Siostra księżyca. Cykl Siedem Sióstr. Tom 5 - Lucinda Riley

-
Proszę czekać

1

- Pamiętam dokładnie, gdzie byłam i co robiłam, kiedy dowiedziałam się, że mój ojciec nie żyje.

- Ja też dobrze pamiętam moment, gdy dostałem wiadomość o śmierci mojego. - Charlie Kinnaird popatrzył na mnie uważnie błękitnymi oczami. - A gdzie wtedy byłaś?

- W azylu dzikiej przyrody u Margaret. Zbierałam łopatą jelenie odchody. Naprawdę wolałabym jakieś mniej prozaiczne okoliczności, ale jest, jak jest. Zresztą w porządku. Chociaż...

Ścisnęło mnie w gardle. Zastanawiałam się, jakim cudem ta konwersacja, a właściwie rozmowa kwalifikacyjna, zeszła na temat śmierci Pa Salta. Siedziałam w pełnej ludzi kantynie szpitala naprzeciwko doktora Charliego Kinnairda. Kiedy tylko wszedł, zorientowałam się, jak bardzo przyciąga uwagę. Nie tylko był uderzająco przystojny - szczupły, elegancki, z tymi swoimi wijącymi się lekko ciemnokasztanowymi włosami - ale również roztaczał wokół siebie szczególną aurę. W sposób naturalny budził respekt. Wielu pracowników szpitala siedzących w pobliżu przerwało picie kawy, by popatrzeć na niego i skinąć mu z uszanowaniem głową. Gdy zbliżył się i wyciągnął dłoń na powitanie, przebiegł mnie dreszcz. Teraz siedział po drugiej stronie stolika, a ja obserwowałam, jak jego szczupłe palce nerwowo bawią się pagerem.

- Chociaż co, panno D'Apli?se? - zapytał z lekkim szkockim akcentem.

Zdałam sobie sprawę, że nie zamierza mi odpuścić i będzie chciał, żebym skończyła to, co zaczęłam.

- Mmm... Po prostu nie dociera do mnie, że on nie żyje. To znaczy rozumiem, że to prawda, bo przecież nie sfingowałby swojej śmierci. Wiedział, jak bardzo zaboli nas jego odejście. Mam jednak stale wrażenie, że on jest gdzieś obok mnie.

- Nie wiem, czy to jakaś pociecha, ale myślę, że to normalne - powiedział. - Wiele osób, z którymi rozmawiam, a które straciły kogoś z rodziny, twierdzi, że czuje przy sobie obecność swoich ukochanych zmarłych.

- Oczywiście - rzuciłam szybko, bo jego słowa zabrzmiały trochę protekcjonalnie.

Ale w końcu rozmawiałam z lekarzem, z kimś, kto na co dzień styka się ze śmiercią i ludźmi osieroconymi przez najbliższych.

- To zabawne. - Westchnął, uniósł z melaminowego blatu stolika pager i zaczął obracać nim w dłoniach. - Jak wspomniałem, niedawno zmarł i mój ojciec. A ja nie potrafię uporać się z czymś, co mógłbym nazwać jedynie prześladującym mnie koszmarem, wizją, że on wstaje z grobu! Dosłownie.

- Nie mieliście dobrych relacji?

- Nie. Może i był moim biologicznym rodzicem, ale poza tym nic nas nie łączyło. Najwyraźniej u ciebie było inaczej.

- Tak, mimo że moje siostry i ja byłyśmy adoptowane. Jako bardzo małe dzieci. Nie ma tu więc mowy o związkach genetycznych. Ale nie wiem, czy biologicznego ojca można kochać bardziej, niż ja kochałam swojego. Naprawdę był fantastyczny.

Charlie się uśmiechnął.

- No widzisz, najlepszy dowód, że to nie biologia przesądza o tym, czy dogadujemy się z rodzicami. To wszystko czysta loteria, prawda?

- W gruncie rzeczy widzę to trochę inaczej. - Uznałam, że nie powinnam sprzeniewierzać się swoim przekonaniom, nawet podczas rozmowy kwalifikacyjnej. - Myślę, że trafiamy na siebie z jakiegoś powodu, niezależnie od tego, czy łączą nas więzy krwi, czy nie.

- Chcesz powiedzieć, że wszystko jest nam pisane? - Popatrzył na mnie trochę rozbawiony.

- Tak, ale wiem, że większość ludzi nie zgodziłaby się z tym.

- Obawiam się, że ja też. Jako kardiochirurg codziennie zajmuję się sercem, z którym powszechnie wiąże się uczucia i duszę. Niestety, ja muszę na nie patrzeć jak na kawał mięśnia, w dodatku często szwankujący. Wykształcono we mnie naukowe podejście do świata.

- Myślę, że i w nauce jest miejsce na to, co duchowe - zaoponowałam. - Też mam za sobą studia na dość ścisłym kierunku, jest jednak tyle rzeczy, których nauka nie potrafi wyjaśnić.

- Masz rację, ale... - Charlie spojrzał na zegarek. - Zdaje się, że kompletnie zboczyliśmy z tematu, a ja za piętnaście minut muszę być na oddziale. Wybacz więc, że wrócę do sprawy. Czy Margaret opowiedziała ci coś więcej o posiadłości Kinnaird?

- Wiem, że to ponad szesnaście tysięcy hektarów dzikich terenów i że szukacie kogoś, kto zna się na ginących gatunkach, które można byłoby tam zasiedlić, szczególnie z rodziny kotowatych.

- Tak. W związku ze śmiercią ojca prowadzenie posiadłości przechodzi na mnie. Tata przez lata wykorzystywał ją jako swego rodzaju plac zabaw. Polował, strzelał, łowił ryby i wypijał do dna zapasy z tamtejszych destylarni, nie myśląc o ekologii. Trzeba jednak przyznać, że to nie całkiem jego wina. Jego ojciec i wielu mężczyzn z rodu w zeszłym stuleciu chętnie inkasowało pieniądze za drewno dostarczane stoczni. Spokojnie patrzyli, jak pod wyrębem znikają ogromne połacie kaledońskich lasów sosnowych. W tamtych czasach nikt nie widział w tym nic złego, ale teraz można wymagać od nas czegoś więcej. Zdaję sobie sprawę, że nie da się odwrócić tego, co się stało, a już za mojego życia na pewno, ale bardzo chciałbym zrobić dobry początek. Zatrudniłem najlepszego specjalistę w Szkocji, żeby zaplanował odnowę lasów. Wyremontowaliśmy też pałacyk myśliwski, w którym mieszkał tata, żeby wynajmować pokoje gościom gotowym dużo płacić za świeże górskie powietrze i organizowane polowania.

Aż się wzdrygnęłam, lecz próbowałam tego po sobie nie pokazać.

- No tak - powiedziałam.

- Najwyraźniej nie pochwalasz polowań.

- Nie potrafię zaakceptować zabijania niewinnych zwierząt, owszem - odparłam. - Ale rozumiem, dlaczego jest to konieczne - dodałam szybko.

W końcu starałam się o pracę w szkockich górach, gdzie polowania na jelenie były nie tylko popularne, ale też uświęcone przez prawo.

- Ze swoim wykształceniem na pewno wiesz, że człowiek zburzył równowagę w przyrodzie Szkocji. Nie ma naturalnych drapieżników, jak wilki czy niedźwiedzie, które ograniczałyby nadmierny wzrost populacji jeleni. Teraz musimy kontrolować ją sami, lecz przynajmniej możemy się starać, by przebiegało to w sposób jak najbardziej humanitarny.

- Wiem, choć muszę szczerze przyznać, że nigdy nie byłabym w stanie pomagać w odstrzałach. Przywykłam ratować zwierzęta, nie mordować.

- Rozumiem te odczucia. Widziałem twoje CV i jest ono naprawdę imponujące. Poza dyplomem z zoologii robiłaś specjalizację z ochrony przyrody?

- Tak. Techniczna część moich studiów, czyli anatomia, biologia, genetyka, zwyczaje ginących gatunków i tak dalej, okazała się niezmiernie przydatna. Pracowałam przez jakiś czas w dziale badań w zoo w Servion, ale szybko doszłam do wniosku, że bardziej interesuje mnie praktyczna pomoc zwierzętom niż studiowanie ich na odległość i analizy DNA w laboratorium. Mam dla nich... jakąś naturalną empatię. I choć nie przeszłam kursów z weterynarii, potrafię wyczuć, jak je leczyć, kiedy są chore.

Niezręcznie wzruszyłam ramionami, zażenowana, że tak się przechwalam.

- Margaret naprawdę bardzo dobrze wypowiadała się o twoich umiejętnościach. Mówiła mi, że opiekowałaś się dzikimi kotami w jej azylu.

- Zajmowałam się nimi na co dzień, tak, ale to Margaret jest prawdziwym ekspertem. Miałyśmy nadzieję, że w tym roku, w ramach programu przywracania ich naturalnemu środowisku, uda się nam doczekać młodych, ale skoro azyl zostaje zamknięty i zwierzęta muszą być przeniesione w inne miejsce, to pewnie tak się nie stanie. Dzikie koty są niesamowicie wrażliwe.

- To samo mówi mi Cal MacKenzie, zatrudniony przeze mnie specjalista, który dogląda posiadłości. Nie jest zachwycony, że ma przyjąć koty, ale ten gatunek należy do Szkocji i jest tak rzadki, że musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, by go uratować. A Margaret sądzi, że jeśli ktokolwiek może pomóc tym zwierzętom przystosować się do zmiany miejsca zamieszkania, to ty. Jesteś więc zainteresowana, by przyjechać z nimi na kilka tygodni i pomóc im się zadomowić?

- Oczywiście, chociaż przy dzikich kotach nie będzie zbyt wiele roboty, kiedy już się je przewiezie. W czym jeszcze mogłabym pomóc?

- Szczerze mówiąc, Tiggy, nie miałem dotąd możliwości szczegółowo przemyśleć dalszych planów. Przez pracę tutaj i porządkowanie spraw po ojcu miałem zajęć po uszy. Ale byłbym zachwycony, gdybyś podczas pobytu u nas rozejrzała się po terenie i zorientowała się, jakie inne lokalne gatunki mogłyby wrócić w te strony. Myślałem o rudych wiewiórkach i górskich zającach. Robię rozeznanie co do łosi i dzików. Myślałem też o przywróceniu populacji dzikich łososi w strumieniach i jeziorach, wybudowaniu tam progów i tym podobnych, by ryby przypływały na tarło. Potencjał jest spory, trzeba tylko podejść do tego właściwie i zainwestować.

- Dobrze, to brzmi interesująco - zgodziłam się. - Choć z góry uprzedzam: ryby to nie moja specjalność.

- Wiem. Ja z kolei powinienem uprzedzić o realiach finansowych. Mogę zaproponować ci jedynie podstawową płacę i mieszkanie, ale będę ogromnie wdzięczny za wszelką pomoc. Bardzo kocham to miejsce, jednak Kinnaird okazuje się przedsięwzięciem czasochłonnym i trudnym.

- Musiałeś zdawać sobie sprawę, że pewnego dnia będzie należeć do ciebie? - zaryzykowałam.

- Tak, ale myślałem też, że tata jest jednym z tych, których śmierć nie pokona. Zresztą on sam musiał żyć w tym przekonaniu, bo nie zawracał sobie głowy spisaniem testamentu. Umarł, nie pozostawiając ostatniej woli. Choć jestem jego jedynym spadkobiercą i to tylko formalność, spadła na mnie niepotrzebnie dodatkowa porcja papierkowej roboty. W każdym razie według mojego prawnika do stycznia wszystko zostanie załatwione.

- Jak umarł? - spytałam.

- Dostał zawału i przetransportowano go helikopterem tu do mnie. - Charlie westchnął. - Kiedy tu dotarł, już nie żył, odpłynął na chmurze oparów whisky, jak wykazała późniejsza sekcja zwłok.

- Musiało być ci ciężko - powiedziałam, krzywiąc się na samą myśl o tej procedurze.

- Tak, to był szok.

Patrzyłam, jak chwyta za pager; drżenie palców zdradzało jego wewnętrzny niepokój.

- Czemu nie sprzedasz posiadłości, skoro jej nie chcesz?

- Od trzystu lat należy do rodziny i miałbym ją sprzedać? - Przewrócił oczami i zaśmiał się cicho. - Ściągnąłbym sobie na głowę potępienie wszystkich duchów przodków. Nie darowaliby mi tego! Zresztą jeśli już nie z innych powodów, to muszę przynajmniej spróbować uratować Kinnaird dla Zary, mojej córki. Przepada za tym miejscem. Ma szesnaście lat i gdyby tylko mogła, rzuciłaby szkołę i przyjechała pracować w posiadłości na stałe. Powiedziałem jej, że najpierw musi skończyć studia.

- Słusznie.

Popatrzyłam zaskoczona na Charliego. Wyglądał zdecydowanie zbyt młodo jak na ojca. A już naprawdę trudno było uwierzyć, że może mieć szesnastoletnie dziecko.

- Będzie wspaniałą dziedziczką, kiedy dorośnie - dodał. - Ale chciałbym, żeby najpierw poznała lepiej życie. Poszła na uniwersytet, podróżowała po świecie i upewniła się, że rzeczywiście chce poświęcić się zarządzaniu rodzinną posiadłością.

- Ja już w wieku czterech lat wiedziałam, co chcę robić. Zobaczyłam wtedy film dokumentalny o zabijaniu słoni dla kości słoniowej. Po maturze nie zrobiłam sobie roku przerwy, tylko od razu zaczęłam studia. Właściwie wcale nie podróżowałam. - Wzruszyłam ramionami. - Myślę, że nie ma to jak praktyczne uczenie się zawodu.

- To właśnie powtarza mi Zara. - Charlie uśmiechnął się do mnie blado. - Mam wrażenie, że się dogadacie. Oczywiście powinienem rzucić to wszystko - zatoczył ręką łuk - i z pełnym oddaniem zająć się posiadłością, póki nie przejmie jej Zara. Problem w tym, że gospodarstwo jest niedochodowe i na razie, z finansowego punktu widzenia, rezygnowanie z etatu byłoby nierozsądne. Zresztą, między nami mówiąc, nie mam pewności, czy nadaję się na ziemianina.

Znów spojrzał na zegarek.

- No dobrze, muszę iść, a ty, jeśli jesteś zainteresowana, najlepiej pojedź do Kinnaird i sama się rozejrzyj. Śnieg jeszcze tam nie spadł, ale niedługo można się go spodziewać. Powinnaś mieć świadomość, że to dzikie tereny, dalekie od cywilizacji.

- Mieszkam z Margaret w jej domku na kompletnym odludziu - przypomniałam mu.

- W porównaniu z Kinnaird to jak Times Square - zaznaczył Charlie. - Wyślę ci esemesem numer komórkowy Cala MacKenziego, mojego zarządcy, i telefonu stacjonarnego. Jeśli nagrasz się i tu, i tam, w końcu odbierze wiadomość i do ciebie oddzwoni.

- Dobrze. Ja... - Przerwał mi brzęczyk pagera.

- No tak. Naprawdę muszę już iść. - Charlie wstał. - Kontaktuj się ze mną mailowo, gdybyś miała jeszcze jakieś pytania. A jeśli dasz mi znać, kiedy byś się wybierała do Kinnaird, postaram się tam do ciebie dołączyć. I proszę, zastanów się nad tym poważnie. Jesteś tam bardzo potrzebna. Dziękuję za spotkanie, Tiggy. Na razie, do zobaczenia.

- Cześć - odparłam.

Patrzyłam, jak obraca się i rusza pomiędzy stolikami w kierunku wyjścia.

Czułam dziwną euforię. Miałam wrażenie, że złapaliśmy wyjątkowo dobry kontakt. Charlie wydał mi się bliski, jakbym go znała od zawsze. A ponieważ wierzyłam w reinkarnację, to może naprawdę się znaliśmy? Zamknęłam na moment oczy i oczyściłam umysł, by skupić się na tym, jakie emocje budzi we mnie myśl o nim. Wynik mnie zaszokował. To nie była ciepła fala serdeczności wobec ojcowskiej opiekuńczej postaci pracodawcy, ale coś zupełnie innego.

Nie! Otworzyłam oczy i wstałam, by wyjść. On ma kilkunastoletnią córkę, co oznacza, że jest o wiele starszy, niż mi się zdawało, i zapewne żonaty, upominałam siebie, idąc jasno oświetlonymi korytarzami szpitala.

Na zewnątrz otoczyła mnie listopadowa mgła. Nad Inverness zapadał zmierzch, choć dopiero minęła trzecia.

Stojąc w kolejce do autobusu, którym miałam dojechać na dworzec, dostałam dreszczy - z zimna, a może podekscytowania, nie wiem. Wiedziałam jedno, że instynktownie chciałam przyjąć tę pracę, choć była tylko tymczasowa. Sprawdziłam więc numer do Cala MacKenziego, który podał mi Charlie, i wybrałam go na komórce.

*

- No i - zagadnęła mnie Margaret, kiedy zgodnie z naszym zwyczajem siedziałyśmy wieczorem przed kominkiem, popijając kakao - jak poszło?

- W czwartek jadę zobaczyć posiadłość Kinnaird.

- Świetnie. - Jasnoniebieskie oczy zdawały się świecić laserowym blaskiem w jej pooranej zmarszczkami twarzy. - Co sądzisz o dziedzicu lub lordzie, jak by się go nazywało w Anglii?

- Okazał się bardzo... sympatyczny. Naprawdę - wydukałam. - Jest zupełnie inny, niż sobie wyobrażałam - dorzuciłam z nadzieją, że się nie czerwienię. - Sądziłam, że będzie dużo starszy. Może nawet łysy, z wielkim brzuchem od picia whisky.

- Ajajaj. - Mary zachichotała, czytając w moich myślach. - Wygląda przyjemnie, niewątpliwie. Znam go od dziecka. Mój ojciec pracował dla jego dziadka w Kinnaird. Charlie był uroczy. Wszyscy wiedzieliśmy, że popełnia wielki błąd, kiedy żenił się z tą swoją damą. Był jeszcze taki młody. - Przewróciła oczami. - Wiesz, ta ich córka, Zara, to naprawdę słodka dziewczyna, nawet jeśli dość szalona, ale nie miała łatwego dzieciństwa. Opowiedz mi więcej o tym, co ci mówił.

- Chciałby, żebym poza opiekowaniem się kotami zorientowała się, jakie miejscowe gatunki można tam przywrócić. Szczerze mówiąc, nie robi wrażenia... człowieka zbyt zorganizowanego. Jest trochę rozkojarzony. Sądzę, że to będzie tymczasowe zajęcie, póki koty się tam nie zadomowią.

- Nawet jeśli to potrwa krótko, mieszkanie i praca na takiej posiadłości jak Kinnaird mogą być ważną lekcją. Może tam uświadomisz sobie, że nie da się uratować każdego stworzenia, które znajdzie się pod twoją opieką. I to stosuje się również do kulawych kaczek rodzaju ludzkiego - dodała, uśmiechając się cierpko. - Musisz nauczyć się akceptować, że zarówno zwierzęta, jak i ludzie mają zapisany los. Możesz tylko starać się robić to, co w twojej mocy, nic więcej.

- Kiedy czuję, że zwierzę cierpi, nie potrafię przejść obok tego obojętnie. I to się nigdy nie zmieni, Margaret. Wiesz o tym.

- Wiem, kochanie, i dlatego jesteś wyjątkowa. Taka drobniutka, a o tak wielkim sercu. Uważaj, żeby nie zniszczyły go zbyt silne emocje.

- A jaki jest ten Cal MacKenzie?

- Och, wydaje się trochę gburowaty, ale w gruncie rzeczy to złoty chłopak. Zna to miejsce jak nikt, wiele się od niego nauczysz. Poza tym, jeśli nie przyjmiesz tej pracy, to gdzie się podziejesz? Wiesz, że ja i zwierzęta musimy się stąd wynieść do Bożego Narodzenia.

Artretyzm dokuczał Margaret coraz bardziej i przenosiła się wreszcie do miasta, do Tain, czterdzieści pięć minut jazdy od wilgotnego, rozpadającego się domku, w którym siedziałyśmy teraz. Do tej pory, przez ostatnie czterdzieści lat, osiem hektarów górzystego wybrzeża zatoki Dornoch udzielało gościny Margaret i jej pstrokatej gromadzie różnorodnych zwierząt.

- Nie żal ci stąd wyjeżdżać? - spytałam ją po raz nie wiem już który. - Na twoim miejscu wypłakiwałabym oczy dzień i noc.

- Pewnie, że mi szkoda, Tiggy, ale jak próbowałam ci to tłumaczyć, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. A z pomocą boską pojawia się coś nowego, może lepszego. Nie ma sensu żałować tego, co było, trzeba otworzyć się na to, co nadchodzi. Od dawna wiedziałam już, że to się stanie, a dzięki twojej pomocy udało mi się spędzić tu jeden rok dłużej. A poza tym mój nowy dom ma grzejniki, które można włączyć, kiedy się zechce, i zawsze łapie się tam sygnał telewizyjny!

Zaśmiała się i uśmiechnęła szeroko, choć ja - szczycąca się intuicją - nie byłam pewna, czy naprawdę się cieszy, czy tylko stara się być dzielna. Jakkolwiek było, wstałam i podeszłam, by ją uściskać.

- Jesteś niesamowita, Margaret. Ty i zwierzęta tak wiele mnie nauczyliście. Będzie mi was tak strasznie brak.

- Oj, przecież możemy się widywać, jeśli weźmiesz tę pracę w Kinnaird. Będę o podmuch wiatru stamtąd, w dolinie, i w razie potrzeby zawsze chętnie ci coś doradzę. Musisz też odwiedzać Dennisa, Guinnessa i Buttona, bo inaczej będą za tobą tęsknić.

Popatrzyłam na trzy mizerne stworzenia leżące przed kominkiem - wiekowego rudego kota o trzech nogach i dwa stare psy - wszystkie uratowane przez Margaret, kiedy były małe.

- Pojadę zobaczyć Kinnaird i wtedy podejmę decyzję - powiedziałam. - Jeśli nic z tego nie wyjdzie, spędzę święta w Atlantis i zastanowię się, co dalej. A teraz może pomogę ci się położyć, zanim pójdę na górę?

To pytanie zadawałam Margaret co wieczór, a ona niezmiennie z godnością odmawiała.

- Nie, Tiggy. Posiedzę sobie jeszcze trochę przy kominku.

- Słodkich snów, kochanie.

Cmoknęłam ją w policzek, którego skóra była cieniutka jak pergamin, po czym ruszyłam po nierównych wąskich stopniach do sypialni. Kiedyś był to pokój Margaret, dopóki nie zdała sobie sprawy, że wdrapywanie się co wieczór na górę to o wiele schodów za dużo. Dlatego też znieśliśmy jej łóżko na dół, do jadalni. Na szczęście zawsze brakowało środków, by urządzić łazienkę na piętrze. Nadal mieściła się więc w przeraźliwie zimnej dobudówce zaledwie kilka metrów od pokoju, w którym teraz nocowała Margaret.

Kiedy jak zwykle ściągałam z siebie dzienne ubrania i nakładałam kolejne warstwy na noc przed położeniem się w lodowatej pościeli, pomyślałam, że decyzja, by przyjechać tu, do azylu dzikiej przyrody, była słuszna. Jak mówiłam Charliemu Kinnairdowi, po sześciu miesiącach w dziale badań w zoo w Servion pod Lozanną zdałam sobie sprawę, że chcę bezpośrednio zajmować się zwierzętami i je chronić. Dlatego też odpowiedziałam na ogłoszenie, które zobaczyłam w internecie, i przyjechałam do tego rozpadającego się domku nad jeziorem, by pomagać zreumatyzmowanej starszej pani w jej sanktuarium przyrody.

"Zaufaj swojej intuicji, Tiggy, ona nigdy cię nie zawiedzie".

Pa Salt często mi to powtarzał.

"W życiu trzeba kierować się intuicją i zdrowym rozsądkiem. Jeśli nauczysz się korzystać z nich obu w odpowiednich proporcjach, będziesz podejmować właściwe decyzje w sposób naturalny" - dodał, kiedy staliśmy razem w jego ulubionym ogrodzie w Atlantis, patrząc na wschodzący nad Jeziorem Genewskim księżyc w pełni.

Przypomniało mi się, jak mówiłam mu, że marzę, by pewnego dnia pojechać do Afryki, pracować na rzecz niezwykłych zwierząt żyjących w naturalnym środowisku, a nie za kratami.

Tej nocy, kiedy kuliłam palce stóp na skrawku prześcieradła, który rozgrzałam już kolanami, zdałam sobie sprawę, jak daleko odeszłam od tamtych marzeń. Zajmowanie się czwórką szkockich dzikich kotów to nie była pierwsza liga.

Zgasiłam światło i leżałam, przypominając sobie, jak siostry droczyły się ze mną, nazywając mnie małą wróżką. Nie mogłam mieć do nich o to pretensji, bo w dzieciństwie nie rozumiałam, że jestem "inna", więc mówiłam wprost, co widzę lub czuję. Raz, kiedy byłam bardzo mała, powiedziałam swojej siostrze CeCe, że nie powinna wdrapywać się na drzewo, bo widziałam, jak z niego spada. Śmiała się ze mnie. Nie chciała mnie urazić, ale twierdziła, że wchodziła na to drzewo setki razy i że wymyślam jakieś głupoty. A potem, kiedy pół godziny później spadła, unikała mojego spojrzenia, zażenowana, że moje proroctwo się sprawdziło. Od tamtej pory wiedziałam, że lepiej trzymać buzię na kłódkę, kiedy coś "wiem". Tak samo było w przypadku mojego przekonania, że Pa Salt nie umarł...

Gdyby odszedł naprawdę, coś bym poczuła w momencie, gdy jego dusza opuszczała ziemię. A przecież nie doświadczyłam niczego takiego. Informacja przekazana telefonicznie przez moją siostrę Maję kompletnie mnie zszokowała. Nie byłam na coś takiego przygotowana. Nie dostałam żadnego "ostrzeżenia", że stanie się coś złego. Więc albo wyczucie mnie zawiodło, albo nie byłam w stanie zaakceptować prawdy i wypierałam ją.

Wróciłam myślami do Charliego Kinnairda i tej nietypowej rozmowy kwalifikacyjnej. Coś dziwnego działo się ze mną, gdy przypominałam sobie te uderzająco błękitne oczy i wąskie dłonie o długich, wrażliwych palcach, które uratowały życie tak wielu ludzi...

- Boże, Tiggy! Weź się w garść - zamruczałam.

Może to przez życie na pustkowiu. Nie pojawiały się tu tabuny atrakcyjnych, inteligentnych mężczyzn. Pewnie stąd moja reakcja. A poza tym Charlie Kinnaird musi być przynajmniej dziesięć lat starszy ode mnie...

Mimo wszystko, zamykając oczy, naprawdę nie mogłam się już doczekać, kiedy odwiedzę posiadłość Kinnaird.

*

Trzy dni później wysiadłam w Tain z mającego zaledwie dwa wagony pociągu i ruszyłam w kierunku sfatygowanego land rovera - jedynego samochodu, jaki zauważyłam przed wejściem na maleńką stację kolejową. Mężczyzna siedzący za kierownicą opuścił szybę.

- To ty jesteś Tiggy? - spytał z mocnym szkockim akcentem.

- Tak. A ty to Cal MacKenzie?

- Jasne. Wskakuj na pokład.

Tak zrobiłam, ale nie od razu udało mi się zamknąć za sobą ciężkie drzwi od strony pasażera.

- Unieś je lekko i dopiero wtedy zatrzaśnij - poradził Cal. - Ten gruchot widział lepsze czasy, jak większość rzeczy w Kinnaird.

Za moimi plecami coś nagle zaszczekało. Obejrzałam się i zobaczyłam na tylnym siedzeniu gigantycznego charta szkockiego. Pies przysunął się, by powąchać moje włosy, zanim oblizał mi twarz szorstkim językiem.

- Och, Thistle, złaź na dół! - ofuknął go Cal.

- Mnie to nie przeszkadza - powiedziałam, sięgając do tyłu, żeby podrapać charta za uszami. - Uwielbiam psy.

- Tylko go nie rozpieszczaj, to pies myśliwski, ma pracować. No dobra, jedziemy.

Po kilku nieudanych próbach Calowi udało się wreszcie uruchomić silnik i potoczyliśmy się przez Tain, miasteczko wybudowane z ponurych szarych łupków, które służyło sporej wiejskiej społeczności i gdzie znajdował się jedyny porządny supermarket w okolicy. Miejskie uliczki szybko się skończyły i dalej jechaliśmy krętą drogą wśród łagodnych wzgórz pokrytych kępami wrzosów. Gdzieniegdzie rosły kaledońskie sosny. Szczyty wzgórz spowijała gęsta mgła, a za zakrętem po prawej stronie pojawiło się jezioro. W mżawce przypominało gigantyczną szarą kałużę.

Dostałam dreszczy, choć Thistle - który zdecydował się położyć swój kudłaty siwy łeb na moim ramieniu - grzał mi szyję ciepłym oddechem. Przypomniał mi się pierwszy dzień, kiedy niemal rok temu wylądowałam na lotnisku Inverness. Zostawiłam za sobą pogodne błękitne niebo Szwajcarii i rozświetlone słońcem pierwsze tej zimy śniegi na szczytach gór naprzeciwko Atlantis, by znaleźć się w scenerii przypominającej marną kopię tamtego krajobrazu. Gdy taksówka wiozła mnie do domku Margaret, zastanawiałam się głęboko, w co ja się, na Boga, wpakowałam. Teraz, kiedy przeżyłam w Szkocji wszystkie cztery pory roku, wiedziałam już, że pod koniec lata zbocza gór zabarwi łagodny fiolet wrzosów, a jezioro w łaskawych promieniach szkockiego słońca będzie błyszczeć spokojnym błękitem.

Zerknęłam ukradkiem na swojego szofera. Zwalisty, dobrze zbudowany mężczyzna z ogorzałymi policzkami i przerzedzonymi rudymi włosami. Wielkie dłonie ściskające kierownicę należały do człowieka, który ich nie oszczędzał - widziałam brud pod paznokciami, zadrapania na skórze i zaczerwienione kłykcie. Biorąc pod uwagę, jak ciężko pracuje, uznałam, że musi być młodszy, niż mi się wydawało, i ma trzydzieści, może trzydzieści pięć lat.

Jak większość ludzi, których tu spotkałam, mieszkających na wsi i żyjących z ziemi daleko od reszty świata, Cal nie mówił wiele.

Ale to dobry człowiek, powiedział mi wewnętrzny głos.

- Od dawna pracujesz w Kinnaird? - przerwałam ciszę.

- Od małego. Mój ojciec, dziadek, pradziadek i prapradziadek tak samo. Towarzyszyłem tacie, odkąd umiałem chodzić. Od tamtej pory czasy się zmieniły, nie ma co. A te nowe przyniosły nowe problemy. Beryl nie jest zachwycona najazdem Angoli.

- Beryl? - spytałam.

- Gospodyni w rezydencji Kinnairdów. Pracuje tu od ponad czterdziestu lat.

- Angoli?

- Anglików. Na sylwestra ściągnie tu banda bogatych gogusiów. Beryl nie jest szczęśliwa. Ty jesteś pierwszym gościem od renowacji. Kierowała nią żona dziedzica i nie poskąpiła na nic. Same zasłony musiały kosztować tysiące.

- No, mam nadzieję, że nie zadawała sobie trudu ze względu na mnie. Nawykłam obywać się bez wygód - wtrąciłam, żeby nie pomyślał przypadkiem, że jestem rozpaskudzoną księżniczką. - Szkoda, że nie widziałeś domku Margaret.

- E tam, widziałem wiele razy. To krewna mojego kuzyna, jesteśmy więc daleką rodziną. W tych stronach większość ludzi jest ze sobą w ten czy inny sposób spokrewniona.

Znów zapadło pomiędzy nami milczenie. Cal skręcił ostro w lewo przy małej zrujnowanej kapliczce, na której wisiała wyblakła już, krzywo przybita tabliczka z napisem Na sprzedaż. Droga zrobiła się tu węższa. Jechaliśmy przez otwartą przestrzeń, pomiędzy ułożonymi z kamieni murkami, które miały chronić pasące się na łąkach owce i bydło.

W oddali widziałam ciemne chmury wiszące nad górami. Tu i ówdzie po obu stronach pojawiały się jakieś zabudowania. Z kominów unosiły się smużki dymu. Szybko zapadał zmierzch, a my posuwaliśmy się naprzód coraz bardziej wyboistym i pełnym dziur traktem. Amortyzatory land rovera najwyraźniej dawno wysiadły, co czuło się, gdy Cal pokonywał kolejne wąskie mostki wznoszące się nad bystrymi strumieniami. Pod nami woda pieniła się przy głazach, pędząc w dół, co oznaczało, że pniemy się coraz wyżej.

- Daleko jeszcze? - spytałam, popatrując na zegarek i zdając sobie sprawę, że minęła godzina, odkąd wyjechaliśmy z Tain.

- Nie, całkiem blisko - mruknął Cal, skręcając ostro w prawo. Znaleźliśmy się na dróżce, która przypominała bardziej żwirową ścieżkę. Zdradliwe dziury były tak głębokie, że błoto spod kół pryskało aż na szyby auta. - Widać wjazd do posiadłości.

Kiedy w świetle reflektorów mignęły kamienne kolumny, żałowałam, że nie dotarłam tu wcześniej, by lepiej się rozejrzeć.

- Już prawie jesteśmy na miejscu - zapewnił mnie Cal.

Skręcaliśmy to w lewo, to w prawo wijącym się wyboistym szlakiem. Opony land rovera buksowały na podmokłym stromym podjeździe wysypanym żwirem. Wreszcie Cal się zatrzymał; samochód zadygotał raz jeszcze i w końcu silnik z ulgą przestał pracować.

- Witaj w Kinnaird - rzucił Cal, popchnął drzwi i wysiadł.

Zauważyłam, że jak na swoje gabaryty chodzi bardzo lekko. Obszedł wóz i otworzył drzwi od mojej strony, po czym wyciągnął rękę, żeby mi pomóc.

- Dam sobie radę - stwierdziłam. Wyskoczyłam z samochodu i od razu wylądowałam w głębokiej kałuży.

Thistle łasił się do mnie i znów serdecznie mnie polizał, zanim pobiegł i zaczął węszyć po podjeździe, rad z powrotu na znane sobie terytorium.

Uniosłam wzrok. W świetle księżyca wyraźnie odznaczały się ostre zarysy rezydencji Kinnaird. Strome dachy i wyniosłe kominy rzucały cienie wśród nocy. Za wysokimi kratkowanymi oknami osadzonymi w surowych kamiennych murach migotały ciepłe światła.

Cal sięgnął po moją torbę leżącą na tylnym siedzeniu land rovera i poprowadził mnie naokoło budynku do drzwi na tyłach.

- Wejście dla służby - mruknął, wycierając buty o wycieraczkę wyłożoną przed drzwiami. - Jedynie dziedzic, jego rodzina i zaproszeni goście korzystają z tego od frontu.

- Jasne - powiedziałam.

Kiedy wchodziliśmy, ze środka buchnęło rozkoszne ciepło.

- Gorąco jak w piecu - gderał Cal, kiedy szliśmy korytarzem mocno pachnącym świeżą farbą. - Żona dziedzica kazała zamontować jakiś wspaniały system ogrzewania i Beryl nie nauczyła się jeszcze nim sterować. Beryl! - zawołał, prowadząc mnie do wielkiej ultranowoczesnej kuchni, oświetlonej mnóstwem lamp reflektorowych.

Aż musiałam zmrużyć oczy, żeby wzrok przyzwyczaił się do tej jasności. Na środku stała błyszcząca wyspa, a po bokach gładkie szafki i coś, co wyglądało na szalenie eleganckie piecyki.

- Bardzo stylowo - pochwaliłam.

- Tak, rzeczywiście. Szkoda, że nie widziałaś tego miejsca, zanim umarł stary dziedzic. Ale podobno za szafkami były zbierający się od ponad stu lat brud i spory klan myszy. Tylko że wszystkie te zmiany na nic, jeśli Beryl nie zdoła nauczyć się korzystać z tych nowomodnych pieców. Gotowała na starej kuchence, odkąd tu pracuje, a żeby używać tych dwóch fikuśnych urządzeń, trzeba mieć dyplom z informatyki.

Kiedy mówił, weszła elegancka szczupła kobieta o ostrych rysach i białych jak śnieg włosach upiętych w kok nad karkiem. Czułam, że niebieskie oczy osadzone po bokach orlego nosa oceniają mnie surowo.

- Panna D'Apli?se, jak sądzę? - spytała. Jej melodyjny głos tylko leciutko zdradzał szkocki akcent.

- Tak, ale proszę mówić po prostu Tiggy.

- A do mnie Beryl. Jak wszyscy.

Przemknęło mi przez myśl, że to imię do niej nie pasuje. Kojarzyło mi się z typem matczynym o wielkich piersiach, rumianych policzkach i dłoniach tak spracowanych i dużych jak patelnie, którymi codziennie ktoś taki żongluje. Tymczasem stała przede mną przystojna, poważna kobieta w nienagannie skrojonej czarnej sukience gospodyni.

- Dziękuję za dzisiejszy nocleg. Mam nadzieję, że nie robię zbyt wielkiego kłopotu. Na pewno ma pani dość zajęć - wybąkałam skrępowana jak dziecko zwracające się do dyrektorki szkoły. Beryl miała w sobie coś, co nakazywało traktować ją z najwyższym szacunkiem.

- Jesteś głodna? Ugotowałam zupę. To właściwie jedyne, co jestem w stanie przygotować, zanim rozpracuję programy tych nowych kuchenek. - Uśmiechnęła się kwaśno do Cala. - Dziedzic mówił, że jesteś weganką. Czy marchewka z kolendrą będą w porządku?

- Jak najbardziej, dziękuję.

- To ja już was zostawię - wtrącił Cal. - Z wczorajszego polowania mam w szopie kilka jelenich łbów do obrobienia. Dobranoc, Tiggy, śpij dobrze.

- Dziękuję, Cal, ty też - odparłam, tłumiąc odruch wymiotny po tym, co przed chwilą powiedział.

- Zaprowadzę cię na górę do twojej sypialni - powiedziała szorstko Beryl, dając gestem znać, że mam iść za nią.

W końcu korytarza skręciłyśmy do wspaniałego holu z kamienną posadzką. Był tam imponujący kamienny kominek, nad którym wisiała głowa jelenia z ogromnymi rogami. Beryl poprowadziła mnie na górę schodami świeżo pokrytymi wykładziną. Ściany były ozdobione portretami przodków rodziny Kinnairdów. Potem szłyśmy szerokim korytarzem na górze. Wreszcie Beryl otworzyła drzwi dużego pokoju utrzymanego w łagodnej beżowej tonacji. Na honorowym miejscu stało ogromne łoże z baldachimem, z zasłoną udrapowaną z materiału w czerwoną szkocką kratę. Przy kominku stały skórzane fotele z miękkimi poduszkami, a dwie stare mosiężne lampy na stolikach nocnych z politurowanego na błysk mahoniu dawały miękkie światło.

- Jak tu pięknie - szepnęłam. - Czuję się jak w pięciogwiazdkowym hotelu.

- Starszy dziedzic sypiał tu aż do dnia śmierci, ale teraz pewnie nie poznałby tego pokoju, a zwłaszcza łazienki. - Beryl wskazała na drzwi po lewej stronie. - Używał tego pomieszczenia jako przebieralni. Pod koniec wstawiłam tam toaletę. Wiesz, łazienka była na drugim końcu korytarza.

Gospodyni westchnęła ciężko. Widząc wyraz jej twarzy, domyśliłam się, że jest myślami w przeszłości - za którą najwyraźniej tęskniła.

- Pomyślałam, że mogłabym posłużyć się tobą jako królikiem doświadczalnym. Jeśli nie masz nic przeciw temu, wypróbuj ten apartament, sprawdź, czy coś jest jeszcze nie tak - kontynuowała. - Będę wdzięczna, jeśli weźmiesz prysznic i powiesz mi, jak długo trzeba czekać, aż zacznie płynąć ciepła woda.

- Z przyjemnością. Tam gdzie teraz mieszkam, ciepła woda to rzadkość.

- No dobrze, nadal czekamy na stół do jadalni, który jest w renowacji, dlatego najlepiej będzie, jeśli przyniosę ci tacę z jedzeniem tutaj.

- Zrób tak, jak ci najwygodniej.

Skinęła głową i wyszła z pokoju. Usiadłam na brzegu materaca, który wydawał się bardzo wygodny, i zamyśliłam się nad tym, że nie jestem w stanie rozszyfrować Beryl. I ten dom... tak luksusowe warunki to ostatnie, czego mogłam się tu spodziewać. W końcu wstałam z łóżka i zajrzałam do łazienki. Zobaczyłam podwójną umywalkę z marmurowym blatem, wolno stojącą wannę i kabinę z wielkim okrągłym prysznicem w górze. Po miesiącach kąpieli w poobijanej emaliowanej wannie u Margaret wprost nie mogłam doczekać się, kiedy pod niego wskoczę.

- To raj - szepnęłam.

Zrzuciłam ubranie, puściłam wodę i nieprzyzwoicie długo stałam w jej ciepłym strumieniu. Potem wyszłam, wytarłam się i włożyłam cudownie puchaty szlafrok, który wisiał na drzwiach. Wycierając ręcznikiem swoje niesforne loki, wróciłam do sypialni, gdzie zastałam Beryl, która właśnie stawiała tacę na stoliku obok jednego ze skórzanych foteli.

- Przyniosłam ci trochę domowego syropu z kwiatów czarnego bzu do zupy.

- Dziękuję. A właśnie! Woda od razu była gorąca.

- To dobrze. No to zostawię cię, żebyś spokojnie zjadła. Śpij dobrze, Tiggy - powiedziała i wyszła z pokoju.

2

Zza grubych kotar nie docierał do środka nawet promień światła, kiedy po omacku szukałam przycisku, by włączyć lampę i zobaczyć, która godzina. O dziwo, była już prawie ósma. Co za leniuchowanie jak na kogoś, kto wstaje zwykle o szóstej, by nakarmić zwierzęta! Wygramoliłam się z ogromnego łoża i poszłam odsłonić okno, za którym ukazał się niesamowicie piękny widok.

Dom leżał na wzgórzu opadającym łagodnie do wijącej się w dolinie wąskiej rzeki. Dalej teren zaczynał się wznosić znowu aż do pasma gór, których szczyty pokrywał błyszczący niczym lukier śnieg. W porannym słońcu cały krajobraz mienił się od szronu. Otworzyłam niedawno pomalowane okno, by odetchnąć pełną piersią górskim powietrzem. Pachniało świeżością, z małą nutką wilgoci jesiennych traw i liści, które rozkładały się, by użyźnić ziemię przed kolejną wiosną.

Chciałam pobiec i zanurzyć się w tym cudownym świecie natury w najlepszym wydaniu. Włożyłam szybko dżinsy, sweter i kurtkę narciarską, czapkę, a na nogi solidne botki i ruszyłam na dół do drzwi frontowych. Nie były zamknięte, a kiedy znalazłam się na zewnątrz, aż dech mi zaparło z zachwytu. Przede mną roztaczał się rajski krajobraz, nieskażony ręką człowieka.

- To wszystko moje - szepnęłam, idąc po szorstkiej zmarzniętej trawie przed domem.

Z lewej strony wśród drzew coś zaszeleściło. Dostrzegłam młodą sarnę kasztanowej cętkowanej maści; miała sterczące uszy i długie rzęsy. Zwierzę natychmiast czmychnęło w lekkich podskokach. Choć teren wydzielony dla jeleni, którymi opiekowała się Margaret, był duży i starała się zapewnić im warunki jak najbardziej zbliżone do naturalnych, to jednak zwierzęta żyły tam za ogrodzeniem. Tu, w Kinnaird, miały tysiące hektarów, po których mogły swobodnie wędrować. Oczywiście nie były całkiem bezpieczne. Nawet jeśli nie grozili im już dawni naturalni wrogowie, to teraz największe niebezpieczeństwo stwarzali dla nich ludzie, myśliwi.

Pomyślałam, że w przyrodzie zawsze jest ryzyko. Dotyczy to również ludzi, mieniących się panami życia na Ziemi. Z całą naszą arogancją uważamy się za niezwyciężonych. A przecież tyle razy widzieliśmy, jak podczas tornada czy huraganu bogowie jednym podmuchem wiatru potrafią zmieść z powierzchni naszej planety tysiące ludzkich istot.

W połowie zbocza zatrzymałam się przy płynącym wartko strumieniu, który wezbrał po nocnym deszczu. Oddychając głęboko, rozejrzałam się.

Czy chciałabym tu przez jakiś czas pomieszkać?

Tak, tak, tak! - zabrzmiała wewnętrzna odpowiedź.

Jednak nawet mnie to miejsce wydawało się całkowicie odcięte od cywilizacji. To był naprawdę inny świat. Wiedziałam, co powiedzą moje siostry - że chyba zwariowałam, by zakopać się na takim pustkowiu, podczas gdy powinnam spędzać więcej czasu między ludźmi, a najlepiej w towarzystwie odpowiednich kawalerów - tylko że mnie się to wcale nie uśmiechało. Wśród dzikiej przyrody czułam, że żyję, moje zmysły się wyostrzały, doświadczałam euforii, jakbym unosiła się ponad ziemią i stawała się częścią wszechświata. Wiedziałam, że tu, w Kinnaird, moje wewnętrzne ja, które tak skrzętnie ukrywałam, może rozkwitnąć i umacniać się, gdy będę budzić się co rano blisko tego magicznego wąwozu.

- Co byś powiedział na to, gdybym na jakiś czas została w Kinnaird, Pa? - rzuciłam w niebo, rozpaczliwie pragnąc kontaktu z tym, którego kochałam najbardziej w świecie.

Lecz i tym razem odpowiedziała mi głucha cisza. Nie poczułam nic, ani fizycznie, ani duchowo. To było bardzo smutne.

Kilkaset metrów od domu zobaczyłam ze skalnego urwiska gęsty las w dole. Wydawał się niedostępny, ale kiedy spróbowałam, okazało się, że zejście nie jest takie trudne. Idealne warunki dla Molly, Igora, Posy i Polsona - naszych czterech dzikich kotów.

Pospacerowałam tam trochę. Wiedziałam, że zalesione zbocze z tyłu da kotom poczucie bezpieczeństwa, potrzebne, by odważyły się na wędrówki, a z czasem może i na założenie rodzin. Z domu i zabudowań można było tu dotrzeć w dziesięć minut - więc było dość blisko, bym mogła codziennie dokarmiać naszych podopiecznych, nawet w środku zimy. Zadowolona ze swojego wyboru, wspięłam się na wąską wyboistą ścieżkę, która najwyraźniej była drogą dojazdową do wąwozu.

Nagle usłyszałam zbliżający się warkot silnika, obejrzałam się więc i zobaczyłam, jak z okna land rovera wychyla się Cal.

- Tu jesteś! - Popatrzył na mnie z wyraźną ulgą. - Gdzieś ty się nam zapodziała? Beryl dawno przygotowała śniadanie, ale kiedy poszła cię zawołać, nie zastała cię w pokoju. Była przekonana, że nocą porwał cię MacTavish Zuchwały, nasz duch rezydent.

- O rany, naprawdę przepraszam, Cal. To taki piękny ranek. Poszłam pozwiedzać trochę okolicę. Znalazłam też idealne miejsce na zbudowanie zagrody dla kotów. Tam. - Wskazałam na zbocze.

- W takim razie może opłaciło się to całe zamieszanie z Beryl i śniadaniem. Poza tym pewnie nie zaszkodzi jej trochę emocji, żeby się nie nudziła. - Cal mrugnął do mnie. - Oczywiście, problem w tym, że ona uważa się tu za prawdziwą panią domu. Zresztą nie mogę zaprzeczyć, pod wieloma względami nią jest. Wskakuj. Podwiozę cię.

Wsiadłam do samochodu i ruszyliśmy.

- Te drogi robią się bardzo zdradliwe, kiedy pada śnieg - ostrzegł mnie Cal.

- Całe życie mieszkałam w Genewie, jestem przyzwyczajona do jazdy po śniegu.

- To dobrze, bo będziesz go tu widziała sporo przez wiele miesięcy. Popatrz, za tą polanką chowają się między brzozami na noc byki.

- Wygląda to na dość marną kryjówkę - powiedziałam, patrząc na wątłe drzewka.

- Tak, i w tym problem. Większość lasów w wąwozie została wycięta. Staramy się je odbudować, ale trzeba grodzić szkółki, bo inaczej jelenie wyjadają sadzonki. To wielkie wyzwanie dla nowego dziedzica. Och, nie, Beryl...

Coś straszliwie zazgrzytało, kiedy przerzucał bieg. Land rover zatrząsł się, ale po chwili znów pojechał gładko.

- Beryl? - powtórzyłam zdziwiona.

- A jak? - Zaśmiał się. - Nadałem tej maszynie imię od naszej gospodyni. Ten wóz jest tak twardy jak stare buciory i zwykle niezawodny, mimo tej czkawki.

Kiedy wróciliśmy do domu, przeprosiłam bardzo Beryl za to, że znikłam przed śniadaniem. Po czym uznałam, że wypada zjeść przygotowane mi przez nią kanapki z pastą marmite - "zamiast śniadania", które mnie ominęło. A naprawdę nie jestem entuzjastką marmite.

- Chyba mnie nie lubi - mruknęłam do Cala, kiedy poszła do kuchni, a on pomagał mi w opróżnianiu talerza.

- Nie, Tig, ta biedna kobieta jest po prostu zestresowana - zauważył słusznie, miażdżąc potężnymi szczękami kolejne porcje pociętych na trójkąty kanapek. - Powiedz, o której chcesz wracać? Najbliższy odjazd masz o trzeciej dwadzieścia dziewięć, ale sama decyduj.

Nagle odezwał się dzwonek telefonu, ale zaraz ucichł. Zanim zdołałam odpowiedzieć Calowi, z kuchni wróciła Beryl.

- Dziedzic chce z tobą mówić, Tiggy. Możesz teraz podejść do telefonu? - spytała.

- Oczywiście.

Popatrzyłam na Cala i wzruszyłam ramionami, po czym poszłam za gospodynią tylnym korytarzem do małego pokoju, który najwyraźniej służył za biuro.

- Zostawię cię samą - rzuciła, wskazując słuchawkę leżącą na biurku.

- Halo? - powiedziałam do telefonu, gdy za Beryl zamknęły się drzwi.

- Cześć, Tiggy. Przepraszam, że nie mogłem dołączyć do ciebie w Kinnaird. Miałem w szpitalu kilka nagłych przypadków, którymi trzeba się było zająć.

- Nie ma sprawy, Charlie - skłamałam, bo byłam rozczarowana.

- No i co myślisz o Kinnaird?

- Sądzę... że to jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, jakie widziałam. Oszałamiające, naprawdę, Charlie. A przy okazji, myślę, że znalazłam idealne siedlisko dla kotów.

- Naprawdę?

- Tak.

Opowiedziałam mu, o który fragment posiadłości mi chodzi i dlaczego mój wybór byłby taki, a nie inny.

- Jeśli tak uważasz, to na pewno masz rację. A co z tobą? Masz ochotę z nimi przyjechać?

- No... bardzo mi się tu podoba - przyznałam, uśmiechając się do słuchawki. - Zresztą to mało powiedziane. Po prostu zakochałam się w tym miejscu.

- I jesteś skłonna jakiś czas tam pomieszkać?

- Tak - odparłam bez wahania. - Zdecydowanie.

- No to... cudownie! Zwłaszcza Cal będzie w siódmym niebie. Zdaję sobie sprawę, że nie omówiliśmy jeszcze dokładnie warunków, również finansowych, ale zgodzisz się, żebym napisał ci o tym w mailu? Moglibyśmy na początek zawrzeć umowę na trzy miesiące, jak myślisz?

- Tak, oczywiście. Przeczytam maila i dam ci odpowiedź.

- Wspaniale. Następnym razem chętnie sam ci wszystko pokażę. Mam nadzieję, że Beryl ugościła cię jak należy?

- Jak najbardziej.

- Świetnie. No to wysyłam ci maila i jeśli zgodzisz się przyjechać pracować do Kinnaird, to może najlepiej, żebyś przeniosła się tam razem z kotami na początku grudnia?

- Byłoby idealnie.

Po uprzejmym pożegnaniu skończyłam rozmowę, zastanawiając się, czy właśnie podjęłam najlepszą, czy najgorszą decyzję w życiu.

Kiedy podziękowałam Beryl za gościnność, Cal pokazał mi drewnianą, prostą, ale uroczą chatę, którą miałam z nim dzielić, jeśli przyjmę tę pracę. Potem wsiedliśmy do land rovera i ruszyliśmy na stację w Tain.

- No to jak, przyjeżdżasz z kotami czy nie? - zapytał prosto z mostu Cal.

- Przyjeżdżam.

- Bogu niech będą dzięki! - Z radości walnął w kierownicę. - Niańczenie kotów to ostatnie, czego mi tu trzeba. Mam dość na głowie i bez tego.

- Przyjadę z nimi w grudniu. Co oznacza, że musisz zorganizować budowę ich zagrody.

- Dobra, w takim razie będę potrzebował od ciebie dokładnych wskazówek, jak to ma wyglądać. Ale to świetna wiadomość, że tu będziesz. Jesteś pewna, że wytrzymasz na tym odludziu? - spytał, kiedy jechaliśmy po wyboistej drodze prowadzącej z posiadłości. - Nie każdy potrafi żyć na takim pustkowiu.

W tej chwili słońce postanowiło wychylić się zza chmury, rzucając promienie na spowity tajemniczą mgłą wąwóz pod nami.

- Ależ tak, Cal. - Uśmiechnęłam się do niego, czując rozpierającą mnie radość. - Wiem, że dam radę.

3

Następny miesiąc minął w okamgnieniu. Było w nim wiele smutnych pożegnań, bo Margaret i ja musiałyśmy rozstać się z naszymi ukochanymi zwierzętami. Jeleń, dwie rude wiewiórki, jeże, sowy i nasz ostatni osiołek zostały rozwiezione do swoich nowych domów. Margaret przyjmowała to dużo spokojniej ode mnie - ja wypłakiwałam oczy po każdym z nich.

- Taka już kolej rzeczy, Tiggy. W życiu jest mnóstwo powitań i pożegnań. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej - radziła.

Cal stale kontaktował się ze mną mailowo i telefonicznie w sprawie zagrody dla dzikich kotów. Wynajął firmę, która ją budowała.

- Nie powinienem narażać nas na wydatki - powiedział. - Ale dziedzic wystąpił o dotację. Zależy mu, żeby koty się rozmnożyły.

Ze zdjęć, które mi przysłał, widziałam, że budują to porządnie - przestronne pomieszczenia połączone wąskimi tunelami wśród drzew i zarośli, gdzie przygotowano specjalne kryjówki dla kotów. W sumie miały być cztery pawilony, żeby każdy miał swoje terytorium, a samice mogły zostać oddzielone od samców, w razie gdyby były kotne.

Pokazałam Margaret te zdjęcia, kiedy siedziałyśmy, popijając sherry w nasz ostatni wspólny wieczór.

- Boże! - Zaśmiała się. - Dałoby się tu pomieścić wygodnie kilka żyraf, a co dopiero mówić o kilku cherlawych kotach.

- Charlie najwyraźniej śmiertelnie poważnie podszedł do programu rozmnażania gatunku.

- Trzeba przyznać, że jest perfekcjonistą, ten nasz Charlie. Szkoda, że za młodu został tak brutalnie odarty z marzeń. Myślę, że nigdy się z tego do końca nie podniósł.

Nastawiłam ciekawie uszu.

- Z czego?

- Nie powinnam o tym wspominać, ale sherry rozwiązało mi język. Powiedzmy, że nie miał szczęścia w miłości. Dziewczyna rzuciła go dla innego, a on ożenił się z tą swoją damą, żeby się odegrać.

- Znasz jego żonę?

- Spotkałam ją tylko raz, podczas ich ślubu ponad szesnaście lat temu. Zamieniłyśmy kilka słów, ale nie spodobał mi się jej styl. Oczywiście, jest bardzo piękna, ale, jak w bajkach, fizyczne piękno nie zawsze idzie w parze z tym wewnętrznym, a jeśli chodzi o kobiety, Charlie zawsze był naiwny. Ożenił się, kiedy miał dwadzieścia jeden lat, studiował wtedy na trzecim roku medycyny w Edynburgu.

Margaret westchnęła.

- Ona już była w ciąży, miała urodzić ich córkę Zarę. Sądzę, że całe życie Charliego do tamtej pory było reakcją na zachowanie ojca. Medycyna i małżeństwo stanowiły ucieczkę. Może teraz wreszcie nadszedł jego czas. - Dopiła ostatni łyk sherry. - Należy mu się.

*

Następnego ranka starałam się opanować sytuację na tylnym siedzeniu Beryl - land rovera - gdzie były Molly, Igor, Posy i Polson. Pomiaukiwały i syczały niezadowolone w swoich klatkach. Załadowanie do nich kotów było nie lada zadaniem. Mimo grubej bluzy i mocnych roboczych rękawic miałam kilka głębokich zadrapań na nadgarstkach i dłoniach. Choć szkockie dzikie koty są mniej więcej tej samej maści i wielkości co zwyczajne dachowce, podobieństwo na tym się kończy. Nie nazywa się ich "górskimi tygrysami" bez przyczyny. Polson, na przykład, miał zwyczaj gryźć najpierw, a potem zastanawiać się, o co chodzi.

Mimo narowistego charakteru kochałam je wszystkie. Były iskierką nadziei w świecie, w którym tyle lokalnych gatunków znikło bez śladu. Margaret mówiła mi, że aby zapobiec ich krzyżowaniu się z kotami domowymi, w Szkocji prowadzi się wiele programów mających na celu wyhodowanie czystej rasy kociąt, by potem osiedlać je w naturalnym środowisku. Kiedy wbrew gwałtownym protestom zamykałam je w klatkach, czułam, że na moich barkach spoczywa wielka odpowiedzialność - miałam chronić przyszłość tej czwórki.

Alicja, mój ukochany jeż - nazwana tak, bo wpadła do króliczej nory jako osesek, a ja uratowałam ją z zębów psa, który ją stamtąd wyciągnął - miała jechać na przednim siedzeniu w tekturowym pudełku, obok plecaka zawierającego skromny zestaw moich ubrań.

- Gotowa? - zapytał Cal, który już siedział za kierownicą i chciał jak najszybciej ruszać.

- Tak - rzuciłam, wiedząc, że teraz czeka mnie najtrudniejsze: musiałam wrócić i pożegnać się z Margaret. - Dasz mi jeszcze pięć minut?

Cal zrozumiał. W milczeniu skinął głową, a ja pobiegłam do domku.

- Margaret? Gdzie jesteś? Margaret?

Nie mogłam jej nigdzie znaleźć, w końcu wyszłam i zobaczyłam ją siedzącą na ziemi pośrodku pustej zagrody kotów. Guinness i Button stali po bokach niczym warta. Margaret ukryła twarz w dłoniach, jej ramiona drżały.

- Margaret? - Podeszłam do niej, przyklękłam i objęłam ją. - Nie płacz, bo i ja się rozpłaczę.

- Nie potrafię się opanować, kochanie. Próbowałam być dzielna, ale dzisiaj... - Opuściła ręce. Zobaczyłam, że ma czerwone oczy. - Dzisiaj, kiedy koty i ty wyjeżdżacie, naprawdę kończy się pewna epoka.

Wyciągnęła swoją sękatą, pokręconą od reumatyzmu dłoń. W bajkach takie mają złe wiedźmy, ale mnie ręce Margaret kojarzyły się z czymś wręcz przeciwnym - z samym dobrem.

- Byłaś dla mnie jak wnuczka, Tiggy, nigdy nie zdołam odwdzięczyć ci się za opiekę nad moimi zwierzętami, kiedy mnie zabrakło sił, by się nimi zajmować. Dzięki tobie przeżyły i były zdrowe.

- Niedługo przyjadę odwiedzić cię w twoim nowym domu, słowo. Przecież w końcu nie będziemy tak daleko od siebie. - Jeszcze raz ją objęłam i uściskałam na pożegnanie. - Cudownie było tu pracować i tyle się nauczyłam. Dziękuję ci, Margaret.

- Cała przyjemność po mojej stronie. A skoro już mowa o nauce, nie zapomnij odezwać się do Chilly'ego, kiedy będziesz w Kinnaird. To stary Cygan, który mieszka na terenie posiadłości, i prawdziwa kopalnia wiedzy na temat ziół, którymi można leczyć zwierzęta i ludzi.

- Na pewno się z nim spotkam. Do zobaczenia, Margaret. - Wstałam i wiedząc, że zaraz sama się rozpłaczę, pomaszerowałam pospiesznie do bramy, gdzie czekał na mnie Cal.

- Postaraj się, żeby te nasze koty dochowały się kilku ślicznych kociąt, dobrze?! - zawołała Margaret, a ja pomachałam jej ostatni raz, wdrapałam się na siedzenie Beryl i wyruszyłam, by zacząć nowy rozdział w swoim życiu.

*

- To twój pokój, Tig - powiedział Cal, rzucając mój plecak na podłogę.

Rozejrzałam się po małym wnętrzu. Niski sufit znaczyły pęknięcia i nierówności tynku, jakby już miał trochę dość dźwigania na sobie ciężaru dachu. W chacie panował lodowaty chłód, a warunki były spartańskie, nawet w porównaniu ze standardem, do jakiego przywykłam, ale przynajmniej miałam łóżko. I komodę z szufladami, na której postawiłam pudełko z Alicją, nadal zamkniętą w środku.

- Może przyniosę tu też jej klatkę? - zaproponował Cal. - Nie dam sobie z nią rady w pokoju dziennym. Jeśli uciekłaby w nocy, mógłbym ją jeszcze rozdeptać w drodze do łazienki! Czy ona nie powinna spać o tej porze roku?

- W warunkach naturalnych tak, ale bałabym się ryzykować - wyjaśniłam. - Nie przybrała dość na wadze, odkąd ją odratowałam, i nie przetrwałaby zimy. Muszę pilnować, żeby miała ciepło i jadła ile trzeba.

Cal przyniósł klatkę, a ja po przeniesieniu Alicji do jej "domku" dałam jej torebkę ulubionego kociego jedzenia. Potem poczułam się tak zmęczona, że usiadłam ciężko na łóżku. Marzyłam, żeby się położyć.

- Bardzo dziękuję za pomoc, Cal. Sama nie dałabym rady zwieźć kotów do zagród na dole.

- Nie ma sprawy. - Zmierzył mnie wzrokiem. - Jesteś jak elfik. Chyba nie będę ci kazał asystować w reperowaniu płotów i rąbać drewna na opał.

- Jestem silniejsza, niż ci się zdaje - skłamałam bojowo.

Bo tak naprawdę nie byłam. W każdym razie nie fizycznie.

- Dobra, dobra, nie wątpię, że masz inne atuty, Tig. - Cal wskazał na zimny pokój o gołych ścianach. - W tym domu przyda się odrobina damskiej ręki - dodał. - Ja nie mam o takich rzeczach pojęcia.

- Na pewno można zrobić coś, żeby było tu bardziej przytulnie.

- Chcesz coś zjeść? W lodówce jest trochę potrawki z sarniny.

- Eee, nie, dziękuję. Jestem weganką, pamiętasz?

- Oczywiście. No dobrze. - Wzruszył ramionami i potężnie ziewnął. - Może powinnaś się przespać.

- Chyba tak.

- W łazience jest wanna, jakbyś chciała się pomoczyć. Ja zaczekam, aż ty skorzystasz z pierwszej porcji ciepłej wody.

- Naprawdę nie trzeba. Od razu idę spać - odparłam. - Dobranoc, Cal.

- Dobranoc, Tig.

Wreszcie drzwi zamknęły się za nim, a ja opadłam na zdradziecko wygodny, dobrze wyrobiony materac, naciągnęłam na siebie kołdrę i natychmiast usnęłam.

*

Obudziłam się o szóstej - z zimna i dzięki mojemu wewnętrznemu budzikowi. Zapaliłam światło i zobaczyłam, że na zewnątrz nadal panuje nieprzenikniona ciemność, a na szybach w środku osiadł lód.

Nie musiałam się ubierać, bo nadal miałam na sobie bluzę i brudne dżinsy, włożyłam tylko dodatkowy sweter, botki, czapkę i kurtkę narciarską. Weszłam do pokoju dziennego z przyjemnym głębokim kominkiem. Złapałam latarkę, która - jak pokazał mi poprzedniego dnia Cal - wisiała na haczyku przy drzwiach, włączyłam ją i zebrałam się na odwagę, by wyjść na zewnątrz. Kierując się jej światłem i pamięcią, poszłam do dużej stodoły, gdzie mieściła się chłodnia. Wzięłam stamtąd tusze gołębi i królików dla kotów. W środku zauważyłam Thistle'a. Spał na beli siana w rogu. Widząc mnie, wstał i przeciągnął się sennie, zanim podbiegł się przywitać na swoich nieprawdopodobnie długich łapach; obwąchał szpiczastym nosem moją wyciągniętą dłoń. Kiedy zajrzałam w jego mądre brązowe oczy otoczone szarą sierścią - jakby krzaczastymi brwiami - serce mi zmiękło.

- Chodź. Zobaczymy, czy znajdzie się tu coś do zjedzenia i dla ciebie.

Wybrałam mu soczystą kość, wzięłam posiłek kotów i wyszłam. Thistle próbował przecisnąć się na zewnątrz za mną, ale z przykrością wepchnęłam go z powrotem do stodoły.

- Może innym razem, kochanie - powiedziałam.

Nie mogłam ryzykować, że spłoszy mi koty już pierwszego dnia po przyjeździe.

Ruszyłam po zmarzniętej trawie i po chwili szłam już w dół zbocza w kierunku zagród. Niebo było czarne jak atrament, jeszcze takiego nigdy nie widziałam. Ciemności nie rozpraszało żadne światło, które docierałoby tu z jakichś odległych gospodarstw. Korzystając z latarki, dotarłam na dół do pawilonów.

- Molly? - szepnęłam w ciemność. - Igor? Posy? Polson?

Odruchowo nacisnęłam klamkę, ale zaraz przypomniałam sobie, że tutaj, w miejscu gdzie w przyszłości mogą zaglądać turyści, jest urządzenie z kodem, by nikt niepowołany nie wszedł do zagrody i nie niepokoił kotów. Skupiłam się, żeby przypomnieć sobie kombinację cyfr, którą podał mi Cal, i wybrałam ją. Za trzecim podejściem się udało i bramka się otworzyła. Zamknęłam ją za sobą.

Znów zawołałam koty po imieniu, ale bez skutku. Nie usłyszałam najlżejszego stąpnięcia łapą czy szelestu liścia. Mając cztery ogromne pawilony, koty mogły być wszędzie i najwyraźniej się pochowały. Prawdopodobnie dąsały się na mnie.

- Hej, to ja, Tiggy - szepnęłam w kompletną ciszę, a z moich ust popłynął obłoczek pary. - Jestem tu, nie ma się czego bać. Nic wam nie grozi, przysięgam. Jestem z wami.

Cofnęłam się i czekałam, czy odpowiedzą na mój głos. Nic się nie stało, więc przeszukałam wszystkie pawilony i nasłuchiwałam tak długo, jak mogłam wytrzymać, po czym położyłam łupy, wyszłam przez bramkę i wspięłam się z powrotem na wzgórze.

*

- Gdzieś ty się zerwała tak wcześnie? - zapytał Cal, który wynurzył się z małej kuchenki z parującymi kubkami herbaty dla nas obojga.

- Poszłam zobaczyć, co u kotów, ale się nie pokazały. Biedactwa są pewnie przerażone, ale przynajmniej usłyszały mój głos.

- Jak wiesz, niespecjalnie lubię koty. Są samolubne, drapią - marudził Cal. - To antyspołeczne niewdzięczniki, ich lojalność zależy od tego, kto je karmi. Co innego psy, jak Thistle, takie mogę przyjąć zawsze.

- Widziałam go rano w stodole, dałam mu kość z chłodni - przyznałam się, popijając mocny napar. - Zawsze tam śpi?

- Tak, to pies pracujący, mówiłem, nie jakiś tam rozpieszczony miejski kanapowiec.

- Nie mógłby czasem spać w chacie? Tam jest okropnie zimno.

- Och, Tig, jesteś za miękka. On jest do tego przyzwyczajony - upomniał mnie łagodnie Cal, idąc z powrotem do kuchni. - Chcesz grzankę z dżemem?!

- Z przyjemnością, poproszę! - odkrzyknęłam. Poszłam do swojego pokoju i klęknęłam przy klatce Alicji, by otworzyć jej drzwiczki. Ze środka małej drewnianej chatki, w której lubiła się zakopywać, popatrywały bystre oczka. Jedna z jej malutkich łapek połamała się podczas upadku do króliczej nory i nie zrosła się jak należy. Jeżyk kuśtykał po swojej klatce jak emeryt, choć miał zaledwie parę miesięcy.

- Dzień dobry, Alicjo - szepnęłam. - Jak ci się spało? Co byś powiedziała na kawałek ogórka?

Wróciłam do kuchni, by wziąć ogórek z lodówki, która - jak zauważyłam - wymagała solidnego szorowania, by usunąć zielonkawy osad i pleśń z tylnej ścianki i półek. Widziałam też, że w zlewie przewalają się brudne garnki i patelnie. Wyciągnęłam grzankę z opiekacza i na sfatygowanym blacie, na którym zebrały się okruchy chyba z całego tygodnia, posmarowałam ją margaryną.

Typowy mężczyzna, pomyślałam. Choć nie miałam obsesji na punkcie czystości, to tutaj było poniżej poziomu, który mogłabym tolerować, i aż paliłam się, żeby wziąć się do porządków. Po nakarmieniu Alicji usiadłam z Calem przy niewielkim stole w rogu pokoju dziennego, żeby zjeść grzankę.

- No to co zwykle dajesz kotom z rana? - zapytał.

- Dziś wrzuciłam im gołębie i parę królików, które dla nich przywiozłam.

- Mam dla ciebie trochę serc jelenich w zamrażarce. Pokażę ci. Są w szopie na podwórzu, za domem.

- Będą zachwycone, Cal, dzięki.

- Nie rozumiem, Tig. Mówisz, że jesteś weganką, jak więc dajesz radę codziennie dotykać padliny?

- To naturalne. Ludzie są dość wykształceni, by dokonywać świadomych decyzji co do swojej diety, i mamy spory wybór. Zwierzęta są go pozbawione. Alicja je mięso, bo to właściwe dla jej gatunku, podobnie jak dla kotów. Po prostu tak jest, choć muszę przyznać, że niespecjalnie zachwyca mnie podawanie im jelenich serc. W sercu mieści się dusza każdego z nas, prawda?

- Wolę tego nie komentować. Jestem mężczyzną i lubię czuć smak czerwonego mięsa między zębami, czy to podroby, czy najlepszy kawałek steku. - Cal pokiwał mi palcem. - I ostrzegam cię, Tig. Nigdy się nie zmienię. Jestem mięsożerny do szpiku kości.

- Obiecuję, że nie będę próbowała cię nawracać, ale nie przyrządzę ci gulaszu z jagnięciny i różnych takich rzeczy.

- Poza tym myślałem, że wy, Francuzi, uwielbiacie czerwone mięso?

- Jestem Szwajcarką, nie Francuzką, więc może dlatego go nie lubię - odparowałam z uśmiechem.

- Margaret mówiła mi, że z ciebie to niezły spec, Tig. Masz ponoć świetny dyplom i w ogóle... Na pewno mogłabyś znaleźć sobie dobrze płatną, prestiżową robotę w jakimś laboratorium, zamiast niańczyć kilka parszywych kocurów. Co przywiało cię do Kinnaird?

- Rzeczywiście przez kilka miesięcy pracowałam w laboratorium przy zoo. Analizowałam dane. Zarabiałam niezłe pieniądze, ale czułam się fatalnie. A w końcu to, jak się czujesz, jest najważniejsze, prawda?

- Pewnie, biorąc pod uwagę, ile mi płacą za te wszystkie godziny pracy, przy której można połamać sobie gnaty, to chciałbym w to wierzyć! - Roześmiał się basem. - No nic, dobrze, że tu jesteś, cieszę się, że będę miał towarzystwo.

- Myślałam, że dziś może zrobiłabym trochę porządków w chacie, jeśli nie masz nic przeciw temu.

- Na pewno się przyda. Dziękuję, Tig. Do zobaczenia.

Narzucił na siebie starą kurtkę i ruszył do wyjścia.

*

Resztę poranka spędziłam w wąwozie z kotami - a w gruncie rzeczy bez nich, bo choć wypatrywałam ich w legowiskach ukrytych głęboko w listowiu, nie zdołałam ich wypatrzeć.

- Byłoby strasznie, gdyby moi podopieczni umarli już w pierwszym tygodniu - powiedziałam do Cala, kiedy wpadł do chaty w porze lunchu po swoją ogromniastą kanapkę. - Nawet nie tknęły jedzenia.

- No, rzeczywiście - mruknął. - Ale wyglądały tak, jakby były dość tłuste, żeby lekko wytrzymać przynajmniej kilka dni głodówki. Zadomowią się, Tig.

- Mam nadzieję, naprawdę. W każdym razie muszę zrobić trochę zakupów żywnościowych, potrzebuję też środków do czyszczenia - powiedziałam. - Gdzie tu jest najbliższy sklep?

- Możemy się tam zaraz wybrać. Dam ci przy okazji lekcję jazdy. Z Beryl trzeba się trochę oswoić.

Przez następną godzinę prowadziłam Beryl i uczyłam się jej specyfiki w drodze do sklepu i z powrotem. Sklep okazał się rozczarowaniem - oferował Bóg wie ile rodzajów przeróżnych ciasteczek dla przejezdnych turystów, ale niewiele więcej. Udało mi się jednak kupić ziemniaki, kapustę i marchew, trochę solonych orzeszków i mnóstwo fasolki w puszkach, dla zapewnienia sobie białka.

Kiedy wróciliśmy do chaty, Cal zostawił mnie z zakupami. Szukałam mopa czy miotły, ale bez powodzenia. Uznałam, że nie ma rady, trzeba iść do Beryl - gospodyni - i spytać, czy ma jakiś sprzęt tego typu, który mogłaby mi pożyczyć. Ruszyłam przez podwórze do tylnego wejścia do domu. Nikt nie odpowiedział na pukanie, więc otworzyłam drzwi i weszłam.

- Beryl? Tu Tiggy! Gdzie jesteś?! - wołałam, idąc w kierunku kuchni.

- Na górze, kochanie, z nową pokojówką - dobiegł mnie głos z piętra. - Zejdę za moment. Idź, nastaw wodę w czajniku, dobrze?

Zrobiłam, jak kazała, i właśnie szukałam czajniczka, kiedy weszła z bladziutką młodą kobietą w fartuchu i gumowych rękawicach.

- To Alison, dzięki której dom będzie błyszczeć, kiedy na Boże Narodzenie przyjadą goście. Prawda, Alison? - Beryl mówiła wolno, mocno akcentując słowa, jakby ta dziewczyna miała kłopoty ze słuchem.

- Tak, pani McGurk, zrobię wszystko co trzeba.

- Świetnie, Alison. Do zobaczenia jutro rano, punkt ósma. Mamy sporo do zrobienia, zanim przyjedzie dziedzic.

- Tak jest, pani McGurk - odparła dziewczyna, wyraźnie wystraszona przez nową szefową.

Skinęła głową na pożegnanie i ulotniła się z kuchni.

- A niech mnie - rzuciła Beryl, otwierając kredens i wyjmując czajniczek. - Bóg nie obdarzył naszej Alison rozumem, a mnie nie pozostawił wielkiego wyboru, jeśli chodzi o służbę w tych stronach. Ona przynajmniej może łatwo dojść do pracy z gospodarstwa rodziców, co zimą jest bezcenne.

- Mieszkasz niedaleko stąd? - spytałam, kiedy nabierała łyżeczką herbatę i wsypywała do czajniczka.

- W domku po drugiej stronie wąwozu. Pewnie nie pijesz herbaty z mlekiem?

- Nie.

- A moje domowe kruche ciastka są dozwolone? Są na maśle. - Beryl wskazała na tacę z ponętnie wyglądającymi ciasteczkami z grubą warstwą kajmaku i polewą czekoladową. - Mleczarnia jest o krok i mogę osobiście zaświadczyć, że bardzo dba się tam o krowy.

- W takim razie dziękuję, z przyjemnością. - Uznałam, że nie pora teraz tłumaczyć, jak nowo narodzone cielęta odrywa się od matek, które właściwie stale utrzymuje się w takim stanie, jakby dopiero co się ocieliły, aby zapewnić nienaturalnie obfitą produkcję mleka dla ludzi. I że to z tym nie mogę się pogodzić. - Nie jadam przede wszystkim mięsa i ryb. Jeśli chodzi o nabiał, to czasem się wyłamuję. Uwielbiam mleczną czekoladę - przyznałam.

- Jak chyba wszyscy? - Beryl z lekkim uśmiechem podała mi kawałek ciasta na talerzu, a ja poczułam, że zrobiłyśmy mały krok do nawiązania przyjaźni, nawet jeśli stało się to kosztem moich zasad. - No i jak dajesz sobie radę w chacie?

- Nooo - zaczęłam, rozkoszując się każdym kęsem cudownie maślanego ciasta. - Właśnie przyszłam spytać, czy masz mop i miotłę, a może i odkurzacz, które mogłabym pożyczyć, żeby tam porządnie posprzątać.

- Oczywiście. Mężczyźni lubią żyć jak w chlewie, prawda?

- Niektórzy tak, choć mój ojciec był jednym z najbardziej ceniących porządek ludzi, jakich znałam. Wszystko zawsze leżało na swoim miejscu. Codziennie słał swoje łóżko, choć miał... to znaczy my mieliśmy gospodynię, która się tym u nas zajmowała.

Beryl przypatrzyła mi się uważnie, jakby na nowo próbowała oszacować mój status.

- Pochodzisz więc ze szlachty?

Tego słowa nie znałam.

- A co to znaczy?

- Przepraszam, Tiggy. Mówisz tak świetnie po angielsku. Zupełnie zapomniałam, że przecież musisz być Francuzką, co poznaję po akcencie.

- Tak naprawdę jestem Szwajcarką, ale mój rodzimy język to rzeczywiście francuski.

- Chodziło mi o to, że zastanawiam się, czy pochodzisz z klasy wyższej - wyjaśniła. - Bo powiedziałaś, że mieliście służącą.

- Nie... w każdym razie nie sądzę. Wiesz, ja i moje pięć sióstr zostałyśmy adoptowane we wczesnym dzieciństwie przez ojca.

- Tak? To bardzo ciekawe. Czy ojciec mówił wam coś o waszych prawdziwych rodzinach?

- Niestety, zmarł pięć miesięcy temu, ale każdej z nas zostawił list. W moim opisał dokładnie, skąd mnie przywiózł.

- Pojedziesz tam?

- Nie wiem. Cieszę się, że jestem, kim jestem, to znaczy z tego, kim zawsze byłam. Jak najlepiej wspominam siostry i adopcyjnego ojca.

- I nie chciałabyś tego burzyć? - domyśliła się Beryl.

- Nie. Nie sądzę.

- Ale kto wie? Może pewnego dnia postanowisz odkryć więcej. Na razie przyjmij najszczersze wyrazy współczucia z powodu śmierci taty. A mopy i miotły są w szafce w korytarzu, po lewej stronie. Weź sobie wszystko, co ci potrzebne, tylko potem przynieś z powrotem.

- Dziękuję, Beryl - powiedziałam wzruszona jej słowami na temat Pa.

- Daj mi znać, gdybyś potrzebowała czegoś jeszcze, żeby ta wasza chata stała się bardziej znośnym miejscem do życia. A teraz muszę się połączyć drogą radiową z Benem, naszą złotą rączką. Trzeba uzupełnić zapas drewna na opał dla Chilly'ego.

- Chilly to ten stary Cygan, który mieszka w posiadłości?

- Tak.

- Margaret mówiła, że powinnam go poznać.

- On się stąd nigdzie nie rusza, kochanie. Pokręcił go reumatyzm. Nie mam pojęcia, jak daje radę przetrwać zimy w wąwozie. Ale teraz ma przynajmniej chatę z bali, którą zbudował mu nowy dziedzic latem. Jest ocieplona, więc Chilly nie marznie.

- To bardzo miło ze strony Cha... dziedzica.

- Mówiłam mu, że dla bezpieczeństwa Chilly'ego naprawdę powinno się go zabrać do miasta. Problem w tym, że za każdym razem, kiedy przyjeżdżali po niego ludzie z opieki społecznej, chował się i nie można go było znaleźć. Następnym razem, jak przyjadą, już go nie ostrzegę - zaznaczyła Beryl gniewnie. - Na razie jedno z nas musi codziennie sprawdzać, co się z nim dzieje, zanosić mu jedzenie i drewno na opał. Tak jakbyśmy i bez tego nie mieli dość roboty. W każdym razie - sięgnęła po radio - muszę się tym zająć.

Znalazłam mop, miotłę i odkurzacz i potaszczyłam to wszystko przez podwórze, w czym niespecjalnie pomagał mi Thistle, który tańcował radośnie przede mną.

- Hej, Tig - dobiegł mnie głos z głębi szopy stojącej na podwórzu. - Jestem tutaj, obgotowuję parę jelenich łbów. Będziesz parzyć niedługo herbatę?

- Tak, ale musisz wyjść i ją sobie wziąć. Nie ma mowy, żebym tam weszła, kiedy to robisz! - odkrzyknęłam.

- Dzięki, dwie łyżeczki cukru, poproszę.

- Tak jest, Wasza Wysokość - odparłam. - Tylko odstawię miotłę, jeśli łaskawy pan pozwoli.

Dygnęłam pięknie, nim otworzyłam drzwi do chaty.

4

Do Bożego Narodzenia zostały zaledwie dwa tygodnie. Dni przed zimowym przesileniem były coraz krótsze. Mróz malował szyby, ale śnieg jeszcze nie spadł, a ja cieszyłam się, że udało mi się sprawić, by w chacie zrobiło się przytulniej. Następnego dnia po tym, jak pożyczyłam mop i miotłę, pojawiła się u nas Beryl z naręczem zasłon w piękne kwiatowe wzory.

- Wybierz, co ci się spodoba - powiedziała. - Wisiały w domu przed renowacją i były zbyt porządne, żeby je wyrzucić. Są też dywany, trochę nadgryzione przez mole, ale mogłyby nieco ocieplić te kamienne posadzki. Powiedz Calowi, że w stodole jest stary skórzany fotel. Ładnie by się prezentował tu, przy kominku.

- Ale z ciebie gospocha - podśmiewał się ze mnie Cal, kiedy zobaczył nowe wyposażenie jadalni.

O dziwo, spodobało mi się to urządzanie domu, bo nigdy nie miałam własnego. Polubiłam wieczory w starym skórzanym fotelu przy wielkim kominku, gdy Cal leżał na kanapie. Choć z początku ignorował Alicję, w końcu dał się jej zauroczyć; często wyjmował ją z klatki, a ona z ukontentowaniem zwijała się w kłębek na jego wielkiej dłoni. Martwiło mnie trochę, że choć nie miał nic przeciwko trzymaniu w chacie Alicji, to nadal był nieugięty, jeśli chodzi o Thistle'a.

- Jedziesz do rodziny na Boże Narodzenie? - zapytał, kiedy jedliśmy razem śniadanie, a mróz tworzył na szybach niezwykłe ramy dla widoku na wąwóz pod nami.

- Z początku myślałam, że pojadę do Szwajcarii na parę dni, ale koty są jeszcze takie niespokojne, nie sądzę, bym mogła sobie na to pozwolić. Tylko bym się o nie zamartwiała, zresztą żadna z moich sióstr w tym roku nie wybiera się do domu. Dziwnie byłoby znaleźć się tam bez nich i bez Pa.

- Gdzie one mieszkają?

- Maja, najstarsza, jest w Brazylii, Ally w Norwegii, Star na południu Anglii, CeCe najwyraźniej znów wyruszyła naprzeciw przygodzie, a Elektra, najmłodsza... może być wszędzie. Jest modelką. Pewnie o niej słyszałeś. Większość ludzi ją kojarzy.

- Chyba nie masz na myśli tej Elektry? Tej, która jest wyższa nawet ode mnie, a jej zdjęcia pojawiają się na pierwszych stronach gazet, jak półnaga prowadza się z tym rockmanem?

- Tak, to właśnie ona - potwierdziłam.

- O rany, Tig! Ale z ciebie z cicha pęk. - Przypatrzył mi się uważnie. - No nie, wcale nie jesteś do niej podobna.

- Wszystkie byłyśmy adoptowane, mówiłam ci przecież. Nie łączą nas żadne więzy krwi.

- A, racja... W każdym razie powiedz Elektrze, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie jej ochota odwiedzić siostrę, to z przyjemnością zaproszę ją do lokalnego pubu na szklaneczkę whisky.

- Przekażę jej to przy najbliższej okazji - odparłam i widząc, jak bardzo się do tego zapalił, szybko zmieniłam temat. - A ty co robisz w święta?

- Jak co roku spędzę je z rodziną w Dornoch. Możesz pojechać ze mną. Wszyscy się ucieszą. Przecież nie pożresz nam całego indyka, prawda? - Cal się zaśmiał.

- To naprawdę bardzo miło z twojej strony, ale tak do końca jeszcze nie zdecydowałam, co zrobię. Przykro mi, że żadna z nas nie będzie z mamą, która opiekowała się nami od małego. Może powinnam zaprosić ją tutaj - zastanowiłam się głośno.

- Czy ta twoja mama była żoną taty?

- Nie, choć mogłaby być. Nie w sensie intymnym - dodałam pospiesznie. - Zatrudnił ją jako nianię dla nas. Pozostała dla nas mamą, nawet kiedy dorosłyśmy.

- Przepraszam, że to mówię, Tig, ale masz dziwny układ rodzinny. W każdym razie w porównaniu ze mną.

- Wiem, ale kocham mamę i Claudię, naszą gospodynię, i siostry tak samo jak ty swoich bliskich. Nie chciałabym, żebyśmy po śmierci Pa straciły kontakt, oddaliły się od siebie. Choć to on był spoiwem naszej rodziny. - Westchnęłam. - Zawsze starałyśmy się zjeżdżać do domu na święta.

- Tak, rodzina to wszystko - zgodził się ze mną Cal. - Mogą nas złościć, ale gdyby ktoś obcy chciał ich skrzywdzić, bronilibyśmy ich na zabój. Jeśli chcesz zaprosić mamę tutaj, to świetnie, postaramy się urządzić święta... najbardziej świątecznie, jak się da. A teraz lepiej, żebym wracał już do naprawiania płotów.

Wstał i przechodząc, poklepał mnie po ramieniu.

Tego ranka zadzwoniłam do mamy i zaproponowałam jej święta w Szkocji, ale odmówiła.

- Tiggy, chérie, miło, że o mnie pomyślałaś, ale nie chciałabym zostawiać Claudii samej.

- Ona też byłaby tu bardzo mile widziana - zapewniłam. - Choć może być trochę ciasno.

- Szczerze mówiąc, zaprosiłyśmy już do Atlantis Georga Hoffmana. I oczywiście, będzie też z nami Christian.

- No dobrze. Jeśli jesteś pewna... - Jakie to smutne, że święta w Atlantis będą obchodzone jedynie przez pracowników, a nie członków rodziny, pomyślałam.

- Jestem, chérie. Ale powiedz, jak się masz? I jak tam twoje płuca?

- Wszystko w porządku, mamo. Pompuję w nie wiadra świeżego górskiego powietrza.

- Ubieraj się ciepło, żebyś nie marzła. Wiesz, że zimno ci szkodzi.

- Pilnuję się, mamo, słowo. Do usłyszenia.

*

Kilka dni później zadzwoniłam do Margaret, by sprawdzić, jak się czuje. Zaproponowała, żebyśmy zjadły razem świąteczny lunch, a ja z wdzięcznością przyjęłam zaproszenie. Ulżyło mi, że nie będę robić kłopotu rodzinie Cala i patrzeć na górę pieczonych ptasich zwłok. Zabrałam Thistle'a i poszłam na spacer po posiadłości. Najwyraźniej przywiązał się do mnie i ku uciesze Cala, chodził za mną jak "pomocnik czarownicy", kiedy tylko nie był potrzebny przy polowaniu. Czasami nawet przemycałam go do chaty, kiedy Cal był daleko. Pies grzał się przy kominku, a ja starałam się wyczesać rzepy z jego skołtunionej szorstkiej sierści, z nadzieją że jego pan tego nie zauważy. Zawsze marzyłam o własnym psie.

Kiedy wróciłam do chaty i otworzyłam drzwi, Cal ustawiał małą choinkę w rogu pokoju dziennego.

Podniósł wzrok i zmarszczył brwi na widok Thistle'a, który podprowadził mnie do progu i przysiadł z błagalnym spojrzeniem w oczach.

- Tig, mówiłem ci tyle razy, że jemu nie wolno tu wchodzić. To go rozhartuje.

- Rozhartuje? - spytałam, zastanawiając się, czy Cal domyśla się, że czasami łamię jego zakaz.

- Tak. Zmienisz go w pieszczocha. Zostaw go na zewnątrz.

Niechętnie odgoniłam Thistle'a z powrotem na podwórko, szepcząc, że zobaczymy się później, i zamknęłam drzwi.

- Pomyślałem, że to drzewko rozweseli ciebie i ten stary dom - powiedział Cal. - Wykopałem je w lesie. Z korzeniami i tak dalej, żebyśmy potem mogli posadzić je z powrotem. Może pojechałabyś jutro do Tain kupić jakieś lampki i ozdoby?

Łzy napłynęły mi do oczu na widok małej choinki, która sterczała pod dziwnym kątem z wiadra wypełnionego ziemią.

- Och, Cal, jak miło z twojej strony. - Podeszłam i uściskałam go. - Wybiorę się zaraz po nakarmieniu kotów, z samego rana.

- Lepiej ruszaj wcześnie. Jutro na pewno już spadnie śnieg. Angolom na południu zawsze marzą się białe święta, ale tutaj... Nie pamiętam żadnego Bożego Narodzenia bez śniegu.

- Nie mogę się doczekać - rzuciłam z uśmiechem.

*

Jak słusznie przepowiedział Cal, kiedy obudziłam się następnego ranka, padał pierwszy śnieg. Wsiadłam do drugiego land rovera, który był jeszcze bardziej rozklekotany niż Beryl, i pojechałam ostrożnie do Tain.

Zostało zaledwie kilka dni do Gwiazdki i w miasteczku panował szał przedświątecznych zakupów. Kupiłam lampki i ozdoby choinkowe, po czym wybrałam jeszcze miękki szalik w kratę dla Cala i różowy wełniany sweter dla Margaret. Kiedy przyjechałam do domu, zauważyłam, że pod główną rezydencją stoi sfatygowany range rover. Beryl od kilku dni była stale w użyciu, bo z Inverness miał przyjechać Charlie z rodziną, by spędzić tu święta, zanim dom zostanie wynajęty pierwszym gościom na szkockie obchody Nowego Roku.

Gdy Cal wrócił do chaty, nasza mała choinka była już przystrojona, lampki się paliły, a w kominku wesoło trzaskał ogień. Ze starego przenośnego zestawu audio Cala płynęły kolędy z płyty, którą kupiłam w Tain.

- Pewnie zaraz z komina wypadnie nam tu jeszcze Święty Mikołaj - zażartował Cal i powiesił kurtkę, czapkę i szalik na haczykach, które kazałam mu przymocować przy wejściu. - Pod domem mamy nawet renifery, popatrz.

Zerknęłam przez okno i zobaczyłam, że sześć jeleni, które zwykle pasły się na trawniku pod rezydencją, podeszło bliżej, żeby nas odwiedzić. Były oswojone; Cal mówił mi, że dorastały w posiadłości, a kiedy były małe, karmiono je z butelki.

- Czujesz już nastrój świąt, Tig? Poczekaj, aż skosztujesz korzennego wina mojej roboty. Wtedy już nie będziesz miała wątpliwości, że zbliżają się święta. Co mamy na kolację?

- Fasolę w sosie, chyba że udusisz sobie coś, co zabiłeś - odparowałam, wychodząc z jadalni do kuchni.

- No dobrze, niech będzie. Ostatnio fasola wyszła ci całkiem nieźle.

Jedząc i popijając wino, rozmawialiśmy o postępach, jakie robią koty.

- Przynajmniej gołębie i serca jelenie, które im codziennie zostawiam, znikają, ale poza Posy żaden nie chce się do mnie zbliżyć. Niedługo powinien je zbadać weterynarz, muszę to zorganizować, a nie wiem, jak zdołam do nich podejść.

- Tig, nie możesz zmusić dzikich zwierząt, żeby przywykły do nowego miejsca według harmonogramu.

- Wiem. - Westchnęłam. - Ale czuję presję. Okres rozrodczy zaczyna się w styczniu, ale one są tak podenerwowane, że prawie nie ruszają się ze swoich boksów, a co dopiero mówić o tym, żeby miały ochotę się spotykać i zaprzyjaźniać. I szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy podobają się sobie nawzajem. Nie zauważyłam, żeby je do siebie ciągnęło. Żadnej chemii.

- Nie sądzę, żeby parzenie się miało cokolwiek wspólnego z chemią. Podczas rykowiska widywałem byki kryjące sześć łani, jedną po drugiej. To zew natury i pozostaje ci mieć nadzieję, że twoje chłopaki go poczują.

- Zamieniam się w psychologa dzikich zwierząt - mruknęłam. - Jeśli wiosną nie urodzą się kocięta, będę się czuła tak, jakbym kompletnie zawiodła Charliego.

- Och, dziedzic nie jest jakimś potworem, Tig. Widziałem go dziś w rezydencji. Mówił, że w święta wpadnie się z tobą zobaczyć i odwiedzić koty.

- O Boże - jęknęłam. - A jeśli nie wyjdą, kiedy do nich pójdzie?

- On zrozumie. A tak przy okazji, chciałem się ciebie poradzić, bo jesteś dziewczyną i znasz się na prezentach gwiazdkowych. Muszę kupić coś Caitlin. I nie mam pojęcia co.

- Caitlin?

- Mojej dziewczynie. Mieszka w Dornoch, ale rzuci mnie, jak nie wykombinuję czegoś fajnego na gwiazdkowy prezent.

Popatrzyłam na Cala zaskoczona, co pewnie było widać.

- Masz dziewczynę? Dlaczego nigdy mi o tym nie wspomniałeś?

- To dość osobista sprawa, prawda? Poza tym jakoś się nie zgadało.

- Ale... zawsze jesteś tutaj. Czy Caitlin... nie przeszkadza to, że tak rzadko cię widuje?

- Nie, bo tak było zawsze. Widujemy się w weekendy raz w miesiącu i w każdy pierwszy czwartek miesiąca.

- Od jak dawna się spotykacie?

- Jakieś dwanaście lat - powiedział, pakując sobie kolejną łychę fasoli do ust. - Parę lat temu poprosiłem ją o rękę.

- O rany! To dlaczego nie mieszka tu z tobą?

- Po pierwsze, zarządza przedsiębiorstwem budowlanym w Tain, które, jak wiesz, jest dobrą godzinę jazdy stąd. A przy tej pogodzie nie może ryzykować, że utknie tu na dobre. I nie chce mieszkać w takiej wilgoci. Chociaż, gdyby zobaczyła ten dom teraz, może zmieniłaby zdanie. - Zaśmiał się tym swoim niskim śmiechem. - A skoro już o tym mowa, to co z tobą? Masz kogoś, Tig?

- Był pewien facet, którego poznałam w laboratorium w zoo w Servion. Spotykaliśmy się jakiś czas, ale to nie było nic poważnego. Jeszcze nie trafiłam na tego jedynego - przyznałam, biorąc łyk wina. - Masz szczęście, że tobie się udało. Chciałabym poznać Caitlin. Może zaprosiłbyś ją tu któregoś wieczoru?

- Jest mały problem - rzucił nachmurzony. - Wspominałem jej, że muszę mieszkać z jakąś ambitną babą, naukowcem. Nie mówiłem, że jest taka ładna jak ty. Wiesz, jakie są kobiety, zaraz zaczęłaby mi suszyć głowę.

- Tym bardziej ją tu zaproś. Przekonam ją, że nie jestem zagrożeniem. W każdym razie chciałabym ją kiedyś poznać, bo to twoja wybranka. A... i radzę, żebyś kupił jej coś z biżuterii.

- To praktyczna dziewczyna, Tig - powiedział, wyraźnie nieprzekonany do mojego pomysłu. - Ostatnim razem kupiłem jej termiczne skarpety do łóżka i wodoodporne rękawice. Chyba się ucieszyła.

- Ręczę ci, Cal - stłumiłam śmiech - żeby kobieta była nie wiem jak praktyczna albo starała się robić takie wrażenie, to uwielbia biżuterię.

Godzinę później powiedzieliśmy sobie "dobranoc" i poszliśmy spać. Ucieszyło mnie to, co wyjawił mi Cal. Choć czasy się zmieniają, relacje pomiędzy mieszkającymi razem mężczyzną i kobietą mogą wymknąć się spod kontroli, jeśli nie jest ustalone, co i jak. Nasza rozmowa wyjaśniła sytuację. Cal nie pociągał mnie wprawdzie fizycznie, ale na pewno go lubiłam i stał mi się bliski. Dorastałam w otoczeniu pięciu sióstr, cieszyłam się więc, że mogę w nim znaleźć starszego brata, o którym zawsze marzyłam.

*

Popatrzyłam na Polsona siedzącego tyłem do mnie na drewnianej platformie w górze. Lizał sobie sierść w słońcu, ostentacyjnie mnie ignorując. Nie szkodzi. Przynajmniej wyszedł ze swojego boksu, co dawało mi nadzieję, że wreszcie dochodzi do siebie po traumie przenosin.

Zrobiłam szybko zdjęcie, na wypadek gdyby dziedzic - bo zaczęłam nazywać Charliego Kinnairda tak jak wszyscy tutaj - chciał dowodu, że koty przeżyły.

- Miłej Wigilii - powiedziałam do Polsona. - Może jutro raczysz na mnie spojrzeć, żebym mogła życzyć ci wesołych świąt, patrząc ci w oczy.

Zaczęłam wdrapywać się z powrotem na wzgórze, myśląc, że jeśli kotom przypisuje się królewską wyniosłość i kapryśność, to Polson na pewno jest królem. Uniosłam głowę i spostrzegłam bardzo szczupłą kobietę, która przyglądała mi się z góry. Miała długie nogi jak żyrafa, a na sobie coś, co Cal nazwałby miejską kurtką narciarską z puszystym futrzanym kołnierzem. W promieniach słońca jej gęste włosy tworzyły świetlistą blond aureolę wokół twarzy o wielkich niebieskich oczach i ustach, które przypominały miękkie poduszeczki. Kimkolwiek była, wyglądała bardzo pięknie. Ruszyła w moim kierunku. Żwir zazgrzytał pod jej butami. Na widok nieznajomej Polson natychmiast się schował.

- Dzień dobry - powiedziałam, przyspieszając kroku. Zatrzymałam się naprzeciw niej, a właściwie moje oczy znalazły się na wysokości jej pasa, bo ona stała wyżej. - Przepraszam panią bardzo, ale tu nie wolno wchodzić.

- Naprawdę? - spytała niespiesznie, spoglądając na mnie z pogardą. - Nie sądzę.

- Tak, chwilowo to niedozwolone, bo mamy dzikie koty, które dopiero co tu przyjechały. Staram się, żeby się zadomowiły, a są bardzo płochliwe i nie lubią obcych. Ledwie zdołałam je zachęcić, żeby zaczęły wychodzić ze swoich boksów i...

- Kim ty w ogóle jesteś?

- Mam na imię Tiggy, pracuję tutaj.

- Teraz?

- Tak. Proszę nie iść dalej. Wiem, że niewiele stąd widać, ale dziedzic chciałby, żeby te koty się rozmnożyły, bo w Szkocji zostało takich zaledwie trzysta.

- Wiem, wiem - rzuciła, a ja wyczułam w jej głosie obcy akcent... i ledwie skrywaną niechęć. - Jestem jak najdalsza od narażania tego małego projektu na porażkę. - Uśmiechnęła się kwaśno. - Posłucham cię i znikam. Do widzenia.

- Do widzenia! - zawołałam do tego sobowtóra Claudii Schiffer, patrząc, jak wolno wspina się z powrotem. Instynktownie czułam, że właśnie popełniłam wielki błąd.

*

- Spotkałam na dole przy kotach jakąś kobietę - powiedziałam Calowi, kiedy przyszedł do chaty na lunch. - Blondynka, z ustami jak królewny z bajek Disneya, naprawdę wysoka.

- W takim razie to musiała być pani - odparł, siorbiąc zupę. - Żona dziedzica, Ulrika.

- O jasna cholera - szepnęłam.

- To do ciebie niepodobne tak kląć, Tig. Co się stało?

- Chyba ją obraziłam. Dopiero co udało mi się skłonić Polsona, żeby ruszył się ze swojego legowiska, a tu pojawiła się ona i Polson znów uciekł do boksu. W gruncie rzeczy kazałam jej się stamtąd wynosić. - Przygryzłam wargę i czekałam na reakcję Cala.

- To musiał być dla niej szok. - Wytarł miskę kawałkiem chleba i władował go sobie do ust. - Pewnie po raz pierwszy ktoś kazał jej spadać.

- Chryste, Cal, ja tylko próbowałam chronić koty. Przecież ona na pewno zrozumie, jeśli wie cokolwiek o dzikich zwierzętach?

- Ona wie tylko co nieco o tych, które na sobie nosi, Tig. Moda to jej specjalność. Była kiedyś modelką.

- Powinnam była się domyślić, kim jest, kiedy ją zobaczyłam - jęknęłam.

- Kimkolwiek jest, nie chciałaś, żeby koty się zdenerwowały. Nie przejmuj się, Tig. Jestem pewien, że ona jakoś to przeboleje. Sądzę, że i tak nie miała zamiaru odwiedzać kotów, tylko chciała się przypatrzeć ich opiekunce. Charlie pewnie powiedział jej o tobie, a na ile ją znam, nie toleruje młodych kobiet na swoim terytorium. Zwłaszcza tak ładnych jak ty.

- Daj spokój! Dziękuję za komplement, ale nie sądzę, bym mogła być dla niej jakąkolwiek konkurencją. - Wskazałam na swoje mizerne ciało, które nigdy nie wykształciło jak należy kobiecych krągłości, w dodatku odziane w stary wełniany sweter, cały w dziurach, bo u Margaret nadgryzły go mole.

- Założę się, że jak się postarasz, wyglądasz całkiem nieźle. No właśnie, szykuj się na dziś wieczór. Zapomniałem ci powiedzieć, że dziedzic, kontynuując tradycję swojego ojca, zaprasza na poczęstunek z drinkami i szkockie tańce w Wigilię w głównym holu, musisz więc wyskoczyć z tych uroczych łachmanów.

- Co?! - Popatrzyłam na Cala przerażona. - Nie mam ze sobą żadnych ładnych rzeczy.

- No to może przynajmniej się wykąp, żebyś nie pachniała dzikimi kotami.

Tego wieczoru zdałam sobie sprawę, że poza nadjedzonymi przez mole swetrami mam tylko bluzkę w czerwoną kratkę i parę "porządnych" czarnych dżinsów. Rozpuściłam swoje kasztanowe włosy, zamiast wiązać je w koński ogon, pomalowałam lekko rzęsy i pociągnęłam dyskretnie usta czerwoną szminką.

Kiedy wyszłam do Cala do jadalni, aż mnie lekko zatkało. Miał na sobie kilt w granatowo-zieloną kratę, przy klamrze pasa zwisała szkocka torba, a za podkolanówkę zatknięty był nóż.

- Cal, wyglądasz niesamowicie!

- Ty też nieźle się odstawiłaś - pochwalił mnie z uznaniem. - No dobra, idziemy.

Poszliśmy do frontowego wejścia rezydencji, gdzie słychać już było gwar z wewnątrz.

- To jedyna okazja w roku, kiedy my, ludzie prości, możemy przekroczyć próg od paradnej strony - mruknął Cal.

Patrzyłam z zachwytem na światełka cudownej choinki ustawionej przy schodach. W ogromnym kominku płonął ogień. Przybywających gości - mężczyzn w kiltach jak Cal i kobiety w kraciastych, przerzuconych przez ramię szalach - częstowano grzanym winem i upieczonymi przez Beryl i Alison babeczkami z bakaliami.

- Bardzo ładnie wyglądasz, Tiggy - powiedziała Beryl. - Wesołych świąt!

- Wesołych świąt. - Uniosłam kieliszek i wypiłam za jej zdrowie, ukradkiem rozglądając się za Charliem Kinnairdem i jego żoną.

- Oboje są jeszcze na górze. - Beryl od razu odgadła moje myśli. - Nowa pani zawsze długo się szykuje. W końcu ma powitać swoich poddanych - dodała z przekąsem.

Ruszyła dalej, by częstować nowo przybyłych, a ja wałęsałam się po holu, trochę zdziwiona, że większość gości jest w wieku emerytalnym. Nagle dostrzegłam nastolatkę, która pasowała tu jak kwiatek do kożucha. Stała sama ze szklaneczką grzanego wina i wydawała się tak znudzona, jak byłby każdy w jej wieku w takim towarzystwie. Kiedy podeszłam bliżej, wydała mi się znajoma - te same jasnoniebieskie oczy i nieskazitelna cera jak u kobiety, którą rano spotkałam przy zagrodzie dla kotów. Tylko włosy były inne. Kręcone, o mahoniowym odcieniu, ostrzyżone bardzo krótko. Po jej bluzie i poszarpanych dżinsach widać było, że nie zadała sobie trudu, by ubrać się na dzisiejszą uroczystość.

- Cześć. - Uśmiechnęłam się i podeszłam do niej. - Jestem Tiggy. Właśnie zaczęłam pracę w posiadłości. Mam opiekować się dzikimi kotami, póki się tu nie zadomowią.

- A, tak, tata wspominał o tobie. Jestem Zara Kinnaird. - Niebieskie oczy Zary oszacowały mnie jak spojrzenie jej matki wcześniej. - Wyglądasz za młodo na konsultantkę w kwestii przyrody. Ile masz lat?

- Dwadzieścia sześć. A ty?

- Szesnaście. Jak się czują w nowym miejscu koty? - spytała i sprawiała wrażenie autentycznie zainteresowanej.

- Trochę potrwa, nim się przyzwyczają. Ale jest coraz lepiej.

- Chciałabym się z tobą zamienić, cały dzień pracować na powietrzu ze zwierzętami, a nie w dusznej klasie ślęczeć nad nudnymi zadaniami z matematyki i takimi tam. Mama i tata nie pozwalają mi przyjechać tutaj i pracować, póki nie zrobię matury.

- Ale to już niedługo, prawda?

- Zostało mi jeszcze półtora roku. Tylko że potem... Mama raczej spodziewa się, że zostanę redaktorką w "Vogue'u" albo coś w tym rodzaju. Nie sądzę... - prychnęła. - Palisz? - rzuciła ściszonym głosem.

- Nie. A ty?

- Tak, kiedy mama i tata nie widzą. W szkole wszyscy palą. Wyszłabyś ze mną, żebym sobie wypaliła jednego? Mogłabyś potem powiedzieć, że chciałaś mi pokazać jakieś jelenie łby w szopie albo coś w tym rodzaju. Tu jest tak nudno.

Ostatnie, czego mi było trzeba, to żeby przyłapano mnie na zachęcaniu córki dziedzica do palenia. Ale polubiłam tę dziewczynę, więc się zgodziłam i wymknęłyśmy się na zewnątrz. Zara od razu zaczęła grzebać w kieszeni bluzy w poszukiwaniu wymiętolonego skręta i zapalniczki, po czym zapaliła. Zauważyłam, że ma na palcach ciężkie srebrne pierścienie i czarny lakier na paznokciach, co przypomniało mi moją siostrę CeCe, kiedy była w jej wieku.

- Tata mówił, żebym pogadała z tobą, jak tu będę, i dowiedziała się, co robiłaś w azylu u Margaret - powiedziała, wydmuchując dym w mroźne powietrze. - Dostałaś swoje imię po jeżu z bajki Beatrix Potter? - spytała jednym tchem, nim miałam szansę się odezwać.

- Najwyraźniej kiedy byłam mała, włosy sterczały mi jak u jeża. Moje prawdziwe imię to Tajgete. Ja i moje siostry zostałyśmy nazwane jak gwiazdy z gromady Siedmiu Sióstr, Plejad. Popatrz. - Wskazałam na idealnie czyste niebo. - One są tam, nad tymi trzema gwiazdami w jednej linii przypominającej strzałę. To się nazywa pas Oriona. Mit głosi, że Orion ściga siostry po niebie. Widzisz je?

- Tak! - potwierdziła Zara z dziecinnym zachwytem. - Są malutkie, ale jak się przyjrzeć uważnie, mam wrażenie, że migocą. Zawsze interesowały mnie gwiazdy, w szkole jednak raczej nie uczą takich rzeczy. A ty lubiłaś swoje studia z zoologii? Gdybym już musiała iść na uniwersytet, chciałabym wybrać coś takiego.

- Tak. Chętnie ci o tym opowiem, ale nie sądzisz, że powinnyśmy wracać? Rodzice mogą cię szukać.

- Nie, na pewno nie. Okropnie się pokłócili. Mama nie chce zejść, a tata próbuje ją przekonać. Jak zwykle. - Zara przewróciła oczami. - Wiesz, ona wpada w histerię, jeśli tata się z nią nie zgadza, a potem on musi potwornie długo błagać ją, by się uspokoiła.

Z tego, co dotąd widziałam, trudno mi było wyobrazić sobie w tej sytuacji ojca Zary, mężczyznę, który zdawał się absolutnie nad wszystkim panować. Nie wypadało mi jednak drążyć głębiej tego tematu, więc zaczęłam opowiadać Zarze o swoich studiach i pracy w azylu dzikich zwierząt u Margaret. Oczy dziewczyny aż błyszczały w świetle księżyca.

- Jej, to musiało być fantastyczne! Teraz, kiedy wreszcie to tata decyduje, powiedziałam mu, że powinien wydzielić trochę terenu na taki rezerwat jak u Margaret. Może warto byłoby założyć też małe zoo. Wtedy ludzie z okolicy mogliby tu przywozić dzieci, żeby i one miały tu dla siebie jakieś atrakcje.

- Świetny pomysł - przyznałam. - I co on na to?

- Na razie nie ma na nic pieniędzy. - Zara westchnęła. - Mówiłam mu, że rzucę szkołę i przyjadę tu, by mu pomagać, ale on stale swoje, że muszę skończyć szkołę i iść na studia. Margaret nie ma żadnych dyplomów, prawda? Trzeba tylko kochać zwierzęta, to wystarczy.

- Prawda, ale studia pomagają odnaleźć właściwą drogę w zawodzie.

- Ja już na niej jestem! - Błękitne oczy były pełne pasji, kiedy wyciągnęła ręce, jakby chciała objąć nimi całą tę posiadłość. - Zamierzam spędzić tu resztę życia. Kiedy ty byłaś w moim wieku, wiedziałaś, że chcesz pracować przy zwierzętach?

- Tak.

- Zwierzęta są o wiele lepsze od ludzi, prawda?

- Od niektórych, ale na przykład jeden z dzikich kotów, Polson, to prawdziwa primadonna. Szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym go lubiła, gdyby był człowiekiem.

- Przypominasz teraz moją mamę... - Zachichotała. - Chodź, lepiej wracajmy. Zobaczymy, czy moi rodzice już pojawili się na dole.

Kiedy szłyśmy do domu, pomyślałam, że Zara to kwintesencja nastolatki, tego trudnego czasu, kiedy nie jest się już dzieckiem, lecz jeszcze nie kobietą.

Przy wejściu było teraz tłoczno. Patrzyłam, jak Zara to macha, to posyła całusy wiernym pracownikom posiadłości, którzy, sądząc po wieku, musieli ją znać od małego. Przecież była ich księżniczką - przyszłą panią Kinnaird. Nie mogłam pozbyć się odrobiny zazdrości, że pewnego dnia całe to piękno stanie się jej własnością, ale przynajmniej naprawdę była w nim zakochana.

Moje dumania przerwało pojawienie się obok nas drobnej kobiety o nieufnych niebieskich oczach i płomiennie rudych włosach.

- Nie przedstawisz nas sobie, Zaro? - spytała.

Zara obróciła się, by ucałować ją w oba policzki.

- Caitlin! Jak cudownie cię widzieć. Tiggy, to Caitlin, dziewczyna Cala. Caitlin, to Tiggy, ma przez parę miesięcy pracować w posiadłości.

- O! Cal mówił mi o tobie. Jak ci się z nim mieszka? To niezbyt przytulne miejsce, co?

- Nie, naprawdę jest świetnie. Cal jest bardzo gościnny. Teraz chata wygląda dużo lepiej. Postarałam się urządzić ją tak, żeby było nam wygodniej i milej...

Rany boskie, zamknij się, Tiggy! Opamiętałam się na widok wyrazu twarzy dziewczyny Cala.

Uratowała mnie Zara, pytając Caitlin o jej pracę w przedsiębiorstwie budowlanym, a po kilku sekundach dołączył do nas sam Cal, trzymając w każdej dłoni szklaneczkę whisky. Razem z nim podeszła szczupła atrakcyjna kobieta, która na moje oko mogła być ciut po czterdziestce. Poznałam po Calu, że musiał się nieźle przerazić na widok narzeczonej stojącej obok jego współlokatorki.

- Widzę, że już się poznałyście. Chciałem was sobie przedstawić wcześniej, ale nie mogłem znaleźć Tiggy.

Uśmiechnął się czule do Caitlin i objął jej delikatne ramiona swoją muskularną ręką. Whisky zachlupotała niebezpiecznie w szklance podczas tego manewru.

- Tak, już się poznałyśmy. - Caitlin odwzajemniła jego uśmiech, ale jej oczy pozostały chłodne.

- Świetnie! - rzucił, najwyraźniej zdecydowany ożywić konwersację. - Przyprowadziłem tu Fionę, by przedstawić ją Tiggy. Tiggy, to nasz miejscowy lekarz weterynarii, Fiona McDougal. Mówiłaś, że ktoś powinien sprawdzać stan kotów, a to jest właściwa osoba.

- Witaj, Tiggy, miło cię poznać. - Głos Fiony był ciepły i cichy, z ładnym szkockim akcentem.

- Mnie też bardzo miło - odparłam, wdzięczna za zmianę tematu.

Zanim ktokolwiek z nas zdołał coś jeszcze powiedzieć, na schodach nad nami pojawiło się coś bardzo jaskrawego. Wszyscy spojrzeli w górę i oklaskami powitali kobietę, którą widziałam wcześniej przy zagrodzie kotów. Miała na sobie teraz obcisłą czerwoną suknię z udrapowanym na ukos tartanem. Schodziła na dół, wsparta na ramieniu męża, Charliego Kinnairda. On, zamiast szpitalnego stroju, w jakim go poznałam, miał na sobie marynarkę od smokingu, muszkę i kilt, niczym dawni panowie tych włości spoglądający z portretów zdobiących ściany rezydencji.

Kiedy skręcili, by zejść z ostatniej kondygnacji, zaparło mi dech. Nie z jej powodu, choć prezentowała się wspaniale, ale na jego widok. Zaczerwieniłam się zawstydzona, kiedy znów poczułam ten ucisk w dole brzucha, jak za pierwszym razem, kiedy go widziałam.

Żona i mąż zatrzymali się w połowie schodów. Patrzyłam, jak ona pozdrawia tłum w dole, zupełnie jakby brała lekcje u brytyjskich władców. Charlie stał obok niej. W jego ramionach widziałam to wewnętrzne napięcie, które zauważyłam podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Uśmiechał się, ale czułam, że jest skrępowany.

- Panie, panowie. - Unosząc dłoń, poprosił o ciszę. - Przede wszystkim chciałbym was powitać na naszym corocznym spotkaniu wigilijnym. Po raz pierwszy jestem jego gospodarzem, choć przez ostatnie trzydzieści siedem lat uczestniczyłem we wszystkich. Jak wiecie, mój ojciec Angus zmarł nagle we śnie w lutym tego roku i zanim powiem coś jeszcze, prosiłbym was, byście wznieśli za niego toast whisky, którą była uprzejma nalać nam Beryl.

Charlie wziął z tacy podsuniętej przez gospodynię szklaneczkę i zbliżył ją do ust.

- Za Angusa.

- Za Angusa - powtórzył chór zebranych.

- Chciałbym też podziękować każdemu z was za pomoc w prowadzeniu posiadłości przez wszystkie te lata. Wielu z was już wie, że choć przez kilka miesięcy po śmierci ojca miałem wątpliwości, to teraz widzę perspektywy na przyszłość, chcę wprowadzić Kinnaird w dwudziesty pierwszy wiek, a jednocześnie zrobić co w mojej mocy, by przywrócić dawną świetność tutejszej dzikiej przyrodzie. To trudne, ale wiem, że z pomocą lokalnej społeczności uda się tego dokonać.

- I oby tak się stało! - zawołał mężczyzna stojący obok mnie, wyciągając z kieszeni piersiówkę, po czym otworzył ją i wziął spory łyk.

- I wreszcie chciałbym podziękować swojej żonie Ulrice za to, że tak dzielnie mnie wspierała w tym trudnym dla mnie roku. Bez niej nie dałbym sobie rady. Za ciebie, kochanie.

Wszyscy znów unieśli szklanki, choć były już puste, więc Charlie szybko dodał:

- Oczywiście dziękuję też mojej córce Zarze. Zara? - Rozejrzał się. Ja też to zrobiłam, bo dziewczyna gdzieś się ulotniła. - No tak, wszyscy od dawna wiemy, jak bardzo lubi znikać w najmniej odpowiednich momentach.

Na tę uwagę wśród zebranych rozległy się rozbawione szepty.

- A teraz pozostaje mi tylko życzyć wam wszystkim i każdemu z osobna wesołych świąt.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji