Simone de Beauvoir. W poszukiwaniu miłości i prawdy - Caroline Bernard

Kup ebooka

49.90 zł
37.43 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Pa­ryż, rok 1924

Tego wie­czoru Si­mone znów po­kłó­ciła się z oj­cem.

Geo­r­ges de Be­au­voir, znie­cier­pli­wiony, kroił ka­wa­łek pie­czeni. Był ubrany, bo za­mie­rzał wyjść.

Si­mone sie­działa po jego le­wej stro­nie. Obok ta­le­rza, jak zwy­kle, roz­ło­żyła książkę. Nie mar­no­wała czasu - chciała prze­czy­tać za­ło­żoną liczbę stron i wy­peł­nić swój am­bitny plan czy­tel­ni­czy. Obec­nie po­chła­niała Eu­pa­li­nosa Paula Va­léry'ego.

- To nie­godne mło­dej damy, by tak so­bie fol­go­wać. Spójrz na swoje brudne pa­znok­cie! - W słowa te oj­ciec tchnął całą swoją po­gardę, jako ak­tor ama­tor miał wprawę w mo­du­lo­wa­niu głosu.

Si­mone na­wet nie ode­rwała wzroku od lek­tury. Lewą dło­nią przy­ci­skała kartki otwar­tej książki, prawą zaś trzy­mała wi­de­lec i grze­bała nim na ta­le­rzu w na­dziei, że na­wet na oślep złowi ka­wa­łek mar­chewki.

- Si­mone. Mó­wię do cie­bie. Nie na­uczono cię w tym domu do­brych ma­nier?

- Geo­r­ges, daj jej spo­kój. Ma szes­na­ście lat - ode­zwała się matka.

- No wła­śnie - za­wo­łał Geo­r­ges. - W tym wieku dziew­częta już dawno wie­dzą, jak się na­leży za­cho­wać. Cho­dzą na po­ranki fil­mowe i me­cze te­ni­sowe, aby po­znać od­po­wied­nich mło­dzień­ców.

- Nie chcę, że­by­ście szu­kali dla mnie męża - od­parła Si­mone bez­na­mięt­nym to­nem, prze­wra­ca­jąc stro­nicę.

- I tak ża­den cię nie ze­chce. Ta­kiej... sa­wantki, jak to się te­raz mówi. Męż­czyźni nie lu­bią mą­drych ko­biet.

Si­mone aż drgnęła. Czyżby oj­ciec na­zwał ją sa­wantką? Prze­cież to on za­chę­cał ją do na­uki i za­wsze był dumny z jej naj­lep­szych osią­gnięć. Od­kąd jed­nak za­częła do­ra­stać, uznał ją za nie­po­zorną i pro­stacką. Od tej pory całą swą uwagę sku­piał na jej sio­strze Po­upette, dwa lata młod­szej i ład­niej­szej. Zmie­nił się zresztą nie tylko jego sto­su­nek do có­rek, ale także on sam. Gdzie się po­dział czło­wiek, który co wie­czór sta­wał przy ko­minku, re­cy­to­wał dla nich mo­no­logi i od­gry­wał scenki ko­me­diowe, aż ze śmie­chu łzy spły­wały im po po­licz­kach?

- Męż­czyźni nie lu­bią też ko­biet bez po­sagu - oświad­czyła, uno­sząc na chwilę wzrok, by zo­ba­czyć, jak za­re­aguje oj­ciec.

Za­pło­nął gnie­wem.

- Je­steś nie tylko biedna, ale i brzydka.

Si­mone wstała bez słowa. I tak stra­ciła ape­tyt.

Za ple­cami usły­szała głos matki: - Si­mone ma ra­cję, Geo­r­ges. Gdy­byś miał tro­chę wię­cej szczę­ścia w in­te­re­sach, zna­la­zł­byś też po­sag dla mo­ich có­rek. Co z nimi bę­dzie, mo­żesz mi po­wie­dzieć?

Si­mone dłu­żej nie słu­chała. Aż za do­brze znała ar­gu­menty przy­ta­czane w trak­cie od­wiecz­nych kłótni ro­dzi­ców. Geo­r­ges roz­trwo­nił pie­nią­dze, które Fra­nço­ise wnio­sła w po­sagu. Po­zba­wieni służby mu­sieli wpro­wa­dzić się do tego ciem­nego miesz­ka­nia na pią­tym pię­trze przy rue de Ren­nes, a przy­szłość ich có­rek le­gła w gru­zach.

Kłót­nia trwała do mo­mentu, gdy oj­ciec czmych­nął z miesz­ka­nia. Si­mone po­ło­żyła się do łóżka i na­cią­gnęła koł­drę na głowę. Nie za­re­ago­wała na­wet wtedy, gdy chwilę póź­niej do po­koju we­szła Po­upette. Uda­wała, że śpi, choć na­tłok my­śli nie po­zwa­lał jej za­snąć.

Za­sta­na­wiała się, dla­czego oj­ciec za­czął ją kry­ty­ko­wać. Ne­go­wać wszystko, co nie­gdyś uwa­żał za do­bre. Dla­czego na­gle gar­dził jej pra­co­wi­to­ścią, jej szkol­nymi suk­ce­sami? Od kiedy po­dziw dla jej in­te­lektu, który na­zy­wał mę­skim, prze­mie­nił się w dez­apro­batę? Kiedy uko­chana dziew­czynka, która na­pa­wała go taką dumą, stała się cią­głym utra­pie­niem, nie­zno­śną sa­wantką?

Do­tych­czas Si­mone za­wsze ro­biła to, czego od niej wy­ma­gano, a te­raz czy­niono jej z tego po­wodu wy­rzuty. Po­czuła się zdez­o­rien­to­wana, górę brała jed­nak dła­wiąca ją złość. Uwagi ojca do­tknęły ją do ży­wego, nie za­mie­rzała wszakże zmie­niać swo­ich prze­ko­nań. Za­sta­na­wiała się, dla­czego się nie roz­pła­kała. Czę­ste wy­bu­chy pła­czu przy­spo­rzyły jej wśród zna­jo­mych wąt­pli­wej sławy. Nie po­zwo­liła jed­nak, by znie­wagi ojca ją ura­ziły. Jego za­sady już jej nie do­ty­czyły.

Le­żąca obok niej Po­upette ję­czała przez sen. Wy­star­czyło wy­cią­gnąć rękę, by do­tknąć sio­stry - łóżka dzie­liła nie­wielka prze­strzeń. Po­kój był za mały, by po­mie­ścić inne me­ble, choć Si­mone pra­gnęła miej­sca do pracy, wła­snego biurka. Za­sta­na­wiała się, czy o nur­tu­ją­cych ją wąt­pli­wo­ściach po­winna po­roz­ma­wiać z sio­strą. Nie, zde­cy­do­wała, Po­upette by jej nie zro­zu­miała. Ko­chała młod­szą sio­strę, pełną uroku i in­te­li­gen­cji, choć po­zba­wioną jej am­bi­cji i prze­bo­jo­wo­ści.

Zro­biło się późno, a mimo to Si­mone nie mo­gła za­snąć. Na­słu­chi­wała w ci­szy miesz­ka­nia. Matka po­ło­żyła się spać, oj­ciec wróci do­piero za kilka go­dzin. Wstała bez­sze­lest­nie i boso prze­mknęła do jego ga­bi­netu. Miał ten po­kój tylko dla sie­bie, choć pra­wie w ogóle nie spę­dzał w nim czasu. To rzecz oczy­wi­sta, że męż­czy­zna i pan domu po­sia­dał ga­bi­net, na­wet je­śli rzadko z niego ko­rzy­stał.

Si­mone usia­dła przy biurku Geo­r­ges'a i wy­jęła z szu­flady kartkę. Pa­pier lśnił w roz­pro­szo­nym świe­tle ulicz­nych la­tarni, choć tu na gó­rze wcale nie było ono ja­skrawe. Si­mone się­gnęła po pióro. Na­raz owład­nęło nią wra­że­nie, jakby cały świat na­le­żał do niej. Bo mo­gła opi­sać go tak, jak we­dług niej po­wi­nien wy­glą­dać. W wy­obraźni mo­gła stwo­rzyć wszystko - wielką mi­łość, przy­godę, nową fi­lo­zo­fię, która ten świat by ob­ja­śniła.

No do­brze, co kon­kret­nie mia­łaby na­pi­sać? Przed kil­koma mie­sią­cami za­częła pro­wa­dzić dzien­nik. Ze­szyty były dro­gie, więc ko­lejne kartki za­peł­niała drob­nym pi­smem. Miała też na­dzieję, że matka nie bę­dzie w sta­nie roz­szy­fro­wać jej ba­zgro­łów. Za­pi­sy­wała wy­łącz­nie prawe stro­nice no­tat­nika, lewe na­to­miast re­zer­wo­wała dla cy­ta­tów, ty­tu­łów ksią­żek oraz my­śli, które wy­warły na niej wra­że­nie i nie chciała o nich za­po­mnieć.

Tu jed­nak cho­dziło o coś in­nego: chciała spi­sać swoje ży­cie. Skoro nie miała z kim po­roz­ma­wiać o swo­ich tro­skach i ma­rze­niach, bę­dzie roz­pra­wiać sama ze sobą, aby le­piej zro­zu­mieć, czego w tym ży­ciu pra­gnie i ja­kim spo­so­bem może to osią­gnąć. Prze­mieni się w po­słuszną Si­mone, córkę z do­brego domu, która speł­nia wszel­kie ocze­ki­wa­nia swo­ich ro­dzi­ców. Od­po­wia­dać jej bę­dzie druga Si­mone, która naj­bar­dziej ko­cha sprzecz­no­ści i ni­czego nie uznaje za pew­nik, o ile wcze­śniej tego nie za­kwe­stio­nuje. Która z nich zy­ska prze­wagę? Tak czy owak nie miała wąt­pli­wo­ści, że pi­sa­nie wyj­dzie jej na do­bre. Sta­nie się dla niej do­bro­wol­nym wy­gna­niem, na któ­rym może i bę­dzie sama, ale nie sa­motna.

Si­mone unio­sła pióro i na­kre­śliła nim kilka zna­ków w po­wie­trzu, ob­ser­wu­jąc przy tym krą­żące za oknem ćmy, które zbłą­dziły aż tu­taj i mi­go­tały w żół­tym świe­tle ga­zo­wych la­tarni.

Ostroż­nie odło­żyła pióro na miej­sce, a kartkę wsu­nęła z po­wro­tem do szu­flady biurka.

Będę wieść wy­jąt­kowe ży­cie - obie­cała so­bie. Ży­cie, ja­kiego pra­gnę, a nie ów marny ży­wot, ja­kiego chcie­liby dla mnie ro­dzice. Będę Si­mone de Be­au­voir, a nie ma­dame taką to a taką.

A pew­nego dnia zo­stanę sławną pi­sarką.

Roz­dział 1

Wio­sna 1927 roku

- Plus vite, Ja­cques, szyb­ciej - za­wo­łała Si­mone, wy­chy­la­jąc głowę przez okno, by po­czuć na twa­rzy mu­śnię­cia wia­tru. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać i opu­ściła szybę, choć mar­cowy dzień był dość chłodny.

Chciała cie­szyć się chwilą. Tego ranka zdała eg­za­min z li­te­ra­tury, i to - zgod­nie z ocze­ki­wa­niami - z wy­róż­nie­niem. Ukoń­cze­nie stu­diów było ko­lej­nym kro­kiem przy­bli­ża­ją­cym ją do urze­czy­wist­nie­nia ma­rze­nia o pi­sar­stwie, do któ­rego wy­trwale dą­żyła przez ostat­nie dwa lata. W po­szu­ki­wa­niu wła­snego stylu oraz te­matu opo­wie­ści po­świę­cała lek­tu­rze każdą wolną chwilę dnia. Żadne dzieło nie umknęło jej uwagi. W księ­garni Sha­ke­spe­are and Com­pany przy rue de l'Odéon po­ży­czała no­wo­ści wy­daw­ni­cze z Ame­ryki, a u Ad­rienne Mon­nier na­prze­ciwko - au­to­rów fran­cu­skich. By­wało, że gdy ko­niecz­nie chciała mieć ja­kąś książkę, a bra­ko­wało jej pie­nię­dzy, po­su­wała się do kra­dzieży. U bu­ki­ni­stów nad Se­kwaną czy­tała na sto­jąco wszystko, co wpa­dło jej w ręce. Książki, któ­rych nie zna­la­zła ni­g­dzie in­dziej, za­ma­wiała w Bi­blio­tece Na­ro­do­wej, którą co­dzien­nie od­wie­dzała. Czy­tała tam głów­nie książki po­trzebne jej na stu­diach. Poza li­te­ra­turą po­zna­wała też oczy­wi­ście ży­cie, któ­rym Pa­ryż, mia­sto świa­tła i sztuki, mie­nił się w ca­łej jego róż­no­rod­no­ści. Zwie­dziła nie­mal każdą wy­stawę pre­zen­to­waną w oko­licz­nych ga­le­riach, była stałą by­wal­czy­nią wiel­kich mu­zeów. Kiedy tylko miała pie­nią­dze, wstę­po­wała z przy­ja­ciółką do jed­nej z ka­wiarni na Mont­par­nas­sie, sia­dała przy sto­liku i wsłu­chi­wała się w głosy prze­sia­du­ją­cych tam lu­dzi. In­te­re­so­wało ją wszystko, nic nie ukryło się przed jej cie­ka­wo­ścią.

Zdany eg­za­min znacz­nie przy­bli­żył ją do celu. Ku jej ra­do­ści ku­zyn Ja­cques cze­kał na nią przed In­sti­tut Sa­inte-Ma­rie i z uśmie­chem na twa­rzy otwo­rzył jej drzwi swo­jego no­wego au­to­mo­bilu.

- Wi­dzę, że na­wet ko­bieta z dy­plo­mem może być atrak­cyjna - przy­znał. - Czy mogę za­brać cię na prze­jażdżkę, by uczcić ten dzień?

Si­mone była prze­szczę­śliwa. W dzie­ciń­stwie ona i Ja­cques bli­sko się przy­jaź­nili. Póź­niej po­dzi­wiała swego star­szego to­wa­rzy­sza. A te­raz była go­towa się w nim za­ko­chać. Ten przy­stojny, gu­stow­nie ubrany męż­czy­zna miesz­kał ra­zem z sio­strą i go­spo­sią w du­żym miesz­ka­niu przy bo­ule­vard Mont­par­nasse i nikt mu nie mó­wił, co ma ro­bić. Był praw­dzi­wym świa­tow­cem, czę­sto wy­cho­dził na mia­sto, znał wszyst­kie modne dan­cingi i ga­le­rie. To on przy­bli­żył Si­mone sur­re­alizm. Go­dzi­nami prze­sia­dy­wali ra­zem, roz­ma­wia­jąc o sztuce i li­te­ra­tu­rze. Jej su­rowa za­zwy­czaj matka po­zwa­lała, by za­bie­rał ją na spa­cer albo do kina. Także oj­ciec lu­bił go i ce­nił; kiedy Ja­cques wie­czo­rami od­pro­wa­dzał Si­mone do domu, uci­nali so­bie po­ga­wędkę.

Na samą myśl o tym Si­mone wy­krzy­wiała twarz. Przy ta­kich oka­zjach jej oj­ciec i Ja­cques pro­wa­dzili nie­koń­czące się dys­ku­sje o li­te­ra­tu­rze i te­atrze. Oj­ciec po­tę­piał mo­der­nizm i za­chwa­lał kla­sy­ków. Si­mone mia­łaby na ten te­mat sporo do po­wie­dze­nia, ale nie­sto­sow­nie by­łoby się mie­szać do roz­mowy - oj­ciec dał jej to ja­sno do zro­zu­mie­nia. Ko­bieta nie po­winna prze­ry­wać męż­czy­znom. Kiedy Geo­r­ges miał dość jej obec­no­ści, kładł dłoń na ra­mie­niu Ja­cques'a i ra­zem za­szy­wali się w ga­bi­ne­cie. Si­mone aż ki­piała gnie­wem.

Dzi­siaj Ja­cques na­le­żał jed­nak tylko do niej. Si­mone opu­ściła da­szek prze­ciw­sło­neczny, by przej­rzeć się w lu­sterku. W ostat­nim cza­sie bar­dzo wy­ład­niała, brzyd­kie ka­czątko prze­obra­ziło się w ła­bę­dzia. Choć na­dal nie przy­wią­zy­wała zbyt­niej wagi do swo­jego wy­glądu, jej nie­fo­remne stroje kryły syl­wetkę pięk­nej mło­dej ko­biety. Sama naj­bar­dziej lu­biła swoje ja­sne oczy w ko­lo­rze nie­za­po­mi­na­jek, po­ły­sku­jące na jej sub­tel­nej twa­rzy. Kilka dni wcze­śniej ścięła dłu­gie włosy na modny obec­nie bob. Jej przy­ja­ciółka Zaza no­siła po­dobną fry­zurę i w fil­co­wych ka­pe­lu­szach w kształ­cie dzwo­neczka wy­glą­dała uro­czo. Si­mone miała jed­nak zbyt wiot­kie włosy, a do tego po­cią­głą twarz, więc ta­kie ucze­sa­nie po pro­stu do niej nie pa­so­wało, choć jej ko­lega René Ma­heu, na­zy­wany Lamą, twier­dził ina­czej. Był co prawda żo­naty, ale ko­chał się w Si­mone. Wciąż ją po­dzi­wiał i nie­ustan­nie za­chwa­lał to jej urodę, to mą­drość, a na­wet jej ochry­pły głos, któ­rym ci­skała ar­gu­men­tami ni­czym wy­strze­li­wa­nymi z ka­ra­binu po­ci­skami. My­lił się jed­nak w kwe­stii fry­zury - ta była zwy­czaj­nie nie­udana. Tego dnia Si­mone zwią­zała włosy chustką w ja­sne plamki, chcąc ukryć to, co naj­gor­sze.

Ja­cques naj­wy­raź­niej nie za­uwa­żył zmiany, po­wie­dział tylko, że chustka ład­nie współ­gra z bia­łym koł­nie­rzy­kiem jej bluzki.

- Wy­glą­dasz na sym­pa­tycz­nego mło­dzieńca - dro­czył się.

Si­mone prze­chy­liła się i oparła o jego ra­mię, gdy trą­biąc, wy­ko­nał gwał­towny ma­newr i wy­prze­dził inny sa­mo­chód. Po chwili się wy­pro­sto­wała, za­mknęła lu­sterko. Ja­cques nie po­świę­cał swej apa­ry­cji wiele uwagi, był po pro­stu pie­kiel­nie przy­stojny. Si­mone przy­glą­dała się z ukosa jego kształt­nej twa­rzy. Lekko zmru­żył oczy, miał w so­bie coś z po­szu­ki­wa­cza przy­gód. Za­uwa­żył jej spoj­rze­nie i się ro­ze­śmiał.

- Za­raz bę­dziemy na miej­scu - oznaj­mił.

- Szkoda - od­parła Si­mone. Mo­głaby sie­dzieć obok niego ca­łymi go­dzi­nami i cie­szyć się prze­jażdżką. Wy­je­chali z mia­sta, kie­ru­jąc się na za­chód. Tylko ze względu na nią Ja­cques wy­brał trasę przez place de la Con­corde, po­środku któ­rego ku bla­do­nie­bie­skiemu niebu wzno­sił się obe­lisk, a na­stęp­nie ru­szył w kie­runku Łuku Trium­fal­nego. Wła­śnie prze­jeż­dżali pod roz­ło­ży­stymi ko­ro­nami drzew La­sku Bu­loń­skiego. O tej po­rze roku były jesz­cze bez­listne, ale wo­kół traw­ni­ków Si­mone do­strze­gła po­ły­sku­jące kwiaty ma­gno­lii oraz żółć ja­śminu i żon­kili.

- Ależ tu pięk­nie - wes­tchnęła, wy­sta­wia­jąc rękę przez okno, by po­czuć po­wiew chłod­nego wia­tru.

- We wszyst­kim znaj­du­jesz coś pięk­nego - po­wie­dział Ja­cques, krę­cąc głową.

- Ależ wio­sna w Pa­ryżu jest cu­downa, nie są­dzisz? Spójrz na tę ak­sa­mitną zie­leń. Taka barwa po­ja­wia się tylko te­raz. Za ty­dzień już jej nie zo­ba­czysz. - Przy­mknąw­szy po­wieki, wy­sta­wiła twarz ku słońcu, które wła­śnie prze­biło się przez za­słonę chmur. Po chwili znów zer­k­nęła na Ja­cques'a. Z we­rwą za­par­ko­wał sa­mo­chód, po czym go ob­szedł, by otwo­rzyć jej drzwi.

- Mogę pro­sić?

Si­mone uśmiech­nęła się do niego.

- Na co masz ochotę? Prze­jażdżka ło­dzią czy lody?

- I to, i to - za­wo­łała. - Ale mu­szę być w domu przed ósmą. Tato chce uczcić mój eg­za­min.

Wy­na­jęli jedną z nie­wiel­kich łó­dek o kształ­cie ła­bę­dzia i le­ni­wie wy­pły­nęli na śro­dek je­ziora.

Ja­cques wy­cią­gnął z kie­szeni ma­ry­narki książkę. To był Mój przy­ja­ciel Me­aul­nes, po­wieść Ala­ina-Fo­ur­niera, uwa­żana przez wielu za na­stęp­czy­nię Wer­tera Go­ethego, po­nie­waż opo­wia­dała o mi­ło­ści - wiel­kiej, nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści - którą można po­czuć tylko za młodu. Hi­sto­ria ta wpro­wa­dziła Si­mone w stan emo­cjo­nal­nego cha­osu, od tej pory jej sub­telne uczu­cia do Ja­cques'a zy­skały na in­ten­syw­no­ści. Osta­tecz­nie pchnęło ją to do uzna­nia li­te­ra­tury za sub­sty­tut re­li­gii. Si­mone wie­rzyła w moc słowa, po­wie­ści stały się dla niej nową Bi­blią, na­wet je­śli przy­spo­rzyła tym matce zmar­twień o zba­wie­nie córki.

- Nie mu­sisz mi jej czy­tać. Znam na pa­mięć całe frag­menty.

- No do­brze, w ta­kim ra­zie może dasz się sku­sić na Chłop­czycę? Twoja fry­zura w sam raz do niej pa­suje.

A więc za­uwa­żył moją fry­zurę - po­my­ślała Si­mone, kiedy wy­cią­gał książkę z dru­giej kie­szeni. Za­chi­cho­tała. Po­wieść Vic­tora Mar­gu­eritte'a wy­wo­ły­wała je­den skan­dal za dru­gim, po­nie­waż jej główna bo­ha­terka, Mo­ni­que Ler­bier, opie­rała się pla­nom mał­żeń­skim kre­ślo­nym przez ro­dzi­ców, a przy tym pro­wa­dziła na­der nie­za­leżne ży­cie. Si­mone, a jakże, prze­czy­tała rów­nież i tę książkę, oczy­wi­ście ukrad­kiem, bez wie­dzy ro­dzi­ców. W trak­cie lek­tury nie raz za­pra­gnęła pójść w ślady Mo­ni­que.

- Tę także znam. - Mach­nęła ręką. - Tylko nie po­ka­zuj jej ma­mie, bo już ni­gdy nie po­zwoli mi z tobą wyjść.

- Czy ona na­dal cen­zu­ruje twoje lek­tury?

- Dała już za wy­graną. - Dziew­czyna po­trzą­snęła głową z iry­ta­cją na wspo­mnie­nie Fra­nço­ise spi­na­ją­cej szpil­kami do wło­sów stro­nice, któ­rych nie po­winny czy­tać jej córki. Si­mone rzecz ja­sna za­wsze za­czy­nała od tych wła­śnie frag­men­tów, a po­tem wbi­jała szpilki do­kład­nie w te same dziury.

- Chce, że­byś była grzeczną pa­nienką i miała szanse do­brze wyjść za mąż - od­parł Ja­cques.

- Ja? Do­brze wyjść za mąż? Wiesz, że to nie­re­alne, bo tato nie może za­pła­cić po­sagu.

- Wiem też, że wcale tego nie chcesz.

- Wyjść za mąż? Zro­bię to, ow­szem, ale nie za byle kogo, a już na pewno nie za ko­goś, kogo wy­biorą dla mnie ro­dzice. - Si­mone dziar­sko spoj­rzała na niego z ukosa, by spraw­dzić, czy zro­zu­miał jej alu­zję.

Za­miast za­re­ago­wać, Ja­cques ener­gicz­nie chwy­cił za wio­sła. Jakby chciał za­po­biec wpły­nię­ciu na mie­li­znę, choć od jed­nej ze sztucz­nych wysp dzie­liła ich jesz­cze spora od­le­głość.

Przez resztę po­po­łu­dnia znów jed­nak grał urze­ka­ją­cego cza­ro­dzieja.

Do domu do­tarli w samą porę, Si­mone zdąży pójść z oj­cem do te­atru.

Pod­czas gdy Geo­r­ges za­pro­wa­dził Ja­cques'a do ga­bi­netu, chcąc za­mie­nić z nim słowo "jak męż­czy­zna z męż­czy­zną", Si­mone czmych­nęła do swo­jego po­koju, aby spiesz­nie prze­cze­sać grze­bie­niem roz­czo­chrane włosy i na nowo za­wią­zać chustkę. Jej po­liczki na­brały ru­mień­ców, a skóra zda­wała się lśnić, lecz na­wet to za­pewne nie prze­kona ojca, który nie po­tra­fił do­strzec w swo­jej córce nic pięk­nego. Cie­kawe, o czym te­raz roz­ma­wia z Ja­kiem. O ich mał­żeń­stwie? Dla niej by­łoby to speł­nie­niem ma­rzeń, oj­ciec zaś mu­siałby w końcu przy­znać, że mimo wszystko sama po­trafi zna­leźć so­bie męża.

Wes­tchnęła.

Si­mone nie mo­gła po­jąć, dla­czego oj­ciec tak bar­dzo się na niej za­wiódł. Jego słowa o tym, że my­śli jak męż­czy­zna, za­wsze na­pa­wały ją dumą. Uczyła się i pra­co­wała, by spro­stać temu wy­obra­że­niu. Dziś uzy­skała swój pierw­szy dy­plom, chciała mu tym za­im­po­no­wać. On jed­nak na­wet nie za­py­tał, czego do­ty­czył eg­za­min. W ogóle go to nie in­te­re­so­wało.

Si­mone już dawno prze­stała się uczyć, by zro­bić na ojcu wra­że­nie. Za­kosz­to­wała wie­dzy, a każda prze­czy­tana książka roz­bu­dzała w niej cie­ka­wość ko­lej­nych lek­tur. Uwiel­biała roz­trzą­sać kwe­stie na­ukowe i od­kry­wać nowe rze­czy, wy­my­ślać prze­ko­nu­jące ar­gu­menty i za­ska­ki­wać in­nych swoją by­stro­ścią.

Uśmiech­nęła się do sie­bie, po czym wró­ciła do po­zo­sta­łych.

Roz­dział 2

Zima 1927 roku

Si­mone już dawno po­go­dziła się z my­ślą, że nie za­wrze za­aran­żo­wa­nego mał­żeń­stwa, co było normą dla ko­biet z war­stwy spo­łecz­nej, do któ­rej przy­na­le­żała. Jej oj­ciec stra­cił więk­szość ma­jątku na ro­syj­skich ob­li­ga­cjach wo­jen­nych, a po­zo­stały ka­pi­tał roz­trwo­nił w ry­zy­kow­nych przed­się­wzię­ciach, przez co drzwi wielu do­mów z wyż­szych sfer były przed nią za­mknięte.

Si­mone bę­dzie mu­siała sama za­ro­bić na swoje utrzy­ma­nie. Za­nim osią­gnie suk­ces li­te­racki, po­dej­mie się pracy na­uczy­cielki. Gdyby była męż­czy­zną, mo­głaby uczęsz­czać do pa­ry­skiej École nor­male su­périeure, gdzie kształ­cili się naj­lepsi na­uczy­ciele w kraju. Z pew­no­ścią by so­bie po­ra­dziła, pro­blem w tym, że nie­mal nie przyj­mo­wano tam ko­biet. Za­pi­sała się więc do róż­nych szkół - do In­sti­tut Ca­tho­li­que, Ly­cée Sa­inte-Ma­rie w Neu­illy oraz na Sor­bonę - by stu­dio­wać ma­te­ma­tykę, li­te­ra­turę, grekę i ła­cinę, a także fi­lo­zo­fię. By do­stać się z jed­nej szkoły do dru­giej, jeź­dziła me­trem i au­to­bu­sem po ca­łym Pa­ryżu. Poza tym matka uparła się, by co­dzien­nie wra­cała do domu na obiad. Si­mone po­lu­biła te wę­drówki, po­nie­waż przez ni­kogo nie­zau­wa­żona mo­gła w spo­koju czy­tać i od­da­wać się ma­rze­niom. Cza­sem wy­sia­dała, gdzie po­pa­dło, by od­kry­wać nie­znane za­ułki lub oko­lice. Mimo wszystko uznała jed­nak, że ta­kie ży­cie jest do­syć mę­czące.

Oce­niła, że na­uka zaj­mie jej ja­kieś cztery lata. Toż to cała wiecz­ność! - po­my­ślała. Tak długo bę­dzie zmu­szona miesz­kać z ro­dzi­cami i prze­strze­gać licz­nych na­ka­zów i ogra­ni­czeń.

- Dla­czego nie udzie­lasz pry­wat­nych ko­re­pe­ty­cji? - za­su­ge­ro­wała matka, co­raz bar­dziej za­tro­skana o zba­wie­nie jej du­szy. Córka uczęsz­czała do szkoły ko­ściel­nej, gdzie kry­tycz­nie od­no­szono się do na­ucza­nia świec­kiego, a te­raz za­mie­rzała stu­dio­wać aku­rat fi­lo­zo­fię.

- Chcesz ro­bić za ta­pira? - obu­rzył się oj­ciec. "Ta­pir" było drwią­cym okre­śle­niem pry­wat­nego ko­re­pe­ty­tora. Za szczyt głu­poty oj­ciec uzna­wał jed­nak pracę w szkole. Urzęd­ni­kami gar­dził jesz­cze bar­dziej niż ta­pi­rami. - Dla­czego nie za­czniesz stu­dio­wać prawa? To za­wsze się przy­daje - rzekł. Sam był praw­ni­kiem, ale po woj­nie mu­siał zre­zy­gno­wać z pro­wa­dze­nia kan­ce­la­rii i ni­gdy już nie wró­cił do za­wodu.

Si­mone nie mo­gła dłu­żej tego słu­chać. Już od dawna nie zwa­żała na opi­nię ojca. Nie łak­nęła jego po­chwał. Ukoń­czy swoje stu­dia, po­tem... zo­ba­czymy. Kiedy mu to po­wie­działa, wy­buch­nął zło­ścią. Si­mone wstała i wy­szła z po­koju.

Tego wie­czoru, gdy sio­stry le­żały w łóż­kach, Po­upette za­py­tała:

- Dla­czego za­wsze mu­sisz się od­róż­niać od po­zo­sta­łych? Dla­czego wszyst­kich do sie­bie zra­żasz, a po­tem się dzi­wisz, że nikt cię nie lubi? - W jej gło­sie po­brzmie­wał wy­rzut, ale także nuta po­dziwu.

Si­mone nie za­sta­na­wiała się długo nad od­po­wie­dzią.

- Je­stem po pro­stu inna. Nie chcę, aby ktoś za mnie de­cy­do­wał o moim ży­ciu. Je­stem Si­mone, je­stem sobą, a nie kimś, za kogo inni ze­chcą mnie uznać.

- To mę­czące, prawda?

Si­mone przy­tak­nęła. Tak, to było wy­czer­pu­jące, cza­sem na­wet po­nad jej siły. Ale in­nej drogi nie znała.

Fra­nço­ise nie mo­gła znieść, kiedy Si­mone po­grą­żała się w lek­tu­rze. Wciąż miała na­dzieję, że jej córka znaj­dzie męża w od­po­wied­nim to­wa­rzy­stwie, i ko­rzy­stała z każ­dej oka­zji, by wy­cią­gnąć ją z domu.

- Si­mone, pro­szę, szy­kuj się. Wiesz, że je­ste­śmy za­pro­szeni do Bru­ge­rów. - Matka otwo­rzyła drzwi do po­koju, kiedy Si­mone le­żała na łóżku i czy­tała. W gło­sie Fra­nço­ise dało się wy­czuć znie­cier­pli­wie­nie. Już dwa razy upo­mniała córkę. Po­upette stała w płasz­czu za jej ple­cami.

- Nie idę. Mu­szę po­pra­co­wać. Ju­tro za­czyna się nowy se­mestr. - Si­mone osten­ta­cyj­nie prze­wró­ciła się na drugi bok.

- Ależ oczy­wi­ście, że pój­dziesz - od­po­wie­działa matka prze­ni­kli­wym, po­gar­dli­wym to­nem, któ­rego Si­mone tak bar­dzo nie zno­siła. - Pań­stwo Bru­ge­ro­wie są przy­ja­ciółmi ro­dziny i za­pro­sili nas na ape­ri­tif. Będą tam rów­nież Ca­stel­le­to­wie.

- Dla mnie ci lu­dzie są nudni.

- Co za non­sens! No już, ubie­raj się.

Matka nie dała jej wy­boru. Si­mone prze­sie­działa dwie przy­dłu­gie go­dziny w za­tło­czo­nym sa­lo­nie Bru­ge­rów, zmu­szona przy­słu­chi­wać się ja­ło­wej pa­pla­ni­nie i zno­sić lek­ce­wa­żące spoj­rze­nia ma­dame Ca­stel­let, która wy­chwa­lała pod nie­biosa wła­snego syna. Usiadł nie­śmiało obok niej i przez całe po­po­łu­dnie nie ode­zwał się sło­wem. Si­mone uwa­żała go za nie­sły­cha­nie dur­nego. Jakże nie­szcze­rzy byli ci lu­dzie. Oni nie żyli, a tylko uda­wali! Si­mone skrzy­wiła się i nie od­po­wia­dała na za­da­wane jej py­ta­nia.

- To trudny wiek - oznaj­miła ma­dame Bru­ger na po­że­gna­nie. Te kon­szachty na do­bre zi­ry­to­wały Si­mone. Roz­ma­wiają o niej tak, jakby nie stała tuż obok. I za­cho­wują się, jakby wie­działy wszystko o dziew­czy­nach w jej wieku. Si­mone nie była jed­nak jak wszyst­kie inne - i ni­gdy nie bę­dzie.

W dro­dze po­wrot­nej do domu matka ro­biła jej cierp­kie wy­rzuty. Za­cho­wuje się nie­sto­sow­nie, znie­chęca do sie­bie lu­dzi.

- W ten spo­sób ni­gdy nie znaj­dziesz męża.

Si­mone przy­sta­nęła i spoj­rzała na nią oszo­ło­miona.

- Na­prawdę chcesz mnie wy­dać za ta­kiego przy­głupa? Nie chcę męża. I mieć nie będę, bo papa roz­trwo­nił mój po­sag, o czym wszy­scy do­brze wiemy!

Fra­nço­ise pod­nio­sła rękę - Si­mone są­dziła, że matka ją ude­rzy - po chwili jed­nak ją opu­ściła, spo­strze­gł­szy, że zwraca na sie­bie uwagę prze­chod­niów. W mil­cze­niu ru­szyły do domu.

Matka bez wąt­pie­nia opo­wie­działa ojcu o jej nie­sto­sow­nym za­cho­wa­niu. Si­mone do­strze­gła w jego oczach roz­cza­ro­wa­nie, gdy na­stęp­nego wie­czoru sie­działa przy stole prze­mę­czona, z nie­umy­tymi wło­sami i w zno­szo­nym ubra­niu, ucząc się grec­kich cza­sow­ni­ków, za­miast roz­po­cząć uprzejme po­ga­duszki.

- Je­steś nie­wdzięcz­nym po­two­rem - prych­nął.

Si­mone po­czuła się do­tknięta do ży­wego. Nic jed­nak nie mo­gła zro­bić. Oj­ciec już od dawna nie był dla niej wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. Nie mo­gła za­po­mnieć, że sam nie pa­no­wał nad wła­snym ży­ciem. Gar­dził książ­kami, które czy­tała. Od­rzu­cał bez­wied­nie wszystko, co nie­fran­cu­skie. Był nie­prze­jed­nany i ogra­ni­czony, a do tego ule­gły. Każ­dego wie­czoru wy­cho­dził na par­tyjkę bry­dża i uwa­żał, że jed­nym z przy­ro­dzo­nych praw męż­czy­zny jest przy­godna nie­wier­ność, pod­czas gdy ko­biety po­winny być cno­tliwe. Ja­kim pra­wem czło­wiek ten mó­wił jej, jak ma po­stę­po­wać?

Zer­ka­jąc do książki i od­mie­nia­jąc w pa­mięci cza­sow­niki, Si­mone po­my­ślała o Za­zie. Kiedy w czwar­tej kla­sie dziew­czyna za­jęła obok niej miej­sce w ławce, zo­stały naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Si­mone po­znała wów­czas bło­go­sła­wień­stwo praw­dzi­wej przy­jaźni. Zaza po­cho­dziła z bo­ga­tej, po­boż­nej ro­dziny, miała liczne ro­dzeń­stwo, a obo­wiązki to­wa­rzy­skie wy­peł­niała z gra­cją i ła­two­ścią. Umiała pro­wa­dzić roz­mowę, po­da­wać her­batę, za­wsze była nie­na­gan­nie ubrana. Ni­gdy nie pod­no­siła głosu ani nie śmiała się gło­śno. Si­mone po­dzi­wiała ją za­równo za jej ta­lent pia­ni­styczny, jak i za eru­dy­cję. Jak uda­wało się jej być po­słuszną córką, a za­ra­zem kimś w ro­dzaju przy­ja­ciółki wła­snej matki? Nie­stety, rzadko się wi­dy­wały, gdyż Zaza wciąż była za­jęta ro­dzin­nymi obo­wiąz­kami. Si­mone bar­dzo za nią tę­sk­niła, czu­jąc do­tkli­wiej niż kie­dy­kol­wiek ogromną wagę ich przy­jaźni.

Taki wła­śnie musi być męż­czy­zna, któ­rego pew­nego dnia po­ko­cham - po­wta­rzała so­bie. Nie mogę mieć ani krzty wąt­pli­wo­ści, że jest tym je­dy­nym, bo ina­czej wciąż mu­sia­ła­bym za­da­wać so­bie py­ta­nie: dla­czego wła­śnie on, a nie ktoś inny?

Spoj­rzała na ro­dzi­ców, któ­rzy chęt­nie wy­da­liby ją za mąż za ja­kie­goś nu­dzia­rza. Po­czuła sa­tys­fak­cję z tego, jak bar­dzo od­da­liła się od ro­dzi­ców i swo­jej klasy spo­łecz­nej. Na­wet Bóg nie był dla niej ostoją - już w wieku czter­na­stu lat uznała, że nie ist­nieje. Do­kąd jed­nak zmie­rza? Gdzie jest jej miej­sce na ziemi? Gdyby tylko miała z kim po­roz­ma­wiać o swo­ich wąt­pli­wo­ściach, o nur­tu­ją­cym ją pra­gnie­niu au­ten­tycz­nego, uczci­wego ży­cia. Nie miała ni­kogo, kto po­dzie­lałby jej spo­sób my­śle­nia, kwe­stio­no­wa­nia świata.

Matka za­uwa­żyła jej kry­tyczne spoj­rze­nie. Si­mone na po­wrót po­chy­liła się nad słów­kami.

Przed zwąt­pie­niem i nudą miały ją uchro­nić za­ję­cia in­te­lek­tu­alne. Si­mone wy­zna­czyła so­bie ry­go­ry­styczny har­mo­no­gram dnia - każdą mi­nutę wy­peł­niały jej lek­tury. Jesz­cze mniej zwa­żała na swój wy­gląd - nie dbała ani o stroje, ani o fry­zurę. Gdy nie miała wy­kła­dów, całe dnie spę­dzała w Bi­blio­tece Na­ro­do­wej przy rue de Ri­che­lieu. Już sam spa­cer do jej gma­chu, przez dzie­więt­na­sto­wieczne za­da­szone pa­saże, obok haf­ciarni i warsz­tatu por­ce­la­no­wych la­lek, spra­wiał jej czy­stą przy­jem­ność. Kiedy prze­cho­dziła przez drew­nianą bramkę ob­ro­tową, która, za­trza­sku­jąc się za nią, wy­da­wała cha­rak­te­ry­styczny dźwięk, i wkra­czała do ogrom­nej czy­telni skle­pio­nej licz­nymi świe­tli­kami, przy­wo­dzą­cymi na myśl roz­ło­żone pa­ra­sole, za­mie­rało jej serce. Była przy­tło­czona - na pię­tro­wych, nie­bo­tycz­nych re­ga­łach prze­cho­wy­wano książki i rę­ko­pisy, nuty i ob­razy, ga­zety, ka­ta­logi i wszel­kie druki, kry­jące w so­bie całą wie­dzę Fran­cji. Tu tkwi od­po­wiedź na każde py­ta­nie. Za­pewne w jed­nej z owych se­tek ty­sięcy ksią­żek znaj­dzie też wy­ja­śnie­nie, dla­czego jest taka nie­szczę­śliwa i wciąż skłó­cona z matką. Musi tylko od­szu­kać wła­ściwy tom.

Już w progu do­strze­gła, że jej ulu­bione miej­sce na­dal jest wolne. Znaj­do­wało się przy przej­ściu, po le­wej stro­nie, nu­mer 271. Po­de­szła szyb­kim kro­kiem, od­su­nęła krze­sło i usia­dła przy sze­ro­kim stole ze skó­rzaną wstawką. Włą­czyła lampę z zie­lo­nym szkla­nym klo­szem, po czym na chwilę przy­mknęła oczy, by się sku­pić i roz­ko­szo­wać tą nie­zwy­kłą, jakże lu­bianą przez sie­bie at­mos­ferą.

Wo­kół roz­brzmie­wało wszech­obecne skrzy­pie­nie par­kietu i zu­ży­tych krze­seł, do któ­rego przy­wy­kła tak bar­dzo, że miała wra­że­nie, iż bez niego nie po­tra­fi­łaby się sku­pić na czy­ta­niu. Co pe­wien czas dało się sły­szeć od­głosy poczty pneu­ma­tycz­nej. Si­mone lu­biła so­bie wy­obra­żać ową wę­drówkę pa­pie­rów z in­nego pię­tra czy skrzy­dła bu­dynku, prze­sy­ła­nych pod ci­śnie­niem przez rury, a w końcu wy­plu­wa­nych w ką­cie sali.

Ktoś obok niej od­chrząk­nął. Ock­nęła się. Otwo­rzyła książkę i za­częła czy­tać.

Kiedy zgłod­niała, zro­biła so­bie prze­rwę. W końcu zdo­łała wy­mu­sić na matce zgodę, by nie wra­cać w po­łu­dnie do domu na obiad, gdyż mar­no­wała za dużo czasu w me­trze. Po­szła po ba­gietkę i ka­wa­łek sera, po czym usia­dła w ogro­dzie Pa­lais-Royal, od­da­lo­nym za­le­d­wie o jedną prze­cznicę. Od tego czasu wio­sną zwy­kle sia­dała na ławce pod jed­nym z tu­li­pa­now­ców, które w tym osło­nię­tym ze wszyst­kich stron parku za­kwi­tały wcze­śniej niż gdzie in­dziej. W ra­zie desz­czu szu­kała miej­sca pod ar­ka­dami. Po­tem wra­cała i pra­co­wała da­lej, do­póki kie­row­nik zmiany w czy­telni nie oznaj­mił po­waż­nym gło­sem: "Mes­sieurs, za­my­kamy". Któ­re­goś dnia po­de­szła do jego biurka i za­py­tała, czy do­ty­czy to rów­nież pań, ale męż­czy­zna tylko spoj­rzał na nią bez zro­zu­mie­nia. Po wyj­ściu na ze­wnątrz za­nu­rzała się w świe­tle po­po­łu­dnia i do­piero po chwili uświa­da­miała so­bie, że jest w Pa­ryżu. Wo­kół niej krzą­tali się lu­dzie za­jęci co­dzien­nymi spra­wami. Wy­no­sili śmieci albo ku­po­wali chleb, pod­czas gdy ona po­grą­żała się bez reszty w swoim du­cho­wym świe­cie. Czę­sto cha­dzała aż nad Se­kwanę, a kiedy wie­czorne słońce ob­le­wało liczne okna Luwru zło­tym bla­skiem, nie­rzadko do oczu na­pły­wały jej łzy ra­do­ści.

Mimo za­do­wo­le­nia z drogi, jaką w ży­ciu ob­rała, czę­sto prze­szy­wała ją po­tworna nie­pew­ność i ogar­niały dziwne uczu­cia. Ca­łymi no­cami pła­kała za Ja­kiem. Zwy­czaj­nie nie ro­zu­miała, jak winna trak­to­wać ten zwią­zek. Cza­sem nim gar­dziła, są­dząc, że mar­nuje so­bie ży­cie. Prze­padł na eg­za­mi­nie z prawa i był tym sfru­stro­wany, nie pod­jął jed­nak sta­rań, by go po­wtó­rzyć. Przez wiele ty­go­dni nie da­wał znaku ży­cia, a ona usy­chała z tę­sk­noty.

Po­cie­chę od­naj­dy­wała w roz­mo­wach z Zazą. Oj­ciec przy­ja­ciółki pod­jął nową pracę, przy­no­szącą znaczny do­chód. Ro­dzina prze­pro­wa­dziła się do oka­za­łego miesz­ka­nia, ku­piła sa­mo­chód. Z tego względu Zaza miała jesz­cze wię­cej obo­wiąz­ków to­wa­rzy­skich i pra­wie nie znaj­do­wała dla Si­mone czasu. Nie­rzadko spę­dzały ra­zem tylko kilka go­dzin w nie­dzielę, spa­ce­ru­jąc po Champs-Ély­sées. Si­mone zwie­rzała się wów­czas przy­ja­ciółce ze swych wąt­pli­wo­ści, opo­wia­dała o ma­rze­niach. Zaza sta­rała się oka­zy­wać wy­ro­zu­mia­łość, uznała jed­nak, że Si­mone pra­gnie zbyt wiele.

- Uwa­żam, że je­steś bar­dzo od­ważna. Ale ko­bieta chce mieć w końcu dzieci i męża - oznaj­miła - ta­kie jest jej prze­zna­cze­nie, prawda?

- Bo tak na­pi­sano w Bi­blii? - za­py­tała Si­mone ostrym to­nem. - Już od dawna w to nie wie­rzę.

Zaza spoj­rzała na nią prze­ra­żona.

Swoją in­te­li­gen­cją oraz do­brymi stop­niami Si­mone co­raz czę­ściej zwra­cała uwagę in­nych stu­den­tów, głów­nie mło­dych męż­czyzn. Schle­biało jej, że gro­ma­dzili się wo­kół niej i za­da­wali jej py­ta­nia. La­tem 1928 roku zdała eg­za­min z fi­lo­zo­fii z dru­gim naj­lep­szym wy­ni­kiem na roku. Trze­cią lo­katę za­jął młody czło­wiek na­zwi­skiem Mau­rice Mer­leau-Ponty. W dniu ogło­sze­nia wy­ni­ków przed­sta­wił się jej i po­gra­tu­lo­wał suk­cesu. Przy­go­to­wy­wał się do eg­za­minu w eli­tar­nej École nor­male su­périeure, co w oczach Si­mone czy­niło go nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­cym. Może zdoła go wy­py­tać o pro­wa­dzone tam wy­kłady. Jako męż­czy­zna wzbu­dzał w niej ra­czej obo­jęt­ność; był wy­soki i mało zgrabny, nie po­cią­gał jej. Nie miało to jed­nak zna­cze­nia, bo za­wsze za­cho­wy­wał się szar­mancko, a przede wszyst­kim był in­te­li­gentny, czym zy­ski­wał w oczach Si­mone. Była za­chwy­cona, gdy pro­wa­dził z nią po­ważne dys­puty fi­lo­zo­ficzne. W końcu zna­la­zła dla sie­bie rów­no­rzęd­nego part­nera do roz­mów. Mniej ucie­szyło ją to, że był za­go­rza­łym ka­to­li­kiem, ale przy­naj­mniej miała oka­zję to­czyć z nim wie­lo­go­dzinne dys­ku­sje o ko­ściel­nych mi­sty­kach.

Si­mone za­częła pro­wa­dzić za­ję­cia dla młod­szych uczniów w swo­jej daw­nej szkole. Dzięki temu zy­skała do­dat­kową swo­bodę. Mo­gła po­wie­dzieć matce, że musi da­wać lek­cje, a za za­ro­bione pie­nią­dze ku­po­wać książki i naj­tań­sze bi­lety na kon­certy do Châte­let lub na przed­sta­wie­nia Bal­lets Rus­ses.

W wieku lat dwu­dzie­stu po­sta­no­wiła zro­bić wszystko, by skró­cić czas stu­diów - im ry­chlej po­dej­mie pracę, tym szyb­ciej bę­dzie mo­gła się cie­szyć długo wy­cze­ki­waną wol­no­ścią.

- Pro­fe­sor Brun­schvicg po­zwoli mi zro­bić dy­plom i jed­no­cze­śnie przy­go­to­wać się do kon­kursu re­kru­ta­cyj­nego w École nor­male su­périeure. Dzięki temu zdo­będę kwa­li­fi­ka­cje do na­ucza­nia w szko­łach. Je­stem jedną z pierw­szych przy­ję­tych stu­den­tek. Za­osz­czę­dzę cały rok - mó­wiła z dumą przy wie­czor­nej ko­la­cji.

Ro­dzice nie chcieli się na to zgo­dzić. Si­mone przez kilka ty­go­dni nie od­zy­wała się do nich sło­wem, aż w końcu ustą­pili. Była prze­szczę­śliwa. Jesz­cze tylko pół­tora roku i na­resz­cie zy­ska sa­mo­dziel­ność.

Wszystko mo­głoby się uło­żyć, gdyby Ja­cques nie mu­siał od­być służby woj­sko­wej w Al­gie­rii. Nie bę­dzie go przez czter­na­ście dłu­gich mie­sięcy. Si­mone my­ślała, że skona z roz­pa­czy. Jak zdoła prze­żyć bez uko­cha­nego Ja­cques'a? Za­częła so­bie wma­wiać, że i tak nie mia­łaby dla niego czasu, skoro chce ukoń­czyć stu­dia zgod­nie z pla­nem.

Z roz­dar­tym ser­cem we­szła do lo­kalu, do któ­rego za­pro­sił ją na po­że­gnalny wie­czór. Pod po­da­nym ad­re­sem mie­ścił się bar w su­te­re­nie. Zdu­miona ze­szła po scho­dach. Wnę­trze było ciemne i za­dy­mione, grała mu­zyka, pary tań­czyły bli­sko sie­bie, ca­ło­wały się. Tego się nie spo­dzie­wała. Za­stała Ja­cques'a w gro­nie ha­ła­śli­wych przy­ja­ciół. Si­mone po­ło­żyła to­rebkę na ławce i po­sta­no­wiła cie­szyć się at­mos­ferą wie­czoru. Jesz­cze ni­gdy nie była w ta­kim miej­scu. Aura pa­nu­jąca w za­ciem­nio­nym lo­kalu po­zwo­liła jej na chwilę za­po­mnieć o po­cząt­ko­wym roz­cza­ro­wa­niu. Dym ty­to­niowy i opary al­ko­holu ude­rzyły jej do głowy. Ob­ser­wo­wała in­nych go­ści, wy­piła swój pierw­szy kok­tajl i od razu po­lu­biła sło­dycz ana­nasa - spodo­bała jej się też mała pa­ra­solka, którą pró­bo­wała wy­ło­wić owoc. Przy­glą­da­jąc się wła­snemu od­bi­ciu w lu­strze i wsłu­chu­jąc w spro­śną pa­pla­ninę lu­dzi wo­kół sie­bie, za­sta­na­wiała się, co może się znaj­do­wać w licz­nych bu­tel­kach, zręcz­nie prze­sta­wia­nych przez bar­mana. Ja­kie smaki, ja­kie formy odu­rze­nia kryły się za ko­lo­ro­wymi ety­kie­tami? Ob­rzu­ciła bar­mana prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, czu­jąc się roz­pust­nie atrak­cyjna. Ja­cques od­wiózł ją póź­niej do domu. Si­mone sie­działa w au­cie obok niego i szu­kała wła­ści­wych słów.

- Za­nim wró­cisz, pra­wie skoń­czę już stu­dia - oznaj­miła. Miała na­dzieję, że pod­chwyci jej myśl. Czy nie czas na za­rę­czyny? Ale Ja­cques wpa­try­wał się nie­wzru­sze­nie w ulicę.

Pa­dał deszcz, świa­tła Pa­ryża roz­myły się w białe i czer­wone smugi na przed­niej szy­bie sa­mo­chodu. O wiele za szybko do­tarli przed dom przy rue de Ren­nes. Po­wi­nien wresz­cie coś po­wie­dzieć, na­de­szła chwila na roz­mowę w cztery oczy. Pra­gnęła, by ją po­ca­ło­wał i po­pro­sił, żeby na niego za­cze­kała - po­biorą się, gdy ukoń­czy służbę woj­skową.

Ale Ja­cques tego nie zro­bił.

- Au re­voir - po­wie­dział tylko na po­że­gna­nie, po­chy­la­jąc się, by otwo­rzyć drzwi pa­sa­żera. Wy­sia­dła, a on od­je­chał.

Si­mone stała sama na środku chod­nika i pa­trzyła na od­da­la­jący się sa­mo­chód, zbyt oszo­ło­miona, by co­kol­wiek po­wie­dzieć lub po­my­śleć.

Przez na­stępne ty­go­dnie wma­wiała so­bie, że nie tę­skni za Ja­kiem. Nie znaj­do­wała czasu na uczu­cia, po­nie­waż znów miała wię­cej obo­wiąz­ków. Zaj­mo­wała się obec­nie do­rob­kiem nie­miec­kiego fi­lo­zofa Got­t­frieda Wil­helma Le­ib­niza, które pro­fe­sor Brun­schvicg pod­su­nął jej jako te­mat pracy dy­plo­mo­wej.

Tylko w nie­dziele po­zwa­lała so­bie na chwilę re­laksu i ra­zem z Zazą gry­wały w te­nisa. W ten week­end za­pro­siła Mer­leau-Ponty'ego, a on przy­pro­wa­dził Gan­dil­laca, ko­legę ze stu­diów. Si­mone znała go z wi­dze­nia i uwa­żała za sym­pa­tycz­nego, bo po­cho­dził z za­moż­nej ro­dziny, a mimo to nie był za­ro­zu­miały. Grali w de­bla i świet­nie się przy tym ba­wili. W ko­lejną nie­dzielę Ponty za­pro­sił ją na wy­cieczkę ło­dzią.

- Pro­szę za­brać swoją przy­ja­ciółkę - za­pro­po­no­wał.

Si­mone ze zdu­mie­niem za­uwa­żyła, że Zaza za­cho­wuje się zu­peł­nie ina­czej niż zwy­kle. Była ży­wio­łowa, czę­sto się śmiała i nie­ustan­nie szar­pała za ob­rąb su­kienki. Całą swoją uwagę po­świę­cała Mau­rice'owi.

- Za­du­rzy­łaś się w Pon­tym - dro­czyła się Si­mone, gdy wra­cały au­to­bu­sem do domu.

Zaza przy­tak­nęła za­my­ślona.

- To wspa­niały czło­wiek. My­ślę, że spodo­bałby się ro­dzi­com.

Si­mone, ośmie­lona prze­ży­ciami pa­mięt­nego wie­czoru po­że­gnal­nego Ja­cques'a, cha­dzała te­raz do ba­rów ra­zem z Po­upette, która tym­cza­sem za­częła stu­dio­wać ma­lar­stwo. Spo­ty­kały tam ar­ty­stów, ro­bot­ni­ków i dzi­wa­ków, lu­biły roz­ma­wiać z ludźmi po­cho­dzą­cymi z zu­peł­nie in­nego świata niż ich wła­sna ro­dzina. Si­mone wy­da­wała pie­nią­dze za­ro­bione na ko­re­pe­ty­cjach. Naj­bar­dziej spodo­bał jej się Joc­key, któ­rego wnę­trze zdo­biły zdję­cia Grety Garbo i Char­liego Cha­plina. Ra­zem z Po­upette uwiel­biały prze­sia­dy­wać przy ba­rze i po­pi­jać wódkę. Cza­sem uda­wały, że się nie znają, i urzą­dzały ha­ła­śliwą awan­turę. Ba­wiło je to, że zwra­cają na sie­bie uwagę in­nych lu­dzi.

Co pe­wien czas przy­cho­dził list od Ja­cques'a. Pi­sał dziwne zda­nia, któ­rych zna­cze­nia nie ro­zu­miała. W przy­szłym roku po­rząd­nie się za to za­bie­rzemy. Uznała, że pi­sze o mał­żeń­stwie, myśl ta wpra­wiła ją w praw­dziwy bło­go­stan.

Lato spę­dziła jak zwy­kle na wsi. Jej ro­dzina miała dwa wiej­skie domy. Przez pierw­sze cztery ty­go­dnie tra­dy­cyj­nie już za­trzy­mała się w re­gio­nie Li­mo­usin. W wio­sce Mey­ri­gnac, za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od Uzer­che, jej pra­dzia­dek ku­pił swego czasu dwie­ście hek­ta­rów ziemi wraz z do­mem. Wnę­trze nie ofe­ro­wało żad­nych wy­gód, bra­ko­wało bie­żą­cej wody i elek­trycz­no­ści. Wodę czer­pano za po­mocą znaj­du­ją­cej się przed do­mem pompy, któ­rej ryt­miczny pisk stał się jed­nym z ulu­bio­nych dźwię­ków Si­mone.

Let­nie wy­jazdy do Mey­ri­gnac za­wsze spra­wiały Si­mone i Po­upette wiele ra­do­ści. Matka w ni­czym nie ogra­ni­czała ich swo­body, ca­łymi dniami mo­gły się włó­czyć po oko­licy. Ko­chały też swo­jego dziadka, który trzy­mał się usta­lo­nego rytmu dnia i na­wet wnucz­kom nie po­zwa­lał go za­kłó­cać. Kiedy po­byt w Mey­ri­gnac do­bie­gał końca, na ko­lejne ty­go­dnie wy­jeż­dżały do od­da­lo­nego le­d­wie o kilka ki­lo­me­trów La Gril­l?re, gdzie dom miała sio­stra Geo­r­ges'a.

W cza­sie wa­ka­cji Si­mone po­wró­ciła do ulu­bio­nych na­wy­ków. Czy­tała przez dłu­gie go­dziny, wy­cią­gnięta na traw­niku lub ukryta za krze­wami, od­by­wała dłu­gie spa­cery i po­dzi­wiała uroki przy­rody. Przez ty­dzień go­ściła u Zazy i jej ro­dziny, która także spę­dzała wa­ka­cje na pro­win­cji. W ogrom­nej po­sia­dło­ści krę­ciło się ośmioro ro­dzeń­stwa Zazy, mnó­stwo krew­nych, cały tłum go­ści oraz służby. Kwi­tło ży­cie to­wa­rzy­skie, or­ga­ni­zo­wano przy­ję­cia, pod­wie­czorki, tur­nieje kry­kieta oraz pik­niki. Si­mone szybko za­tę­sk­niła za ci­szą i spo­ko­jem Mey­ri­gnac. Zwłasz­cza że ani mi­nuty nie mo­gła spę­dzić sam na sam z Zazą, o co za­dbała ma­dame Le Coin, uzna­jąc, że Si­mone ma zły wpływ na jej córkę. Uwa­żała ją za zu­bo­żałą dziew­czynę po­zba­wioną ma­nier, a jej ojca za ban­kruta.

Ku swemu roz­cza­ro­wa­niu Si­mone nie mo­gła rów­nież, wzo­rem po­przed­nich lat, dzie­lić z Zazą wspól­nego po­koju. Za­miast niej w są­sied­nim łóżku spała Stefa, młoda Ukra­inka, choć w ro­dzi­nie Le Co­inów za­wsze na­zy­wano ją ma­de­mo­iselle la Po­lo­na­ise, pa­nienką z Pol­ski. Opie­ko­wała się młod­szym ro­dzeń­stwem Zazy, była uro­dziwą blon­dynką. Si­mone od razu spo­strze­gła, jak bar­dzo jest in­te­li­gentna. Stu­dio­wała na Sor­bo­nie, czym jesz­cze bar­dziej zy­skała w jej oczach.

- Dla­czego pra­cu­jesz jako gu­wer­nantka? - za­py­tała Si­mone pierw­szego wie­czoru. - Zaza po­wie­działa mi, że po­cho­dzisz z bar­dzo za­moż­nej ro­dziny.

Stefa ro­ze­śmiała się bez­tro­sko.

- Matka dała mi pie­nią­dze na stu­dia, ale je­stem okrop­nie roz­rzutna i już dawno wszystko wy­da­łam. Dla­tego zgło­si­łam się do ma­dame Le Coin, by przy­jęła mnie jako opie­kunkę do dzieci.

- Jak ją so­bie zjed­na­łaś? Nie wy­glą­dasz na za­go­rzałą ka­to­liczkę.

Stefa uśmiech­nęła się szel­mow­sko, zło­żyła dło­nie i skie­ro­wała wzrok ku niebu.

- Uda­wa­łam po­boż­ni­się, a ona mi uwie­rzyła.

Swoją zu­chwałą we­so­ło­ścią od razu za­skar­biła so­bie sym­pa­tię Si­mone. Od tej pory młode ko­biety spę­dzały noce na szep­tach i chi­cho­tach, plot­ku­jąc o tym, jak sta­ro­świeccy, ar­cy­ka­to­liccy i skąpi są Le Co­ino­wie. Stefa wciąż szo­ko­wała Si­mone swoją bez­pru­de­ryj­no­ścią. Już pierw­szej nocy zwy­czaj­nie zdjęła su­kienkę i halkę, po czym za­częła się myć, roz­ma­wia­jąc przy tym bez skrę­po­wa­nia. Si­mone jesz­cze ni­gdy nie wi­działa in­nej osoby nago, na­wet Po­upette. Za­kło­po­tana, od­wró­ciła wzrok. Z ksią­żek wie­działa wpraw­dzie co nieco o ko­bie­cej ana­to­mii oraz o sto­sun­kach mię­dzy ko­bie­tami i męż­czy­znami, nie od­wa­ży­łaby się jed­nak mó­wić o tych spra­wach rów­nie otwar­cie jak Stefa. Nie by­łaby wszakże sobą, gdyby z miej­sca nie po­zbyła się tych wąt­pli­wo­ści.

Ze szcze­gólną uwagą słu­chała opo­wie­ści o Fer­nan­dzie, hisz­pań­skim ma­la­rzu, któ­rego Stefa po­znała rok wcze­śniej w Ber­li­nie. Dziew­czyna wy­znała, że się w nim za­ko­chała - i że z nim sy­pia. Sły­sząc ta­kie hi­sto­rie, Si­mone aż otwie­rała usta ze zdu­mie­nia.

Kiedy je­sie­nią Si­mone wró­ciła do Pa­ryża, miała umię­śnione nogi, a cerę ogo­rzałą i pro­mienną. Nie mo­gła się do­cze­kać po­wrotu na stu­dia - znów całe dnie spę­dzała w bi­blio­te­kach i od­da­wała się lek­tu­rze. W nad­cho­dzą­cym se­me­strze cze­kały ją trudne dzieła Kanta. Dla uroz­ma­ice­nia czy­tała barwne hi­sto­rie z grec­kiej mi­to­lo­gii.

Być może to wła­śnie za­żyłe roz­mowy ze Stefą przy­po­mniały jej o wła­snej cie­le­sno­ści. Z upodo­ba­niem od­da­wała się skłon­no­ści do ma­rzy­ciel­stwa. W Bi­blio­tece Na­ro­do­wej za­my­kała oczy i wy­obra­żała so­bie, że sie­dzący za jej ple­cami Ja­cques, rów­nież po­grą­żony w pracy, od czasu do czasu na nią spo­gląda. Nie­rzadko samo prze­czu­cie jego obec­no­ści wy­star­czało, by dać się po­nieść fan­ta­zji. Lu­biła de­lek­to­wać się tymi cu­dow­nymi chwi­lami. Po­tem znów przy­wo­ły­wała się do po­rządku i na po­wrót po­chy­lała nad roz­ło­żo­nymi przed nią tek­stami.

Stu­dia rzadko da­wały oka­zję do wy­cho­dze­nia z domu czy spo­tkań z przy­ja­ciółmi. Stefa, dys­po­nu­jąca więk­szymi fun­du­szami, za­pra­szała ją nie­kiedy na go­rącą cze­ko­ladę do Deux Ma­gots. Tam wła­śnie Si­mone któ­re­goś dnia po­znała Fer­nanda. Był Ży­dem, do­ra­stał w Kon­stan­ty­no­polu, a fi­lo­zo­fię stu­dio­wał w Niem­czech - u Cas­si­rera, Hus­serla i He­ideg­gera. W 1924 roku przy­je­chał do Pa­ryża, by zo­stać ma­la­rzem. Na­zwi­ska tych fi­lo­zo­fów przy­kuły uwagę Si­mone, już o nich sły­szała, ale jesz­cze nie czy­tała ich dzieł. Poza tym Fer­nando był zdol­nym biz­nes­me­nem - pro­wa­dził wła­sną firmę i wspie­rał swoją zu­bo­żałą, miesz­ka­jącą w Tur­cji ro­dzinę. Stefa go­rąco go ko­chała, co jed­nak nie prze­szka­dzało jej w przyj­mo­wa­niu kon­ku­rów in­nego męż­czy­zny. Si­mone lu­biła Fer­nanda za jego roz­liczne zdol­no­ści i cza­sem wy­cho­dzili ra­zem na mia­sto. Wraz z Po­upette spę­dzała wiele czasu w Luw­rze. Po po­wro­cie Zazy do Pa­ryża znów urzą­dzały wspólne spa­cery. Gdy któ­re­goś po­po­łu­dnia za­ja­dały się go­rą­cymi kasz­ta­nami w ogro­dach Tu­ile­ries, Zaza wy­znała, że za­ko­chała się po uszy w Mau­ri­sie Mer­leau-Pon­tym.

- On za­wsze tak na mnie pa­trzy. I spra­wia, że roz­pły­wam się w ma­rze­niach.

- Wspa­niale do sie­bie pa­su­je­cie - od­parła Si­mone, ura­do­wana, że oto od­na­la­zło się dwoje jej do­brych przy­ja­ciół.

- Mama nic jesz­cze o nas nie wie - wy­znała Zaza, a Si­mone do­strze­gła na jej twa­rzy błogi uśmiech.

Si­mone była za­do­wo­lona ze swo­jego ży­cia - upo­rząd­ko­wa­nego i to­czą­cego się nie­zmien­nym ryt­mem. Za­uwa­żyła, że dzięki świet­nym wy­pra­co­wa­niom i do­sko­na­łym wy­ni­kom na eg­za­mi­nach wzbu­dza cie­ka­wość i sza­cu­nek co­raz więk­szej liczby stu­den­tów. Tego ro­dzaju do­wody uzna­nia cie­szyły ją i po­zwa­lały jej za­po­mnieć o po­gar­dli­wej dez­apro­ba­cie ze strony ojca.

Bra­ko­wało jej tylko... Ja­cques'a.

Roz­dział 3

Rok 1929

Dzie­wią­tego stycz­nia Si­mone ob­cho­dziła dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny. Tego ranka we­szła pod­eks­cy­to­wana do Ly­cée Jan­son de Sa­illy przy rue de la Pompe, nie­da­leko Łuku Trium­fal­nego. Przez na­stępne cztery ty­go­dnie miała uczyć fi­lo­zo­fii chłop­ców z tam­tej­szej dziel­nicy. Lek­cje próbne były trak­to­wane jako ele­ment jej edu­ka­cji. Szes­na­sty ar­ron­dis­se­ment, w któ­rym mie­ściło się li­ceum, to naj­droż­sza i naj­bar­dziej eks­klu­zywna dziel­nica w ca­łym Pa­ryżu. Si­mone nie­czę­sto by­wała w tej oko­licy. Lu­biła jeź­dzić tam me­trem, które prze­ci­nało Se­kwanę, dzięki czemu można było zo­ba­czyć Wieżę Eif­fla i Tro­ca­déro po dru­giej stro­nie rzeki. Wiele uroku miały rów­nież sze­ro­kie bul­wary z oka­za­łymi ka­mie­ni­cami. Si­mone roz­po­czy­nała swój okres próbny jako na­uczy­cielka w szkole, do któ­rej nie przyj­mo­wano dziew­cząt. Mer­leau-Ponty rów­nież tam pra­co­wał i opo­wia­dał jej o swo­ich po­zy­tyw­nych wra­że­niach.

Kiedy pierw­szego dnia mi­nęła ogromną bramę i we­szła na dzie­dzi­niec, po­wi­tały ją śmie­chy i krzyki do­by­wa­jące się z gar­deł setki chłop­ców. Ucznio­wie prze­mie­rzali plac w pół­dłu­gich spodniach; Si­mone za­sta­na­wiała się, czy w szkole tej nie kła­dzie się przy­pad­kiem więk­szego na­ci­sku na sport niż na li­te­ra­turę.

Kiedy po­ja­wiła się w kla­sie, chłopcy za­częli chi­cho­tać. Usły­szała szept jed­nego z nich:

- To nie jest na­uczy­cielka, jest za młoda, a poza tym... to ko­bieta.

Si­mone nie dała się zbić z tropu, miała już pewne do­świad­cze­nie w na­ucza­niu i do­brze po­ra­dziła so­bie z lek­cją.

Kiedy pod­czas prze­rwy we­szła do po­koju na­uczy­ciel­skiego, zro­zu­miała, skąd wzięła się opi­nia uczniów. Z jed­nym je­dy­nym wy­jąt­kiem, per­so­nel skła­dał się z sa­mych męż­czyzn.

Pod ko­niec prze­rwy przy­wi­tała się z je­dyną ko­le­żanką, ma­dame Co­ul­mas. Bar­dzo chciała po­znać szkolne za­sady, za­py­tała więc ją, czy po lek­cjach nie na­pi­łyby się ra­zem kawy. Ta z obu­rze­niem od­rzu­ciła prośbę:

- Dama nie cho­dzi do ka­wiarni bez mę­skiego to­wa­rzy­stwa.

Usia­dły więc na ławce na opu­sto­sza­łym dzie­dzińcu.

- Przed tymi chłop­cami świat stoi otwo­rem, a oni do­sko­nale zdają so­bie z tego sprawę - roz­po­częła roz­mowę ma­dame Co­ul­mas. - Musi być pani dla nich su­rowa, w prze­ciw­nym ra­zie wejdą pani na głowę.

- Nie wy­daje mi się, żeby lu­biła pani swój za­wód - oznaj­miła Si­mone.

- Cóż mi po­zo­stało? - Ko­bieta wes­tchnęła z re­zy­gna­cją. - Zo­ba­czy pani, że wkrótce po­czuje to samo.

Si­mone ener­gicz­nie po­trzą­snęła głową.

- Je­stem tu tylko na okres próbny. Wła­ści­wie to przy­go­to­wuję się do dy­plomu. - po­wie­działa to z dumą, ale re­ak­cja ko­le­żanki ją otrzeź­wiła.

- Dla­czego więc za­daje so­bie pani tyle trudu? Skoro tylko wyj­dzie pani za mąż, i tak nie bę­dzie pra­co­wać.

- Dla­czego tak pani my­śli? - Roz­mowa co­raz bar­dziej cią­żyła Si­mone.

- Cóż, chyba nie są­dzi pani, że uwie­rzę, iż kształci się pani tylko po to, by uczyć tych roz­piesz­czo­nych chłop­ców z do­brych do­mów. Pro­szę so­bie ra­czej zna­leźć ja­kie­goś mi­łego męż­czy­znę, a bę­dzie miała pani za­pew­niony byt. - W jej gło­sie po­brzmie­wała aro­gan­cja.

Si­mone po­sta­no­wiła czym prę­dzej się po­że­gnać.

- To wła­śnie za­mie­rzam zro­bić. Adieu. - Zde­ner­wo­wana, po­ma­sze­ro­wała do me­tra. Jak ona mo­gła po­my­śleć, że mają ze sobą co­kol­wiek wspól­nego? Ma­dame Co­ul­mas na­le­żało współ­czuć. Była z po­ko­le­nia jej matki. Praw­do­po­dob­nie nie wi­działa w swoim ży­ciu in­nych per­spek­tyw. Ale dla­czego za­ło­żyła, że Si­mone po­dąży tą samą ścieżką?

Moje ży­cie ni­gdy nie bę­dzie tak nędzne i nie­szczę­śli­wie jak tej ko­biety - przy­rze­kła so­bie. A na myśl o zbli­ża­ją­cym się przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym, któ­rego ma­dame Co­ul­mas z pew­no­ścią by nie po­chwa­liła, na jej twa­rzy za­go­ścił prze­korny uśmiech.

Na wie­czór uro­dzi­nowy za­pro­siła swo­ich przy­ja­ciół do ka­wiarni na Mont­mar­trze.

To­wa­rzy­szył jej Mer­leau-Ponty. Po dro­dze za­trzy­mali się przy L'Ami des li­vres, księ­garni Ad­rienne Mon­nier przy rue de l'Odéon. Ponty po­pro­sił ją, by wy­szu­kała so­bie ja­kąś książkę. Si­mone wy­brała tom wier­szy Paula Élu­arda.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin - po­wie­dział, wrę­cza­jąc jej pre­zent. Przy­cią­gnął ją do sie­bie, by po­ca­ło­wać w oba po­liczki. Ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­bił. Si­mone po­czuła ob­le­wa­jącą ją falę go­rąca; ro­ze­śmiała się bez­tro­sko i wzięła go pod rękę.

Po­je­chali au­to­bu­sem w kie­runku Mont­mar­tre'u. Si­mone opo­wie­działa o swo­jej roz­mo­wie z ma­dame Co­ul­mas.

- Ni­gdy nie prze­mie­nię się w ta­kiego zgorzk­nialca - za­wo­łała, po­wta­rza­jąc na głos to, o czym wcze­śniej tylko po­my­ślała.

- Nie mo­głaby pani - od­po­wie­dział.

- A to dla­czego?

- Bo już za bar­dzo od­da­liła się pani od ocze­ki­wań swo­jego śro­do­wi­ska. Po­nie­waż jest pani zbyt in­te­li­gentna.

Si­mone spoj­rzała na niego ura­do­wana. Nie mógł w mil­szy spo­sób po­twier­dzić jej dą­że­nia do wol­no­ści. Po­dej­rze­wała, że był to ra­czej wy­rzut z jego strony, ale wcale się tym nie prze­jęła. Naj­wy­raź­niej od­da­li­łam się także od wy­obra­żeń Ponty'ego - po­my­ślała i uści­snęła jego rękę.

Wy­sie­dli przy Mo­ulin Ro­uge, by za­cze­kać tam na Po­upette i jej przy­ja­ciółkę Ger­ma­ine, na­zy­waną przez wszyst­kich Gégé, która po­da­ro­wała Si­mone uro­czy ko­laż z ga­ze­to­wych wy­cin­ków przed­sta­wia­jący so­le­ni­zantkę po­grą­żoną w lek­tu­rze wśród stosu ksią­żek gó­ru­ją­cych nad jej głową. We­szli do ka­wiarni za ba­zy­liką Sa­cré-C?ur, miej­sca spo­tkań pa­ry­skiej bo­hemy. Tam wła­śnie umó­wili się z po­zo­sta­łymi; nie­długo po­tem do ich sto­lika po­de­szli Stefa i Fer­nando, trzy­ma­jąc się pod rękę.

Stefa aż pro­mie­niała z ra­do­ści.

- Po­bie­rzemy się - szep­nęła Si­mone do ucha.

Gan­dil­lac przy­był kilka mi­nut póź­niej, bra­ko­wało już tylko Zazy i Ma­heu.

Kiedy zja­wiła się Zaza, nieco zdy­szana, za to w swo­jej naj­lep­szej su­kience, wszy­scy zro­bili jej miej­sce obok Mau­rice'a. Nie mu­siała wy­ja­śniać Si­mone, dla­czego miała za­czer­wie­nione oczy. Ma­dame Le Coin z pew­no­ścią nie chciała jej pu­ścić i do­szło do kłótni. Te­raz sie­działa obok Ponty'ego, ukrad­kiem trzy­ma­jąc go pod sto­łem za rękę. Si­mone po­czuła w sercu ukłu­cie za­zdro­ści, po­wie­działa so­bie jed­nak, że Ponty i Zaza po pro­stu do­sko­nale do sie­bie pa­sują. W jej ży­ciu po­ja­wili się prze­cież inni męż­czyźni, Ja­cques i Lama, a także Gan­dil­lac, który usiadł na­prze­ciw niej i za­rzu­cał ją ckli­wymi spoj­rze­niami.

Si­mone udała, że szuka cze­goś w to­rebce, w na­dziei, że zdoła ze­brać się w so­bie. Ach, Ja­cques... Dla­czego nie mógł tego wie­czoru być przy niej? Przyj­dzie jej cze­kać na niego jesz­cze cztery dłu­gie mie­siące. Na­raz po­ża­ło­wała de­cy­zji, by świę­to­wać w lo­kalu, który od­wie­dzała z Ja­kiem. Po­wie­działa jed­nak so­bie, że prze­cież ma dziś uro­dziny i nie po­zwoli, by ze­psuł się jej hu­mor. Już dawno prze­ko­nała samą sie­bie, że zdoła prze­trwać te ostat­nie mie­siące do jego po­wrotu. Wy­tarła nos i w tej sa­mej chwili zo­ba­czyła pod­cho­dzą­cego do sto­lika Lamę. Wrę­czył jej bu­kiet róż i we­dle wszel­kich pra­wi­deł sztuki za­czął za­bie­gać o jej względy. Si­mone się uśmiech­nęła. Wie­czór zo­stał ura­to­wany.

Mi­nęła już pół­noc, gdy wszy­scy ra­zem ru­szyli do domu. Zi­mowa noc była tak uro­kliwa, że całą drogę aż do Se­kwany i da­lej na Mont­par­nasse po­ko­nali na pie­chotę. Śmiali się, ha­ła­so­wali, try­skali we­so­ło­ścią. Gdy od­pro­wa­dzili Stefę i Fer­nanda do domu, Si­mone, nie chcąc, by ta wy­jąt­kowo piękna noc się skoń­czyła, za­wo­łała:

- A te­raz za­pra­szam wszyst­kich do Joc­keya na kie­li­szek przed snem!

Lek­cje były wy­czer­pu­jące, chłopcy nie chcieli współ­pra­co­wać i nie speł­niali po­le­ceń mło­dej na­uczy­cielki. Pewni swo­jego spo­łecz­nego sta­tusu, nie uwa­żali tego za ko­nieczne. Ich oj­co­wie byli dy­rek­to­rami lub praw­ni­kami, wielu z nich, po­dob­nie jak Si­mone, no­siło "de" przed na­zwi­skiem, choć w jej przy­padku ty­tuł szla­checki nie ozna­czał ani wła­dzy, ani pie­nię­dzy. Kilku dało jej na­wet cał­kiem otwar­cie do zro­zu­mie­nia, że nie będą się słu­chać ko­biety za pul­pi­tem. Si­mone wzru­szyła tylko ra­mio­nami i za­częła wy­mie­rzać im su­rowe kary. Po kilku dniach uznano ją za naj­su­row­szą na­uczy­cielkę w szkole.

Prócz Mau­rice'a Mer­leau-Ponty'ego zna­la­zła wspólny ję­zyk z jesz­cze jed­nym ko­legą. Na­zy­wał się Claude Lévi-Strauss. Przy każ­dej oka­zji opo­wia­dał jej o swo­ich pla­nach na przy­szłość. Chciał zwie­dzić cały świat i ba­dać od­le­głe kul­tury. Si­mone była za­fa­scy­no­wana jego en­tu­zja­zmem.

Mau­rice na­to­miast uwiel­biał roz­ma­wiać o Za­zie. Szcze­rze ją ko­chał i pla­no­wał z nią wspólną przy­szłość. A jed­nak wciąż przy­wo­ły­wał co­raz to nowe prze­szkody nie do po­ko­na­nia. Jego sa­motna matka, stu­dia, które chciał ukoń­czyć, za­nim roz­mówi się z ro­dzi­cami Zazy. A wszystko mu­siało się rzecz ja­sna od­być zgod­nie z za­sa­dami oraz za zgodą Ko­ścioła.

Jego wa­ha­nia spra­wiły, że Zaza czuła się co­raz bar­dziej nie­szczę­śliwa. Pod­czas spo­tkań z Si­mone była za­zwy­czaj ci­cha i za­mknięta w so­bie. Kiedy Stefa opo­wia­dała o zbli­ża­ją­cym się ślu­bie, za­czy­nała pła­kać, a Ponty uda­wał, że tego nie za­uważa.

Roz­gnie­wana tym Si­mone po­sta­no­wiła się z nim roz­mó­wić.

- Je­śli ko­cha pan Zazę, to dla­czego nie do­strzega pan, jak bar­dzo jest nie­szczę­śliwa? - krzyk­nęła po­iry­to­wana. - Co to za re­li­gia, która do tego do­pusz­cza? Czy choć raz ją pan po­ca­ło­wał?

Si­mone wie­działa, że tego nie zro­bił, Zaza po­skar­żyła się jej ze łzami w oczach. Za­częła wąt­pić w uczu­cia Ponty'ego.

- On chce naj­pierw upu­blicz­nić nasz zwią­zek - bro­niła go Zaza.

- Więc dla­czego tego nie robi? - obu­rzyła się Si­mone. - Na co czeka?

Z po­wodu mi­ło­snego za­wodu Zazy cier­piała nie­mal tak samo jak jej przy­ja­ciółka.

Pew­nego mroź­nego dnia pod ko­niec stycz­nia, wy­cho­dząc ze szkoły, Si­mone zo­ba­czyła Zazę sto­jącą po dru­giej stro­nie ulicy.

Pod­bie­gła do niej. Prze­ra­ziła się, wi­dząc, w ja­kim jest sta­nie. Bez płasz­cza, z si­nymi ustami, dy­go­tała na ca­łym ciele.

- Czy jest tam Mau­rice? - Zaza py­tała raz za ra­zem. - Cze­kam tu na niego od wielu go­dzin. Ale on się nie zja­wia. A za chwilę mu­szę wra­cać do domu. Mama bę­dzie się mar­twić.

- Zaza, je­steś prze­mar­z­nięta. Za­cze­kaj, weź mój płaszcz. - Si­mone po­mo­gła przy­ja­ciółce wło­żyć okry­cie, a jej szyję owi­nęła sza­lem. - Mau­rice'a nie ma, za­brał swoją klasę na wy­cieczkę do Luwru.

Zaza spoj­rzała roz­trzę­siona.

- W ta­kim ra­zie pójdę tam i na niego za­cze­kam.

- Ależ Zaza, tak nie można. Wy­obraź so­bie, on ma pod opieką czter­dzie­stu chłop­ców... Jak zdoła z tobą po­roz­ma­wiać? Za­biorę cię te­raz do domu, bo ina­czej za­mar­z­niesz na śmierć. Na­pisz do niego list, pocztą pneu­ma­tyczną do­sta­nie go w ciągu go­dziny, po po­wro­cie do domu.

- Czy my­ślisz, że się do mnie ode­zwie?

Si­mone przy­tak­nęła, choć wcale nie miała pew­no­ści. W tej chwili czuła je­dy­nie po­gardę dla nie­zde­cy­do­wa­nego przy­ja­ciela, który skłonny był ra­czej spro­wa­dzić nie­szczę­ście na swoją uko­chaną, niż ze­rwać z prze­sta­rza­łymi kon­we­nan­sami i oca­lić swoją mi­łość.

Wzięła Zazę pod rękę i ru­szyły pie­szo. Od rue de Berri dzie­lił je krótki dy­stans. Si­mone miała na­dzieję, że spa­cer do­brze im zrobi, a Zaza się roz­grzeje. Na­wet nie po­czuła, że sama ża­ło­śnie mar­z­nie, tak bar­dzo była za­tro­skana o los przy­ja­ciółki. Ni­gdy jesz­cze nie wi­działa jej w tak po­twor­nym sta­nie. Zaza spra­wiała wra­że­nie roz­trzę­sio­nej i kom­plet­nie za­ła­ma­nej.

Ma­dame Le Coin prze­ra­ziła się na wi­dok dy­go­cą­cej i za­pła­ka­nej córki.

- Mój Boże, co jej pani zro­biła? - syk­nęła do Si­mone. - Pro­szę już iść. I nie za­po­mnieć o płasz­czu.

Przy­gnę­biona Si­mone wró­ciła do domu i skre­śliła list do Mer­leau-Ponty'ego, w któ­rym opi­sała mu, co się wy­da­rzyło.

Po­tem po­ło­żyła się do łóżka, bo na­gle po­czuła się śmier­tel­nie zmę­czona.

Wie­czo­rem do­stała wy­so­kiej go­rączki. Za­nie­po­ko­jona matka we­zwała le­ka­rza, który stwier­dził po­ważne wy­czer­pa­nie or­ga­ni­zmu i za­le­cił wy­po­czy­nek w łóżku.

Przez kilka na­stęp­nych dni, po­grą­żona w pół­śnie, Si­mone roz­my­ślała o swoim ży­ciu. Czy nie brała na sie­bie zbyt wiele? Czy ten wy­si­łek jej nie przy­tło­czył? I po co to wszystko? By mo­gła zo­stać sa­motną, wy­śmie­waną przez wszyst­kich na­uczy­cielką jak ma­dame Co­ul­mas? Czy nie le­piej by­łoby po­ślu­bić Ja­cques'a i wieść spo­koj­niej­sze ży­cie? Pra­wie cały luty spę­dziła w łóżku, od nie­ustan­nych roz­my­ślań omal nie osza­lała. Za kilka mie­sięcy miała ukoń­czyć stu­dia. Co się wtedy sta­nie? W pew­nej chwili per­spek­tywa za­mąż­pój­ścia i za­pew­nie­nia so­bie w ten spo­sób utrzy­ma­nia wy­dała jej się na­der ku­sząca. Wtedy jed­nak po­my­ślała o mał­żeń­stwie swej matki i z prze­ra­że­niem się wzdry­gnęła. Przed oczami sta­nęła jej Zaza. Przy­ja­ciółka tak ści­śle zwią­zała swoje ży­cie z Mer­leau-Pon­tym, że nie wi­działa przed sobą in­nej drogi na wy­pa­dek, gdyby sprawy po­to­czyły się zgoła ina­czej.

Nie, to nie dla niej. Nie miała co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

Zaza przy­cho­dziła w od­wie­dziny, kiedy tylko po­zwa­lała jej matka, a to nie zda­rzało się zbyt czę­sto. Czy­tała przy­ja­ciółce, jed­nak Si­mone czuła się zbyt osła­biona, by jej słu­chać. Mimo to lu­biła, gdy Zaza sie­działa przy jej łóżku. O Mer­leau-Pon­tym nie roz­ma­wiały, gdyż Si­mone spo­strze­gła, że Zaza nie czuje się z tym do­brze. Jej przy­ja­ciółka wciąż prze­ży­wała dziwne chwile, wy­da­wało się, że nie jest wów­czas sobą. Opo­wie­działa Si­mone o zwie­rze­niach swo­jej matki, która pew­nego razu wy­znała, że za­wsze brzy­dziła się współ­ży­cia mał­żeń­skiego, mimo że uro­dziła dzie­wię­cioro dzieci. Na­stęp­nego dnia Zaza przy­szła się po­że­gnać. Miała wy­je­chać do cho­rej ciotki do Bay­onne.

Obie wie­działy, że to je­dy­nie pre­tekst wy­my­ślony przez matkę Zazy, aby trzy­mać córkę z dala od Si­mone, po­dob­nie zresztą jak od Mau­rice'a.

Po dwóch ty­go­dniach stan Si­mone po­pra­wił się na tyle, że przy­naj­mniej mo­gła czy­tać. Po­upette mu­siała cho­dzić do księ­garni Sy­lvii Be­ach i po­ży­czać ame­ry­kań­skie po­wie­ści. Si­mone czy­tała Whit­mana, Blake'a, Yeatsa, po­wie­ści Vir­gi­nii Wo­olf, które lu­biła co­raz bar­dziej, po­nie­waż od­naj­dy­wała w nich wła­sne prze­my­śle­nia. Po­chła­niała też utwory Sinc­la­ira Le­wisa i kilku in­nych au­to­rów, któ­rych książki Po­upette przy­no­siła jej nie­jako przy oka­zji.

Owład­nęła nią ku­sząca myśl, by przy­mu­sową prze­rwę wy­ko­rzy­stać na pi­sa­nie, jed­nakże po­prze­stała wy­łącz­nie na no­tat­kach w pa­mięt­niku.

Jak ro­bili to inni pi­sa­rze? W jaki spo­sób wy­my­ślali hi­sto­rie, snuli swoje po­my­sły? Jak two­rzyli po­sta­cie i drę­czące ich kon­flikty? Jak do­pro­wa­dzali owe hi­sto­rie do końca - i jak ów ko­niec miał wy­glą­dać? Gdyby opi­sała dzieje nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści, za­pewne opo­wie­dzia­łaby hi­sto­rię Zazy i Mer­leau-Ponty'ego. Czy jed­nak mo­głaby to zro­bić? Wy­ko­rzy­stać uczu­cia wła­snej przy­ja­ciółki, a na­wet jej ból? Czy to nie ozna­cza­łoby zdrady? W kilku zda­niach na­szki­co­wała ży­cie Zazy, po czym wszystko skre­śliła. Nie, tak po­stą­pić nie mo­gła. Jaki sens, jaki cel wi­nien przy­świe­cać jej po­wie­ści? Si­mone do­szła do wnio­sku, że punk­tem wyj­ścia jej pi­sar­stwa musi być kwe­stia fi­lo­zo­ficzna, a jej tek­sty po­winny przy­bli­żać czy­tel­ni­kom za­gad­nie­nie dą­że­nia do wol­no­ści. Jej bo­ha­te­ro­wie ko­niecz­nie winni być in­dy­wi­du­ali­stami, nie zaś sza­blo­nami typu "męż­czy­zna", "księż­niczka", "czarny cha­rak­ter".

Nic wię­cej nie zdo­łała usta­lić, w końcu, wy­czer­pana, dała za wy­graną.

Pod­czas dłu­gich dni cho­roby miała mnó­stwo czasu na tę­skne roz­my­śla­nia o Ja­cques'u i Ma­heu. Gdyby od­wie­dził ją Lama, mógłby jej opo­wie­dzieć o Coc­teau. Bar­dzo go lu­biła, bo za­wsze przy­bli­żał jej syl­wetki pi­sa­rzy, któ­rych twór­czo­ści jesz­cze nie znała. Po­do­bał jej się jego ży­wio­łowy urok i nie­mal dan­dy­sow­ski spo­sób by­cia. Spra­wiało jej też przy­jem­ność to, jak cza­sem na nią pa­trzył. Dla­czego tkwił w tym nie­szczę­śli­wym mał­żeń­stwie z ko­bietą, któ­rej ni­gdy nie ko­chał? Gdyby ona, Si­mone, była u jego boku, Ma­heu byłby szczę­śliwy, jak na to za­słu­gi­wał.

Ale dla­czego roz­my­ślała o La­mie? Prze­cież za­mie­rzała po­ślu­bić Ja­cques'a. Jej Ja­cques'a, który pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­nał Ma­heu. Ja­cques rów­nież po­ka­zał jej frag­ment świata, który ją za­fa­scy­no­wał, świat ka­wiarni, to dzięki niemu po raz pierw­szy ze­tknęła się ze sztuką sur­re­ali­stów.

Na myśl o nim, jak nie­mal za­wsze, do oczu na­pły­nęły jej łzy.

Boże - po­my­ślała - czy to się ni­gdy nie skoń­czy?

Roz­dział 4

Po­czą­tek kwiet­nia 1929 roku

Si­mone zmie­rzała po­spiesz­nie w kie­runku głów­nego gma­chu Sor­bony, czu­jąc, jak jej serce ło­moce z ra­do­ści. Po Wiel­ka­nocy była już w pełni zdro­wia i od­zy­skała za­pał do pracy. Znowu może stu­dio­wać, jakże jej tego bra­ko­wało! Kiedy ran­kiem wy­cho­dziła z domu, owład­nęło nią prze­ko­na­nie, że może osią­gnąć wszystko, nic na tym świe­cie nie wy­da­wało się nie­moż­liwe. Była stu­dentką ostat­niego roku Sor­bony i uczęsz­czała na za­ję­cia w słyn­nej École nor­male su­périeure. Nie­siona tą błogą świa­do­mo­ścią, przy­sta­nęła na chwilę i spoj­rzała w górę na im­po­nu­jącą ko­pułę ka­plicy. Prze­cho­dziła tędy ty­siące razy, już jako bar­dzo młoda dziew­czyna, kiedy przez bo­ule­vard Sa­int-Mi­chel zmie­rzała do Li­bra­irie Gi­bert Jeune, po­ło­żo­nej na sa­mym jego krańcu, tuż nad brze­giem Se­kwany, gdzie ku­po­wała nowe książki, a zwłasz­cza czarne ze­szyty szkolne, któ­rych uży­wała jako dzien­ni­ków. Za każ­dym ra­zem kie­ro­wała w tę stronę tę­skne spoj­rze­nie. Sor­bona! Na­wet gdy uczęsz­czała do ka­to­lic­kiej szkoły dla dziew­cząt i ce­lu­jąco zdała ma­turę w Neu­illy, oży­wiało ją ma­rze­nie, by pod­jąć tu­taj na­ukę. Stu­dio­wała już od dwóch lat i wkrótce miała przy­stą­pić do eg­za­mi­nów dy­plo­mo­wych. La­tem cze­kał ją con­co­urs d'agréga­tion - kon­kurs re­kru­ta­cyjny dla na­uczy­cieli - a po­tem, na­resz­cie, miało się dla niej za­cząć praw­dziwe ży­cie. Si­mone mocno przy­ci­snęła do piersi torbę z książ­kami i ru­szyła da­lej.

Wśród cze­redy ro­ze­śmia­nych stu­den­tów prze­szła przez ma­sywne drzwi i zna­la­zła się na dzie­dzińcu. Tam, w nie­wiel­kim ogro­dzie, do­strze­gła Ma­heu. Już miała mu ra­do­śnie po­ma­chać, gdy za­uwa­żyła, że nie jest sam, i opu­ściła rękę. Ra­zem z przy­ja­ciółmi, Pau­lem Ni­za­nem i Je­anem-Pau­lem Sar­tre'em, wrzu­cał małe ka­myki do sa­dzawki, w któ­rej pły­wało kilka zło­tych ry­bek. Paru in­nych stu­den­tów ob­ser­wo­wało ich z okna i za­częło rzu­cać w nich nie­do­pał­kami i bi­le­tami na me­tro.

- A te­raz po­prawmy kilka błę­dów or­to­gra­ficz­nych - za­wo­łał Sar­tre, zer­ka­jąc z ukosa na Si­mone.

Si­mone ich wy­mi­nęła. Chęt­nie po­ga­wę­dzi­łaby z Ma­heu, ale Sar­tre ją onie­śmie­lał. On i jego przy­ja­ciel Ni­zan byli je­dy­nymi stu­den­tami, z któ­rymi ni­gdy jesz­cze nie roz­ma­wiała. Uwa­żano ich za naj­by­strzej­sze umy­sły Sor­bony, byli bły­sko­tliwi, ale aro­ganccy, ich prze­mó­wie­nia prze­szły już do le­gendy. Wzbu­dziło to cie­ka­wość Si­mone. Chcia­łaby się z nimi zmie­rzyć, ale Sar­tre i Ni­zan oka­zy­wali jej obo­jęt­ność. Od­su­wali się od in­nych, na wy­kła­dach aż na­zbyt do­bit­nie da­wali do zro­zu­mie­nia, jak mało ich ob­cho­dzą, sły­nęli też ze swo­ich psi­ku­sów. O Sar­trze mó­wiono, że miał wiele ko­cha­nek, ale źle je trak­to­wał. Si­mone nie­chęt­nie da­wała wiarę plot­kom, ja­koby wzo­rem in­nych uwa­żał, że uni­wer­sy­tet to nie miej­sce dla ko­biet, i że pod­czas prze­mó­wie­nia jed­nej z nie­licz­nych stu­den­tek za­śmie­wał się i stroił miny.

We­szła do przed­sionka po dru­giej stro­nie dzie­dzińca. Jak do­brze było usły­szeć głosy i śmiech in­nych osób po tak dłu­gim cza­sie spę­dzo­nym z ko­niecz­no­ści w łóżku. Ich echo do­bie­gało jej uszu, od­bi­ja­jąc się od mar­mu­ro­wych ścian i po­sa­dzek. Przy­sta­nęła i spoj­rzała na wio­dące w górę sze­ro­kie schody oraz ko­ry­tarz.

Stu­ka­jąc ob­ca­sami, prze­mie­rzyła hall, by do­trzeć do sali wy­kła­do­wej imie­nia Ri­che­lieu.

We­szła do środka i jak zwy­kle po­czuła się oszo­ło­miona prze­py­chem jej wy­stroju. Drew­niana bo­aze­ria, rzędy sie­dzeń pię­trzące się pół­ko­li­ście w górę, a za ka­te­drą ogromny, choć jak na jej gust nieco ki­czo­waty ob­raz.

Wy­brała so­bie miej­sce po­środku i po­ło­żyła torbę na sto­liku. Rzędy sie­dzeń wo­kół niej po­woli się za­peł­niały. Wy­jęła ze­szyt, w któ­rym za­pi­sy­wała frag­menty ksią­żek prze­czy­ta­nych w cza­sie wa­ka­cji. Mimo że nie­mal co­dzien­nie cho­dziła do Bi­blio­teki Na­ro­do­wej i przez dzie­więć czy dzie­sięć go­dzin po­grą­żała się w lek­tu­rze, po­chła­nia­jąc głów­nie dzieła nie­miec­kich fi­lo­zo­fów, a od czasu do czasu także ja­kąś po­wieść, na którą po­trze­bo­wała nie­wiele wię­cej niż jedno po­po­łu­dnie, nie udało jej się speł­nić swo­ich za­mie­rzeń. Cie­kawe, czy Sar­tre prze­czy­tał wszystko, co było w pro­gra­mie na­ucza­nia? Pew­nie tak. Cho­ciaż praw­do­po­dob­nie z za­sady igno­ro­wał li­stę lek­tur.

Wes­tchnęła z re­zy­gna­cją, czym ścią­gnęła na sie­bie po­iry­to­wane spoj­rze­nie są­siada. Zi­gno­ro­wała je i po­now­nie wes­tchnęła. Jesz­cze kilka mie­sięcy i wresz­cie na­dej­dzie upra­gniona wol­ność. Si­mone bę­dzie mo­gła ro­bić, co tylko ze­chce. Po­sta­no­wiła nie od razu sta­rać się o stałą po­sadę na­uczy­cielki. Kto wie, do­kąd ją po­ślą - po­cząt­ku­jący pe­da­go­dzy zwy­kle tra­fiali naj­pierw na pro­win­cję. Si­mone chciała po­zo­stać w Pa­ryżu. Bę­dzie udzie­lać pry­wat­nych lek­cji, by na wszystko star­czyło jej pie­nię­dzy: na kino, te­atr, pa­sjo­nu­jące roz­mowy w ka­wiar­niach oraz we­sołe wie­czory w ba­rach ta­necz­nych. A także na nie­zli­czone książki, do­stępne je­dy­nie w sto­licy. I wresz­cie po­dej­mie po­ważną pracę pi­sar­ską.

Za mąż na­to­miast nie pla­no­wała wy­cho­dzić. Jesz­cze kilka lat wcze­śniej mo­gła to so­bie wy­obra­zić, ale te­raz? Ni­gdy. Naj­wy­żej za Ja­cques'a, ale to zu­peł­nie co in­nego. Na­wet się cie­szyła, że nie ma po­sagu. Tylko dla­tego ro­dzice wy­ra­zili zgodę, by przy­stą­piła do eg­za­minu na­uczy­ciel­skiego. Si­mone uśmiech­nęła się w du­chu. Oto wada prze­mie­niła się w za­letę, w praw­dziwą szansę, by od­zy­skać wol­ność.

Kiedy pro­fe­sor Brun­schvicg ci­snął torbą o pul­pit, ock­nęła się z za­dumy. Kilka rzę­dów przed nią Ma­heu, Sar­tre i Ni­zan po­py­chali się na­wza­jem, aż w końcu za­jęli miej­sca. Byli spóź­nieni, a jakże, i naj­wy­raź­niej do­brze się ba­wili, wcale nie mieli za­miaru uwa­żać na wy­kła­dzie. Sar­tre od­wró­cił się i uśmiech­nął do niej, dziw­nie wy­krzy­wia­jąc usta.

Si­mone przez chwilę mu się przy­glą­dała. Cóż za nie­zwy­kła twarz - po­my­ślała, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie jest wręcz brzydka. Mocno ze­zo­wał, a grube oku­lary w ogóle do niego nie pa­so­wały. Po­tem jed­nak do­strze­gła ła­god­ność jego ry­sów, po­ru­szyło ją jego spoj­rze­nie zza okrą­głych opra­wek.

Wy­pro­sto­wała się. Za­czy­nał się wy­kład, a ona nie chciała uro­nić ani jed­nego słowa.

Wkrótce po­tem za­uwa­żyła, że Ma­heu od­wró­cił się do niej, po­ka­zu­jąc pal­cem na kar­te­lu­szek. Wrę­czył go sie­dzą­cej za nim stu­dentce i wska­zał na Si­mone. Kiedy bi­le­cik do­tarł wresz­cie do ad­re­satki, z za­cie­ka­wie­niem go roz­ło­żyła.

Ma­heu wy­ko­nał nie­wielki ry­su­nek bo­bra i do­pi­sał: BE­AU­VOIR = CA­STOR.

Dla­czego bóbr? - za­no­to­wała na kartce drob­nym pi­smem i od­dała ją Ma­heu.

Od­po­wiedź na­de­szła nie­zwłocz­nie.

Bo za­wsze pra­cu­jesz pil­nie jak bóbr, a bóbr to po an­giel­sku be­aver. Brzmi jak twoje na­zwi­sko. A po fran­cu­sku bóbr to ca­stor.

Kiedy zer­k­nęła w jego stronę, na­gle jej wzrok na­po­tkał spoj­rze­nie Sar­tre'a. Wska­zał na trzy­many w dłoni kar­te­lu­szek, który po chwili po­wę­dro­wał przez rzędy sie­dzeń. Si­mone roz­ło­żyła go i na­tych­miast się za­ru­mie­niła. Sar­tre na­ry­so­wał fi­lo­zofa Le­ib­niza w oto­cze­niu na­gich ko­biet. Si­mone prze­łknęła. Czy to pro­wo­ka­cja? Bez wąt­pie­nia udana, gdyż po­czuła iry­ta­cję. Sar­tre naj­wy­raź­niej wie­dział, że Si­mone pi­sze pracę o Le­ib­nizu. Jak na­le­żało to zin­ter­pre­to­wać? Ką­tem oka do­strze­gła po­ru­sze­nie w przed­nim rzę­dzie, ale nie chciała pa­trzeć w tamtą stronę, bo­jąc się, że Sar­tre i Ma­heu za­uważą jej za­kło­po­ta­nie. Sku­piła się na sło­wach pro­fe­sora Brun­schvicga.

Po wy­kła­dzie Ma­heu cze­kał na nią przy wyj­ściu.

- Dla­czego przy­jaź­nisz się z tym dziw­nym Sar­tre'em? - za­py­tała Si­mone, wska­zu­jąc ru­chem głowy w kie­runku oso­bli­wego męż­czy­zny. Na do­miar złego był nie­wy­soki, co naj­mniej o pół głowy od niej niż­szy.

Ma­heu się ro­ze­śmiał.

- Do­piero co za­py­tał mnie o to samo. Bar­dzo chciał wie­dzieć, co do mnie na­pi­sa­łaś. Nie pi­sną­łem ani słowa.

- Nie mia­ła­bym nic prze­ciwko temu.

- Jest pra­wie tak samo by­stry i oczy­tany jak ty - kon­ty­nu­ował Ma­heu, wciąż roz­ba­wiony.

- Jak długo go znasz? Czy rze­czy­wi­ście jest taki zły, jak po­wia­dają?

Ma­heu wy­znał, że Sar­tre wcze­śnie stra­cił ojca i do­ra­stał u dziadka. Matka wy­cho­wy­wała go jak dziew­czynkę i czule na­zy­wała Po­ulou. No­sił dłu­gie blond loki, póki go nie po­słano do szkoły. Do­piero wtedy skró­cono mu włosy i za­uwa­żono, że wcale nie jest uro­dziwy. Od wcze­snych lat ucho­dził za sa­mot­nika, a także za cu­downe dziecko. Na­pi­sał już po­wieść.

Si­mone zer­k­nęła w jego stronę. Jest pi­sa­rzem? Do­brze to o nim świad­czy. Czy to moż­liwe, by jego od­mien­ność miała swe źró­dło w dzie­ciń­stwie? Nie dbał o wy­gląd, to oczy­wi­ste, za­wsze no­sił to samo ubra­nie - wy­pło­wiałe spodnie oraz ko­szulę, która kie­dyś za­pewne była biała, albo swe­ter w nie­okre­ślo­nym ko­lo­rze, w któ­rym wcale nie było mu do twa­rzy. Sły­nął z nie­wy­bred­nych żar­tów, za które zo­stał kil­ka­krot­nie upo­mniany. Uwa­żano go za naj­by­strzej­szego stu­denta, mimo że w po­przed­nim roku ob­lał con­co­urs d'agréga­tion. To dla­tego sie­dział na tym sa­mym wy­kła­dzie co ona. Wła­śnie ta in­te­lek­tu­alna aura spra­wiła, że wy­dał jej się atrak­cyjny. Si­mone lu­biła in­te­li­gent­nych out­si­de­rów.

- Czy chcesz, że­bym was so­bie przed­sta­wił? - za­py­tał Ma­heu. - Cho­ciaż... może le­piej nie. On z miej­sca cię po­chło­nie.

Si­mone ni­czego wię­cej nie pra­gnęła. Cu­dow­nie by­łoby zna­leźć się w gro­nie mą­drych my­śli­cieli. Mimo to od­parła:

- Na li­tość bo­ską, nie! Co on so­bie o mnie po­my­śli!

- Uważa, że je­steś ładna, choć mało dbasz o swój wy­gląd. I lubi twój ochry­pły głos. Jest mę­ski, tak mi po­wie­dział.

- Cóż, za­pewne wie, co mówi. - Si­mone się od­wró­ciła, jakby jej to zu­peł­nie nie in­te­re­so­wało, choć w skry­to­ści du­cha po­trak­to­wała te słowa jak po­chleb­stwo. Ten czło­wiek jesz­cze bar­dziej ją za­cie­ka­wił.

Na­stęp­nego dnia na­stała cie­pła wio­senna po­goda. Si­mone po­sta­no­wiła pójść po wy­kła­dzie do Ogrodu Luk­sem­bur­skiego. Park był jed­nym z jej ulu­bio­nych miejsc w Pa­ryżu - mie­ście, któ­remu od­dała swe serce. Ogród Luk­sem­bur­ski na wio­snę był jak ma­rze­nie. Urodą prze­wyż­szał go je­dy­nie Pa­lais-Royal, gdy za­kwi­tały tu­li­pa­nowce. Te­raz, na po­czątku kwiet­nia, zdą­żyły już prze­kwit­nąć i na ziemi le­żało mnó­stwo fio­le­to­wych płat­ków, które brą­zo­wiały i wy­dzie­lały za­pach przy­pra­wia­jący o za­wrót głowy. Za to kasz­ta­nowce w Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim do­piero za­częły ob­sy­py­wać się kwie­ciem - pąki z każ­dym dniem się po­więk­szały, by w końcu roz­wi­nąć się w pełni i uka­zać naj­pięk­niej­szą zie­leń roku.

Sor­bonę dzie­liła od Ogrodu Luk­sem­bur­skiego nie­wielka od­le­głość, w sam raz na krótki spa­cer wzdłuż bo­ule­vard Sa­int-Mi­chel. Główna brama znaj­do­wała się po dru­giej stro­nie ulicy. Si­mone we­szła do parku, mi­nęła Fon­tannę Me­dy­ce­uszy i Wielki Staw, w któ­rym dzieci dłu­gimi ki­jami pchały po wod­nej ta­fli mi­nia­tu­rowe ża­glówki.

Szła w cie­niu jed­nego z po­tęż­nych ży­wo­pło­tów, gdzie o tej po­rze dnia pa­no­wała ci­sza. Chło­nęła za­pach drzew i wsłu­chi­wała się w chrzęst drob­nego pia­sku pod sto­pami.

Za ro­giem do­strze­gła Sar­tre'a. Cią­gnął za sobą cięż­kie, że­la­zne, po­ma­lo­wane na zie­lono krze­sło. Po chwili za­uwa­żyła też Ni­zana oraz Lamę. Nic dziw­nego, cała trójka za­wsze trzy­mała się ra­zem. Zsu­nęli już kilka krze­seł i wy­le­gi­wali się na nich. Sar­tre za­pa­lił fajkę, Ma­heu roz­ło­żył ga­zetę.

Si­mone ru­szyła w ich kie­runku.

Ma­heu uniósł rękę na po­wi­ta­nie, po­zo­stali jed­nak nie za­re­ago­wali. Prze­szła obok nich. Za­ro­zu­miałe mał­pi­szony - po­my­ślała.

Z ochotą spę­dzi­łaby z nimi nieco czasu. Wło­żyła dziś nową su­kienkę, Po­upette za­pew­niała ją ran­kiem, że ład­nie w niej wy­gląda. Chęt­nie po­wie­dzia­łaby temu Sar­tre'owi, co są­dzi o jego uwa­dze, którą wtrą­cił na po­ran­nym wy­kła­dzie. Jej zda­niem nie miał ra­cji, po­peł­nił błąd w ro­zu­mo­wa­niu. Mo­głaby się wy­wią­zać cie­kawa, może na­wet uro­cza roz­mowa, gdyby mu za­rzu­ciła my­ślowe nie­dbal­stwo.

Nic z tego. Szła da­lej, pro­stu­jąc plecy, by za­cho­wać po­prawną syl­wetkę. Na wy­pa­dek, gdyby się za nią obej­rzeli.

To nie­prawda, że nie miała wiel­bi­cieli. Gan­dil­lac pra­wie co­dzien­nie, niby to przy­pad­kiem, cze­kał na nią przed Bi­blio­teką Na­ro­dową i za­pra­szał na obiad do jed­nej z oko­licz­nych ka­wiarni. Pro­blem w tym, że jej nie po­cią­gał. Cza­sem się zga­dzała, cza­sem od­ma­wiała. Uśmiech­nęła się na myśl o tym, jak mi­zer­nie wtedy wy­glą­dał. Zna­la­zła wolne krze­sło w po­bliżu uli, z któ­rych do­bie­gało już in­ten­sywne brzę­cze­nie, usia­dła ty­łem do Ma­heu i jego ko­le­gów.

W po­rów­na­niu z Ja­kiem wszy­scy ci mło­dzi męż­czyźni wy­pa­dali blado. Kiedy zo­sta­wała sama, jej my­śli nie­uchron­nie krą­żyły wo­kół jego po­staci. Si­mone na­dal wie­rzyła, że się po­biorą. Uro­dzi dzieci i bę­dzie wieść u boku Ja­cques'a ży­cie pełne przy­jem­no­ści oraz roz­mów o książ­kach. Książ­kach, które sama na­pi­sze.

Ja­cques był dla Si­mone łącz­ni­kiem z jej wła­snym dzie­ciń­stwem, dla­tego tak bar­dzo się do niego przy­wią­zała. Świad­kiem każ­dego etapu jej roz­woju. Kiedy była nie­win­nym dziec­kiem, które ni­czego nie kwe­stio­no­wało i czy­tało li­te­ra­turę re­li­gijną, na­ucza­jącą, że jej du­sza jest czy­sta.

- W oczach Boga du­sza dziew­czynki jest warta tyle samo, ile du­sza chłopca - po­wie­działa do Ja­cques'a, kiedy miała je­de­na­ście albo dwa­na­ście lat, on zaś nie za­prze­czył.

Póź­niej po­ja­wiły się inne książki, zwłasz­cza pióra Lo­uisy May Al­cott o ma­łej Jo. Dziew­czyna nie była ani szcze­gól­nie ładna, ani lu­biana, lecz ujęła Si­mone swoim za­mi­ło­wa­niem do ksią­żek. Z bie­giem czasu w jej lek­tu­rach po­ja­wiły się inne dziew­częce po­sta­cie: Ali­cja z Kra­iny Cza­rów i Mag­gie Tul­li­ver, bez­tro­sko sprze­ci­wia­jące się wy­ma­ga­niom sta­wia­nym ma­łym dziew­czyn­kom, które nie chciały bez końca ha­fto­wać i grzeczne się za­cho­wy­wać. Gdy Si­mone we­szła w okres doj­rze­wa­nia, na jej wy­ide­ali­zo­wa­nym ob­ra­zie świata za­częły po­ja­wiać się rysy. Nie ro­zu­miała, dla­czego oj­ciec, męż­czy­zna bez sta­łej pracy i wciąż prze­sia­du­jący w ba­rach, miał wię­cej praw i uwa­żał, że jest wię­cej wart niż ona, dziew­czyna rze­tel­nie wy­peł­nia­jąca swoje obo­wiązki i za­da­nia. Nie po­tra­fiła też po­jąć, dla­czego na­gle ją od­rzu­cił. Była aż na­zbyt świa­doma skut­ków jego gniewu - wi­działa roz­ciętą wargę matki, która bez­sil­nie przy­glą­dała się po­czy­na­niom męża.

Przez te wszyst­kie lata Ja­cques stał u jej boku i czę­sto bro­nił jej przed oj­cem. Na­wet je­śli cza­sem pak­to­wał z Geo­r­ges'em i wcho­dził do jego ga­bi­netu, do któ­rego Si­mone nie miała wstępu, ro­bił to wy­łącz­nie po to, by się za nią wsta­wić. A przy­naj­mniej tak so­bie wma­wiała.

Jed­nakże w ostat­nich mie­sią­cach przed roz­po­czę­ciem służby woj­sko­wej Ja­cques rzadko się po­ka­zy­wał. Kiedy się spo­ty­kali, czę­sto był w kiep­skim na­stroju. Po­tem służba okrop­nie się dłu­żyła, a ona na próżno cze­kała na list od niego.

Jej wzrok po­wę­dro­wał w kie­runku Ma­heu i Sar­tre'a. Bar­dzo się od Ja­cques'a róż­nili. Si­mone za­sta­na­wiała się mi­mo­wol­nie, jak wy­glą­da­łoby ży­cie z czło­wie­kiem ta­kim jak Sar­tre, męż­czy­zną, który po­gar­dzał miesz­czań­stwem. Co by po­wie­dział na jej mał­żeń­skie plany? Z pew­no­ścią miał na po­do­rę­dziu su­rowy ko­men­tarz. Z kpiną wy­ra­żał się też o ta­las - po­boż­nych fu­ja­rach, jak na­zy­wał stu­den­tów ka­to­li­ków.

A Ma­heu? Był zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej cza­ru­jący z ca­łej trójki. Jakże czę­sto za­pew­niał, że ceni so­bie jej styl, jej wy­jąt­ko­wość za­równo w my­śle­niu, jak i wy­glą­dzie. "Róż­nisz się od in­nych ko­biet" - wciąż jej po­wta­rzał. Si­mone za­chi­cho­tała. Gdyby tylko wie­dział, że jej uni­kalne cza­sem ze­stawy wy­ni­kały głów­nie z tego, że matka wciąż ku­po­wała jej sta­ro­modne su­kienki, a ona sta­rała się uatrak­cyj­nić swój wi­ze­ru­nek, wpla­ta­jąc we włosy szal.

Si­mone przy­ła­pała się na tym, że po­now­nie spoj­rzała w ich stronę. Wy­star­czy już tych mło­dzień­czych gie­rek umy­sło­wych. Nie­ważne, kogo po­ślubi - i czy w ogóle wyj­dzie za mąż. Ni­gdy nie po­zwoli, aby ja­ki­kol­wiek męż­czy­zna ją uniesz­czę­śli­wił - to nie pod­le­gało dys­ku­sji. Na­wet jej uko­chany Ja­cques. Wy­cią­gnęła z torby książkę i za­głę­biła się w lek­tu­rze no­wej po­wie­ści An­dré Gide'a.

W maju zmarł dzia­dek Si­mone. Cała ro­dzina od­była uciąż­liwą po­dróż po­cią­giem do Mey­ri­gnac na jego po­grzeb. Po po­wro­cie Fra­nço­ise ufar­bo­wała na czarno ubra­nia swo­ich có­rek. Si­mone wcale się tym nie prze­jęła. I tak uwa­żano, że źle się ubiera, zmiana ko­loru nie miała za­tem więk­szego zna­cze­nia.

W czerwcu 1929 roku przed­ło­żyła pracę ma­gi­ster­ską o Le­ib­nizu. Za­raz po­tem roz­po­częła przy­go­to­wa­nia do uzy­ska­nia dy­plomu z ma­te­ma­tyki - eg­za­min za­mie­rzała zdać w na­stęp­nym mie­siącu. Jed­no­cze­śnie przy­go­to­wy­wała się do con­co­urs d'agréga­tion, który rów­nież miał się od­być w po­ło­wie czerwca.

- Po co ci jesz­cze agréga­tion? Nie wy­star­czy, że zo­sta­niesz na­uczy­cielką w szkole pod­sta­wo­wej? - za­py­tała matka. - Chcesz zda­wać dwa eg­za­miny w tym sa­mym cza­sie?

Si­mone nie dała się jed­nak znie­chę­cić. Chciała jak naj­szyb­ciej ukoń­czyć stu­dia, po­nie­waż wtedy mo­głaby się wresz­cie wy­pro­wa­dzić. Wszystko zo­stało już usta­lone - babci, po śmierci dziadka, nie było już stać na utrzy­my­wa­nie du­żego miesz­ka­nia przy place Den­fert-Ro­che­reau, dla­tego po­sta­no­wiła wy­naj­mo­wać po­koje. Po trud­nych ne­go­cja­cjach ro­dzice wy­ra­zili zgodę, by Si­mone za­miesz­kała tam od wrze­śnia.

Na­stało lato. Pa­ry­ża­nie na­rze­kali na upał i z nie­cier­pli­wo­ścią wy­cze­ki­wali na­dej­ścia lipca, by wresz­cie wy­je­chać na wa­ka­cje. Dni Si­mone wy­peł­niała go­rącz­kowa praca. O ósmej, cza­sem już o szó­stej rano za­sia­dała nad książ­kami. Po­lu­biła te wcze­sne go­dziny po­ranka, kiedy po­wie­trze było jesz­cze świeże i przej­rzy­ste, dzięki czemu le­piej jej się my­ślało. Dzień za­czy­nała od Ary­sto­te­lesa, by w po­łu­dnie do­trzeć do Spi­nozy. W au­to­bu­sie, w dro­dze na spo­tka­nie z Ma­heu, czy­tała coś lżej­szego - współ­cze­sną po­wieść ame­ry­kań­ską, na przy­kład Man­hat­tan Trans­fer Johna Dos Pas­sosa, a pod­czas wspól­nego obiadu dys­ku­to­wała o kon­cep­cji mi­ło­ści u Abe­larda. Czę­sto wy­bie­rała się po­tem do ga­le­rii, gdzie szcze­gó­łowo ana­li­zo­wała ob­razy pod ką­tem ich spe­cy­fiki i no­wo­cze­sno­ści. Na­stęp­nie uda­wała się do Bi­blio­teki Na­ro­do­wej, by stu­dio­wać ar­gu­men­ta­cję fi­lo­zofa Émile'a Bo­utroux wy­su­waną prze­ciwko te­zom jego ucznia Hen­riego Berg­sona. Zwy­kle cze­kali tam na nią Ma­heu, Gan­dil­lac, a cza­sem także Mer­leau-Ponty - ra­zem wstę­po­wali do ka­wiarni, gdzie wy­mie­niali się spo­strze­że­niami z co­dzien­nych lek­tur. Wie­czo­rami spo­ty­kała się nie­kiedy z Zazą albo Stefą. Cho­dziły do kina i długo roz­trzą­sały sprawy ser­cowe.

Około pół­nocy śmier­tel­nie zmę­czona Si­mone kła­dła się do łóżka, w gło­wie aż wi­ro­wało jej od ca­ło­dzien­nych prze­my­śleń i lek­tur. A jed­nak ta­kie wła­śnie ży­cie chciała pro­wa­dzić. Na­stęp­nego ranka znów wsta­wała wcze­śnie, by od­da­wać się po­dob­nym za­ję­ciom. Przy­jem­ność pły­nąca z roz­my­śla­nia, ra­dość z wy­miany ar­gu­men­tów, sa­tys­fak­cja ze zro­zu­mie­nia na­wet naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych teo­rii i są­dów - do­da­wały jej ener­gii do dzia­ła­nia. Czę­sto czuła zmę­cze­nie, wier­sze tek­stu roz­my­wały się jej przed oczami, raz na­wet za­snęła w bi­blio­tece; po kilku mi­nu­tach prze­bu­dziła się z głową na bla­cie stołu, wśród po­mię­tych pa­pie­rów. Ogrom pracy wy­wo­ły­wał u niej nad­mierną ner­wo­wość, każda drob­nostka po­wo­do­wała, że wy­bu­chała pła­czem.

Wzbu­dziło to nie­po­kój jej matki.

- Znowu się roz­cho­ru­jesz, jak w lu­tym - ostrze­gała. Si­mone pra­gnęła jed­nak, by jej ży­cie stało się in­te­lek­tu­al­nym wy­zwa­niem. Po­trze­bo­wała co­dzien­nych spo­tkań z przy­ja­ciółmi i wspól­nych dys­ku­sji o wszyst­kim, co ją in­spi­ro­wało lub za­cie­ka­wiło, a tym sa­mym po­twier­dze­nia, że po­zo­stali po­waż­nie trak­tują jej prze­my­śle­nia. Nie wy­obra­żała so­bie żyć ina­czej.

Roz­dział 5

- Sar­tre chce, że­byś wy­tłu­ma­czyła nam tego skom­pli­ko­wa­nego Le­ib­niza, i za­pra­sza cię w po­nie­dzia­łek do swo­jego po­koju w aka­de­miku - oznaj­mił Ma­heu na po­czątku lipca, gna­jąc za Si­mone. - My­ślę, że to tylko pre­tekst, by cię po­znać. Na twoim miej­scu bym od­mó­wił.

Si­mone się ucie­szyła. A więc jed­nak. Wy­glą­dało na to, że jego brak za­in­te­re­so­wa­nia oka­zy­wany pod­czas przy­pad­ko­wych spo­tkań był uda­wany - albo zmie­nił o niej zda­nie. Tak czy owak Si­mone nie prze­pu­ści­łaby oka­zji po­zna­nia tego ta­jem­ni­czego Sar­tre'a.

- Po­wiedz mu, że chęt­nie przyjdę.

W po­nie­dzia­łek, dy­go­cąc ze zde­ner­wo­wa­nia, za­brała no­tatki i udała się do aka­de­mika w po­łu­dnio­wej czę­ści mia­sta, gdzie miesz­kał Sar­tre. Czy­tała do ostat­niej chwili, nie miała czasu umyć wło­sów. Nie na­my­śla­jąc się długo, zdjęła z szyi ba­weł­niany szal, owi­nęła go kil­ka­krot­nie wo­kół głowy i spięła. Spoj­rzała w lu­stro i ze zdu­mie­niem stwier­dziła, że za­cze­sane do tyłu włosy pod­kre­ślają jej nie­zwy­kle de­li­katną cerę, drobne rysy, a zwłasz­cza po­liczki i piękne oczy.

- Do twa­rzy ci w tym szalu - przy­znała Po­upette, wcho­dząc do po­koju. - Pa­suje do bluzki. Do­bry Boże, je­steś taka roz­trzę­siona, jakby za­raz miał ci skraść dzie­wic­two. - Za­chi­cho­tała.

- Je­stem zde­ner­wo­wana - od­parła Si­mone - ale nie z po­wodu mo­jej bluzki, a już na pewno nie z po­wodu mo­jego dzie­wic­twa. Bar­dziej mar­twi mnie to, że Sar­tre może mnie uznać za try­wialną. Co, je­śli będę mó­wić o rze­czach, które już zna? Jest prze­cież uwa­żany za je­den z naj­by­strzej­szych umy­słów na ca­łej Sor­bo­nie.

Hél?ne po­dała jej plik kar­tek, które miała z sobą za­brać.

- Chyba zwa­rio­wa­łaś. Prze­cież w ze­szłym roku ob­lał eg­za­min. To­bie ni­gdy by się to nie przy­tra­fiło.

- Nie zdał, bo wy­gło­sił mowę nie­ma­jącą nic wspól­nego z za­da­niem eg­za­mi­na­cyj­nym. Ale wy­kład był ge­nialny, wszy­scy obecni to przy­znali.

Kiedy Si­mone do­tarła do nie­wiel­kiego po­koju, Ma­heu, z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami, wy­le­gi­wał się na nie­za­sła­nym łóżku. Jej obec­ność naj­wy­raź­niej była mu nie w smak. Tego ranka wy­słał jej pocztą pneu­ma­tyczną list z prośbą, by nie przy­cho­dziła. Si­mone za­sta­na­wiała się przez chwilę, czy w za­stęp­stwie nie wy­słać Po­upette, aby nie roz­gnie­wać przy­ja­ciela, po­tem jed­nak za­rzu­ciła ten po­mysł. Była po pro­stu zbyt cie­kawa Sar­tre'a. Ni­zan, sie­dząc na stołku, oglą­dał swoje pa­znok­cie. Ucho­dził za trud­nego w oby­ciu aro­ganta.

- Bon­jour, ma­de­mo­iselle - przy­wi­tał ją Sar­tre, uśmie­cha­jąc się uprzej­mie. - Jak miło, że zna­la­zła pani czas.

Usiadł na pa­ra­pe­cie i ru­chem ręki wska­zał Si­mone je­dyne krze­sło na­prze­ciw sie­bie. Pię­trzył się na nim stos ksią­żek z mnó­stwem kar­te­lusz­ków. Bez za­sta­no­wie­nia prze­ło­żyła je na biurko, po czym za­jęła miej­sce. Krót­kie spoj­rze­nie wy­star­czyło, by oce­nić pa­nu­jącą w po­koju at­mos­ferę: wszę­dzie książki, nie tylko na pół­kach, ale także na stole, łóżku, pod­ło­dze. Na ścia­nach wi­siały nie­wiel­kie ry­sunki, za­wsty­dza­jące swoją fry­wol­no­ścią. Pach­niało dy­mem nie­zli­czo­nych pa­pie­ro­sów, po­piel­niczka na stole była prze­peł­niona. Sar­tre za­pa­lił fajkę i po­czę­sto­wał Si­mone pa­pie­ro­sem.

- A za­tem? - za­py­tał.

Si­mone zer­k­nęła na trzy­maną na ko­la­nach torbę z no­tat­kami, lecz wszystko, co za­mie­rzała po­wie­dzieć, znała na pa­mięć. W kla­row­nych, choć peł­nych po­dziwu sło­wach przed­sta­wiła ży­cie uczo­nego, po czym wy­ja­śniła idee Le­ib­niza w za­kre­sie me­ta­fi­zyki, za­nim prze­szła do jego kon­cep­cji wol­no­ści i przy­pad­ko­wo­ści. Wi­dząc, że co­raz bar­dziej ab­sor­buje uwagę Sar­tre'a, od­zy­skała pew­ność sie­bie. Jak daw­niej, kiedy jesz­cze uda­wało jej się zjed­nać so­bie ojca swoją mą­dro­ścią.

A te­raz sie­działa przed mło­dym męż­czy­zną za­fa­scy­no­wa­nym prze­ni­kli­wo­ścią jej ro­zu­mo­wa­nia i po­zio­mem wy­kształ­ce­nia.

- Ale jak to wy­tłu­ma­czyć...?

- To cał­kiem pro­ste. Pro­szę spoj­rzeć...

I tak bez końca. Si­mone mó­wiła przez nie­mal cztery go­dziny. Lama, a jesz­cze czę­ściej Sar­tre, nie­ustan­nie za­da­wali py­ta­nia i pro­sili o wy­ja­śnie­nia.

Sar­tre ze­rwał się wresz­cie na równe nogi.

- Dość już pa­nią za­mę­cza­li­śmy. Czas na ker­messe!

Si­mone po­czuła się zdez­o­rien­to­wana. Co miał na my­śli? Naj­wy­raź­niej do­kład­nie to, co po­wie­dział. Na jed­nym krańcu parku, w któ­rym wzno­siły się aka­de­miki, znaj­do­wała się ka­ru­zela i strzel­nica. Sar­tre ku­pił Si­mone watę cu­krową, a wszyst­kim po­sta­wił na strzel­nicy ko­lejkę.

Ma­heu po­ło­żył rękę na jej ra­mie­niu. Nie uszło to uwagi Sar­tre'a, który za­czął opo­wia­dać dow­cipy.

- A ten pani zna? Jak można do­pro­wa­dzić ka­me­le­ona do sza­leń­stwa?

- Nie mam po­ję­cia - od­parła Si­mone.

- Kła­dąc go na szkoc­kim kocu w kratę.

Wy­buch­nęła śmie­chem. Ma­heu za­cząć się dą­sać.

- Czy rze­czy­wi­ście jest pani szu­ka­ją­cym to­wa­rzy­stwa bo­brem, czy może nie­złomną wal­ki­rią, która sa­mot­nie ru­sza w bój? - za­py­tał Sar­tre przy po­że­gna­niu. - Nie, już wiem, jest pani wo­jow­ni­czą dzie­wicą.

W dro­dze po­wrot­nej me­trem Ma­heu mil­czał.

Si­mone wcale to nie prze­szka­dzało. Chciała prze­ana­li­zo­wać w my­ślach po­po­łu­dniowe wy­da­rze­nia.

Wtedy jed­nak wy­rzu­cił z sie­bie:

- A nie mó­wi­łem... - Umilkł, zło­wrogo pa­trząc przez okno.

- Co ta­kiego? - za­py­tała Si­mone, choć do­my­ślała się, w czym rzecz.

- Mó­wi­łem, że Sar­tre z miej­sca cię po­chło­nie. Przez całe po­po­łu­dnie ga­pi­łaś się wy­łącz­nie na niego. I te jego dow­cipy...

Si­mone spu­ściła wzrok. Ma­heu miał ra­cję. Sar­tre był taki mą­dry, wszy­scy inni przy nim ble­dli. Lu­biła się z nim mie­rzyć in­te­lek­tu­al­nie. A jed­nak Sar­tre był tylko Sar­tre'em, naj­by­strzej­szym stu­den­tem na Sor­bo­nie, ni­kim wię­cej. Tak wła­śnie po­wie­działa Ma­heu.

- Ty za­wsze bę­dziesz moim ma­łym Lamą, a ja po­zo­stanę twoim bo­brem - wy­znała ci­chym gło­sem. I tak też my­ślała. Gdyby Ma­heu nie był żo­naty, gdyby Ja­cques nie ist­niał...

Wie­czo­rem, le­żąc w łóżku, raz jesz­cze roz­trzą­sała po­po­łu­dniowe wy­da­rze­nia. Ja­kie to wszystko było eks­cy­tu­jące. Po­lu­biła to­wa­rzy­stwo Sar­tre'a. Udo­wod­ni­łam, że po­tra­fię do­trzy­mać mu kroku - po­my­ślała z dumą. Sar­tre był nie­malże uza­leż­niony od ksią­żek, po­dob­nie jak ona. A po­tem wy­znał, że sam chce pi­sać książki, wy­da­wało mu się to naj­bar­dziej oczy­wi­stą rze­czą na świe­cie. Ko­lejna kwe­stia, która ich łą­czyła. Tak bar­dzo chciała go za­py­tać o jego pierw­szą książkę, lecz po­wstrzy­mała ją obec­ność Ma­heu i Ni­zana. Po­sta­no­wiła nad­ro­bić to przy naj­bliż­szej oka­zji.

Sar­tre był nie tylko mą­dry, lecz także za­bawny. Spodo­bała jej się at­mos­fera pa­nu­jąca w jego ma­łym po­ko­iku. Te wszyst­kie alu­zje i do­cinki, któ­rymi się za­rzu­cali, drobne ge­sty, za po­mocą któ­rych w dow­cipny spo­sób za­pew­niali się o wza­jem­nej sym­pa­tii. Pod­czas wi­zyty na jar­marku był swo­bodny i we­soły, roz­śmie­szał ją, po­ka­zu­jąc inną stronę swo­jej oso­bo­wo­ści. Przy­wo­łała w pa­mięci jego twarz. Z bli­ska wy­da­wała się zu­peł­nie inna, jego rysy wy­raź­nie do­ma­gały się bliż­szego spoj­rze­nia. A kiedy otwie­rał usta i for­mu­ło­wał jedną ze swo­ich bły­sko­tli­wych my­śli, jakże ją po­cią­gał. Skoro on jest ge­niu­szem i żar­tow­ni­siem, to ja mogę być wal­ki­rią i dzie­wicą - po­my­ślała, za­nim za­snęła.

Na­stęp­nego ranka miała na­dzieję, że gdzieś po dro­dze spo­tka Sar­tre'a. I rze­czy­wi­ście, cze­kał na nią przed bramą Sor­bony.

- Chciał­bym na­dal z pa­nią dys­ku­to­wać - oznaj­mił. - I nie tylko. Co pani na to, że­by­śmy ra­zem przy­go­to­wali się do agréga­tion?

Eg­za­miny miały się od­być za kilka ty­go­dni. Serce Si­mone moc­niej za­biło na myśl, że mo­gliby się czę­ściej wi­dy­wać. Tego wła­śnie pra­gnęła, choć wcale na to nie li­czyła. Do­my­ślała się, że ten męż­czy­zna, ze swoim nie­sza­blo­no­wym umy­słem, otwo­rzy przed nią nowe światy, a to bo­daj naj­bar­dziej eks­cy­tu­jąca rzecz, jaką mo­gła so­bie wy­obra­zić.

- Zgoda. Żeby pan znowu nie ob­lał - po­wie­działa.

Za­śmiał się, jesz­cze moc­niej wy­krzy­wia­jąc swoje dziw­nie asy­me­tryczne usta; to wła­śnie owa lekko iry­tu­jąca dys­pro­por­cja czy­niła go tak cha­rak­te­ry­stycz­nym.

Od tej pory spo­ty­kali się pra­wie co­dzien­nie, za­zwy­czaj w to­wa­rzy­stwie Ma­heu i Ni­zana. Pra­co­wali po kilka go­dzin, po czym szli do ka­wiarni lub spa­ce­ro­wali po bul­wa­rach, ob­ja­da­jąc się lo­dami. Męż­czyźni ry­wa­li­zo­wali o to, kto kupi Si­mone lody lub za­bie­rze ją wie­czo­rem do kina. Cza­sem wszy­scy pa­ko­wali się do ma­łego sa­mo­chodu Ni­zana i pę­dzili uli­cami Pa­ryża, w czym Si­mone szcze­gól­nie gu­sto­wała. Ka­zała so­bie po­ka­zać do­rmi­to­ria w École nor­male su­périeure i wraz z in­nymi wdra­pała się na dach szkoły, skąd roz­ta­czał się nie­zwy­kły wi­dok na mia­sto. Sar­tre przy­siadł na ko­mi­nie, a Ma­heu ro­bił zdję­cia; Si­mone ra­do­śnie uśmie­chała się do obiek­tywu.

Ma­heu co­raz bar­dziej się iry­to­wał tym, że Sar­tre zaj­muje w sercu Si­mone tak wiele miej­sca. Po­sta­no­wił jej o tym po­wie­dzieć.

- Ależ nie w moim sercu, tylko w umy­śle - za­opo­no­wała. Po­czuła żal, że zra­niła swo­jego dro­giego Lamę.

Któ­re­goś wie­czoru Si­mone i Stefa sie­działy przy ba­rze w Joc­keyu. Si­mone opo­wie­działa przy­ja­ciółce o Sar­trze oraz o za­zdro­ści, jaką wzbu­dziła u Ma­heu. Li­czyła z jej strony na radę w spra­wie tego dru­giego.

- Dla­czego się z nim nie prze­śpisz, żeby się do­wie­dzieć, ile tak na­prawdę dla cie­bie zna­czy? Poza tym to śmieszne, że wciąż je­steś dzie­wicą. To ta­kie... koł­tuń­skie - oznaj­miła Stefa.

Si­mone aż za­krztu­siła się dżi­nem. Ka­sła­jąc, wpa­try­wała się w przy­ja­ciółkę, która wy­ra­ziła swoje zda­nie tak do­no­śnie, że męż­czy­zna obok ob­rzu­cił Si­mone spro­śnym spoj­rze­niem. Znowu mu­siała za­kasz­leć.

- Je­steś pi­jana - od­pa­ro­wała.

Stefa nie spusz­czała z niej wzroku, ssąc słomkę wy­dę­tymi w szpic war­gami.

- Pew­nie tak. Ale mam ra­cję.

- Ma­heu jest prze­cież żo­naty.

Stefa wy­buch­nęła hi­ste­rycz­nym śmie­chem. Si­mone w pierw­szej chwili po­czuła się ura­żona, ale za­raz po­tem także się ro­ze­śmiała.

- Wier­nym trzeba być tylko wtedy, gdy się ko­goś na­prawdę ko­cha. Wów­czas i tak nie masz ochoty na oszu­ki­wa­nie. Ja ni­gdy nie za­pra­gnę in­nego męż­czy­zny, mam prze­cież Fer­nanda. - Słowa te wy­po­wie­działa z nie­za­chwia­nym prze­ko­na­niem.

- Jak mo­żesz być tego pewna? Skąd niby to wszystko wiesz? - za­py­tała Si­mone.

- Py­ta­nie brzmi, dla­czego ty jesz­cze o tym nie wiesz - pa­dła od­po­wiedź. - A co na ten te­mat ma do po­wie­dze­nia twój Sar­tre?

Si­mone uwiel­biała roz­ma­wiać ze Stefą o tych spra­wach. Przy­ja­ciółka trak­to­wała je znacz­nie swo­bod­niej, choć prze­cież obie ode­brały po­dobne wy­cho­wa­nie. Si­mone za­sta­na­wiała się, jak udało jej się zrzu­cić z sie­bie cały ten ba­gaż uprze­dzeń i stać się tak pewną sie­bie ko­bietą. Stefa wciąż po­tra­fiła wpra­wić ją w za­kło­po­ta­nie. Kilka dni wcze­śniej spo­tkały się w jej miesz­ka­niu, gdzie na ścia­nie nad ka­napą wi­siał ogromny akt Stefy.

Si­mone wpa­try­wała się w ob­raz. - Po­zwo­li­łaś, by Fer­nando uj­rzał cię w ta­kim sta­nie? - za­py­tała oszo­ło­miona.

Stefa tylko prze­wró­ciła oczami.

- Si­mone! - Za­wa­hała się, ale po chwili do­dała: - Mu­szę ci coś wy­znać. Fer­nando i ja miesz­kamy ra­zem.

- Choć nie wzię­li­ście ślubu? - Si­mone za­py­tała z kon­ster­na­cją.

Stefa nie od­po­wie­działa. Si­mone zdała so­bie na­raz sprawę z ab­sur­dal­no­ści wła­snego obu­rze­nia. Kto po­wie­dział, że trzeba być żo­na­tym, żeby dzie­lić z kimś miesz­ka­nie? Poza tym oboje prze­cież za­mie­rzali się po­brać i mieli pew­ność, że chcą spę­dzić ra­zem ży­cie. Si­mone wzięła głę­boki od­dech, po czym się ro­ze­śmiała - i śmiała bez końca.

Kiedy w końcu do­szła do sie­bie, Stefa uśmiech­nęła się do niej.

- Naj­wyż­szy czas - wes­tchnęła.

- Mu­szę usiąść tak, żeby nie wi­dzieć tego ob­razu - od­parła Si­mone z uśmie­chem. Kiedy wie­czo­rem wró­ciła do domu, długo roz­my­ślała nad tym, jak swo­bod­nie mu­siała czuć się Stefa, skoro od­wa­żyła się po­ka­zać uko­cha­nemu cał­kiem nago.

Si­mone ucie­szyła się na myśl, że co­dzien­nie bę­dzie się wi­dy­wać z Sar­tre'em. Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkała osoby o tak wszech­stron­nym wy­kształ­ce­niu. Nie było te­matu, na który nie miałby nic do po­wie­dze­nia, w swo­ich opi­niach zaś ni­gdy nie ocie­rał się o ba­nał i za­wsze pre­zen­to­wał zu­peł­nie nowy punkt wi­dze­nia. Jego słowa uka­zy­wały od­mienne, eks­cy­tu­jące spoj­rze­nie na stare, do­brze znane kwe­stie. "Sar­tre ni­gdy nie prze­staje my­śleć, chyba że pod­czas snu" - ma­wiał o nim Ma­heu. Ow­szem, nie był zbyt­nio przy­stojny, nie­mniej gdy tylko otwo­rzył usta, nic in­nego się nie li­czyło. Za­fa­scy­no­wał Si­mone swoją in­te­li­gen­cją i uro­kiem oso­bi­stym. I jak wspa­niale po­tra­fił słu­chać! Ten męż­czy­zna trak­to­wał ją po­waż­nie, bez względu na to, o czym aku­rat mó­wiła. Wy­ka­zy­wał za­in­te­re­so­wa­nie jej opi­niami w spo­sób, ja­kiego ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czyła.

O czym dzi­siaj po­roz­ma­wiamy? - za­sta­na­wiała się w dro­dze na spo­tka­nie w Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim. Chciała po­znać jego zda­nie na te­mat książki Man­hat­tan Trans­fer i ob­my­śliła kilka py­tań, które mo­głaby mu za­dać. Uświa­do­miła so­bie, jak bar­dzo za­le­żało jej na tym, by do­ce­nił kla­row­ność jej ro­zu­mo­wa­nia, za­ra­zem jed­nak wie­działa, że znacz­nie prze­wyż­sza ją in­te­lek­tem i że wiele może się od niego na­uczyć. Na tego ro­dzaju wy­zwa­nie długo mu­siała cze­kać. Na samą myśl o tym czuła nie­po­mierne szczę­ście.

W trak­cie wspól­nych roz­mów za­zwy­czaj jedno z nich sta­wiało tezę, pod­czas gdy dru­gie for­mu­ło­wało do niej an­ty­tezę. Po­tem na­stę­po­wała wy­miana ar­gu­men­tów, aż któ­reś z nich zdo­łało prze­ko­nać roz­mówcę. Zwy­kle to on miał ra­cję, Si­mone mu­siała to przy­znać. Czę­sto jed­nak za­pę­dzała go w kozi róg i bra­ko­wało mu ar­gu­men­tów. Pew­nego razu w końcu oznaj­mił z uśmie­chem na twa­rzy:

- Nie pod­daje się pani, do­póki nie za­kwe­stio­nuje naj­drob­niej­szej na­wet nie­ści­sło­ści. Pani py­ta­nia uwie­rają jak ka­myk w bu­cie. Im bar­dziej czło­wiek stara się go po­zbyć lub o nim za­po­mnieć, tym więk­szy spra­wia ból.

Za­czął szu­kać cze­goś w kie­szeni swo­ich wy­pcha­nych spodni, po czym z za­wa­diac­kim uśmie­chem wy­cią­gnął brzydką por­ce­la­nową fi­gurkę wiel­ko­ści pię­ści. Był to męż­czy­zna w śmiesz­nym ka­pe­lu­szu na gło­wie, w za­my­śle­niu pod­pie­ra­jący dłońmi brodę.

- Nie­dawno zna­la­złem tę fi­gurkę u han­dla­rza ru­pieci przy rue de Se­ine. Przy­po­mniała mi o pani.

Si­mone wzięła fi­gurkę do rąk, była cie­pła od dłoni Sar­tre'a; nie wie­działa, gdzie ją po­ło­żyć. Czyżby tak ją po­strze­gał? Jako dziw­nego lu­dzika?

- Ma pan ra­cję, jest zu­peł­nie do mnie po­dobna - po­wie­działa nieco szorstko, wsu­wa­jąc ją do kie­szeni. Do­piero póź­niej, gdy wzięła ją w dło­nie i po­now­nie jej się przyj­rzała, uświa­do­miła so­bie, że być może po­da­ro­wał jej tę fi­gurkę ze względu na pozę my­śli­ciela.

W to­wa­rzy­stwie Sar­tre'a świat wo­kół niej się roz­pro­mie­niał. In­te­lek­tu­alna ry­wa­li­za­cja sta­wała się czy­stą przy­jem­no­ścią. Pod­czas wspól­nych spo­tkań wy­ka­zy­wał wprost ma­nia­kalną wspa­nia­ło­myśl­ność. Na po­czątku wie­czoru po­ka­zy­wał in­nym, ile ma pie­nię­dzy w kie­szeni, i nie wra­cał do domu, do­póki nie wy­dał ostat­niego cen­tyma. Wie­czo­rem 14 lipca za­pro­sił Si­mone, Lamę, Ni­zana i jego żonę Hen­riette do ka­wiarni i za­ma­wiał ko­lejne kok­tajle, aż się upili. Był to cu­dow­nie lekki wie­czór wy­peł­niony śmie­chem i tań­cem. Si­mone po­zwo­liła się ad­o­ro­wać nie­zna­jo­memu męż­czyź­nie, który wciąż pod­cho­dził do sto­lika i pro­sił ją do tańca. W pew­nym mo­men­cie Sar­tre miał już dość.

- Wła­ści­wie nie tań­czę, ale chyba będę mu­siał, je­śli mam się pa­nią na­cie­szyć.

Kiedy sta­nęli bli­sko sie­bie, za­uwa­żyła róż­nicę wzro­stu. Sar­tre w ogóle się tym nie przej­mo­wał. Nie prze­sta­wał za­chwa­lać jej urody, sy­piąc cel­nymi ko­men­ta­rzami, sam na­to­miast zda­wał się nie zwra­cać uwagi na swój wy­gląd. Jak on to ro­bił? Tan­ce­rzem oka­zał się mar­nym, ale przez cały czas z nią ga­wę­dził, roz­śmie­sza­jąc ją tak bar­dzo, że Si­mone w końcu prze­stała o tym my­śleć. Wiel­kość umy­słu prze­wyż­szała roz­miary ciała.

Dwa ty­go­dnie póź­niej, z lek­kimi za­wro­tami głowy i wa­lą­cym ser­cem, udała się na Sor­bonę, by po­znać wy­niki eg­za­mi­nów. Ko­mi­sja za­jęła miej­sca za ka­te­drą, po czym od­czy­tano na­zwi­ska.

- Miej­sce pierw­sze: mon­sieur Jean-Paul Sar­tre; miej­sce dru­gie: ma­de­mo­iselle Si­mone Lu­cie Er­ne­stine Ma­rie Ber­trand de Be­au­voir; miej­sce trze­cie...

Si­mone od­wró­ciła się do sie­dzą­cego obok Sar­tre'a.

- Druga po panu. Je­stem taka dumna.

- Rów­nie do­brze mo­gło być na od­wrót - od­parł.

Oboje zo­stali do­pusz­czeni do eg­za­minu ust­nego, po­dob­nie jak Ni­zan. René Ma­heu prze­padł. Po ma­łej ce­re­mo­nii Si­mone po­szła go szu­kać, ale ni­g­dzie nie zna­la­zła. Na­stęp­nego dnia do­wie­działa się, że wy­je­chał z Pa­ryża, bez po­że­gna­nia.

Dwaj mali to­wa­rzy­sze Sar­tre'a, pe­tits ca­ma­ra­des, znik­nęli. Ma­heu wy­je­chał na wieś, Ni­zan i Hen­riette wy­pro­wa­dzili się na­to­miast z domu z białą ce­ra­miczną fa­sadą przy rue Va­vin, nie­opo­dal miesz­ka­nia Si­mone, gdyż ku­pili ul­tra­no­wo­cze­sny szklany dom w Sa­int-Ger­main-en-Laye i przy­jeż­dżali do Pa­ryża tylko na je­den lub dwa wie­czory w ty­go­dniu.

- Te­raz ja się pa­nią za­opie­kuję - oznaj­mił Sar­tre.

- Bar­dzo chęt­nie - od­parła z uśmie­chem.

Od tej pory czę­sto by­wali we dwoje, co przy­da­wało ich roz­mo­wom zu­peł­nie no­wego cha­rak­teru. Si­mone za­uwa­żyła, że przed spo­tka­niem by­wała jesz­cze bar­dziej pod­eks­cy­to­wana niż przed­tem, Sar­tre zaś nie­ustan­nie ob­sy­py­wał ją kom­ple­men­tami, o ile aku­rat nie miał przy so­bie ja­kiejś dzi­wacz­nej por­ce­la­no­wej fi­gurki.

- Ch?re Si­mone, pani pio­ru­nu­jące błę­kitne oczy z pew­no­ścią wpra­wiły wielu męż­czyzn w za­kło­po­ta­nie. Ale naj­bar­dziej po­dzi­wiam spo­sób, w jaki pani cho­dzi. To nie­zwy­kle uro­cze, iść obok pani. Pani szybki krok spra­wia, że czuję się tak, jak­by­śmy pil­nie mu­sieli gdzieś się udać. Ale jesz­cze bar­dziej po­doba mi się, gdy pani do mnie pod­cho­dzi. Wma­wiam so­bie wtedy, że nie może się pani do­cze­kać, żeby mnie zo­ba­czyć. Ale póki co, bierzmy się do pracy.

Sły­sząc te słowa, Si­mone po­czuła ra­dość, po­dob­nie cie­szyła się z por­ce­la­no­wej fi­gurki. Nie wie­działa jed­nak, jak mia­łaby ją oka­zać. Nie na­wy­kła do pre­zen­tów i po­chwał, nie chciała też ucho­dzić za ro­man­tyczną i sen­ty­men­talną, lecz za mą­drą. Nic więc nie po­wie­działa.

Sie­dzieli bli­sko sie­bie, przed nimi pię­trzył się stos otwar­tych ksią­żek i ze­szy­tów z no­tat­kami. Sar­tre się­gnął po tom le­żący po dru­giej stro­nie stołu, do­ty­ka­jąc przy tym jej ra­mie­nia. Za­marł na chwilę i uśmiech­nął się do niej, po czym po­chy­lił się nad książką. Po­tra­fili tak sie­dzieć obok sie­bie go­dzi­nami.

Roz­ma­wiali nie tylko o fi­lo­zo­fii. Co­raz czę­ściej od­ry­wali się od pracy i mó­wili o so­bie, o rze­czach, które ich po­ru­szały i fa­scy­no­wały. Spodo­bało się to zwłasz­cza Si­mone. Na­resz­cie mo­gła z kimś po­roz­ma­wiać o swo­ich wąt­pli­wo­ściach i pla­nach na przy­szłość. Ca­łymi go­dzi­nami spa­ce­ro­wali po Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim lub po Tu­ile­ries, bez reszty za­tra­ca­jąc się w roz­mo­wie.

Si­mone była zdu­miona, jak do­brze ją przej­rzał, mimo że znał ją za­le­d­wie od kilku ty­go­dni.

Tego dnia usie­dli na zie­lo­nych że­la­znych krze­słach w ogro­dach Tu­ile­ries, wy­cią­gnęli nogi i oparli stopy o brzeg fon­tanny. Sar­tre opo­wie­dział jej o swo­jej nie­do­szłej na­rze­czo­nej, w któ­rej był bez reszty za­ko­chany, ale którą zo­sta­wił.

- Ma na imię Si­mone, tak jak pani - wy­znał.

Si­mone ogrom­nie to za­cie­ka­wiło, choć jej my­śli błą­dziły, gdyż cza­sem sty­kali się sto­pami. Nie zwró­ciła uwagi na mo­ment, w któ­rym za­czął się za­sta­na­wiać, dla­czego ona bro­niła ko­chane przez sie­bie osoby, mimo że po­tę­piała ich po­stę­po­wa­nie i nie chciała się do nich upodob­nić.

Si­mone za­opo­no­wała, po­da­jąc za przy­kład swoją matkę:

- Jest bez­na­dziej­nie ka­to­licka i od­rzuca wszystko, co nie pa­suje do jej świa­to­po­glądu, na­wet je­śli jest to nie­zbita prawda. Wciąż ma na­dzieję, że znaj­dzie męż­czy­znę, który się ze mną ożeni, bym nie mu­siała pra­co­wać jako na­uczy­cielka. A jed­nak to moja matka i ją ko­cham.

Sar­tre za­czął zbi­jać jej ar­gu­men­ta­cję, aż nic z niej nie zo­stało. Cał­ko­wi­cie od­wra­cał jej ro­zu­mo­wa­nie i bez wy­siłku pod­wa­żał jej teo­rie.

- Chcę de­cy­do­wać w moim sercu, co jest do­bre, a co złe - za­wo­łała po trzech go­dzi­nach za­cię­tych zma­gań. - Być może jedna Si­mone ist­nieje dla in­nych, a druga tylko dla mnie, ta, o któ­rej nic pan nie wie.

- Ależ, drogi Ka­sto­rze, to zu­peł­nie nie­szczere. I do­brze pani o tym wie. Pro­szę się nie pod­pie­rać wła­snymi uprze­dze­niami oraz ce­nio­nymi, acz po­wierz­chow­nymi opi­niami. Ach, nad­jeż­dża pani au­to­bus. Musi się pani po­spie­szyć.

Si­mone chciała wyjść już przed go­dziną, po­nie­waż w domu cze­kała na nią matka, lecz dys­puta z Sar­tre'em tak bar­dzo ją za­fa­scy­no­wała, że zo­stała dłu­żej. Te­raz mu­siała biec, żeby zdą­żyć na ostatni kurs. Głupi au­to­bus - po­my­ślała, już tę­sk­niąc za to­wa­rzy­stwem Sar­tre'a. W końcu uznała, że prze­by­wa­nie z nim to wszystko, czego pra­gnęła. Usia­dła w ostat­nim rzę­dzie i wyj­rzała przez okno, Sar­tre stał w swoim błę­kit­nym płasz­czu i smutno do niej ma­chał. Si­mone oparła się wy­god­nie i za­częła roz­trzą­sać jego słowa.

Nie­szcze­rość - czy też sa­mo­oszu­ki­wa­nie się - była głów­nym mo­ty­wem roz­wa­żań Sar­tre'a. Sym­bo­li­zo­wała wszystko to, czym się brzy­dził i z czym wal­czył, każdą swoją my­ślą, każ­dym dzia­ła­niem. Nie­szcze­rość była dlań po­sił­ko­wa­niem się z góry przy­ję­tymi wy­obra­że­niami, ozna­czała ustęp­stwa i le­niwe kom­pro­misy w imię świę­tego spo­koju. Nie­szcze­rość i wol­ność to prze­ci­wień­stwa. By nie po­paść w nie­szcze­rość i unik­nąć utraty wol­no­ści, trzeba kwe­stio­no­wać wszystko, na­wet naj­bar­dziej pro­za­iczne rze­czy, które czę­sto wy­dają się nie­jako dane od Boga.

Była oszo­ło­miona fak­tem, że trak­to­wał ją z taką po­wagą. Na­resz­cie zna­lazł się ktoś, kto po­strze­gał ją taką, jaka w isto­cie była, nie zaś jako do­da­tek do wła­snego świata. Dla Sar­tre'a nie była córką, która nie na­daje się do za­mąż­pój­ścia i ze­szła ze ścieżki cnoty. Nie była też ani przy­ja­ciółką, ani sio­strą. Była po pro­stu Si­mone.

Nie wiem, co my­śleć i czy w ogóle mogę my­śleć - za­pi­sała tam­tego wie­czoru w dzien­niku. Je­stem pi­jana nim i sobą.

Roz­dział 6

Lato 1929 roku

W ciągu nie­spełna czte­rech ty­go­dni lipca Sar­tre zdo­łał nie­mal bez reszty za­wład­nąć umy­słem Si­mone. Spra­wił, że pra­wie zu­peł­nie za­po­mniała o Ma­heu i Ja­cques'u. Wy­ko­rzy­stał fakt, że jego kon­ku­renci wy­je­chali z Pa­ryża.

- Te­raz to ja się pa­nią za­opie­kuję - oświad­czył. I rze­czy­wi­ście, tak bar­dzo po­chło­nął jej my­śli, że jej we­wnętrzne roz­terki z po­wodu nie­obec­no­ści Ja­cques'a przy­ga­sły. - Po­trze­buję pani do upo­rząd­ko­wa­nia mo­ich my­śli - pod­kre­ślał, na­peł­nia­jąc ją po­czu­ciem szczę­ścia i dumy. - Mogę pani przed­sta­wić na poły go­towy po­mysł, a pani wie, jak na­leży go roz­wi­nąć. Bar­dzo mi się to po­doba. - Za­ra­zem nie prze­sta­wał za­bie­gać o jej względy. Z po­czątku Si­mone to igno­ro­wała, wzru­sza­jąc je­dy­nie ra­mio­nami. Prze­cież Sar­tre nie­ustan­nie flir­to­wał z ko­bie­tami, taki już miał cha­rak­ter.

Ni­zan wkrótce za­czął się skar­żyć, że Sar­tre nie znaj­duje dla niego czasu i że prze­stał być jego ulu­bio­nym roz­mówcą. Pew­nego wie­czoru wraz z żoną Hen­riette za­pro­sili Si­mone i Sar­tre'a do sie­bie. Kiedy Ri­rette wstała, by w kuchni przy­go­to­wać ka­napki, Ni­zan po­pro­sił Si­mone, żeby jej po­mo­gła.

- Ale ja nie je­stem go­spo­dy­nią do­mową - od­parła z obu­rze­niem Si­mone. Sar­tre par­sk­nął śmie­chem.

Znam Sar­tre'a za­le­d­wie od kilku ty­go­dni, a on już wszystko o mnie wie, wręcz mnie po­siadł - po­my­ślała, nie wie­dząc, czy winna się tym cie­szyć, czy może nie­po­koić. Wy­brała to pierw­sze; nic in­nego do niej nie pa­so­wało. Sar­tre co­raz bar­dziej im­po­no­wał jej swoją ogromną wie­dzą. Był od niej trzy lata star­szy i miał wię­cej czasu na na­ukę, ale nie w tym rzecz. Przez dwa lata uczęsz­czał do École nor­male su­périeure. Mło­dzi męż­czyźni uczyli się tam od naj­lep­szych fran­cu­skich fi­lo­zo­fów, na­by­wa­jąc w ten spo­sób in­te­lek­tu­al­nej pew­no­ści sie­bie, któ­rej jej bra­ko­wało. Mimo to Sar­tre nie był aro­gancki, wręcz prze­ciw­nie. Dzie­lił się z nią wie­dzą, za­wsze też był pod wra­że­niem jej eru­dy­cji. To spra­wiło, że nie po­tra­fiła się mu oprzeć.

- Brak urody nad­ra­bia wdzię­kiem i in­te­lek­tem - stwier­dziła Stefa, gdy Si­mone po raz ko­lejny roz­ma­wiała z nią na te­mat Sar­tre'a.

- Ale on wcale nie jest brzydki! - wy­krzyk­nęła Si­mone.

- Prze­cież mó­wię - za­śmiała się Stefa.

Na­stęp­nego dnia usia­dła w oto­czo­nym ko­lum­nadą ogro­dzie Sor­bony, w miej­scu, które Sar­tre mógł ob­ser­wo­wać z wnę­trza sali. Mu­siała opra­co­wać tezy Ro­us­seau, ale trudno jej było się sku­pić, bo czuła na so­bie jego wzrok.

- Si­mone!

Zdez­o­rien­to­wana, unio­sła wzrok. Stał przed nią Ma­heu. Ra­dość prze­peł­niła jej serce. Jej mały Lama po­wró­cił, tak bar­dzo za nim tę­sk­niła. Za­pra­gnęła, by Ma­heu sta­rym zwy­cza­jem po­gła­dził ją pal­cami po wło­sach, on jed­nak stał przed nią nieco za­kło­po­tany, na­wet nie po­dał jej ręki.

- Czy pój­dziemy na spa­cer?

Si­mone spa­ko­wała swoje rze­czy. Zer­k­nęła w kie­runku sali wy­kła­do­wej, w któ­rej sie­dział Sar­tre. Wy­da­wało jej się, że po­ma­chał do niej ręką.

Jak miło było spa­ce­ro­wać po uli­cach mia­sta w to­wa­rzy­stwie Ma­heu. Do­sko­nale do­trzy­my­wali so­bie kroku. Po­wró­ciło wspo­mnie­nie licz­nych wspól­nych prze­cha­dzek.

- Chodźmy do Ogrodu Luk­sem­bur­skiego. Zjemy tam lody - po­wie­dział Ma­heu, jakby od­gadł jej my­śli.

Park był pe­łen lu­dzi, mu­sieli od­stać swoje w ko­lejce do lo­dzia­rza, wśród ha­ła­śli­wej cze­redy dzieci i ich opie­ku­nek, co bar­dzo ich roz­ba­wiło.

- Czy na­dal lu­bisz cy­try­nowe, jak za mo­ich cza­sów? - za­py­tał Ma­heu, gdy na­de­szła ich ko­lej.

Przy­tak­nęła.

- To na­dal jest twój czas.

Do­my­ślił się jed­nak, że skła­mała - miał to wy­pi­sane na twa­rzy.

Usie­dli z lo­dami w cie­niu bu­ko­wego ży­wo­płotu.

- Ka­sto­rze, wy­jeż­dżam z Pa­ryża, na za­wsze. Mój po­kój jest już uprząt­nięty. Czuję się nie­szczę­śliwy, że cię utra­ci­łem. A jed­nak sam to prze­po­wie­dzia­łem. Że Sar­tre mi cię od­bie­rze.

Si­mone chciała za­prze­czyć, ale po­my­ślała o sło­wach Sar­tre'a na te­mat nie­szcze­ro­ści. To była jedna z tych sy­tu­acji, kiedy mu­siała dzia­łać. Spoj­rzała na Ma­heu, na jego bujną czu­prynę i piękne oczy - i po­smut­niała. Nie chciała go stra­cić, na­wet je­śli nie mo­gła już so­bie przy­po­mnieć, co ją tak na­prawdę w nim po­cią­gało.

- Od­wie­dzę cię w Mey­ri­gnac, kiedy przy­je­dziesz tam na wa­ka­cje.

- To by mnie bar­dzo ucie­szyło. - Tym ra­zem mó­wiła szcze­rze.

Kiedy wró­ciła na Sor­bonę, Sar­tre już na nią cze­kał. Długo roz­ma­wiali o La­mie. Kiedy Sar­tre za­uwa­żył, jak bar­dzo jest przy­gnę­biona, wziął ją pod rękę i po­pro­wa­dził przez bo­ule­vard Sa­int-Mi­chel. Śpie­wał przy tym na całe gar­dło Ol' Man Ri­ver, by prze­pę­dzić jej po­nure my­śli. Nie wie­działa, jaki piękny ma głos, choć ak­cent miał po­tworny.

W so­botę Si­mone wy­szła z domu. Po­upette ko­niecz­nie chciała pójść do Styksu, mod­nego klubu, o któ­rym mó­wiono, że dzieją się tam nie­stwo­rzone rze­czy. Umó­wiła się z przy­ja­ciółmi z Aca­démie de la Grande Chau­mi­?re, szkoły ar­ty­stycz­nej na Mont­par­nas­sie, do­stęp­nej dla wszyst­kich - na­wet bez przy­go­to­wa­nia; Po­upette stu­dio­wała w niej ma­lar­stwo. Po­dob­nie jak sio­stra, Si­mone nie mo­gła się na­dzi­wić, że ro­dzice po­zwo­lili Hél?ne kształ­cić się w śro­do­wi­sku ar­ty­stycz­nej bo­hemy. Matka zmie­niła swój sto­su­nek do có­rek. Była dumna z suk­ce­sów Si­mone, oka­zu­jąc to drob­nymi ge­stami. Cza­sami okry­wała ją ko­cem lub przy­no­siła jej przed snem go­rącą her­batę, kiedy Si­mone uczyła się do póź­nej nocy.

- Może dali za wy­graną, bo i to­bie nie mo­gli za­bro­nić stu­dio­wa­nia fi­lo­zo­fii - spe­ku­lo­wała Po­upette.

Si­mone wes­tchnęła, wspo­mi­na­jąc, jak to ca­łymi ty­go­dniami nie za­mie­niła z ro­dzi­cami ani słowa, aż w końcu wy­ra­zili zgodę.

- My­ślę, że oni nie mają po­ję­cia, co po­ra­biasz w Aca­démie. Gdyby mama wie­działa, że stu­den­tom po­zują na­gie mo­delki, wpa­dłaby w szał.

- Na li­tość bo­ską, ona ni­gdy nie może się tego do­wie­dzieć.

Si­mone przy­po­mniała so­bie wów­czas wła­sne prze­ra­że­nie, ja­kie ją ogar­nęło za­le­d­wie kilka ty­go­dni wcze­śniej na wi­dok aktu Stefy. Te­raz uznała to za rzecz zu­peł­nie nor­malną, mię­dzy in­nymi dzięki Sar­tre'owi, który szybko wy­pę­dził z niej wszelką pru­de­rię, wy­gła­sza­jąc uro­czy i za­bawny wy­kład na te­mat miesz­czań­skiej mo­ral­no­ści na przy­kła­dzie Rim­bauda i Marksa.

Si­mone usia­dła obok Po­upette na wy­so­kim stołku przy ba­rze, sta­ra­jąc się w ele­gancki spo­sób skrzy­żo­wać nogi. Nie było to wcale ła­twe, bo wy­piły już kilka kie­lisz­ków. Si­mone nie krę­po­wała się już wstę­po­wać do ta­kich ba­rów, bez względu na to, czy miała mę­skie to­wa­rzy­stwo, czy była sama. Jej po­stę­po­wa­nie prze­ra­ziło Zazę.

Si­mone czuła się wy­bor­nie, za­mó­wiła ko­lejny gin fizz. Nie za­uwa­żyła, że obok niej usia­dła przy­ja­ciółka Po­upette. Si­mone znała ją, miała na imię Magda.

- Masz ja­kieś wie­ści o Ja­cques'u? - za­py­tała na­gle Magda, wpa­tru­jąc się w Si­mone lekko szkli­stymi oczami.

Si­mone za­marła.

- Dla­czego py­tasz o Ja­cques'a?

- Cóż, je­ste­ście ku­zy­nami. By­li­śmy ra­zem przez dwa lata, po­tem on zwy­czaj­nie znik­nął i nie mam od niego żad­nych wie­ści. Wiem, że je­stem idiotką, ale na­dal go ko­cham!

Si­mone zmie­rzyła ją wzro­kiem. Magda, bli­ska pła­czu, wy­krzy­wiła usta. Mimo to była piękna, jak anioł, miała dłu­gie nogi i de­li­katną szyję wy­ła­nia­jącą się spod fu­trza­nej kurtki. Ciemno uma­lo­wa­nymi oczami pa­trzyła na Si­mone, która na­gle po­czuła się przy niej jak kop­ciu­szek.

Jedną ko­bietę ca­łuję, dru­giej ufam - ta­kie zda­nie na­pi­sał jej kie­dyś Ja­cques. Wów­czas była dumna, że to wła­śnie ją uznał za swoją po­wier­nicę. Te­raz jed­nak, wi­dząc urodę Magdy w ca­łej oka­za­ło­ści, nie miała już tej pew­no­ści. Czyżby ukłuła ją za­zdrość?

Si­mone zdo­łała ukryć nur­tu­jące ją uczu­cia, z tru­dem do­trwała do końca wie­czoru. Po nim na­stała bez­senna noc wy­peł­niona gorzką roz­pa­czą. Przy­szła jej na myśl Co­lombe, po­stać z po­wie­ści Ala­ina-Fo­ur­niera, która chciała się uto­pić, kiedy jej uko­chany oka­zał się jej nie­godny. Z prze­ra­że­niem stwier­dziła, że pój­ście w jej ślady przez se­kundę na­brało uwo­dzi­ciel­skiego uroku. Usia­dła na łóżku i za­pa­liła świa­tło, by od­go­nić od sie­bie tę po­tworną myśl. Le­żąca obok niej Po­upette jęk­nęła, ale Si­mone nie zwra­cała na nią uwagi.

De­spe­racko pra­gnęła za­pa­no­wać nad wła­snymi uczu­ciami. Po­spiesz­nie się­gnęła po dzien­nik i go­rącz­kowo prze­glą­dała wpisy z ostat­nich kilku mie­sięcy - te do­ty­czące Ja­cques'a. Zdu­miona za­uwa­żyła, jak wiele miej­sca mu po­świę­ciła. Wszyst­kie te Och, Ja­cques!, Mój Ja­cques! I dla­czego mó­wiła mu po imie­niu? W sto­sunku do Sar­tre'a ni­gdy by so­bie na to nie po­zwo­liła; wo­bec niego ist­niało wy­łącz­nie pełne sza­cunku "pan", wy­ra­ża­jące sym­pa­tię, i to szczerą, nie zaś eg­zal­to­wane od­da­nie, nie­pa­su­jące do tak roz­sąd­nej ko­biety jak ona.

W dzien­niku wid­niały wpisy, któ­rych każda li­nijka, bez­po­śred­nio czy po­śred­nio, do­ty­czyła Ja­cques'a. Po­rów­ny­wała go z in­nymi przy­ja­ciółmi, z de­li­kat­nym Ma­heu, z cza­ru­ją­cym Gan­dil­la­kiem. O prze­chadz­kach w La­sku Bu­loń­skim pi­sała tylko po to, by przy­wo­łać wspo­mnie­nia wy­cie­czek w to­wa­rzy­stwie Ja­cques'a. Wi­dok każ­dej ra­baty tu­li­pa­nów, każ­dego po­ru­sza­ją­cego jej serce żon­kila kie­ro­wał ku niemu jej my­śli. De­li­katne ró­żowe kwiaty kasz­ta­now­ców przy­po­mi­nały jej, jak bar­dzo Ja­cques je lu­bił.

Kiedy te­raz po­now­nie od­czy­ty­wała te frag­menty, po­czuła nie­po­kój. Czyżby piękno świata nie miało wła­snego zna­cze­nia? Czyż Sar­tre nie uczył jej, że jest osobą nie­za­leżną i nie po­winna de­fi­nio­wać sie­bie wy­łącz­nie po­przez swój zwią­zek z Ja­kiem? Jej spo­tka­nia, prze­ży­cia... Dla­czego wszystko po­strze­gała przez pry­zmat jego osoby? To że­nu­jące! Wie­działa też, że wpisy z ostat­nich dwóch lat są bar­dzo sen­ty­men­talne i - szu­kała od­po­wied­niego słowa - ob­łudne. Otóż to! W Ja­cques'u wi­działa za­wsze ko­goś, kim wcale nie był, kogo na­wet nie uda­wał. Kiedy oznaj­mił: "My­ślę, że wkrótce będę mu­siał się z kimś oże­nić", wmó­wiła so­bie, że to ją ma na my­śli. Mimo że znała prawdę. Ze zło­ścią za­trza­snęła ze­szyt. Chciała nim rzu­cić w kąt.

Czy taka wła­śnie chcę być? - za­sta­na­wiała się. Osobą tak bar­dzo uza­leż­nioną, że nie­szcze­rze na­gina ona do sie­bie świat, za­miast uczci­wie zmie­rzyć się z pro­ble­mami? Na li­tość bo­ską, wła­śnie zda­łam eg­za­min! Wkrótce zo­stanę jedną z naj­lep­szych na­uczy­cie­lek w ca­łej Fran­cji. Je­stem roz­sądną ko­bietą, która ana­li­zuje i kwe­stio­nuje swoje po­stę­po­wa­nie. Wy­zna­czy­łam so­bie w ży­ciu cel. A wszystko, co tu na­pi­sa­łam, jest z gruntu fał­szywe. To nie ja. Taką osobą być nie chcę. Za­marła. Ależ mam do­piero dwa­dzie­ścia je­den lat - po­my­ślała po­jed­naw­czo - stoję do­piero u progu ży­cia. I przy­naj­mniej zro­zu­mia­łam swój błąd. Na­pra­wię go, zmie­nię się. Będę się zmie­niać i ob­ser­wo­wać samą sie­bie, póki wresz­cie będę mo­gła po­wie­dzieć: "Te­raz je­stem taka, jaka chcę być". Przy­po­mniała so­bie słowa wy­po­wie­dziane nie­dawno przez Po­upette: "Nic dziw­nego, że za­ko­cha­łaś się w Ja­cques'u. Był je­dy­nym męż­czy­zną, ja­kiego zna­łaś. A w na­szych krę­gach mo­gło to ozna­czać tylko tyle, że za­mie­rzasz go po­ślu­bić".

Kiedy na­stęp­nego ranka wy­ru­szyła w kie­runku bo­ule­vard Ra­spail, gdzie miesz­kała ko­bieta prze­pi­su­jąca na ma­szy­nie jej pracę ma­gi­ster­ską, wciąż nie upo­rała się ze swo­imi roz­ter­kami. Wo­bec mi­ło­snego za­wodu - a ta­kie wła­śnie uczu­cia bu­dził w niej Ja­cques - prze­stała ją na­gle ob­cho­dzić roz­prawa, nad którą tak sza­leń­czo ha­ro­wała. Plik pa­pie­rów ode­brała z nie­mal cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią. Kiedy zna­la­zła się znów na ulicy, ogar­nął ją gniew. Oto trzy­mała w ręku owoc kil­ku­mie­sięcz­nej pracy, po­winna się cie­szyć! Za­miast tego po­grą­żała się w smutku, tę­sk­niąc za czło­wie­kiem, który nie był jej wart i ni­gdy, prze­nigdy się z nią nie ożeni. Na­gle do­strze­gła wy­raź­nie ogrom wła­snych złu­dzeń. Jej ku­zyn szu­kał do­brej par­tii, która po­mo­głaby mu wyjść z fi­nan­so­wych ta­ra­pa­tów. Jego mi­ło­sne za­klę­cia oka­zały się zmy­ślone. I dla­czego w ogóle chciała za niego wyjść? Jak mia­łoby wy­glą­dać ich wspólne ży­cie za dzie­sięć, dwa­dzie­ścia lat? Czy mie­liby so­bie coś jesz­cze do po­wie­dze­nia? To istne sza­leń­stwo. Co Ja­cques z nią ro­bił? Nie! Co ona po­zwa­lała mu ze sobą zro­bić? Ja­każ była głu­pia! Ileż to razy bu­dziła się nad ra­nem ze łzami w oczach, bo przez całą noc za nim tę­sk­niła. Ileż to czasu zmar­no­wała w bi­blio­tece, ma­rząc o nim, za­miast czy­tać, roz­wi­jać się, iść na­przód. Już dawno prze­stała li­czyć dni spę­dzone bez niego, prze­stała za­pi­sy­wać w dzien­niku stro­nice ja­ło­wych, na­pu­szo­nych wy­nu­rzeń. Po­stać Ja­cques'a już dawno za­częła blak­nąć; kiedy to so­bie uświa­do­miła, po­czuła, jak spada jej z serca ogromny cię­żar.

Dzięki Sar­tre'owi na­uczyła się do­cie­rać do sedna sprawy i w żad­nym ra­zie nie okła­my­wać sa­mej sie­bie, kłaść kres wła­snej nie­szcze­ro­ści. Z tego punktu wi­dze­nia zwią­zek z Ja­kiem mo­gła uznać za za­koń­czony.

Kilka dni póź­niej, sie­dząc w za­dy­mio­nym po­koju Sar­tre'a nad książ­kami, opo­wie­działa mu o Ja­cques'u. W od­po­wie­dzi usły­szała jego ła­godny głos:

- Ależ mój drogi Ka­sto­rze, jak może pani my­śleć w tak miesz­czań­ski spo­sób?

- Po­cho­dzi z do­brego domu, przed ślu­bem za­ba­wia się z ko­bietą niż­szego stanu, nim zde­cy­duje się na po­ważne ży­cie i po­ślubi ko­bietę ze swo­jej klasy spo­łecz­nej. I oczy­wi­ście nie przy­znaje swo­jej przy­szłej żo­nie tego sa­mego prawa. To podłe!

Ku jej zdu­mie­niu Sar­tre nie był w naj­mniej­szym stop­niu po­ru­szony jej obu­rze­niem. Je­śli są­dziła, a może na­wet miała ci­chą na­dzieję, że opo­wia­da­jąc mu o swo­ich ser­co­wych roz­ter­kach, zwróci na sie­bie jego uwagę albo na­wet przyda so­bie aury ta­jem­ni­czo­ści, była w błę­dzie. Dla Sar­tre'a ani mał­żeń­stwo, ani mo­no­ga­mia nie miały żad­nego zna­cze­nia, te kwe­stie zwy­czaj­nie go nie in­te­re­so­wały.

- Niechże pan coś po­wie. Czy w ogóle ob­cho­dzą pana moje uczu­cia? - krzyk­nęła w końcu, wzbu­rzona.

Spoj­rzał na nią ze zdu­mie­niem.

- Ależ Si­mone, chyba pani nie my­śli, że wznieci we mnie po­żą­da­nie, opo­wia­da­jąc mi o in­nym męż­czyź­nie. Ma pani w so­bie wolę by­cia wol­nym czło­wie­kiem; bu­dzi pani zbyt wielką cie­ka­wość. Po­winna pani pi­sać książki, a nie wy­cho­dzić za mąż.

Po­czuła się do­tknięta jego sło­wami, choć mu­siała przy­znać, że miał ra­cję.

- Mój ko­chany Ka­sto­rze - po­wie­dział przy po­że­gna­niu - tak bar­dzo mi się dziś pani po­do­bała. Jest pani naj­czul­szym, naj­droż­szym, naj­szczer­szym dziew­czę­ciem, ja­kie znam.

Słowa te wszystko jej wy­na­gro­dziły, lecz gdy tylko zna­la­zła się na ulicy, ogar­nęło ją po­tworne za­kło­po­ta­nie.

Po­gnała do Ogrodu Luk­sem­bur­skiego. Przy­sta­nęła za­pła­kana przed kwit­ną­cymi krze­wami bzu, jego prze­ni­kliwa woń uno­siła się w po­wie­trzu. Osu­nęła się na ławkę i pró­bo­wała od­zy­skać spo­kój. Co się ze mną dzieje?

Otwo­rzyła książkę, by za­jąć czymś my­śli, ale ga­piła się tylko w stro­nice, nie po­tra­fiąc prze­czy­tać ani jed­nej li­nijki. Co tak na­prawdę sta­nowi o moim ży­ciu? - za­sta­na­wiała się. I sama so­bie od­po­wie­działa: cała wie­dza, jaką kryły w so­bie Bi­blio­teka Na­ro­dowa, Sor­bona, École nor­male su­périeure czy za­cza­ro­wane księ­gar­nie Ad­rienne i Sy­lvii. Jej sio­stra oraz przy­ja­ciele, przede wszyst­kim Zaza, Ma­heu, Mer­leau-Ponty, Stefa, a od kilku ty­go­dni Sar­tre. Wspólne prze­ży­cia w trak­cie wie­czo­rów na Mont­par­nas­sie. Od­kry­cia fi­lo­zo­fii. I oczy­wi­ście książki, które sama na­pi­sze. Na myśl o tym zdo­łała się na­resz­cie uspo­koić i po­wie­działa do sie­bie:

- Praw­do­po­dob­nie naj­więk­szą znie­wagą bę­dzie dla cie­bie, drogi Ja­cques'u, je­śli przez cały dzień ani przez chwilę o to­bie nie po­my­ślę.

I tak wła­śnie za­mie­rzała zro­bić.

Unio­sła głowę i zer­k­nęła na krzewy bzu. Do­póki ist­nieje ta­kie piękno, czyż ży­cie nie jest wspa­niałe i warte, by je prze­żyć?

Roz­dział 7

Sar­tre za­pro­sił ją na spa­cer brze­giem Se­kwany, by, jak się wy­ra­ził, do­koń­czyć roz­mowę o jej pla­nach na przy­szłość. Kiedy szli wzdłuż na­brzeża na­prze­ciwko gma­chu Luwru, od­sło­nił przed nią wła­sną przy­szłość: ni­gdy nie za­łoży ro­dziny ani nie zgro­ma­dzi ma­jątku. Bę­dzie po­dró­żo­wać, ni­czego się nie lę­ka­jąc. Słu­chać opo­wie­ści ro­bot­ni­ków por­to­wych w Kon­stan­ty­no­polu, upi­jać się z su­te­ne­rami, pra­co­wać w polu z chło­pami. Prze­mie­rzy cały świat i zgro­ma­dzi tyle do­świad­czeń, ile tylko zdoła.

- Po co to wszystko? - za­py­tała, choć znała od­po­wiedź.

- Żeby to wszystko zro­zu­mieć i o tym opo­wie­dzieć. Chcę roz­gło­sić moje idee po ca­łym świe­cie. I nic nie zdoła mnie od­wieść od tego za­miaru.

Si­mone wpa­try­wała się w niego z po­dzi­wem. Do­kład­nie wie­dział, czego w ży­ciu pra­gnie, wła­śnie to pod­su­mo­wał. Sar­tre chciał zwie­dzić świat, a wszystko, co go ota­cza, winno zna­leźć od­zwier­cie­dle­nie w jego dziele. Cho­dziło mu przy tym o idee, a nie o wła­sną sławę. Swoją bez­wa­run­kową wolą, swoją pa­sją pi­sa­nia ksią­żek za­fa­scy­no­wał ją może na­wet bar­dziej niż roz­le­głą wie­dzą. Si­mone bez krzty za­zdro­ści mu­siała przy­znać, że o wiele do­kład­niej od niej wie­dział, do czego w ży­ciu dąży.

Na Pont Neuf na­gle przy­sta­nął.

- Co dla pani ozna­cza mi­łość? - za­py­tał. - Pra­gnie­nie, aby ktoś do pani mó­wił, czy aby pa­nią obej­mo­wał?

- I to, i to - od­po­wie­działa bez za­sta­no­wie­nia. - Można chcieć po­ca­łunku, tylko dla­tego, że chwilę przed­tem usły­szało się piękne słowa. I można prze­stać ko­goś ko­chać, bo jest się roz­cza­ro­wa­nym jego sło­wami.

Ro­ze­śmiał się trium­fal­nie.

- Od po­czątku mó­wi­łem, że ten Ja­cques by pa­nią uniesz­czę­śli­wił. Chodźmy, po­sta­wię pani go­rącą cze­ko­ladę.

We­szli do pierw­szej na­po­tka­nej ka­wiarni. Kel­ner po­dał na­poje, a Sar­tre za­czął roz­pra­wiać o ka­kao, o tym, jak jego po­wierzch­nia się zmie­nia, gdy do­le­wał doń śmie­tanki i je mie­szał. Po­tem uniósł łyżkę, roz­my­śla­jąc nad jej kształ­tem, dla­czego jest wła­śnie taki, a nie inny.

Wska­zał łyżką w kie­runku nie­wiel­kiej sceny na ty­łach sali.

- Wi­dzi pani tego ma­łego pia­ni­stę? Gra tę me­lo­dię, bo za­sta­na­wia się nad odej­ściem od żony, która go zdra­dza z gi­ta­rzy­stą.

Si­mone pod­chwy­ciła wą­tek.

- Ale gi­ta­rzy­sta ko­cha żonę pia­ni­sty od dziecka. Z wza­jem­no­ścią. Wy­szła za pia­ni­stę tylko dla­tego, że się z nim prze­spała i za­szła w ciążę. Od tej pory wszy­scy troje są nie­szczę­śliwi i uwię­zieni w swoim lo­sie. - Si­mone oparła pod­bró­dek na dło­niach i po­my­ślała o żo­nie pia­ni­sty.

I tak przez cały czas. Oma­wiali wszystko, wszyst­kich do­okoła ob­ga­dy­wali. Cie­ka­wił ich każdy dro­biazg, świat wo­kół nich był pe­łen roz­ma­itych hi­sto­rii. Nie­ustan­nie roz­ma­wiali, w to­wa­rzy­stwie Sar­tre'a Si­mone ni­gdy się nie nu­dziła.

Gdy tego dnia wró­ciła do domu, ni­kogo w nim nie za­stała, dla­tego wy­ko­rzy­stała oka­zję, by w sa­mot­no­ści za­pi­sać w dzien­niku swoje prze­my­śle­nia. Ow­szem, lu­biła, gdy słowa ją po­ru­szały. A Sar­tre swo­imi sło­wami wni­kał do jej umy­słu, co spra­wiało jej przy­jem­ność. Boże, wni­kał w nią, czy ona tak wła­śnie na­pi­sała? Za­brzmiało to jak... Za­chi­cho­tała.

Na­gle za nim za­tę­sk­niła. Nie za my­śli­cie­lem, ale za męż­czy­zną. Od­kąd Ma­heu wy­je­chał z Pa­ryża i już jej nie ad­o­ro­wał, od kiedy uwol­niła się we­wnętrz­nie od Ja­cques'a i jego nie­szcze­ro­ści, w jej sercu zro­biło się miej­sce dla Sar­tre'a. Nie po­tra­fiła po­jąć tego uczu­cia, ale na­raz pra­gnie­nie ude­rzyło w nią jak grom: jakby zo­ba­czyła Sar­tre'a po raz pierw­szy.

Drżą­cymi pal­cami za­pi­sała ja­kieś zda­nie, ści­ślej mó­wiąc - po­sta­no­wie­nie, gdy na­gle usły­szała matkę wra­ca­jącą do domu. Po­spiesz­nie za­mknęła dzien­nik i scho­wała go za rzę­dem ksią­żek na re­gale.

- Od­pro­wa­dzę pana do po­koju - oznaj­miła na­stęp­nego dnia Sar­tre'owi. Cały dzień spę­dzili jak zwy­kle ra­zem, za­częło już zmierz­chać, oboje byli zmę­czeni i na­sy­ceni roz­mową. Si­mone przy­po­mniała so­bie wów­czas zda­nie, które za­no­to­wała po­przed­niego wie­czoru.

Za­sko­czony Sar­tre spoj­rzał na nią z czu­ło­ścią.

- Pra­gną­łem tego od dawna, w za­sa­dzie już od pierw­szego dnia. Ale dla­czego te­raz?

- Roz­my­śla­łam o tym i zde­cy­do­wa­łam, że nad­szedł czas. A Stefa prze­czy­tała mi frag­ment z Księgi Ka­płań­skiej - do­dała z uśmie­chem.

- Dzielna Stefa - przy­znał Sar­tre, trzy­ma­jąc ją za rękę.

Kiedy zna­leźli się w jego po­koju, ob­jął ją ra­mio­nami i po­ca­ło­wał. W chwili, gdy swo­imi peł­nymi ustami przy­warł do jej warg, Si­mone od­nio­sła wra­że­nie, że coś w niej eks­plo­duje. Przy­lgnęła do niego i oboje opa­dli na wą­skie łóżko. Stosy ksią­żek prze­wró­ciły się, Sar­tre spy­chał je łok­ciem na bok, żeby zro­bić nieco miej­sca.

- Si­mone, ko­cham pa­nią. Ale na­wet je­śli zro­bimy to te­raz, nie zna­czy to, że ma pani do mnie ja­kie­kol­wiek prawo - po­wie­dział na­gle. - Wie pani o tym, prawda?

Si­mone się uśmiech­nęła.

- Trak­tuje pan sie­bie zbyt po­waż­nie, Sar­tre. - Bez względu na wszystko nie chcia­łaby w tym mo­men­cie prze­rwać. Wy­obra­żała so­bie, że pod­czas swo­jego pierw­szego razu sama bę­dzie sie­bie ob­ser­wo­wać, że bę­dzie świa­doma tego, co robi, co się z nią dzieje. Ale po­tem owład­nęły nią już tylko uczu­cie i na­mięt­ność, a wszel­kie jej my­śli się roz­pierz­chły.

Wra­ca­jąc au­to­bu­sem do domu, nie wie­działa, co ma o tym są­dzić.

- Od­pro­wa­dzę pa­nią - za­pro­po­no­wał Sar­tre, czule głasz­cząc jej na­gie plecy.

Si­mone chciała jed­nak zo­stać sama, by prze­my­śleć to, co się wła­śnie wy­da­rzyło. Cał­kiem moż­liwe, że w domu bę­dzie cze­kać na nią matka, nie chciała się na nią przy­pad­kiem na­tknąć. Fra­nço­ise za­uwa­ży­łaby błysz­czące oczy córki oraz jej eks­cy­ta­cję, z pew­no­ścią za­czę­łaby za­da­wać do­cie­kliwe py­ta­nia.

W końcu zde­cy­do­wała się na ten krok. I słusz­nie, że zro­biła to z Sar­tre'em. Miała przed oczami drwiącą minę Stefy mó­wią­cej o drob­no­miesz­czań­skich wy­obra­że­niach do­ty­czą­cych sek­su­al­no­ści ko­biet. A jed­nak Stefa nie po­wie­działa jej, jak po­tężny hu­ra­gan po­trafi wy­wo­łać mi­łość fi­zyczna.

- Tego nie da się wy­tłu­ma­czyć, sama zo­ba­czysz - wy­znała tylko z uśmie­chem.

Si­mone prze­ko­nała się, co przy­ja­ciółka miała na my­śli. W końcu sama do­świad­czyła tego, o czym ni­gdy się nie mó­wiło. Czyż matka Zazy nie uzna­wała tego za ohydny obo­wią­zek? Jak mo­gła! Si­mone wciąż czuła w so­bie owo pra­gnie­nie, mro­wie­nie, po­żą­da­nie. Naj­bar­dziej zdu­mie­wało ją to, jak bar­dzo czuła się z Sar­tre'em złą­czona. Nie miała po­ję­cia, że moż­liwy jest jesz­cze inny, poza du­cho­wym, ro­dzaj po­ro­zu­mie­nia. Si­mone wła­śnie się prze­ko­nała, jak bez­mierne może być szczę­ście, gdy się ko­cha męż­czy­znę za­równo ze względu na jego in­te­lekt, jak i fi­zyczną bli­skość. Po­czuła osza­ła­mia­jącą pew­ność, że to Sar­tre jest czło­wie­kiem, na któ­rego z utę­sk­nie­niem cze­kała, że jest wszyst­kim, czego po­trze­buje na swo­jej dro­dze ży­cia. Był jej roz­mówcą, przy­ja­cie­lem, męż­czy­zną. Był waż­niej­szy od po­zo­sta­łych.

Zaza jako pierw­sza za­uwa­żyła, że Si­mone jest za­ko­chana.

- Cie­szę się twoim szczę­ściem - wy­znała. - Wiem, że wła­ściwy czło­wiek wszystko w ży­ciu zmie­nia.

- Czyli nie je­steś za­zdro­sna o to, że spę­dzam z nim tyle czasu? - za­py­tała Si­mone.

Zaza po­trzą­snęła głową.

- Ależ skąd!

- Ja z nim sy­piam. - Wy­dało się. Si­mone z nie­po­ko­jem cze­kała na re­ak­cję Zazy. Nie znio­słaby słów po­tę­pie­nia.

Ale ta po­wie­działa tylko:

- Na pewno wiesz, co ro­bisz. Ja bym nie mo­gła.

W ciągu na­stęp­nych kilku ty­go­dni jesz­cze bar­dziej się do sie­bie zbli­żyli. Si­mone stała się naj­waż­niej­szą po­wier­nicą Sar­tre'a, wszy­scy jego przy­ja­ciele ze­szli na dal­szy plan. Ona zaś nie mo­gła już so­bie wy­obra­zić ży­cia bez niego.

- Czuję to samo - po­wie­dział, pa­trząc na nią z czu­ło­ścią. - Stała się pani naj­waż­niej­szą osobą w moim ży­ciu. Jak, u li­cha, pani tego do­ko­nała?

La­tem Si­mone jak zwy­kle miała wy­je­chać do Mey­ri­gnac, a od je­sieni Sar­tre mu­siał od­być służbę woj­skową. Dziew­czyna po­pa­dła w roz­pacz na myśl o zbli­ża­ją­cym się roz­sta­niu. Co, je­śli bę­dzie mu­siał słu­żyć w Afryce Pół­noc­nej, jak Ja­cques?

- Nie zniosę tego - za­wo­łała. - Po­jadę z pa­nem. Wy­najmę po­kój gdzieś w po­bliżu miej­sca wa­szego sta­cjo­no­wa­nia i będę na pana cze­kać.

Naj­pierw mu­sieli jed­nak prze­brnąć przez let­nią roz­łąkę.

- Przy­jadę do pani - oznaj­mił, a Si­mone z ulgą rzu­ciła się mu na szyję.

Roz­dział 8

Mey­ri­gnac, sier­pień 1929 roku

Na po­czątku sierp­nia Si­mone wy­ru­szyła po­cią­giem do Mey­ri­gnac. Od stosu za­bra­nych ksią­żek cią­żyła jej wa­lizka, ale cią­żyło jej też serce. Ucie­szyła ją per­spek­tywa spę­dze­nia kilku ty­go­dni na ło­nie na­tury - lu­biła prze­sia­dy­wać z książką pod drze­wem lub w peł­nym słońcu. Miała świa­do­mość wy­jąt­ko­wo­ści tego let­niego po­bytu w kra­inie swego dzie­ciń­stwa, gdyż oba­wiała się, że być może już po raz ostatni za­bawi tam przez dłuż­szy czas. Po śmierci dziadka ma­ją­tek przy­padł jej wu­jowi i nie było wia­domo, jaka przy­szłość czeka po­sia­dłość. Mimo ra­do­ści, jaką spra­wiał jej wy­jazd na wieś, Si­mone tę­sk­niła jed­nak za ludźmi, któ­rych zo­sta­wiła w Pa­ryżu.

Pod­czas dłu­giej po­dróży po­cią­giem pra­wie w ogóle się nie od­zy­wała. Kiedy matka na­rze­kała na nie­wy­godne sie­dze­nia w dru­giej kla­sie, a oj­ciec de­ner­wo­wał się, że nie zna­leźli tra­ga­rza i sami mu­sieli wno­sić wa­lizki do prze­działu, Si­mone po­zo­sta­wała mil­cząca i za­mknięta w so­bie. Po­upette sztur­chała ją nogą, zła, że nie od­po­wia­dała na jej py­ta­nia. W gło­wie Si­mone ko­ła­tały się my­śli o Ja­cques'u, Ma­heu i Sar­trze. A emo­cjo­nalny mę­tlik nie był sto­sow­nym te­ma­tem roz­mów w obec­no­ści ro­dzi­ców.

Cie­szyła się z cze­ka­ją­cej ją w Mey­ri­gnac sa­mot­no­ści. Miała tam wła­sny po­kój. Mie­ścił się na pierw­szym pię­trze, nad za­cie­nio­nym nie­wiel­kim ta­ra­sem, na któ­rym lu­biła prze­sia­dy­wać i czy­tać do póź­nego wie­czoru. Nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy się w nim za­mknie i po­wie­rzy dzien­ni­kowi swoje prze­my­śle­nia. Gdy tylko tam we­szła, starła ze sto­lika cienką war­stwę ku­rzu, po czym po­ło­żyła na nim książki i ze­szyt.

Z na­masz­cze­niem za­jęła miej­sce.

Po­sta­no­wiła, że wy­ko­rzy­sta wa­ka­cyjne ty­go­dnie, by prze­ana­li­zo­wać swoje uczu­cia i po­wziąć de­cy­zję. Za­częła od na­pi­sa­nia na gó­rze stro­nicy trzech wy­ra­zów. Sar­tre - Ma­heu - Ja­cques. Ogar­nęło ją zdu­mie­nie. Skąd taka ko­lej­ność?

Moja czu­łość dla Sar­tre'a nie jest zdradą, ani wo­bec Lamy, ani wo­bec Ja­cques'a - za­no­to­wała. Sar­tre i Ma­heu to jej mali to­wa­rzy­sze, z któ­rymi prze­ży­wała in­te­lek­tu­alne przy­gody, wie­dząc, że ma im coś do po­wie­dze­nia. Sy­piała z Sar­tre'em, choć jakże czę­sto pra­gnęła tego sa­mego z Ma­heu, z tym czu­łym i po­wścią­gli­wym Ma­heu. Zgo­dzi­łaby się, ale on ni­gdy nie za­py­tał, ni­gdy nie uze­wnętrz­niał swo­ich uczuć. Ja­cques na­to­miast był czę­ścią jej nie­win­nego dzie­ciń­stwa, nie miał po­ję­cia, jak bar­dzo ją uniesz­czę­śli­wiał swoim mil­cze­niem. Nie wie­dział też, jak bar­dzo tym­cza­sem się od niego od­da­liła. Jak to ujął Sar­tre? Ja­cques na­le­żał do grona owych ro­man­tycz­nych, do­bro­tli­wych, ka­pry­śnych męż­czyzn, któ­rzy uczy­ni­liby ją nie­szczę­śliwą.

Si­mone wes­tchnęła. Ko­chała wszyst­kich trzech, choć na prze­różne spo­soby. Cza­sami bo­le­śnie tę­sk­niła to za jed­nym, to za dru­gim. Przed koń­cem wa­ka­cji za­mie­rzała wy­brać jed­nego z nich. Co jed­nak, je­śli nie zdoła tego zro­bić - albo nie bę­dzie chciała? Za­częła się za­sta­na­wiać, co tak na­prawdę ją po­wstrzy­muje przed ko­cha­niem jed­no­cze­śnie wszyst­kich trzech, tak róż­nych od sie­bie męż­czyzn? Odło­żyła pióro. Mu­siała to naj­pierw grun­tow­nie prze­my­śleć.

Pierw­sze dni po­bytu na wsi oka­zały się cu­downe, tak jak to so­bie wy­ma­rzyła. Pełna en­tu­zja­zmu na po­wrót za­do­mo­wiła się w zna­jo­mym oto­cze­niu. Po­bie­gła nad stru­myk szem­rzący na skraju po­sia­dło­ści i za­nu­rzyła stopy w lo­do­wato zim­nej wo­dzie. Szu­kała ze­szło­rocz­nych pta­sich gniazd i ucie­szyła się, wi­dząc, że znów były za­jęte. Wę­dro­wała do miejsc, gdzie ro­sły dzi­kie cy­kla­meny, i wra­cała do domu z ob­fi­tymi ich na­rę­czami. Ni­czym sta­rego zna­jo­mego ob­jęła po­tężny cedr za­sa­dzony przez jej pra­dziadka i po­ło­żyła się w jego cie­niu.

- Mo­gła­byś zo­stać bo­ta­ni­kiem - dro­czyła się Po­upette, kiedy wę­dro­wały po oko­licy, a jej sio­stra się­gała po liść lub znaj­do­wała śli­maka, ważkę albo inne zwie­rzę. Si­mone miała jed­nak wra­że­nie, jakby ro­biła to wszystko po raz ostatni, i dla­tego od­da­wała tym chwi­lom całe swoje serce.

Ro­dzi­ców oraz resztę ro­dziny wi­dy­wała je­dy­nie przy ko­la­cji - i wcale z tego po­wodu nie na­rze­kała.

Cza­sem uda­wała się ra­zem z Po­upette i swoją ku­zynką Ma­de­le­ine do naj­bliż­szego mia­steczka - Uzer­che. Tam­tej­sze lo­dziar­nie oraz sklepy z modą nie ofe­ro­wały jed­nak nic cie­ka­wego. Z ra­do­ścią wra­cała wie­czo­rem do spo­koj­nego Mey­ri­gnac.

Ca­łymi go­dzi­nami wy­le­gi­wała się na spa­lo­nej słoń­cem tra­wie, z książką przed no­sem, oto­czona za­pa­chem wil­got­nej ziemi i świeżo zżę­tego zboża oraz brzę­cze­niem owa­dów. Od­da­wała się ma­rze­niom, aż na błę­kit­nym nie­bie wze­szła pierw­sza gwiazda. Czuła we­wnętrzny spo­kój, za­sta­na­wia­jąc się, czy do­znała już kie­dyś wcze­śniej ta­kiego bło­go­stanu.

Wie­czo­rami kre­śliła do Sar­tre'a dłu­gie, wy­peł­nione tę­sk­notą li­sty, w któ­rych dro­bia­zgowo opi­sy­wała swoje co­dzienne za­ję­cia. Kiedy o nim my­ślała, przed oczami miała Pa­ryż, zna­jome miej­sca, prze­mie­rzane ulice, od­wie­dzane ka­wiar­nie i re­stau­ra­cje. Mu­siała mu o tym na­pi­sać: Sar­tre, jest Pan dla mnie Pa­ry­żem. Je­śli Pana utracę, utracę też Pa­ryż. Czy wie Pan, że no­szę Pana w mym sercu, gdy cho­dzę po lśnią­cych od rosy łąkach?

Przy­je­chał 21 sierp­nia. Cze­kało ich dzie­sięć dłu­gich wspól­nych dni. Wy­na­jął po­kój w od­le­głym o cztery ki­lo­me­try Sa­int-Ger­main-les-Bel­les i co­dzien­nie cho­dził pie­szo do Mey­ri­gnac. Si­mone jak zwy­kle wy­cho­dziła z domu, tym jed­nak ra­zem zdą­żała na spo­tka­nie z Sar­tre'em.

Jakby ni­gdy się nie roz­stali - za­uwa­żyła uszczę­śli­wiona. Pod­jęli prze­rwane roz­mowy. Si­mone stwier­dziła za­sko­czona, że gdy tylko po­ja­wił się Sar­tre, w jej my­ślach nie było już miej­sca dla Ma­heu i Ja­cques'a. Nie mo­gli się z nim rów­nać, w jego obec­no­ści nie po­tra­fiła my­śleć o kim­kol­wiek in­nym. I to w eks­cy­tu­jący spo­sób.

Kiedy ran­kiem bu­dziła się około siód­mej przy wtó­rze pta­sich treli do­bie­ga­ją­cych przez otwarte na oścież okno, naj­pierw my­ślała o Sar­trze, prze­ko­nana, że bę­dzie cze­kał na nią w umó­wio­nym miej­scu. W kuchni spiesz­nie zja­dała cro­is­santa, po­pi­ja­jąc go kawą, po czym ru­szała w drogę. Wta­jem­ni­czona Po­upette pa­ko­wała dla nich kilka ka­na­pek lub ka­wa­łek ko­rzen­nego cia­sta i sera. Si­mone naj­chęt­niej sama przy­go­to­wa­łaby ich wspólny pik­nik, wzbu­dzi­łoby to jed­nak po­dej­rze­nia, gdyż wszy­scy w ro­dzi­nie wie­dzieli, jak bar­dzo nie zno­siła pracy w kuchni. Po­upette uznała schadzki sio­stry za wzru­sza­jąco ro­man­tyczne, dla­tego z od­da­niem ją wspie­rała.

Si­mone i Sar­tre sie­dzieli w jed­nym z ulu­bio­nych miejsc, na roz­świe­tlo­nej pro­mie­niami słońca po­la­nie w po­bliżu nie­wiel­kiego stru­myka, i ob­ser­wo­wali wy­grze­wa­jącą się na ka­mie­niu jasz­czurkę.

- Co, je­śli nie po­jawi się tu dla niej żadna zdo­bycz? - za­py­tała Si­mone bez za­sta­no­wie­nia.

Sar­tre na­tych­miast się oży­wił.

- Wtedy zdech­nie z głodu. Albo znaj­dzie so­bie inne miej­sce do po­lo­wa­nia.

I za­raz prze­szedł do wy­ja­śnia­nia swo­jej fi­lo­zo­ficz­nej teo­rii przy­god­no­ści, którą na­zy­wał kon­tyn­gen­cją.

- Ta jasz­czurka za­wdzię­cza swoje ist­nie­nie wy­łącz­nie przy­pad­kowi i rów­nie przy­pad­kowe jest to, czy coś złowi, czy bę­dzie gło­do­wać. Nie ist­nieją tu żadne siły wyż­sze - stwier­dził. - Nie ma Boga, który pre­de­sty­nuje nasz los. To ra­czej zbiegi oko­licz­no­ści na­dają na­szemu ży­ciu kie­ru­nek. Oraz, rzecz ja­sna, na­sze dzia­ła­nia.

Si­mone pa­trzyła na niego, roz­dzia­wia­jąc usta. Za to wła­śnie go ko­cham - po­my­ślała. Bo na­wet ta­kie drobne zda­rze­nia prze­mie­nia w fi­lo­zo­fię. Chciała, żeby kon­ty­nu­ował, dla­tego za­py­tała:

- A gdyby przy­pa­dek spra­wił, że w ogóle by­śmy się nie spo­tkali?

- Te­raz prze­ma­wia przez pa­nią ma­de­mo­iselle de Be­au­voir, a nie mój dzielny, mały Ka­stor.

- A przez pana prze­ma­wia Ba­la­din, wę­dro­wiec, który de­ma­skuje kłam­stwa i prze­cięt­ność świata.

Ro­ze­śmiał się.

- Ba­la­din! To mi się po­doba.

Jego spoj­rze­nie uwa­żała za rów­nie fa­scy­nu­jące jak fi­lo­zo­ficzne roz­mowy. Ile­kroć coś w niej do­strzegł, ile­kroć zwró­cił uwagę na ja­kiś ele­ment jej cha­rak­teru, wy­glądu, a na­wet spo­sobu po­ru­sza­nia, znaj­do­wał dla niego wspa­niałe ob­razy i opisy. W swoim dzien­niku spo­rzą­dziła na­wet li­stę jego naj­bar­dziej uro­czych kom­ple­men­tów: Jest pani dro­go­cenna i bar­dzo sub­telna. Na­leży się z pa­nią de­li­kat­nie ob­cho­dzić, gdyż ma pani skłonność do bez­gra­nicz­nego po­świę­ce­nia. Na­wet pani nie wie, jaka czu­łość roz­ja­śnia pani drobną twarz.

Kiedy jej to po­wie­dział? Gdy ko­chali się na le­śnej ściółce? A po­tem le­żeli twa­rzą przy twa­rzy, roz­ma­wia­jąc przez wiele go­dzin?

W prak­tyce nie byli spe­cjal­nie dys­kretni i czę­sto od­by­wali dłu­gie spa­cery, za któ­rymi Sar­tre jed­nak nie prze­pa­dał, bo, jak twier­dził, był uczu­lony na chlo­ro­fil. Si­mone śmiała się z niego. W dzień tar­gowy sia­dali na ławce przed ho­te­li­kiem Sar­tre'a, a Si­mone po­zdra­wiała prze­cho­dzą­cych obok są­sia­dów z Mey­ri­gnac. Cza­sem Sar­tre cze­kał na nią na skraju ogrodu i można go było doj­rzeć z okna domu. Aż w końcu stało się - pew­nego dnia, gdy le­żeli obok sie­bie w wy­so­kiej tra­wie, po­grą­żeni w lek­tu­rze, pod­biegł do nich oj­ciec Si­mone.

- Mon­sieur - wark­nął - żą­dam, aby pan na­tych­miast stąd od­szedł. Przez pana na­sza córka do­sta­nie się na ję­zyki.

Sar­tre pod­niósł się nad­zwy­czaj opie­szale i po­cią­gnął Si­mone za rękę.

- Papo... - za­częła, ale Sar­tre ją uprze­dził.

- Nie, mon­sieur, nie odejdę. Pań­ska córka jest do­ro­sła, a my przy­go­to­wu­jemy się do pracy.

- Papo, to jest Jean-Paul Sar­tre. Wy­grał con­co­urs, ra­zem stu­diu­jemy. A tego nikt nie może mi za­bro­nić.

Oj­ciec spoj­rzał groź­nie na Sar­tre'a. Si­mone po­my­ślała, że za­raz rzuci się na niego z pię­ściami.

- Mon­sieur, może pan ro­bić, co ze­chce, je­stem go­tów z pa­nem wal­czyć, ale nie dam się prze­pę­dzić. - Sar­tre za­cho­wał spo­kój i po­zba­wił tym Geo­r­ges'a ani­mu­szu.

- Papo, mam dwa­dzie­ścia je­den lat. To zu­peł­nie nie­do­rzeczne - pró­bo­wała go prze­ko­nać Si­mone.

Żadne słowa nie zdo­łały jed­nak uspo­koić Geo­r­ges'a. Wprost nie mógł uwie­rzyć, że ten bez­czelny młody stu­dent nie da so­bie nic po­wie­dzieć.

Nic nie wskó­raw­szy, mu­siał odejść.

Si­mone spo­dzie­wała się naj­gor­szego, gdy pod wie­czór wró­ciła do domu. Oj­ciec jed­nak upar­cie mil­czał, a matka nie ode­zwała się na ten te­mat ani sło­wem.

Kiedy Sar­tre wy­je­chał do Pa­ryża, Si­mone pod­su­mo­wała w swoim dzien­niku wra­że­nia z jego wi­zyty. Ostat­nie dzie­sięć dni spę­dzone ra­zem do­wio­dły jego nie­złom­nych uczuć - nic nie jest w sta­nie ich roz­dzie­lić, była o tym świę­cie prze­ko­nana.

Sar­tre jest w moim sercu i w moim ciele, ale przede wszyst­kim (bo w moim sercu i ciele mogą też być inni) jest nie­zrów­na­nym przy­ja­cie­lem mo­ich my­śli...

Kilka dni po wy­jeź­dzie Sar­tre'a na sta­cję w Mey­ri­gnac do­tarł Lama. Si­mone ze­brała się na od­wagę i wy­mo­gła na ro­dzi­cach zgodę na wy­na­ję­cie po­koju w przy­dwor­co­wym ho­telu. Miał tam za­miesz­kać rów­nież Ma­heu, oczy­wi­ście w osob­nym po­koju. Ro­dzice przy­stali na to, po­nie­waż znali go jesz­cze z Pa­ryża i bar­dzo po­lu­bili. Być może oba­wiali się też są­siedz­kich plo­tek, które z pew­no­ścią by się po­ja­wiły, gdyby za­uwa­żono, że ich córka znów cha­dza z męż­czy­zną. Dla Si­mone nie miało to więk­szego zna­cze­nia, była je­dy­nie zdu­miona spo­so­bem my­śle­nia wła­snej matki, która uzna­wała za rzecz oczy­wi­stą, iż panna z do­brego domu po­ślu­bia męż­czy­znę, z któ­rym kilka razy po­szła na spa­cer lub za­grała w te­nisa.

Kiedy Ma­heu wy­siadł z po­ciągu, ubrany w ja­sny gar­ni­tur, z małą wa­lizką w ręce i z wy­ra­zem znu­że­nia na twa­rzy, serce Si­mone za­biło moc­niej. Ży­wiła do niego ser­deczne uczu­cia. Wpro­wa­dzili się do swo­ich po­koi ho­te­lo­wych; Si­mone sły­szała zza ściany, jak śpie­wał, gdy się od­świe­żał po po­dróży. Pierw­szego wie­czoru wy­piła w re­stau­ra­cji całą bu­telkę wina, gdyż tak się roz­ga­dała, że stra­ciła ra­chubę opróż­nia­nych je­den za dru­gim kie­lisz­ków. Mó­wiła wy­łącz­nie o Sar­trze i spę­dzo­nych z nim ostat­nich dniach. Opo­wie­działa Ma­heu każdy szcze­gół.

Był po­iry­to­wany, ale uda­wał, że się o nią mar­twi:

- Ni­gdy nie bę­dziesz miała Sar­tre'a wy­łącz­nie dla sie­bie. Wąt­pię, że­byś za­znała z nim szczę­ścia.

Kiedy około pół­nocy udali się do swo­ich po­koi, od nad­miaru al­ko­holu Si­mone do­stała mdło­ści. Ma­heu przy­szedł do niej w błę­kit­nej je­dwab­nej pi­ża­mie, usiadł przy łóżku i ca­ło­wał ją w rękę, aż po­czuła się le­piej.

W ko­lej­nych dniach od­by­wali dłu­gie wę­drówki, pod­czas któ­rych ką­pali się w rzece, a Ma­heu na­ba­wił się po­pa­rze­nia sło­necz­nego. Wspiął się też na drzewo, żeby ją roz­we­se­lić. Choć oboje bar­dzo się sta­rali oży­wić dawną przy­jaźń, dzie­liła ich jed­nak dziwna ob­cość.

Kiedy Si­mone od­pro­wa­dzała go do po­ciągu, miała wra­że­nie, że po­wstał mię­dzy nimi roz­dź­więk. Za­tra­ciła się gdzieś łą­cząca ich bez­tro­ska. Na po­że­gna­nie Ma­heu po­ma­chał do niej smutno przez okno.

Ko­rzy­sta­jąc z za­pi­sków w dzien­niku, usi­ło­wała zro­zu­mieć, co ta­kiego od­róż­nia Lamę od Sar­tre'a. Ma­heu był jed­nym z owych uro­czych męż­czyzn, któ­rzy za­wsze pa­trzyli w taki spo­sób, że nie można im było od­mó­wić. Mru­ga­jąc oczami, pro­sili o wy­ba­cze­nie, ufni, że ko­bieta zro­zu­mie, iż męż­czy­zna jest kimś in­nym - i to wła­śnie wy­wo­ły­wało mro­wie­nie. Męż­czyźni tacy jak Ma­heu - albo Ja­cques - grali skru­szo­nych, za uśmie­chem księ­cia ukry­wa­jąc przed żo­nami swoje mi­łostki i inne oszu­stwa.

Sar­tre na­to­miast ni­gdy nie po­zwo­liłby so­bie na ta­kie wy­biegi. Był szczery na­wet w naj­drob­niej­szych kwe­stiach, a przede wszyst­kim po­zwa­lał Si­mone po­zo­stać sobą i przyj­mo­wać rze­czy w ca­łej ich pro­sto­cie. Bez kom­pro­mi­sów, bez wy­ma­gań i ocze­ki­wań, bez tłu­ma­czeń i wy­mó­wek.

O zmierz­chu Si­mone usia­dła na ta­ra­sie pod swoim oknem. Na stole pa­liła się lampa naf­towa, któ­rej słaby blask roz­ja­śniał za­pa­da­jący mrok le­d­wie na dwa me­try. Wo­kół sły­chać było cy­ka­nie świersz­czy i po­hu­ki­wa­nie ma­łej sowy. Na bo­sych sto­pach czuła wil­goć uno­szącą się po dłu­gim let­nim dniu znad traw­nika. Trzy­mała przed sobą dzien­nik i pró­bo­wała uchwy­cić w sło­wach wy­jąt­ko­wość swo­jego związku z Sar­tre'em. Z po­czątku je­dy­nie do­my­ślała się jego im­pli­ka­cji, nie po­tra­fiła ich w kla­rowny spo­sób opi­sać. A jed­nak nie miała wąt­pli­wo­ści, że taka forma współ­ży­cia ofia­ro­wuje jej coś, na co od dawna cze­kała, nie zda­jąc so­bie z tego sprawy. Sar­tre pro­po­no­wał jej zwią­zek bez ma­ni­pu­la­cji i gróźb, bez obiet­nic, bez wy­kręt­nych prze­pro­sin, bez owego ba­la­stu, który przy­no­szą prze­szłość, role i ocze­ki­wa­nia.

Przy nim czuła się wolna. Ko­chała go za to i była dumna z ich wy­jąt­ko­wej re­la­cji.

Ten za­cza­ro­wany wie­czór de­dy­kuję Panu, mój ro­pu­chu - za­no­to­wała.

Odło­żyła pióro i pod­dała się sze­le­stom i za­pa­chom za­pa­da­ją­cej wo­kół nocy. Do oczu na­pły­nęły jej łzy szczę­ścia.

Zbli­żał się ko­niec wa­ka­cji. Si­mone nie wie­działa, czy ma się smu­cić, gdyż za­pewne ni­gdy nie wróci już do tego miej­sca, czy może ra­czej cie­szyć, bo znów zo­ba­czy Sar­tre'a i Pa­ryż. Swoim zwy­cza­jem spo­rzą­dziła li­stę osób i spraw, któ­rym w nad­cho­dzą­cym roku chciała po­świę­cić czas.

Na sa­mym jej po­czątku zna­la­zło się na­zwi­sko Sar­tre'a. Stał się czę­ścią jej co­dzien­nego ży­cia, bę­dzie go moż­li­wie jak naj­czę­ściej wi­dy­wać. Jako na­stępny wid­niał Ja­cques, z któ­rym wciąż nie ze­rwała, choć dużo roz­my­ślała o roz­sta­niu. Spo­tka się z nim, zje z nim ko­la­cję, nie­mniej myśl o po­ślu­bie­niu go już dawno za­rzu­ciła. W dal­szej ko­lej­no­ści po­ja­wili się przy­ja­ciele - Ma­heu, Ni­zan, Po­upette i wszy­scy po­zo­stali. I oczy­wi­ście Zaza, spo­tka­nie z nią szcze­gól­nie by ją ucie­szyło. Na­pi­sze książkę, bez względu na to, czy okaże się do­bra, czy kiep­ska. I nie może też za­nie­dby­wać czy­ta­nia - ksią­żek o hi­sto­rii i fi­lo­zo­fii, po­wie­ści, co naj­mniej przez trzy go­dziny dzien­nie, w Bi­blio­tece Na­ro­do­wej albo w domu. Oczy­wi­ście za­mie­rzała też wy­cho­dzić - na kon­certy, tańce, do te­atru i kina. Bę­dzie udzie­lać ko­re­pe­ty­cji, może przez dwie go­dziny dzien­nie, dzięki czemu nie za­brak­nie jej pie­nię­dzy. Aha, jesz­cze jedno: w nad­cho­dzą­cym roku za­dba o gar­de­robę, by za­do­wo­lić swo­ich pe­tits ca­ma­ra­des. Ku­piła na­wet ma­ga­zyn o mo­dzie, by się zo­rien­to­wać w te­ma­cie.

Kiedy li­sta była go­towa, na­kre­śliła roz­kład dnia co­dzien­nego. Od dzie­wią­tej do pierw­szej po po­łu­dniu: pi­sa­nie; od dru­giej do pią­tej: lek­tura; od pół do szó­stej do siód­mej: ko­re­pe­ty­cje; po­tem od­wie­dziny u matki; na­stęp­nie wyj­ście z sio­strą lub Zazą. Wie­czo­rami zaś spo­tka­nia z Sar­tre'em, kiedy tylko bę­dzie w mie­ście. O pół­nocy do łóżka.

Prze­glą­da­jąc plan, Si­mone po­czuła się szczę­śliwa. Przy­szłość ry­so­wała się przed nią w ja­snych bar­wach i kryła w so­bie mnó­stwo obiet­nic.