Siostra Diabła. Klara - Adrian Bednarek

-
Proszę czekać

PROLOG

Po­ło­wa lat dzie­więć­dzie­sią­tych

Czte­ry dzie­się­cio­let­nie dziew­czyn­ki wy­bie­gły ze szko­ły. Przy­glą­dał się im zza szy­by sta­re­go Po­lo­ne­za za­par­ko­wa­ne­go na chod­ni­ku obok wej­ścia do par­ku po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy. Trzy z nich w ogó­le go nie in­te­re­so­wa­ły, przy­po­mi­na­ły za­baw­ne ka­ry­ka­tu­ry do­ro­słych. Uwa­gę przy­ku­wa­ła tyl­ko ciem­no­wło­sa, ubra­na w kra­cia­stą spód­nicz­kę, czar­ne raj­stop­ki, czar­ne bu­ci­ki i pu­cho­wą kurt­kę. Pierw­szy raz uj­rzał ją w ze­szłym ty­go­dniu. Wy­glą­da­ła jak urze­czy­wist­nie­nie ma­rzeń. Cią­gle fan­ta­zjo­wał o swo­ich dło­niach do­ty­ka­ją­cych jej ud, brzusz­ka i pier­si roz­kwi­ta­ją­cych po­wo­li ni­czym nar­cy­zy wio­sen­ną porą. Do tej pory za­brał nie­win­ność dwóm mło­dym nie­wia­stom, ale żad­na nie roz­pa­la­ła jego zmy­słów do po­zio­mu wrze­nia.

Dziew­czyn­ka po­że­gna­ła się z ko­le­żan­ka­mi, spraw­dzi­ła, czy uli­ca jest bez­piecz­na, i prze­szła na dru­gą stro­nę. Po­cze­kał, aż wej­dzie do par­ku, wy­siadł z auta i ru­szył za nią. Był prze­cięt­nym męż­czy­zną do­bie­ga­ją­cym czter­dziest­ki, nikt z prze­chod­niów nie zwra­cał na nie­go zbyt­niej uwa­gi. Sil­ny wzwód ma­sko­wał sza­rym płasz­czem. Po mi­nu­cie do­go­nił dziew­czyn­kę.

- Wi­taj, moja dro­ga - po­wie­dział lek­ko zzia­ja­ny.

- Dzień do­bry, pa­nie Pa­try­ku. - Sły­sząc go, za­trzy­ma­ła się i od­po­wie­dzia­ła ak­sa­mit­nym gło­sem, któ­ry mógł­by pre­ten­do­wać do śpie­wa­nia na naj­więk­szych świa­to­wych sce­nach. - O co cho­dzi?

Sta­rusz­ka z psem na smy­czy prze­szła obok, kom­plet­nie ich igno­ru­jąc. Wy­glą­da­li jak oj­ciec z cór­ką.

- Znów wra­casz przez park? - Po­cze­kał, aż będą sami, i po­pchnął lek­ko dziew­czyn­kę, wpra­wia­jąc ją w ruch.

Kon­takt dło­ni z pu­cho­wą kurt­ką ochra­nia­ją­cą wą­tłe ple­cy spra­wił, że zro­bi­ło mu się go­rą­co.

- Ro­dzi­ce każą mi cho­dzić na przy­sta­nek do­oko­ła par­ku, ale tędy jest bli­żej. Już to panu prze­cież mó­wi­łam.

Była przy­zwy­cza­jo­na do jego to­wa­rzy­stwa. Za­cze­piał ją trze­ci dzień z rzę­du. Po­przed­nie skoń­czy­ły się za­pro­wa­dze­niem na przy­sta­nek.

- Cze­mu oni cię nie od­bio­rą?

Za­wsze uży­wał tych sa­mych spraw­dzo­nych py­tań. Dziś za­mie­rzał za­dać nowe, naj­waż­niej­sze.

- Bo nie mają cza­su... - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Tata za­ło­żył fir­mę i dużo pra­cu­je, a mama opie­ku­je się moim młod­szym bra­cisz­kiem. On jest taki słod­ki.

- Mu­sisz się nu­dzić, kie­dy sie­dzisz w domu - stwier­dził, bu­du­jąc so­bie grunt, i prze­szedł do naj­istot­niej­sze­go. - Chcesz, że­bym zo­stał two­im star­szym ko­le­gą?

Dziew­czyn­ka przy­sta­nę­ła, on ra­zem z nią.

Przyj­rzał się jej wą­ziut­kim, ró­żo­wym ustom. Były cu­dow­ne, po­dob­nie pie­gi na po­licz­kach i in­ten­syw­nie zie­lo­ne oczy. Pra­gnął li­zać jej mlecz­no­bia­łą cerę, pie­ścić ją i po­ło­żyć kres mę­czą­cym fan­ta­zjom. Od kil­ku dni usil­nie pró­bo­wał za­stą­pić dziew­czyn­kę żoną. Bez skut­ku.

- Pew­nie! Ni­g­dy ta­kie­go nie mia­łam! - od­po­wie­dzia­ła po chwi­li na­my­słu. Za­uwa­żył de­li­kat­ne ru­mień­ce na po­licz­kach. Strach i brak za­ufa­nia znik­nę­ły, prze­sta­wał być dla niej obcy. - Może mnie pan co­dzien­nie od­pro­wa­dzać na przy­sta­nek.

- Star­si ko­le­dzy ro­bią też o wie­le faj­niej­sze rze­czy - po­wie­dział ta­jem­ni­czym to­nem, pró­bu­jąc wzbu­dzić jej za­in­te­re­so­wa­nie.

- Na przy­kład ja­kie?

- Od­kry­wa­ją ta­jem­ni­ce par­ku. Wiesz, że tu nie­da­le­ko jest ja­ski­nia?

- Wszy­scy w szko­le wie­dzą. - Dziew­czyn­ka zmarsz­czy­ła brwi. - Roz­ma­wia­ły­śmy o niej z ko­le­żan­ka­mi, ale bo­imy się tam iść.

- Wła­śnie od ta­kich rze­czy są star­si ko­le­dzy. Chodź, ra­zem ją zo­ba­czy­my, to bę­dzie na­sza ta­jem­ni­ca - wy­szep­tał jej do ucha.

- No nie wiem... - Dziew­czyn­ka się wa­ha­ła. - Chy­ba nie zdą­żę na au­to­bus.

- Po­je­dziesz na­stęp­nym. Nie bój się, do­pil­nu­ję, że­byś bez­piecz­nie do­tar­ła do domu.

- Ro­dzi­ce nie by­li­by za­do­wo­le­ni, gdy­bym póź­no wró­ci­ła.

- Prze­cież ro­dzi­ce za­wsze po­wta­rza­ją, żeby słu­chać do­ro­słych. - Pod­niósł nie­co ton na roz­ka­zu­ją­cy. - To pod­sta­wo­wa za­sa­da bez­pie­czeń­stwa, praw­da?

- Niby praw­da... - Wbi­ła wzrok w swo­je stóp­ki.

- Poza tym tata jest w pra­cy, a mama i tak opie­ku­je się młod­szym bra­cisz­kiem. Chodź, bę­dzie faj­nie. Prze­ży­je­my praw­dzi­wą przy­go­dę.

Pod­da­na sil­nej pre­sji dziew­czyn­ka po­sta­wi­ła w koń­cu kil­ka nie­pew­nych kro­ków i za­trzy­ma­ła się przy zej­ściu z be­to­no­we­go chod­ni­ka.

- Będą się mar­twić - po­wie­dzia­ła.

- E tam, nie mają dla cie­bie cza­su, więc na­wet nie za­uwa­żą. - Po­now­nie de­li­kat­nie ją po­pchnął. - Czyż nie le­piej po­ba­wić się z no­wym przy­ja­cie­lem?

- Niby tak. - Dziew­czyn­ka prze­sta­ła się opie­rać. Ru­szy­li wol­nym kro­kiem w głąb dzi­kiej czę­ści par­ku. - Brzyd­ko tu jest - wy­pa­li­ła na­gle. - Boję się.

- Przy mnie nie mu­sisz się ni­cze­go bać. - Po­gła­skał ją po głów­ce i przy­ło­żył dłoń do nosa. Pach­nia­ła ru­mian­ko­wym szam­po­nem. - Star­szy przy­ja­ciel jest rów­nież po to, żeby cię chro­nić.

Resz­tę dro­gi po­ko­ny­wa­li w mil­cze­niu. Dziew­czyn­ka nie­zdar­nie sta­wia­ła kro­ki, bu­ci­ki śli­zga­ły się na mo­krych li­ściach, tro­chę się trzę­sła. On też, z pod­nie­ce­nia. Wi­dział już mo­ment, w któ­rym ścią­ga z niej raj­stop­ki. Samo miej­sce wy­brał nie­przy­pad­ko­wo. Je­sien­ną porą mało kto za­pusz­czał się w re­jo­ny ja­ski­ni.

- Oto i ona - po­wie­dział, kie­dy do­tar­li do celu. Po­ro­śnię­ta krza­ka­mi wnę­ka mia­ła nie­co po­nad pół­to­ra me­tra wy­so­ko­ści i dwa me­try dłu­go­ści. - Zaj­rzyj­my do środ­ka.

- Tam jest strasz­nie ciem­no. - Sta­nę­ła w miej­scu.

Znów mu­siał ją po­pchnąć. Zro­bił to tro­chę za moc­no, ale tra­cił cier­pli­wość. Miał swój za­ka­za­ny owoc na wy­cią­gnię­cie ręki i nie mógł do­cze­kać się de­gu­sta­cji.

- Pa­nie Pa­try­ku, to bo­la­ło! - krzyk­nę­ła nie­za­do­wo­lo­na.

- Już do­brze, ko­cha­nie. - Zła­pał dziew­czyn­kę za rękę i po­cią­gnął do środ­ka. Mu­siał się schy­lić, kie­dy wcho­dzi­li. Ja­ski­nia była cia­sna i mrocz­na. Słoń­ce le­d­wie tu do­cie­ra­ło, mi­ni­mal­nie roz­ja­śnia­jąc wnę­trze. - Stań i po­staw tor­ni­ster na zie­mi - oznaj­mił, a ona wy­ko­na­ła po­le­ce­nie.

Od razu się­gnął ręką w za­ro­śla przed wej­ściem i wy­ma­cał scho­wa­ną wcze­śniej gu­mo­wą pał­kę. Taką samą, jaką oj­ciec bił mat­kę. Zro­bił krok w przód i uklęk­nął obok dziew­czyn­ki.

- Co to jest? - spy­ta­ła słod­kim to­nem, w któ­rym strach mie­szał się z za­sko­cze­niem.

- To dla obro­ny. - Odło­żył przed­miot na zie­mię i drżą­cy­mi rę­ka­mi roz­piął jej kurt­kę.

Pod spodem mia­ła czar­ny swe­te­rek na gu­zi­ki. Przy­ci­snął gło­wę do jej roz­trzę­sio­ne­go brzusz­ka. Czuł, że pe­nis za­raz ro­ze­rwie mu spodnie. Po­wstrzy­my­wał się przed naj­waż­niej­szym, żeby jak naj­dłu­żej móc de­lek­to­wać się dziew­czyn­ką.

- Pa­nie Pa­try­ku, co pan robi? - Słod­ko prze­ra­żo­ny głos dziew­czyn­ki jesz­cze bar­dziej go po­bu­dzał. Był ni­czym kie­li­szek zmro­żo­nej wód­ki pity nad ba­se­nem w upal­ny dzień.

- Za­gra­my w grę dla do­ro­słych. - Zrzu­cił z niej kurt­kę i pod­cią­gnął jej swe­te­rek ra­zem z ko­szul­ką. Nie no­si­ła sta­ni­ka. Na to była jesz­cze za mło­da. - Cie­kaw je­stem, jak so­bie po­ra­dzisz.

Omia­tał ją co­raz bar­dziej za­chłan­nym wzro­kiem. Mia­ła lek­ko wy­dę­ty brzu­szek, mi­ni­mal­ny za­rys biu­stu i ide­al­nie okrą­głe bro­daw­ki ni­czym od­ry­so­wa­ne od cyr­kla. Była jesz­cze pięk­niej­sza, niż so­bie wy­obra­żał...

- Nie chcę grać w żad­ną grę - po­wie­dzia­ła płacz­li­wym gło­sem, le­d­wie po­wstrzy­mu­jąc łzy. - Chcę do domu! - Sło­wa od­bi­ły się echem od chłod­nych ścian. - Niech pan prze­sta­nie, jest mi zim­no! - Pró­bo­wa­ła się cof­nąć, ale chwy­cił ją za po­ślad­ki. Przy­po­mi­na­ły dwie mię­ciut­kie man­da­ryn­ki.

- Ni­g­dzie nie pój­dziesz, bę­dziesz się ze mną ba­wić.

Opu­ścił jej spód­nicz­kę i raj­stop­ki. Wi­dok drob­nych ud wzmógł żar, po­zba­wia­jąc go wszel­kiej kon­tro­li nad sa­mym sobą. Po­ło­żył dłoń na zie­lo­nych maj­tecz­kach dziew­czyn­ki.

- Boję się pana... - Dzie­się­cio­lat­ka sta­ła jak spa­ra­li­żo­wa­na, nie wy­ko­ny­wa­ła żad­nych ru­chów, je­dy­nie łka­ła. Po­dob­nie za­cho­wy­wa­ły się dwie po­przed­nie.

Za­chę­co­ny jej bier­no­ścią chwy­cił pał­kę i ude­rzył ją w że­bra. Za­wy­ła z bólu, upa­da­jąc na bok. Przy­warł do niej, na­tych­miast za­ty­ka­jąc usta. Spró­bo­wa­ła wierz­gnąć no­ga­mi, ale nie mia­ła szans. Zdjął jej majt­ki, spo­co­ną dło­nią po­gła­dził we­wnętrz­ną stro­nę uda, zim­ne­go jak lód.

- Będę two­im pierw­szym - po­wie­dział, pa­trząc dziew­czyn­ce w oczy. Były sine z prze­ra­że­nia. - Za­pa­mię­tasz mnie na za­wsze.

***

Dziew­czyn­ka le­ża­ła na twar­dym pod­ło­żu ja­ski­ni. Pan Pa­tryk skoń­czył swo­ją do­ro­słą za­ba­wę daw­no temu. Cie­szy­ła się, że nie pró­bo­wał od­pro­wa­dzić jej na przy­sta­nek. Wca­le nie chcia­ła stąd wy­cho­dzić, choć wie­dzia­ła, że musi. Po­win­na pod­cią­gnąć raj­sto­py i spód­nicz­kę, prze­cież le­żąc na zim­nym, moż­na zła­pać prze­zię­bie­nie, ale tak bar­dzo ją pie­kło... Wciąż czu­ła gu­mo­wą pał­kę lą­du­ją­cą na że­brach i ten twar­dy, mę­ski przed­miot, naj­pierw głasz­czą­cy jej pupę, a póź­niej prze­szy­wa­ją­cy de­li­kat­ne miej­sce po­mię­dzy no­ga­mi. Na­wet nie bo­lał tak moc­no jak pał­ka, któ­rej po­tem w po­dob­ny spo­sób użył roz­wście­czo­ny pan Pa­tryk. W uszach na­dal dud­nił jego głos, na twa­rzy czu­ła smród sło­nej śli­ny, usta bo­la­ły od jego szorst­kich warg. Przy­naj­mniej krew, któ­ra po­pły­nę­ła spo­mię­dzy jej nóg, zdą­ży­ła za­schnąć. Dziew­czyn­ka wsty­dzi­ła się tego, co pan Pa­tryk jej zro­bił. Po­sta­no­wi­ła, że ni­ko­mu ni­g­dy o tym nie po­wie.

Kie­dy słoń­ce za­szło, a na nie­bie po­ja­wi­ły się pierw­sze gwiaz­dy, po­czu­ła na­głą tę­sk­no­tę za do­mem. Pra­gnę­ła zna­leźć się w do­brze zna­nych, bez­piecz­nych mu­rach. Żeby tam do­trzeć, naj­pierw mu­sia­ła się ubrać. Szyb­kim ru­chem pod­cią­gnę­ła raj­sto­py. Ma­te­riał pa­rzył, jak­by był roz­grza­nym me­ta­lem. Za­ci­snę­ła zęby, ta­mu­jąc krzyk. Nie chcia­ła, żeby ją ktoś usły­szał. Przy­zwy­cza­jo­na do ciem­no­ści ro­zej­rza­ła się po wnę­trzu, szu­ka­jąc maj­tek. Szyb­ko przy­po­mnia­ła so­bie głos pana Pa­try­ka za­bie­ra­ją­ce­go "pa­miąt­kę na­szej do­ro­słej za­ba­wy".

Wsu­nę­ła swe­ter na brzuch, po­pra­wi­ła spód­nicz­kę, wło­ży­ła kurt­kę, pod­nio­sła tor­ni­ster i wy­szła z ja­ski­ni. Przy każ­dym sta­wia­nym kro­ku miej­sce, któ­re zra­nił męż­czy­zna, pło­nę­ło. Dziew­czyn­ka obie­ca­ła so­bie, że wy­gra z ogniem i doj­dzie do domu. Z ko­lej­ny­mi po­ko­ny­wa­ny­mi me­tra­mi co­raz spraw­niej przy­zwy­cza­ja­ła się do pie­ką­ce­go cho­du. Kie­dy wy­szła z par­ku, szła już cał­kiem pew­nie. W dro­dze na przy­sta­nek w od­bi­ciu szyb wy­sta­wo­wych po­pra­wi­ła wło­sy. W au­to­bu­sie ści­ska­ła swój tor­ni­ster, jak­by był tar­czą, i w mil­cze­niu przy­glą­da­ła się do­ro­słym. Uważ­nie ob­ser­wo­wa­ła pa­nów. Ża­den nie zwra­cał na nią uwa­gi. Do­tar­ła na swój przy­sta­nek, we­szła na klat­kę scho­do­wą i win­dą wje­cha­ła na dzie­sią­te pię­tro. Miesz­ka­nie otwo­rzy­ła wła­sny­mi klu­cza­mi.

W środ­ku po­wi­ta­ła ją mama.

- Co ty so­bie my­ślisz, gów­nia­ro?! - na­sko­czy­ła na nią od razu. - Zno­wu się gdzieś szla­ja­łaś!

- Po­szłam na ham­bur­ge­ra... - wy­du­ka­ła ci­chut­ko ni­czym mysz­ka. - A po­tem na plac za­baw, z ko­le­żan­ką.

- Ka­za­łam ci przyjść od razu po szko­le! - Mama ani odro­bi­nę nie ob­ni­ży­ła tonu. Była tak wście­kła, że w ogó­le nie do­strze­gła po­gnie­cio­ne­go ubra­nia ani gry­ma­su smut­ku na twa­rzy cór­ki. - Wiesz, że Kuba jest cho­ry i ma go­rącz­kę, po­trze­bu­je le­karstw, te są w ap­te­ce. Ktoś po­wi­nien go pil­no­wać, że­bym mo­gła wyjść, a ty się włó­czysz, jak­byś była do­ro­słą pan­ną!

- Prze­pra­szam, mamo... - Spu­ści­ła wzrok na swo­je bu­ci­ki. - Idź, po­pil­nu­ję go.

- Już nie trze­ba, są­siad­ka mi po­mo­gła. Mo­żesz za­jąć się sobą... - Wes­tchnę­ła, po czym uda­ła się do kuch­ni.

Dziew­czyn­ka zdję­ła kurt­kę i z tor­ni­strem w ręku po­szła do ła­zien­ki. Po dro­dze spoj­rza­ła na po­kój bra­cisz­ka. Przez szy­bę za­mknię­tych drzwi prze­bi­ja­ło świa­tło, lecz ze środ­ka nie do­bie­ga­ły żad­ne dźwię­ki. Naj­słod­szy pię­cio­let­ni chło­piec na świe­cie spał, wal­cząc z go­rącz­ką. Ona za­mknę­ła się w ła­zien­ce. Na­pu­ści­ła lo­do­wa­tej wody do wan­ny, zdję­ła ubra­nie, zwi­nę­ła w kłę­bek i wsa­dzi­ła do tor­ni­stra. Ju­tro bę­dzie mu­sia­ła je wy­rzu­cić.

We­szła do wan­ny. Woda naj­pierw za­szczy­pa­ła, a po chwi­li przy­nio­sła uko­je­nie ra­nom, ale nie dała rady ostu­dzić my­śli. Wy­da­rze­nia z ja­ski­ni prze­le­cia­ły przed ocza­mi ni­czym slaj­dy na po­ka­zie. Dziew­czyn­ka wy­bu­chła pła­czem. Ko­rzy­sta­jąc z od­krę­co­nej wody, dała upust emo­cjom. Szlo­cha­ła, ude­rza­jąc ma­ły­mi pią­stecz­ka­mi w wodę, któ­ra sta­wa­ła się czer­wo­na od krwi. Cały czas czu­ła na so­bie jego ol­brzy­mie ręce i twar­dość gu­mo­wej pał­ki. Za­tka­ła uszy z na­dzie­ją, że pan Pa­tryk prze­sta­nie wresz­cie po­wta­rzać "Będę two­im pierw­szym. Za­pa­mię­tasz mnie na za­wsze".

1

Dwa­na­ście lat póź­niej

Kla­ra So­bań­ska ni­g­dy nie uwa­ża­ła się za pięk­ność. Wło­sy, czar­niej­sze od gorz­kiej cze­ko­la­dy, mia­ła zde­cy­do­wa­nie za dłu­gie. Ostat­ni raz po­rząd­nie skra­ca­ła je w wie­ku dzie­się­ciu lat. Od tam­tej pory za­wsze się­ga­ły oko­lic bio­der. Raz no­si­ła się z za­mia­rem zmia­ny fry­zu­ry. Zre­zy­gno­wa­ła, w krót­szych za bar­dzo przy­po­mi­na­ła­by dziec­ko. Nie­przy­jem­nie zie­lo­ne oczy pod­kre­śla­ło kil­ka­na­ście pie­gów, któ­re wraz z wą­ski­mi usta­mi i ma­lut­ką szpa­rą mię­dzy je­dyn­ka­mi do­peł­nia­ły ob­raz nie­win­no­ści.

Pa­trzy­ła na swo­je od­bi­cie w prze­no­śnym lu­ster­ku i po raz ko­lej­ny pró­bo­wa­ła od­gad­nąć, cze­mu więk­szość męż­czyzn nie po­tra­fi jej się oprzeć. Przy­cią­ga­ła ich od naj­młod­szych lat. Pierw­szy raz ko­le­ga za­pro­sił ją do kina już w ze­rów­ce. Od­mó­wi­ła. Po­tem od­ma­wia­ła jesz­cze kil­ku, aż spo­tka­ła do­ro­słe­go męż­czy­znę, któ­ry po­sta­no­wił nie py­tać o po­zwo­le­nie i na za­wsze od­mie­nił jej ży­cie, czy­niąc ją inną. Na po­cząt­ku była sła­ba, z cza­sem sta­ła się sil­niej­sza i choć nie ro­zu­mia­ła źró­dła swo­je­go uro­ku, na­uczy­ła się go wy­ko­rzy­sty­wać. Dzi­siaj też za­mie­rza­ła użyć tej ma­gicz­nej mocy.

Scho­wa­ła lu­ster­ko do skó­rza­nej to­reb­ki, wy­ję­ła klu­czy­ki ze sta­cyj­ki Je­epa, wy­szła na ze­wnątrz i po­wol­nym kro­kiem ru­szy­ła w stro­nę bu­dyn­ku Aka­de­mii Pe­da­go­gicz­nej w Kra­ko­wie. Gdy szła po pa­sach, dwóch fa­ce­tów zmie­rza­ją­cych w prze­ciw­nym kie­run­ku zlu­stro­wa­ło ją, jak­by wła­śnie koń­czy­li strajk gło­do­wy, a ona była po­dwój­nym che­ese­bur­ge­rem. Śli­na nie­mal po­cie­kła im z ust. Obaj sku­pia­li się na czar­no-czer­wo­nej, kra­cia­stej spód­nicz­ce za­koń­czo­nej tuż nad ko­la­na­mi i czar­nych raj­sto­pach. Mniej in­te­re­so­wa­ły ich czar­ne ba­le­rin­ki, ja­sno­nie­bie­ska ko­szu­la wpusz­czo­na za pas i sza­ra ma­ry­nar­ka. Cha­rak­te­ry­stycz­ny ze­staw ubrań w po­łą­cze­niu z cia­łem, któ­re ka­to­wa­ła cięż­ki­mi tre­nin­ga­mi, wy­wo­ły­wał cho­rą cie­ka­wość.

Ga­pi­ły się na nią rów­nież pa­nien­ki. Dam­ska część wi­dow­ni zwy­kle ro­bi­ła to z wy­mu­szo­nym obrzy­dze­niem i szcze­rą za­zdro­ścią. Dziś w oczach lu­dzi mi­ja­nych przed sa­mym bu­dyn­kiem uczel­ni rów­nież do­strze­gła za­cie­ka­wie­nie. Stu­den­ci wi­dzie­li ją po raz pierw­szy, nie byli jesz­cze przy­zwy­cza­je­ni do tego wi­do­ku.

Kla­ra nie zna­ła ni­ko­go w mie­ście wy­glą­da­ją­cym jak tan­det­na wy­sta­wa za­byt­ków. Rano opu­ści­ła swo­je uko­cha­ne lo­kum w War­sza­wie i przy­je­cha­ła pro­sto na uli­cę Pod­cho­rą­żych, gdzie mie­ści­ła się uczel­nia. Nie zdą­ży­ła na­wet ode­brać klu­czy od wy­naj­mo­wa­ne­go miesz­ka­nia. Po­ran­ny ko­rek w Jan­kach za­kłó­cił jej pla­ny, a wy­kład za­czy­nał się za dwa­dzie­ścia mi­nut. Nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na spóź­nie­nie, mia­ła tu pil­ną spra­wę do za­ła­twie­nia. Sta­no­wi­ła mi­lo­wy krok w na­pra­wie jej zde­wa­sto­wa­ne­go ży­cia.

Pil­na spra­wa była męż­czy­zną, któ­ry szedł wła­śnie w to samo miej­sce, co Kla­ra, do po­piel­nicz­ki przed głów­nym wej­ściem. Miał metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, po­sta­wio­ne na dys­kret­ne­go iro­ke­za ciem­ne wło­sy i za­my­ślo­ną twarz na­ukow­ca. Ubie­rał się skrom­nie. Luź­ne spodnie, spor­to­we buty, po­lów­ka i dżin­so­wa kurt­ka. Pod pa­chą trzy­mał tecz­kę ze sztucz­nej skó­ry. Na­zy­wał się Ro­bert Wę­dzyń­ski. Do tej pory wi­dzia­ła tyl­ko jego zdję­cia w sie­ci.

Kla­ra zga­si­ła pa­pie­ro­sa w tym sa­mym mo­men­cie, co on.

- Męż­czy­zna ja­ra­ją­cy cien­kie­go men­to­la - ode­zwa­ła się lek­ko za­chryp­nię­tym gło­sem. - Trosz­kę to mię­cza­ko­wa­te. - Na wstę­pie ude­rzy­ła w ego. Do­brze wie­dzia­ła, że fa­ce­ci so­bie z tym nie ra­dzą. - Jak­byś chciał zro­bić coś złe­go, ale się bał.

- Kwe­stia upodo­bań. Ty­toń po­łą­czo­ny z mię­tą sma­ku­je le­piej niż guma do żu­cia.

Spo­sób, w jaki wy­brnął, świad­czył o jego in­te­li­gen­cji. Głup­cy zwy­kle py­ta­li, cze­mu tak uwa­ża, co ma na my­śli lub z wy­mu­szo­nym śmie­chem uda­wa­li, że opo­wie­dzia­ła dow­cip.

- Może chcesz wy­zbyć się uprze­dzeń i spró­bo­wać? - Wę­dzyń­ski nie cze­kał na ko­lej­ny atak, przy­pu­ścił wła­sny. - A tak w ogó­le je­stem Ro­bert...

- Wę­dzyń­ski, wiem. - Kla­ra za­śmia­ła się, pre­zen­tu­jąc uśmiech, któ­ry zmie­niał jej twarz w nie­win­ną la­lecz­kę. Wie­lo­krot­nie ćwi­czy­ła go przed lu­strem, a po­tem te­sto­wa­ła na ży­wych or­ga­ni­zmach. - I nie, dzię­ku­ję, palę pa­pie­ro­sy, nie gumę do żu­cia.

- Zna­my się? - zwin­nie zmie­nił te­mat.

- Z tego, co wiem, nie sta­rasz się być nie­zna­ny. Kla­ra. - Po­ma­cha­ła do nie­go pra­wą dło­nią. Na środ­ko­wym pal­cu mia­ła pier­ścio­nek z dia­men­tem, na nad­garst­ku trzy trwa­le złą­czo­ne drew­nia­ne bran­so­let­ki. - Za chwi­lę mam z tobą wy­kład.

- Sko­ro tak, po­win­naś się do mnie zwra­cać z więk­szym sza­cun­kiem - upo­mniał ją. Na co dzień stu­den­ci ra­czej nie trak­to­wa­li go po ko­le­żeń­sku.

- In­ter­net po­wie­dział mi, że je­steś tyl­ko dzie­sięć lat star­szy ode mnie. Se­rio wo­lisz, kie­dy pra­wie ró­wie­śnicz­ka zwra­ca się do cie­bie "pro­szę pana"?

Je­śli go za­sko­czy­ła, nie dał tego po so­bie po­znać. W ogó­le nie za­re­ago­wał.

- Przy­je­cha­łam tu, żeby uczest­ni­czyć w wy­kła­dach two­ich i... Sar­goc­kiej czy ja­koś tak...

- Sar­nec­kiej - po­pra­wił ją. - Cho­dzi ci o Iwo­nę Sar­nec­ką. Tyl­ko my po­ma­ga­my przy­szłym na­uczy­cie­lom ra­dzić so­bie ze zja­wi­skiem pe­do­fi­lii.

- Zga­dza się, Sar­nec­ka. - Pstryk­nę­ła pal­ca­mi. - Mam z nią wy­kład za­raz po two­im. Szy­ku­je się cie­ka­wy dzień.

- W ta­kim ra­zie za­pra­szam do auli.

Wę­dzyń­ski wy­ko­nał krok w kie­run­ku wej­ścia, czym ją za­sko­czył. Męż­czyź­ni do­bro­wol­nie nie koń­czy­li roz­mo­wy pierw­si bez pro­po­zy­cji po­now­ne­go spo­tka­nia.

- Jesz­cze jed­no, Kla­ro... - Sta­nął, za­uwa­żyw­szy, że za nim nie idzie. Jed­nak nie róż­nił się od in­nych. - Za­nim do mnie po­de­szłaś, wie­dzia­łaś, kim je­stem. Chciał­bym więc spy­tać, jaki jest twój cel za­ga­dy­wa­nia do męż­czy­zny pa­lą­ce­go men­to­le...

Jego bez­po­śred­nie po­dej­ście spodo­ba­ło się Kla­rze. My­ślał, że jest cwa­ny, a tak na­praw­dę po­zwa­lał jej za­osz­czę­dzić mnó­stwo cza­su, któ­ry stra­ci­ła­by, ba­wiąc się w pod­cho­dy.

- In­te­re­su­je mnie two­ja wie­dza w za­kre­sie pe­do­fi­lii. Wiem, że na wy­kła­dach mogę się spo­ro do­wie­dzieć, ale nie tyle, ile roz­ma­wia­jąc w czte­ry oczy. Dla­te­go cię za­ga­da­łam.

- Nie wy­glą­dasz na oso­bę, któ­ra za­mie­rza całe ży­cie uczyć dzie­cia­ki. - Wę­dzyń­ski za­śmiał się z nie­do­wie­rza­niem.

- Cze­mu? Chy­ba nie szu­flad­ku­jesz lu­dzi po wy­glą­dzie? My­śla­łam, że ktoś z two­ją wie­dzą pier­do­li ste­reo­ty­py. - Ce­lo­wo za­klę­ła. Jej bez­czel­na po­sta­wa mo­gła osła­bić pew­ność sie­bie Wę­dzyń­skie­go.

Wy­kła­dow­ca zro­bił krok w jej stro­nę i zlu­stro­wał ją od stóp do głów.

- Masz ko­szu­lę, któ­ra kosz­to­wa­ła po­ło­wę mo­jej mie­sięcz­nej pen­sji, ba­le­rin­ki i spód­nicz­ka też nie po­cho­dzą z ba­za­ru. Nie wspo­mnę o Ome­dze De Vil­le. - Zbli­żył dłoń do jej ze­gar­ka, nie­mal go do­ty­ka­jąc. - Ow­szem, pier­do­lę ste­reo­ty­py, ale two­ja chęć by­cia na­uczy­ciel­ką prze­czy wszel­kiej lo­gi­ce.

Kla­ra nie mo­gła wyjść z po­dzi­wu, jak szyb­ko Wę­dzyń­ski osza­co­wał jej sta­tus ma­te­rial­ny i wy­ro­bił so­bie opi­nię. Zde­cy­do­wa­nie nie za­li­czał się do gro­na prze­cięt­nych sam­ców, któ­ry­mi ła­two ma­ni­pu­lo­wa­ła.

- Gra­tu­lu­ję zna­jo­mo­ści w za­kre­sie mody. Po­ma­ga w szu­flad­ko­wa­niu? - Po­sta­no­wi­ła za­grać lek­ko ura­żo­ną.

- To nie zna­jo­mość mody, tyl­ko część mo­jej pra­cy - po­wie­dział cał­ko­wi­cie po­waż­nie. - Je­że­li chcesz do­strzec de­wian­ta wta­pia­ją­ce­go się w oto­cze­nie, mu­sisz zwra­cać uwa­gę na szcze­gó­ły, szu­kać de­ta­li nie­pa­su­ją­cych do resz­ty. Do­ty­czy to za­rów­no ko­biet, jak i męż­czyzn.

- Uwa­żasz, że ko­bie­ty też mogą być pe­do­fi­la­mi? - Z tru­dem uda­ło jej się wy­po­wie­dzieć te sło­wa bez szcze­rej eks­cy­ta­cji.

- We­dług sta­ty­styk sta­no­wią jed­ną dzie­sią­tą pro­cen­ta ca­ło­ści, więc ist­nie­ją. Są bia­ły­mi kru­ka­mi wśród mę­skich za­stę­pów sza­ta­na. - W jego gło­sie sły­chać było obrzy­dze­nie. - A wra­ca­jąc do sed­na: cze­mu dziew­czy­na z Ome­gą na ręce mia­ła­by zo­stać na­uczy­ciel­ką?

Kla­rę de­ner­wo­wa­ło to py­ta­nie. Sły­sza­ła je set­ki razy, od ro­dzi­ców, zna­jo­mych, a na­wet od pro­fe­so­rów war­szaw­skie­go uni­wer­sy­te­tu. Mia­ła przy­go­to­wa­nych kil­ka­na­ście wia­ry­god­nych wer­sji. Żad­na z nich nie była wy­star­cza­ją­co do­bra dla Wę­dzyń­skie­go, dla­te­go uło­ży­ła nową.

- Po­mi­ja­jąc fakt, że lu­bię ro­bić na złość ro­dzi­com - pu­ści­ła mu oko - chcia­ła­bym prze­ko­nać się, ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwa czy­ha­ją na dzie­ci, za­nim wy­pusz­czę na świat wła­sne.

Wy­obra­zi­ła so­bie, że stoi naga pod Pa­ła­cem Kul­tu­ry ob­ser­wo­wa­na przez ja­poń­skich tu­ry­stów z apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi. Na­tych­miast po­czu­ła go­rą­co na po­licz­kach. Wy­my­śli­ła ten spo­sób wy­mu­sze­nia ru­mień­ców pod­czas jed­ne­go z wie­lu po­po­łu­dni, któ­re spę­dza­ła w to­wa­rzy­stwie swo­je­go prze­kleń­stwa. Oczy Wę­dzyń­skie­go za­bły­sły. Mógł opie­rać się jej uro­dzie, ale wi­dok czer­wo­nych po­licz­ków Kla­ry mó­wią­cej o dzie­ciach siał spu­sto­sze­nie rów­ne bom­bie bio­lo­gicz­nej. Od­cze­ka­ła, aż jego za­chwyt mi­nie, i za­da­ła py­ta­nie.

- Będę mo­gła li­czyć na małe ko­re­pe­ty­cje w za­kre­sie roz­po­zna­wa­nia pe­do­fi­li? To dla mnie bar­dzo waż­ne.

Mi­nę­ła ich gru­pa star­szych stu­den­tów. Wszy­scy ukło­ni­li się Wę­dzyń­skie­mu i ob­rzu­ci­li Kla­rę łap­czy­wy­mi spoj­rze­nia­mi.

- Zgo­da. - Otwo­rzył tecz­kę, wy­jął tan­det­ną bia­łą wi­zy­tów­kę i po­dał Kla­rze. - Za­dzwoń, usta­li­my ter­min. Pod­czas wy­kła­du za­pisz so­bie naj­waż­niej­sze py­ta­nia, po­sta­ram się udzie­lić na nie od­po­wie­dzi.

- Tak po pro­stu? Bez żad­nych ha­czy­ków? - Po­czą­tek roz­mo­wy nie wska­zy­wał na ła­twą prze­pra­wę.

- Żeby roz­wiać wszel­kie nie­ja­sno­ści: to bę­dzie ofi­cjal­na lek­cja. Staw­ka wy­no­si sto pięć­dzie­siąt zło­tych za go­dzi­nę.

- Ka­su­jesz wszyst­kich stu­den­tów po­trze­bu­ją­cych po­mo­cy? - spy­ta­ła ko­kie­te­ryj­nym gło­sem.

- Nie, tyl­ko tych, któ­rzy no­szą Ome­gi - wy­ja­śnił z miną cwa­nia­ka, spo­glą­da­jąc na bu­so­lę. - Za­raz za­czy­nam, a nie zdą­ży­łem wy­pić kawy. Prze­pra­szam. - Ski­nął gło­wą i wszedł do bu­dyn­ku.

Kla­ra od­cze­ka­ła dwa­dzie­ścia se­kund, po czym ru­szy­ła na po­szu­ki­wa­nia auli.

2

Wę­dzyń­ski pro­wa­dził za­le­d­wie kil­ka wy­kła­dów w roku, a za­in­te­re­so­wa­nie za­wsze prze­kra­cza­ło licz­bę do­stęp­nych miejsc. Kla­ra mu­sia­ła moc­no się na­gim­na­sty­ko­wać, żeby tu tra­fić. Se­mestr na jej uczel­ni już się za­czął, za­ję­cia trwa­ły w naj­lep­sze, ale się z nich wy­mik­so­wa­ła. Po­mo­gły jej zna­ko­mi­te wy­ni­ki se­sji zi­mo­wej, urok oso­bi­sty i obiet­ni­ca nad­ro­bie­nia za­le­gło­ści. Dziś, zgod­nie z przy­pusz­cze­nia­mi, aula była peł­na. Z tru­dem wy­szu­ka­ła nie­oku­po­wa­ne krze­seł­ko w jed­nym ze środ­ko­wych rzę­dów. Usia­dła mię­dzy ciem­no­wło­sym chło­pa­kiem z pra­wej i blond la­lu­nią z le­wej. Blon­dyn­ka ze swo­imi krę­co­ny­mi świ­der­ka­mi, ró­żo­wą ko­szul­ką i ob­ci­sły­mi dżin­sa­mi mo­gła­by słu­żyć za od­lew do mo­de­lu Bar­bie.

- To miej­sce jest za­ję­te - po­wie­dzia­ła, rzu­ca­jąc Kla­rze zło­śli­we spoj­rze­nie. Przy­po­mi­na­ło sy­gnał wy­sy­ła­ny przez dra­pież­ni­ka ma­ją­cy ostrzec kon­ku­ren­cję, że we­szła na cu­dzy te­ren.

- Dzię­ku­ję, że by­łaś tak uprzej­ma i mi je za­re­zer­wo­wa­łaś... - Po­sa­dzi­ła ty­łek na sie­dzi­sku.

Dziew­czy­na otwar­ła usta, ale jej mózg nie prze­słał żad­nych słów war­tych wy­po­wie­dze­nia. Kla­ra po­pra­wi­ła wło­sy, za­sła­nia­jąc nimi pro­fil blon­dyn­ki. Brzy­dzi­ły ją pa­niu­sie uwa­ża­ją­ce, że wy­gląd pla­sti­ko­wej za­baw­ki po­zwa­la im na wię­cej. Nie chcia­ła na nią pa­trzeć.

- Taka na­sza kra­kow­ska go­ścin­ność - ode­zwał się chło­pak po pra­wej. - Za­kła­dam, że je­steś tu nowa. Szcze­pan.

Kla­ra spoj­rza­ła mu w oczy. Iskrzy­ła w nich dzi­kość, spo­jów­ki zda­wa­ły się krę­cić na­pę­dza­ne roz­wo­jem wy­obraź­ni. Była pew­na, że od­ciął­by so­bie trzy pal­ce, usma­żył je i zjadł, by­le­by móc iść z nią i z Bar­bie do łóż­ka, i wła­śnie o tym te­raz my­ślał.

- Cie­szę się. - Wy­ję­ła z to­reb­ki no­tat­nik oraz pió­ro ze zło­tą sta­lów­ką.

- Przy­je­cha­łaś na wy­kła­dy z Wę­dzyń­skim czy prze­nio­słaś się do nas na dłu­żej? - Chło­pak pod­jął ża­ło­sną pró­bę na­wią­za­nia roz­mo­wy.

Kla­ra wes­tchnę­ła.

- Na pew­no nie przy­je­cha­łam, żeby opo­wia­dać ci o so­bie... - Li­czy­ła, że tym za­mknie mu usta.

- Stu­diu­jesz w War­szaw­ce? - wtrą­ci­ła blon­dyn­ka. Na no­tat­ni­ku Kla­ry wid­nia­ło logo war­szaw­skie­go skle­pu z ga­lan­te­rią skó­rza­ną. - No tak, mo­głam się do­my­ślić. Sło­iczek je­steś. Re­pre­zen­tu­jesz słyn­ną kul­tu­rę prze­wo­żo­ną do sto­li... - Wi­bra­cja czer­wo­ne­go te­le­fo­nu le­żą­ce­go na bla­cie prze­rwa­ła jej wy­wód. - No heja - po­wie­dzia­ła do ko­mór­ki Bar­bie. - Nie­ste­ty nie, ja­kaś da­mul­ka z Wawy się tu we­pchnę­ła i za­mie­rza zo­stać. - Za­mil­kła, słu­cha­jąc od­po­wie­dzi. - Usiądź gdzie­kol­wiek, po­tem po­ga­da­my.

Kla­ra po­czu­ła na­ra­sta­ją­cą agre­sję. Roz­ry­wa­ła kloc­ki za­ci­śnię­te na roz­grza­nych tar­czach ha­mul­co­wych w jej gło­wie, w punk­cie od­po­wia­da­ją­cym za sa­mo­kon­tro­lę. Już mia­ła od­po­wie­dzieć, że w prze­ci­wień­stwie do wścib­skich kra­ku­sek wci­ska­ją­cych przy­pu­dro­wa­ne no­ski tam, gdzie nie trze­ba, damy ze sto­li­cy pil­nu­ją wła­snych tył­ków, kie­dy na­gle wszyst­kie roz­mo­wy na auli uci­chły, jak­by ktoś za po­mo­cą gu­zi­ka wy­łą­czył głos. Po­ja­wił się Wę­dzyń­ski. Uwa­ga lu­dzi sku­pi­ła się na nim. Każ­dy wie­dział, kim jest.

Sły­nął z wy­jąt­ko­wej umie­jęt­no­ści na­mie­rza­nia pe­do­fi­lii. Gdy pra­co­wał w szko­le pod­sta­wo­wej, zde­ma­sko­wał trzech. Od tam­tej pory dzie­lił się swo­ją wie­dzą, udzie­lał wy­kła­dów, czę­sto współ­pra­co­wał też z po­li­cją w cha­rak­te­rze eks­per­ta. Stał się swo­istym guru w dzie­dzi­nie roz­po­zna­wa­nia cech cha­rak­te­ry­zu­ją­cych lu­dzi, któ­rzy za­spo­ka­ja­ją swo­je zwy­rod­nia­łe po­trze­by na dzie­ciach. Był do­kład­nie tym, kogo Kla­ra szu­ka­ła.

- Wszy­scy wie­my, czym jest pe­do­fi­lia - za­czął mó­wić. - Zja­wi­sko to ist­nie­je tak dłu­go, jak ist­nie­ją lu­dzie. Je­śli ktoś li­czy, że kie­dy­kol­wiek prze­sta­nie ist­nieć, jest w błę­dzie. Tego nie da się wy­eli­mi­no­wać, po­dob­nie jak zoo­fi­lii czy skłon­no­ści do gwał­tu. A ja­kie jest źró­dło na­ro­dzin tych po­trzeb? - Kil­ka osób pod­nio­sło ręce, nie zro­zu­miaw­szy, że py­ta­nie było re­to­rycz­ne. - Więk­szość tych, któ­rzy od­czu­wa­ją sek­su­al­ne za­spo­ko­je­nie pod­czas ob­co­wa­nia z dzieć­mi, sami w swo­im dzie­ciń­stwie pa­dli ofia­rą gwał­tu, mo­le­sto­wa­nia, prze­mo­cy lub byli świad­kiem po­dob­ne­go wy­da­rze­nia. W skraj­nych przy­pad­kach bie­rze się to ze zbyt wcze­snych prób ob­co­wa­nia sek­su­al­ne­go z ró­wie­śni­ka­mi, mam na my­śli bar­dzo, ale to bar­dzo wcze­sną mło­dość - pod­kre­ślił. - W ten spo­sób wy­kształ­ca się za­krzy­wio­ny ob­raz po­trzeb i do­mi­nu­je on w póź­niej­szym ży­ciu. Taki czło­wiek za wszel­ką cenę chce od­two­rzyć czy ra­czej do­koń­czyć sto­su­nek ze swo­im mło­dziut­kim ide­ałem, uwo­dzi swój cel, cza­ru­je, roz­bu­dza nie­wła­ści­we uczu­cia i do­pie­ro póź­niej wy­ko­rzy­stu­je. To bar­dzo cięż­ki przy­pa­dek. - Za­czął ner­wo­wo cho­dzić po auli. Mi­kro­fon był bez­prze­wo­do­wy i nie ogra­ni­czał jego ru­chów. - Mu­si­cie wie­dzieć, że znacz­na część mo­le­sto­wa­nych dzie­ci nie zgła­sza tego ro­dzi­com ani or­ga­nom ści­ga­nia. Po­peł­nia­ją wiel­ki błąd i nie­ste­ty mają do tego pra­wo, bo są dzieć­mi. Od­po­wie­dzial­ność spo­czy­wa na do­ro­słych, a du­sze­nie tak strasz­ne­go pro­ble­mu przez dziec­ko ma ko­lo­sal­ny wpływ na jego dal­sze losy. Mó­wię wam to, po­nie­waż jako przy­szli pe­da­go­go­wie po­win­ni­ście nie tyl­ko umieć roz­po­znać pe­do­fi­la, ale rów­nież kon­kret­ne za­cho­wa­nia dziec­ka, któ­re mia­ło nie­szczę­ście prze­żyć taki atak!

Ostat­nie zda­nie wy­krzy­czał na całe gar­dło. Jego wy­kład był pe­łen pa­sji, emo­cji, nie­mal oso­bi­sty.

- Pra­co­wa­łem w szko­le pod­sta­wo­wej. My­śla­łem, że bę­dzie to pra­ca peł­na ra­do­ści, a oka­za­ła się czymś zu­peł­nie in­nym. Wal­ką prze­ciw­ko złu, któ­re czy­ha na nie­win­ność. - Szyb­kim ru­chem po­ma­cał wło­sy, upew­nia­jąc się, że nie opa­dły. - Do dziś uczest­ni­czę w wie­lu ob­ser­wa­cjach przy szko­łach. Na­mie­rzy­łem kil­ku po­ten­cjal­nych pe­do­fi­li, w swo­ich ty­pach po­my­li­łem się tyl­ko dwa razy. - Pod­szedł do biur­ka i upił łyk wody.

Kla­ra za­pi­sa­ła py­ta­nia, któ­re same jej się na­su­nę­ły. Za­uwa­ży­ła, że Bar­bie ocho­czo zer­k­nę­ła w jej no­tat­nik. Sama trzy­ma­ła te­le­fon z włą­czo­nym dyk­ta­fo­nem.

- Pod­czas mo­jej pra­cy na­kło­ni­łem pię­ciu chłop­ców i czte­ry dziew­czyn­ki do wy­zna­nia mi praw­dy o mo­le­stu­ją­cych ich męż­czy­znach. - Sło­wa Wę­dzyń­skie­go wy­wo­ła­ły po­ru­sze­nie w auli. Po­cze­kał, aż szme­ry ucich­ną, i kon­ty­nu­ował: - Ży­je­my na ta­kim, a nie in­nym świe­cie. Zło roz­mna­ża się tu szyb­ciej niż nor­ni­ki, a ro­dzi­ce żad­ne­go z tych dzie­ci nie za­uwa­ży­li ja­kich­kol­wiek oznak mo­le­sto­wa­nia. - Z jego czo­ła za­czął pły­nąć gę­sty pot. - Każ­de­go dnia ty­sią­ce ro­dzi­ców na ca­łym świe­cie po­peł­nia­ją ten sam błąd, a mu­si­cie pa­mię­tać, że dziec­ko, któ­re­go do­tknę­ło zło, po­tra­fi to ukry­wać. Po­my­śl­cie, ja­kie skut­ki ich mil­cze­nia przy­nie­sie przy­szłość... - Wziął kil­ka głę­bo­kich wde­chów. - Czy du­sząc trau­mę, będą umie­li nor­mal­nie funk­cjo­no­wać jako do­ro­śli? Czę­sto nie dają rady, gu­bią się, wy­co­fu­ją ze spo­łe­czeń­stwa, nie po­tra­fią za­ło­żyć ro­dzi­ny, sta­ją się od­lud­ka­mi, a ich je­dy­nym to­wa­rzy­szem jest cier­pie­nie, któ­re miesz­ka tu. - Po­stu­kał się po czo­le. - Są też przy­pad­ki, kie­dy ból za­zna­ny w dzie­ciń­stwie prze­ra­dza się w agre­sję i nie­na­wiść. Po­ja­wia­ją się skłon­no­ści sa­dy­stycz­ne, po­ciąg do zbrod­ni. Nie­rzad­ko koń­czy się to sa­mo­bój­stwa­mi. Dla­te­go rów­nie waż­ne jak zlo­ka­li­zo­wa­nie dra­pież­ni­ka jest roz­po­zna­nie i neu­tra­li­zo­wa­nie skut­ków jego dzia­łal­no­ści. - Ktoś z przo­du pod­niósł rękę. - Słu­cham, niech pani mówi.

- Ja­kie są klu­czo­we ob­ja­wy, po któ­rych mo­że­my roz­po­znać, że dziec­ko pa­dło ofia­rą ata­ku? - spy­ta­ła dziew­czy­na o gru­bym gło­sie. Kla­ra nie do­strze­gła jej twa­rzy wśród tłu­mu.

- Jest ich spo­ro. Na tym wy­kła­dzie, a tak­że na ko­lej­nych, bę­dzie­my je oma­wiać. Na ra­zie ty­tu­łem wstę­pu chcę po­dać in­for­ma­cje ogól­ne.

- W ta­kim ra­zie jak pan roz­po­zna­je te ob­ja­wy? - Gru­by głos nie da­wał za wy­gra­ną. - Co jest, na­zwij­my to, klu­czem?

- Mam jed­ną zna­czą­cą prze­wa­gę na polu wal­ki. Sam je­stem ofia­rą ata­ku pe­do­fi­la.

Swo­im wy­zna­niem wy­wo­łał po­ru­sze­nie. Wszy­scy, łącz­nie z Kla­rą, byli za­sko­cze­ni. Gdy szme­ry trwa­ły w naj­lep­sze, przy­mknę­ła po­wie­ki. W wy­obraź­ni zo­ba­czy­ła mło­dziut­kie­go Wę­dzyń­skie­go, try­ska­ją­ce­go tą obrzy­dli­wą dzie­cię­cą nie­win­no­ścią. Po­tem uj­rza­ła go, jak leży za­krwa­wio­ny na pod­ło­dze ob­skur­nej ru­de­ry, a do jego gło­wy do­cie­ra, że świat wca­le nie jest przy­ja­zny. Po­znał praw­dzi­we zło, stał się no­si­cie­lem prze­kleń­stwa, ma w so­bie do­ży­wot­ni strach.

- Ro­zu­miem pań­stwa re­ak­cję. - Wę­dzyń­ski spro­wa­dził Kla­rę na zie­mię. Od­le­cia­ła tak da­le­ko, że nie za­uwa­ży­ła, kie­dy mi­mo­wol­nie po­ło­ży­ła pra­wą dłoń na udzie.

Sie­dzą­cy obok Szcze­pan ga­pił się i ro­bił wszyst­ko, żeby to ukryć. Po­czu­ła do nie­go sil­ne obrzy­dze­nie.

- Wie­rzę, że wśród was nie ma ni­ko­go z po­dob­ną prze­szło­ścią. Je­śli jed­nak się mylę, niech pa­mię­ta, że ni­g­dy nie jest za póź­no na po­moc. Pod ko­niec wy­kła­du po­dam wam ad­res ma­ilo­wy, na któ­ry za­wsze mo­że­cie do mnie pi­sać, oraz dwa ad­re­sy od­po­wied­nich pla­có­wek wspie­ra­ją­cych lu­dzi skrzyw­dzo­nych w dzie­ciń­stwie. A te­raz wróć­my do sed­na wy­kła­du.

W cią­gu ko­lej­nej go­dzi­ny wy­ja­śniał za­cho­wa­nia kon­kret­nej gru­py dzie­ci bę­dą­cych ofia­ra­mi pe­do­fi­li. Tłu­ma­czył, że pró­bu­ją uda­wać nor­mal­nych, ale przez nie­doj­rza­łość ro­bią to na­zbyt sztucz­nie i nie­udol­nie, choć mało kto za­uwa­ża ta­kie de­ta­le. Pod­kre­ślił, że w trak­cie kry­zy­sów zda­rza im się milk­nąć bez po­wo­dów, od­la­ty­wać gdzieś my­śla­mi, a gdy zo­sta­ną przy­ła­pa­ne, od razu wkła­da­ją ma­ski ra­do­snych po­sta­ci. Praw­dzi­we ob­li­cze mia­ły po­ka­zy­wać tyl­ko sa­mym so­bie, gdy nikt nie wi­dzi. Uwa­żał, że z wie­kiem ta­kie dzie­cia­ki sta­ją się bar­dziej nad­po­bu­dli­we i ła­two je spro­wo­ko­wać.

- Oczy­wi­ście wy­mie­nio­ne symp­to­my nie sta­no­wią re­gu­ły - pod­su­mo­wał swo­je prze­mó­wie­nie. - Ale je­śli dziec­ko wy­ka­zu­je po­dob­ne ce­chy, do­bry pe­da­gog musi uważ­nie mu się przyj­rzeć. Tym, co ni­g­dy się nie zmie­nia i sta­no­wi mój klucz do roz­po­zna­nia, jest spoj­rze­nie. Peł­ne stra­chu, bólu i nie­na­wi­ści do do­ro­słe­go świa­ta. Nie­ste­ty spo­so­bu na wy­ła­pa­nie oczu zra­nio­ne­go dziec­ka nie je­stem w sta­nie was na­uczyć. Sam zdo­by­łem swo­ją wie­dzę, oglą­da­jąc ten wzrok w lu­strze... - Za­milkł, jak­by chciał wsłu­chać się w głu­chą ci­szę, któ­ra za­pa­no­wa­ła w auli. - Dru­gą gru­pą pró­bu­ją­cą ma­sko­wać swo­ją trau­mę są dzie­ci smut­ne i za­mknię­te w so­bie. Pro­fe­sor Sar­nec­ka opo­wie wam o tym pro­ble­mie za - spoj­rzał na ze­ga­rek - dwa­dzie­ścia mi­nut.

Kla­ra po­czu­ła lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Wę­dzyń­ski, poza po­chwa­le­niem się wła­snym pro­ble­mem, nie po­wie­dział nic, cze­go by nie wie­dzia­ła.

- Na za­koń­cze­nie do­dam, że dra­pież­ni­cy zda­rza­ją się w każ­dej gru­pie spo­łecz­nej. To nie są oty­li dzi­wa­cy albo eks­cen­trycz­ni star­si pa­no­wie jak na fil­mach. Na­wet te­raz ktoś taki może prze­by­wać tu, w tej auli. Słu­cha, uczy się, wy­cią­ga wnio­ski i snu­je pla­ny. - Wę­dzyń­ski na­pi­sał na ta­bli­cy obie­ca­ne wcze­śniej na­mia­ry. - To tyle na dzi­siaj. Ju­tro ciąg dal­szy, dzię­ku­ję i ży­czę mi­łe­go dnia.

Bar­bie wy­strze­li­ła z auli w try­bie eks­pre­so­wym. Chło­pak, któ­ry sie­dział po pra­wej, cze­kał, aż Kla­ra spa­ku­je swo­je rze­czy, i wstał rów­no z nią. Do­pie­ro te­raz zo­ba­czy­ła, że jest od niej o dwie gło­wy wyż­szy, a jego waga za­li­cza się do piór­ko­wej.

- Zo­sta­jesz na na­stęp­nym wy­kła­dzie? - spy­tał. - Może chcesz wcze­śniej sko­czyć coś prze­gryźć?

- Nie je­stem głod­na, ale to­bie po­le­cam wię­cej biał­ka i re­gu­lar­ne wi­zy­ty na si­łow­ni - mó­wiąc to, klep­nę­ła go w brzuch. Był mięk­ki, nie po­czu­ła na­wet jed­ne­go mię­śnia. - Może dzię­ki temu zwięk­szysz szan­se przy ko­lej­nej dziew­czy­nie, któ­ra obok cie­bie usią­dzie.

Chło­pak zro­bił zre­zy­gno­wa­ną minę i od­pu­ścił.

Kla­ra na­uczy­ła się, że nie ma sku­tecz­niej­sze­go od­stra­sza­cza osob­ni­ka płci mę­skiej niż dra­stycz­ne sko­men­to­wa­nie jego wy­glą­du. Me­to­da ni­g­dy nie za­wo­dzi­ła. Bez­po­śred­nio z auli po­szła za­pa­lić. Tym ra­zem nie spo­tka­ła Wę­dzyń­skie­go, je­dy­nie róż­ne gru­py mło­dych męż­czyzn oglą­da­ją­cych ją jak uni­ka­to­wy eks­po­nat. Zde­gu­sto­wa­na wy­rzu­ci­ła faj­kę w po­ło­wie i wró­ci­ła do bu­dyn­ku.

3

Wy­kład z pro­fe­sor Sar­nec­ką od­bie­gał po­zio­mem od prze­mó­wie­nia Wę­dzyń­skie­go. Star­sza ko­bie­ta o wy­ra­zie twa­rzy ośmior­ni­cy za punkt ho­no­ru po­sta­wi­ła so­bie uśpie­nie wszyst­kich, a jej wie­dza pre­zen­to­wa­ła się mar­nie. Dwie go­dzi­ny opo­wia­da­ła o smut­nych dzie­ciach i spo­so­bach za­uwa­że­nia tego smut­ku. Cały wy­kład po­szedł­by w za­po­mnie­nie, gdy­by nie czas na spo­koj­ną kon­tem­pla­cję.

My­śli Kla­ry krą­ży­ły wo­kół Wę­dzyń­skie­go. Za­sta­na­wia­ła się, jaki jest na­praw­dę, czy śni o tam­tym dniu i czy czu­je obrzy­dli­wą po­trze­bę, a swo­ją dzia­łal­ność pro­wa­dzi tyl­ko po to, żeby od­go­nić sza­lo­ne my­śli. Ana­li­zo­wa­ła moż­li­we od­po­wie­dzi, nie mo­gąc do­cze­kać się ko­lej­ne­go spo­tka­nia z tym czło­wie­kiem. Gdy nud­ny wy­kład do­biegł koń­ca, ze­bra­ła swo­je rze­czy. Chcia­ła wstać, ale de­li­kat­na dłoń Bar­bie spo­czę­ła na jej ra­mie­niu. Wcze­śniej pa­nien­ka uda­wa­ła po­chło­nię­tą pa­pla­niem Sar­nec­kiej i w ogó­le nie zwra­ca­ła na nią uwa­gi. Chy­ba zbie­ra­ła się w so­bie lub ukła­da­ła tak­ty­kę.

- Po­cze­kaj, War­szaw­ka - po­wie­dzia­ła tak, jak­by chcia­ła za­brzmieć groź­nie.

- Słu­chaj, na­praw­dę miło, że za­ję­łaś mi miej­sce, ale nie mam cza­su na oka­zy­wa­nie wdzięcz­no­ści, więc się od­czep. - Kla­rze bur­cza­ło w brzu­chu, była zmę­czo­na, a cze­ka­ło ją cięż­kie po­po­łu­dnie. Nie mia­ła ocho­ty za­przą­tać so­bie gło­wy bzdu­ra­mi.

- Ja ro­zu­miem, że jak ktoś przy­jeż­dża ze sto­li­cy, to ocze­ku­je nad­ska­ki­wa­nia. - Bar­bie moc­no ści­snę­ła jej bark. - Ale tu­taj za­ła­twia się spra­wy ina­czej. Pierw­szeń­stwo mają go­spo­da­rze, więc jak mó­wię ci, że miej­sce jest za­ję­te, to zna­czy, że jest, kur­wa, za­ję­te - na­wi­ja­ła wprost do ucha Kla­ry. - Weź so­bie to do ser­ca, ja­sne?

- A jak nie we­zmę? - Kla­ra sie­dzia­ła wy­pro­sto­wa­na, wpa­tru­jąc się w lu­dzi opusz­cza­ją­cych aulę.

- Są róż­ne me­to­dy... - W gło­sie blon­dyn­ki usły­sza­ła lek­ką butę. - Przy­pad­kiem może wy­lać ci się wia­dro z far­bą na gło­wę, ktoś może pod­sta­wić ci nogę na ko­ry­ta­rzu, pod­rzu­cić do to­reb­ki wo­re­czek z czymś za­ka­za­nym albo wy­bić szy­bę w au­cie. Bo za­kła­dam, że taka od­strze­lo­na ślicz­not­ka jeź­dzi wła­snym au­tem.

Słu­cha­jąc jej gróźb, Kla­ra zro­zu­mia­ła, z jak ża­ło­snym stwo­rze­niem ma do czy­nie­nia. Pierw­szy tre­ner sztuk wal­ki na­uczył ją, że ten, kto rzu­ca groź­ba­mi, po­ka­zu­je swo­ją sła­bość. Na­uczył ją też, jak so­bie z kimś ta­kim ra­dzić. Szyb­kim ru­chem ręki zła­pa­ła blon­dyn­kę za we­wnętrz­ną część uda. Twarz Bar­bie mo­men­tal­nie się za­czer­wie­ni­ła, oczy zda­wa­ły się wy­cho­dzić z or­bit. Go­ści­ły w nich strach i za­sko­cze­nie. Kla­ra uśmiech­nę­ła się naj­sło­dziej, jak po­tra­fi­ła, i po­wie­dzia­ła:

- Je­że­li przy­pad­kiem wy­le­je się na mnie wia­dro z far­bą, ktoś pod­ło­ży mi nogę albo za­ka­za­ne wo­recz­ki lub wy­bi­je szy­bę w au­cie, to przyj­dę do cie­bie i zmie­nię two­ją buź­kę w coś od­ra­ża­ją­ce­go. - Zwięk­szy­ła siłę na­ci­sku pal­ców na udo. - Wów­czas two­je po­szu­ki­wa­nia męża za­czną ogra­ni­czać się do cie­ci par­kin­go­wych i do­zor­ców na cmen­ta­rzach, bo nikt inny się nie sku­si, zro­zu­mia­łaś? - Słod­ki uśmiech na­wet na mo­ment nie opu­ścił ust Kla­ry.

Blon­dyn­ka po­ki­wa­ła tyl­ko gło­wą, ale to nie wy­star­cza­ło. Tre­ner tłu­ma­czył Kla­rze, że lu­dzie gro­żą­cy są peł­ni kom­plek­sów i mogą po­czuć chęć ode­gra­nia się. Dla­te­go wol­ną ręką chwy­ci­ła ko­per­to­wą to­reb­kę dziew­czy­ny i wy­ma­ca­ła w niej port­fel.

- Co-co ro­bisz? - mam­ro­ta­ła nie­pew­nie Bar­bie.

- Uśmie­chaj się, jesz­cze wszy­scy nie wy­szli - wy­da­ła po­le­ce­nie. Twarz dziew­czy­ny na­tych­miast przy­bra­ła inny wy­raz. - No wi­dzisz, to nie ta­kie trud­ne. - Kla­ra otwo­rzy­ła port­fel i wy­ję­ła do­wód oso­bi­sty.

- Po co ci on?

- Pla­nu­ję wziąć szyb­ki kre­dyt.

- Pro­szę cię, ja nie chcia­łam... To zna­czy... - Brzmia­ła co­raz bar­dziej ża­ło­śnie.

Kla­ra pu­ści­ła jej nogę, sfo­to­gra­fo­wa­ła do­wód i od­da­ła ra­zem z port­fe­lem.

- Żar­to­wa­łam. - Po­ca­ło­wa­ła Bar­bie w po­li­czek. - Lu­bię wie­dzieć, kto mi gro­zi. Do zo­ba­cze­nia na na­stęp­nym wy­kła­dzie, pa.

Po wyj­ściu z uczel­ni Kla­ra po­je­cha­ła ode­brać klu­cze. Tu­tej­si kie­row­cy spra­wia­li wra­że­nie ku­la­wych śli­ma­ków z tru­dem peł­za­ją­cych po­mię­dzy za­byt­ka­mi. Na miej­sce mia­ła dzie­więć ki­lo­me­trów, do­tar­ła po czter­dzie­stu pię­ciu mi­nu­tach. Sa­mo­chód za­par­ko­wa­ła po ko­lej­nych dzie­się­ciu. W agen­cji nie­ru­cho­mo­ści za­pła­ci­ła dwa ka­wał­ki, pod­pi­sa­ła sto­sow­ne pa­pie­ry i zo­sta­ła lo­ka­tor­ką ma­łe­go miesz­kan­ka na Prąd­ni­ku Czer­wo­nym.

Pla­no­wa­ła od­wie­dzić je od razu, ale żo­łą­dek wy­grał z moc­nym po­sta­no­wie­niem. Mu­sia­ła coś zjeść. Po­sta­wi­ła na Ka­zi­mierz, bo kil­ka razy sły­sza­ła, jak o tej dziel­ni­cy na­wi­ja­ły pa­nien­ki z war­szaw­skiej uczel­ni, chwa­ląc ja­kość po­sił­ków. Prze­ci­śnię­cie się tam kosz­to­wa­ło ko­lej­ne pół go­dzi­ny prze­py­cha­nek. Na miej­scu nie było le­piej. Naj­pierw dłu­go wal­czy­ła o miej­sce par­kin­go­we. Gdy je zdo­by­ła, przy­szła ko­lej na na­mie­rze­nie knaj­py. Tłum tu­ry­stów ogar­nię­tych sza­łem wio­sen­nej po­go­dy szczel­nie wy­peł­niał każ­dą wol­ną prze­strzeń. Sto­lik zna­la­zła do­pie­ro w trze­ciej re­stau­ra­cji. Ob­słu­gu­ją­cy ją kel­ner płasz­czył się, jak­by sta­no­wi­ła bi­let do świa­ta pa­ry­skich kuch­ni, a po­dał mar­nej ja­ko­ści stek. Śred­nio na­je­dzo­na ru­szy­ła na ko­lej­ne dro­go­we zma­ga­nia i wresz­cie zna­la­zła się w miej­scu, w któ­rym mo­gła zdjąć buty.

Miesz­ka­nie znaj­do­wa­ło się na par­te­rze. Mia­ło nie­wiel­ką kuch­nię, ja­dal­nię po­łą­czo­ną z sa­lo­nem, przy­tul­ną sy­pial­nię i cia­sną ła­zien­kę. Każ­dy me­bel wpi­sy­wał się w naj­mod­niej­sze tren­dy i kosz­to­wał kro­cie. Kla­ra wy­na­ję­ła kwa­drat dla do­brze za­ra­bia­ją­ce­go sin­gla, bo lu­bi­ła cia­sno­tę. Jej war­szaw­skie miesz­ka­nie było nie­wie­le więk­sze. Dłu­go mu­sia­ła tłu­ma­czyć ojcu, że nie chce ol­brzy­mie­go lo­ftu, bo duże prze­strze­nie źle na nią wpły­wa­ją. Zgo­dził się w bó­lach, ma­ru­dząc, że małe miesz­ka­nie to sła­ba in­we­sty­cja.

Szyb­ko za­bra­ła się do roz­pa­ko­wy­wa­nia wa­liz­ki. Za­czę­ła od lap­to­pa i książ­ki Ma­ria Puza. Na­stęp­nie wy­ję­ła matę do ćwi­czeń, spód­nicz­ki, ko­szu­le, ko­szul­ki, spoden­ki, kurt­kę i ma­ry­nar­ki. Oprócz nich wzię­ła bie­li­znę, pięć par bu­tów, trzy to­reb­ki, tro­chę przy­bo­rów na­uko­wych i ze­staw ko­sme­ty­ków. Były też ga­dże­ty, któ­rych nie uży­wa­ła, ale za­wsze wo­zi­ła ze sobą. Trzy­ma­ła je w skó­rza­nej ko­sme­tycz­ce. Gdy cała za­war­tość zna­la­zła się na swo­ich no­wych miej­scach, Kla­ra wy­ma­ca­ła nie­wiel­ki za­trzask na spo­dzie wa­liz­ki. Otwo­rzy­ła go i pod­cią­gnę­ła ma­te­riał. Pod nim znaj­do­wał się przed­miot owi­nię­ty bą­bel­ko­wą fo­lią. Po­wo­li, z na­masz­cze­niem zdję­ła za­bez­pie­cze­nie z gu­mo­wej pał­ki. Do­ty­ka­jąc jej, po­czu­ła prze­ni­kli­wy go­rąc na udach i w kro­ku.

"I co? Li­czysz, że tym ra­zem star­czy ci od­wa­gi, żeby jej użyć?"

My­śli ukła­da­ła sama, ale głos na­le­żał do pana Pa­try­ka. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie po­win­na tak ro­bić, ale nie umia­ła się po­wstrzy­mać.

- Chęt­nie uży­ła­bym jej na panu - po­wie­dzia­ła na głos. - Oj, za­po­mnia­łam, pan prze­cież gni­je w wię­zie­niu. Nie ma to jak fra­jer­ska wpad­ka.

Kla­ra re­gu­lar­nie roz­ma­wia­ła ze swo­imi my­śla­mi ubra­ny­mi w głos daw­ne­go opraw­cy. Me­to­dę cho­rej ko­mu­ni­ka­cji od­kry­ła, kie­dy mia­ła czter­na­ście lat. Z cza­sem głos stał się jej co­dzien­nym to­wa­rzy­szem. Mo­ty­wo­wał, po­ni­żał, ob­ra­żał. Przy­po­mi­nał, kim jest i przez co prze­szła.

"Wpa­dłem, bo da­łem się po­nieść po­żą­da­niu. Ty jesz­cze nie czu­jesz tak sil­nych po­trzeb. Je­steś mło­da, strach tobą rzą­dzi, masz wie­le do stra­ce­nia. No, chy­ba że prze­by­wasz w domu ro­dzi­ców, tam czu­jesz się bez­piecz­nie. Wiesz, że bra­ci­szek cię nie sprze­da..."

- Myli się pan - mó­wi­ła do­no­śnym, ata­ku­ją­cym to­nem, cho­dząc po sy­pial­ni. - Ja nie czu­ję po­żą­da­nia, tyl­ko nie­na­wiść. Nie­na­wi­dzę ich nie­win­no­ści. I w prze­ci­wień­stwie do pana wiem, że mogę się wy­le­czyć.

"Oświeć mnie, moja dro­ga, jak pla­nu­jesz się wy­le­czyć, sko­ro nie je­steś cho­ra?"

- Wkrót­ce się pan do­wie.

Zga­si­ła świa­tło i po­ło­ży­ła się na łóż­ku. Pa­trząc w po­kry­ty ciem­no­ścią su­fit, wy­obra­ża­ła so­bie, że leży w ja­ski­ni, cze­ka­jąc, aż znaj­dzie od­wa­gę do wyj­ścia. Mi­mo­wol­nie od­twa­rza­ła każ­dy naj­drob­niej­szy szcze­gół tam­te­go je­sien­ne­go po­po­łu­dnia.

"Za­pa­mię­tasz mnie na za­wsze, Kla­ro" - ko­lej­ne sło­wa roz­brzmia­ły w jej gło­wie same.

Cza­sa­mi roz­mo­wa z my­śla­mi uspo­ka­ja­ła Kla­rę, cza­sa­mi też naj­gor­sze ob­ra­zy wpy­cha­ły się przed oczy i nie umia­ła ich po­wstrzy­mać. Nie­na­wi­dzi­ła ta­kich mo­men­tów. Czu­ła wte­dy jego do­tyk, sło­ny smak śli­ny, po­tęż­ne ręce obej­mu­ją­ce jej bio­dra i to obrzy­dli­we sa­pa­nie nad uchem oraz mię­sny od­dech wpa­da­ją­cy do nosa.

- Prze­stań wresz­cie! - krzyk­nę­ła na całe gar­dło i z ca­łej siły ude­rzy­ła pał­ką w ma­te­rac. - Za­mknij się!

"Do­brze wiesz, co mu­sisz zro­bić, że­bym się za­mknął. Sęk w tym, że Kuba jest już za duży, a ty nie masz wy­star­cza­ją­cej od­wa­gi, żeby..."

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.