1
WITAJ,
NAJDROŻSZA.
Nikłe ciepło zupełnie się ulotniło, gdy padły te dwa słowa. Nawet ogień
na kominku przygasł. Oczywiście nie potrzebowałam światła, by rozpoznać
potwora odpowiedzialnego za zamordowanie tysięcy moich poddanych.
Najdroższa? Chyba chciał mi tym słowem ubliżyć - albo mnie rozgniewać -
ale nie byłam już dzieckiem i nie zamierzałam ulec złości. Jeszcze nie.
Lekceważąco wysunęłam brodę.
- Radovanie.
Uśmiechnął się, napinając woskowatą twarz. Odniosłam wrażenie, że jest w nim więcej gliny i magii niż krwi i kości. Rozpostarł ręce,
rozczapierzając długie palce, jakby pokazywał mi ogromne bogactwa
swojego skradzionego imperium.
- Witaj w Tologradzie.
Pomimo dziesięcioleci roveńskich podbojów, najazdów i grabieży komnata
wyjawiała ponurą historię niedostatku i trudów. Nie tego się
spodziewałam. Sypialnia miała zwyczajne szare ściany, wąskie okna
strzelnicze i kilka zakurzonych półek z książkami. Jedynym przebłyskiem
bogactwa było łoże, na którym siedziałam. Szkarłatny baldachim wykonano
z grubego grazniańskiego aksamitu, a pościel była miękka i ciepła w dotyku. Zdałam sobie sprawę, że nerwowo podciągam ją pod szyję, niczym
jakaś mało rozgarnięta panna.
Zmusiłam się do opuszczenia rąk i zapanowałam nad obrzydzeniem, jakie
budziła we mnie świadomość, że gdy byłam nieprzytomna, ktoś mnie wykąpał
i przebrał. Miałam na sobie tylko cienką białą koszulę, ale patrzyłam na
Radovana jak władczyni spowita w jedwabie i przystrojona wszystkimi
klejnotami mojego królestwa.
Nie królestwa... imperium.
Gdy się wyprostowałam, podobny do psiej kolczatki łańcuch o grubych
ogniwach przesunął się nieznacznie. Bez patrzenia wiedziałam, że między
moimi piersiami spoczywa szmaragdowy kamień wielkości ludzkiej pięści.
Prezent urodzinowy od Radovana. Przeklęty wisior. Miałam go na sobie w chwili porwania, co teraz wydawało mi się zbyt podejrzane, abym uznała
to za zwykły zbieg okoliczności.
Napłynęły wspomnienia ostatnich chwil w Viszirze: lęk i cierpienie na
twarzy umierającego mi na rękach Armaana; krzyki, wicher, krew
tryskająca mi w twarz, jej kwaśny smak na języku; przeszywający ból w czaszce i utrata przytomności...
Nie. Nie teraz.
- Już zaczynałem się martwić - oznajmił Radovan, kiedy nic więcej nie
powiedziałam. Złączył dłonie za plecami. - Gdy rankiem się nie
przebudziłaś, pomyślałem, że doznałaś jakiegoś urazu.
Rankiem? Mój wzrok powędrował w stronę okien, za którymi panowała czarna
noc. Jak długo leżałam nieprzytomna?
- Cóż to byłby za cios dla ciebie - odparłam, siląc się na obojętny ton.
Niezupełnie mi to wyszło, bo jednocześnie rozglądałam się za czymś,
nożem albo kijem, czego mogłabym użyć, by uwolnić świat od tego
człowieka. Na próżno. Przypomniałam sobie o zjawie dziewczyny, która
obiecała mi pomóc, ale nawet ona nie śmiała się pokazać w obecności
Radovana.
- To prawda. Już od dawna pragnę z tobą porozmawiać. - Radovan
przekrzywił głowę, przyglądając mi się, jakbym była jakąś dziwną, dziką
istotą.
Pomyślałam, że naprawdę taka jestem: dziwna i dzika. Ale nie tylko.
Byłam również niebezpieczna. Wiedźma, wojowniczka, królowa. Nie
potrzebowałam broni, żeby pokonać tego mężczyznę.
Odrzuciłam przykrycie. Podniosłam się. Stanęłam stopami na chłodnej
podłodze, lecz to zimno było niczym w porównaniu z lodowatym strumieniem
magii, która wlała mi w żyły moc, siłę i zapowiedź walki. Pora to
zakończyć. Teraz.
- Vitaliju.
Zanurkowałam głębiej, sięgnęłam ku niemej burzy w moim sercu, gdzie
królował chaos i szalały czary. Magia wypełniła mi uszy wyciem mroźnego
wichru. Komnatę zasnuła szarość.
Moc szarpnęła się głęboko w mojej piersi...
I trafiła na mur. A raczej uderzyła weń rozpędzona. Kolizja była
okrutna. Moja magia roztrzaskała się o wewnętrzną zaporę, która nie
powinna istnieć. Bo zaklęcie, które ją stworzyło, nie było moje.
Wyczarował ją Radovan.
Łańcuch na mojej szyi drgnął. Zaczął się szarpać i trzeć o skórę w spóźnionej przestrodze. Ból przeszył mi czaszkę i poparzył pierś pod
metalowymi ogniwami. Zagrzmiał hukiem dzwonów, od którego zmętniał mi
wzrok. Kolana się pode mną ugięły. Zdusiłam jęk i gwałtownie
przytrzymałam się skraju łoża, by nie upaść.
Uszy wypełnił mi śmiech Radovana. Spojrzałam na niego załzawionymi
oczami, z trudem powstrzymując przekleństwo, które cisnęło mi się na
usta.
- Och, nie! - W kilku długich krokach pokonał dzielącą nas odległość. -
Czyżbyś próbowała posłużyć się magią? Niestety, to niedozwolone.
- Co mi zrobiłeś? - wydyszałam.
- Ależ nic, Askio - odparł. - Zapewniam, że nie chcę cię skrzywdzić.
Ból przeczył jego słowom.
- W takim razie po co tutaj jestem? Dlaczego zabiłeś Armaana i Ozurę, by
mnie porwać?
Twarz Radovana zmarszczyło zdumienie, jakby mój zarzut odebrał jako
zniewagę.
- Nie zabiłem królowej Ozury.
- Zrobił to twój człowiek. - Przed oczami stanął mi sztylet hrabiego
Dobora w piersi Ozury. - Zginęła przez ciebie.
Jego wargi ułożyły się w grymas wyrozumiałości.
- Ten sztylet nie był przeznaczony dla niej... przecież wiesz.
Odpowiedziałabym mu krzykiem, gdyby nie wspomnienie pobladłej twarzy
Ozury broczącej krwią na podłodze świątyni, jej stężałych w lęku oczu. I obietnicy, którą mi złożyła.
Przyrzekam służyć ci lepiej, gdy się znowu zobaczymy.
Radovan sięgnął ku mojej twarzy, lecz znieruchomiał, kiedy
zesztywniałam.
- Jej śmierć na pewno była dla ciebie bolesnym ciosem. - Westchnął. -
Żałosny koniec życia niezwykłej kobiety. I oczywiście Armaana. Był
dobrym człowiekiem. Szkoda, że musiał zginąć.
- Wcale nie musiał.
- Ależ oczywiście, że musiał. Poślubił cię, Askio. Przestrzegałem go, by
tego nie robił, lecz mnie nie usłuchał. Biedak pewnie nie był w stanie
się powstrzymać. - Radovan zaśmiał się niemal z żalem, tyle że ja wciąż
czułam na skórze ślady krwi Armaana i ciężar obietnicy, którą Ozura
złożyła mi przed śmiercią. - Bynajmniej nie winię go o to. Jesteś
naprawdę cudowna.
Zwierzęcy pomruk wyrwał mi się z gardła. Ręka bez mojej zgody się
uniosła. Zaciśnięta pięść pomknęła w stronę szczęki Radovana.
I trafiła w pustkę. Nie dałam rady jej cofnąć. Pochwyciła ją dłoń,
której nie mogłam widzieć ani odepchnąć. Szarpnęłam się instynktownie,
ale niewidzialne palce się zacisnęły, nie puszczając mnie. Zwarły się
mocno. Jeszcze mocniej. Poczułam, jak moje ścięgna i mięśnie się
napinają, a kości uginają. Zacisnęłam zęby, żeby zdławić krzyk bólu.
Krzyk wściekłości. Nie mogłam jednak powstrzymać Radovana. Siła mojej
furii nie dorównywała jego potędze.
Lśniącymi oczami spojrzał na moją pięść zastygłą o włos od jego twarzy.
Zrabowaną innym mocą dźgnął moje ramię ostrzem bólu. Nie poruszywszy ani
jednym mięśniem, zmusił mnie do opuszczenia ręki i uwięził moje ciało w posągowym bezruchu. Mój umysł buntował się przeciw temu stanowi -
przeciw bezradności. Na Boginię Nocy, bez trudu by mnie teraz przewrócił
wiatr wyjący na zewnątrz.
I wolałabym ten mroźny wicher niż potwora przede mną.
- Tak już lepiej - stwierdził Radovan, gdy stanęłam bezwolnie
wyprostowana na baczność. - Miałem nadzieję, że nasze pierwsze spotkanie
przebiegnie... spokojniej, ale chyba nie powinienem tego oczekiwać.
Niewątpliwie całe życie słuchałaś okropnych opowieści o mnie. Męczy mnie
to, że zawsze jestem przedstawiany jako czarny charakter. - Pokręcił
głową z tak nieszczerą miną, że miałam ochotę skrzywić się szyderczo.
Szkoda, że wciąż nie mogłam się poruszyć. - Nie jestem złym człowiekiem,
Askio. Nie jestem potworem. I zamierzam ci to udowodnić - obiecał. -
Roven jest teraz twoją ojczyzną. Tolograd twoim domem. I jeżeli jeszcze
tego nie rozumiesz... - Wzruszył ramionami. - Wkrótce się przekonasz, że
tak jest. Wiem, że jesteś wyczerpana, lecz zanim pozwolę ci odpocząć,
przedstawię ci kilka zasad twojego nowego życia tutaj. Sama już
odkryłaś, że nie możesz posługiwać się magią. Uniemożliwia ci to zaklęty
łańcuch, który masz na szyi.
Zamrugałam. Tylko to zdołałam zrobić. Mięśnie szyi się napięły, gdy
próbowałam spojrzeć w dół, ale nawet ten ruch był ponad moje siły.
- Z pewnością się domyślasz, czym w rzeczywistości jest wisior,
nieprawdaż? - Palce Radovana przesunęły się po moim ramieniu i cienka
tkanina koszuli nocnej nie zapobiegła odrazie, jaką wzbudził jego dotyk.
Powoli, jakby delektował się moją reakcją, Radovan uniósł łańcuch i przytrzymał wisior tak, bym go widziała. - To mój kamień Aellium,
oczywiście zaczarowany. Choć teraz to już niepotrzebne.
Długim kciukiem przesunął po wisiorze i lepki całun magii zadrżał mi
przed twarzą. Piętno na plecach zapiekło w odpowiedzi, kiedy jądro
kamienia poczerniało, a brzegi zalśniły zielenią w blasku ognia.
Aellium. Wzmacniacz mocy, dzięki któremu szazirscy fanatycy zmuszali
wiedźmy do ujawnienia się. Radovan za jego pomocą kradł magię swoim
żonom. I podarował go mnie. Tyle że...
Jeżeli wisior dławił moją moc, jakim cudem zobaczyłam tamtą zjawę? Ducha
dziewczyny, która obiecała pomóc mi w ucieczce. Z wysiłkiem ogarnęłam
wzrokiem pomieszczenie, ale nigdzie jej nie było. Nie czułam obecności
żadnego ducha.
- Zaklęcie jest bardzo dokładne - ciągnął Radovan. - Nie zdołasz sama
zdjąć łańcucha. Jedynie ja mogę to zrobić. Jeśli spróbujesz, poparzysz
się - dodał powoli, z powagą, jakbym była dzieckiem, które igra z ogniem.
Delikatnie ułożył wisior z powrotem na mojej piersi, patrząc na mnie
bacznie. Na jego ustach błąkał się uśmiech.
- Masz tyle pytań. Widzę je w twoich oczach. Nawet teraz, choć jesteś
sama i przerażona, chłoniesz informacje. Starasz się znaleźć sposób, by
mnie przechytrzyć. Nie uda ci się, moja droga. I abyś wzięła sobie te
słowa do serca... urządzę mały pokaz.
Kamień na mojej piersi zrobił się gorący na pół sekundy, nim Radovan
przejął władzę nad moją lewą ręką. Jej mięśnie napięły się tak
błyskawicznie, że usłyszałam trzask stawów, a dłoń drgnęła i się
uniosła. Wytrzeszczyłam oczy, ale nie byłam w stanie oprzeć się jego
niemym poleceniom. Nie mogłam się poruszyć ani powstrzymać ruchu. Moje
palce zacisnęły się wokół kamienia... szarpnęły.
Nikłe niebieskie światło przemknęło wzdłuż łańcucha niczym płynny całus
błyskawicy. Otoczyło kamień, chroniąc go. I karząc mnie. Gorąco
przepaliło mi skórę, mięśnie i ścięgna. Nie mogłam nawet krzyknąć, gdy
ogień dosięgnął moich kości rozdwojonym jęzorem niewidzialnego bólu.
Więcej niż bólu.
Potworna tortura przeszyła mnie na wskroś, pustosząc i paląc przez
sekundę, która trwała w nieskończoność. Mój szpik się zagotował, zanim
wreszcie - całą wieczność później - palce się rozwarły i wypuściły
kamień z pokrytej pęcherzami, krwawiącej dłoni.
Radovan ujął ją w swoje ręce. Magiczna moc liznęła ranę i w mgnieniu oka
ból znikł. Po chwili skóra tylko ćmiła, jak obrażenia sprzed kilku dni,
wciąż jednak była czerwona i zaogniona. Pomyślałam, że ten ślad ma być
dla mnie przypomnieniem, jakby nie wystarczała spieczona, mięsna woń
przypalonego ciała.
Radovan jeszcze przez chwilę studiował moją twarz i w końcu zaśmiał się
z tego, co tam zobaczył.
- Będziemy się świetnie razem bawili, najdroższa. - Obejrzał się w kierunku drzwi za sobą. - Wejść.
Otworzyły się na jego rozkaz i ujrzałam czterech uzbrojonych strażników
rozstawionych w korytarzu. Lewy policzek każdego szpecił okrągły tatuaż.
Dowodząca nimi kobieta w stopniu kapitana - na co wskazywały oznaczenia
na mundurze - wystąpiła przed pozostałych. Miała okrągłą twarz z wysokimi spłaszczonymi kośćmi policzkowymi Khezharów oraz
ceglastobrązową skórę. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów,
pilnując, by jej ciemne oczy niczego nie zdradzały.
Moc Radovana nagle się cofnęła. Moje mięśnie zwiotczały. Zachwiałam się
i mało brakowało, bym osunęła się na podłogę. Prawdopodobnie taki był
cel.
Radovan uśmiechnął się jak gdyby nigdy nic.
- Kapitan Qadenzizeg.
Kobieta w wejściu złączyła pięty czarnych lśniących butów ze stukiem,
który rozszedł się po komnacie.
- Tak, Wasza Cesarska Mość?
- Proszę, odprowadź księżniczkę Askię...
- Królową - warknęłam, czym wywołałam rozbawienie Radovana i gwardzistki.
- Doprawdy, kochana. Rozumiem, że uważasz się za królową Seraveszu, ale
czy to odpowiedni moment na sprzeczanie się o tytuły?
- Nie uważam się za królową Seraveszu, tylko jestem królową zarówno
Seraveszu, jak i Visziru. A gdybym chciała się sprzeczać o tytuły,
nalegałabym, abyś nazywał mnie cesarzową, ponieważ Armaan zamierzał mnie
nią ogłosić, zanim go zamordowałeś.
Przeklęty uśmieszek Radovana nawet nie drgnął.
- W porządku. Proszę eskortować Jej Królewską Mość Askię do jej komnaty.
- Protokół czerwony? - spytała dowodząca.
Nie miałam pojęcia, co to oznacza, ale zjeżyłam się, widząc, z jakim
obrzydzeniem na mnie patrzy.
- Bynajmniej - powiedział czule Radovan. - To nie będzie konieczne.
Jednego jestem pewien co do mojej najdroższej królowej, mianowicie tego,
że ma wielką wolę życia.
Poczułam drgnienie niepewności na twarzy, ale zacisnęłam usta. Musiałam
dotrzeć do wspomnianej komnaty. Znaleźć się w miejscu, gdzie będę mogła
spokojnie wszystko przemyśleć. Zacząć planować.
Wodniście zielone oczy Radovana zalśniły, gdy podniósł moją wciąż
obolałą dłoń do ust, prowokując mnie, abym zareagowała, uderzyła. Nie
zamierzałam jednak dać mu tej satysfakcji. Usztywniłam ciało, jakby było
z drewna, i pozwoliłam, aby pocałował mnie w rękę. Musiałam wytrzymać,
tak jak zawsze. I jak zamierzałam trwać dalej, dopóki nie nadarzy się
szansa zakończenia tego - na dobre.
- Wkrótce się zobaczymy, ukochana - wyszeptał.
Wyszarpnęłam rękę.
- Pieprz się, Radovanie.
2
JEGO ŚMIECH GONIŁ ZA
MNĄ KORYTARZEM. Nowe fale nienawiści przetaczały się przeze mnie
z zaślepiającą intensywnością. Próbowałam zdławić to uczucie. Popychana
przez strażników, zmuszałam się do uważności i snułam pierwsze wątki
mglistego planu.
W porównaniu ze skromnym wystrojem pomieszczenia, które opuściłam, hol
wyglądał zaskakująco okazale. Stąpałam boso po idealnie białej posadzce
z marmuru - ciepłej pomimo surowej roveńskiej zimy. Na ścianach wisiały
jedwabne gobeliny i lustra w złoconych ramach. Każdy zakręt oświetlały
zaczarowane żyrandole kołysane niewyczuwalnymi podmuchami. Wszystko
wokół świadczyło o przepychu, którego nie byłam w stanie podziwiać.
Bynajmniej nie tylko dlatego, że stał za nim znój milionów gnębionych
ludzi - i dusze sześciu zamordowanych królowych - ale także przez jawną
furię promieniującą od Qadenzizeg.
Kroczyła obok mnie z ponurą miną, która stała się jeszcze bardziej
posępna po tym, co na odchodne powiedziałam Radovanowi. Jedną dłoń
zaciskała na złotej rękojeści miecza, a drugą zwinęła w pięść, z trudem
trzymając nerwy na wodzy. Wiedziałam, że za pierwszym zakrętem porzuci
wszelkie pozory.
Dlatego byłam gotowa na jej cios.
Odchyliłam się jak najmocniej i pozwoliłam, aby szorstkie kłykcie
Qadenzizeg jedynie zahaczyły o mój podbródek. Drugą ręką chwyciła mnie
za kołnierz i pchnęła twarzą w zielony gobelin, którego wzoru nie mogłam
rozpoznać spomiędzy splotów tkaniny. Próbowałam się wykręcić
potężniejszej ode mnie wojowniczce, nie żeby się uwolnić, ale dlatego,
że takiej reakcji oczekiwała. Zależało mi, aby szanowna kapitan dostała
dokładnie to, czego się spodziewała - chciałam wprawić ją w samozadowolenie i uśpić jej czujność, abym sama mogła się zająć
ważniejszymi sprawami.
- Niech mnie Wasza Królewska Mość uważnie wysłucha - wysyczała,
prychając mi kroplami śliny w twarz. - Mam gdzieś to, czy uważasz się za
koronowaną cesarzową czy nawet za samą Boginię Nocy. Tu jesteś chodzącym
trupem. A zwracając się do cesarza, pilnuj jęzora, bo ci go wytnę, jak
Bóg Dnia świadkiem.
- Tyle złości o tak drobną zniewagę? I jaka żarliwość - zakpiłam i pozwoliłam, by wykręciła mi lewą rękę. Oparłam się chwytowi Qadenzizeg,
próbując jednocześnie uwolnić prawą. - Przyznaj, w ten sposób zdobyłaś
awans na kapitana gwardii? Broniąc go i nadskakując mu, jakby to mogło
sprawić, że cię pokocha?
Mięśnie szczęki Qadenzizeg się napięły, a ja niemal się roześmiałam, bo
zaimprowizowany przytyk trafił w punkt. Wpiła mi palce w ramiona,
obróciła mnie gwałtownie i rąbnęła pięścią w żołądek. O ile ciosu w twarz w większej mierze uniknęłam, o tyle przed tym nie mogłam uciec. Z jękiem zgięłam się wpół, zamachałam rękami i przytrzymałam się pasa
Qadenzizeg.
Za którym tkwiły zatknięte noże.
Odepchnęła mnie. Uderzyłam plecami o ścianę i przycisnęłam skrzyżowane
ręce do brzucha.
- Wy, wiedźmie żony, wszystkie jesteście takie same. Z początku odważne
i harde.
- Łatwo o odwagę, kiedy nie ma się nic do stracenia.
- I właśnie tu się mylicie. Tylko śmierć jest łatwa, ale kolejne
trzydzieści dni... - Prychnęła, kręcąc głową. - W końcu posuniesz się za
daleko, rozzłościsz cesarza o jeden raz za dużo. A wtedy ja będę gotowa.
Nim przyjdzie koniec, będziesz błagała mnie o szybszą śmierć, ale nie
zdołam ci pomóc. Zresztą nawet bym nie chciała. Bo prawda jest taka,
Wasza Królewska Mość, że zawsze może być o wiele gorzej.
Nim w korytarzu umilkło echo jej przemowy, Qadenzizeg okręciła się na
pięcie i ruszyła dalej. Jeden z gwardzistów pchnął mnie naprzód i podjęliśmy milczący marsz krętymi korytarzami zamku.
Za mijanymi po drodze oknami panował mrok, a ponieważ nigdzie nie
widziałam służby, podejrzewałam, że jest środek nocy. Chyba że wasale
Radovana bali się zbliżać do jego komnat. Jeżeli rzeczywiście są to jego
komnaty, przemknęło mi przez myśl. Wątpliwości walczyły we mnie z obrzydzeniem. Nie wierzyłam, że człowieka, który pragnie władać całym
światem, zadowala ta surowa cela.
Skrzywiłam się. Cela. Z rosnącym lękiem zastanawiałam się, dokąd mnie
prowadzą. Krążyły pogłoski, że Radovan trzymał poprzednie żony zakute w łańcuchy na szczycie wieży Roszkot, gdzie powoli zabijało je okrutne
zimno. Mówiono też, że wtrącał je do lochu pod zamkiem i tam stopniowo
traciły rozum, zanim odbierał im życie.
Potrząsnęłam głową, wpatrując się w szkarłatny dywan, i z wysiłkiem
odpędziłam od siebie te myśli. Wiedziałam, że powinnam się skupić na
schodach i na odległości od komnaty Radovana do miejsca, dokąd miałam
trafić. Potrzebowałam porządnej pamięciowej mapy tego miejsca.
Miałam nadzieję, że mi się przyda.
Zeszłam z ostatniego stopnia i w ślad za Qadenzizeg ruszyłam długim,
dobrze oświetlonym holem pełnym identycznych, solidnie wyglądających
drzwi pomalowanych na kremowo-złoto. Przypominało to zły sen, w którym
biegnie się korytarzem bez końca. Oczywiście tym razem bieg nie wchodził
w grę, no i wiedziałam, że z tego koszmaru się nie ocknę.
Zatrzymaliśmy się przy piątych drzwiach, które posiadały tę wątpliwą
zaletę, że wyglądały inaczej od pozostałych. Pośrodku wycięto długi
prostokątny otwór zasłaniany mosiężną pokrywą.
Qadenzizeg uśmiechnęła się okrutnie, kiedy uniosłam brwi ze zdziwienia.
- To żeby mieć cię na oku - powiedziała, krzyżując ręce. - Strażnik
będzie co dziesięć minut zaglądał do środka, by sprawdzić, czy nie
przyszło ci do głowy wybrać wyjście dla tchórzy.
- Miałabym pozbawić cię mojego towarzystwa? - spytałam tak słodko, że aż
rozbolały mnie zęby. - Przenigdy.
Skrzywiła usta, pchnęła mnie za próg i zatrzasnęła mi drzwi na plecach.
Ciężar trafiającego na miejsce rygla zagrzechotał moimi kręgami, lecz,
na Boga Dnia, wreszcie byłam sama.
Oparta o drzwi zamknęłam oczy i zrobiłam sześć powolnych oddechów.
Brzuch bolał mnie nieziemsko, ale żebra chyba miałam całe. Rozplotłam
skrzyżowane ręce i postukałam o udo płaską stroną ostrza zrabowanego
noża.
Przypuszczałam, że Qadenzizeg wpadnie we wściekłość, kiedy odkryje, że
ukradłam jej sztylet zza pasa. Myśl o jej złości była jak wino, ale nie
miałam czasu się nią delektować. Musiałam ukryć gdzieś nóż, zanim
kapitan spostrzeże jego brak.
Moją uwagę od razu zwróciło to, czego w komnacie nie było. Wyglądała
równie pięknie i okazale jak hol, który do niej prowadził, lecz każdy
element piękna coś psuło. W przeciwległym końcu długiego prostokątnego
pomieszczenia ustawiono łoże. Miało ramę rzeźbioną w pnącza i kwiaty, a cztery podpory przypominały korzenie ogromnego drzewa. Tyle że nie
podtrzymywały żadnego baldachimu, a za wezgłowiem, tam gdzie powinien
wisieć gobelin, nie było nic. Pusta ściana wyłożona panelami ciemnego
drewna i groźnie wyglądający hak do zawieszenia ozdobnej tkaniny.
Obeszłam komnatę i stwierdziłam, że podobnie ma się rzecz z dwoma
oknami, które znajdowały się po prawej stronie. Były szerokie, ale
zakratowane. Miały drążki, zasłony jednak zdjęto. Na kominku między
oknami płonął ogień, a osłaniającą go metalową kratę zamknięto na
kłódkę. Podobnie jak dużą szafę przy przeciwległej ścianie. Łazienka
natomiast w ogóle nie miała drzwi. Wannę wykonano z kremowo-szarego
marmuru, a krany miały kształt złotych rybek, lecz nie poleciała z nich
woda, gdy je odkręciłam.
Cała komnata malowała w mojej wyobraźni obraz, pod którego wpływem
zadrżałam. Wygodne i przytulne detale - aksamitna kapa na łożu i pluszowe fotele, duży stolik z rozstawioną na nim szachownicą i toaletka
pełna przyborów do makijażu - były jedynie przykrywką. Miały uśpić
niepokój, wprowadzając nuty komfortu i bezpieczeństwa. Wystarczyło
odpowiednio przymrużyć oczy, a niemal można było sobie wyobrazić, że to
przepiękny apartament gotowy na przyjęcie zagranicznego arystokraty.
Tyle że nigdy nie lubiłam udawać - ani tym bardziej okłamywać samej
siebie. Tymczasem to pomieszczenie było pełne kłamstw. Pozorów i śladów
obecności moich poprzedniczek. Kobiet, które - sądząc po wyglądzie tej
komnaty - za wszelką cenę próbowały się uwolnić od Radovana. Nawet
jeżeli jedyną możliwą drogą ucieczki była śmierć.
Kręcąc głową, podeszłam do szafy. Stała na krótkich grubych nóżkach i mogłam schować nóż w szczelinie pod nią. Kiepska kryjówka, ale musi
wystarczyć, pomyślałam, wciskając sztylet między drewniane dno mebla i gruby niebieski dywan.
- Chyba możesz się bardziej postarać, dziewczyno.
- Siv! - Druga zjawa upomniała pierwszą zirytowanym tonem, który
świadczył, że robi to nie pierwszy raz.
- No co? - obruszyła się pierwsza. - Skoro miała dość sprytu, żeby
podwędzić sztylet Qaden, z pewnością może go lepiej ukryć.
Lodowaty dreszcz przeszedł mi po plecach i wniknął w kończyny.
Bynajmniej nie miał nic wspólnego ze strachem. Tak działała osnowa mojej
magii - powróz, który hamował moc. Dotknęłam łańcucha na piersi i się
uśmiechnęłam. Był zimny, a ja nie czułam żadnego bólu. Ani ognia.
Dziwne. Wstałam i się odwróciłam. W komnacie zebrała się gromadka
kobiet.
Pochodziły z całego kontynentu, młode i stare, ładne i zwyczajne, a łączyło je jedno - wszystkie były martwe. Jedna stała przy oknie,
odwrócona plecami do mnie. Druga klęczała przy ogniu, grzejąc dłonie.
Jeszcze dwie siedziały przy stole i przyglądały mi się znad szachownicy.
A ostatnia para stała blisko mnie i pierwszy raz widziałam tak odmienne
towarzyszki.
Ta, która odezwała się pierwsza, była postawna, miała szerokie barki i mocne nogi. Jasne włosy zaplecione w długi warkocz przerzuciła przez
ramię. Jej strój składał się z obcisłych patchworkowych spodni oraz
luźnej tuniki - i kojarzył mi się z korsarzami z baśni. Jej głos brzmiał
młodo, ale twarz miała postarzałą. Pomarszczona i pobrużdżona skóra
wyglądała tak, jakby zbyt długo działały na nią słońce i wiatr.
Druga wyglądała znajomo. To jej ładną buzię ujrzałam nad sobą, kiedy się
ocknęłam w tym piekielnym miejscu. Była młoda, w moim wieku, może trochę
starsza. Cechowały ją opanowanie i wytworność, które wpaja się każdemu
pokoleniu arystokratek. Jej suknia prezentowała się niezwykle porządnie.
Zjawa splotła dłonie przed sobą, przyglądając mi się jak zwierzątku,
które bała się spłoszyć.
Uśmiechnęłam się i skinęłam do tej, która przemówiła pierwsza.
- Komnata jest prawie pusta... masz lepszy pomysł, gdzie mogłabym to
schować?
Jej oczy błysnęły wesoło.
- Wojnicy są drapieżnikami, kochana. A drapieżniki nie patrzą w górę.
Powiodłam spojrzeniem w ślad za jej wzrokiem na szafę. Rzeczywiście,
mocno zakurzony szczyt przesłaniały woluty zdobiące przód mebla.
- Domyślam się, że jesteście żonami Radovana - powiedziałam,
przekładając broń w nowe miejsce.
- Zgadła od razu. - Zjawa o surowym wyglądzie uśmiechnęła się szeroko.
- Patrzcie ją! Tkwi w komnacie pełnej duchów i nawet nie ma gęsiej
skórki.
- Jest wiedźmą śmierci, więc przywykła do widoku duchów - odezwała się
jedna z kobiet przy stoliku. Kapłanka, sądząc po stroju. - Choć
przyznaję, że gdybym ujrzała w swojej sypialni Siv, zaczęłabym krzyczeć
ze strachu.
- Na pewno byś krzyczała - stwierdziła twardzielka z uśmieszkiem -
ale nie ze strachu.
- Siv. - Młoda arystokratka upomniała towarzyszkę spojrzeniem. - Może
na początek powinnyśmy się przedstawić. Księżniczka Eliska z Raskisu -
powiedziała, siląc się na uśmiech, po czym wskazała kobietę obok siebie.
- A to...
- Sama potrafię to zrobić, do diaska. Jestem Siv ze Switzkii,
obieżyświatka i kaperka...
- Chyba piratka - cierpko sprostowała kapłanka.
Siv wyszczerzyła zęby.
- Nigdy nie dowiedziono mi tego przed sądem.
- W takim razie ty masz na imię Asyl - zwróciłam się do kapłanki,
zanim ona i Siv wdały się w spór, który najwyraźniej trwał od dawna.
Z wdziękiem pochyliła głowę, przytakując.
- Arcykapłanka Asyl z Khezharu, do usług.
- Zatem to jest... Freyda?
Kobieta obok Asyl nieznacznie skinęła głową. Wiedziałam, że wiedźma
ognia z Graznii była najstarszą - pod względem wieku - żoną Radovana.
Chuda, ale mocna jak stal, przyglądała mi się z miną, w której
dopatrzyłam się lekkiej dezaprobaty. Możliwe jednak, że tylko mi się tak
wydawało z powodu trzech nierównych blizn po lewej stronie jej twarzy.
Opowiadano, że królowa państwa kupców walczyła kiedyś z baribalem. I zwyciężyła.
- A ty jak masz na imię? - zwróciłam się do klęczącej przy kominku
pulchnej kobiety.
- Ragata - odparła i uśmiechnęła się do mnie w zamyśleniu.
- Ragata - powtórzyłam, zapamiętując twarz drugiej żony Radovana, po
czym przeniosłam wzrok na ostatnią zjawę. Wciąż stała plecami do mnie.
Od korony po pas zasłaniał ją welon, który kołysał się z każdym
tchnieniem przejrzystej postaci. - To oznacza, że ty jesteś Katarzyną.
Pierwsza żona Radovana nawet najlżejszym gestem nie zdradziła, że mnie
słyszy. Stała zupełnie nieruchomo. Milczący monolit zdradzonego zaufania
i zniszczonej miłości. Pozostałe odwróciły wzrok.
- Nie przejmuj się nią - oznajmiła scenicznym szeptem Siv. - Ona
rzadko się odzywa.
Mimowolnie uniosłam brew, ale wolałam się powstrzymać od komentarza.
Katarzyna i Radovan byli małżeństwem przez wiele lat. Mieli nawet
dziecko, które według posiadanych przeze mnie informacji nadal żyło,
tyle że...
Zerknęłam na Siv.
- Jej syn wciąż...?
- Tak, Gethen żyje - odparła, ściszając głos tak jak ja. -
Nierozgarnięty biedak ciągle wędruje po zamku, szukając matki.
Spojrzałam na Katarzynę. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co czuje w tej
pułapce bez wyjścia. Nie mogła pocieszyć syna, który jej potrzebował, i tkwiła tu z mężczyzną, który ją zamordował. Na jej miejscu też nie
miałabym ochoty z nikim gadać.
- Radovan twierdził, że nie będę w stanie używać mocy z kamieniem
Aellium na szyi - powiedziałam. - Próbowałam wezwać jednego z moich
ludzi, ale na próżno.
Wszystkie królowe oprócz Katarzyny spojrzały na Asyl. Kapłanka
strzepnęła coś niewidocznego z kolan. Minę miała tajemniczą i wymowną.
- Radovan został wprowadzony w błąd - oznajmiła z taką satysfakcją, że
na moment jej tiulowa postać zyskała ostrzejsze kontury.
Przymrużyłam oczy.
- Jak to?
- Posiada jedynie częściową wiedzę na temat działania kamieni.
- Za to twoja wiedza jest zupełna? - spytałam.
- Aellium pochodzi z khezharskich kopalni - odparła, jakby to wszystko
tłumaczyło. - Łańcuch i kamień pełnią różne funkcje. Zaklęcie obejmuje
wyłącznie łańcuch i to ono, a nie wisior, przypaliło ci rękę. -
Spojrzała na wciąż piekącą skórę wnętrza mojej dłoni. - Ogniwa
powściągają twoją moc, abyś nikomu nie zagrażała, natomiast kamień
stopniowo okrada cię z magii. Wciąż masz świadomość posiadanego daru,
choć właściwie nie jesteś w stanie go użyć. To niewielkie rozróżnienie,
które w wypadku wiedźm żywiołów nie ma znaczenia. - Asyl prychnęła,
jakby w jej mniemaniu o takich wiedźmach w ogóle nie warto było mówić. -
Jednak dla wiedźm ducha, takich jak ty czy ja, różnica jest ogromna.
Umożliwiała mi wyczuwanie zamiarów Radovana, choć reszta moich mocy
pozostawała martwa.
Pokiwałam głową.
- I dzięki temu mogę widzieć was wszystkie. Radovan niczego się nie
domyśla?
- Jest tylko czarownikiem - powiedziała kapłanka z niesmakiem. - I jak u nich wszystkich, jego magia nie żyje w nim, tylko pochodzi z kamienia. On jej nie czuje tak jak my.
- I oczywiście nie wyprowadziłaś go z błędu. - Poczułam, jak moje usta
mimowolnie układają się w uśmiech.
Asyl uniosła brwi.
- Miałabym stracić jedyną przewagę? Co to, to nie.
- Cieszę się, że jego moc ma jakieś granice - wyszeptałam.
- Oczywiście, że ma - wtrąciła Eliska. - Nie jest wszechpotężny.
Słowo "jeszcze", które powinno paść na końcu ostatniego zdania,
zagrzmiało ogłuszająco w mojej czaszce, więc się odwróciłam i podeszłam
do kominka.
Powróz pętający moją magię dawał o sobie znać coraz wyraźniej - jakbym
brodziła w lodowatej wodzie. Nawet tak licha moc podlegała dyktatowi
Dwulicego Bóstwa. Magia? Proszę bardzo, ale nigdy za darmo.
Zastanawiałam się, co ogranicza Radovana. Jaką cenę płaci za swoje
czary?
- Jak on używa Aellium? - Mój wewnętrzny głos zabrzmiał cicho, jak
przytłumiony lękiem, którego nie mogłam wyrazić. Zamknęłam lewą dłoń i poczułam pulsujący ból w jej wnętrzu. - Nawet nie dotknął kamienia, a zdołał...
Nie dokończyłam myśli, ale to nie miało znaczenia. Nie dla tych kobiet.
W ich hardych spojrzeniach zobaczyłam prawdę.
- Po Ragacie Radovan rozłupał swój kamień - wyjaśniła Asyl, zerkając
na drugą królową, która nadal siedziała przy ogniu, utkwiwszy w płomieniach nieobecny wzrok. Gorzej niż nieobecny. W jej spojrzeniu
dostrzegłam dziwną pustkę. Zatarte myśli.
- Rozłupał? - spytałam, wciąż nie rozumiejąc. - Ale jak...
- Dwie połowy są z sobą powiązane dzięki Katarzynie i Ragacie... poprzez
ich magię - wyjaśniła Asyl. - Dzięki temu on może używać swojej części
kamienia, podczas gdy twoja odbiera moc tobie. Jeden fragment robi to,
co drugi. Tym sposobem nigdy nie jest bezbronny.
- Cudownie. - Sfrustrowana wsunęłam palce we włosy. Próbowałam się
skupić na plusach. Mogłam widzieć królowe. A co z innymi duchami? Z Vitalijem?
I z Ozurą?
Wróciłam myślami do Visziru. Przed pogrzebem królowej udałam się do
niej. Błagałam o wskazanie mi drogi. I o wybaczenie. Za śmierć, do
której się przyczyniłam, i za obietnicę, którą mi złożyła.
Przyrzekam służyć ci lepiej, gdy się znowu zobaczymy.
Żołądek mi się ścisnął i poczułam kłujący ból - pamiątkę po pięści
Qadenzizeg.
- Widziałyście może duchy seraveskiego żołnierza i viszirskiej
królowej?
- Jestem tutaj, pani.
Zanim dokończyłam zdanie, pojawił się po mojej lewej stronie.
- Vitaliju! - zawołałam. - Niech będą dzięki Dwulicemu Bóstwu.
Myślałam, że już cię nie zobaczę.
- O to nigdy nie musisz się obawiać.
- Ozura również tu jest?
Na twarzy Vitalija dostrzegłam niepokój. Skinął głową w kierunku
najdalszego okna. Moje spojrzenie pomknęło w tamtą stronę i ujrzałam
królową Visziru stojącą obok Katarzyny, bardziej widmową od pozostałych
duchów.
- Ozuro? - Jej postać była pozbawiona stałej formy jak dym z komina.
Nie potrafiłam odczytać wyrazu jej twarzy. Zresztą nie chciałam tego
robić. - Dlaczego ona tak wygląda? Co z nią jest nie tak?
Asyl uniosła cienką brew.
- Sądziłam, że duchy są twoją domeną. - Wzruszyła ramionami. - Jak
zdołałaś ją tu sprowadzić?
- Nie zrobiłam tego. Przed śmiercią przyrzekła mi służyć - odparłam,
nie zważając na drżenie głosu. Trudniej mi było zignorować pełne
współczucia spojrzenia, jakimi pozostałe wiedźmy obrzuciły zmarłą
viszirską władczynię.
- Rozumiem - powiedziała wreszcie Asyl. - To odważne posunięcie, ale
nie zawsze daje dobre rezultaty. Zwłaszcza jeśli ona czuje, że powinna
być gdzie indziej. Może w Viszirze ma bliskich?
Skinęłam głową.
- Syna. - Wspomnienie gniewu w oczach Iskandra podczas naszego
ostatniego spotkania wciąż sprawiało mi ból.
- Coś mu grozi?
Grozi? Viszir przystąpił do wojny z Rovenem. Armaan nie żył, a Iskander
z pewnością toczył już spór o tron z przyrodnim bratem Enverem. I tylko
jeden z nich miał tę walkę przeżyć.
- Tak. Wydaje mi się, że tak.
- Znasz więc przyczynę. - Asyl pokręciła głową. - Dopóki nie poświęci
się całkowicie obowiązkom wobec ciebie, będzie właśnie taka. My to
nazywamy półśmiercią.
- A jeśli nie zdoła spełnić obietnicy?
Postać Asyl zadrżała.
- Przyrzekła ci swoją duszę wbrew prawu natury. Bogini Nocy zezwoliła
na tę ofiarę, ale może nie wybaczyć złamania przysięgi. Jeżeli Ozura nie
zdoła się przełamać i podjąć swoich obowiązków tutaj, jej dusza
przepadnie.
- Nie. To niemożliwe. - Miałam ochotę zasłonić uszy, lecz się
powstrzymałam. - Ona już zbyt wiele poświęciła. A jeżeli narzucę jej
swoją wolę?
- Nie sądzę, byś teraz była w stanie to zrobić. - Eliska zerknęła na
Asyl, szukając u niej potwierdzenia swoich słów.
- Dlaczego nie? Przecież widzę was wszystkie... ich oboje również.
- Widzisz nas, ponieważ nasza magia tkwi w kamieniu. Twoich
przyjaciół... bo ich dusze są z tobą związane. Ale ta zdolność nie jest
równoznaczna z używaniem mocy. - Asyl powiedziała to takim tonem, jakby
zwracała się do wyjątkowo mało pojętnego dziecka. - Próba dyrygowania
którąkolwiek z nas na pewno uaktywni zaklęcie w łańcuchu. I on cię
powstrzyma.
Gdyby Asyl żyła, pewnie bym ją uderzyła za ten protekcjonalny ton - a także z powodu poczucia bezsilności, które mnie ogarnęło. Powstrzymałam
się jednak, w myślach szukając rozwiązania, jak pomóc Ozurze.
- Czy mogę... zwolnić ją z obietnicy?
Asyl pokręciła głową. Świadomość znaczenia tego milczącego gestu
powaliłaby mnie, gdybym w porę nad sobą nie zapanowała. To ja ponosiłam
winę za śmierć Ozury. Oczywiście niecałkowitą. Nie ja ją zabiłam. Hrabia
Dobor cisnął sztyletem. Nie mogłam jednak zaprzeczyć temu, że umarła,
abym ja mogła żyć. Zginęła ona. Zginął Armaan. A Viszir?
Boże Dnia, ulituj się nade mną. Tak bardzo potrzebuję Visziru. Cały
cholerny świat go potrzebuje, jeżeli chcemy pokonać Roven. Tyle że
Viszir musi mieć władcę, a to oznacza, że następcy już rywalizują o tron. Skoro zabrakło Ozury, na kogo może liczyć Iskander? Kto ma go
chronić przed Enverem? Przed Szazirami? Zamknęłam oczy, pragnąc, aby
duchy znikły.
- Ej, dość tego - upomniała mnie łagodnie Siv. - Nie ma sensu płakać
za zmarłą babą. Albo jej przejdzie, albo nie... nie masz na to żadnego
wpływu. Poza tym są ważniejsze sprawy, kochana.
Potarłam twarz i przytaknęłam. Ma rację. Ucieczka. Muszę stąd uciec... w przeciwnym razie czeka mnie śmierć. Skup się, Askio.
Zarys postaci Ozury stał się nieco ostrzejszy w blasku ognia. Na jej
wargach pojawił się półuśmiech. Skinęła głową.
Spojrzałam na Eliskę.
- Kiedy się ocknęłam, powiedziałaś, że pomożesz mi uciec. Jaki masz
plan?
Duchy nie mogły blednąć - nie miały potrzebnej do tego krwi. Ale twarz
Eliski wyraźnie spochmurniała. Siv szczeknęła śmiechem. Katarzyna
znikła.
Freyda wstała. Na pokrytym bliznami obliczu malował się gniew.
- Co to za bzdury? - Jej głos był ledwie słyszalny i szorstki jak koci
język, lecz docierał w najdalsze zakamarki komnaty.
- Żadne bzdury. - Eliska nie zamierzała się ugiąć. Spojrzała prosto na
mnie. Oczy miała szeroko otwarte, niepewne. - Nie mam żadnego planu...
jeszcze - dodała pospiesznie. - Ale wszystkie razem na pewno coś
wymyślimy.
- Coś, na co wasza szóstka dotąd nie wpadła? - Nawet mój wewnętrzny
głos zabrzmiał kąśliwie.
- Hm, no tak. Pamiętaj jednak, że każda z nas była zdana wyłącznie na
siebie, a ty masz nas. Może trochę to potrwa, ale znajdziemy jakieś
wyjście.
Pełen nadziei ton Eliski nieprzyjemnie drażnił moją skórę.
- Zostało mi niewiele czasu.
- Niekoniecznie.
Mimowolnie uniosłam brwi.
- Jak to?
Eliska oblizała wargi.
- Radovan nie zawsze zabijał nas po upływie trzydziestu dni.
- Elisko! - Asyl wypowiedziała to z westchnieniem, jak rozczarowana
matka.
- To niewybaczalne - warknęła Freyda.
- Dlaczego? - Eliska wysunęła podbródek, buntując się przeciwko
wyrzutom.
- Oferujesz nadzieję, tam gdzie jej nie ma. - Starsza zjawa powoli
pokręciła głową, jakby zupełnie nie poznawała towarzyszki. - Nadzieja
jest najokrutniejszą formą tortur, jakie stosuje Radovan. Przecież
wiesz.
Freyda spojrzała na mnie i choć jej twarz spowijały widmowe płomienie
gniewu, w oczach lśniły łzy współczucia.
- Przykro mi, Askio, ale tutaj umrzesz. Najlepiej przeznacz czas, jaki
ci pozostał, na pogodzenie się z tą myślą.
- Nie umrze - zaoponowała Eliska, ale Freyda zdążyła się ulotnić.
Księżniczka z frustracją skrzyżowała ręce. - Mam rację. Jestem tego
pewna. Asyl, jak długo on ci pozwolił żyć?
- Niemal sześć miesięcy. - Zjawa kapłanki rozprostowała nieistniejące
fałdy szaty z taką miną, jakby była z tego dumna.
- Tak, tak. Wszystkie wiemy, że pierwsze żony dłużej pozostawiał przy
życiu. - Siv z frustracją machnęła rękami. - Ale mnie zabił po
trzydziestu dniach. A jej nie zostało nawet tyle.
Wyprostowałam się gwałtownie.
- Jak to? A ile?
- Jesteś na zamku już dwie doby - powiedziała Asyl. - Jak długo
nosiłaś naszyjnik, zanim tu trafiłaś?
- Dwa dni - przyznałam, zerkając w kierunku mrocznej plamy w kształcie
Ozury. - Służąca przyniosła mi go w dniu mojego ślubu.
To w sumie cztery. Zostało dwadzieścia sześć... a dzisiejszy właściwie się
kończył.
- Spokojnie - wyszeptał Vitalij, jakby wyczuł, że mój umysł podąża
mrocznymi ścieżkami.
Miał rację. Takie rozważania do niczego nie prowadziły. Za to dodatkowe
informacje mogły pomóc.
- Jak długo ty zdołałaś przetrwać, Elisko?
- Trzydzieści pięć dni - powiedziała i podniosła palec, by nikt jej
nie przerywał. - Ale myślę, że pozwoliłby mi żyć dłużej, gdyby sytuacja
w Seraveszu nagle się nie pogorszyła. Oczywiście nie winię cię o to -
przyznała z uśmiechem, który miał mi chyba dodać otuchy.
- To dobrze. Ja też nie - odpowiedziałam ostrym tonem. - Skąd te pięć
dodatkowych dni?
- Po prostu postarałam się, by mnie polubił.
W komnacie nagle powiało chłodem.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytałam.
- Radovan już cię ma - argumentowała. - Wojna z Viszirem zacznie się
dopiero na wiosnę, więc nie musi się spieszyć z odebraniem ci życia.
Jeżeli będziesz sprytna... i posłuchasz naszych rad... pokażemy ci, jak mu
się przypodobać.
- Przypodobać? - To słowo miało ostre krawędzie i kolce, jakby źródło
wściekłości, z którego wyskoczyło, uczyniło z niego broń.
- Tak. Im wcześniej zaczniesz, tym lepiej. Dziś podczas kolacji bądź
miła. Spraw, by cię polubił. Im większą sympatią będzie cię darzył, tym
dłużej pozwoli ci żyć.
- Miła? Mam być miła dla człowieka, przez którego mój kraj znalazł się
nad przepaścią... dla kogoś, kto zamordował tysiące moich rodaków? I zabił
mojego męża?
- Każda z nas kogoś straciła, Askio - powiedziała łagodnie Eliska.
- Mam więc pohańbić ich pamięć, zadając się z tym potworem?
Eliska cofnęła się gwałtownie, jakbym ją uderzyła.
- Nie... nie o to mi chodzi. Sugeruję jedynie, że Radovan chce być
rozumiany, tak jak każdy na tym świecie. Pragnie przyjaźni.
- Mam gdzieś, czego pragnie Radovan! Jeżeli zbliży się do mnie za
bardzo, zatopię ten nóż w jego czaszce.
- Brawo! I o to właśnie chodzi - ryknęła triumfalnie Siv. -
Wiedziałam, że mi się spodobasz.
- Nie zdołasz podejść do niego na tyle blisko, by go zranić -
zaoponowała Eliska, ale podniosłam rękę, by ją powstrzymać.
- Dość. Jeśli naprawdę oferujesz mi pomoc, pomóż mi uciec. Pomóż mi
zdobyć sprzymierzeńców. Ozura wspomniała kiedyś, że tu oraz w podbitych
państwach powstał ruch oporu. Co o nim wiesz?
- Drzewo o przegniłych korzeniach musi upaść - oznajmiła Ragata sennym
tonem do ognia.
Spojrzałam na nią, czując na języku kwaśny smak słów pełnych nienawiści.
Przełknęłam je jednak, gdy zobaczyłam, jak starsza królowa zamglonym
wzrokiem omiata komnatę.
- Ależ nam pomogłaś, Ragato - mruknęła z przekąsem Siv. - Jesteś
bardziej kopnięta niż kopnięty kwadrat.
Ragata zapatrzyła się w jakiś punkt nad głową Siv.
- Kopnięty kwadrat tak naprawdę nie jest kwadratem.
Siv pokręciła głową i przewróciła oczami.
- Prawda jest taka, że nic nie wiemy o żadnym ruchu oporu.
- Nic? - Spojrzałam na pozostałe duchy. - A o dworze? O doradcach i strażnikach Radovana? Wiecie o nich coś, co mogłabym wykorzystać?
Cisza.
Przeczesałam włosy palcami.
- To co, na Boga Dnia, robiłyście tyle czasu? - spytałam z echem
niedowierzania w głosie. - Nie przyszło wam do głowy, że warto lepiej
poznać wroga?
- My już nie żyjemy, kochana. - Siv skrzyżowała ręce. - Jaki sens
miałoby szpiegowanie tych ludzi? Komu miałybyśmy przekazać zdobyte
informacje?
Bezradnie wskazałam na siebie.
- Mnie.
- Myśl sobie, co chcesz, dziecko, ale liczyłyśmy, że unikniesz naszego
losu. - Asyl spojrzała na mnie srogo z drugiego końca komnaty. - Jak
widać na próżno, bo oto tu jesteś i wyładowujesz na nas złość. Niech
zatem Wasza Królewska Mość raczy przyjąć do wiadomości, że żadna z nas
tego nie chciała.
Szczęk zamka sprawił, że zamarłam. Odwróciłam się w chwili, gdy drzwi
się otworzyły i pospiesznie weszły dwie kobiety. Obie miały na sobie
identyczne szare kaftany i spodnie z mankietami wykończonymi czarną
lamówką. Młodsza ukłoniła się mniej więcej w moim kierunku, po czym bez
słowa pobiegła do łazienki. Starsza, o włosach białych jak świeży śnieg,
podeszła bezgłośnie i gestami dała mi do zrozumienia, że mam iść za
dziewczyną.
- Kim jesteście? - Mój głos zabrzmiał chłodno, bardziej z powodu słów
Asyl niż obecności służącej.
Niestety kapłanka zniknęła razem z innymi duchami. Zostali tylko Eliska
i Vitalij.
Usta kobiety drgnęły. Pochyliła się w kolejnym, znacznie głębszym
ukłonie i wskazała łazienkę, skąd dochodziły odgłosy wody lejącej się do
ogromnej wanny. Uniosłam brwi.
- Tak, rozumiem, gdzie mam iść, ale pytałam, jak masz na imię.
Przymrużyła oczy, lecz mi nie odpowiedziała.
- Zabroniono wam ze mną rozmawiać?
Na jej twarzy dostrzegłam zmieszanie, a po chwili zrozumienie. Szybko
pokiwała głową, a potem obróciła lewą stronę twarzy w stronę światła. Na
wysokości kości policzkowej widniał okrągły hebanowy tatuaż. Miał
wielkość monety, a w jego wnętrzu widniał rysunek miotły skrzyżowanej z pogrzebaczem.
Zmarszczyłam czoło, przyglądając się znakowi.
- Qaden ma podobny.
Kobieta ponownie skinęła głową, a jej lewa dłoń zakołysała się z boku na
bok w sposób, który miał chyba znaczyć "tak, ale niezupełnie".
- Tatuaż Qaden to symbol gwardii królewskiej - podpowiedziała Eliska,
podchodząc do pokojówki. - Dwa skrzyżowane miecze, a nad nimi korona.
Te kobiety noszą znak służby.
- Wszyscy na zamku mają tatuaże?
Służąca przytaknęła.
- Każdy obywatel Rovenu go ma, na znak klasy, do której przynależy -
oznajmiła Eliska tonem pełnym obrzydzenia. - Radovan lubi, kiedy wszyscy
znają swoje miejsce.
- Zastanawiające.
- Można i tak to określić - stwierdził posępnie Vitalij, po czym
również zniknął, dając mi odrobinę prywatności.
Służąca wzruszyła ramionami i po raz kolejny wskazała łazienkę.
- Powinnaś z nią iść. Zostanie ukarana, jeśli odmówisz.
Odwróciłam się plecami do starszej kobiety, aby nie widziała mojej
reakcji na słowa Eliski.
- Naprawdę by ją ukarano za moje zachowanie? Co za podłość.
- Tak jest w Rovenie.
Na to nie miałam żadnego argumentu, bez sprzeciwu więc pozwoliłam, aby
służąca pomogła mi zdjąć koszulę nocną.
- Nie mogę uwierzyć, że zakazano im ze mną rozmawiać - szepnęłam, na
palcach podchodząc do wanny.
Zanurzyłam stopy w niemal parzącej wodzie i westchnęłam zachłannie. Nie
zdawałam sobie sprawy, że aż tak przemarzłam, pomimo buzującego na
kominku ognia. Powinnam bardziej uważać. Do porozumiewania się z królowymi wystarczała wprawdzie niewielka ilość magii, ale z czasem,
zwłaszcza w tym mroźnym klimacie, lodowy powróz mojej mocy musiał dać o sobie znać.
- Nikt ze służby nie mówi - wyjaśniła stojąca gdzieś za mną Eliska
tonem, który świadczył o tym, że zupełnie co innego zaprząta jej uwagę.
- Na Boginię Nocy, co się stało z twoimi plecami?
Zanurzyłam się w wodzie, której ciepło wydawało się niemal
nieprzyzwoitym luksusem dla moich obolałych z napięcia mięśni, i dopiero
potem spojrzałam na zjawę. Na twarzy Eliski malowała się zgroza. Starsza
służąca powściągliwiej okazała szok, za to młodsza miała wielkie z przerażenia oczy, tyle że wlepiła je w podłogę, jakby się obawiała mojej
reakcji.
- Przetrwałam - odpowiedziałam Elisce z nutą goryczy w głosie. -
Długo musiałabym ci opowiadać.
- Nie przejmujcie się bliznami - powiedziałam na głos do służących. -
Nie sprawiają bólu.
Starsza kiwnęła głową, przybierając obojętny wyraz twarzy. Wymierzyła
solidnego kuksańca młodszej towarzyszce i obie przystąpiły do pracy,
mijając się nawzajem i manewrując wokół mnie w całkowitym milczeniu.
Miałam wrażenie, że oglądam świetnie opanowany taniec, w którym
partnerki porozumiewają się jedynie ruchami głowy i gestami dłoni.
- Elisko! - Do głowy przyszła mi potworna myśl. - Kiedy powiedziałaś,
że "nikt ze służby nie mówi", chyba nie chodziło ci o to, że w ogóle nie
są w stanie rozmawiać.
Odpowiedzi Eliski towarzyszył ponury śmiech.
- Radovan odbiera mowę wszystkim swoim sługom. To jeden z warunków ich
kontraktu.
- A kiedy wracają do domów albo na starość odchodzą ze służby, a nawet... - Umilkłam, gdy Eliska pokręciła głową.
- Nigdy nie mogą mówić. Potrafią czytać i niektórym sprawującym wyższe
funkcje wolno pisać w celu przekazania poleceń, ale... - Wzruszyła
ramionami. - Zaklęcie milczenia jest stałe.
Uderzyła mnie cała niegodziwość tej sytuacji.
- Co on ukrywa?
- Pewnie niejedną potworność - wyszeptała Eliska. - Wszystko, co
pomaga mu utrzymać się przy władzy.
Bez oporów poddawałam się zabiegom kobiet, które wyszorowały mnie
porządnie i wytarły do sucha. Potem dałam się zaprowadzić z powrotem do
sypialni, gdzie wysuszyły mi włosy przy ogniu. Na zewnątrz podmuchy
wiatru trzęsły szybami i byłam wdzięczna za ciepło bijące od kominka.
Jedno ciągle nie dawało mi spokoju. Kiedy ocknęłam się na zamku,
przypuszczałam, że jest środek nocy, tymczasem Eliska wyjaśniła, że
służące szykują mnie właśnie do jakiejś kolacji.
- Która godzina? - spytałam ją.
W ślad za mną spojrzała na okna.
- Około szóstej wieczorem. O tej porze roku w Rovenie nieustannie mamy
zupełne ciemności albo półmrok.
O tej i o każdej innej.
Suknia, w którą mnie ubrano, była niezaprzeczalnie piękna, ale po wielu
tygodniach noszenia zwiewnych viszirskich strojów granatowy aksamit
wydawał się ciężki. Materiał spływał od ramion w dół, a rozcięte do
łokci rękawy sięgały ziemi, układając się zgrabnie. Dekolt ozdabiały
dwie obszyte kryształkami wstążki, krzyżujące się nisko na moich
piersiach. Kolejna oplatała mnie ciasno w talii, a od rąbka sukni biegły
idealnie pionowe pasy również z białych lśniących kryształków. Wrażenie
było takie, jakby ktoś zgarnął z nieba wszystkie gwiazdy i poukładał je
na nowo z okrutną precyzją. Pięknie, lecz zbyt równo. Przynajmniej na
mnie pasowała.
Moje myśli się zapętliły. Ona naprawdę pasowała. Idealnie.
Spojrzałam na garderobę - na szereg starannie rozwieszonych sukien i spodni, na płaszcze i buty. Wszystko było w moim rozmiarze.
- Elisko, jak to możliwe, że suknia tak świetnie na mnie leży?
- Ktoś musiał podać twoje wymiary Radovanowi... a raczej jednemu z jego
agentów.
- Komuś w Viszirze? - Skoro Radovan miał tam szpiegów, czy moi
przyjaciele byli w niebezpieczeństwie? Iskander i Nariko? Illia i moi
żołnierze? Za Eliską, mniej więcej na wysokości jej łokcia, ujrzałam
postać Ozury, która mignęła i równie szybko zniknęła, jak gdyby słyszała
moje myśli.
- Albo w Seraveszu... Radovan wszędzie ma oczy - odparła Eliska. - Mnie
spotkało to samo, kiedy tu przybyłam. Czekały na mnie piękne, szyte na
miarę stroje. Dość na trzydzieści dni.
- Ale dlaczego? Po co to wszystko? W jakim celu przebiera nas jak
lalki, daje do dyspozycji tę komnatę i stwarza pozory prywatności,
normalności? Równie dobrze mógłby nas wtrącić do lochu, żebyśmy kisiły
się tam we własnym brudzie, aż kamień dokończy dzieła.
- Wkrótce sama się o tym przekonasz, ale... - Umilkła na moment, coś
rozważając. - On uważa się za dżentelmena, staroświeckiego lorda
minionej epoki, dla którego najważniejsze są rycerskość i powinność.
Radovan traktuje zabijanie nas jako konieczność, ale nie chce, byśmy
cierpiały.
- Jest potworem.
Eliska nieznacznie wzruszyła ramionami.
- Nikt sam siebie nie uważa za potwora - usłyszałam jej cichą
odpowiedź. - Nawet Radovan. Pamiętaj o tym.
Miałam ochotę odpowiedzieć jej coś zgryźliwego, ale tylko skinęłam
głową. Radziła mi szczerze. W pewnym sensie byłoby mi łatwiej, gdyby
Radovan wyglądał jak uosobienie zła, prawdziwe monstrum, któremu z pyska
ślina kapie - tak go sobie wcześniej wyobrażałam. Ale czy w moim życiu
cokolwiek mogło być łatwe?
Przyjrzałam się swojemu odbiciu w wąskim lustrze wiszącym po wewnętrznej
stronie drzwi szafy. Rozczesane włosy ułożono mi w loki. Lekki makijaż
dodał koloru moim policzkom i niemal ukrył nikły siniec, który zakwitł
mi pod skórą w miejscu, gdzie trafiła mnie pięść Qaden. Suknia pasowała
do mojej urody i jednocześnie uwydatniała zielony kamień Aellium -
prawdopodobnie taki właśnie był cel. Wyglądałam ładnie, delikatnie i niewinnie.
Nierówna blizna na mojej szyi nieco psuła obraz, ale nie przeszkadzało
mi to. Wręcz przeciwnie. Na viszirskim dworze z dumą nie kryłam szramy.
Była pamiątką z dnia, kiedy Szazirowie - viszirscy fanatycy nienawidzący
wiedźm - zamordowali moich rodziców. Teraz też się nią szczyciłam. Miała
przypomnieć Radovanowi oraz wszystkim, którzy go wspierali, że nie
jestem więdnącą lilią ani tym bardziej delikatną panną czekającą, aż
ktoś ją ocali. Byłam królową. Wojowniczką.
Ocalałą.
- Kto będzie na tej kolacji? - zapytałam, szykując się do bitwy.
- Najnowsza świta lordów cieszących się łaskami. - Dziki uśmiech
Eliski tak bardzo przypomniał mi Illię, że aż zakłuło mnie w piersi. -
Dziwisz się, że nikt długo nie wytrzymuje na dworze Radovana? Nie
powinnaś... zwłaszcza że jesteś odpowiedzialna za ostatnią wymianę
ulubieńców.
- Świetnie, ale dlaczego?
- Radovan zakładał, że wywołasz wojnę między viszirskimi książętami i wprowadzisz zamęt w menażerii. Tymczasem ty poślubiłaś cesarza,
zmobilizowałaś cały kontynent i niemal zostałaś obwołana cesarzową.
- Hm, kiedy wymieniasz tak wszystko po kolei, można pomyśleć, że jestem
niesamowita.
Śmiech Eliski był aksamitny jak moja suknia.
- Nie popadaj w samouwielbienie. To zupełnie nie przystoi damom i nigdy
nie zdobędziesz męża.
- Oby Bóg Dnia cię wysłuchał - powiedziałam żarliwym tonem w chwili,
gdy drzwi sypialni otworzyły się gwałtownie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki