Siódme wtajemniczenie - Edmund Niziurski

-
Proszę czekać

 

Rozdział 1

Próba lotu kosmicznego. Dlaczego nie mogłem orbitować? Z powrotem w klasie. Jak opanowałem położenie i odniosłem sukces taktyczny. Fatalny poślizg. Kulawy Lolo. Los fuksa, czyli moja sytuacja w Gnypowicach Wielkich

...Więc jednak oderwałem się i lecę. Przykre uczucie przeciążenia ustępowało powoli, wciąż jednak szumiało mi w uszach i wzrok miałem jakby zamglony. Z trudem rozpoznawałem zarysy instrumentów pokładowych i cień Komandora w fotelu.

- Jak się czujesz, Gusiu? - usłyszałem zachrypły głos. Jego głos.

- Bolą mnie uszy - odparłem.

- Nie masz jeszcze dostatecznej zaprawy - powiedział Komandor - nie wiem, czy powinienem był cię zabrać... Chyba skrócimy ten lot.

- O, nie! - przestraszyłem się. - Lećmy jak najdłużej. Nic mi nie będzie - zapewniłem gorąco - chyba że... - obejrzałem się niespokojnie - czy ktoś jest jeszcze na pokładzie?

- Nie ma nikogo. Załoga jest dwuosobowa. Żałujesz, że nie zabrałeś kolegów?

- Skądże! Mam dosyć ich wygłupów i wrzasków!

- Nie bój się. Tam będzie zupełnie cicho. Już jest cicho.

- A jednak chyba ich wciąż jeszcze słyszę...

- Nonsens. To są szumy techniczne.

- Sądzi pan, że tym razem nam się uda, Komandorze?

- Na pewno.

Mimo to odczuwałem niepokój.

- A jeśli któryś z nich tu się zakradł? - zapytałem po chwili.

- Wykluczone.

- Ale mogli mi coś podłożyć.

- Jesteś przewrażliwiony. Przestań o tym myśleć i przyglądaj się lepiej.

Wyjrzałem przez okno kabiny. Z boku widać było obłą krawędź Ziemi. Nad nią wąski pas atmosfery. Błyszczał kolorami słonecznego widma. Na dole był czerwony, wyżej pomarańczowy i żółty... zielonkawy, niebieski, potem fioletowy... wysoko już była tylko czerń. Przerażająca czerń kosmiczna.

- Czy nie wspaniałe? - zapytał Komandor.

- Za mało zieloności. I ta okropna czerń! - odpowiedziałem.

- Zieloności miałeś dosyć na Ziemi...

- To prawda, tylko...

- Chyba nie obleciał cię strach...

- Nie - odparłem bez przekonania - tylko trochę mi jakoś dziwnie. Czy nie ma tu insektów? - poruszyłem się niespokojnie.

- Skąd takie podejrzenia?!

- Bo... bo coś mnie chyba szczypie.

- Nie pleć głupstw! Żadnego kosmonauty jeszcze nigdy nic nie szczypało w rakiecie.

- Wiem, proszę pana, ale mnie coś szczypie - zacząłem wiercić się niespokojnie - a teraz łaskocze.

- Łaskocze? - zdziwił się Komandor.

- Naprawdę trudno wytrzymać...

- Opanuj się, to nerwowe.

- Wie pan... ja chyba wyjdę.

- Chcesz orbitować już teraz?

- Jeśli pan pozwoli... Może na zewnątrz nie będzie mnie szczypać. Pan się zgadza?

- No, jeśli chcesz koniecznie...

Chciałem się podnieść z fotela, ale bezskutecznie.

- No... dlaczego nie wstajesz? - zapytał Komandor.

- Nie mogę - jęknąłem.

- Jak to nie możesz?

- Bo coś mnie trzyma.

- Może zapomniałeś odpiąć pasy?

- Mam odpięte.

- Więc?

- Mówię panu, że coś mnie trzyma!...

- Zawsze z tobą jakieś kłopoty... - zdenerwował się Komandor. - No, ruszaj się!

- Komandorze! - wykrztusiłem przerażony. - Ja... ja chyba nie jestem w stanie nieważkości.

- Co ty wygadujesz?! Wstawaj! - Komandor obrócił do mnie twarz, a ja struchlałem nagle. To nie była twarz Komandora, to była twarz Kowbojki, naszej pani od matematyki!

Stała nad moją ławką tak blisko, że widziałem brodawkę na jej nosie i meszek na twarzy. Musiała coś mówić do mnie z gniewem, bo jej usta poruszały się gwałtownie, aczkolwiek nic jeszcze nie mogłem zrozumieć, czego ode mnie chce.

Spojrzałem ze złością po klasie. Wszyscy patrzyli na mnie rozbawieni. A więc - koniec lotu. Znów mi się nie udało. Do stu kosmonautów bosych, czyżby ucieczka z tego miejsca nie była w ogóle możliwa?! Odkąd tylko zjawiłem się w tej klasie, próbowałem nawiewać uparcie i systematycznie, lecz nawet największe natężenie wyobraźni nie pomagało. Zawsze zdarzyło się coś niezaplanowanego i musiałem wracać...

Szum w uszach ustawał pomału. Zacząłem odbierać pierwsze wrażenia słuchowe. Jak zwykle po powrocie na tę nieżyczliwą planetę nie były zachęcające.

- Cykorz! Co się z tobą dzieje?! Znów nie uważasz?

Pośpiesznie przetykałem sobie uszy.

- Czy nie rozumiesz, co się do ciebie mówi?! Wstań!

Poruszyłem się na ławce i próbowałem dźwignąć, ale bezskutecznie. Nawet się nie zdziwiłem.

- Nie mogę wstać - powiedziałem zrezygnowany i raczej beztrosko.

- Jak to nie możesz?! Dlaczego? - denerwowała się Kowbojka.

Postanowiłem do końca zachować godność, spokój i formę.

- Obawiam się, że jestem przyklejony - oświadczyłem rzeczowo.

Przez klasę przebiegł dreszcz śmiechu. Kowbojka posiniała.

- Kpisz sobie, Cykorz!

- Przykro mi - rzekłem - że pani profesorka tak myśli. Ale ja chyba jestem przyklejony i boję się, że jak wstanę na siłę, to rozedrę spodnie. Pani profesorka zobaczy.

Mój spokojny, staranny sposób wysławiania się w najbardziej drastycznych sytuacjach zawsze wprawiał Kowbojkę w zakłopotanie i zamykał jej usta. Teraz też zaprzestała dalszych wyładowań gogicznych i pochyliła się nad moją ławką, a stwierdziwszy, iż spodnie moje istotnie utworzyły jedność techniczną z powierzchnią deski, próbowała mnie oderwać, ale bez rezultatu.

- Rzeczywiście przykleiłeś się - zasapała zdumiona.

Siedziałem spokojnie z rękami na pulpicie. Zastanawiałem się, jak oni mogli to zrobić, i czekałem z godnością na dalszy rozwój wypadków.

Kowbojka przez chwilę wciąż jeszcze sapała, nabierając zapewne siły do dalszych wyładowań gogicznych. Brodawka na policzku poruszyła jej się niebezpiecznie.

- Kto przykleił Cykorza?! - zapytała wreszcie groźnie.

- Pani profesorko - odezwał się z ostatniej ławki Bezczelny Pacholec, podrzucając spiczastymi ramionami - dlaczego ktoś miałby przykleić Cykorza?!

- Stale coś mu robicie.

- Ale przyklejać?! - oburzał się piskliwie Bezczelny Pacholec. - To do nas niepodobne! Pani profesorka nas zna! Zresztą, który klej tak mocno trzyma? Chyba stolarski? A kto z nas ma stolarski?

- Klej cementowy może trzymać - zauważył mały Rymarski zwany Szprotem.

- Zależy co? - ziewnął Duży Mańkut.

- Na tym kleju pisze, że drzewo też.

- Ale spodnie?

Przez kilka minut trwała ożywiona dyskusja na temat i klejów, i ich właściwości, wreszcie Kowbojka zorientowała się, że są to dyskusje sztuczne i że padła ofiarą podstępu mającego za cel przegadanie lekcji.

- Dosyć! Pytam, kto przykleił Cykorza? - Zastukała linią w stół nauczycielski.

- Pani profesorko, Cykorz na pewno sam wylał ten klej, a potem usiadł.

- Nie opowiadaj. Ostatecznie nie jest przecież idiotą.

- Ale miał klej cementowy! - piszczał Szprot-Rymarski.

- Pani wie, jaki jest Cykorz. - Podrzucał ramionami Bezczelny Pacholec.

- To jest kosmak, proszę pani.

- Kosmonauta pieszy!

- Nawet mógł nie zauważyć, kiedy rozlał!

- Bo my mieliśmy przynieść dzisiaj klej na zajęcia techniczne.

- A on się stale zamyśla.

Kowbojka zmarszczyła brwi i znów wytoczyła się przed moją ławkę.

- Cykorz, czy przyniosłeś klej?

- Oczywiście, proszę pani - odrzekłem swobodnie.

- Zobacz, czy ci się nie wylał.

Pełen najgorszych przeczuć, aczkolwiek wciąż jeszcze z kamienną twarzą sięgnąłem pod pulpit. Istotnie, kleju tam nie było. Zajrzałem pod ławkę. Słoik leżał na podłodze otwarty i ociekający klejem. Kowbojka westchnęła ciężko, a mnie jak zwykle ogarnęło zdziwienie: jak oni to zrobili? Kiedy? Dlaczego nie zauważyłem? Byłem wściekły. Tyle razy obiecywałem sobie, że nie siądę już więcej na ławce, zanim wcześniej nie spojrzę. Co prawda, wpadłem ostatni do klasy, kiedy Kowbojka była już przy swoim stole, i bardzo się śpieszyłem, ale przecież powinienem rzucić okiem... Niewybaczalne przeoczenie...

- Odklejcie go - powiedziała zmęczona Kowbojka.

- Jak go odkleić? - zakłopotał się Szprot-Rymarski.

- Chyba tylko na mokro. Trzeba go zwilżyć - orzekł Szczeżuja-Spec, obejrzawszy mnie fachowo.

Wzdrygnąłem się odruchowo. Nie tyle przed perspektywą zwilżenia, ile z powodu szczypnięcia w okolicy łopatki. Było to uszczypnięcie zupełnie podobne do tego, jakiego doznałem w podróży kosmicznej. A więc nie uległem wtedy złudzeniu... i w grę wchodziły rzeczywiście insekty. Niestety nie mogłem zastanawiać się dłużej nad tym fenomenem, ponieważ nagle uszczypnęło mnie coś po raz wtóry, tym razem tak dotkliwie, że podskoczyłem gwałtownie. Rozległo się głośne trzeszczenie, jakby rozdzieranych szmat, a ja ze zdumieniem stwierdziłem, że stoję wyprostowany. Spojrzałem przerażony na ławkę, czy nie został tam kawałek moich spodni. Nie, nic nie było widać. Wciąż jeszcze nie dowierzając, pomacałem się dla pewności po siedzeniu i odetchnąłem z ulgą. Było całe, aczkolwiek sztywne od zaschłego kleju i, jeśli się tak można wyrazić, zacementowane.

Tymczasem insekty kontynuowały swój metodyczny atak wzdłuż linii kręgosłupa i nowe ukłucia dosięgły mnie w okolicy łopatki i kręgów szyjnych. Co gorsza, poczułem nieznośne swędzenie we wszystkich uprzednio poszkodowanych miejscach. Przykro mi wyznać, ale w tym momencie przestałem panować nad odruchami i zacząłem drapać się nerwowo po całym ciele, wykonując raczej zdumiewające skręty i wygibasy tułowia.

Nowa fala rechotu i rżenia przebiegła przez klasę.

- Spokój! - krzyknęła Kowbojka. - Cykorz, czy ty oszalałeś?! Co to za podrygi!

- Taniec derwisza, pani profesorko - pisnął Bezczelny Pacholec i menażeria zaryczała znowu.

Przerażone oczy Kowbojki wpatrywały się we mnie ze zgrozą.

- Przepraszam, pani profesorko, uszczypnęło mnie - wyjaśniłem.

- Co cię uszczypnęło? - przestraszyła się Kowbojka.

- Nie wiem, chyba mnie coś oblazło. Jakieś insekty.

- To mrówki, pani profesorko - wrzasnął Szprot-Rymarski. - Cykorz miał przynieść mrówki na biologię i pewnie mu się rozsypały!

- Cykorz, czy to prawda? - zaniepokoiła się Kowbojka.

- Ależ skąd, proszę pani - oburzyłem się - ja miałem przynieść muchę ścierwnicę. Taką dużą, zieloną, pani wie.

- Co takiego?! - Kowbojka spojrzała na mnie ze wstrętem.

- Muchę ścierwnicę... Nieżywą - dodałem po chwili - to znaczy trupa muchy. Niech pani się nie boi.

- Jesteś pewien?

- Mam ją w pudełku od zapałek. Zaraz pani pokażę.

Żeby uspokoić Kowbojkę, pośpiesznie sięgnąłem do kieszeni, wyciągnąłem pudełko i otworzyłem, ale zamiast muchy w pudełku ukazało się ze dwadzieścia chyba mrówek. Niektóre od razu wybiegły i pocwałowały mi pod rękaw. Stało się to tak nagle i niespodziewanie, że na moment zapomniałem o obowiązku samokontroli i przerażony upuściłem pudełko wprost na nogę Kowbojki. Biedaczka wydała głośny okrzyk i odskoczyła, ale było już za późno. Mrówki nerwowo poczęły biegać po jej nodze.

Mimo tak niepomyślnego rozwoju wypadków starałem się zachować spokój. Wiedziałem, że tylko spokój może mnie uratować.

- Przepraszam, pani profesorko - powiedziałem - tego nie mogłem przewidzieć.

- To już przechodzi wszelkie granice! - roztrzęsiona Kowbojka zbierała mrówki z nogi. - Jak mogłeś trzymać mrówki w kieszeni!

- Podrzucili mi, proszę pani. Słowo daję, że miałem tylko muchę.

- Słuchaj, Cykorz! Albo to są bezczelne kawały i umyślnie udajesz imbecyla, albo, co gorsza, jesteś nim naprawdę.

- Nie jestem imbecylem i nie udaję, pani profesorko - powiedziałem dobitnie, starając się patrzeć jej prosto w oczy. - Oni mi podrzucili.

- Jak mogli ci podrzucić... Nie, to są jakieś wykręty - Kowbojka patrzyła na mnie z politowaniem pomieszanym ze wstrętem. - Czy byłeś już z matką u lekarza?

- Jeszcze nie.

- Tu musi wkroczyć lekarz! Z tobą jest naprawdę niedobrze, mój drogi... Przez miesiąc robiłam, co mogłam, ale już nie widzę sposobu... Jesteś niedostępny dla normalnych zabiegów wychowawczych - Kowbojka z wyraźną goryczą zaczęła się wyładowywać gogicznie.

Słuchałem jej piąte przez dziesiąte. To nieważne, co ględzi. Ważne jest co innego. Tych dwudziestu Blokerów, z którymi stanę oko w oko, gdy tylko ona wyjdzie z klasy. Na razie się tylko rozkręcają, ale pełną formę osiągną dopiero potem. Już ich zaczęło ponosić. Nabrali smaku, dranie. Powybiegali z ławek i kłębili się niebezpiecznie. Wyczuwałem u nich groźne podniecenie. Szprot-Rymarski huśtał się nerwowo na rękach między rzędami ławek. Bezczelny Pacholec już był przy tablicy i niebezpiecznie wymachiwał ścierką. Duży Mańkut dreptał niecierpliwie w miejscu jak bokser przed następnym starciem. Nieradek żuł pestki i uśmiechał się złośliwie. Już im wyszła zagrywka i humor się im poprawił. Teraz pójdą na całego. Już mają zapewniony ubaw przez resztę dnia i nie wypuszczą mnie z ubawu.

I znów ogarnęło mnie pragnienie morderstwa. Rzucić się na pierwszego z brzegu i prać do ostatniego tchu. Albo ja ich zatłukę, albo oni mnie! Niech się to wreszcie skończy i rozstrzygnie krwawo. Ale nie... nic z tego. Uśmiechnąłem się gorzko. Miałem już doświadczenie. Ani ja nikogo nie zatłukę, ani oni mnie nie zatłuką. Bo wcale nie chcą tego. Oni chcą tylko ubawu stałego, powszedniego. I zanim bym kogoś stuknął, już by Duży Mańkut doskoczył. On zna chwyt. Chwytem by mnie obezwładnił. I wtedy wszyscy dopadliby do mnie i zanieśli jak cielę do dyrektorki, co stałoby się już ostateczną klęską. Bo tam u dyrektorki będzie mdło. Słodkawy zapach pudru, wody kolońskiej i gogicznego potu. Palec gogiczny zawieszony ruchomo w powietrzu i wędrujący zygzakiem nade mną. Trzynaście par zmęczonych oczu wpatrywać się będzie we mnie z odrazą: "Rany boskie, znowu ten Cykorz!". I te usta poruszające się bezgłośnie jak za ścianą ze szkła. I znowu będę się zastanawiał, dlaczego nic nie słyszę i oni mnie nie słyszą, aż zrozumiem wreszcie, że to jest męka próżni. Bo w kancelariach, pokojach gogicznych i gabinetach dyrektorskich panuje próżnia kosmiczna. Wszyscy na zwykłych ubraniach mają jeszcze specjalne skafandry, plastikowe, przejrzyste, niewidoczne, ale dokładnie izolujące, tak że chociaż ja będę mówił i oni będą mówić, nic nie przeniknie do nas, a wszystko, co usłyszę, będzie brzęczeniem muchy, nieznośnym brzęczeniem bezradnej muchy na szybie.

Dlatego szybko rozluźniłem zaciśnięte pięści i stwierdziłem z zadowoleniem, że już mnie nie ponosi i zaczynam panować nad sytuacją. I byłem dumny z siebie, że zachowałem zimną krew i nie straciłem głowy. Do stu kosmonautów bosych, nie jest widać ze mną najgorzej, skoro potrafię jeszcze rozważać w tak pieskim położeniu. Nie łamię się, nie mazgaję, nie ciskam na oślep, lecz jestem w stanie podejść do problemu rzeczowo i praktycznie.

Między Bogiem a prawdą, cóż to znowu za problem?! Klasa postępuje normalnie i ja też powinienem postąpić normalnie. Nic na siłę. Wszystko to przecież przewidziałem i wiedziałem, co muszę zrobić. Miałem przygotowany plan. Tak, grunt to ustosunkować się normalnie.

Więc gdy tylko Kowbojka rozładowała się gogicznie i wyszła, ustosunkowałem się normalnie do klasy i porwawszy teczkę, błyskawicznym sprintem uciekłem na korytarz.

Z przyjemnością spostrzegłem, że kończyny dolne mam nadzwyczaj sprawne, a refleks - bez zarzutu. Ta sprawność kończyn dolnych sprawiła mi miłą niespodziankę. Tak, nie jest ze mną najgorzej, a nawet coraz lepiej. Miesięczny trening dawał rezultaty. Osiągnąłem szczyt formy.

Za sobą usłyszałem wrzaski: "Łapać fuksa!". Blokerzy dopiero teraz oprzytomnieli i wypadli z klasy. Obejrzałem się. Miałem co najmniej piętnaście metrów przewagi nad ścigającą mnie tłuszczą. Więc wszystko zgodnie z planem.

Następną lekcją miały być zajęcia techniczne. Odbywały się one w nowo zbudowanym pawilonie po drugiej stronie błotnistego podwórza. Pomyślałem więc, że bezpiecznie i praktycznie byłoby, zmyliwszy tropy, od razu prysnąć do tegoż pawilonu. Spojrzałem na plansze wystawy tysiąclecia, ustawione wzdłuż ścian korytarza, i wiedziałem już, co zrobię. Pobiegłem jeszcze kilka metrów głównym korytarzem, a potem skręciłem w boczny, skąd biegły schody na dół do piwnic i do szatni. Tuż koło schodów stała plansza ilustrująca rozwój hodowli w naszym kraju. Widniały na niej cyfry, a nad nimi uśmiechnięte świnki okrągłe i różowe, coraz większe, ustawione jedna za drugą w równy szereg. Schowałem się pośpiesznie za te świnki, wyciągnąłem z kieszeni dwie krągłe ziemniaczane bulwy, odczekałem chwilę i gdy usłyszałem nadbiegających Blokerów, rzuciłem je na schody. Stoczyły się głośno, odbijając o stopnie z dudnieniem naśladującym do złudzenia tupot.

- To on! - krzyknęli Blokerzy.

- Zbiegł na dół - usłyszałem głos Bezczelnego Pacholca.

- Tak, do szatni! - zasapał Duży Mańkut.

- Za nim! - wrzasnął Nieradek.

Podniecony tabun Blokerów przecwałował obok mnie i pognał po schodach do suteren. Odetchnąłem i uśmiechnąłem się zwycięsko. Nieźle to rozegrałem. Nabrało się trochę wprawy. Umiem już nie tylko błyskawicznie znikać Blokerom z oczu, lecz także wystawiać ich do wiatru i robić z nich balona. Skończyły się czasy, gdy byłem tylko ściganym, zaszczutym zającem.

Wyskoczyłem zza planszy i dałem nura przez główne drzwi na dwór. Teraz szybko do pawilonu! Prowadziły tam dwie drogi. Jedna przez błotniste, rozpaprane wskutek robót budowlanych podwórze, druga, wygodniejsza, z której teraz wszyscy korzystali, wiodła przez boisko. Niestety jeden rzut oka wystarczył mi, by stwierdzić, że ta druga droga odpada. Boisko zajęte było przez chłopaków z siódmej A. Należeli oni wszyscy do bractwa Matusów, a ja wolałem omijać ich z daleka, bo ile razy wlazłem im pod rękę, zawsze dawali mi wycisk. Rzecz w tym, że ja chodziłem do szóstej B i uważali mnie za Blokera, a między Matusami i Blokerami panował stan nieustannej wojny. Takie tu panowały stosunki w tych przeklętych Gnypowicach Wielkich.

Mając więc do wyboru wycisk albo błoto, bez wahania wybrałem to drugie. Omijając kałuże po niedawnym deszczu i starając się stąpać po miejscach najbardziej twardych i wygórowanych, brnąłem z determinacją przez zdradzieckie bajora.

Byłem już w połowie drogi, kiedy zauważyli mnie dranie. Podbiegli do ogrodzenia z metalowej siatki i zaczęli rzucać szydercze uwagi:

- Patrzcie, idzie Bloker!

- Fajnie skacze, nie?

- Jak kangur.

- To jakiś nowy gatunek Blokera. Bloker kangurowaty błotny.

- Nie poznajecie? To ten niedotarty fuks, Cykorz!

- Cykorz! Cykorz! Chodź no tu, pobawimy się.

- No, nie bój się, nie ugryziemy cię przecież!

Przyśpieszyłem nerwowo kroku. Ze zdenerwowania źle wymierzyłem kolejny skok, wpadłem w największą kałużę i rąbnąłem jak długi twarzą prosto w błoto. Matusy zarżeli ubawieni, a ja leżałem w tym błocie i nawet nie chciało mi się podnieść. Przeciwnie, zapragnąłem pogrążyć się w nim jeszcze głębiej, schować po czubek głowy. Jeśli już jestem upokorzony, niech moje upokorzenie sięgnie dna. Niech tu zostanę na zawsze w tym błocie. Niech umrę! Cały mój poprzedni fason diabli wzięli. A myślałem, że jestem uodporniony na wszystko! Śmiechu warte.

Niestety, nie było mi dane skończyć w błocie. Nagle bowiem śmiech Matusów umilkł. Usłyszałem chrzęst kroków na żwirze, a potem chlupot błota. "Już idą - myślałem - teraz mnie wykończą ostatecznie". Ciężkie kroki po błocie przybliżały się. Ktoś dotknął mojego ramienia. Znieruchomiałem. Są takie gatunki robaków, które sztywnieją, gdy ktoś ich dotknie. Ja też tak zesztywniałem.

- Przestań się zgrywać, wstawaj! - usłyszałem ściszony głos.

Ostrożnie odemknąłem oko i spojrzałem zezem na Matusów. Stali uczepieni siatki ogrodzenia i gapili się we mnie ciekawie jak małpy w klatce. Odwróciłem głowę i spojrzałem w górę.

Nade mną stał Kulawy Lolo z mocno zdegustowaną miną.

- Słyszysz? Wstawaj! - szarpnął mnie.

Na widok poczciwej gęby Lola odzyskałem od razu ochotę do życia, ale nie śpieszyłem się ze wstaniem. Chciałem trochę podrażnić się z Lolem.

Lolo pokręcił głową, westchnął, ujął mnie pod ramiona i siłą postawił na ziemi. Musiałem wyglądać niesamowicie, bo Matusy spojrzeli po sobie, a potem któryś z nich zachichotał.

- Zamknij się, Kwiczoł! - uciszył go Kulawy Lolo. - A ty, Cykorz, nie urządzaj przedstawień, bo zostaniesz fuksem na zawsze! Czas, żebyś się zdecydował i przystąpił do nas.

- Nigdy do was nie przystąpię - zacharczałem i zgrzytnąłem zębami, ponieważ usta miałem pełne piasku. - Nigdy! - powtórzyłem, krztusząc się z wściekłości.

- Uważaj, strzykasz błotem - powiedział spokojnie Lolo. - Rozmawiałem w twojej sprawie z Ernestem. Możesz być jeszcze dziś przyjęty...

- Niech Ernest się wypcha! Wypchajcie się wszyscy! - krzyknąłem i ślizgając się po kałużach, dopadłem do pawilonu. Przed samymi drzwiami obejrzałem się ciekawie. Kulawy Lolo biegł za mną, wymachując moimi pantoflami. Widocznie zostały w błocie. Nawet nie zauważyłem.

Przeniknąłem do umywalni, zatrzasnąłem za sobą drzwi, podparłem je z drugiej strony plecami i dysząc ciężko, czekałem na Lola. Nie wpuszczę go od razu. Będę się z nim droczył i przekomarzał, dopiero potem pozwolę mu łaskawie wejść i zgodzę się przyjąć pantofle.

Ale Kulawy Lolo jakoś nie nadchodził. Zrobiło mi się smętnie. Czyżby mu tak mało zależało na mnie? Powinien szarpać drzwi! Prosić, żebym go wpuścił! Przemawiać mi do rozsądku! Złościć się i błagać na przemian. Jednym słowem, powinien udowodnić, że mu na mnie zależy. To by mi choć trochę ulżyło...

Upływały sekundy. "Już chyba nie przyjdzie" - pomyślałem i zaczął we mnie wzbierać piekący żal do Lola, gdy wtem drzwi na drugim końcu umywalni, te od strony klas i szatni gimnastycznej, rozwarły się gwałtownie i wjechała przez nie cała sterta ubrań, a za nią zasapany Lolo.

Rzucił ładunek na ławę, odgarnął jasną czuprynę ze spoconego czoła i powiedział:

- Ściągaj te mokre łachy. Przebierzesz się.

Spojrzałem zaskoczony na kurtki, spodnie i pantofle przydźwigane przez Lola.

- Skąd to masz?!

- To rzeczy Matusów. Wybierz sobie, co ci będzie najlepiej pasować.

- Zabrałeś to wszystko Matusom? Pozwolili?

Lolo wzruszył ramionami.

- Sami się napraszali - uśmiechnął się szelmowsko. - Mógłbym ci przynieść dwadzieścia kurtek, tyleż par spodni i pantofli. To poczciwe chłopaki, zwłaszcza jak się ich pogłaszcze po szczęce. - Lolo odruchowo potarł sobie pięść.

I wtedy popełniłem rzecz kompromitującą, wobec której moje wywalenie się do błota było zgoła niczym. Oto bowiem poczułem nagle, że oczy mi wilgotnieją, i nie panując nad sobą, przywarłem ubłoconą gębą do szerokiej piersi Lola.

- Oszalałeś?! Przestań się wygłupiać! Jeszcze kto zobaczy. - Przerażony Lolo oderwał się ode mnie i spojrzał trwożliwie na drzwi. - Nie bądźże babą! Ściągaj łachy, póki nikogo nie ma. No, gazem, bo nie zdążysz!

Opanowałem się zawstydzony i rozebrałem pośpiesznie.

- Umyj się - zakomenderował Lolo.

Położył moje pantofle na oknie do słońca, żeby przeschły, i rozwiesił mokre rzeczy na wieszakach, a potem zaczął przeglądać przyniesione ubrania.

- To chyba nada się w sam raz!

Obróciłem się z namydloną twarzą. Lolo pokazał mi granatowe farmerki i sweter.

- Czyje to? - zapytałem.

- Zeflika. On jest tego wzrostu co ty.

- A Zeflik w czym będzie chodził?

- On ma dres.

Wytarłem się i wziąłem do przebierania. Lolo przyglądał mi się zatroskany.

- Słuchaj, stary, wracając do naszej rozmowy...

- Och, daj spokój - przerwałem mu - bo gotów jestem pomyśleć, że to wszystko zrobiłeś, żeby...

- Żeby co?

- Żeby mnie przekonać, że jesteście lepsi od Blokerów...

- Głupi jesteś - zamruczał Lolo - wcale mi nie zależy, żebyś przystąpił do nas. Możesz przystąpić do Blokerów, tak nawet ci będzie wygodniej, chodzisz z nimi do jednej klasy.

Spojrzałem na niego zaskoczony.

- Więc dlaczego?...

- Och, dlaczego, dlaczego - zdenerwował się - choćby po prostu dlatego - uchylił klapę marynarki i pokazał mi ukryty tam krzyż harcerski.

Wytrzeszczyłem oczy.

- Jesteś harcerzem?!

- A bo co?

- No, bo przecież należysz do Matusów.

- To całkiem inna historia - wzruszył ramionami - potem wszystko zrozumiesz...

- Ale przecież u was nie ma drużyny.

- Nie ma, ale była.

- Dlaczego nie ma?

- Nie wiesz? Rozwiązali.

- Jak to rozwiązali?!

- No, przez te Mamry.

- Jakie mamry?

- Jezioro Mamry - westchnął. - Tak, była u nas drużyna, co prawda nie nadzwyczajna... no, bo rozumiesz, jak u nas jest... Bractwo spod ciemnej gwiazdy, rozpuszczone i do tego te paczki, Matusy i Blokerzy, no, ale była. Aż do tej draki na Mamrach. Naprawdę nie słyszałeś? Pisali nawet o tym w gazetach.

- Nie.

- Byliśmy tam na obozie, nad tym jeziorem, w zeszłym roku w sierpniu. Dranie buchnęli jacht, taką małą jolkę, wiesz, napchała ich się cała banda i wypłynęli na szerokie wody. Zerwała się wichura, jolka się wywróciła, jeden facet utonął. Brat Szprota-Rymarskiego, Dorsz-Rymarski, tak go nazywali. A syn Kowbojki dostał masztem po kręgosłupie, dotąd się jeszcze leczy...

- Coś ty?! - słuchałem przerażony.

- Tak, bracie, dlatego Kowbojka w tym roku taka cięta. Resztę łebków wyłowili szczęśliwie, ale ledwie żywych. Po tej hecy nasz drużynowy poszedł siedzieć. Nikt nie chciał przyjść na jego miejsce... no i...

- Nie ma drużyny - dokończyłem wstrząśnięty.

Lolo westchnął i oglądał sobie paznokcie.

- No, to rzeczywiście beznadziejna sprawa - zauważyłem ponuro.

- A gdyby była drużyna. - Lolo spojrzał na mnie kątem oka. - To byś się zapisał?

- No chyba - odrzekłem bez wahania.

- No to, zapisz się...

- Do kogo, kiedy nie ma? - Uniosłem brwi do góry.

- Zapisz się na razie do Blokerów - odparł spokojnie Lolo.

- Coś ty, do tych drani?!

- No to do Matusów. Najważniejsze, żebyś przystąpił. Wszystko jedno do kogo. Inaczej się wykończysz. Tu w pojedynkę nie dasz rady...

- I co ja tam będę robił?! Sam mówisz, że to ciemne typy.

- Nie bój się, dasz sobie radę. - Lolo machnął lekceważąco ręką.

Spojrzałem na niego podejrzliwie.

- Dlaczego mnie tak namawiasz?

Lolo uśmiechnął się tajemniczo.

- Nie mam teraz czasu tłumaczyć ci wszystkiego. Wieczorem porozmawiamy. A teraz rób, jak mówię! No, czas na mnie. Zaraz będzie dzwonek. - Klepnął mnie szeroką łapą w plecy, zabrał z ławy resztę ubrań i wyszedł. Po chwili wsadził jeszcze głowę w drzwi.

- I nie stój boso na betonie. Zaziębisz się.

Rzeczywiście, zamyślony nad tym, co mi powiedział Lolo, zapomniałem dokończyć ubierania się. Pośpiesznie naciągnąłem pantofle Zeflika na nogi i pobiegłem do sali zajęć technicznych.

Tu jeszcze nikogo nie było. Otworzyłem teczkę i sprawdziłem, czy mam materiały potrzebne do robót. Było wszystko, łącznie z gumową podeszwą od starego trampka, z której miałem wykonać opony do modelu autobusu "Jelcz". Mimo to, westchnąłem ciężko. Nad modelem tym męczyłem się już od paru tygodni i mało miałem nadziei, że go pomyślnie wykończę. Jakoś Bozia poskąpiła mi talentów technicznych.

Przygnębiony schowałem materiały do szuflady stolika i pogrążyłem się w ponurej zadumie nad nędzą mojej sytuacji w Gnypowicach Wielkich...

Nagle za oknem rozległ się szyderczy śmiech. Obejrzałem się nerwowo. Przez otwarte okno zaglądał do sali łeb Emanuela. Emanuel to koń na emeryturze i ostatnio dostarczał nam nadprogramowej rozrywki. Zapuszczał się aż pod mury szkoły i zaglądał do klas w najbardziej nieoczekiwanych momentach, na przykład podczas doświadczeń chemicznych, i rżał, budząc popłoch wśród gogów.

Lecz dzisiaj nawet widok konia nie poprawił mi humoru. Pomyślałem od razu, że Emanuel niestety jest koniem rzeźnym. Zięć woźnego Nocunia trudnił się skupem starych koni i dostarczaniem ich do zakładów mięsnych. Emanuelowi na razie się upiekło, ponieważ uznano, że może jeszcze przynieść dodatkowy zysk przedśmiertny, pracując przy wywózce ziemi z wykopów pod nowy pawilon. Lecz budowa już się zakończyła, a tym samym przesądzony został dalszy los Emanuela.

Zapatrzyłem się smętnie w okno. Beznadziejny widok. Ani jednego drzewa, nie licząc tych paru anemicznych lipek, które zasadziliśmy niedawno przy szkole z okazji "dni lasu". Naprzeciw szkoły zrujnowany budynek stajni z czasów, gdy jeszcze szkapy ciągnęły wózki w kopalni. Dalej - czarne hałdy, między nimi jałowe, porośnięte trawą nieużytki. W dole błyska metalicznie tafla dzikiego stawu na miejscu dawnego zapadliska. Za nią rysuje się wyraźnie na wpół zawalony wskutek szkód górniczych dwupiętrowy budynek ze sczerniałej cegły. Na ścianie szczytowej można odcyfrować jeszcze pokraczny biały napis "P E R S I L", podobno resztka poniemieckiej reklamy proszku do prania. Na lewo odsłaniają się dachy starych domów Gnypowic. Nowych bloków nie widać z tego miejsca. Zasłaniają je potężne mury nowych Zakładów Koksochemii, uwieńczone czterema kominami. Są jeszcze niewysokie, wyglądają jak poszczerbione baszty, ale z każdym dniem rosną...

Popatrzyłem na nie z dumą. To dzieło mojego ojca. Lecz zaraz westchnąłem ciężko. To przez te kominy właśnie miałem takie pokręcone życie. Gdzie tylko trzeba je było budować, tam wysyłali mojego ojca. To przez nie musiałem się tułać jak cygan po całym kraju i nigdzie nie mogłem zagrzać dłużej miejsca. Wciąż trzeba było zmieniać szkołę. Tu dwa lata, tam rok, przyjeżdżać i odjeżdżać pośrodku roku szkolnego. Z nikim nie mogłem się zaprzyjaźnić na dłużej, do niczego przywiązać i ciągle musiałem być tym nowym w klasie i znów wszystko znosić od początku.

Wiadomo, ciężki los fuksa. Zanim zostanie przyjęty do klasowego bractwa, podlega różnym zabiegom higienicznym. Pół biedy, gdy poddadzą go tylko kwarantannie. Po prostu przez jakiś czas będzie się czuł samotny i zakorkowany jak butelka na oceanie. Gorzej, gdy wdepnie w bardziej aktywną ferajnę. Wtedy z miejsca dobiorą się do niego. Będzie robiony w konia, szlifowany i pucowany.

Co prawda, ja osobiście miałem już dobrą zaprawę i myślałem, że tu, w Gnypowicach, przejdę to wszystko łatwo i bezboleśnie, ale gdzie tam! Nigdy jeszcze nie dostałem się w takie opały. Okazało się, że docieranie fuksów należało do żelaznych pozycji w zabawach tutejszego bractwa. Nie omijali żadnej okazji do zabiegu i stosownie do miejsca lub okoliczności byłem ujeżdżany, szlifowany, prasowany albo zgoła mydlony, nie mówiąc już o pospolitych kawałach, którymi dręczono mnie w klasie...

Z tych rozmyślań wyrwał mnie dzwonek. Drgnąłem. Za chwilę z wrzaskiem zwalą się tu Blokerzy. Nie mogą mnie tu zastać. Z pewnością padłbym natychmiast ofiarą szlifu. Czmychnąłem więc z sali i ukryłem się w łaźni. Postanowiłem poczekać, aż nauczyciel zajęć technicznych, pan Anielak, zwany pospolicie Partaczem, pojawi się na horyzoncie... Przez szparę w drzwiach obserwowałem i nasłuchiwałem czujnie. Wkrótce przez korytarz przebiegli Blokerzy. Jak zwykle całą gromadą. Żeby tylko pan Anielak nie spóźnił się na lekcję! Jeśli się spóźni, Blokerzy z nudów rozpełzną się po całym pawilonie i nie ominą też łaźni, a wtedy mydlenie i pucowanie mnie nie ominie. Łaźnia specjalnie nadawała się do tego.

Na szczęście Partacz bywał raczej punktualny. Teraz też nie upłynęła minuta, gdy usłyszałem znajome pokasływanie i na korytarzu pojawiła się przygarbiona postać w kaloszach i wielkim czarnym szalu okręconym na szyi. Należało sprytnie wykorzystać moment, kiedy technik będzie zdejmował kalosze, i przeniknąć do klasy.

Niestety, spóźniłem się o ułamek sekundy. Partacz zauważył mnie i przygwoździł do podłogi surowym spojrzeniem.

- Cykorz! A to co znowu?! Jeszcze nie w klasie?! Ile razy powtarzam, że uczniowie punktualnie z dzwonkiem powinni być już przy warsztatach! A ty wciąż w ostatniej chwili...

- Tak jest, proszę pana - wykrztusiłem.

- Może znów nie przygotowałeś materiału, albo coś ci zginęło?

- Nie... tym razem mam wszystko... Naprawdę. Tylko poślizgnąłem się na tym błocie na podwórzu i musiałem się umyć...

- A kto widział tak pędzić przez podwórze?! Przechodzi się przez boisko. A wy zawsze się śpieszycie i wtedy na przełaj przez błoto!

Oczywiście mogłem wyjaśnić, że jestem fuksem i na boisku mnie biją, ale wstyd mi się było przyznać, zresztą nie znoszę, żeby się ktoś litował nade mną. Już wolałem wymyślić jakieś kłamstwo.

- Ja... ja się śpieszyłem, proszę pana, bo na przerwie biorę zastrzyki. Wątrobowe, proszę pana...

- Czemu kłamiesz? - zirytował się Partacz. - Mam zajęte drogi oddechowe, byłem cały czas w gabinecie lekarskim z moim gardłem i wiem, że nie brałeś żadnych zastrzyków.

Zmieszałem się. A to wpadka!

- Ty się staczasz, Cykorz! - Technik pogroził mi palcem. - Stwierdzam, że staczasz się coraz bardziej!

- Wiem o tym, proszę pana, i sam ubolewam nad tym smutnym faktem. Przykro mi...

Pan Anielak uniósł brwi do góry, a ja wykorzystałem szybko ten moment jego zdumienia i wpadłem do klasy jak bomba. Żeby zniechęcić Blokerów do ewentualnego zamachu na moją szlachetną osobę, krzyknąłem ostrzegawczo:

- Uwaga! Partacz idzie!

Blokerzy śpiesznie popędzili do warsztatów.

 

Rozdział 2

Dlaczego Partacz wzdrygał się wewnętrznie przed naszą klasą? Heca z pantoflem i kaloszem, czyli nowa piekielna intryga obrzydłych Blokerów. Odrzucam próbę pojednania i deklaruję się jako wolny strzelec. Wielka Kołomyja Elementarna

Upłynęła jednak dłuższa chwila, zanim Partacz wszedł do sali zajęć. Wiedziałem, że ilekroć biedak ma przekroczyć próg naszej klasy, wzdryga się wewnętrznie na myśl, co go tym razem czeka, wzdycha ciężko i przeżywa moment gogicznej rozterki. Wszyscy mówili, że gdyby nie ów chroniczny nieżyt dróg oddechowych, Partacz dawno odszedłby do pracy w przemyśle. Ale podobno odstraszają go przeciągi fabryczne. Dlatego, chociaż się wzdryga wewnętrznie, jest zmuszony pracować w szkole.

Tym razem jego rozterki duchowe trwały wyjątkowo długo, a westchnienie było tak potężne, że dało się słyszeć przez drzwi. Wszystko to wskazywało, że tego dnia Partacz był w gorszej niż zwykle formie. Przełamał się jednak i w końcu wszedł. W ręku trzymał kalosze. Od pewnego czasu zawsze wkraczał do klasy z kaloszami w ręku, doświadczenie nauczyło go, że nie należy kaloszy zostawiać w korytarzu i w ogóle nigdzie poza klasą. Miały one bowiem tę nieprzyjemną właściwość, że znikały, a mówiąc ściślej, zmieniały miejsce pobytu. Kiedy na przykład zostawiał je przy drzwiach, było niemal pewne, że odnajdzie je w ubikacji, a kiedy kładł je chytrze w kącie pod umywalką, odnajdywały się najniespodziewaniej pod kaloryferem albo na szafie, albo zgoła w szufladzie jego własnego stołu.

Co najdziwniejsze, Partacz przez długi czas nie orientował się, na czym polega istota zjawiska, i składał wszystko na karb swojego roztargnienia i postępującego zaniku pamięci. Wreszcie pewnego razu Kowbojka poszła się wykąpać w nauczycielskiej łazience i przeżyła nieprzyjemny szok. Oto bowiem spostrzegła w wannie dwie czarne ryby, które po bliższym zbadaniu okazały się kaloszami pana Anielaka. Partacz i tym razem gotów był uwierzyć, że sam je włożył do wanny, ale Kowbojka odrzuciła stanowczo tę sugestię i orzekła, że ma się tu do czynienia z jeszcze jednym objawem złośliwości uczniów. Zarządziła z miejsca surowe śledztwo, które jednak nie dało żadnych wyników. Sprawa została następnie poruszona na specjalnej godzinie wychowawczej. Ale ani apele do sumienia młodzieży, ani groźby Kowbojki nie zdołały zlikwidować przykrego zjawiska, zapisanego w kronice szkolnej jako "fenomen kaloszy". Kalosze znikały nadal, a sprawcy mimo zasadzek, jakie urządzał na nich woźny, pozostali niewykryci. W rezultacie pan Anielak zgorzkniał do reszty i uznał, że jedyne, co mu pozostaje, to zabierać kalosze z sobą do klasy, by mieć je stale na oku.

Pozornie nic nie zapowiadało nowych złośliwości. Na widok wchodzącego Partacza wszyscy zastygli nieruchomo, każdy przy swoim warsztacie. Wszyscy z wyjątkiem małego Rymarskiego, który chodził na czworakach po sali i zaglądał zdenerwowany pod stoły.

Partacz ulokował kalosze na widocznym miejscu pod tablicą, uwolnił szyję od szala, następnie przeczyścił gruntownie drogi oddechowe, wreszcie stanął za stołem i zmierzył podejrzliwym wzrokiem klasę. Wzorowa postawa młodzieży napełniła go nadzieją, że może tym razem lekcja przejdzie normalnie. Już miał odetchnąć zasadniczo, gdy wtem wzrok jego spoczął na Rymarskim.

- Rymarski, na miejsce! - zakomenderował spokojnie.

Rymarski niechętnie począł pełznąć na czworakach do swojego warsztatu, wciąż zaglądając pod stoły. Partacz przyglądał mu się ze zdumieniem.

- Rymarski, cóż to?! Bawisz się w czworonoga? Wstań!

Rymarski wstał i zaczął dla odmiany skakać na jednej nodze.

- Co ty wyrabiasz?! - podniósł głos pan Anielak.

- A, bo mój pantofel, proszę pana - zasapał ze złością Rymarski, rozglądając się po podłodze.

- Pantofel?

- Taka biała tenisówka, prawie nowa.

- Pewnie znów biliście się pantoflami.

- E, nie... tylko musieli mi zabrać.

- Jak to zabrać? Ściągnęli ci z nogi?

- No nie... tylko mi spadła. Bo ona wciąż mi spada, bo ja jestem lewicowy.

- Co ty bredzisz?!

- To znaczy, mam lewą nogę większą. To u nas rodzinne, proszę pana. Wszyscy mamy lewą stopę większą o jeden numer. Pan Miąższyniec od biologii to nawet nas badał i powiedział, że jesteśmy mutantami i że to bardzo rzadki wypadek...

- Rzeczywiście, dość dziwne - chrząknął pan Anielak, patrząc podejrzliwie na nogi Rymarskiego.

- Bardzo dziwne - potwierdził z niejaką dumą Rymarski. - Pan Miąższyniec powiedział, że nas zabierze na zjazd biologów do Warszawy i będzie pokazywał, i że Akademia Nauk zwróci nam wszystkie koszty. Za darmo pojedziemy, proszę pana!

- To przyjemne... - bąknął Partacz.

- Nie takie znowu - Rymarski pociągnął nosem. - Pan nawet nie wie, ile to nas kosztuje. Z początku to ojciec musiał zawsze kupować każdemu po dwie pary, to znaczy dla siebie, dla mojego brata i dla mnie. Jedną mniejszą, a drugą większą... Na przykład dla siebie kupował siódmy i ósmy numer. Siódemkę na prawą nogę, a ósemkę na lewą. Najgorsze, że w pracy nie chcieli uwzględnić. Żadnego dodatku z tytułu tej lewicowości, chociaż ojciec podania składał i do związku pisał, i nawet do "Trybuny". Pan rozumie, ile te buty nas kosztowały...

- Rozumiem, może jednak... - pan Anielak poruszył się niespokojnie.

Ale Rymarski, nie zważając na niego, ciągnął dalej:

- Dopiero jak dorośliśmy, znaczy się ja i brat, to trochę się ojcu ulżyło, bo teraz kupuje tylko pięć par na nas trzech. Cały kłopot, że muszą być w tym samym fasonie. No i potem dobieramy... znaczy się, robimy tak...

- Później dokończysz, Rymarski - przerwał mu pan Anielak, żałując, że w ogóle wszczynał tę rozmowę.

- Ja zaraz zakończę, proszę pana... Więc robimy tak. Ja biorę prawą szóstkę i lewą siódemkę, a tę prawą siódemkę, co zostaje, to znów bierze ojciec, i do tego lewą ósemkę, pan rozumie, więc zostaje prawa ósemka i tę prawą ósemkę to bierze brat, bo on ma największe nogi, i do tego lewą dziewiątkę...

- Rymarski...

- Tak jest, proszę pana... Rzecz w tym, że zostawała nam zawsze lewa szóstka i prawa dziewiątka, cały stos się uskładał...

- Tak tak... to uciążliwe - zasapał zniecierpliwiony Partacz - ale wracajmy do lekcji...

- Co tam uciążliwe, proszę pana, ale żal... Żal było patrzeć, że tyle nowego obuwia się marnuje. - Rymarski dopiero teraz rozgadał się na dobre. - Na szczęście ojciec wpadł na pomysł. Poszedł do związku inwalidów i tam skontaktowali go z dwoma jednonogimi. Z numerem szóstym i z numerem dziewiątym. I ojciec opylił cały zapas za pół ceny i z rabatem...

W tym momencie pan Anielak poczuł, że boli go głowa.

- Rymarski, przestań! - jęknął słabo.

Ale Rymarski nawet go nie dosłyszał.

- Więc teraz, proszę pana - pytlował dalej - to chodzimy kupować nowe buty zawsze z inwalidami, pan rozumie, żeby uzgodnić fason, bo każdy ma swój gust, no nie?

- Dosyć - krzyknął Partacz.

- O co chodzi, proszę pana? - Wytrzeszczył oczy Rymarski. - Pan uważa, że nie powinniśmy...

- Powinniście! Powinniście! - sapał pan Anielak. - To wszystko bardzo pomysłowe! Ale przestań!

- Dlaczego? - Zamrugał oczami Rymarski.

- Nie udawaj imbecyla - krzyczał pan Anielak - myślisz, że ja nie wiem. Ty mnie umyślnie zagadujesz! Byle lekcja przeszła!

- Ale co znowu, proszę pana! Ja tylko tłumaczę, dlaczego gubię te tenisówki.

- Tłumaczysz?! - Zatrząsł się pan Anielak. - Przecież nic nie wytłumaczyłeś! Nie ma w tym żadnej logiki.

- Jak to nie?

Pan Anielak miał wielką ochotę powiedzieć krótko i dosadnie, co myśli o logice Rymarskiego, ale przypomniał sobie, że jednak jest pedagogiem, opanował się więc i rzekł, siląc się na spokój:

- Słuchaj, Rymarski, przecież jeśli stosujecie teraz ten sposób i kupujecie obuwie do spółki z tym inwalidą, to powinieneś mieć tenisówki dopasowane do rozmiarów twojej stopy i nie powinny ci spadać...

- No tak, ale zapomniałem powiedzieć, że przy tenisówkach to wysiada, proszę pana...

- Wysiada?!

- Bo inwalidzi nie chcą chodzić w tenisówkach. Nie odpowiadają im. A ojcu żal kupować dwie pary, więc muszę nosić na obu nogach siódemki i dlatego mi spada, proszę pana.

- Więc po jakie licho pytlowałeś o tym wszystkim?!

- Pytlowałem? Ja tylko wyjaśniałem... - Rymarski zrobił minę niewiniątka.

- Smaruj na miejsce i ani słowa więcej - wycedził z tłumioną pasją technik.

Rymarski wzruszył ramionami i zaczął skakać na lewej nodze, unosząc do góry prawą, tę pozbawioną obuwia. Z dziurawej skarpetki wyglądały mu dwa brudne palce.

Partacz spojrzał na nie ze wstrętem.

- A swoją drogą - nie mógł się powstrzymać od krytycznej uwagi - mógłbyś dbać więcej o czystość.

- Co proszę? - Obrócił się Rymarski.

- Masz brudną nogę! - krzyknął pan Anielak.

Rymarski spojrzał zdziwiony na swoją nogę i poruszył brudnymi palcami.

- Trochę się pobrudziły, to fakt - przyznał uczciwie.

- Jak ci nie wstyd!

Ale Rymarskiemu nie było wstyd.

- To nie moja wina, proszę pana. Słowo daję, że jak wychodziłem z domu była czysta. Tylko miałem nieszczęśliwy wypadek. Ja to panu zaraz wszystko wytłumaczę...

- Nie potrzeba! - zamachał rękami pan Anielak, przerażony, że zanosi się na nowe gadulstwo.

- Ja muszę, bo pan mnie podejrzewa - mruknął Rymarski - więc to było tak...

- Dosyć! Ty mnie wpędzisz do grobu.

- Więc nie jest pan ciekawy?!

- Nie.

- I już mnie pan nie podejrzewa, i nie twierdzi, że jestem brudny z natury. - Rymarski wbił ciężki wzrok w Partacza.

Partacz zawahał się. W pierwszej chwili dla świętego spokoju gotów był nawet skapitulować, ale uznał to widać za niegodne honoru goga, bo wykrztusił mężnie:

- W dalszym ciągu podejrzewam i twierdzę.

- No to w takim razie ja muszę wytłumaczyć - oświadczył posępnie Rymarski - mam chyba demokratyczne prawo...

Panu Anielakowi opadły ręce.

- Bo to było tak - zaczął Rymarski - biegłem do szkoły na przełaj przez hałdy i wtedy... To w ogóle szczęście, że dzisiaj przyszedłem do szkoły...

- Zależy dla kogo - rzekł zgryźliwie Partacz.

- Co proszę?

- Nic - zasapał Partacz. - Chciałem tylko zaznaczyć, że byłoby szczęściem dla szkoły, gdybyś raz nie przyszedł.

- Pan chyba żartuje - Rymarski spojrzał na niego zaskoczony. - A ja miałem naprawdę okropny wypadek. Wpadłem w sidło.

- Siadaj!

- Słowo daję! W sidło Inocynta Ankohlika. Pan wie, że Inocynt Ankohlik zastawia sidła. Bo on kradnie górnikom gołębie i z tego żyje. No i właśnie jak wpadłem, złapało mi nogę i musiałem zdjąć but, żeby się uwolnić, i wtedy się pobrudziłem i...

- Wpiszę cię do dziennika - zagrzmiał Partacz.

Rymarski wybałuszył oczy.

- Za co?!

- Za umyślne gadulstwo.

- Ja przecież chciałem tylko wytłumaczyć się z nogi.

- Milcz, łotrze! Ty mnie wpędzisz do grobu.

- Ależ co znowu!

- Siadaj, mówię!

- A moja tenisówka?

- Poszukasz po lekcji.

- Noga mi zmarznie.

- Jeszcze słowo, a wylecisz za drzwi - syknął Partacz, zapisując Rymarskiego do dziennika - ja to wszystko opowiem na sesji!

Rymarski westchnął ciężko i z miną skrzywdzonej niewinności pokuśtykał na miejsce.

Pan Anielak zakasłał, rozpiął sobie kołnierzyk i rozluźnił krawat. Jeszcze nie zaczęła się lekcja, a już czuł się piekielnie zmęczony. Przez chwilę sapał ciężko za stołem, wreszcie zwlókł się z krzesła i zaczął obchodzić warsztaty, sprawdzając postępy w pracach modelarskich. Zauważyłem, że powłóczył nogami i garbił się bardziej niż zwykle.

Czekałem niespokojnie, aż podejdzie do mnie. Pracujący obok Domejko raz po raz rzucał szydercze spojrzenia na mój model. Istotnie, był to żałosny widok. Wehikuł, który konstruowałem w pocie czoła, miał być według planu wspaniałym autobusem jelczem, lecz przypominał raczej trumnę na krzywych kółkach i w dodatku po kraksie. Jakoś zupełnie mi nie szło. Inna rzecz, że jako nowy dostawałem zawsze najgorsze materiały i narzędzia.

- To smutne, Cykorz - usłyszałem nad sobą zatroskany głos Partacza.

Stał przy mnie i przyglądał się z najwyższym niesmakiem mojej pracy.

- I pomyśleć, że twój ojciec jest znanym inżynierem - dodał nie bez goryczy.

Wzruszyłem bezradnie ramionami.

- Nie wszystko można odziedziczyć po ojcu - mruknąłem. - Pan Miąższyniec na biologii mówił, że dziedziczenie jest sprawą bardzo skomplikowaną. Mam za to inne zalety - próbowałem się uśmiechnąć, żeby zachować fason wobec klasy.

- Co więcej, widzę, kpisz sobie - nastroszył się pan Anielak.

- Nie kpię, proszę pana. Ja naprawdę tak myślę - spojrzałem w oczy Partaczowi.

Partacz przyglądał mi się nieufnie.

- Więc zgoda - powiedział wreszcie - może nie masz talentu, ale mógłbyś się chociaż starać. To przecież skandal, żeby tak partaczyć! Do czego to podobne?! - wziął w dwa palce mój model i demonstrował z widocznym obrzydzeniem klasie.

Przez salę przetoczyła się fala śmiechu. Przygryzłem wargi. Nienawidziłem w tym momencie pana Anielaka. Musiał coś zauważyć w mej twarzy, bo uciszył chłopców i powiedział już łagodniej:

- Weźże się jakoś w garść, chłopcze. Co się z tobą dzieje?! Inni malują już swoje modele, a ty nie masz nawet wyklepanej karoserii.

- Nie mam dobrego młotka, proszę pana - mruknąłem - gdybym miał... mały młotek... mój jest za duży i za ciężki.

- Pacholec, pożyczysz mu swój młoteczek - powiedział do dryblasa Partacz. - No i te straszne zadziory - zwrócił się ponownie do mnie. - To przecież zwyczajne niechlujstwo. To trzeba jakoś spiłować.

- Tak jest, proszę pana.

- A co będzie z ogumieniem? Przyniosłeś jakąś gumę?

Zawahałem się. Wprawdzie mieliśmy wykonać ogumienie z tak zwanych odpadów użytkowych, nie wiedziałem jednak, czy podeszwa starego trampka, którą dysponowałem, mieści się w tym pojęciu.

- Mam gumę z obuwia sportowego, proszę pana - odparłem wreszcie - ale nie wiem, czy się nada.

- Zaraz zobaczymy. Pokaż - powiedział pan Anielak.

Sięgnąłem do szuflady w stole i wyciągnąłem moją paczuszkę. Odwinąłem papier i... osłupiałem. Zamiast starej podeszwy z opakowania wyłoniła się biała, prawie nowa tenisówka.

- Czy nie szkoda? - zdumiał się Partacz. - Taka nowa tenisówka.

- Tenisówka?! - rozległ się podniecony głos Rymarskiego. - Niech pan pokaże!

Podskakując na jednej nodze, dopadł zdenerwowany do mojego stołu.

- Coś podobnego! - wykrzyknął z oburzeniem. - To przecież moja! Ty draniu, zwędziłeś ją! - wyrwał mi łapczywie pantofel.

Byłem tak oszołomiony, że nie mogłem wydobyć ani słowa. Po prostu mnie zatkało.

- Naprawdę twoja? -- zapytał Rymarskiego z niedowierzaniem Anielak.

- No niech pan porówna i zobaczy! - sapał Rymarski, ściągając nerwowo drugi pantofel z nogi.

Partacz porównał obie tenisówki i wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Ja zresztą też. Istotnie, nie ulegało żadnej wątpliwości, że obie należą do tej samej pary.

- Czyś ty oszalał, Cykorz?! Chciałeś zrobić ogumienie z pantofla Rymarskiego? Nie... to już przechodzi wszelkie pojęcie! - pan Anielak patrzył na mnie osłupiały.

- Ja... ja... nie, proszę pana... - usiłowałem coś wykrztusić, ale na dobrą sprawę sam nie wiedziałem co. Byłem zbyt ogłupiały. Dopiero gdy ochłonąłem, po chwili przyszło mi na myśl, że to musi być nowy kawał Blokerów. Nim jednak zdołałem podzielić się tym przypuszczeniem z panem Anielakiem, do sali wpadł woźny Nocuń.

- Proszę pana! - zasapał. - Niech pan idzie do kancelarii! Telefon z inspektoratu do pana.

Partacz chciał jeszcze coś powiedzieć do mnie, ale machnął tylko nerwowo ręką i podbiegł pośpiesznie do wieszaka. Zdjął szal, okręcił sobie szyję i rzucił się do drzwi.

- A kalosze? - przypomniał woźny Nocuń, zapewne nie tyle z troski o Partacza, ile o święte posadzki.

- Prawda, moje kalosze!

Partacz zawrócił i podbiegł do tablicy. Ale ku jego zdumieniu kaloszy pod tablicą nie było.

- Zniknęły! - wybełkotał.

- A gdzie je pan położył? - zapytał woźny.

- No tu, pod tablicą. Miałem je przecież na oku i coś się z nimi stało. Zawsze mi się to zdarza w tej piekielnej klasie - dyszał zdenerwowany, rozglądając się bezradnie po sali.

- Gdzie są kalosze pana technika? - krzyknął ostro woźny. - Pewnie znów schowaliście, łotry!

- Co też pan gada, panie woźny - oburzył się Pacholec.

- Zawsze na nas! Może pan technik położył gdzie indziej! - rozległy się obrażone głosy.

- Tutaj kładłem. Chociaż... sam już nie wiem... - denerwował się nieszczęsny Partacz - zupełnie tracę głowę w tej klasie.

- Chłopaki! - krzyknął Nieradek, zrywając się z miejsca. - No co tak sterczycie jak muły! Szukać natychmiast kaloszy pana technika...

- Niech się pan uspokoi - uśmiechnął się do Partacza - nie mogły zginąć. U nas nic nie ginie. Na pewno zaraz się znajdą. Żywo, chłopaki! Ruszać się! Nie widzicie, że panu technikowi się śpieszy do telefonu?

Blokerzy jakby na to czekali. Ze straszliwym rumorem porzucili warsztaty i rozbiegli się po sali. Odetchnąłem. Sprawa pantofli Rymarskiego na razie zeszła z tapety. Wszyscy, łącznie z Rymarskim, szukali teraz kaloszy, kotłując się bezładnie po kątach. Postanowiłem wykorzystać tę okoliczność. Na warsztacie Pacholca został zgrabny mały młoteczek. Gdybym poprosił drania, na pewno by mi nie pożyczył. Tak... trzeba korzystać z okazji. Dopadłem do warsztatu Pacholca, porwałem upragnione narzędzie i pośpiesznie zacząłem wyklepywać karoserię mojego żałosnego modelu. Ohydne wybrzuszenia znikały powoli. No proszę, co znaczy dobry młotek. Zupełnie inaczej się pracuje. Tylko te zadziory. Trzeba je koniecznie spiłować. Ale gdzie pilnik? Miałem go przecież na warsztacie. Na pewno Domejko znów zabrał.

Rozejrzałem się po sali. Oczywiście. Biegał z moim pilnikiem. Ruszyłem w jego stronę, ale nie sposób było się docisnąć. Łobuzy robili dla draki sztuczne zamieszanie i zaczęli się bawić w dom wariatów. Zderzali się, przewracali, kłębili jak wściekłe barany... Partacz z woźnym stali pośrodku tego szatańskiego młyna zupełnie ogłupiali. Krzyczeli coś, ale w powszechnym wrzasku nie można ich było zupełnie zrozumieć.

Wreszcie Nieradek postanowił przerwać widowisko. Porwał kawał miedzianej blachy i począł walić w nią dwukilowym młotem. Na ten sygnał bractwo posłusznie zastygło na miejscach.

- Spokój, zakute łby! - krzyknął Nieradek. - Ile razy powtarzam, że każdą akcję trzeba przeprowadzać systematycznie. Domejko pod stół! - zakomenderował. - Pacek za szafę! Pacholec na szafę! Ty, Pulpet, zbadasz półki! Rymarski - okolice grzejnika! Makucha spenetruje filodendron! Reszta pod stoły!

Chłopaki posłusznie rzucili się we wskazane miejsca. Pośpieszyłem za Domejką, który właśnie na czworakach wpełzał pod stół nauczycielski. Oczywiście z moim pilnikiem w ręku.

Tymczasem od strony grzejnika rozległ się zwycięski okrzyk Rymarskiego.

- Jest! Mam go, proszę pana!

Triumfalnie wymachiwał kaloszem. Pan Anielak podskoczył.

- Gdzie był? - zapytał zaskoczony.

- Pod grzejnikiem... To znaczy na grzejniku pod samym parapetem.

- Niemożliwe! - osłupiał Partacz. - Nie mogłem go tam położyć.

- Pewnie pan chciał, żeby przesechł...

- Przecież grzejniki zimne... już nie palą...

- Mógł pan z przyzwyczajenia...

- Nic nie rozumiem... Dawaj. - Partacz pochwycił kalosz. - A gdzie drugi? - zreflektował się nagle.

- Drugi? - wytrzeszczył oczy Rymarski. - Tam był tylko jeden.

- Jak to jeden?! - wykrzyknął pan Anielak.

- Szukać drugiego kalosza - rozkazał głośno Nieradek.

W sali znów się zakotłowało. Uznając, że poszukiwania przeciągną się jakiś czas, postanowiłem nie tracić cennych minut. Wlazłem pod stół nauczycielski i odebrałem pilnik Domejce. Gramoliłem się właśnie z odzyskanym narzędziem z powrotem, gdy usłyszałem dziwnie zdławiony głos pana Anielaka.

- Cykorz, gdzie jesteś?!

- Tutaj, proszę pana - odezwałem się zdumiony.

Nim stanąłem na nogi, na moim ramieniu spoczęła ciężka ręka Partacza. Poczułem ze zdziwieniem, że drży.

- Co robiłeś pod stołem? - zapytał Partacz zmienionym, łamiącym się głosem.

- Szukałem pilnika, proszę pana.

- Żeby piłować mój kalosz?!

Osłupiałem. Dopiero teraz zauważyłem, że w całej sali zapanowała złowróżbna cisza, cisza tak wielka, że słychać było dalekie rżenie konia Emanuela gdzieś na hałdach. Rżenie szydercze, jak mi się zdawało. Spojrzałem po chłopakach. Wszyscy patrzyli na mnie i uśmiechali się dziwnie. Nagle ogarnęły mnie najgorsze przeczucia.

- Nie rozumiem, proszę pana - wybełkotałem.

W odpowiedzi pan Anielak bez słowa podprowadził mnie do mojego warsztatu. Spojrzałem i serce stanęło mi w piersiach. W szczękach imadła tkwił żałośnie ściśnięty kalosz pana Anielaka. Przypominał rozwartą paszczę uduszonej ryby.

Ręka pana Anielaka zacisnęła się kurczowo na moim ramieniu. Czułem, że chce coś powiedzieć. Wargi drżały mu bezdźwięcznie. Nie mógł opanować tego drżenia. Łapał z trudem powietrze, brakowało mu tchu. Widziałem z bliska te jego sparaliżowane usta. Bezsilne i nieme. Tylko oczy... Jak on patrzył na mnie! Nie mogłem znieść tego wzroku.

- To nie ja! - wykrzyknąłem zrozpaczony. - To nie ja - powtórzyłem głucho, zdając sobie sprawę, że nikt mi nie wierzy, nikt nie poświadczy.

- Zmyje pan później głowę temu hultajowi - zasapał woźny Nocuń, patrząc na mnie ze wstrętem. - No niechże pan już idzie, przecież telefon czeka...

To mówiąc, skoczył do imadła, wykręcił z niego kalosz, włożył na nogę odrętwiałego nauczyciela i jak bezwolną kukłę wyciągnął z sali.

Spojrzałem oniemiały na Blokerów. Czy nie widzą, że tym razem stanowczo przesolili. Żeby tak wykończyć Partacza?! I po raz pierwszy zdjął mnie strach. Już nie zwykła obawa przed kawałami, ale strach prawdziwy. Jeśli do tego są zdolni, to... Wciąż trwali na swoich miejscach i przyglądali mi się ciekawie, jakby byli w teatrze, gdzie ja występowałem i Partacz, i jeszcze nie skończyła się sztuka. Czekają, co teraz zrobię, co im powiem. Za mało jeszcze ubawu?

Jedno wiedziałem na pewno. Nie rozpłaczę się. Jeśli na to czekają, jeśli tak ma się skończyć ta sztuka, to nie doczekają się nigdy. Nie. Oczy miałem zadziwiająco suche. I dobrze, że milczeli. Już moje oszołomienie mijało. Chciałem im dużo powiedzieć. Wspaniały wygłosić monolog. Ale bałem się, że słowa uwięzną mi w gardle podobnie jak panu Anielakowi. Spróbowałem więc najpierw głosu. Najpierw cicho.

- Na co czekacie jeszcze? - zapytałem i stwierdziłem zadowolony, że jednak potrafię mówić.

Miało to być pytanie retoryczne. Po prostu wstęp do wielkiej mowy. Nie sądziłem, że odpowiedzą. Tymczasem oni odpowiedzieli. Śmiechem. I to było fatalne, bo poczułem się bezradny wobec śmiechu.

- Nienawidzę was! - wykrztusiłem.

Porwałem model i rzuciłem się do drzwi. Ale w tym momencie Bezczelny Pacholec podstawił mi nogę. Rąbnąłem o podłogę i wyciągnąłem się jak długi, miażdżąc w dodatku mój nieszczęsny model.

Nowy huragan śmiechu przetoczył się po sali. Więc jednak to pierwsze przypuszczenie było słuszne. Oni robią te rzeczy do końca. Skuliłem się na podłodze i czekałem na koniec.

Nagle usłyszałem głos Nieradka.

- Dosyć!

Śmiech przygasł, ale nie ustawał.

- Powiedziałem dosyć, łyse konie! - krzyknął Nieradek gniewnie.

Śmiech ucichł. Wszyscy patrzyli na Nieradka.

- Kto zrobił tę hecę z kaloszem? - zapytał spokojnie Nieradek.

Nikt się nie odezwał.

- A więc wszyscy. Gratuluję taktycznej mądrości - zaszydził zimno. - Rozkazałem wam przecież, żeby dzisiaj nie ruszać Partacza. Czy wiecie, co to był za telefon?!

Blokerzy wzruszyli ramionami.

- Partacz odchodzi ze szkoły - wyjaśnił ponuro Nieradek - właśnie w tej sprawie dzwonili do niego z inspektoratu.

- Bujasz! - Blokerzy zakotłowali się niespokojnie.

- Mam tajną wiadomość. Prosto z kancelarii. Inspektorat chce, żeby Partacz został przynajmniej do końca roku, ale on postanowił rzucić szkołę już teraz.

Chłopaki spojrzeli po sobie niespokojnie.

- Mogłeś powiedzieć od razu. Nikt by nie robił draki - bąknął Szprot.

- Nie mam zwyczaju niczego tłumaczyć - rzekł ostro Nieradek - jestem wodzem i powinien był wystarczyć wam mój rozkaz. Zostawcie mnie politykę. Sami teraz widzicie... jedno przekroczenie rozkazu i już wpadka. Gdzie znajdziecie drugiego takiego goga jak Partacz. Czy źle nam przy nim było? Ale koniecznie musieliście go zagiąć. I to w takiej właśnie chwili. Idioci!

Na twarzach Blokerów odmalowało się przerażenie.

- Co robić?! - bąknął zmieszany Szprot.

- Uratować nas może tylko błyskawiczna akcja. Na szczęście przewidziałem, że może do tego dojść. Mamy przygotowane odpowiednie środki - uśmiechnął się Nieradek. - Przede wszystkim musimy odgiąć Partacza. Widzieliście, jak on strasznie wyglądał. Sflaczał jak przekłuty balon. Trzeba go napompować na nowo sprężonym optymizmem. Maksymalne ciśnienie! Sto atmosfer! No i stosować natychmiast zabiegi nasercowe. A ty wstawaj! - Nieradek podszedł do mnie, mrużąc kocie oczy.

Nie poruszyłem się. Nieradek obrócił się do Blokerów.

- Od dzisiaj Cykorz nie jest już fuksem. Czy wszyscy zrozumieli?

Odpowiedziało mu milczenie.

- Ktoś może jest przeciwko?

Nikt się nie odezwał.

- Podnieś go, Pacholec - powiedział Nieradek.

- Co?! Jeszcze czego! - odburknął Bezczelny Pacholec.

- Słyszałeś, co powiedziałem? - Nieradek zrobił krok w stronę Pacholca. W przymrużonych oczach pojawił mu się niebezpieczny błysk.

Pacholec cofnął się, zacisnął zęby i pochylił się nade mną. Ale ja, nie zważając na obolałe gnaty, odepchnąłem go gwałtownie, zerwałem się z podłogi i bez słowa ruszyłem do wyjścia.

- No, no, bratku, nie bądź taki szybki. - Nieradek w dwu skokach dopadł do drzwi i zablokował mi wyjście. - Mamy przecież jeszcze małe rozrachunki. Dawajcie ten model dla Cykorza! - skinął na Blokerów.

Szczeżuja-Spec podszedł do szafy i wyciągnął starannie wykonany model jelcza.

Patrzyłem oszołomiony. Czyżby to wszystko było z góry zaplanowane?

Nieradek wziął od Szczeżui model w lewą rękę, a prawą wyciągnął do mnie.

- Trzymaj, Gustek - powiedział - to dla ciebie. I dawaj łapę!

Spojrzałem na niego zimno i leniwie wsadziłem obie ręce do kieszeni.

- Co? Nie chcesz być z nami? - Uniósł do góry brwi Nieradek.

- Z wami? Nigdy! - wycedziłem powoli.

Wśród Blokerów wybuchło poruszenie.

- Patrzcie, jeszcze się stawia! Za mało był szlifowany! Niedomydlony jesteś, bratku! - podniosły się urażone głosy, a Szprot-Rymarski i Duży Mańkut od razu złapali mnie za ręce.

- Puśćcie go - powiedział Nieradek, a potem zapytał - wciąż jeszcze jesteś obrażony?

- Nie potrzebuję waszej łaski - zasapałem - ani modeli, ani niczego! W ogóle nie chcę mieć nic wspólnego z wami.

- Słuchaj, Gustek - powiedział spokojnie Nieradek - zastanów się lepiej, co mówisz. Tu każdy musi do kogoś należeć. Wlazłeś do naszej klasy, więc musisz być z nami.

- Myślisz? - uśmiechnąłem się szyderczo.

Nieradek popatrzył na mnie uważnie.

- A może ty już przystąpiłeś do Matusów? - zapytał.

- Nie przystąpiłem.

- Więc dlaczego... nie chcesz do nas. Coś ci się nie podoba?

- Tak. Twoja gęba.

Nieradek spochmurniał przez moment, ale opanował się szybko.

- Słyszycie, co on mówi? Więc nie podoba ci się moja gęba, Cykorz?! - uśmiechnął się i pogłaskał po policzku. - Coś takiego, a ja zawsze myślałem, że mi z tymi piegami do twarzy.

Milczałem.

- No, dobra, Gustek - mruknął Nieradek - pożartowaliśmy sobie, a teraz pomówmy poważnie. O co ci właściwie chodzi?

Milczałem dalej.

- Więc jednak jesteś obrażony. Nie ma sensu się obrażać, stary.

- Oczywiście, że nie ma sensu - przytaknąłem ironicznie.

- Więc dlaczego?

- Koniecznie chcesz wiedzieć?

- Tak.

- No więc słuchaj, Nieradek - rzekłem, usiłując powstrzymać drżenie głosu - nie wiem, czy potrafisz to zrozumieć, ale ja chcę być wolny. Chcę robić i myśleć, co mi się podoba.

- Wolny strzelec - uśmiechnął się Nieradek.

- Możesz to tak nazwać. Jestem wolnym strzelcem.

- Zaraz się przekonamy, kim jesteś. - Bezczelny Pacholec znów chciał dobrać się do mnie, ale Nieradek powstrzymał go ostro.

- Stój, Pacholec. Zostaw go. Niech on sobie będzie wolnym strzelcem. Jeśli pomyślałeś, że tak będzie najlepiej... - Popatrzył na mnie i wzruszył ramionami.

- Właśnie tak sobie pomyślałem - odparłem zimno.

- Po mojemu niezbyt mądrze pomyślałeś - skrzywił się Nieradek - ale jak chcesz. Myślę, że jeszcze się polubimy.

- Wątpię - powiedziałem i wyszedłem ze sztywno uniesioną głową.

Ale ledwie zamknąłem za sobą drzwi, puściłem się biegiem i oglądając się, czy nikt mnie nie ściga, wpadłem do umywalni na drugim końcu korytarza, żeby wsadzić rozpaloną głowę pod prysznic. Nagle wzdrygnąłem się. Usłyszałem plusk wody. W kącie przy drzwiach prowadzących na podwórze zauważyłem Frydka. Z siódmej A. Frydek był prawą ręką Ernesta i cieszył się wielkim poważaniem wśród Matusów. Musiał ulec kontuzji w czasie gry w siatkę, bo obmywał sobie skaleczone kolano, trzymając w zębach bandaż. Wolałem nie ryzykować starcia z groźnym Matuskiem i już chciałem prysnąć, ale on mrugnął do mnie okiem. Bardzo dziwnie mrugnął i zapytał jakby od niechcenia.

- Cóż to, urwałeś się z lekcji, Cykorz?

Tak mnie zupełnie zwyczajnie zapytał, jakbyśmy byli starymi kumplami. Zaskoczył mnie ten ton. Żaden z głównych Matusów nigdy tak do mnie nie przemawiał. Spojrzałem na niego nieufnie. Bałem się, żeby nie było to jakieś nowe niebezpieczne zagranie. Odburknąłem więc coś pod nosem i począłem wycofywać się tyłem.

- Już uciekasz? Czekaj, pomożesz mi zawinąć kulasa - powiedział i rzucił mi zwinięty bandaż, a sam ruszył do apteczki ściennej. Wyciągnął z niej opatrunek i butelkę gencjany. Przez chwilę smarował sobie kolano fioletową cieczą za pomocą wskazującego palca.

- Po jakie licho trzymasz z Blokerami? - zapytał nagle.

- Wcale z nimi nie trzymam - odburknąłem.

- Jesteś w klasie Blokerów - zauważył.

- Bo tam mnie zapisali. U was nie było miejsca.

- Mieszkasz w bloku - mruknął.

- A gdzie mam mieszkać. Starzy dostali tam przydział.

Frydek wytarł palec o ścianę i położył opatrunek na kolano.

- Wiąż teraz, tylko mocno - powiedział, przytrzymując gazę.

Zacząłem rozwijać bandaż i okręcać wokół jego kolana.

- Twoi starzy są stąd - mruknął.

- Tak.

- Ty też się tu urodziłeś?

- W Kędzierzynie - odparłem.

- Więc dlaczego nie przystąpiłeś do nas?

Wzruszyłem ramionami.

- Czy koniecznie muszę do kogoś przystępować?

Frydek przyglądał się w milczeniu, jak go bandażuję.

- Słuchaj, Cykorz - odezwał się po chwili - Ernest chce się z tobą widzieć.

Znieruchomiałem zaskoczony.

- Ernest?

- Tak.

- Po co?

- Ernest postanowił, że musisz do nas należeć.

- Postanowił?! - powtórzyłem szyderczo. Nie znosiłem, żeby ktoś rozporządzał moją osobą.

Ale Frydek nie zauważył tego szyderstwa i skinął głową.

- Tak, postanowił. Mam cię zaprowadzić do głównej kwatery.

- Ciekawe, co mu się stało - zasapałem, kończąc nerwowo pielęgniarski zabieg wobec nogi Frydka. - Tyle tygodni patrzył, jak mnie Blokerzy szlifują, i nawet palcem nie ruszył! Zdaje się, że to was nawet wszystkich bawiło. Sami też dopiekliście mi zdrowo - zacisnąłem energicznie bandaż. - Gotowe!

- Zwariowałeś! - jęknął Frydek. - Nie tak mocno! Przecież nogą nie ruszę.

- Mówiłeś, żeby mocno - powiedziałem i ruszyłem do drzwi.

- Nie wygłupiaj się. Rozluźnij - Frydek pokuśtykał za mną z usztywnioną nogą.

- Sam sobie rozluźnij.

- Ty chyba tak naumyślnie - zasapał Frydek, mocując się z węzłem.

- Prawdę mówiąc, to bym was wszystkich tak pobandażował i usztywnił - powiedziałem.

- Co cię znów ugryzło... Ernest chce cię przyjąć, a ty... dlaczego?

- Właśnie dlatego.

- Nie rozumiem. Powiedziałem wyraźnie, po lekcjach idziemy do Ernesta.

- Naprawdę? - uśmiechnąłem się jadowicie. - Nie zapytałeś jeszcze, czy mam na to ochotę.

Frydek spojrzał na mnie zdziwiony.

- Skoro nie chcesz należeć do Blokerów...

- Nie jesteś mocny w logice, bracie. Jeśli nie chcę należeć do Blokerów, to jeszcze wcale nie znaczy, że chcę należeć do was.

- Jak to nie chcesz?! - Frydek zamrugał śmiesznie oczami. - Zwariowałeś?

- To wyście wszyscy powariowali w tych dziwnych Gnypowicach.

- Gdzieś przecież musisz należeć...

Roześmiałem się.

- To samo mówili mi Blokerzy.

- Boisz się Blokerów?

Wzruszyłem ramionami.

- Nie musisz przecież przystępować do nas otwarcie - ściszył głos Frydek - tak nawet byłoby lepiej... będziesz działał zamaskowany. W ten sposób bardziej im zaszkodzisz...

- Ale ja wcale nie chcę im zaszkodzić.

- Co?!

- Śmieszny jesteś - powiedziałem. - Słuchaj, pętam się dziesięć lat po kraju, po różnych budach. Ta już jest szósta, rozumiesz? I pierwszy raz widzę coś podobnego! Pewnie, że w każdej budzie były jakieś paczki... po paru chłopaków w klasie, co trzymali razem, ale żeby całą szkołą trzęsły dwa wielkie gangi?! Niesłychane. Zresztą, proszę bardzo, możecie się żreć, możecie sobie pourywać głowy, ale mnie do tego nie mieszajcie. Mnie to wcale nie bawi. Mam to gdzieś!

- Naprawdę?!

- Naprawdę.

Frydek milczał przez chwilę, a potem powiedział:

- Nie szkodzi. I tak możesz do nas przystąpić.

- Jak to nie szkodzi? - zapytałem zdumiony.

- Nie musisz przystępować do nas z pobudek ideologicznych - mruknął Frydek - możemy cię przecież kupić.

Wytrzeszczyłem oczy.

- Kupić? Mnie? Co ty sobie wyobrażasz!

- Wiedzieliśmy, że będziesz się targował - uśmiechnął się Frydek - ale nie bój się. Dostaniesz specjalny żołd...

- Czy dużo macie kupionych członków?

Frydek chrząknął dyplomatycznie.

- Tajemnica sztabowa. No więc... co o tym myślisz?

- Chodź, powiem ci na ucho - odparłem, kryjąc oburzenie.

Frydek nadstawił ucha, a ja szepnąłem mu coś takiego, że odskoczył jak oparzony.

- Ty, Cykorz, za dużo sobie pozwalasz! Czy to ma być odpowiedź dla Ernesta?

- Tak. Właśnie to!

- Będziesz jeszcze żałował. Z Ernestem nie ma żartów.

Ruszył do drzwi. Na progu obejrzał się i powiedział:

- Zastanów się jeszcze. Daję ci czas do końca lekcji.

- Zakręć lepiej kran - uśmiechnąłem się pogardliwie - szkoda wody.

Frydek spojrzał na mnie z wściekłością. Wrócił, zakręcił kran, a przechodząc koło mnie, chciał mi dać potężną zamachową sójkę w żołądek. Miałem się jednak na baczności i w porę uskoczyłem na bok. Frydek stracił równowagę i rąbnął głową o róg umywalni. To go rozwścieczyło jeszcze bardziej. Jęknął i usiadł zamroczony. Powinienem skorzystać z okazji i dać nogę, ale bałem się, że Frydkowi mogło się stać coś złego i zbliżyłem się do niego nieostrożnie. To był błąd. Frydek zerwał się wściekły z podłogi i obezwładnił mnie swoim znanym chwytem, zakładając mi rękę pod szyję.

- Czekaj... teraz ci pokażę! - zabulgotał.

Na szczęście w tej samej chwili do łaźni wpadli Blokerzy.

Na widok Frydka rozległo się wojenne wycie.

- Matusek w łaźni! Hurra, na Matuska!

Spłoszony Frydek puścił mnie pośpiesznie i utykając nieco, zwiał na podwórze. W pierwszej chwili chciałem pobiec za nim, ale pomyślałem sobie, że mogłoby to być źle zrozumiane przez Blokerów, mianowicie mogliby mniemać, że przystąpiłem do Matusków. Zostałem więc w łaźni i jak gdyby nigdy nic zabrałem się do szczotkowania paznokci. Miałem zresztą nadzieję, że tym razem zajęci pościgiem za Frydkiem zostawią mnie w spokoju. Niestety przeliczyłem się. Owszem, Nieradek i paru Blokerów pobiegło dalej, ale Bezczelny Pacholec, Szprot-Rymarski i Mańkut od razu dopadli do mnie.

- Patrzcie - wrzasnął Szprot - Cykorz nie może się domyć! Pomóżcie mu, chłopaki.

Pacholec porwał mydło, Mańkut pchnął mnie pod kran i zaczęli mnie mydlić. Zanosiło się na większe mydlenie. Na szczęście wkrótce potem na korytarzu rozległy się bojowe okrzyki Matusów i do łaźni wpadło kilkunastu chłopa z szóstej A.

- Blokerzy w łaźni! Hurra, na Blokerów! - z radosnym wyciem rzucili się w kierunku mydlących mnie oprawców.

Wobec liczebnej przewagi Matusów mydlący mnie oprawcy woleli nie ryzykować starcia, lecz zaniechawszy zabiegu, czmychnęli na podwórze. W pierwszej chwili chciałem pobiec za nimi, ale pomyślałem sobie, że mogłoby to być źle zrozumiane przez Matusków, mianowicie mogliby mniemać, iż przystąpiłem do Blokerów. Zostałem więc w łaźni i jak gdyby nigdy nic zabrałem się do zmywania piekącego mydła z powiek. Miałem chyba podstawy sądzić, że jako ofiara Blokerów zostanę oszczędzony przez Matusów i że pobiegną dalej, zajadle ścigając wroga. Owszem, pobiegli dranie, ale przedtem zdążyli natrzeć mi uszu i dokonać masażu szczęki, nie licząc paru innych pomniejszych zabiegów higienicznych.

Nie przypuszczałem, że tym razem tak mi to dopiecze. O, nie chodziło mi bynajmniej o moje biedne uszy, ani nawet o szczękę. Fizycznie znosiłem już gorsze rzeczy. To był ból inny. Po prostu poczułem się znieważony. Do głębi mojej istoty. Chyba właśnie dlatego, że tak mnie natarli bez złości, z przyzwyczajenia, że byłem dla nich tylko okazją do ubawu. Co innego, gdyby dostało mi się w boju, wiedziałbym przynajmniej za co, ale to było najgorsze, że oni natarli mnie za nic. Byłem dla nich muchą, którą dla porządku się trzepie, robakiem, którego się gniecie, gdy stanie na drodze. Nieszczęsną myszą, którą prześladuje zarówno kij, jak i miotła. W tym starciu dwu wrogich potęg przypadła mi niestety tylko ta smutna rola.

I nagle poczułem, że już dłużej nie mogę. Cała moja istota jeży się przeciw temu i zasadniczo buntuje. Lecz co robić? Przede wszystkim nie dać się więcej tępić. Ale jak? Kiedy człowiek jest tutaj myszą? Jeśli jestem tutaj myszą, muszę postępować tak jak mysz. Co zrobiłaby w tej sytuacji mysz? W tej sytuacji mysz uciekłaby alboby się schowała. Ucieczka nie wchodziła już w grę. Za późno! Wszystko wskazywało na to, że Blokerzy i Matusy znów rozpoczęli swą wielką grę. Tak, nie mogłem się mylić! Zaczynała się już Wielka Kołomyja Elementarna. W takim razie pozostawało mi tylko ukrycie się. Wlazłem pośpiesznie pod ostatnią umywalnię w samym kącie, za miotłę i ścierki.

Pozycja ta nie była zbyt komfortowa, ponieważ sterczące kolano rury ściekowej gniotło mnie w kość ogonową, niemniej posiadała niewątpliwe zalety. Dawała pewne bezpieczeństwo i co równie cenne - możliwość obserwacji. A było na co patrzeć. Łaźnia stanowiła ulubione miejsce starć między Blokerami i Matusami, nadawała się doskonale do zabiegów higienicznych, nazwanych tak zapewne dlatego, że składały się głównie z masaży, mydlenia, nacierania i wzajemnego szprycowania wodą. Jeśli którejś z band nie udało się zaskoczyć pojedynczego przeciwnika i do akcji włączyła się druga banda, dochodziło zwykle do Wielkiej Kołomyi Elementarnej.

Wytwarzała się ona automatycznie na skutek swoistej konstrukcji łaźni, która miała dwoje drzwi: jedne wiodące na korytarz, drugie bezpośrednio na podwórze. Dzięki temu powstawał zamknięty krąg gonitwy. Kiedy zgraja Blokerów wpadała przez jedne drzwi, przez ten czas Matusy uciekali przez drugie. Blokerzy pędzili za nimi, zanim jednak ostatni z nich zdołali wybiec z łaźni, już na karkach siedzieli im Matusy, którzy zdążyli przez ten czas okrążyć łaźnię i wpaść do środka ponownie przez pierwsze drzwi. Rzecz jasna, w tym układzie nie sposób było dojść, kto tu właściwie ucieka, a kto goni. Każdy czuł się jednocześnie ścigającym i ściganym, co oczywiście pomagało obu bandom zachować twarz, dobre samopoczucie i honor, na punkcie którego wszyscy byli bardzo czuli.

Gdybyście zapytali Blokerów, twierdziliby z przekonaniem, że to oni ścigali Matusów, gdybyście zaś zapytali Matusów, odparliby bez zająknienia, że to oni ścigali Blokerów. A najdziwniejsze, że jedni i drudzy mieliby rację.

Stąd chyba brała się wielka atrakcyjność Kołomyi Elementarnej. Atrakcyjność i trwałość. Zwalczana przez pedagogów, tępiona przez woźnego, zamierała na jeden dzień lub dwa, by znów wybuchnąć ze zdwojoną energią.

Dawniej zastanawiałem się, dlaczego którejś z czcigodnych biegających stron nie przyjdzie na myśl zmienić taktyki. Wystarczyło przecież zamknąć drzwi i obrócić się przeciw wbiegającym wrogom, by przerwać ten niekończący się ciąg pościgu i ucieczki, uciąć niesamowity wąż goniących się dryblasów i stoczyć normalną walkę w łaźni. Czyżby to nie było możliwe? Oczywiście, że byłoby możliwe. No tak, ale wtedy nie byłoby Wielkiej Kołomyi Elementarnej. Zorientowałem się wkrótce, że tą szaloną gonitwą rządziły jakieś niepisane prawa. Jakby obie strony milcząco się umówiły, że raz zaczęta zabawa nie może być przerwana ani w żaden sposób odmieniona. I w tym też leżał największy urok Kołomyi.

Obserwowałem teraz całe widowisko z zapartym tchem. Sytuacje zmieniały się jak w filmie. Powtarzały się niby rytmicznie, a przecież nie tak samo. Za każdym razem coś nowego. To ktoś zatkał kurek palcem i puścił we wroga strumień wody, to trzepnął kogoś ścierką, to rzucił pod nogi mydło, to znów ktoś się poślizgnął i rąbnął na terakotową posadzkę; wrogowie osaczali go z triumfalnym wrzaskiem, gotując się do mydlenia, ale nim przystąpili do zabiegu, już z tyłu wpadali chłopcy z drugiej bandy, napastnicy porzucali ofiarę i wybiegali w popłochu, by za chwilę znów powtórzyć wszystko od początku...

Kołomyja rozkręcała się coraz bardziej. Już wszystkich porwał magiczny jakiś pęd... Patrzyłem jak urzeczony i nagle uświadomiłem sobie, że mam ochotę wziąć udział w tej zawrotnej gonitwie. Ze wstydem to sobie uświadomiłem. Po prostu im zazdroszczę. Próbowałem zdławić to nikczemne uczucie, wzbudzić w sobie pogardę dla galopujących mastodontów i spojrzeć na nich z wyżyn wolnego, niezaangażowanego ducha, ale doprawdy trudno mi było. Nie byłem przecież na wyżynach. Siedziałem stłamszony pod miotłą jak mysz, ze świeżo natartymi uszami i piekącymi jeszcze od mydła oczami, a na dodatek gnieciony przez rurę ściekową w okolicach kości ogonowej. I coraz smutniej mi się robiło, że nie należę do żadnego z galopujących tabunów, i pomyślałem, że dobrze byłoby tak biegać swobodnie jak Bloker czy Matusek. W każdym razie mógłbym rozprostować nogi. A potem zastanowiłem się głębiej i rozpatrując przyczynę mojego upośledzenia, doszedłem do wniosku, że nie chodzi wyłącznie o ściśnięte nogi. Przyczyna mojego samopoczucia leży w tym, że jestem bezideowy. Siedzenia pod miotłą nie można przecież w żaden sposób nazwać ideą. Natomiast ci dranie uprawiający Wielką Kołomyję Elementarną mają niewątpliwie ideę. Obojętnie, czy słuszną, ale mają.

I wtedy po raz pierwszy od czasu przybycia do tych okropnych Gnypowic zrozumiałem, że jako wolny strzelec nie mam tu żadnych szans. Kulawy Lolo, Nieradek i Frydek - oni wszyscy mieli rację. Moje sprawy nie ułożą się nigdy pomyślnie i do końca szkoły będę fuksem, jeśli nie dokonam wyboru. Tak, nie ma innego wyjścia. Będę musiał wybierać między tymi draniami. Kiedy przystąpię do któregoś z tych związków, będę przynajmniej od jednej strony bezpieczny, a jeśli nawet oberwie mi się od drugiej, to będę wiedział za co. I zniosę wszystko łatwiej. Nawet najgorsze mydlenie można znieść bez ujmy dla honoru, jeśli odbywa się w boju. A więc powinienem przystąpić... Nie będzie chyba trudno, sami mnie dziś namawiali. Lecz do kogo przystąpić? Och, czy to nie wszystko jedno? Chodzę do klasy Blokerów, więc wygodniej byłoby do nich. Z drugiej strony to właśnie od Blokerów doznałem najwięcej udręki... nienawiść moja była zbyt silna. A zatem do Matusów... lecz wtedy nowy kłopot. Musiałbym przejść do ich klasy. Blokerzy nie znieśliby Matuska między sobą. Ładnie bym wtedy wyglądał... Chyba że jak powiedział Frydek, zostałbym tajnym członkiem. Nie, taka kombinacja zupełnie mnie nie bawiła... Więc do kogo, u licha! Niech rozstrzygnie przypadek. Rzucę monetę. Jeśli wyjdzie orzełek, przystąpię do Blokerów, jeśli reszka, sprzęgnę się z Matusami.

Sięgnąłem do kieszeni. Niestety, okazało się, że nie mam żadnej monety. Znalazłem tylko czarny guzik od spodni. Trudno. Rzucę więc guzik. Guzik ma też dwie strony. Jeśli padnie na prawą, oznaczać to będzie Blokerów, jeśli na lewą - Matusów. I nawet spodobało mi się, że sprawę rozstrzygnę guzikiem. W sam raz "instrument" do takiej idiotycznej loterii.

Położyłem guzik na dłoni i wykonałem rzut. Może cokolwiek zbyt nerwowo - bądź co bądź, chodziło o moją przyszłość. W każdym razie miało to zgoła nieprzewidziane skutki. Potrącona przeze mnie miotła upadła na posadzkę prosto pod nogi przebiegających mastodontów. Los chciał, że byli to właśnie Blokerzy. Pierwszy potknął się i przewrócił Szczeżuja, zwany Specem, za nim rozłożył się z potwornym łomotem Pacholec, za Pacholcem - Domejko, za nim Szprot-Rymarski, a potem po kolei kładli się jeden za drugim. W dwie sekundy już tuzin Blokerów kłębił się na posadzce, a wśród nich sam Nieradek, wydając przeraźliwe wrzaski, bo Matuski już im siedzieli na karkach i zabierali się do zabiegów.

- Zasadzka! - sapał Pacholec, na próżno usiłując zrzucić z siebie trzech najtęższych Matusów.

- To Cykorz! - seplenił Szczeżuja, bezlitośnie nacierany ścierką.

- Zaczaił się tu w kącie! - Wierzgał nogami w powietrzu Szprot-Rymarski, gubiąc ponownie pantofel.

- O rany, zginiemy wszyscy przez zdradzieckiego Cykorza! - jęczał szczotkowany Domejko.

- Więc jesteś przeciwko nam?! - wykrztusił Nieradek, obracając do mnie straszliwie namydloną twarz, po czym zakrztusił się pianą.

- Tak. Jestem przeciwko wam - powiedziałem, wypełzając z godnością spod umywalni.

- Hurra! Zwycięstwo! Cykorz jest z nami! - zawołali gromko Matusy.

Przez chwilę jeszcze trwało mydlenie i nacieranie Blokerów, tudzież inne zabiegi łazienne. Wziąłem w nich pewien, chociaż raczej skromny udział. Nie miałem jeszcze wprawy. Wreszcie udało się Blokerom wyrwać z opresji i umknąć. Zresztą nadbiegał już woźny, za nim Kowbojka, a za Kowbojką pół szkoły.

I tak zakończyła się tym razem Wielka Kołomyja Elementarna, której stałem się mimowolnym bohaterem.

 

Rozdział 3

Doznaję nowych przykrości ze strony Matusów. Komplikacje z powodu niedyspozycji Frydka. Dziwna taktyka Blokerów. Odginanie Partacza. Zamach

Wypędzeni przez Kowbojkę z łaźni udaliśmy się na boisko. Tam otoczyli mnie pozostali Matuskowie, wieść bowiem o moim czynie rozniosła się już po budzie. Wszyscy klepali mnie życzliwie po łopatkach i pomrukiwali zadowoleni. Rozglądałem się niecierpliwie za Frydkiem, ale nie bez zdumienia stwierdziłem, że Frydka wśród nich nie było. Zjawili się natomiast trzej znani Matuskowie, zaufani ludzie Ernesta: Pietrek Peroń, zwany Czarnym Pitrem z racji cygańskiej czupryny, niebieskooki Lompa, wiecznie zakatarzony, ale znający chwyty, i gruby Kwiczoł, zwany Doktrynerem, który był uważany za filozofa Matusów, prawie tak doskonałego jak Maks - Wielki Eksperymentator.

- Fajnie to urządziłeś, Cykorz - odezwał się Czarny Piter. - Więc odtąd będziesz trzymał z nami?

- Tak - odparłem krótko i rzeczowo.

- Będziesz jeszcze musiał być formalnie przyjęty - pociągnął nosem Lompa, ten, który znał chwyty, i spojrzał na mnie przyjaźnie - u nas są pewne przepisy... ale nie martw się, to detal.

- No nie wiem, czy to detal - powiedział Kwiczoł, zbliżając się do mnie. Jego zimne oczy taksowały mnie podejrzliwie z jakąś nieprzyjemną naukową dociekliwością. - To ładnie, że chcesz być z nami, ale nie wystarczą dobre chęci. Będziesz musiał być poddany dokładnym badaniom i próbom specjalnym dla nowicjuszy. Wymagamy od naszych ludzi przyzwoitej kondycji intelektualnej i fizycznej.

To mówiąc, bezceremonialnie pomacał mi muskuły.

- Wysoki stopień niedorozwinięcia - skrzywił się z niesmakiem - zupełna cielęcina, a ściśle mówiąc - flaczki. Naprawdę nie wiem, czy możesz być przyjęty.

Szarpnąłem się urażony.

- Obejdzie się bez łaski! Ładna mi organizacja, która bada kandydatów jak bydło rzeźne. Jeśli dla was znaczenie ma tylko mięsień, to cześć, możecie sobie przyjąć zamiast mnie konia Emanuela - odwróciłem się dumnie na pięcie - nie rozumiem tylko, po co w takim razie Ernest koniecznie chciał się ze mną dzisiaj widzieć.

Wzmianka o Erneście zrobiła niejakie wrażenie na Matusach.

- Naprawdę chciał się z tobą widzieć? - zapytał podejrzliwie Czarny Piter.

- Oczywiście - odparłem, siląc się na niedbały ton - właśnie Frydek rozmawiał ze mną w tej sprawie...

- Frydek? Kiedy?

- Zanim się zaczęła Kołomyja. Rozmawiał ze mną w łaźni. Prosił w imieniu Ernesta, żebym się zgłosił w kwaterze. Ale jeśli dla was ma znaczenie tylko mięsień, to powiedziałem, cześć! Kłaniajcie się Ernestowi. Niech zamiast mnie gada z koniem - uśmiechnąłem się drwiąco i udałem, że odchodzę.

- No, no, patrzcie jaki honorowy - mruknął Kwiczoł - nie ma się czego od razu obrażać, bracie kamracie. Tłumaczyłem tylko, jakie są przepisy. Poczekaj, porozmawiamy.

- Nie będę z wami rozmawiał, tylko z Ernestem. Zaraz idę do niego.

- Dokąd?

- Do kwatery.

Matuskowie spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się dziwnie.

- Nie trafisz - pociągnął nosem Lompa. - Nikt niewtajemniczony nie trafi.

- A dlaczego?

- Kwatera jest zakonspirowana.

- No to poszukam Ernesta w szkole.

- Ernesta nie ma w szkole - uśmiechnął się Czarny Piter.

- A co mu się stało?

- Nie wiesz? - zdziwił się Piter.

- Nie interesowałem się dotąd Ernestem - wzruszyłem ramionami.

- Ernest był w gipsie. Miał... hm... mały wypadek. Jest na zwolnieniu, ale już urzęduje w kwaterze.

- No to porozmawiam z Frydkiem.

- Frydka nie ma i chyba prędko nie będzie - mruknął z niewyraźną miną Kwiczoł.

- Jak to nie ma! - zaniepokoiłem się.

- Rzeczywiście, gdzieś przepadł - zauważył zdziwiony Piter. - Gdzie on może być? - Zniknął - odparł zakłopotany Kwiczoł.

- Jak to zniknął?!

- Po prostu zniknął - Kwiczoł rozłożył ręce - ostatnio widziałem go w beczce.

- W beczce? - zaśmiałem się.

- Tak. W beczce północno-zachodniej.

Wszyscy spojrzeli na Kwiczoła zaskoczeni. Zrozumiałem, że chodzi o beczkę pod rynną w północno-zachodnim rogu pawilonu. Przy każdym rogu stały takie beczki do połowy wkopane w ziemię. Spływała do nich deszczówka.

- Oszalałeś - roześmiał się nagle Lompa. - Czemu Frydek miałby siedzieć w beczce?

- Nie wiem - odparł Kwiczoł - sam byłem zdziwiony. Chciałem go właśnie zapytać, co tam robi, ale akurat nadeszła Kowbojka. Uważałem więc za stosowne oddalić się.

- Mógł wpaść w ręce Kowbojki - zaniepokoił się Czarny Piter. - Trzeba wysłać Zeflika, żeby sprawdził.

- Już go wysłałem - mruknął Kwiczoł - o, leci właśnie.

Istotnie, od strony szkoły pędził zadyszany Zeflik. Był to najmniejszy i zarazem najbardziej ruchliwy Matus z szóstej A, o którym chodziły słuchy, że jest adiutantem samego Ernesta.

- Chłopaki - krzyczał z daleka - widziałem Frydka!

- Gdzie? - Otoczyli go podnieceni Matuskowie.

- Leży zwinięty jak mumia w koce w Nakłuwalni.

- O rany, co ty!

- Jak kocham melbę! Gadałem z nim przez okno, jak Biała Nielitościwa wyszła. Powiedział mi wszystko, jak było. Kiedy napadli go Blokerzy w łaźni, uciekł za róg pawilonu. Nie mógł daleko uciekać z powodu tego kolana, więc postanowił się ukryć w beczce północno-zachodniej. Nie namyślając się, wskoczył. Z tego zdenerwowania zapomniał, że był deszcz i że w beczce jest woda, strasznie zimna w dodatku. O mało nie krzyknął z wrażenia, ale opanował się. Dygocze i siedzi. Potem chciał wyjść i miał pecha. Ledwie wysunął głowę, nadział się na Kowbojkę. Uznała, że jest nienormalny, i oddała go do Nakłuwalni. Był już kłuty i nacierany przez Białą Nielitościwą i połykał jakieś świństwa. Teraz czeka, aż szaty mu wyschną.

- Ładny gips - mruknął przejęty Lompa. Chciał jeszcze o coś zapytać, ale rozległ się dzwonek na lekcję.

- Zgłosisz się do nas na następnej przerwie - rzucił mi Kwiczoł i pognał do klasy.

Ja też powlokłem się zamyślony. Osadzenie Frydka w gabinecie zabiegowym było dla mnie okolicznością nader niekorzystną. Tylko Frydek znał przecież specjalne polecenia Ernesta odnośnie do mojej osoby. Reszta Matusów widocznie nic o tym nie wiedziała. Dlatego tak mnie traktują. Jak zwyczajnego rekruta. I postanowili poddać mnie jakimś próbom. Domyślałem się, że muszą to być próby okropne, i rzecz jasna wcale nie miałem na nie ochoty. Tak, to duży pech, że Frydka zamknęli w Nakłuwalni. Co w takiej sytuacji robić? Całe szczęście, że do końca lekcji jeszcze dwie godziny. Może przez ten czas ubranie zdąży Frydkowi wyschnąć. Jak nie będzie miał objawów, to go puszczą. A jak będzie na chodzie, to mnie zaprowadzi do Ernesta, od razu i bez prób... A jeśli nie będzie na chodzie? No cóż, w takim razie odłożę moje przystąpienie do Matusów do jutra. Matusami nie muszę się za bardzo przejmować. Gorsza sprawa z Blokerami. Po tym, co się stało, na pewno przy pierwszej okazji będą chcieli wywrzeć na mnie swą zemstę. Przypominam sobie wściekłą twarz namydlonego Nieradka i poczułem, że dostaję gęsiej skórki.

Z duszą na ramieniu uchyliłem drzwi do klasy... i odetchnąłem nieco. W sali był już pan Miąższyniec, więc na razie nic mi nie będą mogli zrobić. Sprawdziłem tylko, czy nie podłożyli mi czegoś na ławce, ale o dziwo niczego nie znalazłem. W ogóle byłem zaskoczony zachowaniem się Blokerów. Udawali, że mnie nie dostrzegają, i traktowali mnie zupełnie, jakbym był powietrzem. Nawet mnie to trochę ubodło, ale zaraz pomyślałem sobie, że to pewnie jakaś nowa taktyka wymyślona przez Nieradka, i na wszelki wypadek postanowiłem się mieć na baczności. Dlatego zaraz po biologii wymknąłem się z klasy i miałem zamiar spędzić całą przerwę zamknięty w ubikacji, ale już na korytarzu zorientowałem się, że to zbędne. Blokerzy zajęci byli całkowicie odginaniem Partacza, pompowaniem w jego sflaczałą duszę sprężonej dawki optymizmu i stosowaniem silnych środków nasercowych.

Widziałem, jak Bezczelny Pacholec biegł gdzieś jak szalony z ubłoconymi kaloszami Partacza. Kiedy wrócił po paru minutach, kalosze były wymyte i lśniące jak lustro. Przez ten czas Szprot-Rymarski i Szczeżuja wywiesili pośpiesznie na tablicy "Nowości Szkolnych" specjalny serwis fotograficzny pod ogólnym tytułem: "Ulubiona lekcja przyszłych konstruktorów".

Zdjęcia te wprawiły mnie w zdumienie. Przedstawiały one uśmiechniętego Partacza, jak gładził po głowie Nieradka, który demonstrował mu wspaniały model samochodu, rozpromienionego Partacza w otoczeniu Blokerów, którzy wpatrywali się w niego z niebiańskim uwielbieniem, szczęśliwego Partacza na przechadzce, trzymającego po ojcowsku pod ręce łotrów, a mianowicie Bezczelnego Pacholca i Dużego Mańkuta, podczas gdy trzeci łotr Szprot-Rymarski dreptał za nimi z tyłu i osłaniał ich ogromnym parasolem. Było także zdjęcie uczniów siedzących grzecznie z rączkami na stolikach, zasłuchanych i wlepiających cielęce oczy w Partacza prowadzącego wykład, następnie zdjęcie Partacza siedzącego niedbale na stole nauczycielskim i oglądającego model samolotu, który demonstrował Domejko, tudzież zdjęcie ziewającego Partacza i uczniów pochylonych pilnie nad warsztatami.

Nie mogłem sobie przypomnieć takich scen na lekcjach. Oszuści! - zasapałem - skąd oni wytrzasnęli takie zdjęcia?! Musieli już dawno je przygotować. Wszystko mieli obmyślone z góry!

Szczególnie silne wrażenie robiło ostatnie, olbrzymie zdjęcie prezentujące Partacza z wyciągniętym parasolem jak buławą, na tle budowy naszej Koksochemii.

Nosiło ono podpis: "Pan Profesor Anielak zaszczepia uczniom idee wielkiego budownictwa".

Podczas gdy Szprot i Szczeżuja montowali ten optymistyczny serwis, Nieradek w otoczeniu świty dokonywał zabiegów wstępnych na samej osobie Partacza, osaczywszy nieszczęsnego pedagoga w pokoju nauczycielskim.

Bezczelne te zabiegi przyniosły widać pierwsze rezultaty, ponieważ wkrótce zauważyłem Nieradka, jak w asyście podnieconych Blokerów prowadził przez korytarz oszołomionego Partacza. Z urywanych zdań, które mnie dobiegły, wywnioskowałem, że dranie omawiają z nim sprawę urządzenia wystawy modeli. Na widok Partacza otoczonego przez rozentuzjazmowanych uczniów Kowbojka, która akurat przechodziła, przystanęła zdziwiona i o coś zapytała, ale nikt jej nie słuchał. Pokręciła tylko głową i odeszła, oglądając się raz po raz za siebie.

Tymczasem Nieradek prowadził dalej z Partaczem ożywioną dyskusję. Potem niby przypadkowo zatrzymał się przed tablicą "Nowości Szkolnych".

Partacz, chcąc nie chcąc, musiał zauważyć wymienioną tablicę.

- Jakieś nowe zdjęcia? - zapytał.

- Och, nie, wiszą już od trzech dni - zełgał Nieradek.

- Dziwne. Nie zauważyłem.

- Bo to nic specjalnego, skromne zdjęcia... nie rzucają się w oczy - rzekł niedbałym tonem Nieradek.

- Ależ przeciwnie! Technicznie zrobione świetnie.

- Myśli pan?

Partacz przyjrzał się im z bliska i nagle osłupiał.

- Co to ma znaczyć?!

- To mały reportaż fotograficzny z lekcji zajęć technicznych.

- Z moich lekcji?! - wykrztusił Partacz.

- Nie podobają się panu? - zapytał zdziwiony Nieradek.

- No nie... owszem - bąknął zmieszany Partacz - tylko przecież...

- Tylko co, proszę pana?

- To jakieś bzdury... Na miłość boską, przecież nasze lekcje zupełnie inaczej wyglądają!

- Zależy z którego miejsca - powiedział spokojnie Nieradek - może pan inaczej to widzi... ale od naszej strony to tak właśnie wygląda. Robiliśmy te zdjęcia ukrytym aparatem, żeby wyszło naturalnie.

- Naturalnie... nie... nie... co ty mi wmawiasz! Tak nie było, tak nigdy nie mogło być. - Partacz zamachał rękami, jakby chciał odegnać od siebie jakiś rozkoszny, lecz podejrzany miraż. - To jest kłamstwo!

- Jak pan może - zgorszył się Nieradek.

- Przyznaj się - zasapał zdenerwowany Partacz - to jest fotomontaż!

Nieradek chrząknął.

- Tylko kompozycja, proszę pana.

- Kompozycja? Czego?! Czy wyście oszaleli!

- Kompozycja istoty rzeczy. Kiedy pan nas uczył fotografiki, mówił, że zdjęcie należy tak skomponować, aby uwypuklało istotę rzeczy - uśmiechnął się Nieradek - my właśnie uwypukliliśmy. To wszystko.

- I wy nazywacie to uwypukleniem istoty rzeczy?! - Partacz wykrzyknął z goryczą. - Czemu w takim razie nie ma tu sceny z kaloszem?!

- Z kaloszem, no wie pan - skrzywił się Nieradek. - Kalosz to zjawisko uboczne.

- Nie leży w głównym nurcie - dodał z powagą Szprot-Rymarski.

- Tak jest - Nieradek spojrzał na Partacza z wyrzutem - kalosz nie może nam przysłaniać istoty naszych stosunków. Byłoby śmieszne, gdyby kalosz przeważył...

- Śmieszne i smutne - pociągnął nosem Rymarski.

- Bardzo smutne - powtórzył Nieradek i wlepił swoje kocie oczy w Partacza. - Pan chyba też tak myśli?

Partacz zmieszał się.

- No... tak... w zasadzie... ale... ale to zdjęcie, na którym się śmieję... to już jest nadużycie kompozycji. Ja się nie śmieję... Nie uśmiecham! Doprawdy nie mam powodu...

- Jak to nie?! - wytrzeszczył oczy Nieradek. - Pan uśmiecha się bardzo często...

- Przypuśćmy - jęknął Partacz - ale przecież do licha nigdy nie siedziałem na stole. Co wam wpadło do głowy?!

- Wydawało nam się, że pan mógłby... ta kompozycja oddaje swobodny nastrój lekcji... No przecież mógłby pan usiąść na stole!

- Rzeczywiście, mógłbym - uspokoił się nieco Partacz - ale nie mógłbym ziewać - pokazał z przerażeniem kolejne zdjęcie. - Tu już przebraliście miarkę! - skrzywił się z niesmakiem.

- Przepraszam - rzekł stanowczo Nieradek - ale to zdjęcie uważam za jedno z najważniejszych. Wręcz konieczne dla oddania prawdziwej atmosfery.

- Nie rozumiem - zdumiał się Partacz.

- To całkiem proste. Ziewanie pana podkreśla, że nie ma pan z nami żadnego kłopotu... Cicha atmosfera pracy, porządek, dyscyplina, każdy pilnie dłubie przy warsztacie. Nadzór jest niepotrzebny. Pan nie ma się czym denerwować, ogarnia pana senność, może pan sobie pozwolić na relaks...

- Ja, na relaks?! Ja nie mam się czym denerwować! To są kpiny! - zasapał Partacz.

Blokerzy spojrzeli niespokojnie na Nieradka, ale Nieradek nie stracił rezonu.

- Powiedziałem, że przedstawiamy istotę rzeczy, a nie mętną powierzchnię zjawisk - odparł z filozoficzną powagą - z głębokiego punktu widzenia pan nie ma żadnego powodu, żeby się denerwować w naszej klasie. Żadnego - powtórzył z naciskiem.

Partacz spojrzał na niego oniemiały. Pewność Nieradka zbiła go z pantałyku. Chciał coś powiedzieć... poruszył bezgłośnie ustami.

Ubiegł go Nieradek.

- Chcieliśmy tylko wyrazić nasze prawdziwe uczucia i przekonania. Proszę pana, daję słowo, gdyby pan siedział na stole, nawet ziewał, nawet usnął, nic by to nie zmieniło. My i tak robilibyśmy te modele. My po prostu lubimy to robić.

Zawtórował mu jednoznaczny pomruk Blokerów.

- Pan nie wierzy w naszą kompozycję, ale nie mogliśmy inaczej. Bo taka jest prawda...

- Prawda... - powtórzył oszołomiony Partacz.

- Prawda ukryta. My ją tylko wydobyliśmy na wierzch. Oczyściliśmy z maskującej powłoki. To wszystko. Ale skoro pan się nie zgadza, to trudno, skoro pan uważa wszystko za słodki pic i fotomontaż, to my przepraszamy i demontujemy - głos Nieradka zabrzmiał niekłamanym żalem. - Demontujcie, chłopaki - westchnął.

- Demontować taką kompozycję? - wśród Blokerów rozległ się grobowy pomruk.

- Jeśli pan technik uważa, że w naszych stosunkach najważniejszy jest kalosz, to wypada tylko przeprosić i zdemontować - powiedział wzburzony Nieradek. - A co do kaloszy, to wyczyściliśmy je na wysoki połysk. Oddajemy i przepraszamy. Pacholec, kalosze!

Pacholec wyciągnął kalosze do osłupiałego Partacza.

Ale Partacz nie patrzył na kalosze, on patrzył wciąż na fotografie i widać było, że przeżywa jakieś rozterki duchowe...

- Nie chodzi mi już wcale o kalosz - zamruczał - zapomnijmy o kaloszu.

- Wiem, panu chodzi o gadulstwo Rymarskiego na lekcji... Ale on ma naprawdę kłopoty z nogą... - powiedział Nieradek.

- Ja zaraz to panu dokładnie wytłumaczę... - zaczął nerwowo Szprot-Rymarski.

- Daj mi już spokój z tą nogą! - przestraszył się Partacz.

- Więc pan nam po prostu nie wierzy - rzekł smutno Nieradek.

Partacz popatrzył po twarzach Blokerów, jakby chciał wyśledzić w nich ślad zgrywy albo fałszu, ale Blokerzy wytrzymali zwycięsko to spojrzenie.

- Wierzę wam, chłopaki - powiedział cicho - zawsze wierzyłem w to, co nazywaliście prawdą ukrytą. Gdybym nie wierzył, nie wytrzymałbym przecież w tej szkole - zakaszlał i przeczyścił gruntownie drogi oddechowe. - Tylko na miłość boską, co o tych zdjęciach pomyślą moi koledzy nauczyciele!

- Będą panu zwyczajnie zazdrościć - wzruszył ramionami Nieradek. - Dawno już wiedzą, że zajęcia z panem to dla nas sama przyjemność.

- Ale takie zdjęcia... - jęknął Partacz.

- Niech pan się nie obawia. Uwierzą od razu, że tak jest naprawdę.

- A jeśli dyrektor zajrzy na naszą lekcję?

- To przekona się, że nie pomylił się wcale. Pan może być spokojny. Trzymamy przecież z panem sztamę. A co do kaloszy...

- Chyba jednak przestanę je nosić - westchnął Partacz.

- Szkoda. Ale gdyby cokolwiek się stało, gdyby zaszły znów jakieś zjawiska uboczne, niech pan nigdy nie wierzy, że mogą mieć jakieś znaczenie. Prawdą jest tylko to! - Nieradek wskazał na zdjęcia.

Partacz uśmiechnął się rozbrojony i poczochrał Nieradka po głowie.

- Jesteś łotr, Radek, ale niepospolity. Jeśli cię nie powieszą, zajdziesz daleko.

- Dziękuję za komplement - przymrużył kocie oczy Nieradek. - A zatem wszystko gra i znów trzymamy sztamę! - wykrzyknął ucieszony.

- A co ja mogę zrobić - westchnął Partacz - kiedy już wszedłem między łotrów, dobra i sztama z łotrami.

Odpowiedział mu radosny wrzask Blokerów. Triumfalnie odprowadzili go do drzwi i choć się bronił, własnoręcznie założyli mu na nogi kalosze...

A więc załatwili, co chcieli. Nie tylko odgięli Partacza, ale jeszcze zawarli z nim sztamę. Spojrzałem z podziwem na Nieradka. Tęga głowa! Nic dziwnego, że został wodzem Blokerów, choć jest dopiero szóstakiem, co prawda drugorocznym. Co za błyskawiczna i skuteczna akcja. Wszystko przewidziane i zorganizowane. W ten sposób każda draka ujdzie im na sucho, wybrną z każdej sytuacji!

Przygryzłem wargi. Może jednak źle zrobiłem, że wdałem się z Matusami w konszachty. Czy nie powinienem przyjąć raczej oferty Nieradka. Powiedział: "Jeszcze się polubimy". No tak, ale przez ten wypadek podczas Kołomyi spaliłem za sobą mosty...

Zamyślony powlokłem się do klasy.

- Cykorz! Miałeś się zgłosić! - usłyszałem nagle czyjś głos.

Kwiczoł kiwał na mnie grubym palcem z półpiętra.

Nie odpowiedziałem i tylko przyśpieszyłem nieco kroku. Nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę z Wielkim Doktrynerem. Na pewno będzie żądał, żebym podjął ostateczną decyzję, ale ja nie wiedziałem jeszcze, czy przystąpię do Matusów. Ten wypadek z Partaczem dał mi dużo do myślenia...

- Cykorz! Poczekaj, mam do ciebie dwa słowa. - Kwiczoł zbiegł na dół.

Udałem, że go nie widzę, i ukłoniłem się wielkiej pani od polskiego, która właśnie toczyła się dostojnie do naszej klasy, a następnie dołączyłem do niej. Drepcząc skromnie u jej boku, zasłaniałem się nią jak tarczą, i tak ubezpieczony przeniknąłem szczęśliwie do siedliska Blokerów.

Ledwie jednak usiadłem w ławce, coś musnęło mnie w ucho. "Oho, zaczyna się" - pomyślałem. Koło mnie wylądowała papierowa strzałka. Zauważyłem, że nie jest to zwykła kartka ze starego zeszytu, była zabazgrana jakimiś wielkimi kulfonami. Tak przecież nikt nie pisze w zeszycie. Rozwinąłem ją ciekawie i zdębiałem. To był list pisany ręką Nieradka.

Poczciwy Gusiu - przeczytałem - nie strugaj bohatera. Siedziałeś w łaźni jak szczur pod miotłą i wiemy, że wcale nie chciałeś się mieszać. Więc niepotrzebnie się płoszysz i zamykasz w różnych dziwnych miejscach. Po dokładnej analizie wypadków doszliśmy do wniosku, że ta szczotka upadła wtedy sama i niesłusznie cię oskarżaliśmy o zdradę. Mamy nadzieję, że wkrótce twoje rozgoryczenie minie i jeszcze się polubimy. Nie daj się tylko wciągnąć do Matusów. Rozumiesz, że nie moglibyśmy znieść u siebie w klasie członka tak ohydnej organizacji. Dajemy ci dwa dni do namysłu.

Radek Nieradzki, Przewodniczący Wielkiej Rady Bloku

Zmiąłem zdenerwowany kartkę i spojrzałem za siebie w kierunku ostatniej ławki. Nieradek mrugnął do mnie okiem i uśmiechnął się swoją piegowatą gębą. Wzruszyłem gniewnie ramionami, żeby sobie nie pomyślał, że ze mną tak łatwo, i odwróciłem się z godnością.

Resztę lekcji spędziłem w przykrej rozterce. Musiałem przyznać, że Blokerzy zachowali się nadzwyczajnie. Nie mszczą się, nie odtrącają, przeciwnie - dają mi szansę. Może nie są tak źli, jak myślałem? Może powinienem mimo wszystko przystąpić do nich? Nie! Wykluczone! Po tym wszystkim, co mi zrobili? Za żadne skarby! Odtrąciłem tę możliwość jako upokarzającą. Mimo to wciąż nie byłem zdecydowany na sto procent i może wszystko przybrałoby inny obrót, gdyby nie to zdarzenie po lekcjach.

Otóż, gdy tylko wybiegłem z klasy, zauważyłem Kwiczoła i Czarnego Pitra. Czekali na mnie pod drzwiami. Wcale mi się to nie spodobało, ale zanim zdążyłem coś wykrztusić, oni błyskawicznie chwycili mnie pod ręce, zupełnie jak jakiegoś jeńca.

- Co wy! - wybełkotałem.

- Cicho bądź. Zabieramy cię do kwatery - mruknął Kwiczoł i boleśnie wykręcił mi rękę.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Próba lotu kosmicznego. Dlaczego nie mogłem orbitować? Z powrotem w klasie. Jak opanowałem położenie i odniosłem sukces taktyczny. Fatalny poślizg. Kulawy Lolo. Los fuksa, czyli moja sytuacja w Gnypowicach Wielkich

Rozdział 2

Dlaczego Partacz wzdrygał się wewnętrznie przed naszą klasą? Heca z pantoflem i kaloszem, czyli nowa piekielna intryga obrzydłych Blokerów. Odrzucam próbę pojednania i deklaruję się jako wolny strzelec. Wielka Kołomyja Elementarna

Rozdział 3

Doznaję nowych przykrości ze strony Matusów. Komplikacje z powodu niedyspozycji Frydka. Dziwna taktyka Blokerów. Odginanie Partacza. Zamach

Rozdział 4

Jak, mimo wszystko, próbowałem polubić Matusów. A więc jednak czekają mnie próby. Kołowanie, czyli droga butelkowa. Inocynt Ankohlik

Rozdział 5

Z powrotem w rękach Matusów. Starzyk w polu widzenia. Kogo kowboj schwytał na lasso?! Matusy wyjaśniają mi, na czym polega racja stanu. Zabieg zabezpieczający

Rozdział 6

Jak poznałem się bliżej z mlekozą i co z tego wynikło. Próba worka. Ernest

Rozdział 7

Problemy strategiczne Ernesta. 66 zwycięstw Matusów i tajemnica odporności psychicznej Blokerów. Pięciu ochotników do ataku na twierdzę Persil. "Podajcie mi hełm galowy i miecz"

Rozdział 8

Czego nie wolno Wielkiemu Wodzowi? Jaką funkcję zaproponował mi Ernest? Pomysły Wielkiego Eksperymentatora Maksa. Jak zgodziłem się zostać mięsem armatnim. Przed czym właściwie chciał mnie ostrzec Kulawy Lolo?

Rozdział 9

Jak wygrałem drugą rundę i uczestniczyłem w ponurym obrzędzie Matusów. Pierwsze wtajemniczenie

Rozdział 10

Co zobaczyłem w arsenale. Trzecie wtajemniczenie. Niesamowite odkrycie w szafie

Rozdział 11

Trumna Klappera. Wielki Wander

Rozdział 12

Ostatnie przygotowania. Książka dla jeńca. Wyjście awaryjne. A jednak istnieje i wtajemniczenie szóste

Rozdział 13

Kto przejął władzę nad Matusami. Skrzynka kontaktowa i nowa niespodzianka. Inocynt Ankohlik i gołębie. Jak zboczyłem z wodnego szlaku i odkryłem tajemnicze przejście

Rozdział 14

Gdzie się właściwie znalazłem? Wybieram szansę tropikalnej przygody. Spotkanie z czarnym chłopcem. Czy po to się wyrwałem z plemienia Matusków, żeby należeć do plemienia Kudu? Którego z nas kopnął hipopotam w czoło?

Rozdział 15

Twierdza Persil z bliska. Podziw czy przyczajenie? Jak stałem się na moment zającem. Interkot. Koszule nocne i afisze BIokerów. W mocy Żarłocznego Stefa. "Za skromny jesteś, mój Gustliku". Atakuję

Rozdział 16

Żarłoczny Stef w kominie, czyli nieudane pertraktacje. Niespodziewany zwrot w sytuacji. "Niezwykłe przygody Anatola Stukniętego na początku", książka, której nikt nie przeczytał do końca. Szansa czytelnicza Żarłocznego Stefa. Jeśli to sen, to ja się tak nie bawię. Postanawiam spełnić mój obowiązek do końca

Rozdział 17

Znów na orbicie i co z tego wynikło. "Tej twierdzy nikt nie zdobędzie". Jak wyeliminowałem Żarłocznego z walki. W rękach Blokerów. Badania i diagnozy. Nagrywanie. Parę epizodów z życia myszy

Rozdział 18

Niezwykła przypadłość Kękusia. Nagrajmy się mądralistycznie. Nieprzewidziany obrót sprawy, czyli jak zostałem porzucony przez ekipę

Rozdział 19

Oczekiwanie na ratunek. Co przydarzyło się Żarłocznemu Stefowi. Siódme wtajemniczenie