Prolog
Na lotnisko poproszę... - powiedziałam i zapłakana podałam kierowcy kartę kredytową.
Ruszył bez słowa. Po drodze minęliśmy miejsce, gdzie właśnie trwał
koncert Beyoncé. Zacisnęłam powieki i zdusiłam jęk rozpaczy.
Nie miałam pojęcia, ile zajął nam dojazd na lotnisko. Gdy tam dotarłam,
od razu udałam się do kas.
- Dobry wieczór, czym mogę służyć? - zapytała mnie ubrana w granatowo-biały uniform młoda kobieta.
- Poproszę bilet na najbliższy lot do Nowego Jorku - szepnęłam, starając
się nie zwracać na siebie uwagi, co jednak mi się nie udało.
Kobieta zaczęła przypatrywać mi się uważnie, dostrzegła łzy na moich
policzkach. Nie trwało to jednak długo, po chwili znowu spojrzała w komputer i bez słowa wpisała moje dane.
- Klasa biznes czy turystyczna? - zapytała.
- Wszystko jedno, byle dziś, najlepiej zaraz - powiedziałam, nerwowo się
rozglądając. Miałam wrażenie, że za moment wpadnie tu Erick i będę
musiała zmierzyć się z tym, co przed chwilą nawyrabiałam.
- Moment, zaraz sprawdzę, co mogę dla pani zrobić! - Kobieta uśmiechnęła
się uprzejmie i się oddaliła. Podeszła do siedzącej obok koleżanki i z nią chwilę porozmawiała. Niebawem wróciła z wiadomością: - Za
dwadzieścia minut startuje samolot do Nowego Jorku, mamy tylko miejsca w pierwszej klasie, jeśli nie ma pani bagażu, uda nam się wpisać panią na
listę pasażerów.
- Cudownie! - Podałam jej kartę kredytową i prawo jazdy.
Wypełniła szybko jakieś rubryczki i poprosiła ochroniarza, by
odprowadził mnie na odprawę.
- Nie ma pani nawet torebki? - zapytał pracownik lotniska, który
sprawdzał moje dokumenty.
- Nie, nie mam - powiedziałam cicho, przechodząc przez bramkę.
- Panno Donell, wszystko jest gotowe, terminal numer trzy - oznajmił. -
Życzymy miłego lotu!
Zmusiłam się do uśmiechu i popędziłam do terminala, by w ostatniej
chwili wpaść do tunelu prowadzącego na pokład. Stewardesa powitała mnie
przy wejściu do samolotu i zaprowadziła do pierwszej klasy. Zajęłam
miejsce przy oknie. Obok siedzieli sami biznesmeni, patrzyli na mnie
dziwnie, ale miałam to gdzieś. Zapięłam pas i w tej samej chwili samolot
zaczął kołować. Nienawidziłam latać! Kiedy musiałam skorzystać z tego
środka transportu, Erick zawsze trzymał mnie za rękę... Myśl o nim
sprawiła, że zaczęłam cicho płakać.
Samolot tymczasem oderwał się od ziemi i po kilku minutach pilot
oznajmił, że możemy się poruszać swobodnie. Odpięłam pas, a stewardesa,
widząc mnie zapłakaną, podała mi chusteczki higieniczne.
- Potrzebuje pani czegoś jeszcze? - spytała uprzejmie.
- Nie, dziękuję - odpowiedziałam cicho. - Ile będzie trwał lot?
- Będziemy lecieć sześć godzin i piętnaście minut, proszę pani. W Nowym
Jorku wylądujemy około trzeciej rano czasu lokalnego.
- Och. - Westchnęłam. Tak długi lot napawał mnie przerażeniem. -
Dziękuję - powiedziałam jednak, siląc się na uśmiech.
By nieco zapomnieć o tym wszystkim, zaczęłam wyglądać przez okno. Nad
pustynią zapadał zmrok, a w oddali widać było migoczące światła Las
Vegas. Zasłoniłam usta dłonią, by nie wydostał się z nich nagły jęk
rozpaczy. Zsunęłam ze stóp buty i podkuliłam nogi, by zwinąć się w kłębek. W głowie miałam miliardy myśli. Moje włosy były jeszcze wilgotne
od prysznica i przechodziły mnie nieprzyjemne dreszcze.
Boże, co ja najlepszego narobiłam? Dlaczego? Dlaczego nie pojechałam na
ten cholerny koncert? Dlaczego upiłam się winem? Nie miałam
wytłumaczenia na to, co się stało. To wszystko, co się wydarzyło, to
była wyłącznie moja wina. Należało się spodziewać, że Filip nie odpuści.
Jak mogłam pozwolić sobie na utratę kontroli nad sobą, zwłaszcza gdy
zostaliśmy tylko we dwoje? To oczywiste, że on tego chciał i dążył do
tego od dawna. Wykorzystał moment mojej słabości. Nienawidziłam go za to
i nienawidziłam samej siebie, a najgorsze było to, że już nigdy nie będę
mogła spojrzeć Erickowi w oczy. Patrzyłam na swoją prawą dłoń, na palcu
błyszczał pierścionek od niego. Zdjęłam go szybko i schowałam do
kieszeni spodni.
W końcu z emocji i myśli zasnęłam. Obudził mnie nagły wstrząs samolotu.
Podeszła do mnie stewardesa.
- Proszę zapiąć pas, panno Donell, przez kilka minut mogą występować
turbulencje. - Mówiąc to, uśmiechnęła się łagodnie. Potem zajęła swoje
miejsce i również zapięła pas.
Ścisnęłam podłokietniki tak mocno, że zabolały mnie palce. Samolot
zaczął podskakiwać i drżeć, a mnie żołądek i serce podeszły do gardła.
Poczułam paraliżujący strach, gdy pogasły światła. Na szczęście po kilku
sekundach ponownie się zapaliły. Zauważyłam, że stewardesy były
zdenerwowane, co nie dodawało mi otuchy. Zamknęłam oczy i modliłam się w myślach, bądź co bądź nie chciałam teraz zginąć, ale może to byłoby
dobre wyjście? Nie musiałabym mierzyć się z rzeczywistością.
"Nie możesz tak myśleć, Donell!" - zganiłam samą siebie. "Nawarzyłaś
piwa, to teraz je wypijesz". Wiedziałam, że muszę zniknąć i o wielu
sprawach zapomnieć.
Po kolejnych turbulencjach usłyszałam z głośników głos pilota, który
poinformował nas, że musimy awaryjnie lądować w Saint Louis. Chryste
Panie, tylko nie to! Wiedziałam, że jak tylko Erick się dowie, że
wyszłam z hotelu, natychmiast zacznie mnie szukać. To nie byłoby dobre,
musiał o mnie zapomnieć. Nie wiedziałam, czy Filip powie mu, co się
stało. Ja z pewnością nie byłam w stanie tego zrobić. Zachowywałam się
jak tchórz, ale miałam to gdzieś. Byłam mu winna wyjaśnienia, jednak nie
miałam siły spojrzeć mu w oczy. Może kiedyś się na to zdobędę, ale na
pewno nie teraz.
Turbulencje stały coraz silniejsze, byłam tak spanikowana, że ledwo
oddychałam. Chyba nigdy się tak nie bałam jak w tej chwili. Kiedy
samolot dotknął płyty lotniska, odetchnęłam z ulgą. Stewardesa poprosiła
nas, byśmy zostali na lotnisku, a potem oznajmiła, iż na bieżąco będzie
przekazywać wiadomości o wznowieniu lotu.
Słysząc to, wszyscy pasażerowie wyszli powoli do tunelu. Szłam w tłumie
ludzi, w półmroku, nie miałam pojęcia, która była godzina, chyba dawno
minęła północ. Usiedliśmy w poczekalni, część osób udała się do
restauracji, by coś zjeść. Wybrałam najbardziej odosobnione miejsce i zerknęłam na wielki okrągły zegar, zawieszony nad wejściem do hali
odpraw. Pokazywał pierwszą w nocy.
Na lotnisku nie było zbyt wielu pasażerów. Nie miałam wątpliwości, że
Erick zaczął mnie już szukać. Minęły cztery godziny, więc na pewno
wrócili już z koncertu. Wiedziałam, że może mnie z łatwością namierzyć,
bo używałam karty kredytowej. Zajrzałam do portfela i przekonałam się,
że nie mam gotówki. Cholera! Obok mnie przeszedł starszy mężczyzna,
zapytałam go o bankomat. Powiedział, że znajduje się w hali odlotów.
Udałam się więc tam i wyciągnęłam z konta tysiąc dolarów, a potem
podeszłam do punktu informacji.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc? - zapytał mężczyzna stojący za
kontuarem.
- Chciałam poinformować, że nie będę kontynuowała lotu do Nowego Jorku,
zatrzymam się tutaj.
Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony, jednak o nic nie zapytał. Podałam
mu prawo jazdy.
- Nie ma pani żadnego bagażu?
- Nie - rzuciłam szybko, a on zaczął mi się uważnie przyglądać.
- Niestety, nie zwrócimy pani pieniędzy za lot - poinformował.
- To nie problem. - Machnęłam ręką, w tej chwili nie miało to dla mnie
żadnego znaczenia. To tylko pieniądze, które i tak co do centa
zamierzałam oddać ojcu. Na koncie miałam około miliona dolarów, ale nie
wiedziałam, ile z tego do tej pory wydałam. Postanowiłam, że prześlę mu
wszystko, co mam. Nie chciałam jego pieniędzy, nie zasługiwałam ani na
nie, ani na Ericka.
Po chwili mężczyzna poinformował mnie, że wszystko załatwione. Zapytałam
o postój taksówek i wyszłam na zewnątrz. Wsiadłam do jednego z aut.
Kierowca, starszy pan, odwrócił się do mnie, uśmiechnął uprzejmie i zapytał z dziwnym akcentem, którego nie mogłam rozpoznać:
- Dokąd jedziemy, dziecinko?
- Proszę zawieźć mnie do jakiegoś hotelu - poprosiłam i spuściłam
nieśmiało wzrok.
- Któregokolwiek? - spytał nieco zdziwiony.
- Tak, proszę pana - potwierdziłam. Gdy ponownie na niego spojrzałam,
kątem oka zauważyłam, że obserwował mnie w lusterku.
O nic więcej nie pytał. Ruszył bez słowa i zawiózł mnie do hotelu w centrum miasta. Płacąc za kurs, nie zapomniałam o napiwku.
Hotel był bardzo nowoczesny, Erickowi by się spodobał. Na tę myśl znowu
zebrało mi się na płacz. Weszłam przez obrotowe drzwi do środka,
wzbudzając zainteresowanie recepcjonistki i boya. Zapewne rzadko miewali
gości o tej porze.
- Dobry wieczór, czym mogę służyć? - zapytała uprzejmie recepcjonistka.
Odniosłam wrażenie, że była nieco zaskoczona moją obecnością.
- Ile kosztuje u was pokój ze śniadaniem dla jednej osoby?
- Sto sześćdziesiąt dolarów, a każda kolejna doba sto pięćdziesiąt,
proszę pani - odpowiedziała recepcjonistka.
- W takim razie poproszę.
- Muszę panią zameldować. Czy ma pani jakiś dokument?
Podałam jej dowód.
- Proszę nie udzielać informacji, jeśli ktoś będzie o mnie pytał -
oznajmiłam poważnie.
Słysząc moje słowa, recepcjonistka uniosła wzrok znad monitora i pokiwała głową. Odniosłam wrażenie, że była nieco zaskoczona moją
obecnością.
- Pokój trzysta cztery, panno Donell. Boy panią zaprowadzi. Ma pani
jakieś walizki? - Recepcjonistka rozejrzała się po holu.
- Nie, nie mam bagażu. Dziękuję - powiedziałam i podążyłam za chłopakiem
w stronę windy.
Wkrótce wjechaliśmy na trzecie piętro. Szłam za swoim przewodnikiem
długim korytarzem, którego ściany wyłożono mahoniowym drewnem, a podłogę
wyścielono bordowym dywanem. Moją uwagę zwróciły zawieszone na ścianach
reprodukcje obrazów znanych malarzy, między innymi Vincenta van Gogha i Gustava Klimta. W końcu doszliśmy do mojego pokoju. Przeciągnęłam kartę,
drzwi się otworzyły i weszłam do środka. W podziękowaniu dałam
chłopakowi dwadzieścia dolarów.
- Dziękuję, jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, proszę dzwonić do
recepcji. - Uśmiechnął się i odszedł.
Zapaliłam światło. Moim oczom ukazał się nieduży pokój, wykładzina w kolorze butelkowym idealnie pasowała do zasłon, pod oknem stała
niewielka dwuosobowa kanapa obita brązowym zamszem, w rogu dostrzegłam
pojedyncze łóżko i stolik nocny. Szafa na ubrania usytuowana była zaraz
obok drzwi, a po drugiej stronie wisiało duże lustro. Ściany miały
odcień ciepłego beżu. Obok łóżka zauważyłam drzwi do łazienki. Weszłam
do środka i włączyłam światło. Narożna wanna, umywalka i muszla
klozetowa - prosto i bez przepychu. Ważne, że było czysto i świeżo.
Położyłam portfel na stoliku nocnym, a potem podeszłam do okna, które
wychodziło na ulicę. Kilka minut wcześniej minęła druga, więc na
zewnątrz panowała cisza, nie widziałam ani jednej osoby. Zastanawiałam
się, która godzina była teraz w Las Vegas, a która w Nowym Jorku. Nie
miałam pojęcia, w jakiej strefie czasowej się znajdowałam, kompletnie
się w tym nie orientowałam.
Położyłam się na łóżku i zakryłam głowę poduszką. W tym momencie nie
miałam siły o niczym myśleć. Czułam przejmujący ból w skroniach, chyba
dopadał mnie kac. Zajrzałam do barku i znalazłam proszki przeciwbólowe.
Połknęłam dwie tabletki, popijając wodą. Na widok małych buteleczek
alkoholu wzdrygnęłam się ze wstrętem i z impetem zatrzasnęłam barek.
Potem wsunęłam się pod kołdrę i wtuliłam głowę w poduszki.
Starałam się nie myśleć o tym, co się stało. Z każdą chwilą mój oddech
coraz bardziej się uspokajał i wkrótce udało mi się zasnąć.
Rozdział 1
Rano niemiłosiernie bolała mnie głowa. Z trudem rozchyliłam powieki, przez kilka minut moje oczy nie mogły
przyzwyczaić się do promieni słonecznych wpadających przez okno. Wydałam
z siebie pomruk niezadowolenia i zakryłam głowę kołdrą.
"Gdzie ja jestem?" - zapytałam samą siebie, a potem powoli przypomniałam
sobie wczorajszy dzień i feralny wieczór.
Nagle doznałam olśnienia: byłam w Saint Louis! Nie miałam komórki, więc
nie wiedziałam, czy ktoś w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się
znalazłam. Erick na pewno mnie szukał. Wiedział, że wsiadłam do samolotu
do Nowego Jorku i że wylądowaliśmy awaryjnie właśnie tutaj.
Prawdopodobnie ustalił też, że zrezygnowałam z dalszego lotu.
Na tę myśl zerwałam się z łóżka i chwyciłam telefon stojący obok mnie na
stoliku nocnym. Wykręciłam numer do rodziców, musiałam ich powiadomić,
gdzie jestem; chociaż oni musieli wiedzieć, że nic mi się nie stało.
Rozmowa nie trwała długo, na szczęście tata nie był dociekliwy.
Powiedziałam, by się nie martwili, i obiecałam, że odezwę się niedługo.
Na koniec jeszcze raz powtórzyłam, że jestem cała i zdrowa. Przez cały
czas powstrzymywałam łzy. Tato pytał o powód mojej decyzji, a ponieważ
domyślał się, że płaczę, tym bardziej zaczął się niepokoić. Nie mogłam
przecież powiedzieć mu prawdy, więc poinformowałam go tylko, że musiałam
wyjechać, i tyle. Nie dopytywał już więcej, dobrze mnie znał i wiedział,
że tego nie lubię. Byłam przekonana, że i tak będzie się teraz
zamartwiał. Niespodziewanie, nie zdając sobie sprawy z tego, jakie to
wywrze na mnie wrażenie, powiedział, że dzwonił do nich Erick z pytaniem, czy nie wiedzą, gdzie jestem. Po jego telefonie próbowali się
ze mną skontaktować, ale bez skutku, bo przecież nie wzięłam komórki.
Najbardziej przekonującym tonem, na jaki było mnie stać, odparłam, że
nie chodzi o nic poważnego. Zapewniałam, że nic mi nie jest, i szybko
skończyłam rozmowę.
Potem wzięłam szybki prysznic i zjechałam na dół na śniadanie. Mój
żołądek nadal był ściśnięty od nieustannego stresu, więc przełknęłam
tylko kilka kęsów bagietki z dżemem i upiłam łyk herbaty. Potrzebowałam
świeżych ubrań, a przede wszystkim bielizny. Zapytałam w recepcji o jakiś sklep i dowiedziałam się, że niedaleko hotelu znajduje się centrum
handlowe; recepcjonista twierdził, że tam powinnam znaleźć wszystko,
czego potrzebuję. Była godzina dziesiąta rano, więc sklepy powinny już
być otwarte.
Faktycznie, po kwadransie doszłam do dużego centrum, gdzie szybko
kupiłam kilka kompletów bielizny, T-shirty, dwie pary jeansów oraz małą
walizkę. Zapłaciłam gotówką i wróciłam do hotelu, by odświeżyć się i przebrać w czyste ubrania. Później wymeldowałam się, a następnie
poprosiłam o taksówkę na lotnisko. W centrum handlowym wybrałam kolejny
tysiąc dolarów z bankomatu, na razie powinno mi tyle wystarczyć. Nie
mogłam płacić kartą, by nie zostawiać śladów.
- Chce pani lecieć do Londynu? - zapytała kobieta sprzedająca bilety.
- Tak, ale mam przy sobie tylko dowód osobisty, nie wzięłam paszportu.
- To nie problem, na terenie Europy paszport nie jest wymagany. -
Uśmiechnęła się uprzejmie i zaczęła wpisywać coś do komputera. - Z Saint
Louis nie mamy bezpośredniego połączenia, panno Donell, przesiadka jest
w Nowym Jorku albo w Filadelfii.
- Który lot jest wcześniej? - zapytałam.
- Z przesiadką w Filadelfii, wylot dziś o piętnastej pięćdziesiąt.
- W takim razie poproszę bilet.
- Zostały tylko miejsca w klasie ekonomicznej - powiedziała kobieta
przepraszającym tonem.
- Nic nie szkodzi. - Uśmiechnęłam się lekko i po chwili trzymałam w ręku
bilet do Londynu.
Nie miałam pojęcia, co będę tam robiła, po prostu to miejsce jako
pierwsze przyszło mi do głowy. Zawsze chciałam tam polecieć, co prawda
nie w takich okolicznościach, ale cóż. Tam mnie nie znajdą, przynajmniej
w najbliższym czasie. Erick chyba nie miał aż takich znajomości, by
namierzyć mnie poza Stanami.
Usiadłam w hali odlotów, zostały mi jeszcze dwie godziny oczekiwania.
Kilka minut przed odlotem podszedł do mnie pracownik lotniska i poprosił, bym z nim poszła. Jego prośba nieco mnie zdziwiła, wstałam
jednak i podążyłam za nim. Wkrótce weszliśmy do gabinetu dyrektora
lotniska. Za biurkiem siedział mężczyzna koło czterdziestki, spojrzał na
mnie uważnie.
- Proszę usiąść, panno Donell. - Uśmiechnął się życzliwie i wskazał
krzesło stojące obok biurka.
Usiadłam i nieco przerażona zastanawiałam się, o co chodzi.
- Dlaczego chce pan ze mną rozmawiać? Jest jakiś problem z moim biletem?
- zapytałam, z trudem opanowując emocje.
- Pan Erick Evans dzwonił do nas i prosił, by zatrzymać panią na
lotnisku. Nie wiem, o co chodzi, ale dał nam do zrozumienia, że mamy
zrobić wszystko, by nie pozwolić pani wylecieć z kraju.
Z wrażenia aż otwarłam usta.
- Pan Evans chciałby z panią porozmawiać... - Mężczyzna podał mi słuchawkę
telefonu i wstał od biurka. - Będę za drzwiami - oznajmił, po czym
opuścił swój gabinet.
Byłam kompletnie zszokowana, błędnym wzrokiem wpatrywałam się w słuchawkę. Tak bardzo pragnęłam usłyszeć jego głos... Wahałam się chwilę,
w końcu jednak powiedziałam cicho:
- Halo. - Głos mi drżał, a serce waliło jak szalone.
- Aż tak mnie nienawidzisz, że musiałaś uciec? - Głos miał smutny.
Zasłoniłam dłonią usta, by nie wybuchnąć płaczem, do oczu napływały mi
łzy.
- Tak będzie lepiej, lepiej dla ciebie. - Żołądek mi się zacisnął,
najwidoczniej Filip nie wyjawił mu prawdy.
- Kto tak uważa? - Ton miał spokojny, choć byłam pewna, że tak jak ja z trudem panował nad emocjami.
- Nie mogę teraz rozmawiać, Ericku - powiedziałam stanowczo i zacisnęłam
powieki.
- Kurwa, Megan! Czy naprawdę jestem aż taki okropny, że postanowiłaś
uciec bez słowa?! Dlaczego? Wyjaśnij mi. Co takiego się stało? To przez
tę głupią kłótnię przy obiedzie? Masz do mnie żal, że powiedziałem, że
nie możesz pić, póki nie zjesz?
Z jeszcze większą mocą dotarło do mnie, co zrobiłam.
- Muszę kończyć - powiedziałam. Mój ton był beznamiętny, oschły.
Wiedziałam, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi, rani nas oboje.
Zdecydowałam więc się rozłączyć.
- Zawszę będę na ciebie czekał. Kocham cię i nic tego nie zmieni! -
krzyczał do słuchawki Erick, a ja, słysząc te słowa, wybuchnęłam
płaczem. - Czekaj tam na mnie, nie wylatuj, błagam! - prosił. - Przylecę
za kilka godzin, tylko błagam, nie wylatuj! - powtarzał.
Miałam rozdarte serce. Nie mogłam dłużej tego słuchać.
- Żegnaj, Ericku... - szepnęłam do słuchawki i się rozłączyłam.
Wybiegłam szybko z gabinetu dyrektora. Dostrzegłam go stojącego
nieopodal, obejrzał się za mną, lecz nic nie mówił.
"Polecę do Londynu, nikt mnie nie powstrzyma" - przekonywałam samą
siebie w myślach.
Gdy nadeszła chwila odlotu, zajęłam miejsce w fotelu i wyglądałam przez
okno. W klasie ekonomicznej panował spory tłok, siedziałam obok
hałaśliwej rodzinki z dziećmi. Śmiali się i żartowali, jednak nie
zwracałam na nich uwagi. Zastanawiałam się, co zrobić ze swoim życiem.
Spieprzyłam je najbardziej, jak to tylko możliwe, i nie mogłam cofnąć
czasu.
Wykończona zasnęłam.