jeśli czegokolwiek potrzebujesz, włóż do mojej torebki. - Wskazała na tanią konduktorkę ze sztucznej skóry przewieszoną przez ramię. - Gotowe?

- Tak.

W windzie, choć wsiadły z nami trzy inne osoby, nikt na mnie nie spojrzał. Przeszłyśmy przez lobby. Recepcjonista rzucił na nas okiem, ale zaraz znów skierował wzrok na ekran komputera.

- O rany... Christophe zna mnie od lat - szepnęłam, kiedy wyszłyśmy.

Mariam zawołała portiera.

- Potrzebna nam taksówka na Montmartre - powiedziała całkiem znośnym francuskim.

- D'accord, mademoiselle, ale jest kolejka, więc może trzeba będzie z dziesięć minut poczekać.

- Dobrze, zaczekamy.

- Od lat nie czekałam na taksówkę - mruknęłam.

- Witaj w zwyczajnym świecie, Elektro. - Mariam uśmiechnęła się. - Zaraz pojedziemy.

Dwadzieścia minut później siedziałyśmy przy stoliku w knajpce, w której niegdyś pracowałam. Nie był najlepszy, wciśnięty pomiędzy dwa inne, i słyszałam każde słowo gości siedzących obok. Popatrywałam na George'a, który dziesięć lat temu dał mi pracę kelnerki. Stał za barem, ale ani razu na mnie nie spojrzał.

- I jak to jest stać się znowu niewidzialną? - spytała Mariam, kiedy zamówiłam pół karafki białego wina stołowego.

- Sama nie wiem. Dziwnie, to pewne.

- Ale swobodniej?

- O tak, to znaczy fajnie było iść ulicą, nie zwracając niczyjej uwagi, ale jak we wszystkim: są plusy i minusy, prawda?

- Oczywiście, wyobrażam sobie jednak, że nawet kiedy nie byłaś jeszcze sławna, ludzie gapili się na ciebie.

- Może i tak, ale nigdy nie wiedziałam, czy to życzliwe spojrzenia, bo... no wiesz... przypominam trochę czarną żyrafę!

- Domyślam się, że patrzyli na ciebie, bo jesteś piękna, Elektro. Podczas gdy ja, zwłaszcza po tym, co się stało jedenastego września, gdziekolwiek się pojawię, jestem traktowana nieufnie. Wiesz, że niby każdy muzułmanin to terrorysta. - Uśmiechnęła się smutno, popijając wodę.

- Na pewno to dla ciebie trudne.

- Tak. Pod każdą władzą polityczną czy religijną zwyczajni ludzie chcą tylko spokojnie żyć. Przykre, że zwykle jestem zaszufladkowana z powodu stroju, jeszcze zanim się odezwę.

- Czy nigdy nie chodzisz bez tego?

- Nie. Choć ojciec mówił, żebym zdjęła hidżab, kiedy szukałam pracy. Obawiał się, że chusta zmniejsza moje szanse.

- Może powinnaś kiedyś spróbować, stać się kimś innym na kilka godzin, jak ja dziś wieczorem. Dla ciebie też może to być wyzwalające doświadczenie.

- Niewykluczone, ale dobrze mi tak, jak jest. Zamówimy coś?

Mariam zabrała się do tego znów po francusku.

- Masz tyle ukrytych umiejętności - zażartowałam. - Gdzie nauczyłaś się tak dobrze francuskiego?

- W szkole, a potem przypomniałam sobie ten język, pracując dla Bardina. W świecie wielkiej mody to konieczność. Poza tym mam chyba dobre ucho do języków. Zauważyłam na przykład, że zmienia ci się głos, kiedy mówisz po francusku, a nie po angielsku. Stajesz się jakby całkiem inną osobą.

- Co masz na myśli? - Zjeżyłam się.

- Nic złego - rzuciła pospiesznie. - Jak mówisz po angielsku, wydajesz się bardziej na luzie... możliwe, że przez lekko amerykański akcent. Kiedy używasz francuskiego, brzmi to... jakoś poważniej.

- Moje siostry pękałyby ze śmiechu, gdyby to słyszały - stwierdziłam z wymuszonym uśmiechem.

Nad moules marini?res ze świeżą bagietką, które umieją piec tylko Francuzi, zachęcałam Mariam, by opowiadała mi o swojej rodzinie. Najwyraźniej uwielbiała braci i siostry, a ja zazdrościłam jej tej miłości widocznej w oczach.

- Trudno mi uwierzyć, że moja młodsza siostra wychodzi w przyszłym roku za mąż. Mnie rodzice nazywają starą panną. - Uśmiechnęła się, kiedy obie wsuwałyśmy zamówioną na deser tarte Tatin. Zdecydowałam, że rano spalę tę odrobinę dodatkowych kalorii w hotelowej siłowni.

- Myślisz, że kiedyś wyjdziesz za mąż? - spytałam.

- Nie wiem. Na razie na pewno nie jestem na to gotowa. Albo może nie trafiłam jeszcze na tego swojego "jedynego". A jeśli mogę cię spytać... Byłaś kiedyś zakochana?

Dla odmiany nie miałam nic przeciwko poruszeniu tego tematu. Tego wieczoru byłyśmy tylko dwiema koleżankami na kolacji i plotkach.

- O tak. I nie sądzę, że chciałabym coś takiego powtórzyć.

- Źle się skończyło?

- Jasne. Złamał mi serce. Kompletnie mnie to rozwaliło, ale w końcu zdarza się, że człowiek wpadnie w gówno, no nie?

- Pojawi się ktoś inny, Elektro, wiem to na pewno.

- Mówisz całkiem jak moja siostra Tiggy. Jest bardzo uduchowioną osobą i stale coś przepowiada.

- No i może ma rację... i ja też. Każdy ma kogoś sobie przeznaczonego, naprawdę w to wierzę.

- Pytanie jednak, czy kiedykolwiek tę osobę znajdziemy? Wiesz, świat jest wielki.

- Fakt - zgodziła się Mariam, po czym stłumiła ziewnięcie. - Wybacz, ostatniej nocy nie spałam dobrze. Jak zwykle źle znoszę zmianę czasu.

- Zaraz zapłacę. - Skinęłam na kelnera, by podszedł. Całkiem mnie zignorował. - Jacy oni potrafią być niegrzeczni - mruknęłam, kiedy po pięciu minutach nadal nie było z jego strony reakcji.

- Jest zajęty, Elektro, podejdzie, jak znajdzie chwilę. Wiesz, cierpliwość to piękna cecha.

- I zawsze mi jej brakowało - przyznałam cicho, starając się opanować złość.

Wreszcie, gdy kelner zdecydował się zaszczycić nas swoją obecnością, mogłyśmy wyjść z restauracji.

- Dziś wieczorem przekonałam się, że nie znosisz, jak ludzie cię ignorują - powiedziała Mariam.

- Święta racja. W rodzinie, gdzie było nas sześć sióstr, trzeba było się mocno drzeć, żeby ktoś cię zauważył. I ja to robiłam. - Zaśmiałam się.

- Spróbujmy złapać taksówkę do hotelu...

Nie dosłyszałam, co mówi, bo moją uwagę zwrócił mężczyzna siedzący samotnie przy jednym ze stolików na zewnątrz. Popijał koniak.

- O mój Boże... - szepnęłam.

- Co się stało?

- Patrz na tego faceta. Znam go. Pracuje dla mojej rodziny.

Podeszłam i stanęłam dosłownie nad nim, aż wreszcie uniósł wzrok.

- Christian?

Gapił się na mnie. W jego twarzy widać było zmieszanie.

- Pardon, mademoiselle, czy my się znamy? - spytał po francusku.

Nachyliłam się, by szepnąć mu do ucha:

- Jasne, idioto! Przecież to ja, Elektra!

- Mon dieu! Rzeczywiście, to ty! A ja...

- Cicho! Przebrałam się, żeby nikt mnie nie poznał!

- Wspaniały kostium, ale teraz już cię poznaję.

Przypomniałam sobie o stojącej za nami Mariam.

- Mariam, to Christian, jest... No, chyba najłatwiej powiedzieć członkiem rodziny. - Uśmiechnęłam się do niego. - Będziemy przeszkadzać, jeśli przysiądziemy się na drinka? Co za przypadek, że się tu spotykamy!

- Jeśli pozwolisz, wrócę już do hotelu - powiedziała Mariam. - Inaczej zasnę tu na stojąco. Miło cię poznać, Christianie. Bonne soirée. - Skinęła nam głową, odwróciła się i znikła w tłumie na ruchliwej uliczce Montmartre'u.

- Mogę się przysiąść? - spytałam.

- Oczywiście, proszę, siadaj. Zamówię ci koniak.

Obserwowałam, jak daje znak młodej kelnerce obsługującej stoliki na zewnątrz. Jako nastolatka strasznie się w nim durzyłam - w końcu był jedynym facetem przed trzydziestką, z którym miałam styczność w Atlantis. Dziesięć lat później niewiele się zmienił i uderzyło mnie, że nie mam pojęcia, ile naprawdę ma lat. A także, co przyznałam w duszy ze skruchą, kim właściwie jest.

- Co ty tu robisz, w Paryżu? - zwróciłam się do niego.

- O... odwiedziłem starego przyjaciela.

- No tak. - Skinęłam głową, czując wyraźnie, że kłamie. - Wiesz, kiedy pierwszy raz tu przyjechałam, mama znalazła mi miejsce, gdzie mogłam mieszkać. To było niedaleko stąd. Pracowałam w tej knajpce. Wydaje się, że to było wieki temu.

- To prawda, minęło prawie dziesięć lat. O, jest twój koniak. Santé.

- Santé. - Uniosłam kieliszek w toaście i oboje wypiliśmy po sporym łyku.

- A ja mogę spytać, co robisz w przebraniu na ulicach Montmartre'u?

- Mariam, którą właśnie poznałeś, to moja asystentka. Narzekałam, że nigdzie nie mogę pójść, żeby mnie nie rozpoznano. Ubrała mnie więc w to wszystko i poszłyśmy razem na kolację.

- I co, fajnie jest udawać kogoś innego?

- Jeśli mam być szczera, to nie jestem pewna. Oczywiście są jakieś plusy. Gdybym nie była przebrana, nie moglibyśmy sobie tak tu spokojnie siedzieć i gadać. Zaraz ktoś by mnie zaczepił. Ale irytujące jest to, jak ludzie cię ignorują.

- No tak, pewnie. - Christian pociągnął kolejny łyk koniaku. - A w ogóle jak się masz?

- Dobrze. - Wzruszyłam ramionami. - Lepiej powiedz, co u Mariny? I u Claudii?

- Wszystko w porządku. Są w dobrej formie.

- Często zastanawiam się, czym wypełniają sobie czas, kiedy nas już nie ma i odszedł Pa Salt.

- Tym bym się nie martwił, Elektro. Są stale czymś zajęte.

- A ty?

- Zawsze jest mnóstwo do zrobienia w posiadłości i rzadko zdarza się miesiąc, żeby nie wpadła któraś z twoich sióstr. Teraz w Atlantis jest Ally ze swoim ślicznym synkiem, Bearem.

- Pewnie mama jest w siódmym niebie.

- O, tak! - Christian uśmiechnął się do mnie, co było rzadkie. - To pierwszy reprezentant nowego pokolenia. Marina znów czuje się potrzebna. Aż miło patrzeć, jaka jest szczęśliwa.

- A jak się ma Bear? Mój siostrzeniec - dodałam zaskoczona tym słowem w swoich ustach.

- Jest idealny, jak wszystkie niemowlaki.

- Płacze, krzyczy czasem? - drążyłam.

Christian był w gruncie rzeczy moim - i moich sióstr - pracownikiem, jednak tego wieczoru okazywany mi przez niego szacunek trochę mnie wkurzał.

- Czasami tak, ale które dziecko tego nie robi?

- Pamiętasz czasy, kiedy mieszkałam w domu?

- Oczywiście.

- To znaczy jak byłam niemowlakiem?

- Wtedy miałem tylko dziewięć lat, Elektro.

O! Czyli Christian musi mieć jakieś trzydzieści pięć lat...

- Ale jestem pewna, że pamiętam, jak stałeś za sterem łodzi, kiedy byłam całkiem mała.

- Tak, ale zawsze był przy mnie twój ojciec. Musiałem nabrać wprawy, zanim pozwolił mi nią sterować samemu.

- O Boże... - Uniosłam dłoń do ust, kiedy zaczęły wracać wspomnienia. - Pamiętasz, jak miałam jakieś trzynaście lat i uciekłam ze szkoły do Atlantis? A Pa Salt kazał mi wracać i przynajmniej spróbować tam wytrzymać? Tak bardzo nie chciałam tam jechać, że wyskoczyłam z łodzi na środku Jeziora Genewskiego i próbowałam dopłynąć do brzegu.

Ciepłe spojrzenie ciemnych oczu Christiana powiedziało mi, że pamięta.

- Jak mógłbym zapomnieć? O mało nie utonęłaś, bo nie pomyślałaś, żeby najpierw zrzucić płaszcz, i poszłaś pod wodę. Przez jakiś czas nie mogłem cię znaleźć... - Pokręcił głową. - To była jedna z najgorszych chwil w moim życiu. Gdybym nie zdołał cię wyciągnąć...

- Pa Salt strasznie by się zezłościł, to pewne. - Starałam się rozładować atmosferę, bo Christian wyglądał tak, jakby miał się zaraz rozpłakać.

- Nigdy bym sobie nie wybaczył, Elektro.

- Ale przynajmniej tamten mój numer częściowo zadziałał. Pa pozwolił mi zostać w domu jeszcze kilka dni.

- No tak.

- Jak długo będziesz w Paryżu? - spytałam.

- Jutro wyjeżdżam, a ty?

- W niedzielę wieczorem. Zmieniłam dzień wylotu dziś po południu, ale pewien facet wystawił mnie do wiatru. - Wzruszyłam ramionami.

- Więc powinnaś pojechać ze mną do Atlantis i zobaczyć siostrzeńca. Jestem samochodem, mogę cię zabrać. Wszyscy bardzo by się ucieszyli twoją wizytą.

- Myślisz? - Pokręciłam głową. - Nie sądzę.

- Dlaczego? Marina i Claudia stale o tobie mówią. Mają album z wycinkami ze wszystkich twoich sesji.

- Naprawdę? To miło. Może... innym razem.

- Jeśli zmieniłabyś zdanie, znasz mój numer.

- No pewnie. - Uśmiechnęłam się. - Jest zapisany w mojej pamięci na zawsze. Kiedy zaczynały się kłopoty w szkole, wiedziałam, że przybędziesz mi na ratunek.

- Muszę się pomału zbierać. Wyjeżdżam z samego rana. - Christian dał znak kelnerce, że chce zapłacić.

- Gdzie się zatrzymałeś? - spytałam.

- W tym samym budynku, w którym kiedyś mieszkałaś. Należy do przyjaciółki Mariny.

- Naprawdę? Nie wiedziałam.

Wróciło ulotne wspomnienie mojej paryskiej gospodyni - wiekowej pani, której twarz naznaczyły papierosy, absynt i upływ czasu.

- W każdym razie - Christian wstał - gdybyś zmieniła zdanie, daj mi znać. Wyjeżdżam o siódmej rano. A teraz pozwól, że zawołam ci taksówkę.

Kiedy szliśmy, było mi przyjemnie, że Christian jest przynajmniej mojego wzrostu. Był też w niesamowitej formie. Pod białą koszulą odznaczał się rzeźbiony tors. Gdy zatrzymał taksówkę, z jakiegoś idiotycznego powodu znów poczułam to co zawsze, kiedy zostawiał mnie w szkole i odjeżdżał, a ja tak strasznie żałowałam, że nie zabiera mnie z sobą.

- A ty gdzie się zatrzymałaś, Elektro?

- W Ritzu - powiedziałam, wsiadając do tyłu samochodu.

- Miło było cię zobaczyć. Uważaj na siebie, dobrze?

- Jasne! - zawołałam, kiedy taksówka szybko ruszała.

Kładąc się do łóżka pół godziny później, zdałam sobie nagle sprawę, że od popołudnia z Maxime'em nie wciągnęłam nawet jednej kreski, i to bardzo poprawiło mi humor.

*

Następnego dnia, o zgrozo, obudziłam się o piątej nad ranem i choć wzięłam pigułkę nasenną, mój umysł za nic nie chciał się wyłączyć. Leżałam więc, myśląc o perspektywie jałowego weekendu w Paryżu, a jednocześnie przerzucając listę telefonów na komórce, żeby znaleźć jakichś znajomych, którzy dotrzymaliby mi towarzystwa. Uświadomiłam sobie, że właściwie nie mam ochoty zobaczyć się z żadnym z nich, bo znów musiałabym się zmusić do bycia Elektrą supermodelką, a marzyła mi się od tego przerwa.

Tylko że niekoniecznie spędzona samotnie, przemknęło mi przez głowę, gdy obserwowałam świecące cyferki na zegarze przy łóżku, które boleśnie wolno zmierzały do szóstej rano.

I pomyślałam o Atlantis, z mamą i Claudią, i o tym, jak mogłabym połazić po domu i posiadłości w starych dresach, które trzymałam w dolnej szufladzie komody w sypialni, i że nie musiałabym się silić na bycie nikim innym, mogłabym być tylko sobą...

Zanim zdołałam się rozmyślić, zadzwoniłam na komórkę Christiana.

- Dzień dobry, Elektro.

- Cześć, Christian. Zastanawiam się, że może rzeczywiście pojechałabym z tobą do Atlantis.

- Świetnie! Marina i Claudia bardzo się ucieszą. To zabrać cię z Ritza za godzinę?

- Dobrze, dzięki.

Wysłałam SMS-a do Mariam.

Obudziłaś się już?

Tak. Potrzebujesz czegoś?

Zadzwoń.

Od razu się odezwała. Wyjaśniłam jej, że muszę lecieć do Stanów z Genewy, a nie Paryża.

- Nie ma problemu. Mam zamówić ci hotel?

- Nie, jadę do domu zobaczyć się z rodziną.

- Cudownie! - Zareagowała z takim entuzjazmem, że aż czułam, jak się uśmiecha. - Zaraz oddzwonię i wszystko ci potwierdzę.

- A co z tobą, Mariam? - Nagle uświadomiłam sobie, że zostawiam ją samą. - Dasz sobie radę w Paryżu? Może kupisz dla siebie bilet powrotny na dziś. Jak wolisz?

- Nie, Elektro. Chętnie zostanę. Planowałam, że po południu zobaczę się z Bardinem, jeśli nie miałabyś nic przeciw temu. Więc wszystko pozałatwiam i spotkamy się na lotnisku w Genewie jutro wieczorem.

Wzięłam kreskę z paczuszki, którą zostawił mi Maxime, a potem powrzucałam rzeczy do walizki i torby i zamówiłam sobie francuskie ciastka oraz - żeby mieć czystsze sumienie w związku z węglowodanami - owoce. Po śniadaniu zawołałam boya, żeby zabrał moje rzeczy na dół. Założyłam ogromne czarne okulary (CeCe powiedziała kiedyś, że wyglądam w nich jak mucha plujka) i ruszyłam za swoim bagażem do Christiana, czekającego w wygodnym mercedesie. Przywitał mnie i otworzył mi tylne drzwi, ale pokręciłam głową.

- Pojadę z przodu, jeśli ci to nie przeszkadza.

- Ależ skąd - powiedział i pomógł mi wsiąść.

Kiedy się mościłam, poczułam kojący zapach skórzanych siedzeń, odświeżacza powietrza i ten dobrze mi znany cytrynowy aromat wody kolońskiej Pa Salta. Wsiadałam do różnych aut taty, odkąd byłam mała, a ten zapach nigdy się nie zmieniał, nawet teraz, kiedy jego już nie było. Kojarzył się z domem i bezpieczeństwem. Gdybym umiała zamknąć go w buteleczce i nosić przy sobie, na pewno bym to zrobiła.

- Masz wszystko, czego potrzebujesz, Elektro? - zapytał Christian, uruchomiając silnik.

- Tak.

- Podróż zwykle trwa około pięciu godzin - powiedział, kiedy ruszyliśmy gładko spod Ritza.

- Mówiłeś mamie, że przyjadę?

- Tak. Pytała, czy masz jakieś szczególne wymogi dietetyczne.

- O...

Zdałam sobie sprawę, że ostatni raz byłam w domu, kiedy starałam się robić sobie detoks i piłam hektolitry zielonej herbaty. Przyjechałam z Mitchem, który był czysty jak łza. Ja miałam na wszelki wypadek butelkę wódki, gdybym jednak pękła. Co zresztą się stało, ale nic dziwnego, bo to był pierwszy raz w Atlantis bez Pa Salta. Żałoba bez pogrzebu.

- Wygodnie ci, Elektro?

- Jasne, dziękuję. Christian?

- Tak?

- Czy woziłeś Pa Salta w wiele miejsc?

- Nie, niespecjalnie. Zwykle na lotnisko w Genewie, kiedy miał lecieć swoim prywatnym odrzutowcem.

- Wiedziałeś dokąd?

- Czasami tak.

- No to dokąd?

- O, w różne miejsca na świecie.

- Wiesz, czym się konkretnie zajmował?

- Nie mam pojęcia, Elektro. Był bardzo skryty.

- Mało powiedziane. - Westchnęłam. - Nie sądzisz, że to dziwaczne, że nikt z nas się nie orientował, co robi? Większość dzieci przecież mówi: "Mój tata jest sklepikarzem albo prawnikiem", a ja nic nie mogłam powiedzieć, bo nic nie wiedziałam.

Christian milczał, nie odrywając wzroku od drogi. Trudno było uwierzyć, że jako rodzinny kierowca, prowadzący zarówno auta, jak i łodzie, nie jest bardziej zorientowany.

- Wiesz co? - rzuciłam.

- Nie, póki mi nie powiesz. - Przez jego usta przemknął uśmiech.

- Kiedy miałam wszystkie te kłopoty w szkole i po mnie przyjeżdżałeś, ty i twój samochód byliście dla mnie strefą bezpieczeństwa.

- A co to takiego?

- O, na terapii tak się nazywa miejsce, gdzie można uciec w wyobraźni albo wspomnieniami. Tam gdzie człowiek jest szczęśliwy. Często marzyłam, żebyś po mnie przyjechał. Wyobrażałam sobie, że czekasz na dole, by mnie zabrać.

- Czuję się zaszczycony. - Tym razem naprawdę się do mnie uśmiechnął.

- Czy ty sam zgłosiłeś się do pracy dla Pa Salta?

- Twój ojciec znał mnie od dziecka. Mieszkałem... blisko, a on bardzo mi pomagał. I mojej matce.

- Chcesz powiedzieć, że był dla ciebie kimś w rodzaju ojca?

- Tak - przyznał po chwili milczenia. - Był.

- To może ty jesteś tą tajemniczą siódmą siostrą! - Zachichotałam.

- Twój ojciec był bardzo dobrym człowiekiem i wszyscy głęboko przeżywamy jego stratę.

Czy Pa Salt był dobry, czy apodyktyczny? Czy też jedno i drugie? - zastanawiałam się, gdy mijaliśmy przedmieścia Paryża i wjeżdżaliśmy na autostradę. Odchyliłam trochę siedzenie i zamknęłam oczy.

3

- Elektro, jesteśmy na przystani - usłyszałam łagodny szept.

Oprzytomniałam, zamrugałam w jasnym świetle i zdałam sobie sprawę, że to blask słońca odbijającego się od lustra wód Jeziora Genewskiego.

- Przespałam dobre cztery godziny - powiedziałam zaskoczona, wysiadając z auta. - Mówiłam, że z tobą czuję się bezpiecznie. - Uśmiechnęłam się do niego, kiedy otwierał bagażnik. - Potrzebuję tylko torby, resztę możesz zostawić do jutra.

Zamknął samochód i poszedł przodem do miejsca, gdzie była zacumowana szybka łódź motorowa. Podał mi rękę, żebym wsiadła, po czym zajął się przygotowaniami, by ruszyć, a ja umościłam się wygodnie na miękkiej skórzanej kanapie blisko steru. Myślałam o tym, z jaką radością zawsze wracałam do Atlantis. Ale wyjeżdżając stąd, zwykle czułam ulgę.

Może tym razem będzie inaczej, powiedziałam i westchnęłam, bo ta wieczna nadzieja jakoś nigdy się nie spełniała.

Christian odpalił silnik i popłynęliśmy do domu mojego dzieciństwa. Jak na koniec marca było ciepło. Przyjemnie. Czułam promienie słońca na twarzy, we włosach - wiatr.

Kiedy zbliżaliśmy się do półwyspu, na którym stał nasz dom, wyciągałam szyję, żeby jak najszybciej dostrzec zza drzew Atlantis. Dom był niezwykły - tak śliczny, że przypominał trochę disnejowski zamek. Kompletnie nie pasował do Pa Salta, pomyślałam. Ojciec miał bardzo mało ubrań. Z tego, co pamiętam, na okrągło nosił te same trzy marynarki - lnianą latem, tweedową zimą i jeszcze jedną, z niezidentyfikowanej bliżej tkaniny, w okresach przejściowych. W jego pokoju było tak mało sprzętów jak w klasztornej celi. Zastanawiałam się zawsze, czy nie zadaje sobie jakiejś tajemnej pokuty za popełnione w przeszłości zbrodnie, ale tak czy inaczej... Kiedy podpływaliśmy do Atlantis, przyszło mi do głowy, że garderoba i sypialnia ojca były istnym paradoksem w zestawieniu z naszym domem.

Mama wyszła już mnie witać. Machała uradowana. Jak zwykle była bardzo elegancka. Zauważyłam, że ma na sobie spódnicę z bouclé, którą podebrałam dla niej z wieszaka z próbkami modeli Chanel, bo wiedziałam, że się nią zachwyci.

- Elektra! Chérie, co za niespodzianka! - Wspięła się na palce, a ja nachyliłam się, żeby mogła ucałować mnie w oba policzki i uściskać.

Po chwili cofnęła się, żeby mi się przyjrzeć.

- Jesteś śliczna jak zawsze, ale moim zdaniem za chuda. Nie martw się, Claudia ma wszystkie składniki, żeby usmażyć ci twoje ulubione naleśniki z jagodami, jeśli zechcesz. Wiesz, że jest tu Ally ze swoim dzidziusiem?

- Tak, Christian mi mówił. Nie mogę się doczekać, żeby poznać siostrzeńca.

Ruszyłam za nią ścieżką i przez ogród przed domem, ciągnący się aż do jeziora. Zapach trawy i budzących się do życia roślin był uderzająco świeży w porównaniu z nowojorskim zaduchem. Nabrałam głęboko w płuca tego cudownego powietrza.

- Chodź do kuchni - powiedziała Ma. - Claudia już szykuje brunch.

Obejrzałam się na Christiana. Kiedy stawiał przy schodach moją torbę, podeszłam do niego.

- Dziękuję, że mnie tu przywiozłeś. Cieszę się, że przyjechałam.

- Zawsze do usług, Elektro. O której musimy jutro ruszyć na lotnisko?

- Około dziesiątej wieczorem. Moja asystentka zamówiła odrzutowiec. Wylatujemy o północy.

- Dobrze. Gdyby coś się zmieniło, powiedz Marinie, ona da mi znać.

- Oczywiście. Miłego weekendu.

- Nawzajem. - Skinął mi głową i znikł we frontowych drzwiach.

- Elektra!

Odwróciłam się i zobaczyłam idąca do mnie z kuchni Ally. Wyciągnęła ręce, żeby mnie uściskać.

- Cześć, młoda mamo - powiedziałam, kiedy mnie przytuliła. - Gratulacje.

- Dzięki. Nadal trudno mi uwierzyć, że jestem matką.

Z ukłuciem zazdrości pomyślałam, że wygląda świetnie. Jej ostre rysy trochę złagodniały, bo w ciąży zrobiła się ciut pulchniejsza, a bajeczne złocistorude włosy świeciły niczym aureola wokół twarzy o porcelanowej cerze.

- Wyglądasz pięknie - pochwaliłam ją.

- Nie, wcale nie. Przytyłam osiem kilo i jakoś nie mogę tego zrzucić, a w nocy śpię może dwie godziny, nie więcej. Mam w łóżku nienasyconego faceta. - Roześmiała się.

- Gdzie on jest?

- Odsypia noc, oczywiście. - Ally wzniosła oczy do nieba, jakby miała to synowi za złe, ale robiła wrażenie tak szczęśliwej jak nigdy dotąd. - Przynajmniej będziemy mogły trochę porozmawiać - dodała, gdy szłyśmy do kuchni. - Dziś uświadomiłam sobie, że nie widziałam cię od czerwca, kiedy zjechałyśmy się tu po śmierci Pa Salta.

- No, tak, byłam bardzo zajęta.

- Staram się śledzić w gazetach i magazynach, co u ciebie, ale...

- Cześć, Elektro - powitała mnie po francusku Claudia z tym swoim mocnym niemieckim akcentem. - Jak się masz?

Właśnie wlewała na patelnię ciasto na naleśniki. Usłyszałam apetyczne skwierczenie.

- Świetnie, dziękuję.

- Chodź. - Ally wskazała mi krzesło przy długim stole. - Siadaj i opowiedz mi wszystko, co się z tobą działo od czasu, kiedy tu byłaś.

- Dobrze, ale najpierw skoczę na górę się odświeżyć.

Obróciłam się na pięcie i wyszłam z kuchni. Nagle ogarnęła mnie panika. Wiedziałam, jak Ally lubi przepytywać wszystkie siostry, a nie byłam pewna, czy jestem na coś takiego gotowa.

Złapałam torbę, po czym wspięłam się na mansardę - która zresztą wcale nie przypominała mansardy, ale przestronne piętro, gdzie miałyśmy pokoje - i otworzyłam drzwi swojej sypialni. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak wtedy, kiedy wyjeżdżałam do Paryża jako nastolatka. Ściany były nadal pomalowane na łagodny kremowy beż. Usiadłam na łóżku. W porównaniu z pokojami pozostałych sióstr, które ozdobiły je rzeczami oddającymi ich osobowość, to wnętrze wydawało się gołe. Nie zdradzało wiele na temat osoby, która mieszkała tu przez pierwsze szesnaście lat swojego życia. Żadnych plakatów z modelkami czy gwiazdami popu, sportu albo tancerkami... Nic, co by wskazywało, kim jestem.

Sięgnęłam do torby, złapałam butelkę wódki zawiniętą w kaszmirowe dresowe spodnie i upiłam dobry haust. Ta sypialnia wyrażała wszystko, co można o mnie powiedzieć - byłam jak pusta skorupa. Nie miałam - nigdy - żadnych pasji. I nie wiedziałam, kim jestem, ani wtedy, ani teraz, pomyślałam, wtykając butelkę z powrotem do jej gniazdka, po czym sięgnęłam po mały pakiecik upchany do przedniej kieszonki torby, żeby wziąć kreskę.

*

Nim ruszyłam na dół, wódka mnie uspokoiła, a po koce zrobiłam się trochę weselsza. Kiedy rozkoszując się przysmakami Claudii, siedziałam z mamą i Ally, zgodnie z ich oczekiwaniami opowiadałam o fantastycznych przyjęciach, na jakich bywam, celebrytach, których spotykam, i wtajemniczałam je w krążące w środowisku ploteczki.

- A co z tobą i Mitchem? Czytałam w gazetach, że się rozstaliście. To prawda?

Czekałam na to pytanie. Ally była zagorzałą zwolenniczką nieowijania niczego w bawełnę.

- Tak. Od kilku miesięcy nie jesteśmy już razem.

- Co się stało?

- O, wiesz... - Wzruszyłam ramionami i wypiłam łyk gorącej mocnej kawy, żałując, że nikt nie dolał do niej bourbona. - On mieszkał w LA, ja w Nowym Jorku, oboje stale podróżujemy...

- Więc to nie był ten twój jedyny? - drążyła Ally.

W kuchni nagle coś zazgrzytało. Rozejrzałam się.

- Monitor małego. Bear się obudził. - Ally westchnęła.

- Zajrzę do niego - zaoferowała mama, ale Ally już stała i delikatnie przytrzymała ją na krześle.

- Miałaś dyżur od piątej rano, kochana, teraz moja kolej.

Jeszcze nie widziałam siostrzeńca, ale już mi się spodobał. Zuch. Wybawił mnie z ognia pytań inkwizytorki Ally.

- A jak tam twoje nowe mieszkanie? - zagadnęła mama, zmieniając temat. Jeśli takt ma jakąś postać fizyczną, to moja Marina jest jego uosobieniem.

- W porządku - odparłam. - Wynajęłam je jednak tylko na rok, więc prawdopodobnie niedługo poszukam innego lokum.

- Pewnie niezbyt często tam bywasz, przy tych wszystkich wyjazdach.

- Racja, ale mam przynajmniej gdzie trzymać rzeczy. O, patrzcie, kto tu jest!

Do stołu zbliżała się Ally. Miała na rękach dziecko o ogromnych ciemnych oczach, które popatrywały ciekawie. Ciemnorude włosy zaczynały się już skręcać w ciasne loczki na czubku głowy.

- To Bear - przedstawiła syna Ally z matczyną dumą.

Czemu nie miałaby być dumna? Każda kobieta, która odważyła się rodzić, była dla mnie bohaterką.

- O mój Boże! Słodki... można go zjeść! Ile teraz ma? - spytałam, kiedy Ally siadała z małym na kolanach.

- Siedem tygodni.

- Oj, a taki z niego olbrzym!

- Bo ma niesamowity apetyt. - Ally uśmiechnęła się, odpięła bluzkę i przystawiła dziecko do piersi.

Bear zaczął głośno ssać. Skrzywiłam się.

- To cię nie boli?

- Z początku trochę bolało, ale już się przyzwyczailiśmy, co, kochanie? - odparła, popatrując na niego z góry, jak pewnie ja czasem patrzyłam na Mitcha. Innymi słowy, z miłością.

- No, to teraz zostawimy was, dziewczynki, żebyście się nagadały - odezwała się Claudia, kiedy sprzątnęła ze stołu. - Do zobaczenia później.

Razem z Ma wyszły z kuchni.

- Tak mi przykro z powodu taty Beara, Ally, naprawdę - powiedziałam.

- Dziękuję, Elektro.

- Czy on... ojciec...

- Miał na imię Theo.

- Czy Theo wiedział o dziecku?

- Nie, i ja też, dopiero kilka tygodni po jego śmierci się zorientowałam. W tamtym czasie myślałam, że mój świat się wali. Ale teraz - Ally uśmiechnęła się do mnie pogodnie - nie wyobrażam sobie życia bez niego.

- Brałaś pod uwagę...?

- Aborcję? Przemknęło mi coś takiego przez myśl, tak. Wiesz, jestem żeglarką, tata Beara nie żył, a ja nawet nie miałam wtedy domu. Ale nigdy bym się potem z tym nie pogodziła. Uważam, że Bear to dar. Czasami, kiedy karmię go przed świtem, naprawdę czuję, że Theo jest przy mnie.

- To znaczy jego duch?

- Tak.

- Nie sądziłam, że wierzysz w te bzdury. - Uniosłam brwi.

- Ja też nie, ale wieczorem przed narodzinami Beara zdarzyło się coś zdumiewającego.

- Co?

- Byłam wtedy w Hiszpanii. Poleciałam tam szukać Tiggy, u której właśnie stwierdzono chorobę serca, tyle że ona zamiast się leczyć, wyruszyła na poszukiwanie swoich krewnych. I powiedziała mi coś, co mógł wiedzieć tylko Theo. - Dłoń Ally powędrowała do wisiorka, który miała na szyi.

- Co takiego?

- Kupił mi go Theo. - Ally uniosła malutkie turkusowe oczko. - Kilka tygodni wcześniej zerwał się łańcuszek i Tiggy twierdziła, że Theo chce wiedzieć, dlaczego go nie noszę. A potem dodała, że podoba mu się imię Bear. I wiesz co? On rzeczywiście lubił to imię! - W oczach Ally zabłysły łzy. - Byłam sceptyczna, ale obawiam się, że zostałam nawrócona. I wiem już, że Theo nad nami czuwa.

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mnie lekko.

- Trochę ci zazdroszczę - przyznałam. - Problem w tym, że ja właściwie w nic nie wierzę. A jak jest teraz z sercem Tiggy?

- Najwyraźniej bardzo jej się poprawiło. Wróciła do Szkocji i szczęśliwie związała się z lekarzem, który opiekował się nią, kiedy chorowała. A przy okazji jest to właściciel posiadłości, na której ona pracuje.

- To trzeba się wkrótce spodziewać kościelnych dzwonów?

- Wątpię. Charlie formalnie nadal ma żonę. Z tego, co wiem od Tiggy, jest w trakcie trudnego rozwodu.

- A co u reszty sióstr?

- Maja dalej jest w Brazylii z tym swoim uroczym Florianem i jego córką. Star pomaga swojemu chłopakowi, którego z jakiegoś powodu nazywają Mouse, odnawiać jego dom w Kent w Anglii. A CeCe mieszka z dziadkiem i przyjaciółką, Chrissie, w australijskim interiorze. Widziałam zdjęcia niektórych jej obrazów. Są fantastyczne. Ma wielki talent.

- Więc wszystkie siostry urządziły sobie od nowa życie? - spytałam.

- Na to wygląda.

- I zrobiły to, odkrywając swoje korzenie?

- No, tak. Nawet ze mną tak było. Pisałam ci w mailu, że mam brata bliźniaka?

- Hm...

- Oj, Elektro, na pewno pisałam. I że poznałam biologicznego ojca, który jest muzycznym geniuszem, ale też skończonym pijakiem.

Patrzyłam, jak na jego wspomnienie Ally się rozpromienia, jednocześnie wprawnie przystawiając synka do drugiej piersi.

- A ty? - rzuciła. - Zrobiłaś coś w związku z listem, który zostawił ci tata?

- Szczerze mówiąc, nawet go nie otworzyłam, w dodatku nie pamiętam, gdzie jest. Możliwe, że zginął.

- Och, Elektro! - Popatrzyła na mnie z wyrzutem. - Chyba żartujesz?

- Musi gdzieś być, ale nie zawracałam sobie głowy szukaniem.

- Naprawdę nie chcesz wiedzieć, skąd pochodzisz?

- Nie. Nie widzę w tym sensu. Jakie to ma znaczenie? Jestem, kim jestem teraz.

- Mnie to na pewno pomogło. Zresztą nawet jeśli nie chcesz iść tym tropem, to to, co Pa Salt pisał w tych listach, było jego ostatnim darem dla nas wszystkich.

- O Chryste! - Miałam już dość. - Ty i pozostałe dziewczyny traktujecie Pa Salta jak jakiegoś cholernego świętego! A to był tylko facet, który nas adoptował z jakiegoś dziwnego powodu, nieznanego żadnej z nas!

- Proszę, nie krzycz. Denerwujesz dziecko. Przykro mi, jeśli...

- Idę się przejść.

Wstałam od stołu, pomaszerowałam do wyjścia, otworzyłam drzwi i zatrzasnęłam je z hukiem za sobą. Szłam po trawie w kierunku przystani, żałując, jak to zwykle po kilku godzinach w Atlantis, że tu w ogóle przyjechałam.

- Co to jest z tymi moimi siostrami i Pa Saltem? Nawet nie był naszym biologicznym ojcem, na Boga!

Burcząc pod nosem dalej, usiadłam na pomoście. Machając opuszczonymi nad wodę nogami, starałam się wziąć kilka głębokich wdechów. Nie zadziałało. Może uratuje mnie kolejna kreska. Wstałam i ruszyłam po swoich śladach z powrotem do domu. Weszłam na górę na palcach, żeby nikt mnie nie usłyszał. Zamknęłam drzwi pokoju na klucz i wyciągnęłam to, czego potrzebowałam.

Kilka minut później byłam już spokojniejsza. Położyłam się na łóżku i wyobraziłam sobie po kolei wszystkie siostry. Z jakichś powodów pojawiły mi się przed oczami jako disnejowskie księżniczki, co było całkiem zabawne. W tej postaci wcale nie wydawały się wkurzające; kochałam je. Wszystkie, poza CeCe (ona przybrała nagle postać czarownicy z Królewny Śnieżki). Zachichotałam i doszłam do wniosku, że to okrutne, nawet w stosunku do CeCe. Wiem, ludzie mówią, że rodziny się nie wybiera, jednak Pa Salt wybrał nas sobie i dlatego byłyśmy na siebie skazane. Może nie dogadywałam się z CeCe, bo ona nie dawała sobie wciskać kitu jak inne. I umiała pyskować głośniej ode mnie. Pozostałe za wszelką cenę starały się żyć w zgodzie, a jej na tym nie zależało. Trochę jak mnie...

Cztery moje starsze siostry pewnie nigdy nie pomyślały, że mają siebie nawzajem: Ally - Maję; Star - CeCe... A mnie została Tiggy. To z nią musiałam się trzymać, kiedy dorastałyśmy - między nami było tylko kilka miesięcy różnicy. Naprawdę ją kochałam, ale byłyśmy kompletnie różne, jak dwie strony medalu. I nie pomagało też to, że starsze siostry nie kryły, że wolą się bawić z malutką Tiggy niż ze mną. Ona nie awanturowała się, nie wrzeszczała, nie miała stale napadów wściekłości. Siadała na kolanach, ssała palec i była grzeczna. Kiedy byłyśmy starsze, próbowałam się z nią przyjaźnić, bo czułam się samotna, ale to jej bajanie o duchowości doprowadzało mnie do białej gorączki.

Kiedy koka ze mnie wyparowała, siostry przestały być księżniczkami i znów stały się sobą. Zresztą jakie to ma znaczenie? Pa Salt odszedł, byłyśmy tylko grupką kobiet zupełnie do siebie niepodobnych, które zostały zebrane w jednym miejscu w dzieciństwie, ale teraz każda poszła w swoją stronę. Starałam się oddychać wolno i robić to, co zalecała mi terapeutka, czyli analizować, czemu się tak strasznie zezłościłam. I dla odmiany, wydało mi się, że wiem. Ally powiedziała, że pozostałe siostry są szczęśliwe. Ułożyły sobie życie z tymi, którzy je kochali. Nawet CeCe, która zawsze wydawała mi się podobnie trudna do pokochania jak ja. Zdołała jakoś skończyć z tą dziwaczną obsesją na punkcie Star i pójść naprzód. Co więcej, odnalazła powołanie w sztuce, którą zawsze uwielbiała.

A ja? Jak zwykle zostałam bez pary. Odkąd umarł Pa Salt, nie udało mi się znaleźć nic. Może tylko czasem trafił mi się jakiś nowy i bardziej odpowiedzialny diler. Choć w sensie finansowym zdecydowanie odniosłam największy sukces - z tego, co mówił mój księgowy, mogłabym już dziś przestać pracować i nigdy nie martwić się o pieniądze. Tylko na co mi to, skoro nie miałam pojęcia, co innego chciałabym robić?

Ktoś zapukał do drzwi.

- Elektro? Jesteś tam?

To była Ally.

- Tak, proszę.

Weszła z Bearem na rękach.

- Przykro mi. Powiedziałam coś, co cię uraziło, przepraszam - odezwała się, stojąc w progu.

- Słuchaj, nie masz się czym martwić. Nie chodzi o ciebie, ale o mnie.

- Wszystko jedno, przepraszam. Tak dobrze znów cię widzieć i tak się cieszę z twojego przyjazdu. Mogę usiąść? On waży chyba tonę.

- Jasne.

Westchnęłam. Ostatnie, czego mi było trzeba, to dać się osaczyć dociekliwej Ally w mojej własnej sypialni.

- Chciałam z tobą o czymś porozmawiać, Elektro. Tiggy mówiła mi, że powinnyśmy coś sprawdzić.

- Co?

- Wiesz, była tu w zeszłym miesiącu i trafiła do piwnicy. Zjeżdża się tam ukrytą windą.

- O... jasne. I?

- Powiedziała, że trzymano tam wina, ale za jedną z półek wypatrzyła jakieś drzwi. Może powinnyśmy sprawdzić, dokąd prowadzą.

- Pewnie. A czemu po prostu nie spytać mamy?

- Możemy, ale Tiggy miała wrażenie, że ona nie chce o tym mówić.

- Jezu, Ally! To nasz dom. Mama dla nas pracuje! Przecież mamy prawo pytać, o co chcemy, i robić tu, co nam się podoba, nie?

- Niby tak, ale... no wiesz... - Westchnęła ciężko. - Może jednak zróbmy to delikatnie, przez szacunek dla niej. Mama jest tu od dawna... Prowadziła dom z Claudią, opiekowała się nami, nie chcę, żeby odczuła, że nie liczymy się z nią teraz, kiedy... jest inaczej.

- Sugerujesz, żebyśmy zakradły się tam w środku nocy i zobaczyły, dokąd prowadzą te drzwi? - Uniosłam brew. - Nadal nie rozumiem, dlaczego mamy bawić się w jakieś gówniane podchody, kiedy mogłybyśmy po prostu zapytać?

- Daj spokój, Elektro, nie wkurzaj się tak. Tu jest ta piwnica i tajna winda. Pa Salt nie zrobił ich bez powodu. Cokolwiek o nim myślisz, był człowiekiem praktycznym. Ja w każdym razie i tak budzę się w nocy przez Beara i zamierzam zbadać tę sprawę. Po prostu zastanawiałam się, czy nie chciałabyś tam zejść ze mną? Tiggy mówiła, że musimy być przynajmniej we dwie, żeby przesunąć półkę, za którą są te drzwi. Powiedziała mi też, gdzie jest klucz. - Ally przerwała na chwilę. - Potrzymałabyś Beara? Skoczę do łazienki.

Wstała i położyła mi dziecko na kolanach. Żeby się nie sturlał, musiałam go przytrzymać obiema dłońmi. W efekcie solidnie beknął.

- Cudownie! - rzuciła Ally od drzwi. - Od pół godziny próbowałam to z niego wydobyć!

Zamknęła się w łazience. Zostaliśmy z Bearem sami.

Popatrzyłam na niego, a on na mnie.

- Cześć - powiedziałam, modląc się, żeby mnie nie obsikał czy coś w tym rodzaju. Pierwszy raz w życiu trzymałam takie małe dziecko.

Dostał czkawki i dalej się na mnie gapił.

- Co ty tam sobie myślisz, mały? Zastanawiasz się pewnie, czemu twoja ciocia jest zupełnie innego koloru niż mama? Nigdy go nie poznałeś, ale miałeś nieźle szurniętego dziadka - ciągnęłam, bo wydawało mi się, że podoba mu się ta rozmowa. - Oczywiście był wspaniały, wiadomo, bardzo mądry i tak dalej, ale myślę, że mnóstwo przed nami ukrywał. Nie sądzisz?

Nagle poczułam, jak to małe ciałko się odpręża i nim wróciła jego mama, Bear zamknął oczka i mocno zasnął.

- Ale masz rękę do dzieci. - Ally uśmiechnęła się do mnie. - Zwykle muszę go kołysać godzinami, żeby się poddał.

- Pewnie się znudził. - Wzruszyłam ramionami, gdy ostrożnie brała go ode mnie.

- Położę go do łóżeczka i trochę odsapnę, póki mam okazję - szepnęła. - Do zobaczenia.

*

Przed kolacją zadbałam, by zaaplikować sobie profilaktyczną dawkę wódki na uspokojenie, a potem nalałam sobie sporego drinka z zapasów w spiżarni na dole. Na szczęście rozmowa skupiała się głównie na zachwytach nad kuchnią Claudii - podała swój słynny sznycel i zjadłam do ostatniego kawałeczka - oraz planach naszej wyprawy do Grecji, podczas której miałyśmy złożyć na falach wieniec w rocznicę śmierci Pa Salta.

- Myślałam, że powinnyśmy popłynąć same, ale Maja tydzień wcześniej przyleci z Florianem, którego od dawna chcę poznać, i jego córką Valentiną - powiedziała Ally. - Star, jej chłopak i jego syn Rory też dolecą, podobnie jak Tiggy ze swoim Charliem i jego córką Zarą...

- Ho, ho! - rzuciłam. - To Maja, Star i Tiggy są macochami dzieci partnerów?

- No tak - potwierdziła Ally.

- I jako twoja przybrana matka ręczę ci, że będą je kochać nie mniej, niż gdyby były ich własne - wtrąciła stanowczo Marina.

- Czy przyjedzie też CeCe?

- Tak mówiła. Ma nadzieję, że jej dziadek i przyjaciółka też będą mogli.

- Jej partnerka Chrissie?

I mama, i Ally gapiły się na mnie oniemiałe. Zastanawiałam się, dlaczego ja jedna w rodzinie walę wszystko prosto z mostu?

- One są w związku, tak? - zapytałam.

- Nie wiem - wybąkała Ally. - Ale mam wrażenie, że CeCe jest szczęśliwa, i tylko to się liczy.

- Przecież od samego początku było jasne, że CeCe jest lesbijką. Że kocha się w Star.

- Elektro, nie należy się wtrącać w sprawy intymne innych - zwróciła mi uwagę mama.

- Ale CeCe to nie jacyś "inni". A poza tym w czym problem? Cieszę się, jeśli znalazła kogoś, na kim jej zależy.

- Naprawdę będzie ciężko się pomieścić - ciągnęła Marina, nie dając się wciągnąć w te dywagacje.

- Skoro już wszyscy odnaleźli swoje rodziny i tylko ja jedna jestem sama jak palec, to jeśli brakuje miejsca, może po prostu nie powinnam przyjeżdżać.

- Och, Elektro, nawet tak nie mów! Musisz przyjechać, obiecałaś. - Ally miała autentycznie zmartwioną minę.

- No dobra, to może prześpię się w tajemnej piwnicy, którą odkryła tu Tiggy podczas ostatniego pobytu - wypaliłam, odwracając się twarzą do Mariny.

Ally spiorunowała mnie wzrokiem zza stołu, ale byłam zbyt pijana, by się przejąć.

- Ach, piwnica... - Mama popatrzyła na nas obie. - Tak, mówiłam Tiggy, że tu jest i nie ma w tym żadnej tajemnicy. Kiedy skończymy ten cudowny apfelstrudel Claudii, zabiorę was na dół, żeby wam pokazać.

Rzuciłam Ally spojrzenie mówiące "A widzisz!", na co ona tylko uniosła bezradnie brwi. Kiedy dojadłyśmy deser, mama wstała i wyjęła klucz ze skrzynki na ścianie.

- No dobrze, idziemy?

Nie trzeba było odpowiadać, bo od razu wyszła z kuchni, a my z Ally rzuciłyśmy się w ślad za nią. W korytarzu mama chwyciła za mosiężną wypustkę, odsunęła mahoniowy panel i ukazała się miniaturowa winda.

- Po co to zamontowano? - spytałam.

- Jak wyjaśniałam Tiggy, wasz ojciec nie robił się coraz młodszy, a chciał mieć łatwy dostęp na wszystkie piętra domu. - Marina otworzyła drzwi windy i wcisnęłyśmy się do kabiny.

Od razu poczułam się klaustrofobicznie. Wzięłam kilka oddechów, gdy mama naciskała mosiężny guzik i drzwi zasunęły się za nami.

- No tak, pojmuję, ale czemu ją ukrywał? - spytałam, gdy winda ruszyła.

- Elektro, przymknij się, dobrze? - syknęła Ally, wkurzona już mną na maksa. - Na pewno mama sama nam to wyjaśni.

Jazda trwała cztery sekundy. Szarpnęło, gdy dotarłyśmy na dół. Drzwi rozsunęły się i weszłyśmy do zwyczajnej piwnicy, która, tak jak mówiła Ally, była ze wszystkich stron obstawiona półkami na butelki wina.

- No proszę. - Marina poszła krok naprzód i wskazała rękami na pomieszczenie. - Piwnica na wino waszego ojca. - Odwróciła się do mnie i uśmiechnęła. - Przykro mi, Elektro, lecz nie ma w tym żadnej wielkiej tajemnicy.

- Ale...

Stojąca za nią Ally spojrzała na mnie tak, że nawet ja nie odważyłam się tego zlekceważyć.

- No... rzeczywiście bardzo tu ładnie... - Zaczęłam rozglądać się po półkach, ciekawa, co też zgromadził na nich Pa Salt. Wyciągnęłam jedną butelkę. - Ho, ho, Château Margaux, rocznik tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty siódmy. W najlepszych restauracjach w Nowym Jorku można je zamówić za ponad dwa tysiące. Szkoda, że wolę wódkę.

- Możemy już wracać? Muszę sprawdzić, co u Beara - powiedziała Ally, mierząc mnie kolejnym ostrzegawczym spojrzeniem.

- Daj mi jeszcze parę minut - odparłam, dalej penetrując półki. Wyciągałam to tu, to tam butelkę i udawałam, że studiuję etykiety, ale cały czas starałam się wypatrzeć ukryte drzwi, o których mówiła Ally. Po prawej stronie przyjrzałam się burgundowi Rothschild 1972 i dostrzegłam ledwie zauważalną rysę w ścianie za półką.

- Dobrze - rzuciłam, podchodząc do mamy i Ally. - Wracajmy.

Kiedy zbliżałam się do windy, zorientowałam się, że jest obwiedziona stalowym zabezpieczeniem.

- A to na co? - Pokazałam palcem.

- Jeśli wciśniesz ten przycisk - Marina dotknęła miejsca z boku - drzwi windy znikną pod stalowym panelem.

- Więc gdybyśmy go teraz wcisnęły, zostałybyśmy odcięte od świata? - spytałam, czując, jak ogarnia mnie panika.

- Nie, skąd! Ale gdyby ktoś próbował się tu dostać z góry, to nie wejdzie. To skarbiec - wyjaśniła mama, kiedy wciskałyśmy się do windy. - Nic niezwykłego w domu bogatej rodziny mieszkającej na odludziu. Gdyby, Boże, uchowaj, Atlantis stało się celem ataku złodziei albo zdarzyło się coś jeszcze gorszego, moglibyśmy się schować i wezwać pomoc. Tak, chérie. - Marina uśmiechnęła się do mnie leciutko, gdy wjeżdżałyśmy piętro wyżej. - Na dole jest sygnał wi-fi.

Wysiadłyśmy z windy i wróciłyśmy do kuchni, a ja zanotowałam w pamięci, gdzie odkłada klucz.

- Wybaczcie mi, ale jestem już zmęczona - powiedziała. - Muszę się położyć.

- To przez Beara, nie dał ci spać od piątej. Jutro z rana ja się nim zajmę.

- Nie, Ally. Jak się teraz prześpię, dam sobie doskonale radę. I tak ostatnio wcześnie się budzę. Dobranoc.

Skinęła nam obu głową i wyszła z kuchni.

- Skoczę sprawdzić, jak tam Bear - rzuciła Ally i już miała pędzić za mamą, ale trąciłam ją w ramię.

- Czemu nie wjedziesz na górę windą? - Zdjęłam klucz z haczyka i pomachałam jej nim przed nosem. - Winda wjeżdża aż na mansardę. Widziałam przycisk.

- Nie, Elektro. Wejdę piechotą, dzięki.

- Jak sobie życzysz. - Wzruszyłam ramionami, gdy zniknęła.

Nalałam sobie trochę wódki z colą i przeszłam korytarzem pod gabinet ojca. Popchnęłam drzwi. Pokój wyglądał jak żywe muzeum, jakby Pa Salt był tu przed chwilą i zaraz miał wrócić. Jego pióro i notes nadal leżały pośrodku biurka. Wszędzie panował jak zwykle nienaganny porządek. Nie to co u jego najmłodszej córki, pomyślałam, uśmiechając się krzywo. Usiadłam w jego starym obrotowym skórzanym fotelu i przez chwilę przypatrywałam się półkom z książkami ustawionym pod jedną ze ścian. Podeszłam i wyjęłam wielki oksfordzki słownik języka angielskiego. Często go używałam jako dziewczynka. Pewnego razu zastałam Pa Salta przy rozwiązywaniu krzyżówki w angielskiej gazecie.

- Witaj, Elektro. - Uśmiechnął się, podnosząc na mnie wzrok. - Nie potrafię tego zgadnąć.

Przeczytałam hasło: Opadają, kiedy śpisz (7). Zastanowiłam się chwilę.

- Może powieki?

- Tak, oczywiście, masz rację! Ale z ciebie mądra dziewczynka.

Od tamtej pory podczas wakacji, jeśli był w domu, wołał mnie do siebie i siadaliśmy razem, by rozwiązywać krzyżówki. Lubiłam te chwile. Do tej pory łapię często gazetę, czekając w sali dla VIP-ów na lot, i bawię się tymi łamigłówkami. To bardzo wzbogaciło moje angielskie słownictwo. Wiem, że zadziwiam tym przeprowadzających ze mną wywiady dziennikarzy. Wszyscy myślą, że jestem tak tępa jak tapeta na mojej twarzy.

Odłożyłam słownik i miałam wyjść, gdy poczułam wyraźnie zapach wody kolońskiej Pa Salta. Stanęłam jak wryta. Poznałabym ten świeży cytrynowy aromat na końcu świata. Przebiegł mnie dreszcz. Przypomniałam sobie, co wcześniej mówiła Ally o wrażeniu, że Theo nadal jest przy niej...

Roztrzęsiona, opuściłam gabinet i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Ally była w kuchni. Szykowała butelki.

- Co to za mleko w dzbanku? - spytałam. - Myślałam, że karmisz Beara piersią?

- Tak, ale ściągnęłam trochę, żeby mama miała mu co dać jutro rano.

- Błe! - Skrzywiłam się, patrząc, jak nalewa mleko do butelki. - Jeśli kiedyś będę miała dziecko, w co wątpię, nie dam sobie z tym wszystkim rady.

- Nigdy nie mów nigdy. - Ally uśmiechnęła się do mnie. - A przy okazji, kilka tygodni temu widziałam w gazecie twoje zdjęcie z Zedem Eszu. Jesteście parą?

- O Chryste, nie! - Wetknęłam palce do puszki z herbatnikami i wyciągnęłam maślane ciasteczko. - Czasami chodzimy razem zabawić się gdzieś w Nowym Jorku. Albo dokładniej, żeby zabawić się ze sobą.

- Mówisz, że jesteście kochankami?

- Tak, a co? Masz z tym jakiś problem?

- Nie, skąd, ale... - Popatrzyła na mnie z niepokojem. - Tylko...

- Co takiego?

- Nie, nic. W każdym razie kładę się spać, póki mogę. A ty?

- Ja też.

Dopiero po wypiciu wódki z mojego tajnego zapasu, którą napełniłam kubek do mycia zębów, kiedy umościłam się w swoim łóżku z lat dziecinnych i poczułam się przyjemnie zamroczona, przypomniałam sobie o rysie na ścianie za półką w piwnicy. Może powinnam tam teraz zejść i sprawdzić...

- Jutro - obiecałam sobie, gdy zamknęły mi się oczy.

4

Następnego ranka obudził mnie wrzask Beara. Sięgnęłam po zatyczki do uszu w nadziei, że uda mi się pospać jeszcze parę godzin, ale było za późno. Nie mogłam już zasnąć. Wrzuciłam na siebie stary szlafrok, który nadal wisiał na drzwiach, i poczłapałam w poszukiwaniu jakiegoś towarzystwa. Płacz dobiegał z końca korytarza, gdzie były pokoje mamy. Zapukałam delikatnie do drzwi.

- Entrez.

Weszłam i zobaczyłam ją nadal jeszcze w szlafroku, co było bardzo rzadkim widokiem.

- Zamknij za sobą, Elektro. Nie chcę, żeby obudził Ally.

- No - patrzyłam, jak Marina chodzi po pokoju z kapryszącym dzieckiem w ramionach - mnie dał radę poderwać na nogi, to pewne.

- To teraz wiesz, jak to było dla starszych dziewczynek, kiedy co noc budził je twój krzyk.

Uśmiechnęła się do mnie.

- Co mu jest? - spytałam, obserwując, jak rytmicznie poklepuje go po pleckach.

- Gazy, nic takiego. Jest w złym humorze, jak się budzi.

- Ja też się darłam z tego powodu?

- Nie, z gazami świetnie sobie radziłaś. Po prostu lubiłaś dźwięk swojego głosu.

- Naprawdę byłam takim okropnym dzieckiem?

- Skądże. Tylko nie lubiłaś być sama. Zasypiałaś mi na rękach, ale kiedy tylko odkładałam cię do łóżeczka, budziłaś się i płakałaś, póki znów nie wzięłam cię na ręce. Mogłabyś dać mi ten muślin? - Wskazała kwadratowy kawałek białego materiału leżący na stoliku.

- Pewnie - powiedziałam i podałam jej.

Popatrzyłam dokoła, na ładne zasłony w kwiatowy wzór, kanapę obitą kremowym adamaszkiem, zdjęcia na mahoniowym biurku i rozstawionych w różnych miejscach stolikach. Na jednym z nich zobaczyłam wazon z różowymi różami. Pomyślałam, jak bardzo ten pokój przypomina samą Marinę. Elegancki, skromny, bez śladu bałaganu. Podeszłam i wzięłam oprawioną fotografię, na której w perłach i wieczorowej sukni stała obok Pa Salta w smokingu z muszką.

- Gdzie to było?

- W paryskiej operze. Kiri Te Kanawa śpiewała jako Mimi w Cyganerii. To był wyjątkowy wieczór. - Nadal krążyła z Bearem w ramionach po miękkim jasnym dywanie.

- Często dokądś chodziliście?

- Nie. Ale oboje uwielbialiśmy operę, zwłaszcza Pucciniego.

- Mamo...

- Tak, Elektro?

Nawet teraz, mając dwadzieścia sześć lat, nie byłam pewna, czy mam śmiałość zadać jej to nurtujące mnie, od kiedy byłam mała, pytanie.

- Czy ty i Pa Salt... no, czy mieliście romans?

- Nie, chérie. Wiesz, teraz mam prawie sześćdziesiąt pięć lat. Twój tata był ode mnie na tyle starszy, że mógłby być moim ojcem.

- W moim środowisku bogaci mężczyźni często wybierają sobie partnerki w wieku swoich córek.

- Możliwe, Elektro, ale twój ojciec nigdy by się do czegoś takiego nie posunął. Był dżentelmenem w każdym calu. A poza tym...

- Co?

- Nie... nic.

- Proszę, powiedz, co zaczęłaś.

- On zawsze miał kogoś innego.

- Naprawdę? Kogo?

- Daj spokój, Elektro. Powiedziałam już dość.

Bear solidnie beknął i mama błyskawicznie złapała tryskający mu z buzi biały płyn muślinową chustką.

- Bien, bien, mon petit chéri - szepnęła, ocierając go. - Czy on nie jest słodki?

- Jeśli coś może być słodkie o piątej nad ranem, w dodatku wymiotując, to na pewno on.

- Pamiętam dobrze, jak i ciebie nosiłam, żebyś przestała płakać. - Marina usiadła w fotelu, tuląc do siebie Beara. Teraz wyglądał tak, jakby wypił za dużo wódki, oczka mu się kleiły. - Wydaje się, jakby to było wczoraj. A tu mamy już drugie pokolenie. Twój ojciec tak by się cieszył, gdyby wiedział o wnuku, zanim umarł. Ale widać nie było mu to pisane.

- No tak. Mamo...

- Tak, Elektro?

- Czy byłaś z nim, kiedy mnie znalazł i zabierał tutaj?

- Nie, zajmowałam się twoimi siostrami w domu.

- Więc nie wiesz, skąd się wzięłam?

- Przecież na pewno napisał ci o tym w liście?

- Zgubiłam go. - Wzruszyłam ramionami i wstałam, nim mogła mnie zbesztać. - Idę na dół. Zrobię sobie kawę. Przynieść ci coś?

- Nie, dziękuję. Położę małego do łóżeczka i zejdę do ciebie, kiedy się ubiorę.

- Dobrze. No to do zobaczenia.

*

Kiedy o ósmej zbudziła się Ally, ja byłam już po drugiej wódce i żałowałam, że nie zamówiłam samolotu na wcześniejszą godzinę. Miałam całe czternaście godzin do wyjazdu. Naprawdę nie wiedziałam, czym zabić czas. Próg nudy był u mnie tak niski, jakby w ogóle nie istniał.

- Miałabyś ochotę popływać po jeziorze, Elektro? - spytała Ally, kiedy siedziałyśmy nad naleśnikami przyrządzonymi przez Claudię.

- Twoim Laserem?

- Tak. Pogoda piękna, warunki idealne, dość wiatru, ale nie tyle, żeby było niemiło.

- Wiesz, że sporty ekstremalne to nie moja bajka.

- Oj, Elektro, naprawdę, mała wyprawa żaglówką po jeziorze, kiedy będziesz tylko spokojnie siedzieć i nic nie musisz robić, to niezbyt "ekstremalna" przygoda. - Ally przewróciła oczami. - W każdym razie ja i Bear płyniemy, więc do zobaczenia.

Wyszła, a ja westchnęłam ciężko i zjadłam świeżo upieczoną muffinkę, tylko dlatego, że wyglądała na taką samotną w koszyczku. Po dziesięciu minutach Ally wróciła z synem w nosidełku. Mały miał na sobie najsłodszy kapok na świecie.

- Jesteś pewna, że nie masz ochoty? Może jednak popłyniesz z nami?

- Nie, dziękuję - powiedziałam, po czym poszłam do salonu, żeby pooglądać filmy.

Włączyłam telewizor, przejrzałam sterty płyt DVD, ale nie znalazłam nic, co by mnie zainteresowało.

- Cholera - jęknęłam, patrząc na zegarek. Co ja tu robiłam w dzieciństwie, kiedy nudziłam się i wściekałam?

Biegałaś, Elektro...

- Prawda - mruknęłam do siebie.

Jeśli byłam w złym humorze albo ktoś się na mnie gniewał (a zwykle zdarzało się i jedno, i drugie), po prostu uciekałam w góry za domem. Znalazłam tam krętą ścieżkę, którą się wdrapywałam - choć nie była to jakaś pionowa ściana - i biegłam, żeby uciec przed wszystkim tym, co kłębiło mi się w głowie.

Poszłam po schodach do swojego pokoju i wygrzebałam z dolnej szuflady komody stare legginsy z lycry i koszulkę z wulgarnym nadrukiem, którą mama kazała mi przewracać na lewą stronę, kiedy ją nosiłam. Pod ubraniami dostrzegłam blok, w którym bazgrałam jako dziecko. Wyciągnęłam go i przerzuciłam kartki. Połowa z nich była pełna szkiców sukni z dziko udrapowanymi kołnierzami, dżinsów z pęknięciem od uda do kostki i bluzek, które z przodu wyglądały grzecznie, ale nie miały pleców...

- Dobre... - mruknęłam, przypominając sobie bluzkę, którą miałam na sobie podczas ostatniej sesji, niemal identyczną jak te z moich projektów.

Do kartek podoczepiałam nawet próbki znalezionych materiałów, wszystkie w jaskrawych kolorach. Uwielbiałam jaskrawe barwy, kiedy byłam młodsza. Wsunęłam blok do kieszeni przy torbie, myśląc, że te rysunki to jedyne, co w pewien sposób łączy tamtą dawną mnie z obecną. Potem poszukałam butów do biegania w głębi szafy, przebrałam się i wyszłam z domu przez kuchnię. Minęłam warzywniak i otworzyłam tylną furtkę, za którą zaczynały się góry.

Ruszyłam ścieżką, którą ostatnio pokonywałam dziesięć lat temu. Choć regularnie bywałam teraz w siłowni, nogi mnie bolały i przebycie ostatnich kilku metrów przyszło mi z trudem. Jeszcze parę głazów i ślizgając się na mokrych, twardych poroślach, wreszcie dotarłam na miejsce.

Ciężko dysząc, stanęłam na półce skalnej, która znajdowała się zaledwie u stóp prawdziwych gór wznoszących się za mną, ale stąd widok na jezioro był najwspanialszy. Spojrzałam w dół na dachy Atlantis i dzięki terapiom, które przechodziłam, zdałam sobie sprawę, dlaczego ten obraz wydawał mi się dawniej tak wyjątkowy - Atlantis było wtedy całym moim światem, obejmowało wszystko, a jednak stąd robiło wrażenie domku dla lalek, malutkiego i mało ważnego.

To pozwalało się zdystansować, patrzeć z perspektywy, powiedziałam sobie, kiedy siedziałam na półce, machając nogami nad urwiskiem. Tu nawet ja czułam się malutka.

Zostałam tam jakiś czas, ciesząc się pogodnym, pięknym dniem. Na jeziorze dostrzegłam łódź. Stąd wyglądała jak zabawka. Żagielek wydymał się na wietrze. Płynęła gładko po wodzie. I nagle poczułam, że nie chcę wracać na dół, do rzeczywistości. Chciałabym zostać na górze, gdzie nikt by mnie nie znalazł. Byłam tu wolna, a na myśl o powrocie do Nowego Jorku, między góry zbudowane przez człowieka, aż mnie skręcało w brzuchu. W tym zachłannym mieście wszystko było sztuczne, pozbawione znaczenia, a tu prawdziwe, dziewicze i czyste.

- Jezu, Elektro, zaczynasz gadać jak Tiggy - skarciłam się.

Ale jeśli nawet, to co? Wiedziałam jedno: że jestem okropnie nieszczęśliwa i że zazdroszczę każdej z sióstr nowego spełnionego życia. Kiedy Ally opowiadała, jak to przywiozą do Atlantis swoich nowych partnerów, przyjaciół i członków rodzin, poczułam się jeszcze bardziej samotna, bo nie miałam żadnego pomysłu, kogo mogłabym tu zaprosić.

Wstałam, zdając sobie sprawę, że jednak muszę wracać, choćby z tego głupiego powodu, że zapomniałam wziąć butelkę wody, a chciało mi się pić. Jeszcze raz spojrzałam na rozciągający się w dole widok.

- Jak to jest, że niby mam wszystko, a czuję się tak, jakbym nie miała nic? - spytałam gór.

Zeskakując z półki, uświadomiłam sobie, że potrzebuję prawdziwego życia i... trochę miłości. Ale gdzie mam tego szukać, to chyba tylko jeden Pan Bóg wie... no, może jeszcze Pa Salt, tam w niebie.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji