Single+ - Dawid Kornaga

Kup ebooka

12.38 zł
10.28 zł (10,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O autorze

Dawid Kornaga , autor powieści (debiutu Poszukiwacze opowieści, kontrowersyjnej Gangreny - zgłoszonej do Paszportu POLITYKI, poruszających Rzęs na opak, wampirycznego Znieczulenia miejscowego) oraz opowiadań w kilku antologiach. Studiował dziennikarstwo, a dodatkowo, jako samouk, historię antyczną, udzielał się w hiphopowym duecie, przez chwilę cieszył się posadą prezentera w programie muzycznym, później dorabiał jako kreatywny i facebooker. Obecnie bez stałej pracy; wykłada i pisze zawodowo, można go spotkać w wielu miejscach Warszawy z netbookiem. Lubi kolczyki, tatuaże, płyny trujące i substancje drażniące, miłośnik maratonów pod każdą postacią.

Single+ Dawid Kornaga

Copyright ? by Wydawnictwo FILAR, Warszawa 2010

Redakcja:

Ewa Koperska

Korekta:

Małgorzata Żebrowska-Piotrak

Projekt graficzny i wykonanie okładki:

Justyna Kabala

ISBN: 978-83-61995-22-7

Wydawnictwo FILAR

01-217 Warszawa, ul. Kolejowa 11/13

tel. (22) 632 62 49, fax (22) 632 43 87

e-mail: wydawnictwo@filar-books.eu

Cytat

(...)

Chciałem kiedyś zmądrzeć, po ich stronie być

Spać w czystej pościeli, świeże mleko pić

Naprawdę chciałem zmądrzeć i po ich stronie być

Pomyślałem więc o żonie, aby stać się jednym z nich

stać się jednym z nich, stać się jednym z nich

Już miałem na oku hacjendę - wspaniałą mówię wam

Lecz nie chciała tam zamieszkać, żadna z pięknych dam

Wszystkie śmiały się wołając, wołając za mną wciąż

Bardzo ładny frak masz Billy, ale kiepski byłby z ciebie mąż

Kiepski byłby mąż

Whisky - moja żono - jednak tyś najlepszą z dam

Już mnie nie opuścisz, nie, nie będę sam

Mówią - whisky to nie wszystko, można bez niej żyć

Lecz nie wiedzą, że najgorzej to

To samotnym być, to samotnym być - nie

Ooooo, nie....!

Dżem, Whisky

Krystian odkręca

Gul, gul...

Rok dwa tysiące któryś tam z rzędu. Nadal żyję. Tacy jak ja, co nie szanują swojego ciała, zamęczając je nadmiarem miłości, seksu i używek stałych oraz ciekłych, już, już schodzą z tego padołu, by nagle powstać, wyprostować się dumnie i iść przed siebie, przynajmniej przez chwilę. I w pełni okazałej witalności, szokującej wszystkich niedowiarków wieszczących mi upadek, grzebać swoich znajomych jeden po drugim, drugi po trzecim - żyć z jeszcze większą intensywnością. Brzmi patetycznie, ale taki to mój patent na przeżycie. Cóż, ma się te geny po pradziadku Zdzisławie, co z Piłsudskim w PPS-ie działał, do carskiej bezpieki jak do garnków na płocie strzelał, a potem, zaprawiony w likwidowaniu szkodników panoszących się na rubieżach odradzającej się Rzeczypospolitej Polskiej II, falangi bolszewików na przedmieściach Warszawy w sierpniu tysiąc dziewięćset dwudziestego roku ubijał jak gnidy we włosach. Ja, potomek siepacza i żarliwego, że aż parzącego patrioty, nie miałem wyjścia - w ramach historycznego odreagowania, dla równowagi dziejowej, musiałem zostać pacyfistą i cynicznym kosmopolitą, euroazjoafrykoamerykokratą. W szczególności jeśli chodzi o zaliczanie nowinek rasowych. Drżę na myśl, że pewnego dnia zaczajony w kącie mieszkania duch Zdzisława porwie się na mnie z eterycznym sztyletem i sprawi mi taki gore, że wszystkie części Piły przy tym to plastik, sierść, aksamit. Dopuszczam istnienie aniołów, wiara w duchy mnie przerasta. Jednakże działam, pradziadzie. Zaprawdę. Tu, w tym hotelu. Tocząc intelektualno-emocjonalny pojedynek, pracuję, podrywam, hipnotyzuję i zakochuję się z każdą minutą coraz mocniej. Mam w kim.

Oto ona: gwiazda serialu w telewizji komercyjnej albo publicznej, co i tak nie ma znaczenia dla paparazzich (dla nich celebryci są jak jabłka w sadzie, wszystkie takie same, podobnym smaku sławy i przenicowane robakami na sumieniu, ogryźć takich, wyrzucić, następni w kolejce efemerycznej sławy), kobieta z ekspozycji najbardziej ponętnych łań, rzekłby przekornie poeta z nieszuflada.pl: o miedzianym poszyciu włosów na swojej zmyślnej dialektycznie główce.

Ta pięknotka patrzy na mnie w osłupieniu, patrzy na mnie łakomą ciekawością; od naszego "dzień dobry" przy kawiarnianym stoliku minęły zaledwie trzy minuty, a to istny rekord, w którym odkryto mój psikus. Przytulne hotelowe patio sprzyja przytulnej konwersacji.

- Ile można pić, na Boga? I jeszcze się z tym obnosić jak drogą biżuterią i chihuahuą w torebce.

- Podobno jedną z najciekawszych form samobójstwa jest konsekwentne, wieloletnie popijanie, które odda najlepiej zdanie: Czysta przyjemność - powiedziałem nonszalancko, nie odpowiadając jednak na pytanie.

- Co pan mówi! Jeszcze popełni pan o tym reportaż i później znajomi będą pana krytykować za promowanie tak kontrowersyjnego przesłania - upomniała mnie mentorsko. Och, opieprzaj mnie, śliczna, opieprzaj, im więcej cierpkich słów, tym mocniejszy później pocałunek. I nie tylko.

Jedyne zagrożenie dla mnie to twój urok osobisty. Atakuj nim, osaczaj, chętnie ogłoszę kapitulację.

- Nie przesłanie, to fakt... - Wiem, że wygaduję głupstwa. Chętnie naprodukuję ich więcej, byle dłużej z nią tu przebywać. Byle dłużej. Zatrzymać bieg wskazówek, omamić je symulowanym tykaniem ust, obiecać bachanalia cyberblatowe, byle czas się zatrzymał, byle się nie zrywała, przy mnie została, byle!

Przechlapane tak pragnąć. Nic na to nie poradzę, że widząc piękną, a do tego przychylną mi kobietę, zamierzam ją odkręcić, wypić ją jak butelkę wódki, wina, czegokolwiek. Bez nalewania do kieliszka, z gwintu. Kaja, cud-aktorka, postawiłbym kilka setek jednej z tych ciem barowych, które spotykam na co dzień, ja, upadły, kurwa, motyl, żeby, nim utonie w sedesie we własnych wymiocinach, przepowiedziała mi w amoku deliryczno-wizjonerskim: "Będziesz, stary, badał głębokość jej pępka. Ja ci to mówię, druh wódy, co wyparła w moich żyłach krwinki, zajęła ich miejsce i płynie wartko przez cały organizm, od stóp do głowy, przyjemnie ją odurzając".

Kaja zacisnęła usta. Usta? Usta to mają zwykli ludzie, którzy jeśli znudzi się im kiedyś gadanie, mogą wystawić je na aukcji internetowej i sprzedać za niewielką sumę jakiemuś niemowie od urodzenia. Usta Kai to przykład zwycięstwa natury nad trikami chirurgii plastycznej Wąskouste szansonistki mogą jedynie zakwilić, że bo gowie poskąpili im od urodzenia tego, czego nie szczędzil aktorce. Przepysznie pełne, nabrzmiałe od zmysłowości podkreślonej teraz srebrzystym błyszczykiem. Jednak zacisnęła je, tworząc złowrogie serducho. Nie ma nic ponętniejszego od naburmuszonych ust. Siedząca obok nas agentka topowej aktorki poraziła mnie prądem ze swoich nastroszonych brwi.

- Myśli pan? - Kaja połknęła śmiech, czerwieniąc się na twarzy. Język zapodział się jej gdzieś w smakowitej buzi, mimo prób nie potrafi go znaleźć; czyżby schował się za złotą koroną zęba, czy aby siekacze nie wyżyły się na nim za głupie kwestie na planie czołowego w rankingach oglądalności sitcomu, w którym gwiazda zarabia na swoje paryskie kiecki, madryckie apaszki, florenckie stringi z przeuroczymi kokardkami?

Następna w kolejności kaskada dialogu bez ikry:

- Cieszę się, że mogę panią widzieć. Tak z bliska widzieć, na wyciągnięcie ręki. I ust.

- Ust? Brzmi dwuznacznie. I uroczo.

- Jak to uroczo? Nie jesteśmy w przedszkolu...

- Lubię wynajdować sobie słówka, których później nadużywam. Ciekawe, co?

- Ja nadużywam tylko przekleństw - zaśmiałem się cicho.

- Cóż, subtelność nie jest mocną stroną facetów.

- Lepsze to niż ciepłe kluchy.

- Ja wolę zimne - odpowiedziała śmiechem aktorka. - A przede wszystkim twarde.

Cóż. Kocham takie kobiety. Mówią to, czego pragnę. Chcą dać się okręcić. Fakt, ludzie wieszają się na drążkach do podciągania się i wyrabiania mięśni. Wpadają na gapę pod rozpędzone pociągi. Wygrywają żyletką amatorskie koncerty na swoich żyłach. Pomnażają zyski aptek dziesiątkami połkniętych tabletek. Zniechęceni, zamroczeni, zmęczeni. Mimo to życie może być przyjemne, byle rozumieli to ci inni. Ci inni, którzy z zasady wolą się nie zgodzić z naszym punktem widzenia. Wcale jednak nie jest mi z tego powodu smutno. I nie zamierzam odkryć przyjemności w lataniu bez lotni z któregoś tam piętra. Kiedy o tym myślę, ogarnia mnie melancholia. Pozostaje sięgnąć po lek, po taką Kaję. Nagle robi mi się smutno - z paru innych, niekoniecznie interesujących, powodów. Nie sposób ich określić ot tak, na poczekaniu.

Usiłuję, trochę zbyt mechanicznie i wyrachowanie wywrzeć wrażenie na aktorce. Niech poczuje moje stonowanie, moje wymazywanie się, wtedy poczuje, że zależy mi na niej. Udana w każdej części. Przy takiej mało komu przychodzi do głowy pomysł nurkowania bez butli i rurki.

- Twarde smakują wybornie - powiedziałem. Też mi dwuznaczność, nie dostanę za to nagrody za dowcip roku.

- Potwierdzam.

- No to się cieszę. Znam parę przepisów, mogę je przedstawić - poszedłem na zuchwałego.

Bo kocham siebie w tym, bardzo. Uodporniłem się na gwiazdy oraz częściowo wykorzeniłem zazdrość o ich dochody. Nie uodporniłem się na gwiazdy, które mi się podobają. Mój język również się plącze, roznegliżowany przez tych parę niewinnych setek-dla-poprawy-nastroju.

- Właściwie to przyszedłem z poręczenia.

- Z rekomendacji - poprawia mnie aktorka. Jej nosek próbuje wychwycić moje feromony, o ile istnieją. Istnieją! Wpadają gromadą do jej nozdrzy, wywracając sprzęty przyzwoitki, zawodowej pozorantki, królewny od siedmiu boleści. Kiedyś założę Kościół Świętego Feromonu, wiernymi będą mogły zostać wyłącznie interesujące kobiety.

- Ale zabiegałem, bo warto.

- Tak? A to czemu?

- Ma pani w sobie tyle czaru...

- Magii może? - mruży oczy.

- I tego, i tego? - pytam.

- A czym się różnią?

- W magię wierzą narzeczone i żony, w czary - wdowy.

- Przypomina mi pan kogoś.

- Też ma to coś?

- Jakie coś?

- To coś.

- Ale co?

- No właśnie, co? - wyciągam asa z rękawa, lecz zamiast na stoliku, ląduje w dołku obciachu. Nic nie osiągnę takim tonem. celebrytki to współczesne arystokratki, tonem plebejusza trafisz w dziurę w płocie, nie w ich serca. Gwiazda zawraca oczami w lewo, skręca w prawo, kierowana nerwicą, której nabawiła się w wyciszonych kawiarniach pięciogwiazdkowych hoteli, gdzie podają kawę mocną, jakby wyciosaną z kopyt szatana. Łatwo ją zirytować. Nigdy nie będzie dobrą żoną. Jej ścięta na buraczkowego pazia przyjaciółka i agentka w jednej bystrej osobie, big mother wszystko widząca, która miała przysłuchiwać się czujnie wywiadowi, dopija cappuccino, mówi jędzowatym tonem przed siebie, niby w moją stronę, że kim ja jestem, że tak sobie pozwalam, co ja dobrego zrobiłem, przychodząc tu "w takim stanie".

- To nic nadzwyczajnego - kwituję. - Stać mnie na więcej, jak się uprę. - Puszczam wyzywająco oko do aktorki, odbija je niespodziewanie z sympatią w tych pochłaniających mnie ustach. - Wiedzą panie, jak to jest. Są ludzie, którzy rodzą się z czarnymi myślami. Oglądają program kabaretowy, lecz czarne myśli przesłaniają im ekran telewizora. Słuchają najnowszego przeboju tanecznego na nadchodzące lato, lecz czarne myśli przestawiają nuty na "smutno, coraz smutniej". Nawet w łóżku czarne myśli potrafią obrócić wniwecz wiekowy dorobek Kamasutry.

Agentka widzi we mnie wroga, osobistego i przeznaczonego do rozdeptania. Czy nie podoba się jej moja fryzura? Tembr głosu? Szerokie dżinsy, które upodobniają mnie do chłopaka z deską snowboardową? Widzi we mnie starego wyjadacza, pudelkowego posłańca, który po wywiadzie pobiegnie do swojej redakcji, odpali komputer i sieknie taką kalumnię o gwieździe sitcomu, że biedactwo nie pozbiera się przez wiele miesięcy. Agentka jest ochroniarzem, jej laserem bezkompromisowe oczy, pałką niewyparzony język. Podjudzona nieświadomie przeze mnie, odszczekuje głośno:

- A kim pan jest, by tu przychodzić w takim stanie?! Co pan sobie wyobraża?! W jakim stanie? W takim stanie. I chlast mnie lewą źrenicą, chlast prawą.