Rozdział 5
- Sartre chce, żebyś wytłumaczyła nam tego skomplikowanego Leibniza, i zaprasza cię w poniedziałek do swojego pokoju w akademiku - oznajmił Maheu na początku lipca, gnając za Simone. - Myślę, że to tylko pretekst, by cię poznać. Na twoim miejscu bym odmówił.
Simone się ucieszyła. A więc jednak. Wyglądało na to, że jego brak zainteresowania okazywany podczas przypadkowych spotkań był udawany - albo zmienił o niej zdanie. Tak czy owak Simone nie przepuściłaby okazji poznania tego tajemniczego Sartre'a.
- Powiedz mu, że chętnie przyjdę.
W poniedziałek, dygocąc ze zdenerwowania, zabrała notatki i udała się do akademika w południowej części miasta, gdzie mieszkał Sartre. Czytała do ostatniej chwili, nie miała czasu umyć włosów. Nie namyślając się długo, zdjęła z szyi bawełniany szal, owinęła go kilkakrotnie wokół głowy i spięła. Spojrzała w lustro i ze zdumieniem stwierdziła, że zaczesane do tyłu włosy podkreślają jej niezwykle delikatną cerę, drobne rysy, a zwłaszcza policzki i piękne oczy.
- Do twarzy ci w tym szalu - przyznała Poupette, wchodząc do pokoju. - Pasuje do bluzki. Dobry Boże, jesteś taka roztrzęsiona, jakby zaraz miał ci skraść dziewictwo. - Zachichotała.
- Jestem zdenerwowana - odparła Simone - ale nie z powodu mojej bluzki, a już na pewno nie z powodu mojego dziewictwa. Bardziej martwi mnie to, że Sartre może mnie uznać za trywialną. Co, jeśli będę mówić o rzeczach, które już zna? Jest przecież uważany za jeden z najbystrzejszych umysłów na całej Sorbonie.
Hél?ne podała jej plik kartek, które miała z sobą zabrać.
- Chyba zwariowałaś. Przecież w zeszłym roku oblał egzamin. Tobie nigdy by się to nie przytrafiło.
- Nie zdał, bo wygłosił mowę niemającą nic wspólnego z zadaniem egzaminacyjnym. Ale wykład był genialny, wszyscy obecni to przyznali.
Kiedy Simone dotarła do niewielkiego pokoju, Maheu, z podwiniętymi rękawami, wylegiwał się na niezasłanym łóżku. Jej obecność najwyraźniej była mu nie w smak. Tego ranka wysłał jej pocztą pneumatyczną list z prośbą, by nie przychodziła. Simone zastanawiała się przez chwilę, czy w zastępstwie nie wysłać Poupette, aby nie rozgniewać przyjaciela, potem jednak zarzuciła ten pomysł. Była po prostu zbyt ciekawa Sartre'a. Nizan, siedząc na stołku, oglądał swoje paznokcie. Uchodził za trudnego w obyciu aroganta.
- Bonjour, mademoiselle - przywitał ją Sartre, uśmiechając się uprzejmie. - Jak miło, że znalazła pani czas.
Usiadł na parapecie i ruchem ręki wskazał Simone jedyne krzesło naprzeciw siebie. Piętrzył się na nim stos książek z mnóstwem karteluszków. Bez zastanowienia przełożyła je na biurko, po czym zajęła miejsce. Krótkie spojrzenie wystarczyło, by ocenić panującą w pokoju atmosferę: wszędzie książki, nie tylko na półkach, ale także na stole, łóżku, podłodze. Na ścianach wisiały niewielkie rysunki, zawstydzające swoją frywolnością. Pachniało dymem niezliczonych papierosów, popielniczka na stole była przepełniona. Sartre zapalił fajkę i poczęstował Simone papierosem.
- A zatem? - zapytał.
Simone zerknęła na trzymaną na kolanach torbę z notatkami, lecz wszystko, co zamierzała powiedzieć, znała na pamięć. W klarownych, choć pełnych podziwu słowach przedstawiła życie uczonego, po czym wyjaśniła idee Leibniza w zakresie metafizyki, zanim przeszła do jego koncepcji wolności i przypadkowości. Widząc, że coraz bardziej absorbuje uwagę Sartre'a, odzyskała pewność siebie. Jak dawniej, kiedy jeszcze udawało jej się zjednać sobie ojca swoją mądrością.
A teraz siedziała przed młodym mężczyzną zafascynowanym przenikliwością jej rozumowania i poziomem wykształcenia.
- Ale jak to wytłumaczyć...?
- To całkiem proste. Proszę spojrzeć...
I tak bez końca. Simone mówiła przez niemal cztery godziny. Lama, a jeszcze częściej Sartre, nieustannie zadawali pytania i prosili o wyjaśnienia.
Sartre zerwał się wreszcie na równe nogi.
- Dość już panią zamęczaliśmy. Czas na kermesse!
Simone poczuła się zdezorientowana. Co miał na myśli? Najwyraźniej dokładnie to, co powiedział. Na jednym krańcu parku, w którym wznosiły się akademiki, znajdowała się karuzela i strzelnica. Sartre kupił Simone watę cukrową, a wszystkim postawił na strzelnicy kolejkę.
Maheu położył rękę na jej ramieniu. Nie uszło to uwagi Sartre'a, który zaczął opowiadać dowcipy.
- A ten pani zna? Jak można doprowadzić kameleona do szaleństwa?
- Nie mam pojęcia - odparła Simone.
- Kładąc go na szkockim kocu w kratę.
Wybuchnęła śmiechem. Maheu zacząć się dąsać.
- Czy rzeczywiście jest pani szukającym towarzystwa bobrem, czy może niezłomną walkirią, która samotnie rusza w bój? - zapytał Sartre przy pożegnaniu. - Nie, już wiem, jest pani wojowniczą dziewicą.
W drodze powrotnej metrem Maheu milczał.
Simone wcale to nie przeszkadzało. Chciała przeanalizować w myślach popołudniowe wydarzenia.
Wtedy jednak wyrzucił z siebie:
- A nie mówiłem... - Umilkł, złowrogo patrząc przez okno.
- Co takiego? - zapytała Simone, choć domyślała się, w czym rzecz.
- Mówiłem, że Sartre z miejsca cię pochłonie. Przez całe popołudnie gapiłaś się wyłącznie na niego. I te jego dowcipy...
Simone spuściła wzrok. Maheu miał rację. Sartre był taki mądry, wszyscy inni przy nim bledli. Lubiła się z nim mierzyć intelektualnie. A jednak Sartre był tylko Sartre'em, najbystrzejszym studentem na Sorbonie, nikim więcej. Tak właśnie powiedziała Maheu.
- Ty zawsze będziesz moim małym Lamą, a ja pozostanę twoim bobrem - wyznała cichym głosem. I tak też myślała. Gdyby Maheu nie był żonaty, gdyby Jacques nie istniał...
Wieczorem, leżąc w łóżku, raz jeszcze roztrząsała popołudniowe wydarzenia. Jakie to wszystko było ekscytujące. Polubiła towarzystwo Sartre'a. Udowodniłam, że potrafię dotrzymać mu kroku - pomyślała z dumą. Sartre był niemalże uzależniony od książek, podobnie jak ona. A potem wyznał, że sam chce pisać książki, wydawało mu się to najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. Kolejna kwestia, która ich łączyła. Tak bardzo chciała go zapytać o jego pierwszą książkę, lecz powstrzymała ją obecność Maheu i Nizana. Postanowiła nadrobić to przy najbliższej okazji.
Sartre był nie tylko mądry, lecz także zabawny. Spodobała jej się atmosfera panująca w jego małym pokoiku. Te wszystkie aluzje i docinki, którymi się zarzucali, drobne gesty, za pomocą których w dowcipny sposób zapewniali się o wzajemnej sympatii. Podczas wizyty na jarmarku był swobodny i wesoły, rozśmieszał ją, pokazując inną stronę swojej osobowości. Przywołała w pamięci jego twarz. Z bliska wydawała się zupełnie inna, jego rysy wyraźnie domagały się bliższego spojrzenia. A kiedy otwierał usta i formułował jedną ze swoich błyskotliwych myśli, jakże ją pociągał. Skoro on jest geniuszem i żartownisiem, to ja mogę być walkirią i dziewicą - pomyślała, zanim zasnęła.
Następnego ranka miała nadzieję, że gdzieś po drodze spotka Sartre'a. I rzeczywiście, czekał na nią przed bramą Sorbony.
- Chciałbym nadal z panią dyskutować - oznajmił. - I nie tylko. Co pani na to, żebyśmy razem przygotowali się do agrégation?
Egzaminy miały się odbyć za kilka tygodni. Serce Simone mocniej zabiło na myśl, że mogliby się częściej widywać. Tego właśnie pragnęła, choć wcale na to nie liczyła. Domyślała się, że ten mężczyzna, ze swoim nieszablonowym umysłem, otworzy przed nią nowe światy, a to bodaj najbardziej ekscytująca rzecz, jaką mogła sobie wyobrazić.
- Zgoda. Żeby pan znowu nie oblał - powiedziała.
Zaśmiał się, jeszcze mocniej wykrzywiając swoje dziwnie asymetryczne usta; to właśnie owa lekko irytująca dysproporcja czyniła go tak charakterystycznym.
Od tej pory spotykali się prawie codziennie, zazwyczaj w towarzystwie Maheu i Nizana. Pracowali po kilka godzin, po czym szli do kawiarni lub spacerowali po bulwarach, objadając się lodami. Mężczyźni rywalizowali o to, kto kupi Simone lody lub zabierze ją wieczorem do kina. Czasem wszyscy pakowali się do małego samochodu Nizana i pędzili ulicami Paryża, w czym Simone szczególnie gustowała. Kazała sobie pokazać dormitoria w École normale supérieure i wraz z innymi wdrapała się na dach szkoły, skąd roztaczał się niezwykły widok na miasto. Sartre przysiadł na kominie, a Maheu robił zdjęcia; Simone radośnie uśmiechała się do obiektywu.
Maheu coraz bardziej się irytował tym, że Sartre zajmuje w sercu Simone tak wiele miejsca. Postanowił jej o tym powiedzieć.
- Ależ nie w moim sercu, tylko w umyśle - zaoponowała. Poczuła żal, że zraniła swojego drogiego Lamę.
Któregoś wieczoru Simone i Stefa siedziały przy barze w Jockeyu. Simone opowiedziała przyjaciółce o Sartrze oraz o zazdrości, jaką wzbudziła u Maheu. Liczyła z jej strony na radę w sprawie tego drugiego.
- Dlaczego się z nim nie prześpisz, żeby się dowiedzieć, ile tak naprawdę dla ciebie znaczy? Poza tym to śmieszne, że wciąż jesteś dziewicą. To takie... kołtuńskie - oznajmiła Stefa.
Simone aż zakrztusiła się dżinem. Kasłając, wpatrywała się w przyjaciółkę, która wyraziła swoje zdanie tak donośnie, że mężczyzna obok obrzucił Simone sprośnym spojrzeniem. Znowu musiała zakaszleć.
- Jesteś pijana - odparowała.
Stefa nie spuszczała z niej wzroku, ssąc słomkę wydętymi w szpic wargami.
- Pewnie tak. Ale mam rację.
- Maheu jest przecież żonaty.
Stefa wybuchnęła histerycznym śmiechem. Simone w pierwszej chwili poczuła się urażona, ale zaraz potem także się roześmiała.
- Wiernym trzeba być tylko wtedy, gdy się kogoś naprawdę kocha. Wówczas i tak nie masz ochoty na oszukiwanie. Ja nigdy nie zapragnę innego mężczyzny, mam przecież Fernanda. - Słowa te wypowiedziała z niezachwianym przekonaniem.
- Jak możesz być tego pewna? Skąd niby to wszystko wiesz? - zapytała Simone.
- Pytanie brzmi, dlaczego ty jeszcze o tym nie wiesz - padła odpowiedź. - A co na ten temat ma do powiedzenia twój Sartre?
Simone uwielbiała rozmawiać ze Stefą o tych sprawach. Przyjaciółka traktowała je znacznie swobodniej, choć przecież obie odebrały podobne wychowanie. Simone zastanawiała się, jak udało jej się zrzucić z siebie cały ten bagaż uprzedzeń i stać się tak pewną siebie kobietą. Stefa wciąż potrafiła wprawić ją w zakłopotanie. Kilka dni wcześniej spotkały się w jej mieszkaniu, gdzie na ścianie nad kanapą wisiał ogromny akt Stefy.
Simone wpatrywała się w obraz. - Pozwoliłaś, by Fernando ujrzał cię w takim stanie? - zapytała oszołomiona.
Stefa tylko przewróciła oczami.
- Simone! - Zawahała się, ale po chwili dodała: - Muszę ci coś wyznać. Fernando i ja mieszkamy razem.
- Choć nie wzięliście ślubu? - Simone zapytała z konsternacją.
Stefa nie odpowiedziała. Simone zdała sobie naraz sprawę z absurdalności własnego oburzenia. Kto powiedział, że trzeba być żonatym, żeby dzielić z kimś mieszkanie? Poza tym oboje przecież zamierzali się pobrać i mieli pewność, że chcą spędzić razem życie. Simone wzięła głęboki oddech, po czym się roześmiała - i śmiała bez końca.
Kiedy w końcu doszła do siebie, Stefa uśmiechnęła się do niej.
- Najwyższy czas - westchnęła.
- Muszę usiąść tak, żeby nie widzieć tego obrazu - odparła Simone z uśmiechem. Kiedy wieczorem wróciła do domu, długo rozmyślała nad tym, jak swobodnie musiała czuć się Stefa, skoro odważyła się pokazać ukochanemu całkiem nago.
Simone ucieszyła się na myśl, że codziennie będzie się widywać z Sartre'em. Nigdy wcześniej nie spotkała osoby o tak wszechstronnym wykształceniu. Nie było tematu, na który nie miałby nic do powiedzenia, w swoich opiniach zaś nigdy nie ocierał się o banał i zawsze prezentował zupełnie nowy punkt widzenia. Jego słowa ukazywały odmienne, ekscytujące spojrzenie na stare, dobrze znane kwestie. "Sartre nigdy nie przestaje myśleć, chyba że podczas snu" - mawiał o nim Maheu. Owszem, nie był zbytnio przystojny, niemniej gdy tylko otworzył usta, nic innego się nie liczyło. Zafascynował Simone swoją inteligencją i urokiem osobistym. I jak wspaniale potrafił słuchać! Ten mężczyzna traktował ją poważnie, bez względu na to, o czym akurat mówiła. Wykazywał zainteresowanie jej opiniami w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła.
O czym dzisiaj porozmawiamy? - zastanawiała się w drodze na spotkanie w Ogrodzie Luksemburskim. Chciała poznać jego zdanie na temat książki Manhattan Transfer i obmyśliła kilka pytań, które mogłaby mu zadać. Uświadomiła sobie, jak bardzo zależało jej na tym, by docenił klarowność jej rozumowania, zarazem jednak wiedziała, że znacznie przewyższa ją intelektem i że wiele może się od niego nauczyć. Na tego rodzaju wyzwanie długo musiała czekać. Na samą myśl o tym czuła niepomierne szczęście.
W trakcie wspólnych rozmów zazwyczaj jedno z nich stawiało tezę, podczas gdy drugie formułowało do niej antytezę. Potem następowała wymiana argumentów, aż któreś z nich zdołało przekonać rozmówcę. Zwykle to on miał rację, Simone musiała to przyznać. Często jednak zapędzała go w kozi róg i brakowało mu argumentów. Pewnego razu w końcu oznajmił z uśmiechem na twarzy:
- Nie poddaje się pani, dopóki nie zakwestionuje najdrobniejszej nawet nieścisłości. Pani pytania uwierają jak kamyk w bucie. Im bardziej człowiek stara się go pozbyć lub o nim zapomnieć, tym większy sprawia ból.
Zaczął szukać czegoś w kieszeni swoich wypchanych spodni, po czym z zawadiackim uśmiechem wyciągnął brzydką porcelanową figurkę wielkości pięści. Był to mężczyzna w śmiesznym kapeluszu na głowie, w zamyśleniu podpierający dłońmi brodę.
- Niedawno znalazłem tę figurkę u handlarza rupieci przy rue de Seine. Przypomniała mi o pani.
Simone wzięła figurkę do rąk, była ciepła od dłoni Sartre'a; nie wiedziała, gdzie ją położyć. Czyżby tak ją postrzegał? Jako dziwnego ludzika?
- Ma pan rację, jest zupełnie do mnie podobna - powiedziała nieco szorstko, wsuwając ją do kieszeni. Dopiero później, gdy wzięła ją w dłonie i ponownie jej się przyjrzała, uświadomiła sobie, że być może podarował jej tę figurkę ze względu na pozę myśliciela.
W towarzystwie Sartre'a świat wokół niej się rozpromieniał. Intelektualna rywalizacja stawała się czystą przyjemnością. Podczas wspólnych spotkań wykazywał wprost maniakalną wspaniałomyślność. Na początku wieczoru pokazywał innym, ile ma pieniędzy w kieszeni, i nie wracał do domu, dopóki nie wydał ostatniego centyma. Wieczorem 14 lipca zaprosił Simone, Lamę, Nizana i jego żonę Henriette do kawiarni i zamawiał kolejne koktajle, aż się upili. Był to cudownie lekki wieczór wypełniony śmiechem i tańcem. Simone pozwoliła się adorować nieznajomemu mężczyźnie, który wciąż podchodził do stolika i prosił ją do tańca. W pewnym momencie Sartre miał już dość.
- Właściwie nie tańczę, ale chyba będę musiał, jeśli mam się panią nacieszyć.
Kiedy stanęli blisko siebie, zauważyła różnicę wzrostu. Sartre w ogóle się tym nie przejmował. Nie przestawał zachwalać jej urody, sypiąc celnymi komentarzami, sam natomiast zdawał się nie zwracać uwagi na swój wygląd. Jak on to robił? Tancerzem okazał się marnym, ale przez cały czas z nią gawędził, rozśmieszając ją tak bardzo, że Simone w końcu przestała o tym myśleć. Wielkość umysłu przewyższała rozmiary ciała.
Dwa tygodnie później, z lekkimi zawrotami głowy i walącym sercem, udała się na Sorbonę, by poznać wyniki egzaminów. Komisja zajęła miejsca za katedrą, po czym odczytano nazwiska.
- Miejsce pierwsze: monsieur Jean-Paul Sartre; miejsce drugie: mademoiselle Simone Lucie Ernestine Marie Bertrand de Beauvoir; miejsce trzecie...
Simone odwróciła się do siedzącego obok Sartre'a.
- Druga po panu. Jestem taka dumna.
- Równie dobrze mogło być na odwrót - odparł.
Oboje zostali dopuszczeni do egzaminu ustnego, podobnie jak Nizan. René Maheu przepadł. Po małej ceremonii Simone poszła go szukać, ale nigdzie nie znalazła. Następnego dnia dowiedziała się, że wyjechał z Paryża, bez pożegnania.
Dwaj mali towarzysze Sartre'a, petits camarades, zniknęli. Maheu wyjechał na wieś, Nizan i Henriette wyprowadzili się natomiast z domu z białą ceramiczną fasadą przy rue Vavin, nieopodal mieszkania Simone, gdyż kupili ultranowoczesny szklany dom w Saint-Germain-en-Laye i przyjeżdżali do Paryża tylko na jeden lub dwa wieczory w tygodniu.
- Teraz ja się panią zaopiekuję - oznajmił Sartre.
- Bardzo chętnie - odparła z uśmiechem.
Od tej pory często bywali we dwoje, co przydawało ich rozmowom zupełnie nowego charakteru. Simone zauważyła, że przed spotkaniem bywała jeszcze bardziej podekscytowana niż przedtem, Sartre zaś nieustannie obsypywał ją komplementami, o ile akurat nie miał przy sobie jakiejś dziwacznej porcelanowej figurki.
- Ch?re Simone, pani piorunujące błękitne oczy z pewnością wprawiły wielu mężczyzn w zakłopotanie. Ale najbardziej podziwiam sposób, w jaki pani chodzi. To niezwykle urocze, iść obok pani. Pani szybki krok sprawia, że czuję się tak, jakbyśmy pilnie musieli gdzieś się udać. Ale jeszcze bardziej podoba mi się, gdy pani do mnie podchodzi. Wmawiam sobie wtedy, że nie może się pani doczekać, żeby mnie zobaczyć. Ale póki co, bierzmy się do pracy.
Słysząc te słowa, Simone poczuła radość, podobnie cieszyła się z porcelanowej figurki. Nie wiedziała jednak, jak miałaby ją okazać. Nie nawykła do prezentów i pochwał, nie chciała też uchodzić za romantyczną i sentymentalną, lecz za mądrą. Nic więc nie powiedziała.
Siedzieli blisko siebie, przed nimi piętrzył się stos otwartych książek i zeszytów z notatkami. Sartre sięgnął po tom leżący po drugiej stronie stołu, dotykając przy tym jej ramienia. Zamarł na chwilę i uśmiechnął się do niej, po czym pochylił się nad książką. Potrafili tak siedzieć obok siebie godzinami.
Rozmawiali nie tylko o filozofii. Coraz częściej odrywali się od pracy i mówili o sobie, o rzeczach, które ich poruszały i fascynowały. Spodobało się to zwłaszcza Simone. Nareszcie mogła z kimś porozmawiać o swoich wątpliwościach i planach na przyszłość. Całymi godzinami spacerowali po Ogrodzie Luksemburskim lub po Tuileries, bez reszty zatracając się w rozmowie.
Simone była zdumiona, jak dobrze ją przejrzał, mimo że znał ją zaledwie od kilku tygodni.
Tego dnia usiedli na zielonych żelaznych krzesłach w ogrodach Tuileries, wyciągnęli nogi i oparli stopy o brzeg fontanny. Sartre opowiedział jej o swojej niedoszłej narzeczonej, w której był bez reszty zakochany, ale którą zostawił.
- Ma na imię Simone, tak jak pani - wyznał.
Simone ogromnie to zaciekawiło, choć jej myśli błądziły, gdyż czasem stykali się stopami. Nie zwróciła uwagi na moment, w którym zaczął się zastanawiać, dlaczego ona broniła kochane przez siebie osoby, mimo że potępiała ich postępowanie i nie chciała się do nich upodobnić.
Simone zaoponowała, podając za przykład swoją matkę:
- Jest beznadziejnie katolicka i odrzuca wszystko, co nie pasuje do jej światopoglądu, nawet jeśli jest to niezbita prawda. Wciąż ma nadzieję, że znajdzie mężczyznę, który się ze mną ożeni, bym nie musiała pracować jako nauczycielka. A jednak to moja matka i ją kocham.
Sartre zaczął zbijać jej argumentację, aż nic z niej nie zostało. Całkowicie odwracał jej rozumowanie i bez wysiłku podważał jej teorie.
- Chcę decydować w moim sercu, co jest dobre, a co złe - zawołała po trzech godzinach zaciętych zmagań. - Być może jedna Simone istnieje dla innych, a druga tylko dla mnie, ta, o której nic pan nie wie.
- Ależ, drogi Kastorze, to zupełnie nieszczere. I dobrze pani o tym wie. Proszę się nie podpierać własnymi uprzedzeniami oraz cenionymi, acz powierzchownymi opiniami. Ach, nadjeżdża pani autobus. Musi się pani pospieszyć.
Simone chciała wyjść już przed godziną, ponieważ w domu czekała na nią matka, lecz dysputa z Sartre'em tak bardzo ją zafascynowała, że została dłużej. Teraz musiała biec, żeby zdążyć na ostatni kurs. Głupi autobus - pomyślała, już tęskniąc za towarzystwem Sartre'a. W końcu uznała, że przebywanie z nim to wszystko, czego pragnęła. Usiadła w ostatnim rzędzie i wyjrzała przez okno, Sartre stał w swoim błękitnym płaszczu i smutno do niej machał. Simone oparła się wygodnie i zaczęła roztrząsać jego słowa.
Nieszczerość - czy też samooszukiwanie się - była głównym motywem rozważań Sartre'a. Symbolizowała wszystko to, czym się brzydził i z czym walczył, każdą swoją myślą, każdym działaniem. Nieszczerość była dlań posiłkowaniem się z góry przyjętymi wyobrażeniami, oznaczała ustępstwa i leniwe kompromisy w imię świętego spokoju. Nieszczerość i wolność to przeciwieństwa. By nie popaść w nieszczerość i uniknąć utraty wolności, trzeba kwestionować wszystko, nawet najbardziej prozaiczne rzeczy, które często wydają się niejako dane od Boga.
Była oszołomiona faktem, że traktował ją z taką powagą. Nareszcie znalazł się ktoś, kto postrzegał ją taką, jaka w istocie była, nie zaś jako dodatek do własnego świata. Dla Sartre'a nie była córką, która nie nadaje się do zamążpójścia i zeszła ze ścieżki cnoty. Nie była też ani przyjaciółką, ani siostrą. Była po prostu Simone.
Nie wiem, co myśleć i czy w ogóle mogę myśleć - zapisała tamtego wieczoru w dzienniku. Jestem pijana nim i sobą.