Siostra Diabła. Klara - Adrian Bednarek

Reflow text when sidebars are open.
Połowa lat dziewięćdziesiątych
Cztery dziesięcioletnie dziewczynki wybiegły ze szkoły. Przyglądał się im zza szyby starego Poloneza zaparkowanego na chodniku obok wejścia do parku po przeciwnej stronie ulicy. Trzy z nich w ogóle go nie interesowały, przypominały zabawne karykatury dorosłych. Uwagę przykuwała tylko ciemnowłosa, ubrana w kraciastą spódniczkę, czarne rajstopki, czarne buciki i puchową kurtkę. Pierwszy raz ujrzał ją w zeszłym tygodniu. Wyglądała jak urzeczywistnienie marzeń. Ciągle fantazjował o swoich dłoniach dotykających jej ud, brzuszka i piersi rozkwitających powoli niczym narcyzy wiosenną porą. Do tej pory zabrał niewinność dwóm młodym niewiastom, ale żadna nie rozpalała jego zmysłów do poziomu wrzenia.
Dziewczynka pożegnała się z koleżankami, sprawdziła, czy ulica jest bezpieczna, i przeszła na drugą stronę. Poczekał, aż wejdzie do parku, wysiadł z auta i ruszył za nią. Był przeciętnym mężczyzną dobiegającym czterdziestki, nikt z przechodniów nie zwracał na niego zbytniej uwagi. Silny wzwód maskował szarym płaszczem. Po minucie dogonił dziewczynkę.
- Witaj, moja droga - powiedział lekko zziajany.
- Dzień dobry, panie Patryku. - Słysząc go, zatrzymała się i odpowiedziała aksamitnym głosem, który mógłby pretendować do śpiewania na największych światowych scenach. - O co chodzi?
Staruszka z psem na smyczy przeszła obok, kompletnie ich ignorując. Wyglądali jak ojciec z córką.
- Znów wracasz przez park? - Poczekał, aż będą sami, i popchnął lekko dziewczynkę, wprawiając ją w ruch.
Kontakt dłoni z puchową kurtką ochraniającą wątłe plecy sprawił, że zrobiło mu się gorąco.
- Rodzice każą mi chodzić na przystanek dookoła parku, ale tędy jest bliżej. Już to panu przecież mówiłam.
Była przyzwyczajona do jego towarzystwa. Zaczepiał ją trzeci dzień z rzędu. Poprzednie skończyły się zaprowadzeniem na przystanek.
- Czemu oni cię nie odbiorą?
Zawsze używał tych samych sprawdzonych pytań. Dziś zamierzał zadać nowe, najważniejsze.
- Bo nie mają czasu... - Wzruszyła ramionami. - Tata założył firmę i dużo pracuje, a mama opiekuje się moim młodszym braciszkiem. On jest taki słodki.
- Musisz się nudzić, kiedy siedzisz w domu - stwierdził, budując sobie grunt, i przeszedł do najistotniejszego. - Chcesz, żebym został twoim starszym kolegą?
Dziewczynka przystanęła, on razem z nią.
Przyjrzał się jej wąziutkim, różowym ustom. Były cudowne, podobnie piegi na policzkach i intensywnie zielone oczy. Pragnął lizać jej mlecznobiałą cerę, pieścić ją i położyć kres męczącym fantazjom. Od kilku dni usilnie próbował zastąpić dziewczynkę żoną. Bez skutku.
- Pewnie! Nigdy takiego nie miałam! - odpowiedziała po chwili namysłu. Zauważył delikatne rumieńce na policzkach. Strach i brak zaufania zniknęły, przestawał być dla niej obcy. - Może mnie pan codziennie odprowadzać na przystanek.
- Starsi koledzy robią też o wiele fajniejsze rzeczy - powiedział tajemniczym tonem, próbując wzbudzić jej zainteresowanie.
- Na przykład jakie?
- Odkrywają tajemnice parku. Wiesz, że tu niedaleko jest jaskinia?
- Wszyscy w szkole wiedzą. - Dziewczynka zmarszczyła brwi. - Rozmawiałyśmy o niej z koleżankami, ale boimy się tam iść.
- Właśnie od takich rzeczy są starsi koledzy. Chodź, razem ją zobaczymy, to będzie nasza tajemnica - wyszeptał jej do ucha.
- No nie wiem... - Dziewczynka się wahała. - Chyba nie zdążę na autobus.
- Pojedziesz następnym. Nie bój się, dopilnuję, żebyś bezpiecznie dotarła do domu.
- Rodzice nie byliby zadowoleni, gdybym późno wróciła.
- Przecież rodzice zawsze powtarzają, żeby słuchać dorosłych. - Podniósł nieco ton na rozkazujący. - To podstawowa zasada bezpieczeństwa, prawda?
- Niby prawda... - Wbiła wzrok w swoje stópki.
- Poza tym tata jest w pracy, a mama i tak opiekuje się młodszym braciszkiem. Chodź, będzie fajnie. Przeżyjemy prawdziwą przygodę.
Poddana silnej presji dziewczynka postawiła w końcu kilka niepewnych kroków i zatrzymała się przy zejściu z betonowego chodnika.
- Będą się martwić - powiedziała.
- E tam, nie mają dla ciebie czasu, więc nawet nie zauważą. - Ponownie delikatnie ją popchnął. - Czyż nie lepiej pobawić się z nowym przyjacielem?
- Niby tak. - Dziewczynka przestała się opierać. Ruszyli wolnym krokiem w głąb dzikiej części parku. - Brzydko tu jest - wypaliła nagle. - Boję się.
- Przy mnie nie musisz się niczego bać. - Pogłaskał ją po główce i przyłożył dłoń do nosa. Pachniała rumiankowym szamponem. - Starszy przyjaciel jest również po to, żeby cię chronić.
Resztę drogi pokonywali w milczeniu. Dziewczynka niezdarnie stawiała kroki, buciki ślizgały się na mokrych liściach, trochę się trzęsła. On też, z podniecenia. Widział już moment, w którym ściąga z niej rajstopki. Samo miejsce wybrał nieprzypadkowo. Jesienną porą mało kto zapuszczał się w rejony jaskini.
- Oto i ona - powiedział, kiedy dotarli do celu. Porośnięta krzakami wnęka miała nieco ponad półtora metra wysokości i dwa metry długości. - Zajrzyjmy do środka.
- Tam jest strasznie ciemno. - Stanęła w miejscu.
Znów musiał ją popchnąć. Zrobił to trochę za mocno, ale tracił cierpliwość. Miał swój zakazany owoc na wyciągnięcie ręki i nie mógł doczekać się degustacji.
- Panie Patryku, to bolało! - krzyknęła niezadowolona.
- Już dobrze, kochanie. - Złapał dziewczynkę za rękę i pociągnął do środka. Musiał się schylić, kiedy wchodzili. Jaskinia była ciasna i mroczna. Słońce ledwie tu docierało, minimalnie rozjaśniając wnętrze. - Stań i postaw tornister na ziemi - oznajmił, a ona wykonała polecenie.
Od razu sięgnął ręką w zarośla przed wejściem i wymacał schowaną wcześniej gumową pałkę. Taką samą, jaką ojciec bił matkę. Zrobił krok w przód i uklęknął obok dziewczynki.
- Co to jest? - spytała słodkim tonem, w którym strach mieszał się z zaskoczeniem.
- To dla obrony. - Odłożył przedmiot na ziemię i drżącymi rękami rozpiął jej kurtkę.
Pod spodem miała czarny sweterek na guziki. Przycisnął głowę do jej roztrzęsionego brzuszka. Czuł, że penis zaraz rozerwie mu spodnie. Powstrzymywał się przed najważniejszym, żeby jak najdłużej móc delektować się dziewczynką.
- Panie Patryku, co pan robi? - Słodko przerażony głos dziewczynki jeszcze bardziej go pobudzał. Był niczym kieliszek zmrożonej wódki pity nad basenem w upalny dzień.
- Zagramy w grę dla dorosłych. - Zrzucił z niej kurtkę i podciągnął jej sweterek razem z koszulką. Nie nosiła stanika. Na to była jeszcze za młoda. - Ciekaw jestem, jak sobie poradzisz.
Omiatał ją coraz bardziej zachłannym wzrokiem. Miała lekko wydęty brzuszek, minimalny zarys biustu i idealnie okrągłe brodawki niczym odrysowane od cyrkla. Była jeszcze piękniejsza, niż sobie wyobrażał...
- Nie chcę grać w żadną grę - powiedziała płaczliwym głosem, ledwie powstrzymując łzy. - Chcę do domu! - Słowa odbiły się echem od chłodnych ścian. - Niech pan przestanie, jest mi zimno! - Próbowała się cofnąć, ale chwycił ją za pośladki. Przypominały dwie mięciutkie mandarynki.
- Nigdzie nie pójdziesz, będziesz się ze mną bawić.
Opuścił jej spódniczkę i rajstopki. Widok drobnych ud wzmógł żar, pozbawiając go wszelkiej kontroli nad samym sobą. Położył dłoń na zielonych majteczkach dziewczynki.
- Boję się pana... - Dziesięciolatka stała jak sparaliżowana, nie wykonywała żadnych ruchów, jedynie łkała. Podobnie zachowywały się dwie poprzednie.
Zachęcony jej biernością chwycił pałkę i uderzył ją w żebra. Zawyła z bólu, upadając na bok. Przywarł do niej, natychmiast zatykając usta. Spróbowała wierzgnąć nogami, ale nie miała szans. Zdjął jej majtki, spoconą dłonią pogładził wewnętrzną stronę uda, zimnego jak lód.
- Będę twoim pierwszym - powiedział, patrząc dziewczynce w oczy. Były sine z przerażenia. - Zapamiętasz mnie na zawsze.
***
Dziewczynka leżała na twardym podłożu jaskini. Pan Patryk skończył swoją dorosłą zabawę dawno temu. Cieszyła się, że nie próbował odprowadzić jej na przystanek. Wcale nie chciała stąd wychodzić, choć wiedziała, że musi. Powinna podciągnąć rajstopy i spódniczkę, przecież leżąc na zimnym, można złapać przeziębienie, ale tak bardzo ją piekło... Wciąż czuła gumową pałkę lądującą na żebrach i ten twardy, męski przedmiot, najpierw głaszczący jej pupę, a później przeszywający delikatne miejsce pomiędzy nogami. Nawet nie bolał tak mocno jak pałka, której potem w podobny sposób użył rozwścieczony pan Patryk. W uszach nadal dudnił jego głos, na twarzy czuła smród słonej śliny, usta bolały od jego szorstkich warg. Przynajmniej krew, która popłynęła spomiędzy jej nóg, zdążyła zaschnąć. Dziewczynka wstydziła się tego, co pan Patryk jej zrobił. Postanowiła, że nikomu nigdy o tym nie powie.
Kiedy słońce zaszło, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, poczuła nagłą tęsknotę za domem. Pragnęła znaleźć się w dobrze znanych, bezpiecznych murach. Żeby tam dotrzeć, najpierw musiała się ubrać. Szybkim ruchem podciągnęła rajstopy. Materiał parzył, jakby był rozgrzanym metalem. Zacisnęła zęby, tamując krzyk. Nie chciała, żeby ją ktoś usłyszał. Przyzwyczajona do ciemności rozejrzała się po wnętrzu, szukając majtek. Szybko przypomniała sobie głos pana Patryka zabierającego "pamiątkę naszej dorosłej zabawy".
Wsunęła sweter na brzuch, poprawiła spódniczkę, włożyła kurtkę, podniosła tornister i wyszła z jaskini. Przy każdym stawianym kroku miejsce, które zranił mężczyzna, płonęło. Dziewczynka obiecała sobie, że wygra z ogniem i dojdzie do domu. Z kolejnymi pokonywanymi metrami coraz sprawniej przyzwyczajała się do piekącego chodu. Kiedy wyszła z parku, szła już całkiem pewnie. W drodze na przystanek w odbiciu szyb wystawowych poprawiła włosy. W autobusie ściskała swój tornister, jakby był tarczą, i w milczeniu przyglądała się dorosłym. Uważnie obserwowała panów. Żaden nie zwracał na nią uwagi. Dotarła na swój przystanek, weszła na klatkę schodową i windą wjechała na dziesiąte piętro. Mieszkanie otworzyła własnymi kluczami.
W środku powitała ją mama.
- Co ty sobie myślisz, gówniaro?! - naskoczyła na nią od razu. - Znowu się gdzieś szlajałaś!
- Poszłam na hamburgera... - wydukała cichutko niczym myszka. - A potem na plac zabaw, z koleżanką.
- Kazałam ci przyjść od razu po szkole! - Mama ani odrobinę nie obniżyła tonu. Była tak wściekła, że w ogóle nie dostrzegła pogniecionego ubrania ani grymasu smutku na twarzy córki. - Wiesz, że Kuba jest chory i ma gorączkę, potrzebuje lekarstw, te są w aptece. Ktoś powinien go pilnować, żebym mogła wyjść, a ty się włóczysz, jakbyś była dorosłą panną!
- Przepraszam, mamo... - Spuściła wzrok na swoje buciki. - Idź, popilnuję go.
- Już nie trzeba, sąsiadka mi pomogła. Możesz zająć się sobą... - Westchnęła, po czym udała się do kuchni.
Dziewczynka zdjęła kurtkę i z tornistrem w ręku poszła do łazienki. Po drodze spojrzała na pokój braciszka. Przez szybę zamkniętych drzwi przebijało światło, lecz ze środka nie dobiegały żadne dźwięki. Najsłodszy pięcioletni chłopiec na świecie spał, walcząc z gorączką. Ona zamknęła się w łazience. Napuściła lodowatej wody do wanny, zdjęła ubranie, zwinęła w kłębek i wsadziła do tornistra. Jutro będzie musiała je wyrzucić.
Weszła do wanny. Woda najpierw zaszczypała, a po chwili przyniosła ukojenie ranom, ale nie dała rady ostudzić myśli. Wydarzenia z jaskini przeleciały przed oczami niczym slajdy na pokazie. Dziewczynka wybuchła płaczem. Korzystając z odkręconej wody, dała upust emocjom. Szlochała, uderzając małymi piąsteczkami w wodę, która stawała się czerwona od krwi. Cały czas czuła na sobie jego olbrzymie ręce i twardość gumowej pałki. Zatkała uszy z nadzieją, że pan Patryk przestanie wreszcie powtarzać "Będę twoim pierwszym. Zapamiętasz mnie na zawsze".
Dwanaście lat później
Klara Sobańska nigdy nie uważała się za piękność. Włosy, czarniejsze od gorzkiej czekolady, miała zdecydowanie za długie. Ostatni raz porządnie skracała je w wieku dziesięciu lat. Od tamtej pory zawsze sięgały okolic bioder. Raz nosiła się z zamiarem zmiany fryzury. Zrezygnowała, w krótszych za bardzo przypominałaby dziecko. Nieprzyjemnie zielone oczy podkreślało kilkanaście piegów, które wraz z wąskimi ustami i malutką szparą między jedynkami dopełniały obraz niewinności.
Patrzyła na swoje odbicie w przenośnym lusterku i po raz kolejny próbowała odgadnąć, czemu większość mężczyzn nie potrafi jej się oprzeć. Przyciągała ich od najmłodszych lat. Pierwszy raz kolega zaprosił ją do kina już w zerówce. Odmówiła. Potem odmawiała jeszcze kilku, aż spotkała dorosłego mężczyznę, który postanowił nie pytać o pozwolenie i na zawsze odmienił jej życie, czyniąc ją inną. Na początku była słaba, z czasem stała się silniejsza i choć nie rozumiała źródła swojego uroku, nauczyła się go wykorzystywać. Dzisiaj też zamierzała użyć tej magicznej mocy.
Schowała lusterko do skórzanej torebki, wyjęła kluczyki ze stacyjki Jeepa, wyszła na zewnątrz i powolnym krokiem ruszyła w stronę budynku Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Gdy szła po pasach, dwóch facetów zmierzających w przeciwnym kierunku zlustrowało ją, jakby właśnie kończyli strajk głodowy, a ona była podwójnym cheeseburgerem. Ślina niemal pociekła im z ust. Obaj skupiali się na czarno-czerwonej, kraciastej spódniczce zakończonej tuż nad kolanami i czarnych rajstopach. Mniej interesowały ich czarne balerinki, jasnoniebieska koszula wpuszczona za pas i szara marynarka. Charakterystyczny zestaw ubrań w połączeniu z ciałem, które katowała ciężkimi treningami, wywoływał chorą ciekawość.
Gapiły się na nią również panienki. Damska część widowni zwykle robiła to z wymuszonym obrzydzeniem i szczerą zazdrością. Dziś w oczach ludzi mijanych przed samym budynkiem uczelni również dostrzegła zaciekawienie. Studenci widzieli ją po raz pierwszy, nie byli jeszcze przyzwyczajeni do tego widoku.
Klara nie znała nikogo w mieście wyglądającym jak tandetna wystawa zabytków. Rano opuściła swoje ukochane lokum w Warszawie i przyjechała prosto na ulicę Podchorążych, gdzie mieściła się uczelnia. Nie zdążyła nawet odebrać kluczy od wynajmowanego mieszkania. Poranny korek w Jankach zakłócił jej plany, a wykład zaczynał się za dwadzieścia minut. Nie mogła sobie pozwolić na spóźnienie, miała tu pilną sprawę do załatwienia. Stanowiła milowy krok w naprawie jej zdewastowanego życia.
Pilna sprawa była mężczyzną, który szedł właśnie w to samo miejsce, co Klara, do popielniczki przed głównym wejściem. Miał metr osiemdziesiąt wzrostu, postawione na dyskretnego irokeza ciemne włosy i zamyśloną twarz naukowca. Ubierał się skromnie. Luźne spodnie, sportowe buty, polówka i dżinsowa kurtka. Pod pachą trzymał teczkę ze sztucznej skóry. Nazywał się Robert Wędzyński. Do tej pory widziała tylko jego zdjęcia w sieci.
Klara zgasiła papierosa w tym samym momencie, co on.
- Mężczyzna jarający cienkiego mentola - odezwała się lekko zachrypniętym głosem. - Troszkę to mięczakowate. - Na wstępie uderzyła w ego. Dobrze wiedziała, że faceci sobie z tym nie radzą. - Jakbyś chciał zrobić coś złego, ale się bał.
- Kwestia upodobań. Tytoń połączony z miętą smakuje lepiej niż guma do żucia.
Sposób, w jaki wybrnął, świadczył o jego inteligencji. Głupcy zwykle pytali, czemu tak uważa, co ma na myśli lub z wymuszonym śmiechem udawali, że opowiedziała dowcip.
- Może chcesz wyzbyć się uprzedzeń i spróbować? - Wędzyński nie czekał na kolejny atak, przypuścił własny. - A tak w ogóle jestem Robert...
- Wędzyński, wiem. - Klara zaśmiała się, prezentując uśmiech, który zmieniał jej twarz w niewinną laleczkę. Wielokrotnie ćwiczyła go przed lustrem, a potem testowała na żywych organizmach. - I nie, dziękuję, palę papierosy, nie gumę do żucia.
- Znamy się? - zwinnie zmienił temat.
- Z tego, co wiem, nie starasz się być nieznany. Klara. - Pomachała do niego prawą dłonią. Na środkowym palcu miała pierścionek z diamentem, na nadgarstku trzy trwale złączone drewniane bransoletki. - Za chwilę mam z tobą wykład.
- Skoro tak, powinnaś się do mnie zwracać z większym szacunkiem - upomniał ją. Na co dzień studenci raczej nie traktowali go po koleżeńsku.
- Internet powiedział mi, że jesteś tylko dziesięć lat starszy ode mnie. Serio wolisz, kiedy prawie rówieśniczka zwraca się do ciebie "proszę pana"?
Jeśli go zaskoczyła, nie dał tego po sobie poznać. W ogóle nie zareagował.
- Przyjechałam tu, żeby uczestniczyć w wykładach twoich i... Sargockiej czy jakoś tak...
- Sarneckiej - poprawił ją. - Chodzi ci o Iwonę Sarnecką. Tylko my pomagamy przyszłym nauczycielom radzić sobie ze zjawiskiem pedofilii.
- Zgadza się, Sarnecka. - Pstryknęła palcami. - Mam z nią wykład zaraz po twoim. Szykuje się ciekawy dzień.
- W takim razie zapraszam do auli.
Wędzyński wykonał krok w kierunku wejścia, czym ją zaskoczył. Mężczyźni dobrowolnie nie kończyli rozmowy pierwsi bez propozycji ponownego spotkania.
- Jeszcze jedno, Klaro... - Stanął, zauważywszy, że za nim nie idzie. Jednak nie różnił się od innych. - Zanim do mnie podeszłaś, wiedziałaś, kim jestem. Chciałbym więc spytać, jaki jest twój cel zagadywania do mężczyzny palącego mentole...
Jego bezpośrednie podejście spodobało się Klarze. Myślał, że jest cwany, a tak naprawdę pozwalał jej zaoszczędzić mnóstwo czasu, który straciłaby, bawiąc się w podchody.
- Interesuje mnie twoja wiedza w zakresie pedofilii. Wiem, że na wykładach mogę się sporo dowiedzieć, ale nie tyle, ile rozmawiając w cztery oczy. Dlatego cię zagadałam.
- Nie wyglądasz na osobę, która zamierza całe życie uczyć dzieciaki. - Wędzyński zaśmiał się z niedowierzaniem.
- Czemu? Chyba nie szufladkujesz ludzi po wyglądzie? Myślałam, że ktoś z twoją wiedzą pierdoli stereotypy. - Celowo zaklęła. Jej bezczelna postawa mogła osłabić pewność siebie Wędzyńskiego.
Wykładowca zrobił krok w jej stronę i zlustrował ją od stóp do głów.
- Masz koszulę, która kosztowała połowę mojej miesięcznej pensji, balerinki i spódniczka też nie pochodzą z bazaru. Nie wspomnę o Omedze De Ville. - Zbliżył dłoń do jej zegarka, niemal go dotykając. - Owszem, pierdolę stereotypy, ale twoja chęć bycia nauczycielką przeczy wszelkiej logice.
Klara nie mogła wyjść z podziwu, jak szybko Wędzyński oszacował jej status materialny i wyrobił sobie opinię. Zdecydowanie nie zaliczał się do grona przeciętnych samców, którymi łatwo manipulowała.
- Gratuluję znajomości w zakresie mody. Pomaga w szufladkowaniu? - Postanowiła zagrać lekko urażoną.
- To nie znajomość mody, tylko część mojej pracy - powiedział całkowicie poważnie. - Jeżeli chcesz dostrzec dewianta wtapiającego się w otoczenie, musisz zwracać uwagę na szczegóły, szukać detali niepasujących do reszty. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn.
- Uważasz, że kobiety też mogą być pedofilami? - Z trudem udało jej się wypowiedzieć te słowa bez szczerej ekscytacji.
- Według statystyk stanowią jedną dziesiątą procenta całości, więc istnieją. Są białymi krukami wśród męskich zastępów szatana. - W jego głosie słychać było obrzydzenie. - A wracając do sedna: czemu dziewczyna z Omegą na ręce miałaby zostać nauczycielką?
Klarę denerwowało to pytanie. Słyszała je setki razy, od rodziców, znajomych, a nawet od profesorów warszawskiego uniwersytetu. Miała przygotowanych kilkanaście wiarygodnych wersji. Żadna z nich nie była wystarczająco dobra dla Wędzyńskiego, dlatego ułożyła nową.
- Pomijając fakt, że lubię robić na złość rodzicom - puściła mu oko - chciałabym przekonać się, jakie niebezpieczeństwa czyhają na dzieci, zanim wypuszczę na świat własne.
Wyobraziła sobie, że stoi naga pod Pałacem Kultury obserwowana przez japońskich turystów z aparatami fotograficznymi. Natychmiast poczuła gorąco na policzkach. Wymyśliła ten sposób wymuszenia rumieńców podczas jednego z wielu popołudni, które spędzała w towarzystwie swojego przekleństwa. Oczy Wędzyńskiego zabłysły. Mógł opierać się jej urodzie, ale widok czerwonych policzków Klary mówiącej o dzieciach siał spustoszenie równe bombie biologicznej. Odczekała, aż jego zachwyt minie, i zadała pytanie.
- Będę mogła liczyć na małe korepetycje w zakresie rozpoznawania pedofili? To dla mnie bardzo ważne.
Minęła ich grupa starszych studentów. Wszyscy ukłonili się Wędzyńskiemu i obrzucili Klarę łapczywymi spojrzeniami.
- Zgoda. - Otworzył teczkę, wyjął tandetną białą wizytówkę i podał Klarze. - Zadzwoń, ustalimy termin. Podczas wykładu zapisz sobie najważniejsze pytania, postaram się udzielić na nie odpowiedzi.
- Tak po prostu? Bez żadnych haczyków? - Początek rozmowy nie wskazywał na łatwą przeprawę.
- Żeby rozwiać wszelkie niejasności: to będzie oficjalna lekcja. Stawka wynosi sto pięćdziesiąt złotych za godzinę.
- Kasujesz wszystkich studentów potrzebujących pomocy? - spytała kokieteryjnym głosem.
- Nie, tylko tych, którzy noszą Omegi - wyjaśnił z miną cwaniaka, spoglądając na busolę. - Zaraz zaczynam, a nie zdążyłem wypić kawy. Przepraszam. - Skinął głową i wszedł do budynku.
Klara odczekała dwadzieścia sekund, po czym ruszyła na poszukiwania auli.
Wędzyński prowadził zaledwie kilka wykładów w roku, a zainteresowanie zawsze przekraczało liczbę dostępnych miejsc. Klara musiała mocno się nagimnastykować, żeby tu trafić. Semestr na jej uczelni już się zaczął, zajęcia trwały w najlepsze, ale się z nich wymiksowała. Pomogły jej znakomite wyniki sesji zimowej, urok osobisty i obietnica nadrobienia zaległości. Dziś, zgodnie z przypuszczeniami, aula była pełna. Z trudem wyszukała nieokupowane krzesełko w jednym ze środkowych rzędów. Usiadła między ciemnowłosym chłopakiem z prawej i blond lalunią z lewej. Blondynka ze swoimi kręconymi świderkami, różową koszulką i obcisłymi dżinsami mogłaby służyć za odlew do modelu Barbie.
- To miejsce jest zajęte - powiedziała, rzucając Klarze złośliwe spojrzenie. Przypominało sygnał wysyłany przez drapieżnika mający ostrzec konkurencję, że weszła na cudzy teren.
- Dziękuję, że byłaś tak uprzejma i mi je zarezerwowałaś... - Posadziła tyłek na siedzisku.
Dziewczyna otwarła usta, ale jej mózg nie przesłał żadnych słów wartych wypowiedzenia. Klara poprawiła włosy, zasłaniając nimi profil blondynki. Brzydziły ją paniusie uważające, że wygląd plastikowej zabawki pozwala im na więcej. Nie chciała na nią patrzeć.
- Taka nasza krakowska gościnność - odezwał się chłopak po prawej. - Zakładam, że jesteś tu nowa. Szczepan.
Klara spojrzała mu w oczy. Iskrzyła w nich dzikość, spojówki zdawały się kręcić napędzane rozwojem wyobraźni. Była pewna, że odciąłby sobie trzy palce, usmażył je i zjadł, byleby móc iść z nią i z Barbie do łóżka, i właśnie o tym teraz myślał.
- Cieszę się. - Wyjęła z torebki notatnik oraz pióro ze złotą stalówką.
- Przyjechałaś na wykłady z Wędzyńskim czy przeniosłaś się do nas na dłużej? - Chłopak podjął żałosną próbę nawiązania rozmowy.
Klara westchnęła.
- Na pewno nie przyjechałam, żeby opowiadać ci o sobie... - Liczyła, że tym zamknie mu usta.
- Studiujesz w Warszawce? - wtrąciła blondynka. Na notatniku Klary widniało logo warszawskiego sklepu z galanterią skórzaną. - No tak, mogłam się domyślić. Słoiczek jesteś. Reprezentujesz słynną kulturę przewożoną do stoli... - Wibracja czerwonego telefonu leżącego na blacie przerwała jej wywód. - No heja - powiedziała do komórki Barbie. - Niestety nie, jakaś damulka z Wawy się tu wepchnęła i zamierza zostać. - Zamilkła, słuchając odpowiedzi. - Usiądź gdziekolwiek, potem pogadamy.
Klara poczuła narastającą agresję. Rozrywała klocki zaciśnięte na rozgrzanych tarczach hamulcowych w jej głowie, w punkcie odpowiadającym za samokontrolę. Już miała odpowiedzieć, że w przeciwieństwie do wścibskich krakusek wciskających przypudrowane noski tam, gdzie nie trzeba, damy ze stolicy pilnują własnych tyłków, kiedy nagle wszystkie rozmowy na auli ucichły, jakby ktoś za pomocą guzika wyłączył głos. Pojawił się Wędzyński. Uwaga ludzi skupiła się na nim. Każdy wiedział, kim jest.
Słynął z wyjątkowej umiejętności namierzania pedofilii. Gdy pracował w szkole podstawowej, zdemaskował trzech. Od tamtej pory dzielił się swoją wiedzą, udzielał wykładów, często współpracował też z policją w charakterze eksperta. Stał się swoistym guru w dziedzinie rozpoznawania cech charakteryzujących ludzi, którzy zaspokajają swoje zwyrodniałe potrzeby na dzieciach. Był dokładnie tym, kogo Klara szukała.
- Wszyscy wiemy, czym jest pedofilia - zaczął mówić. - Zjawisko to istnieje tak długo, jak istnieją ludzie. Jeśli ktoś liczy, że kiedykolwiek przestanie istnieć, jest w błędzie. Tego nie da się wyeliminować, podobnie jak zoofilii czy skłonności do gwałtu. A jakie jest źródło narodzin tych potrzeb? - Kilka osób podniosło ręce, nie zrozumiawszy, że pytanie było retoryczne. - Większość tych, którzy odczuwają seksualne zaspokojenie podczas obcowania z dziećmi, sami w swoim dzieciństwie padli ofiarą gwałtu, molestowania, przemocy lub byli świadkiem podobnego wydarzenia. W skrajnych przypadkach bierze się to ze zbyt wczesnych prób obcowania seksualnego z rówieśnikami, mam na myśli bardzo, ale to bardzo wczesną młodość - podkreślił. - W ten sposób wykształca się zakrzywiony obraz potrzeb i dominuje on w późniejszym życiu. Taki człowiek za wszelką cenę chce odtworzyć czy raczej dokończyć stosunek ze swoim młodziutkim ideałem, uwodzi swój cel, czaruje, rozbudza niewłaściwe uczucia i dopiero później wykorzystuje. To bardzo ciężki przypadek. - Zaczął nerwowo chodzić po auli. Mikrofon był bezprzewodowy i nie ograniczał jego ruchów. - Musicie wiedzieć, że znaczna część molestowanych dzieci nie zgłasza tego rodzicom ani organom ścigania. Popełniają wielki błąd i niestety mają do tego prawo, bo są dziećmi. Odpowiedzialność spoczywa na dorosłych, a duszenie tak strasznego problemu przez dziecko ma kolosalny wpływ na jego dalsze losy. Mówię wam to, ponieważ jako przyszli pedagogowie powinniście nie tylko umieć rozpoznać pedofila, ale również konkretne zachowania dziecka, które miało nieszczęście przeżyć taki atak!
Ostatnie zdanie wykrzyczał na całe gardło. Jego wykład był pełen pasji, emocji, niemal osobisty.
- Pracowałem w szkole podstawowej. Myślałem, że będzie to praca pełna radości, a okazała się czymś zupełnie innym. Walką przeciwko złu, które czyha na niewinność. - Szybkim ruchem pomacał włosy, upewniając się, że nie opadły. - Do dziś uczestniczę w wielu obserwacjach przy szkołach. Namierzyłem kilku potencjalnych pedofili, w swoich typach pomyliłem się tylko dwa razy. - Podszedł do biurka i upił łyk wody.
Klara zapisała pytania, które same jej się nasunęły. Zauważyła, że Barbie ochoczo zerknęła w jej notatnik. Sama trzymała telefon z włączonym dyktafonem.
- Podczas mojej pracy nakłoniłem pięciu chłopców i cztery dziewczynki do wyznania mi prawdy o molestujących ich mężczyznach. - Słowa Wędzyńskiego wywołały poruszenie w auli. Poczekał, aż szmery ucichną, i kontynuował: - Żyjemy na takim, a nie innym świecie. Zło rozmnaża się tu szybciej niż norniki, a rodzice żadnego z tych dzieci nie zauważyli jakichkolwiek oznak molestowania. - Z jego czoła zaczął płynąć gęsty pot. - Każdego dnia tysiące rodziców na całym świecie popełniają ten sam błąd, a musicie pamiętać, że dziecko, którego dotknęło zło, potrafi to ukrywać. Pomyślcie, jakie skutki ich milczenia przyniesie przyszłość... - Wziął kilka głębokich wdechów. - Czy dusząc traumę, będą umieli normalnie funkcjonować jako dorośli? Często nie dają rady, gubią się, wycofują ze społeczeństwa, nie potrafią założyć rodziny, stają się odludkami, a ich jedynym towarzyszem jest cierpienie, które mieszka tu. - Postukał się po czole. - Są też przypadki, kiedy ból zaznany w dzieciństwie przeradza się w agresję i nienawiść. Pojawiają się skłonności sadystyczne, pociąg do zbrodni. Nierzadko kończy się to samobójstwami. Dlatego równie ważne jak zlokalizowanie drapieżnika jest rozpoznanie i neutralizowanie skutków jego działalności. - Ktoś z przodu podniósł rękę. - Słucham, niech pani mówi.
- Jakie są kluczowe objawy, po których możemy rozpoznać, że dziecko padło ofiarą ataku? - spytała dziewczyna o grubym głosie. Klara nie dostrzegła jej twarzy wśród tłumu.
- Jest ich sporo. Na tym wykładzie, a także na kolejnych, będziemy je omawiać. Na razie tytułem wstępu chcę podać informacje ogólne.
- W takim razie jak pan rozpoznaje te objawy? - Gruby głos nie dawał za wygraną. - Co jest, nazwijmy to, kluczem?
- Mam jedną znaczącą przewagę na polu walki. Sam jestem ofiarą ataku pedofila.
Swoim wyznaniem wywołał poruszenie. Wszyscy, łącznie z Klarą, byli zaskoczeni. Gdy szmery trwały w najlepsze, przymknęła powieki. W wyobraźni zobaczyła młodziutkiego Wędzyńskiego, tryskającego tą obrzydliwą dziecięcą niewinnością. Potem ujrzała go, jak leży zakrwawiony na podłodze obskurnej rudery, a do jego głowy dociera, że świat wcale nie jest przyjazny. Poznał prawdziwe zło, stał się nosicielem przekleństwa, ma w sobie dożywotni strach.
- Rozumiem państwa reakcję. - Wędzyński sprowadził Klarę na ziemię. Odleciała tak daleko, że nie zauważyła, kiedy mimowolnie położyła prawą dłoń na udzie.
Siedzący obok Szczepan gapił się i robił wszystko, żeby to ukryć. Poczuła do niego silne obrzydzenie.
- Wierzę, że wśród was nie ma nikogo z podobną przeszłością. Jeśli jednak się mylę, niech pamięta, że nigdy nie jest za późno na pomoc. Pod koniec wykładu podam wam adres mailowy, na który zawsze możecie do mnie pisać, oraz dwa adresy odpowiednich placówek wspierających ludzi skrzywdzonych w dzieciństwie. A teraz wróćmy do sedna wykładu.
W ciągu kolejnej godziny wyjaśniał zachowania konkretnej grupy dzieci będących ofiarami pedofili. Tłumaczył, że próbują udawać normalnych, ale przez niedojrzałość robią to nazbyt sztucznie i nieudolnie, choć mało kto zauważa takie detale. Podkreślił, że w trakcie kryzysów zdarza im się milknąć bez powodów, odlatywać gdzieś myślami, a gdy zostaną przyłapane, od razu wkładają maski radosnych postaci. Prawdziwe oblicze miały pokazywać tylko samym sobie, gdy nikt nie widzi. Uważał, że z wiekiem takie dzieciaki stają się bardziej nadpobudliwe i łatwo je sprowokować.
- Oczywiście wymienione symptomy nie stanowią reguły - podsumował swoje przemówienie. - Ale jeśli dziecko wykazuje podobne cechy, dobry pedagog musi uważnie mu się przyjrzeć. Tym, co nigdy się nie zmienia i stanowi mój klucz do rozpoznania, jest spojrzenie. Pełne strachu, bólu i nienawiści do dorosłego świata. Niestety sposobu na wyłapanie oczu zranionego dziecka nie jestem w stanie was nauczyć. Sam zdobyłem swoją wiedzę, oglądając ten wzrok w lustrze... - Zamilkł, jakby chciał wsłuchać się w głuchą ciszę, która zapanowała w auli. - Drugą grupą próbującą maskować swoją traumę są dzieci smutne i zamknięte w sobie. Profesor Sarnecka opowie wam o tym problemie za - spojrzał na zegarek - dwadzieścia minut.
Klara poczuła lekkie rozczarowanie. Wędzyński, poza pochwaleniem się własnym problemem, nie powiedział nic, czego by nie wiedziała.
- Na zakończenie dodam, że drapieżnicy zdarzają się w każdej grupie społecznej. To nie są otyli dziwacy albo ekscentryczni starsi panowie jak na filmach. Nawet teraz ktoś taki może przebywać tu, w tej auli. Słucha, uczy się, wyciąga wnioski i snuje plany. - Wędzyński napisał na tablicy obiecane wcześniej namiary. - To tyle na dzisiaj. Jutro ciąg dalszy, dziękuję i życzę miłego dnia.
Barbie wystrzeliła z auli w trybie ekspresowym. Chłopak, który siedział po prawej, czekał, aż Klara spakuje swoje rzeczy, i wstał równo z nią. Dopiero teraz zobaczyła, że jest od niej o dwie głowy wyższy, a jego waga zalicza się do piórkowej.
- Zostajesz na następnym wykładzie? - spytał. - Może chcesz wcześniej skoczyć coś przegryźć?
- Nie jestem głodna, ale tobie polecam więcej białka i regularne wizyty na siłowni - mówiąc to, klepnęła go w brzuch. Był miękki, nie poczuła nawet jednego mięśnia. - Może dzięki temu zwiększysz szanse przy kolejnej dziewczynie, która obok ciebie usiądzie.
Chłopak zrobił zrezygnowaną minę i odpuścił.
Klara nauczyła się, że nie ma skuteczniejszego odstraszacza osobnika płci męskiej niż drastyczne skomentowanie jego wyglądu. Metoda nigdy nie zawodziła. Bezpośrednio z auli poszła zapalić. Tym razem nie spotkała Wędzyńskiego, jedynie różne grupy młodych mężczyzn oglądających ją jak unikatowy eksponat. Zdegustowana wyrzuciła fajkę w połowie i wróciła do budynku.
Wykład z profesor Sarnecką odbiegał poziomem od przemówienia Wędzyńskiego. Starsza kobieta o wyrazie twarzy ośmiornicy za punkt honoru postawiła sobie uśpienie wszystkich, a jej wiedza prezentowała się marnie. Dwie godziny opowiadała o smutnych dzieciach i sposobach zauważenia tego smutku. Cały wykład poszedłby w zapomnienie, gdyby nie czas na spokojną kontemplację.
Myśli Klary krążyły wokół Wędzyńskiego. Zastanawiała się, jaki jest naprawdę, czy śni o tamtym dniu i czy czuje obrzydliwą potrzebę, a swoją działalność prowadzi tylko po to, żeby odgonić szalone myśli. Analizowała możliwe odpowiedzi, nie mogąc doczekać się kolejnego spotkania z tym człowiekiem. Gdy nudny wykład dobiegł końca, zebrała swoje rzeczy. Chciała wstać, ale delikatna dłoń Barbie spoczęła na jej ramieniu. Wcześniej panienka udawała pochłoniętą paplaniem Sarneckiej i w ogóle nie zwracała na nią uwagi. Chyba zbierała się w sobie lub układała taktykę.
- Poczekaj, Warszawka - powiedziała tak, jakby chciała zabrzmieć groźnie.
- Słuchaj, naprawdę miło, że zajęłaś mi miejsce, ale nie mam czasu na okazywanie wdzięczności, więc się odczep. - Klarze burczało w brzuchu, była zmęczona, a czekało ją ciężkie popołudnie. Nie miała ochoty zaprzątać sobie głowy bzdurami.
- Ja rozumiem, że jak ktoś przyjeżdża ze stolicy, to oczekuje nadskakiwania. - Barbie mocno ścisnęła jej bark. - Ale tutaj załatwia się sprawy inaczej. Pierwszeństwo mają gospodarze, więc jak mówię ci, że miejsce jest zajęte, to znaczy, że jest, kurwa, zajęte - nawijała wprost do ucha Klary. - Weź sobie to do serca, jasne?
- A jak nie wezmę? - Klara siedziała wyprostowana, wpatrując się w ludzi opuszczających aulę.
- Są różne metody... - W głosie blondynki usłyszała lekką butę. - Przypadkiem może wylać ci się wiadro z farbą na głowę, ktoś może podstawić ci nogę na korytarzu, podrzucić do torebki woreczek z czymś zakazanym albo wybić szybę w aucie. Bo zakładam, że taka odstrzelona ślicznotka jeździ własnym autem.
Słuchając jej gróźb, Klara zrozumiała, z jak żałosnym stworzeniem ma do czynienia. Pierwszy trener sztuk walki nauczył ją, że ten, kto rzuca groźbami, pokazuje swoją słabość. Nauczył ją też, jak sobie z kimś takim radzić. Szybkim ruchem ręki złapała blondynkę za wewnętrzną część uda. Twarz Barbie momentalnie się zaczerwieniła, oczy zdawały się wychodzić z orbit. Gościły w nich strach i zaskoczenie. Klara uśmiechnęła się najsłodziej, jak potrafiła, i powiedziała:
- Jeżeli przypadkiem wyleje się na mnie wiadro z farbą, ktoś podłoży mi nogę albo zakazane woreczki lub wybije szybę w aucie, to przyjdę do ciebie i zmienię twoją buźkę w coś odrażającego. - Zwiększyła siłę nacisku palców na udo. - Wówczas twoje poszukiwania męża zaczną ograniczać się do cieci parkingowych i dozorców na cmentarzach, bo nikt inny się nie skusi, zrozumiałaś? - Słodki uśmiech nawet na moment nie opuścił ust Klary.
Blondynka pokiwała tylko głową, ale to nie wystarczało. Trener tłumaczył Klarze, że ludzie grożący są pełni kompleksów i mogą poczuć chęć odegrania się. Dlatego wolną ręką chwyciła kopertową torebkę dziewczyny i wymacała w niej portfel.
- Co-co robisz? - mamrotała niepewnie Barbie.
- Uśmiechaj się, jeszcze wszyscy nie wyszli - wydała polecenie. Twarz dziewczyny natychmiast przybrała inny wyraz. - No widzisz, to nie takie trudne. - Klara otworzyła portfel i wyjęła dowód osobisty.
- Po co ci on?
- Planuję wziąć szybki kredyt.
- Proszę cię, ja nie chciałam... To znaczy... - Brzmiała coraz bardziej żałośnie.
Klara puściła jej nogę, sfotografowała dowód i oddała razem z portfelem.
- Żartowałam. - Pocałowała Barbie w policzek. - Lubię wiedzieć, kto mi grozi. Do zobaczenia na następnym wykładzie, pa.
Po wyjściu z uczelni Klara pojechała odebrać klucze. Tutejsi kierowcy sprawiali wrażenie kulawych ślimaków z trudem pełzających pomiędzy zabytkami. Na miejsce miała dziewięć kilometrów, dotarła po czterdziestu pięciu minutach. Samochód zaparkowała po kolejnych dziesięciu. W agencji nieruchomości zapłaciła dwa kawałki, podpisała stosowne papiery i została lokatorką małego mieszkanka na Prądniku Czerwonym.
Planowała odwiedzić je od razu, ale żołądek wygrał z mocnym postanowieniem. Musiała coś zjeść. Postawiła na Kazimierz, bo kilka razy słyszała, jak o tej dzielnicy nawijały panienki z warszawskiej uczelni, chwaląc jakość posiłków. Przeciśnięcie się tam kosztowało kolejne pół godziny przepychanek. Na miejscu nie było lepiej. Najpierw długo walczyła o miejsce parkingowe. Gdy je zdobyła, przyszła kolej na namierzenie knajpy. Tłum turystów ogarniętych szałem wiosennej pogody szczelnie wypełniał każdą wolną przestrzeń. Stolik znalazła dopiero w trzeciej restauracji. Obsługujący ją kelner płaszczył się, jakby stanowiła bilet do świata paryskich kuchni, a podał marnej jakości stek. Średnio najedzona ruszyła na kolejne drogowe zmagania i wreszcie znalazła się w miejscu, w którym mogła zdjąć buty.
Mieszkanie znajdowało się na parterze. Miało niewielką kuchnię, jadalnię połączoną z salonem, przytulną sypialnię i ciasną łazienkę. Każdy mebel wpisywał się w najmodniejsze trendy i kosztował krocie. Klara wynajęła kwadrat dla dobrze zarabiającego singla, bo lubiła ciasnotę. Jej warszawskie mieszkanie było niewiele większe. Długo musiała tłumaczyć ojcu, że nie chce olbrzymiego loftu, bo duże przestrzenie źle na nią wpływają. Zgodził się w bólach, marudząc, że małe mieszkanie to słaba inwestycja.
Szybko zabrała się do rozpakowywania walizki. Zaczęła od laptopa i książki Maria Puza. Następnie wyjęła matę do ćwiczeń, spódniczki, koszule, koszulki, spodenki, kurtkę i marynarki. Oprócz nich wzięła bieliznę, pięć par butów, trzy torebki, trochę przyborów naukowych i zestaw kosmetyków. Były też gadżety, których nie używała, ale zawsze woziła ze sobą. Trzymała je w skórzanej kosmetyczce. Gdy cała zawartość znalazła się na swoich nowych miejscach, Klara wymacała niewielki zatrzask na spodzie walizki. Otworzyła go i podciągnęła materiał. Pod nim znajdował się przedmiot owinięty bąbelkową folią. Powoli, z namaszczeniem zdjęła zabezpieczenie z gumowej pałki. Dotykając jej, poczuła przenikliwy gorąc na udach i w kroku.
"I co? Liczysz, że tym razem starczy ci odwagi, żeby jej użyć?"
Myśli układała sama, ale głos należał do pana Patryka. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna tak robić, ale nie umiała się powstrzymać.
- Chętnie użyłabym jej na panu - powiedziała na głos. - Oj, zapomniałam, pan przecież gnije w więzieniu. Nie ma to jak frajerska wpadka.
Klara regularnie rozmawiała ze swoimi myślami ubranymi w głos dawnego oprawcy. Metodę chorej komunikacji odkryła, kiedy miała czternaście lat. Z czasem głos stał się jej codziennym towarzyszem. Motywował, poniżał, obrażał. Przypominał, kim jest i przez co przeszła.
"Wpadłem, bo dałem się ponieść pożądaniu. Ty jeszcze nie czujesz tak silnych potrzeb. Jesteś młoda, strach tobą rządzi, masz wiele do stracenia. No, chyba że przebywasz w domu rodziców, tam czujesz się bezpiecznie. Wiesz, że braciszek cię nie sprzeda..."
- Myli się pan - mówiła donośnym, atakującym tonem, chodząc po sypialni. - Ja nie czuję pożądania, tylko nienawiść. Nienawidzę ich niewinności. I w przeciwieństwie do pana wiem, że mogę się wyleczyć.
"Oświeć mnie, moja droga, jak planujesz się wyleczyć, skoro nie jesteś chora?"
- Wkrótce się pan dowie.
Zgasiła światło i położyła się na łóżku. Patrząc w pokryty ciemnością sufit, wyobrażała sobie, że leży w jaskini, czekając, aż znajdzie odwagę do wyjścia. Mimowolnie odtwarzała każdy najdrobniejszy szczegół tamtego jesiennego popołudnia.
"Zapamiętasz mnie na zawsze, Klaro" - kolejne słowa rozbrzmiały w jej głowie same.
Czasami rozmowa z myślami uspokajała Klarę, czasami też najgorsze obrazy wpychały się przed oczy i nie umiała ich powstrzymać. Nienawidziła takich momentów. Czuła wtedy jego dotyk, słony smak śliny, potężne ręce obejmujące jej biodra i to obrzydliwe sapanie nad uchem oraz mięsny oddech wpadający do nosa.
- Przestań wreszcie! - krzyknęła na całe gardło i z całej siły uderzyła pałką w materac. - Zamknij się!
"Dobrze wiesz, co musisz zrobić, żebym się zamknął. Sęk w tym, że Kuba jest już za duży, a ty nie masz wystarczającej odwagi, żeby..."
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.