- Porozmawiajmy o pani demonie. Czy w ciągu ostatniego tygodnia słyszała
pani, jak do pani mówi?
Odchylił się, splótł dłonie na brzuchu i popatrzył na nią wyczekująco.
Odwzajemniła spojrzenie tymi niezwykłymi turkusowymi oczami, które
fascynowały go od samego początku. Jak wszystko w niej, właściwie.
Anabel Scott niewątpliwie była najatrakcyjniejszą pacjentką, jaką
kiedykolwiek leczył, ale to nie to go w niej intrygowało. Fascynacja ta
wynikała raczej z faktu, że nadal, po tylu godzinach terapii jeszcze jej
nie rozgryzł. Wciąż potrafiła go zaskakiwać i prowokować, czego nie
cierpiał. Złościł się za każdym razem, kiedy udawało jej się wzbudzić w nim przekonanie, że to ona ma nad nim przewagę, choć przecież był
lekarzem specjalistą ze stopniem doktora, a ona zaledwie
osiemnastoletnią dziewczyną o znacznych zaburzeniach osobowości.
Dziś jednak sesja przebiegała całkiem dobrze. To on miał kontrolę nad
wszystkim.
- To nie jest mój demon - odparła i przymknęła oczy. Jej rzęsy były tak
długie, że rzucały cienie na policzki. - Ale nie, niczego nie słyszałam.
Ani nie wyczuwałam.
- Dobrze, w takim razie upłynęło już, niech policzę, szesnaście tygodni,
podczas których nie słyszała, nie widziała ani nie wyczuwała pani
demona, zgadza się? - Celowo nadał swym słowom odrobinę wyniosłe
brzmienie, wiedząc, że ją tym sprowokuje.
- Tak - powiedziała.
Podobał mu się ten jej pokorny ton. Pozwolił sobie na półuśmiech.
- Co pani zdaniem spowodowało, że halucynacje zniknęły?
- Może... - Przygryzła wargę.
- Tak? Proszę mówić głośniej.
Westchnęła i odgarnęła z twarzy jeden ze swych błyszczących, złotych
pukli.
- Może to zasługa leków - przyznała.
- Słuszne spostrzeżenie.
Pochylił się, żeby sporządzić notatkę. Wymyślił na poczekaniu kilka
skrótów: A.k, ds. w, hr. przekr. Wiedział, że pacjentka czyta jego
zapiski do góry nogami i zastanawia się, co one, na Boga, mogą znaczyć.
Z trudem udało mu się pohamować triumfalny uśmieszek. Tak, bez wątpienia
obudziła w nim sadystyczną nutę i owszem, już dawno przestał zachowywać
się w sposób profesjonalny. Ale było mu to obojętne. Anabel nie była
zwyczajną pacjentką. Zależało mu na tym, żeby w końcu uznała jego
kompetencje. W końcu był doktorem Ottonem Martensonem, który w przyszłości zostanie ordynatorem oddziału psychiatrycznego. W instytucie, w którym ona prawdopodobnie spędzi resztę swego życia.
- W terapii wielopostaciowej psychotycznej schizofrenii, jak w pani
przypadku, leki są niezbędne - ciągnął, odchylając się i napawając
wyrazem jej twarzy. - Jednakże nasza terapia obejmuje znacznie więcej.
Odsłoniliśmy pani traumy z dzieciństwa i dokonaliśmy analizy przyczyn
pani złudzeń pamięciowych. - Była to spora przesada. Od ojca dziewczyny
wiedział, że pierwsze trzy lata życia spędziła w podejrzanej sekcie
odprawiającej rytuały czarnej magii, ale sama Anabel niczego nie
pamiętała. Próby wydobycia wspomnień za pomocą hipnozy - metody, którą
zastosował nielegalnie - również nie dały żadnego rezultatu. W rzeczywistości znajdowali się na tym samym etapie, co na początku
terapii. Nie było nawet pewności, czy przyczyn zaburzeń psychotycznych
Anabel rzeczywiście należało szukać w jej dzieciństwie. W ogóle, jeśli
chodzi o tę pacjentkę, nie można było być niczego pewnym. Mniejsza o to,
najważniejsze, że widziała w nim doświadczonego lekarza, który potrafił
wejrzeć w jej wnętrze i któremu zawdzięczała wszystkie swoje
przekonania. - Nareszcie jest pani gotowa zaakceptować, że demon istniał
jedynie w pani fantazji.
- Niech pan go tak nie nazywa. - Odsunęła krzesło i wstała.
- Anabel! - zgromił ją surowo. A tak dobrze szło. - Nasza sesja jeszcze
się nie skończyła.
- Ależ owszem, skończyła się, doktorku - odparła. - Zaraz zadzwoni mój
budzik. Mam spotkanie z konsultantką do spraw studiów, którego w żadnym
razie nie mogę przespać. Może się pan śmiać, ale rozważam pójście na
medycynę, by specjalizować się w psychiatrii sądowej.
- Niech pani nie wygaduje bzdur, Anabel! - Ogarnęło go dziwne uczucie.
Coś tu się nie zgadzało. Z nią. Z nim. Z tym pomieszczeniem. I dlaczego
w powietrzu unosił się zapach perfum konwaliowych jego matki? Martenson,
rozkojarzony, ujął pisak. Konsultantka do spraw studiów, co za absurd.
Znajdowali się na klinicznym oddziale zamkniętym, Anabel bez jego
zezwolenia nie mogła nigdzie wyjść, nawet do parku. - Proszę natychmiast
usiąść z powrotem. Wie pani, jakie są reguły. To ja kończę sesję, nikt
inny.
Anabel uśmiechnęła się z politowaniem.
- Biedaczysko. Jeszcze się pan nie zorientował, że pańskie reguły nie są
niczym więcej jak - jak pan to nazwał? - złudzeniem pamięciowym?
Poczuł, że brakuje mu powietrza. Coś tam było, jakaś myśl, głęboko
zakopane wspomnienie, informacja, o której wiedział, że musi ją
koniecznie wydobyć na powierzchnię. Ponieważ była ważna. Kwestia życia i śmierci. Tylko że po prostu nie potrafił do niej dotrzeć.
- Niech pan nie patrzy z takim zdumieniem. - Anabel była już przy
drzwiach. Roześmiała się cicho. - Naprawdę muszę iść, ale w przyszłym
tygodniu znów wpadnę w odwiedziny. Słowo. A na razie niech pan po prostu
śni coś miłego.
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zamknęła za sobą drzwi. Usłyszał
oddalające się korytarzem kroki. Ta bestyjka dobrze wiedziała, że on się
nie zniży do tego, by pobiec za nią i tym samym odkryć przed wszystkimi,
że nie panuje nad swoją pacjentką. Ale to był ostatni raz, kiedy zagrała
mu na nosie, nie zamierzał więcej pozwalać na to, by kończyła sesję
wbrew jego woli. Następnym razem wezwie pielęgniarzy, może nawet każe ją
unieruchomić. Wciąż istniały środki, po które jeszcze nie sięgnął.
Kiedy zamknął historię choroby Anabel i odłożył ją do szuflady, nadal
czuł lekki zapach konwalii, który przypominał mu matkę. I przez
króciutką chwilę wydawało mu się nawet, że słyszy ją, jak szlochając,
woła go po imieniu.
Po chwili jednak i jedno, i drugie wrażenie zniknęło i wszystko było jak
zawsze.
1.
Na deser był budyń z tapioki, ale ja i bez tego nie miałam apetytu.
Wystarczyła sama sprawa z Rasmusem.
- Nie jesz tego, Liv? - Grayson wskazał ręką białawą, szklistą i trzęsącą się jak galareta masę. Swoją porcję grudkowatego kleiku z kompotem ananasowym już pochłonął.
Podsunęłam mu miseczkę.
- Nie, możesz zjeść, jeśli chcesz. Kolejny element brytyjskiej tradycji,
na którego czar jestem niestety odporna.
- Ignorantka - skwitował Grayson z pełną buzią. Henry roześmiał się.
Był wtorek, początek marca, i słońce przeświecało przez wysokie po sam
sufit, niedokładnie umyte okna szkolnej stołówki. Wyczarowywało
delikatny pasiasty deseń na ścianach i twarzach, zanurzając wszystko w ciepłym świetle. Wmawiałam sobie nawet, że czuję w powietrzu zapach
wiosny, ale może to był tylko duży bukiet narcyzów na stole nauczycieli,
przy którym właśnie usiadła ucząca francuskiego pani Lawrence.
Wyglądała, jakby miała za sobą jeszcze gorszą noc niż moja.
W powietrzu czuć było zatem wiosnę, a nam z Graysonem i Henrym udało się
zająć nasz ulubiony słoneczny stolik w rogu niedaleko wyjścia. W dodatku
właśnie się dowiedziałam, że jutrzejszy sprawdzian z historii został
odwołany. Krótko mówiąc, powinnam mieć świetne samopoczucie, ale tak nie
było z powodu wspomnianej sprawy z Rasmusem, która leżała mi na sercu.
- Budyń z tapioki czasem występuje w wersji smacznej. - Henry, który
przewidująco nie wziął deseru, uśmiechnął się do mnie, więc na kilka
sekund zapomniałam o problemach i odwzajemniłam uśmiech. Może jednak
wszystko dobrze się skończy. Jak mawiała Lottie? "Nie ma problemów, są
tylko wyzwania".
Właśnie. Jakże nudne byłoby życie bez wyzwań! Mimo to wcale nie
potrzebowałam dokładać do sterty trudności, którym i tak musiałam
sprostać, kolejnej. Niestety, właśnie to zrobiłam.
Wszystko zaczęło się przedwczoraj wieczorem, a ja wciąż nie miałam
pojęcia, jak z tego wybrnąć.
Henry i Grayson uczyli się do testu z matmy, a kiedy skończyli, Henry,
wychodząc, wpadł do mnie, żeby powiedzieć mi dobranoc. Było już późno, w domu od dawna panował spokój, nawet Grayson myślał, że Henry sobie
poszedł.
Prawdę mówiąc, trochę mnie zaskoczył jego widok, nie tylko ze względu na
nocną porę, ale także dlatego, że nie zdołaliśmy jeszcze zdefiniować na
nowo naszego związku i oficjalnie zmienić statusu z "po nieszczęśliwym
rozstaniu" na "szczęśliwie pogodzeni". Wprawdzie w ostatnich tygodniach
milcząco przeszliśmy do tego, by trzymać się za ręce, a kilka razy nawet
się pocałowaliśmy, można więc było odnieść wrażenie, że wszystko jest
jak dawniej albo przynajmniej na najlepszej drodze ku temu - tak jednak
nie było. Wydarzenia ostatnich miesięcy, a także to, co Grayson
opowiedział mi o życiu miłosnym Henry'ego z okresu, zanim się
poznaliśmy, pozostawiły po sobie ślad. Konkretnie przyprawiły mnie o trwały kompleks niższości z powodu mojego braku doświadczenia w dziedzienie seksu (albo, jak mawiała mama, mojego "niedorozwoju").
Gdyby nie fakt, że czułam się taka szczęśliwa z powodu naszego ponownego
zejścia się, być może zadałabym sobie trud, by dokładniej przeanalizować
te tkwiące pod warstewką szczęścia i zakochania zadry, a gdybym to
zrobiła, to może nigdy nie doszłoby do tej sprawy z Rasmusem.
A tak sama wycięłam sobie niezły numer.
Kiedy Henry wetknął głowę do pokoju, zamierzałam właśnie nałożyć na zęby
nową szynę odciążającą. Mój dentysta alias Charles Spencer stwierdził
bowiem, że we śnie zgrzytam zębami (w co natychmiast uwierzyłam),
nakładka zaś miała zapobiec nocnemu ścieraniu szkliwa. Nie potrafiłam
ocenić, czy szyna spełniała swoją funkcję, przede wszystkim jednak
wywoływała ślinotok, dlatego nazywałam ją "plujką".
Na widok Henry'ego natychmiast dyskretnie wsunęłam aparat w szparę
między ramą łóżka a materacem. Wystarczyło już, że spodnie mojej piżamy
kompletnie nie pasowały do góry, a całość też nie wyglądała zbyt
twarzowo, chociaż Henry utrzymywał, że flanela w kratę jest szalenie
seksowna. Z tego wszystkiego go pocałowałam, niejako w nagrodę za miły
komplement, i tak, od pocałunku do pocałunku, który tym razem trwał
nieco dłużej, w końcu (w tym czasie zatraciłam ciut poczucie czasu i przestrzeni) znaleźliśmy się na łóżku, szepcząc do siebie słowa
przypominające teksty kiczowatych piosenek, które w moich uszach wcale
nie brzmiały banalnie.
Status naszego związku ewoluował zatem w kierunku "szczęśliwie
zakochani", ja zaś coraz bardziej byłam skłonna uwierzyć, że w kraciastej flaneli wyglądam szalenie seksownie.
I wtedy Henry zastygł w pół ruchu, odgarnął mi z czoła kosmyk włosów i zapewnił mnie, że nie muszę się bać.
- Czego nie muszę się bać? - zapytałam, oszołomiona lekko po tych
wszystkich pocałunkach. Potrzebowałam kilku sekund, by zdać sobie
sprawę, że to się działo w prawdziwym życiu, a nie jak zazwyczaj we
śnie, gdzie nikt nie mógł nam przeszkodzić. I to pewnie dlatego wszystko
odczuwało się o wiele intensywniej niż zwykle.
Henry podparł się na łokciu.
- No wiesz. Tego, że to się dzieje za szybko. Że w jakiś sposób mógłbym
wymagać od ciebie zbyt wiele. Albo że będę cię nakłaniał do czegoś, na
co nie jesteś jeszcze gotowa. Naprawdę możemy czekać na twój pierwszy
raz tak długo, jak tylko zechcesz.
No i wtedy to się stało. Dzisiaj, w jasno oświetlonej stołówce, nie
potrafiłam sobie tego wytłumaczyć... To znaczy potrafiłam, ale to w najmniejszym stopniu nie poprawiało sytuacji. W każdym razie wszystko
stało się przez słowa, jakich użył Henry. Ten cholerny "pierwszy raz".
Było to hasło, które z miejsca wywoływało u mnie kompleks niższości. A ten nie występował sam, tylko w towarzystwie dobrej koleżanki: urażonej
dumy. Oba te odczucia wynikały z mojego przekonania, że Henry traktował
mnie z politowaniem z powodu mojego niedoświadczenia. W każdym razie
jego spojrzenia przepełnione były czasem współczuciem.
Na przykład teraz.
- Och. Myślisz, że ja jeszcze nigdy nie spałam... z chłopakiem? - Usiadłam
i owinęłam się ciaśniej kołdrą. - Ach, rozumiem. - Roześmiałam się
lekko. - Wziąłeś na serio ten cały pic z dziewictwem podczas waszej
zabawy w demona, tak?
- Ekhem... tak. - Henry również usiadł.
- Ale ja powiedziałam tak wtedy tylko po to, żebyście mnie przyjęli. -
Urażona duma kazała mi mówić rzeczy, które później, po wszystkim,
wprawiały mnie w takie samo zdumienie jak Henry'ego. Tymczasem silny
kompleks niższości nabierał mocy.
Konsternacja, która pojawiła się na twarzy Henry'ego, oraz sposób, w jaki uniósł brew, od razu mi się spodobały. Politowanie zniknęło bez
śladu.
- Nigdy tak naprawdę o tym nie rozmawialiśmy - paplałam. Niewiele
brakowało, a zapomniałabym, że łżę jak najęta, tak przekonująco brzmiały
moje słowa. - Oczywiście nie miałam tylu chłopaków, ile ty dziewczyn,
ale... tak... był jeden chłopak, z którym byłam. W Pretorii.
Ponieważ Henry milczał, patrząc na mnie wyczekująco, ciągnęłam dalej.
- To nie była żadna wielka miłość ani nic w tym stylu, chodziliśmy ze
sobą tylko trzy miesiące, ale seks z nim był... - W tym momencie urażona
duma (flądra jedna) ulotniła się nagle, a ja mogłam liczyć wyłącznie na
siebie.
I natychmiast zapałałam do siebie wielką nienawiścią. Dlaczego to
robiłam? Zamiast skorzystać z okazji do szczerej rozmowy, wszystko tylko
pogarszałam. W dodatku zaczerwieniłam się jak burak, ponieważ nie byłam
w stanie dokończyć zdania. "Seks z nim był..." Halo? Dopiero teraz
spostrzegłam, z jaką intensywnością Henry patrzył mi w oczy.
- ...całkiem OK - wymamrotałam ostatkiem sił.
- OK - powtórzył przeciągle Henry. - A jak... się nazywał... ten chłopak?
No właśnie, jak on się nazywał, ty cholerna urażona dumo? Coś takiego
wymyślało się zawczasu! Im dłużej się wahasz, zanim skłamiesz, tym
gorzej to robisz, każde dziecko to wie.
- Rasmus - wypaliłam naprędce. Było to pierwsze z brzegu imię, jakie
przyszło mi do głowy, kiedy pomyślałam o RPA. Okazało się, że mimo
wszystko potrafiłam dobrze łgać.
Tak się wabił cierpiący na astmę chow-chow naszych sąsiadów, którym
czasem się zajmowałam. Płacono mi sto randów za godzinę, bym
wyprowadzała jego, mopsa zwanego Sir Barks Alot i naszą suczkę,
Buttercup.
- Rasmus - powtórzył Henry, a ja z ulgą skinęłam głową. Całkiem dobre
imię. Dla wyimaginowanych byłych chłopaków można wymyślić gorsze. Sir
Barks Alot, na przykład.
Ku mojemu zdumieniu Henry zmienił temat, choć ja już wewnętrznie
przygotowałam się na przesłuchanie. Dokładniej rzecz biorąc, nie zmienił
tematu, tylko znowu zaczął mnie całować. Jakby chciał mi udowodnić, że
potrafi to robić o wiele lepiej niż Rasmus. A potrafił, nawet gdyby
Rasmus istniał naprawdę - żaden Rasmus na świecie nie całował lepiej niż
Henry, mogłam się założyć o cokolwiek.
Wszystko to wydarzyło się dwa dni temu i od tamtej pory nie
wspominaliśmy o moim wymyślonym ekschłopaku ani słowem. Mój kompleks
niższości miał wprawdzie tę krótką chwilę triumfu, ale na dłuższą metę
kłamstwo rasmusowe nie było dobrą terapią. I dlatego we wtorkowe
przedpołudnie na myśl o budyniu z tapioki i uśmiechu Henry'ego ściskał
mi się żołądek.
Grayson zdążył w tym czasie pożreć moją porcję i rozglądał się łakomym
wzrokiem po stołówce, jakby spodziewał się zobaczyć dobrą wróżkę, która
przyleci do naszego stolika, by zaproponować więcej miseczek z budyniem.
Zamiast dobrej wróżki z furkotem przemknęła obok nas Emily, obrzucając
Graysona spojrzeniem definitywnie wymagającym pozwolenia na broń. Omal
nie wpadła przy tym na biednego pana Vanhagena, który salwował się
odważnym skokiem w stronę stolika nauczycieli, podczas gdy Emily
kontynuowała swój przemarsz do miejsca wydawania posiłków, gdzie czekała
już na nią siostra Graysona, Florence.
Emily od kilku tygodni była eksdziewczyną Graysona i z wielkim trudem
dźwigała ów przedrostek "eks". Podziwiałam Graysona za stoicki spokój, z jakim mierzył się z Emily. Teraz również tylko się uśmiechnął.
- Myślałem, że już na angielskim zaliczyłem dzisiejszą porcję
wzgardliwych spojrzeń.
- Chyba zwiększyła dawkę. - Henry nachylił się, żeby lepiej widzieć obie
dziewczyny. - Nie potrafię wprawdzie czytać z ust jak profesjonalista,
ale jestem pewien, że właśnie opowiada twojej siostrze, o czym śniłeś
dziś w nocy. Czekaj... Króliczki? Serio?
Ponieważ wkręcanie Graysona zawsze było zabawne i w dodatku odwracało
uwagę od moich własnych problemów, natychmiast podjęłam wątek.
- Och, to ten sen z puchatymi króliczkami? Ciekawe, jakie wnioski
wyciągnie z tego Emily.
Grayson odłożył łyżeczkę i posłał nam łagodny uśmiech.
- Ile razy mam wam jeszcze powtarzać, że się mylicie? Emily nic nie wie
o korytarzu. Poza tym nigdy w życiu nie szpiegowałaby ludzi w ich snach.
Jest na to zbyt rozsądna i racjonalna.
Raczej pozbawiona fantazji, ale tego nie mogłam powiedzieć, bo Grayson
kontynuował:
- Nie rozumiem, dlaczego wy ciągle o tym. Przecież już od tygodni
absolutnie nic się nie wydarzyło. Cała ta sprawa skończyła się raz na
zawsze.
Jak zwykle, kiedy tak mówił - a mówił dość często, prawdopodobnie po to,
by przekonać samego siebie - jakaś cząstka mnie (ta dobroduszna i łaknąca harmonii) życzyła sobie, aby miał rację. I była to prawda: w sennych korytarzach od dłuższego czasu panowała spokojna atmosfera.
- Arthur wziął sobie do serca nauczkę. Zostawi nas w spokoju - oznajmił
z naciskiem Grayson, a dobroduszne i łaknące harmonii głosy w mojej
głowie uderzyły w te same tony: Właśnie! Nie trzeba zawsze zakładać
najgorszego! Ludzie się zmieniają. I w każdym tkwi odrobina dobra. Nawet
w Arthurze.
- Jasne, Grayson. - Henry drwiąco zmarszczył czoło. - I na pewno już
dawno ci wybaczył, że się do niego włamałeś i sprawiłeś mu łomot, kiedy
spał. Poczciwa dusza.
Arthur siedział całkiem niedaleko nas, tuż za stolikiem nauczycieli,
przy którym pan Vanhagen z ożywieniem rozmawiał z dyrektorką Cook,
podczas gdy niewyspana pani Lawrence sprawiała wrażenie, jakby za chwilę
miała zanurzyć głowę w zupie. Śmiał się z czegoś, co powiedział Gabriel,
prezentując przy tym swe perfekcyjne uzębienie. Po obrażeniach zadanych
mu przez Graysona nie został nawet ślad, twarz Arthura była jak zwykle
anielsko piękna. Wyglądał na wyluzowanego i pewnego siebie. Natychmiast
pożałowałam, że popatrzyłam w jego kierunku. Jego widok wciąż wzbudzał
we mnie wściekłość. W dodatku wkurzało mnie, że inni nie mieli pojęcia,
z kim siedzieli przy jednym stole.
- Może i ma mi jeszcze trochę za złe - przyznał Grayson. - Ale jest
wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, kiedy odpuścić. - Energicznie
pozbierał swoje rozliczne miseczki i talerze. - Gdybyście wreszcie
przestali we śnie wychodzić przez drzwi, których właściwie w ogóle nie
powinno być, nikt nie poświęciłby temu nawet jednej myśli. -
Najwyraźniej denerwował go wyraz powątpiewania na naszych twarzach,
odwrócił bowiem wzrok, ale z przekornie wysuniętym podbródkiem dodał
jeszcze: - Wszystko jest w najlepszym porządku.
Łaknące harmonii i dobroduszne głosy ostatecznie umilkły.
- Jasne, wszystko jest w najlepszym porządku. - Spiorunowałam Graysona
spojrzeniem. - Nie licząc kilku drobiażdżków, na przykład faktu, że
Arthur poprzysiągł dozgonną zemstę po tym, jak nie udało mu się
zamordować mojej młodszej siostry. Albo tego, że krwiożercza Anabel
wprowadziła swojego psychiatrę w upiorny stan wiecznej śpiączki i chodzi
sobie na wolności. Albo tego, że twoja bardzo rozsądna i moralnie
nieskazitelna eksdziewczyna zakrada się nocą do twoich snów. Ale co tam,
to tylko drobiażdżki. Wszystko jest w najlepszym porządku.
- Przecież to nieprawda. - Chociaż w swojej przemowie wspomniałam
zaledwie o ułamku naszych problemów, Grayson wyłowił z niej stosunkowo
niewinne słowo "eksdziewczyna". - A nawet gdyby, biorąc pod uwagę ten
zupełnie nieprawdopodobny przypadek, że rzeczywiście widzieliście na
korytarzu Emily, to był to jeden jedyny raz. - Cisnął brudną łyżkę na
stertę misek na tacy. - Pomijając fakt, że ona na bank nie jest
zainteresowana moimi snami, to nie zdołałaby pokonać moich najnowszych
zabezpieczeń. Zresztą wy też nie - dodał z ponurą nutą w głosie.
- Ojej, czyżby Straszliwy Freddy... - zaczęłam. Chciałam dokończyć "kazał
sylabizować wspak "budyń tapiokowy"?, urwałam jednak, bo w tym momencie
pani Lawrence zerwała się z miejsca i wskoczyła na stół.
A my zdaliśmy sobie sprawę, że cały czas byliśmy jak ludzie, którzy
urządzają sobie piknik na zboczu wulkanu i wiedzą wprawdzie, że wulkan w każdej chwili może wybuchnąć, rozmawiają i kłócą się o to, jakie to
strasznie niebezpieczne, ale dopiero kiedy ziemia pod nimi zaczyna się
trząść, a lawa tryska w niebo, dociera do nich, że sytuacja jest
naprawdę poważna. I że przegapili moment, w którym mogli się jeszcze
uratować.
Pani od francuskiego przewróciła kilka szklanek, czym natychmiast
zwróciła na siebie uwagę. Paru nauczycieli, oblanych sokiem lub wodą,
zerwało się z krzeseł, dyrektorka Cook przytomnie uratowała wazon z narcyzami, a uczniowie wokół zaczęli szeptać.
Pani Lawrence miała koło czterdziestki, wąską twarz, ciemne włosy i długą, subtelną szyję, przez co przypominała mi tę francuską aktorkę z bujną grzywką, Sophie jakąśtam. Nosiła z upodobaniem jasne bluzki,
garsonki w stylu Coco Chanel i buty na obcasach, w których potrafiła
poruszać się z niezwykłą szybkością. Włosy upinała w bardzo elegancki
sposób i kiedy nie odrobiło się lekcji, przeszywała człowieka srogim
spojrzeniem. Właściwie odpowiadała wszelkim stereotypowym wyobrażeniom o nauczycielkach francuskiego. Zawsze odnosiliśmy wrażenie, że dyrektorka
Cook nie zatrudniła jej, tylko zaangażowała ją bezpośrednio z planu
jakiegoś filmu.
W tej chwili jednak jej wizerunek doznawał wielkiego uszczerbku.
Nauczycielka, nie zwracając uwagi na zamieszanie wokół siebie, stała na
stole pośród brudnych naczyń i poprzewracanych szklanek, rozkładając
ramiona w teatralnym geście.
Pomyślałam, że zaraz wygłosi przemowę jak w Stowarzyszeniu Umarłych
Poetów i zadeklamuje wiersz Whitmana, co byłoby dość dziwne, zważywszy
na wykładany przez nią przedmiot, ale niestety myliłam się.
- Jak zapewne wiecie, ponieważ można było o tym przeczytać na blogu tej
anonimowej zdziry Secrecy, obecny tutaj Giles Vanhagen i ja przez
ostatnie dwa lata mieliśmy romans - powiedziała swym dźwięcznym głosem,
który nie tylko u piątoklasistów wywoływał dreszcz strachu. Pan
Vanhagen, który właśnie próbował osuszyć serwetką rozlaną zawartość
szklanek, zamarł i pobladł śmiertelnie.
W sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
- Romans - powtórzyła pani Lawrence i wzgardliwie wygięła usta w podkówkę. - Nie cierpię tego słowa. Sprawia, że to wszystko staje się
plugawe, nędzne i godne pogardy, podczas gdy ja czułam, że jest czyste,
cudowne i słodkie. Byłam taka zakochana, taka szczęśliwa i taka pewna,
że jesteśmy dla siebie stworzeni.
Po wszystkim zdałam sobie sprawę z faktu, że w pomieszczeniu pełnym
niegrzeszących raczej wielką wrażliwością nastolatków w okresie
dojrzewania nikt nie zaczął chichotać, rechotać ani nie wyciągnął
komórki, by uwiecznić ten moment. Nie, spoglądałam wyłącznie na
zaszokowane i osłupiałe twarze. I nikt się nie poruszał. W tak
czcigodnej instytucji jak Frognal Academy for Boys and Girls z całą
pewnością nigdy wcześniej nie widziano nauczyciela na stole. Jeśli w ogóle zdarzały się przypadki postradania rozumu, to odbywało się to
dyskretnie i za zamkniętymi drzwiami.
- Wierzyłam, kiedy przysięgał, że rozstanie się z żoną - ciągnęła pani
Lawrence. Wycelowała drżący palec w pana Vanhagena, który przeżywał
rozterki, czy lepiej będzie schować się pod stołem, czy może puścić się
sprintem w kierunku wyjścia.
- Powinnam była wiedzieć! - Pani Lawrence obróciła się na pięcie,
przewracając kolejną szklankę. - Mężczyznom nie wolno ufać, nigdy,
słyszycie, dziewczęta? Chcą tylko skraść wam serce, by je następnie
podeptać! - Popatrzyła wokół. - Udowodnić wam? - zawołała. - Pokazać
wam, co zrobił z moim sercem?
Było to bez wątpienia pytanie retoryczne, na które nie oczekiwała
odpowiedzi, chociaż zdecydowane "nie" albo celny strzał wymierzony w jej
głowę może zdołałyby zapobiec katastrofie. Ale wszyscy byliśmy zbyt
wstrząśnięci.
Pani Lawrence powoli, bardzo powoli rozpięła chanelowski żakiet, zsunęła
go z ramion i zrzuciła na sałatkę pana Danielsa. Następnie, jeden po
drugim, zaczęła rozpinać guziki bluzki.
- Przypatrzcie się dobrze - zawołała. - Pokażę wam, jak wyrwał mi serce
z piersi.
Wstrzymałam oddech. Każdy z obecnych wstrzymał oddech. Jeszcze dwa
guziki i wszyscy dowiedzą się, jaki kolor ma biustonosz pani Lawrence.
Jedynie dyrektorka znalazła w sobie siłę, aby ruszyć się z miejsca.
Ostrożnie postawiła wazon z narcyzami na podłodze i wyciągnęła rękę.
- Christabel, moja droga! Proszę, niech pani zejdzie ze stołu.
Pani Lawrence popatrzyła na nią z irytacją.
- Moje serce - wymamrotała. - Muszę je im pokazać.
- Tak, wiem - zgodziła się dyrektorka lekko drżącym głosem. - Proszę!
Chodźmy do mojego gabinetu.
- Gdzie...? - Pani Lawrence powoli opuściła rękę i popatrzyła po sobie.
Obcas jej lewego buta tkwił w talerzu z zupą pana Vanhagena, a kiedy go
z niej wyciągnęła, skapywał grochówką. - Co się stało? Jak ja się tu...?
Czemu...? - Jej twarz wyrażała czyste przerażenie. Nauczycielka zachwiała
się lekko. Jak ktoś, kto właśnie obudził się z głębokiego snu i nie
wiedział, gdzie jest.
- Wszystko w porządku, Christabel - zapewniła ją dyrektorka. - Tylko
musi pani zejść ze stołu. Andrew, zechce pan podać jej rękę?
- Dlaczego...? Kto...? - Pani Lawrence rozglądała się z przestrachem wokół,
błądząc bezradnie wzrokiem po naszych twarzach.
Zupełnie jak Mia, kiedy lunatykowała, przemknęło mi przez głowę.
Poczułam falę mdłości i doznałam olśnienia. Pani Lawrence wcale nie
zwariowała, a ten jej występ nie był przypadkowy. On został
zainscenizowany specjalnie dla nas. Ktoś wykorzystał nauczycielkę jak
marionetkę, by coś nam udowodnić.
To, że miał nad nami ogromną przewagę. I był co najmniej jeden krok
dalej.
- To jest sen, prawda? - wydusiła pani Lawrence. - To musi być sen.
- Niestety nie - szepnęła jakaś dziewczyna za moimi plecami. Byłam
pewna, że wszyscy tak samo jak ja współczują jąkającej się i chwiejącej
na nogach kobiecie.
Wszyscy. Oprócz jednej osoby.
Pan Daniels i wciąż blady jak trup pan Vanhagen pomogli pani Lawrence
zejść ze stołu, a dyrektorka, otoczywszy ją ramieniem, wyprowadziła ze
stołówki. Powoli odwróciłam głowę w stronę Arthura. Zupełnie jakby tylko
na to czekał, bo inaczej niż zwykle przygwoździł mnie spojrzeniem swoich
jasnych, niebieskich oczu. I w końcu przyciągnął wzrok Graysona i Henry'ego. Nie ulegało wątpliwości, że oni doszli do tego samego wniosku
co ja.
Arthur się uśmiechnął. Nie był to nawet uśmiech triumfu, lecz odrażający
uśmieszek zadowolenia. Podczas gdy wokół uczniowie otrząsali się z osłupienia i strumieniem wylewali z sali, on nieznacznie kiwnął głową w naszym kierunku.
- A to dopiero początek - wyszeptał, mijając nas kilka sekund później
wraz z tłumem. - Spróbujcie to powtórzyć, jeśli potraficie.
2.
Henry ochłonął pierwszy.
- To tyle w temacie jego oczyszczonej duszy.
- Kurna - powiedział Grayson i schował twarz w dłoniach. W stołówce
huczało jak w ulu.
- Jak on to zrobił? - zapytałam, a przerażenie w moim głosie napędzało
mi dodatkowego strachu. - Jak zdołał zmanipulować we śnie panią
Lawrence, żeby w ciągu dnia wlazła na stół i tak po prostu zrujnowała
sobie życie? - Wpatrywałam się w bałagan na stole nauczycieli.
Henry wzruszył ramionami.
- Podejrzewam, że to jakiś szczególnie perfidny rodzaj hipnozy.
Wystarczyło mieć jej osobisty przedmiot i znaleźć właściwe drzwi.
- Tak, jakie to proste - zauważył ironicznie Grayson.
- Ale dlaczego biedna pani Lawrence? Co... - zamilkłam nagle, bo obok
naszego stolika przepychał się do wyjścia brat Emily, Sam. Od czasu
afery z Mr Snugglesem, gdy tylko mnie widział, rzucał w przelocie ciche
"Wstydź się", a ostatnio zwrócił się tak nawet do Graysona, dziś jednak
był chyba zbyt wstrząśnięty, by o tym pamiętać. Zaczekałam, aż się
oddali, i zapytałam raz jeszcze: - Dlaczego pani Lawrence? Co ona
zrobiła Arthurowi?
- O ile wiem, nic. - Grayson czuł się tak samo bezradny jak ja. - Arthur
skończył kurs francuskiego dwa lata temu.
- Przypuszczam, że to nic osobistego - powiedział Henry. W przeciwieństwie do Graysona nie wyglądał na przygnębionego, był tylko
dziwnie ożywiony. - Pewnie wybrał ją przypadkowo, do celów
demonstracyjnych. Dla nas. - Rzucił okiem na zegarek. - Chodź, Grayson,
mamy teraz dyskusję z panią Zabrinski o kubofuturyzmie w rosyjskiej
awangardzie.
Grayson westchnął i wziął kurtkę.
- Kurde, cały czas mam gęsią skórkę. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek
tak bardzo będę się bał Arthura. Mam wrażenie, że w porównaniu z nim
wszyscy złoczyńcy świata to małe dzieci.
- Spójrz na to z pozytywnej strony - oznajmił Henry i poklepał go
krzepiąco po ramieniu. - Przynajmniej wiemy już, dlaczego przez ostatnie
tygodnie siedział cicho. Opracowywał sposób na to, jak przejąć władzę
nad światem.
Choć ostatnie słowa miały być żartem, ani Grayson, ani ja jakoś nie
potrafiliśmy się roześmiać.
- Jeśli Arthur potrafi manipulować ludźmi we śnie, by na jawie robili,
co im każe, to ten pomysł z panowaniem nad światem wcale nie jest taki
absurdalny - mruknęłam. - I nawet nie możemy nikogo ostrzec, bo prędzej
znaleźlibyśmy się w wariatkowie, niż zdążylibyśmy powiedzieć "drzwi we
śnie".
- Taa. - Henry uśmiechnął się krzywo. - Szkoda tylko, że jedynie my
możemy go powstrzymać.
- I nie mamy pojęcia jak - dodałam cicho.
- Ale... musimy przecież coś zrobić. - Grayson zdradzał oznaki silnej
determinacji. - Spotkajmy się u nas w domu wieczorem po treningu.
Potrzebujemy jakiegoś planu. - Wkładając kurtkę, przypomniał sobie o czymś i całe zdecydowanie odpłynęło z jego twarzy, ustępując miejsca
czystej desperacji. - Co za gnojek! Ale sobie wybrał czas. Jak mamy
uratować świat i jednocześnie pozdawać egzaminy końcowe?
Henry zaśmiał się krótko.
- Arthur ma ten sam problem. Nie wydaje mi się, żeby poświęcił egzaminy
dla władzy nad światem.
Oby miał rację. Choć oczywiście do rządzenia światem niepotrzebne były
świetne stopnie.
Na obu lekcjach po przerwie wałkowano tylko jeden temat: załamanie
nerwowe pani Lawrence i jej "prawie striptiz". Podobno dyrektorka
odwiozła ją prosto do szpitala i zapewne nieprędko ją zobaczymy. Zajęcia
z panem Vanhagenem również się nie odbyły. Może też doznał załamania
nerwowego, tak w każdym razie przypuszczała moja przyjaciółka Persefona.
Albo pojechał do domu do żony i zaczął szukać nowej pracy. Nie wiadomo,
komu należałoby bardziej współczuć.
Kiedy po lekcjach szłam z moją młodszą siostrą Mią do domu, okazało się,
że nawet młodsze roczniki znały już tę historię.
Mia oczywiście chciała poznać wszystkie szczegóły.
- Czy to prawda, że wytarzała się w grochówce i przez całą szkołę
ciągnęła za sobą oślizgły ślad? - zapytała, ledwie opuściłyśmy szkolny
dziedziniec.
Już miałam odpowiedzieć, gdy ktoś od tyłu otoczył mnie ramieniem.
Odruchowo uniosłam pięści do góry.
- Tylko nie kung-fu. Przecież to ja! - Henry puścił mnie i ruszył obok
nas. Wciąż miał podejrzanie dobry humor. Ale może tylko źle
interpretowałam jego minę.
- Cześć, Mia! Fajna fryzura.
- Lottie nazywa ją "gniazdo Sissi". - Mia złapała się za plecioną koronę
upiętą na czubku głowy. - A my z Liv mówimy na to "kupa kompostu Sissi".
- Bardzo praktyczna, zwłaszcza gdy nie wiadomo, co zrobić z jajkiem ze
śniadania - zauważył Henry i chwycił mnie za rękę. - Przejdę się z wami
kawałek, dobra? Dlaczego właściwie nie jedziecie autobusem?
- Bo słońce tak ładnie świeci. - Mia obrzuciła wzrokiem nasze splecione
dłonie i zmarszczyła czoło. I nim zdążyła otworzyć usta i powiedzieć coś
obciachowego ("To w końcu jesteście znowu razem czy nie? A jeśli nie, to
czemu trzymacie się za ręce?"), dodałam szybko: - Poza tym autobusem
jeździ taki jeden chłopak z klasy Mii, który zwraca się do niej per
Srebrnowłosa Księżniczko. Nazywa się Gil Walker. Wysyła jej listy
miłosne i własne wiersze.
- To koszmar. - Henry roześmiał się, a ja usiłowałam nie patrzeć na
dołeczki w kącikach jego ust, by nie myśleć o tym, jak to jest, kiedy
się je całuje.
- To prawda. - Na szczęście udało mi się odwrócić uwagę Mii. - Wreszcie
ktoś, kto nie uważa, że to słodkie i wzruszające. Lottie, mama i Liv
utrzymują, że powinnam ostrożnie dobierać słowa, żeby nie zranić tego
biednego chłopca.
- Więc bardzo delikatnie poinformowała go, że ma sobie znaleźć inną
księżniczkę do adorowania - wyjaśniłam.
- Z małym uzupełnieniem, że inaczej wsadzę mu tę jego poezję tam, gdzie
słońce nie dochodzi. - Mia prychnęła, kopiąc kamyczki na chodniku. -
Niestety, ani trochę go to nie zniechęciło, tylko zainspirowało do
napisania nowego wiersza.
W istocie. Nawet ja musiałam przyznać, że jazda autobusem nie należy do
przyjemnych, jeśli ktoś tuż za twoimi plecami na cały głos szuka godnych
rymów do "błękitnych oczu gwiazd" i "błyszczącego aparatu na zęby".
- Zastanawiałyśmy się z Mią, czy nie stworzyć antywiersza pod tytułem
Walker-stalker - powiedziałam.
Dołeczki Henry'ego nie znikały.
- Ach, miłość! - wykrzyknął, wzdychając teatralnie. - Każe nam robić
najdziwniejsze rzeczy. A swoją drogą, Mia, pamiętasz może wasz pobyt w RPA i niejakiego Rasmusa?
Moja radość ulotniła się w jednej sekundzie.
- Rasmusa? - powtórzyła Mia.
O Boże. Tylko nie to. Ze strachu zesztywniałam i stanęłam jak wryta. Tak
to jest z kłamstwami, w końcu zawsze okazuje się, że mają krótkie nogi.
Henry zaraz się dowie, że nie tylko wymyśliłam sobie swojego
ekschłopaka, ale w dodatku że Rasmus był psem. A wtedy politowanie w jego spojrzeniu będzie bardziej niż uzasadnione.
- Rasmus? Masz na myśli Rasmusa Wakefieldów? - upewniła się Mia.
Nadal stałam jak słup soli, usiłując telepatycznie powiadomić ją, by
trzymała gębę na kłódkę. Niestety, nie zadziałało.
Mia i Henry przypatrywali mi się lekko zdezorientowani.
- Ekhem... Tak, Rasmusa Wakefieldów. Rasmus Wakefield - powiedziałam i pośpiesznie pokazałam palcem mijany ogródek frontowy. - Ach, patrzcie,
jakie prześliczne żonkile.
Moja żałosna próba odwrócenia uwagi spełzła na niczym. Nie czekając na
mnie, Henry i Mia odwrócili się i pomaszerowali dalej. Bezradnie
podążyłam za nimi wzrokiem.
- Więc jaki on był, ten Rasmus? - usłyszałam pytanie Henry'ego.
- Czemu chcesz to wiedzieć? - odpowiedziała podejrzliwie Mia.
- Ach, tak tylko pytam. Lubiłaś go?
Wreszcie udało mi się ruszyć z miejsca.
- Rasmusa? No pewnie - odparła Mia. - Był słodki. Może odrobinę namolny.
Taki trochę zaborczy. Wakefieldowie totalnie go rozpieszczali.
O, nie! Proszę. Zaraz zacznie się rozwodzić na temat jego jęzora.
- Namolny i zaborczy, tak? - Henry obejrzał się na mnie i uniósł brew.
- Zaczekajcie! - Wepchnęłam się między nich.
- Liv mówiła na niego "zapluty łebek", prawda, Livvy? Aua.
Spóźniłam się ze swym kuksańcem o sekundę. Z udawanym śmiechem wzięłam
pod ręce Henry'ego i Mię.
- Nieprawda. Macie może coś miętowego?
Wszystko na próżno. Mia dalej nurzała się we wspomnieniach, a Henry... No
cóż, wyraz jego twarzy jak zwykle był nieodgadniony.
- Mówiłaś, Livvy. Wymyślałaś na niego same głupie zdrobnienia, nie
pamiętasz? Butter była o niego strasznie zazdrosna, podgryzała go w nogi, kiedy drapałaś go po brzuchu...
Dosyć tego!
- Moglibyśmy porozmawiać o czymś innym? - zawołałam, być może ciut zbyt
gwałtownie. I dodałam nieco łagodniej: - Nie chcesz wiedzieć, jak to
było z panią Lawrence, Mia? Henry i ja widzieliśmy wszystko na własne
oczy.
Tym razem zadziałało. Udało mi się odwrócić uwagę Mii i rozmowa o ekschłopaku, czy raczej o ekspsie została odroczona. Choć obawiałam się,
że Henry wróci do niej przy najbliższej okazji.
Mia z zapartym tchem słuchała, jak pani Lawrence wdrapała się na stół i wygłosiła przemowę. I jak niewiele brakowało, a pokazałaby nam tę część
ciała, z której pan Vanhagen wyrwał jej serce. Opowiadaliśmy z Henrym na
zmianę, a Mia wzdychała ze współczuciem.
- To okropne, jak można oszaleć z miłości - powiedziała, kiedy
opisaliśmy jej, jak dyrektorka wyprowadziła z sali kompletnie załamaną
nauczycielkę. - Załamanie nerwowe przy tylu świadkach, człowiek już się
z tego nie otrząśnie.
- To nie było załamanie nerwowe - orzekł Henry. - Ona nie zwariowała na
skutek nieszczęśliwej miłości ani nie była pod wpływem narkotyków.
Znajdowała się w całkiem podobnym stanie jak ty, kiedy lunatykowałaś i chciałaś wyskoczyć przez okno.
Popatrzyłam na niego przestraszona. Miałam nadzieję, że nie wyłuszczy
jej na ulicy prawdy o Arthurze i snach.
- A ty nie musisz tu skręcić? - przerwałam mu trochę szorstko. W tej
kwestii od wielu tygodni panowała między nami niezgoda: Henry był
zdania, że powinniśmy wtajemniczyć Mię, chociażby po to, aby mogła sama
się chronić, Grayson i ja byliśmy przeciwni. Miała przecież dopiero
trzynaście lat, w dodatku i tak było już po sprawie. W tym czasie
podświadomość Mii podjęła wystarczające środki (jej drzwi we śnie były
zabezpieczone niczym Fort Knox), a Arthur miał na oku inne cele. Wiedza
o tym, że wtargnął do jej snów i pchnął ku temu, aby lunatykując, robiła
rzeczy, których o mały włos nie przypłaciła życiem, tylko niepotrzebnie
zatrwożyłaby ją i skołowała.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Mia wlepiła wzrok w Henry'ego.
On z kolei popatrzył na mnie i westchnął na widok mojej skamieniałej
twarzy.
- O to najlepiej zapytaj siostrę. Rzeczywiście muszę tu skręcić. Ale
miło było z wami pogawędzić. - Cmoknął mnie w policzek. - Widzimy się
dziś wieczorem.
- On naprawdę uważa, że pani Lawrence lunatykowała? - zapytała Mia,
podczas gdy ja odprowadzałam Henry'ego wzrokiem. Jego włosy jak zwykle
sterczały dziko na wszystkie strony. Kiedyś sądziłam, że co rano mierzwi
je specjalnie, by wyglądały tak fajnie, ale od jakiegoś czasu
wiedziałam, że miał na głowie dokładnie czternaście wicherków, które
załatwiały za niego tę robotę. Odszukałam każdy jeden z nich, głaskałam,
i...
- To naprawdę okropne, co miłość wyprawia z ludźmi - zauważyła Mia.
- Tak. Biedna pani Lawrence - zgodziłam się z nią pośpiesznie.
- Nie mówię o pani Lawrence. - Mia wskoczyła na murek i balansując na
nim, ruszyła do przodu. - Co jest właściwie między tobą i Henrym?
Jesteście razem czy nie?
- Jesteśmy. W pewien sposób - mruknęłam z ulgą, że zmieniłyśmy temat. -
To znaczy, w sumie nie rozmawialiśmy o tym konkretnie. Jest jeszcze
kilka spraw, które powinniśmy sobie wyjaśnić. A ja, idiotka... eee...
Mia westchnęła i zeskoczyła z powrotem na chodnik.
- Co zrobiłaś?
- ...zmyśliłam, że miałam kiedyś chłopaka. Z którym niby spałam.
Mia z przerażeniem popatrzyła na mnie z ukosa.
- Dlaczego?
- Żeby Henry nie myślał, że jest pierwszy. - Słowa te, wypowiedziane na
głos, zabrzmiały jeszcze straszniej, niż sądziłam.
- Dlaczego? - zapytała znowu Mia.
- Bo... bo... - Jęknęłam. - Sama dobrze nie wiem. Tak po prostu wyszło.
Jakbym to nie była ja, tylko jakaś wredna brzuchomówczyni, która wzięła
i zaczęła gadać. A teraz Henry myśli, że miałam w RPA chłopaka. I uprawiałam z nim seks.
- Naprawdę nie chcę ciągle pytać "dlaczego", ale nie mogę inaczej.
- Bo... On się zawsze tak litował... A potem była ta... Ach, i tak nie
zrozumiesz.
- Zgadza się. Dobry Boże, spraw, żebym nigdy się nie zakochała ani nie
wyczyniała rzeczy nie wiadomo dlaczego. - Mia wzięła mnie pod rękę. - No
dobra, przynajmniej nie jest z wami nudno. Ciekawa jestem, w jaki sposób
zamierzasz to wszystko odkręcić.
Tak. Ja też.
- I jeszcze jedno. Jeśli Henry będzie kiedykolwiek pytał o Rasmusa, to
nie mów mu, że zawsze tak śmiesznie ziajał ani nic w tym stylu...
Mia przystanęła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Ach, teraz łapię. To dlatego Henry tak bardzo interesował się tym
tłuściochem Wakefieldów. - Rozchichotała się bez umiaru. - Ochrzciłaś
swojego byłego imieniem Rasmus.
- To było pierwsze imię, jakie mi przyszło do głowy. - Powoli zaczęłam
dostrzegać komizm całej tej sytuacji.
- O Boże, Livvy, tylko ty jesteś do tego zdolna. - Mia nie mogła złapać
tchu ze śmiechu. - Rasmus Wakefield. Dobrze, że nie powiedziałam, że
sikał pod każdą latarnią.
- Albo że strasznie cuchnął w deszczową pogodę.
- Albo że wył, kiedy grałaś na gitarze.
- I że utknął kiedyś w drzwiczkach dla kota.
Kiedy na horyzoncie pojawił się nasz podjazd, zataczałyśmy się jeszcze
ze śmiechu i niewiele brakowało, a wpadłybyśmy na nieogolonego młodego
faceta, który z trudem dźwigał dwa pudła, lampę i saksofon.
- Wprowadza się pan tutaj? - zapytała Mia, wskazując na sąsiedni dom.
Koleś kiwnął głową, co nie było łatwe, bo między najwyżej usytuowanym
pudłem a podbródkiem chłopaka tkwiły dwie książki, które niebezpiecznie
się rozjechały.
- O, to dobrze. - Mia uśmiechnęła się do niego radośnie. - Ludzie,
którzy przedtem tu mieszkali, to straszni nudziarze. Ona codziennie
zamiatała podjazd i cały czas pomstowała na kosy.
- Moja matka chorobliwie nie cierpi kosów. - Typ westchnął i książki
wysunęły mu się spod podbródka.
- Ups - wyrwało się Mii.
Złapałam książki, zanim zdążyły spaść na ziemię. Jedna okazała się
ciężkim tomiskiem zatytułowanym Prawo procesowe, druga zaczytanym
wydaniem kieszonkowym Hotelu New Hampshire Johna Irvinga. Aha, student
prawa o dobrym guście literackim.
- Popatrz no, wraca syn marnotrawny. - Obok nas zahamowała Florence na
rowerze. Jak zwykle wyglądała wręcz powalająco, jej ubranie nie było ani
trochę wymięte po długim dniu w szkole. Brązowe włosy miała upięte w koński ogon, z którego wysunął się jeden błyszczący kosmyk, wdzięcznie
opadając na twarz. Patrząc na jej uroczy uśmiech, promienne oczy i słodkie dołeczki, nie chciało się wierzyć, by kiedykolwiek potrafiła
powiedzieć lub zrobić coś przykrego. Wrażenie to było mylne. W ostatnim
czasie Florence wręcz nieustannie była nie w humorze.
- Słyszałam, że twoja dziewczyna wyrzuciła cię z mieszkania -
powiedziała do chłopaka z zarostem. - Twoja mama uważa, że to
najwredniejsza zołza na świecie. Ty też tak sądzisz?
- Druga pod względem wredności, zaraz po Trującym Bluszczu. - Chłopak
również się uśmiechnął, prezentując przy tym piękne zęby. Nawet nie
zauważył, że podałam mu książki. - Hej, Flo. Ale urosłaś.
Florence założyła kosmyk za ucho.
- Taa, czas nie stoi w miejscu, Matti. Na jesieni zaczynam studia.
Uważaj, bo skończę prawo przed tobą. Słyszałam, że zawaliłeś kilka
egzaminów. Twoja mama mówi, że to z powodu kłopotów sercowych przez
zołzę.
- Byłą zołzę... - Każdy inny na jego miejscu zapadłby się pod ziemię ze
wstydu, ale Matti nie wydawał się ani trochę zażenowany. Wyglądał raczej
na kogoś, kto nawet z lampą pod pachą dobrze się czuje w swojej skórze.
Mimo że musi znowu wprowadzić się do swojej mamy.
- Ciesz się, że się jej pozbyłeś, Matti. - Florence z przesadnym
współczuciem poklepała go po ramieniu, przez co lampa zachybotała się
nieco. - Ona wszędzie rozpowiada o tobie kłamstwa. Że się rozstaliście,
bo kręciłeś z jej najlepszą przyjaciółką. I siostrą najlepszej
przyjaciółki. I że wolisz przesiadywać w klubach, zamiast uczyć się do
egzaminów. I że przez ostatnie cztery miesiące nie dokładałeś się do
czynszu ze względu na długi, których narobiłeś, kupując absurdalnie
drogiego oldtimera, który ma maskę cztery razy dłuższą niż bagażnik.
Mniej więcej... nie, dokładnie takiego jak ten. - Pokazała na czerwony
samochód zaparkowany przy krawężniku i rzeczywiście charakteryzujący się
dość długą maską. - Bezczelna kłamczucha.
- To nie jest żaden oldtimer, tylko Morgan Plus 8, rocznik 2012 -
objaśnił z dumą Matti. - Ojciec kumpla sprzedawał go po śmiesznie
niskiej cenie, tylko idiota by nie skorzystał. Za karę muszę teraz przez
kilka miesięcy mieszkać u starych i pozwalać podtykać sobie pod nos
ulubione dania. Ale jakoś to przeżyję. Z takimi miłymi sąsiadkami. -
Mrugnął porozumiewawczo do Florence. - Mama na pewno zachowała listy
miłosne, które do mnie pisałaś. Może kiedyś usiądziemy razem i poczytamy?
Florence coraz trudniej było uśmiechać się z politowaniem.
- Miałam wtedy dwanaście lat - powiedziała i ruszyła przed siebie,
pchając rower. Jej koński ogon podrygiwał wściekle.
Matti posłał za nią szeroki uśmiech.
- Mam wrażenie, jakby to było wczoraj - oznajmił, kiedy Florence
zniknęła wraz z rowerem na naszym podjeździe, po czym zwrócił się do
mnie i Mii: - A wy, kim jesteście?
My to dwie dziewczyny stojące z rozdziawionymi paszczami.
- Przyszłymi przyrodnimi siostrami Florence - poinformowała ochoczo Mia.
- Ja jestem Mia, a to Liv. Też kiedyś nosiła aparat na zęby.
- Miło was poznać, dziewczyny. Jestem Matt. Koleś, który przez
najbliższe miesiące będzie zamiatał podjazd i polował na kosy.
- Dobrze wiedzieć.
Położyłam Prawo procesowe na najwyższym pudle. Matt docisnął książkę
podbródkiem i ruszył do domu.
- Dzięki. Na pewno się zobaczymy - rzucił przez ramię.
Było zaiste godne podziwu, że tak długo dzierżył w rękach pudła i lampę,
nie mówiąc o saksofonie, który zaczął się już niebezpiecznie przechylać.
Mia przypomniała sobie coś jeszcze.
- Twoja mama naprawdę przechowuje listy miłosne od Florence? - zawołała
za nim. - Nie odsprzedałbyś mi ich?
Matt roześmiał się.
- Czemu nie? Przyda się każdy pens.
- Nie patrz na mnie z takim wyrzutem - odezwała się Mia, kiedy wreszcie
skręciłyśmy na podjazd domu Spencerów. - Te listy to na wszelki wypadek,
jakby co.
- Na wypadek kariery szantażystki?
- Lepsza szantażystka niż złodziejka. Dobrze widziałam, że zwinęłaś
książkę. Po co, tak właściwie?
- Ups. - Wyjęłam zza poły żakietu książkę Matta i przyglądałam się jej z udawanym przerażeniem. - Tak, racja. Hotel New Hampshire. Chyba po
prostu chciałam ją przeczytać.
Było to kłamstwo. Na regale stał nasz własny egzemplarz, nawet z autografem i osobistą dedykacją dla mamy. W rzeczywistości przyszło mi
nagle do głowy, że podebranie Mattowi jakiegoś osobistego przedmiotu
może okazać się przydatne. Nigdy nie wiadomo, czy kiedyś nie będzie
potrzebne. A co może być bardziej osobistego niż zaczytana ulubiona
książka?
Blog Frognal Academy Tittle-Tattle: najnowsze wieści, najgorętsze plotki
i najbardziej bulwersujące skandale naszej szkoły
O MNIE:
nazywam się Secrecy - jestem jedną z was i znam wszystkie wasze sekrety
3 marca
J'ai tremblé
tu as tremblé
il/elle a tremblé
nous avons tremblé
vous avez tremblé
ils/ells ont tremblé.
Oj tak, ile to razy trzęśliśmy się na zajęciach u pani Lawrence, kiedy
kazała nam odmieniać czasowniki. I biada temu, kto się spóźnił. W pierwszym roku nauki sądziłam, że jej srogie L'exactitude est la
politesse des rois oznacza "dokładnie jak policjant" i odnosi się
zarówno do spóźnienia, jak i szkolnego uniformu. (W rzeczywistości
zdanie to znaczy: "Punktualność jest grzecznością królów"; to dla tych,
którzy wybrali hiszpański, na wypadek gdyby znów marudzili, że mój blog
jest dla nich zbyt ambitny). Cóż, te czasy definitywnie się skończyły.
Być może już nigdy więcej żaden uczeń nie będzie oblewał się potem na
francuskim u pani Lawrence. Ostatnią lekcją, jakiej nam udzieliła, była,
zdaje się, ta: "Nigdy nie zadawaj się z żonatym mężczyzną". Bardzo
przydatna wiedza. Może nawet bardziej przydatna niż koniugacja
czasowników nieregularnych. Chociaż raczej nikt z nas nie wyobraża sobie
romansu z takim mężczyzną jak pan Vanhagen - nawet gdyby nie był żonaty.
Prawda?
Tak czy siak, to, co wydarzyło się dziś w stołówce, jest straszne, tak
bardzo, że nie zamieściłabym fotki z tego wydarzenia, nawet gdybym taką
miała. Jestem to winna pani Lawrence, chociaż nazwała mnie anonimową
zdzirą. Anonimowa zdzira coś pani powie, pani Lawrence: i tak była pani
za dobra dla pana Vanhagena. Wyjdzie pani z tego, środki
psychofarmakologiczne podobno działają dzisiaj cuda. Kto wie, może
kiedyś wróci pani do Frognal? Albo spotka w szpitalu miłość swego życia
i znajdzie swoje szczęście gdzie indziej. Jestem zdania, że zasługuje
pani na nie. Chaque chose en son temps. (Sprawdźcie sobie, co to
znaczy, językowi ignoranci, nie jestem waszą tłumaczką, tylko szkolną
anonimową zdzirą).
A propos szkolnej zdziry: w porównaniu z dzisiejszym dramatem w stołówce
wszystkie inne wieści oczywiście bledną. Dlatego w tym miejscu tylko ta
najciekawsza: właśnie w tej chwili Jasper Grant znajduje się na promie
między Calais a Dover. W zasadzie miał przebywać w tej francuskiej
dziurze do końca trymestru, ale dziś konieczne okazało się odebranie go
stamtąd przez ojca. Jasper został wydalony ze szkoły z powodu poważnego
naruszenia regulaminu szkolnego, rodzina zaś, u której mieszkał, chciała
pozbyć się go jak najszybciej. Najlepsze jednak jest to, że jutro o wszystko będziemy mogli wypytać go osobiście.
Ja ze swej strony bardzo się cieszę - naprawdę brakowało mi Jaspera.
Widzimy się
Wasza Secrecy
Tittletattleblog.wordpress.com
3.
- Czerwiec? Chyba nie w tym roku? - Starsza pani Spencer alias babcia
Graysona i Florence alias Bestia w Ochrach alias osoba, która z zasady
parkowała swojego bentleya na dwóch miejscach postojowych, czyli w skrócie Bochra, wpatrywała się w mamę z bezbrzeżnym przerażeniem. - Ależ
to niewykonalne.
- Do ślubu zostało trzy i pół miesiąca. - Mama siedziała przy stole w kuchni nad stertą sprawdzianów. Zanim przyszła Bochra, odpoczywała z uniesionymi wyżej nogami i twarzą wystawioną do popołudniowego słońca.
Roześmiała się wesoło jak skowronek. - My podchodzimy do tego na luzie.
- My? - Florence zmarszczyła nos. - Stanowczo odżegnuję się od tego
"my". - Chociaż oficjalnie uważała obecność Lottie w tym domu za zbędną,
każdego popołudnia zaglądała do kuchni i podbierała jej wypieki. Dziś
były to maleńkie babeczki jabłkowe z cynamonem, które smakowały tak samo
wspaniale, jak pachniały. Florence ugryzła jedną i jej twarz mimowolnie
przybrała na moment wyraz ekstazy. Spostrzegła, że przypatrujemy jej się
z Lottie, i dodała natychmiast, starając się, by w jej głosie nie było
ani krztyny rozkoszy: - Grayson i ja w żadnym razie nie możemy wam pomóc
w przygotowaniach, będziemy wystarczająco zajęci egzaminami. A w dodatku
w czerwcu jest bal końcowy. Może naprawdę powinniście pomyśleć o przesunięciu terminu. Na jesień. Albo na przyszłą wiosnę.
- Tak, albo na rok 2046, wtedy moglibyście za jednym zamachem odfajkować
wasze osiemdziesiąte urodziny. - Mia chwyciła trzy babeczki i przez
chwilę przyglądała się im z namysłem, jakby rozważała, czy zmieszczą się
naraz w jej ustach. Zmieściły się.
- Nie ma obawy. Tu nie ma co przygotowywać. - Mama obdarzyła nas
nonszalanckim uśmiechem. - Zaimprowizujemy coś po prostu. Takie
spontaniczne imprezy są najlepsze.
- Ale... - Bochra udawała, że brakuje jej tchu. - To jest wesele, a nie
urodziny przedszkolaka! Do tego potrzeba czegoś więcej niż kilku
nadmuchanych balonów. Już sama lista gości... Normalni ludzie całe lato
mają już dawno rozplanowane.
- Tak, na przykład ciotka Gertruda, miejmy nadzieję - mruknęła Mia.
- Ależ to w niczym nie przeszkadza. Kto będzie miał czas, ten przyjdzie,
kto nie, to nie - odparła mama. - To nie ma być nie wiadomo co, tylko
miłe, skromne, nieskomplikowane spotkanie...
- Lottie będzie mogła włożyć swój odświętny dirndl - uśmiechnęła się
szeroko Mia.
- I na pewno upiekę tort. - Lottie się rozpromieniła. - Trzypiętrowy.
- Super! - zawołała z entuzjazmem mama.
Bochra jęknęła.
- Naturalnie wszystkie wchodzące w grę lokale są już na czerwiec
zarezerwowane. Skończy się na tym, że będziecie musieli urządzić wesele
w ogródku. - Zaśmiała się krótko dla podkreślenia ironii swych słów,
której mama wcale nie dostrzegła.
- To świetny pomysł - zgodziła się.
- To katastrofa - skwitowała Bochra.
- Jeśli nie dopuścimy, aby babcia, ciotka Gertruda i ciotka Virginia
wystąpiły jako The Supremes, to nie - powiedziałam, a Bochra pobladła
odrobinę. Myśl, że my też mamy jakąś rodzinę, wcześniej nie przyszła jej
do głowy.
- O, jakże się cieszę, że poznam waszych krewnych. - Florence
przewróciła oczami. Była wprawdzie bliźniaczą siostrą Graysona, ale pod
względem braku serdeczności całkowicie wrodziła się w swoją babkę.
Na czole każdej z nich zaczęła pulsować żyłka.
- Małe garden party! Coś takiego można urządzić, jeśli bierze się ślub z nikim. Bez rodziny i zobowiązań. - Zaczęła w zdenerwowaniu przemierzać
kuchnię w tę i z powrotem. - W przeciwieństwie do ciebie mój syn nie
może tak po prostu zlekceważyć tradycji i zasad, do których
przestrzegania zobowiązuje go jego status społeczny. Widać, że nie masz
o tym najmniejszego pojęcia.
- A tobie dymi z uszu - odcięła się pogodnie mama.
- Bzdura - odparła Bochra, ale mama miała rację: z uszu Bochry
wydobywały się nieduże, białe obłoczki, czemu towarzyszyło posapywanie
lokomotywy. W tym momencie pojęłam, że to sen. Tyle że ta rozmowa
rzeczywiście odbyła się dzisiejszego popołudnia. Oczywiście Bochrze nie
dymiło się z uszu, a w ścianie kuchni obok lodówki nie tkwiły zielone
drzwi.
Bochra we śnie podążyła za moim wzrokiem.
- Nigdy nie lubiłam rzemiosła artystycznego, jak dla mnie za dużo tu
zawijasów. A ta kiczowata gałka w kształcie jaszczurki to już szczyt
bezguś... Ach, mój Boże!
Gałka się poruszyła. Drobne czarne i czerwone łuski błysnęły w świetle,
kiedy jaszczurka przeciągnęła się, rozwinęła ogon i otworzyła ślepia.
- Wcale nie jesteś kiczowata - zapewniłam ją, jak zawsze oczarowana jej
pięknem. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam we śnie swoje drzwi, była
jeszcze mosiężna i dużo mniejsza niż teraz. Pomijając sporadyczne
przyjacielskie mruganie ślepiem, rzadko się poruszała. Od jakiegoś czasu
lubiła wspinać się po drzwiach i tylko wtedy zniżała się do odgrywania
roli klamki, kiedy rzeczywiście chciałam wyjść. Jej oczy miały jaskrawo
turkusowy odcień i w odróżnieniu od ślepiów jej siostry po przeciwnej
stronie drzwi zawsze spoglądały przyjaźnie. Nadal szukałam dla niej
imienia, które oddawałoby jej naturę: mistycznego, ładnie brzmiącego, a mimo to swojskiego. W końcu była tworem mojej podświadomości, a tym
samym cząstką mnie. Tak samo jak jej ostrozęba, sycząca bliźniaczka po
drugiej stronie drzwi.
- Zbyt pstrokata - orzekła Bochra. - I kompletnie nierealistyczna.
Proporcje w ogóle się nie zgadzają.
Machnięciem ręki przepędziłam Bochrę ze swojego snu. Wystarczyło już, że
nawiedzała nas na jawie, co ciekawe, wybierając na odwiedziny dni takie
jak dzisiejszy, kiedy Ernest był w delegacji, a mama miała przedpołudnie
wolne od wykładów. Uważałyśmy z Mią, że to czysta złośliwość, ale mama i Lottie, uparcie wierząc w drzemiące w każdym człowieku dobro, były
zdania, że biedna starsza pani po prostu chce uczestniczyć w naszym
życiu rodzinnym i przydać się na coś.
Jasne. A ziemia jest płaska.
Ostrożnie przejechałam opuszkiem palca po gładkich jaszczurczych
łuskach. Ku mej radości zaczęła mruczeć jak kocur Spot. Mało
realistyczne, ale za to jakże cudowne.
- Nazwij ją Liz - podsunęła Mia. Stanęła z Lottie i mamą obok mnie, żeby
podziwiać jaszczurkę. Florence zniknęła razem z Bochrą. - Uważam, że
wygląda jak Lizzy.
- Nie, to zbyt... prozaiczne - powiedziała Lottie. - Może Salamandria.
Albo Nyx, jak bogini nocy.
- Barcelona byłaby dobra. - Mama, widząc nasze skonsternowane
spojrzenia, dodała: - No wiecie, ze względu na tę słynną jaszczurkę
Gaudiego, która... Ach, zapomnijcie, wy ignorantki.
Jak zawsze, gdy moja podświadomość wydobywała z głębokich pokładów
umysłu fakty, o których, jak mi się wydawało, jeszcze nigdy nie
słyszałam, poczułam się nieswojo. Jutro z samego rana zamierzałam wpisać
w wyszukiwarkę słowa "Gaudi" i "Barcelona". Miałam nadzieję, że wśród
wyników nie znajdę jaszczurki.
Ktoś zapukał do drzwi.
Jaszczurka zwinęła się grzecznie w gałkę, podczas gdy jej odpowiedniczka
przez szparę na listy wsunęła do środka łebek i wysyczała:
- Przyszedł Henry.
- Jaki innowacyjny judasz - zachwyciła się mama.
- Mogłabyś nazwać ją Mata Hari - zaproponowała Lottie.
Nachyliłam się.
- Czym pachniało dziś wieczorem w pokoju Graysona? - zapytałam przez
szparę na listy.
- Flakonem Vetivér, który Grayson upuścił, przez co jego dywan już
zawsze będzie pachniał jak jego dziadek - odrzekł Henry po drugiej
stronie drzwi. - Założę się, że dziś wieczorem będzie mu się śnił.
Otworzyłam mu. Henry oparł rękę o framugę i uśmiechnął się do mnie
szeroko.
- Hej, serowa panienko. Mogę wejść?
- Nie wiem. Jest środek nocy - powiedziałam z udawaną kokieterią. - Moja
mama nigdy by się na to nie zgodziła.
- Bzdura - zaprzeczyła mama za moimi plecami.
Henry wetknął głowę do kuchni.
- Ach, cieplutki rodzinny sen. I jak pięknie pachnie... świeżymi wypiekami
i... cynamonem... Niewiarygodne, jak pachnące stały się twoje sny w ostatnim
czasie.
Jeszcze bardziej niewiarygodne było to, że on czuł zapach tego, o czym
śniłam. Było to tak zwariowane, że wolałam dłużej o tym nie myśleć.
Zawsze, kiedy to robiłam, ogarniał mnie lęk, lęk przed tym, że
ostatecznie może wcale nie istniało żadne logiczne i poparte dowodami
wytłumaczenie tej całej sprawy ze snami. Co z kolei oznaczałoby...
- A to kto? - przerwał moje rozważania Henry.
Spod kuchennego stołu wylazł dość opasły chow-chow i zaczął się nam
przypatrywać z przekrzywionym łbem. Rasmus w całej okazałości.
- Zawsze tak patrzy, jak chce kąska - powiedziała Mia, chichocząc ze
złośliwą satysfakcją. - No gdzie jest, gdzie jest mały R...
- Au! - Henry potarł ramię. Wypchnęłam go na korytarz, wyszłam za nim i zatrzasnęłam drzwi, zanim Mia zdążyła wypowiedzieć do końca to imię.
Kiedy trzeba, we śnie potrafiłam poruszać się szybciej niż Superman.
- Mały rozrabiaka. Przejdźmy się - zaproponowałam i wzięłam Henry'ego
pod rękę. - Moglibyśmy na przykład sprawdzić, czy Grayson ma rację i czy
rzeczywiście nie można się już do niego włamać.
- Ale tam w środku było tak przytulnie. - Henry rzucił żałosne
spojrzenie na moje drzwi. - A tu na zewnątrz na pewno grasują
niewidzialni szpiedzy i psychopaci.
Tak, i demony. Nigdy nie wiadomo. Korytarz wypełniony różnobarwnymi
drzwiami i łagodnym światłem mógł wydawać się spokojnym miejscem, ale
takim nie był. Cisza miała w sobie coś złowieszczego, nie wiadomo, skąd
w ogóle dochodziło światło - nie było ani okien, ani lamp, nie mówiąc o suficie, z którego mogłyby się zwieszać. Na wysokości kilku metrów
rozpościerała się rozproszona nicość, najbardziej przypominająca
jasnoszare niebo, jakie w niektóre dni wisiało nad Londynem. Licznie
rozgałęzione korytarze wydawały się nie mieć końca i nikły w cieniach.
Mimo to kochałam to miejsce i wizję, że za każdymi drzwiami śniła swój
sen inna dusza, a wszyscy ludzie na świecie byli połączeni tym
labiryntem. Było to miejsce magiczne, tajemnicze i niebezpieczne - a połączenie tych cech nieodparcie mnie przyciągało.
Przywarłam nieco bardziej do Henry'ego i wzięłam głęboki wdech.
- Przytulne sny będziemy mogli śnić przez resztę naszego życia. Kiedy
już uratujemy świat przed Arthurem.
Henry wyplątał się z mojego uchwytu, tylko po to, by objąć mnie obiema
rękoma.
- Za to cię kocham, Liv Silver - wymruczał mi do ucha. - Że nie cofasz
się przed żadną przygodą.
To samo mogłam powiedzieć o nim. Nie tracąc czasu na zbędną gadaninę,
oboje przemieniliśmy się w jaguary i bok w bok ruszyliśmy przed siebie.
W innej postaci zawsze czułam się trochę niepewnie, ale jaguara
opanowałam już na tyle dobrze, że nie musiałam koncentrować się na jej
utrzymywaniu. W odróżnieniu od trudniejszych form, takich jak latające
owady, nieruchome przedmioty albo królowa metamorfoz, czyli podmuch
powietrza, postać jaguara mogłam utrzymywać godzinami. Czasami, kiedy
rano budziłam się po intensywnej nocy w skórze jaguara, tak bardzo
pozostawałam jeszcze w roli, że musiałam się powstrzymywać, by nie lizać
sobie łapy. Raz nawet warknęłam w kuchni na Florence, bo zatarasowała mi
drogę do ekspresu do kawy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki