Silver Elite - Dani Francis

Reflow text when sidebars are open.
Dorastałam w czystej, nieustającej, przytłaczającej ciemności.
Chciałabym powiedzieć, że przesadzam, ale tak nie jest. Miałam zaledwie pięć lat, gdy wujek przemycił mnie z miasta i zabrał na Czarnoziemy, miejsce z dziecięcych koszmarów. Las nieskończonej ciemności. Pamiętam, jak wytrzeszczyłam oczy, gdy to po raz pierwszy zobaczyłam: złowrogą czarną mgłę unoszącą się nad ziemią, sięgającą daleko nad korony drzew. Pamiętam przeszywający do kości lęk i ściskającą gardło panikę, gdy pochłonął nas nieprzenikniony mrok. Pamiętam, jak po niecałej godzinie marszu potknęłam się o czaszkę. Uklękłam, by sprawdzić, przez co straciłam równowagę, i choć kompletnie nic nie widziałam, to czułam pod palcami puste oczodoły i gładką kość.
Gdy zapytałam wujka Jima, co to takiego, odpowiedział:
- To tylko kamień.
Choć miałam zaledwie pięć lat, nie dało się mnie tak łatwo zwieść.
Nie był to też ostatni szkielet, na jaki się natknęliśmy przez trzy lata, które spędziliśmy na Czarnoziemach, ale gdy powróciliśmy do cywilizacji, strach był moim starym przyjacielem. Obecnie jakikolwiek drapieżnik mógłby mi się rzucić do gardła, a ja bym nawet nie mrugnęła. Odrzutowiec Dowództwa mógłby zrzucić bombę na nasz dom, a moje serce nawet by nie przyspieszyło.
Kiedy przerażenie jest nieodłącznym elementem twojego dzieciństwa, to w dorosłości nie pozostaje praktycznie nic, czego można się bać.
No, może poza niezręcznymi rozmowami.
Wolałabym gołymi rękami walczyć z pumą niż podejmować krępującą rozmowę. Naprawdę.
- A ty dokąd?
W mordę. Z całych sił starałam się wymknąć z łóżka tak, by nie zwrócić uwagi mojego kompana.
Głos młodego żołnierza jest zaspany i nieco uwodzicielski. Zapinam dżinsy, patrząc w dół. Wiem, że pod przykryciem facet jest całkiem nagi.
- Och. Eee. Donikąd. Ubieram się, bo mi zimno - kłamię, ściągając materiał czarnej podkoszulki tak, by przykryć pobliźnioną skórę na lewym biodrze.
Oparzenia, które sięgają aż do połowy uda, nieustannie przypominają mi o tym, kim jestem i dlaczego nie mogę przebywać w towarzystwie tego mężczyzny dłużej, niż to konieczne.
Powiedziałam mu, że blizny zostały mi po wypadku. Że gdy byłam dzieckiem, wylał się na mnie gar wrzątku.
To nie było do końca kłamstwo.
Rzecz w tym, że gdyby wiedział, co się skrywa pod okaleczoną skórą, to pewnie nie głaskałby jej z takim współczuciem.
- Wracaj do mnie. Ja cię ogrzeję - obiecuje.
Uśmiecham się sztucznie i patrzę mu w oczy. Są ładne. Mają ciemnobrązowy kolor.
- Poczekasz chwilę? Skoro już wstałam, to skorzystam z łazienki. Mówiłeś, że jest zaraz za rogiem?
Czy brzmię jak zbyt chętna do wyjścia?
Tak mi się wydaje, ale nie mogę się doczekać, aż stąd prysnę. Jest późno. O wiele później, niż obiecałam, że zostanę poza domem. Miałam wpaść do wioski na szybkiego drinka i żeby spotkać się na chwilę z przyjaciółmi podczas uroczystości z okazji Dnia Wyzwolenia. A nie po to, by zaliczyć jakiegoś gościa, a już w szczególności żołnierza Dowództwa.
Na Kontynencie nie ma wielu rzeczy wartych świętowania. Nie obchodzimy wszystkich tych idyllicznych świąt, o których można przeczytać w książkach historycznych. I bądźmy szczerzy - to pewnie jakaś chora ironia, że zmodyfikowani tańczą, piją i pieprzą się w ramach celebrowania rocznicy wydarzenia, które doprowadziło do ich wymordowania. Ale zmodyfikowani lubią tańczyć, pić i się pieprzyć, więc... skoro już jest ku temu okazja - nieważne jaka - to czemu mielibyśmy tego nie robić?
- Chyba nie planujesz uciec? - Znowu się ze mną droczy, ale słyszę w jego głosie nieszczęśliwą nutę. Cholera. Wie, że zamierzam zwiać.
- Oczywiście, że nie.
Udaję, że skupiam się na zapinaniu butów, i dochodzę do wniosku, że to był naprawdę okropny pomysł. Staram się nie wyrobić sobie nawyku lądowania w łóżku z ludźmi z Dowództwa, armii Kontynentu, ale ich tymczasowość to ogromny plus. Żołnierze mogą opuszczać bazę trzy razy do roku, co oznacza, że relacje z nimi zawsze są przelotne.
- To dobrze. Jeszcze nie jestem gotowy cię wypuścić - rzuca z uśmiechem. Ma dwadzieścia pięć lat i był niesamowicie delikatny, gdy pieścił moje ciało.
Czy to okropne z mojej strony, że nie pamiętam jego imienia?
Podnoszę karabin i przewieszam pasek przez ramię. Dostrzegam, że mężczyzna mnie obserwuje.
- Co?
- Wyglądasz teraz cholernie seksownie - mówi, przygryzając wargę.
- Serio?
- Tak. W mieście nie widuje się dziewczyn z bronią.
Ma rację. Nie widuje się ich. To główny powód, dla którego wujek ulokował nas w Okręgu Z, tak daleko na zachód, jak to było możliwe. Jest to jeden z okręgów zaopatrzeniowych, gdzie główne zadania to hodowanie bydła i prowadzenie gospodarstw rolnych, a jego mieszkańcy mają pozwolenie na posiadanie broni. Oczywiście każda została zarejestrowana i sprawdzona. Otrzymanie licencji jest niemożliwe bez przejścia rozległego testu mającego udowodnić odpowiednie umiejętności, ale dla mnie to nie był żaden problem. Pozwolenie na broń dostałam w wieku trzynastu lat. Jestem bardziej niż kompetentna i nawet analitycy nie byli tego świadomi. Wujek Jim ostrzegł mnie, żebym podczas testu "nie szarżowała".
- Tutaj się przydaje - mówię żołnierzowi. - Białe kojoty każdej nocy próbują dopaść moje krowy.
Śmieje się.
- Któregoś dnia będę musiał wpaść na twoje ranczo i zobaczyć, co ciekawego tam porabiasz.
Ten nonszalancko rzucony tekst wzbudza moje podejrzenia. Dlaczego chce przyjść na ranczo? Komentarz był niewinny czy jednak mam się o co martwić?
Jeśli chodzi o Dowództwo, to moje podejście zakrawa na paranoję, dlatego szybko otwieram ścieżkę, by wybadać jego umysł. Tarczę ma grubszą niż stal. Gdybym poświęciła na to więcej czasu, pewnie znalazłabym szczelinę, ale bariera jest zbyt gruba, by od razu się przez nią przebić. Co wcale mnie nie zaskakuje. Pierwsze, czego uczą żołnierzy jego pokroju, to jak osłaniać się przed zmodyfikowanymi. I nie ma w tym nic zaskakującego. Pierwotni nie posiadają darów. Nie doświadczają też żadnych fizycznych objawów, gdy ktoś wdziera się do ich myśli, podczas gdy zmodyfikowani odczuwają to tak, jakby ktoś poraził ich prądem. Tacy jak on powinni się pilnować.
Zamykam ścieżkę. Warto było spróbować. Jego tarcza zachwiała się dziś tylko wtedy, gdy oboje zdjęliśmy ubrania, ale jego myśli to była mieszanina zachwytów i błagań o to, bym nie przestawała.
Nie będę kłamać, że to naprawdę podbudowało moje ego.
- Czy istnieje powód, dla którego zabierasz broń do łazienki? - Unosi brew.
- Każda zarejestrowana broń musi się zawsze znajdować przy właścicielu. - Sumiennie recytuję formułkę z instrukcji, którą dostaje każdy po zdobyciu certyfikatu. - Grzej dla mnie łóżko. Zaraz wrócę.
Wcale nie wrócę. Tak się składa, że się zmuszam, by nie wybiec z pokoju.
- Pokażę ci, gdzie jest łazienka - proponuje.
Chcę zaprotestować, ale on już wstaje z łóżka i wciąga spodnie na wąskie biodra. Przynajmniej nie nosi standardowego granatowego munduru Dowództwa. Nie wiem, czy zdołałabym się podniecić, gdyby miał go na sobie. Poza sporadycznym baraszkowaniem z żołnierzami, gdy jestem po kilku piwach, naprawdę nienawidzę tych dupków, a większość z nich nienawidzi mnie. Są szkoleni do tego, by zabijać osoby mojego pokroju. Wynaturzeńców - bo tak nas nazywają. Ewentualnie srebrnokrwistych, jeśli akurat mają dobry dzień.
Ale jedynym wynaturzeniem jest generał Redden i jego irracjonalna nienawiść do zmodyfikowanych. Nie prosiliśmy się o to, by się takimi urodzić. Podczas głupiej wojny, która wybuchła sto pięćdziesiąt lat temu, uwolniono toksynę i to przez nią się tacy staliśmy. Nie mieliśmy w tej kwestii żadnego wyboru.
Choć każda komórka w moim ciele błaga, bym uciekła, pozwalam, żeby żołnierz wyprowadził mnie przez drzwi i poprowadził przez wyłożony burgundowym dywanem korytarz na pierwszym piętrze gospody. Skręcamy za róg i idziemy dalej.
- Proszę bardzo. - Jak przystało na dżentelmena, otwiera dla mnie drzwi do łazienki.
- Dzięki. - Znowu zmuszam się do uśmiechu. - Do zobaczenia w twoim pokoju.
- Zawołaj mnie, gdybyś się zgubiła, a przybędę na ratunek, dobrze?
Po wejściu do środka staję za drzwiami i nasłuchuję jego kroków. Wypuszczam powietrze i czekam, aż ucichną. W lustrze widzę rumieniec na opalonej twarzy, ale tak to już jest po seksie. Oczy zdradzają zniecierpliwienie. Żołnierz niejednokrotnie zachwalał dziś ich kolor - miodowy brąz ze złocistymi plamkami.
Wujek twierdzi, że oczy mam po mamie, ale nie pamiętam jej twarzy, co naprawdę mi przeszkadza. Miałam pięć lat, gdy mnie odesłała, więc byłam wystarczająco duża, by w moim umyśle powstały trwałe wspomnienia. Powinnam pamiętać jej oczy. Czasami wydaje mi się, że pamiętam jej głos i uśmiech, ale nigdy nie wiem, czy to nie moja wyobraźnia wypełnia luki.
Czekam jeszcze minutę i dopiero wtedy wychodzę z łazienki. Chcę pobiec, ale żeby dotrzeć do schodów, będę musiała minąć drzwi jego pokoju. A to oznacza, że nie obędzie się bez skradania.
Wstrzymuję oddech, skręcam za róg i idę bezgłośnie po wytartym dywanie. Jestem już na końcu korytarza, gdy słyszę dźwięk przekręcanej gałki w jego drzwiach.
Kiedy zaczynają się otwierać, działam instynktownie i wpadam do najbliższego pokoju, po czym zamykam za sobą drzwi.
Pakowanie się do kwatery obcej osoby to raczej nienajlepsza strategia, ale podjęłam tę decyzję w ułamku sekundy... i szczerze jej żałuję, gdy w piersi obejmuje mnie muskularne ramię.
- Ani kroku - rozlega się męski głos.
Po raz kolejny reaguję instynktownie. Moja pięść przeszywa powietrze i trafia w twardą szczękę.
Właściciel twardej szczęki nawet się nie wzdryga. Rozbraja mnie w mgnieniu oka, a karabin ląduje ze szczękiem na podłodze. Mężczyzna obraca mnie i przyciska do drzwi. Jego długie ciało przysuwa się niebezpiecznie blisko, a ramię przygniata mi piersi niczym gruby stalowy pręt.
- Kim ty, kurwa, jesteś? - warczy mi prosto do ucha nieznajomy.
Serce łomocze mi o żebra. Biorę wdech i oblizuję suche usta.
- Ja...
Słowa więzną mi w gardle, gdy podnoszę wzrok i patrzę na jego twarz.
Och.
Wygląda na to, że wybrałam niewłaściwego kandydata do dzisiejszych aktywności.
Ten facet jest... niewyobrażalnie przystojny. Chyba nigdy nie widziałam lepiej wyglądającego człowieka, niezależnie od płci. Od razu tonę w jego kobaltowoniebieskich oczach, którymi łypie na mnie spod grubych rzęs. Włosy ma ciemne, zaczesane do tyłu, przez co doskonale widzę nieskazitelne, symetryczne rysy twarzy, które równie dobrze mogłyby być wykute z kamienia. Idealna ilość zarostu pokrywa silną szczękę, a przy jednym kąciku ust dostrzegam małe zagłębienie, co oznacza, że ma tam dołeczek. Zastanawiam się, jak bardzo go widać, gdy się uśmiecha, choć wnioskując z zimnego i groźnego błysku w jego oczach, uśmiecha się rzadko.
- Jeśli przyszłaś tu, żeby mnie zabić, to nie idzie ci to za dobrze.
- Zabić cię? - powtarzam, wracając do rzeczywistości. - Nie po to tu jestem.
- Nie?
Słyszę metaliczny stukot i dociera do mnie, że odsunął nogą mój karabin. Wiele mnie kosztuje, by się po niego nie rzucić.
- Zakradasz się do mojego pokoju w środku nocy, uzbrojona, a ja mam wierzyć, że masz czyste intencje?
- Wierz, w co chcesz. - Szarpię się w jego uścisku. Na marne. Jego ramię ani drgnie. - Nie przyszłam tu, żeby cię zabić.
- To co, wpadłaś dla towarzystwa? - Oblizuje kącik ust. Oczy mu błyszczą, gdy przenosi wzrok na rowek między moimi piersiami, który widać nad jego silnym ramieniem. - Doceniam gest, ale nie jestem zainteresowany. Zaspokoiłem już potrzeby na dzisiaj. - Wykrzywia usta. - Powinnaś była wpaść wcześniej, gdy mój gość wciąż tu był. Bawilibyśmy się przednio.
Szczęka mi opada.
- Poważnie? To również mnie nie interesuje. Ja się ukrywam, dupku.
Unosi brew zaintrygowany.
- Przed kim?
- Nie twój zakichany interes. Czy mógłbyś, proszę, zabrać ramię? Nie mogę oddychać.
- Nie. I nie widzę, żebyś miała problem z oddychaniem.
Tyle że ja naprawdę nie mogę oddychać. Brakuje mi powietrza. Z każdym wdechem zaciągam się jego zapachem. Czuję sosny, skórę i jakąś ostrzejszą nutę. Coś niesamowitego. W dodatku jego ciało jest jak nie z tego świata. Wielkie, szerokie, idealnie umięśnione. Gdy mnie przytrzymuje, napina bicepsy. Założę się, że nago wygląda wręcz spektakularnie.
- Puść mnie - rozkazuję. - Przepraszam, że tak wpadłam do twojego pokoju, ale zapewniam cię, że nie stanowię zagrożenia.
- Dlaczego jesteś uzbrojona?
- Jestem ranczerką. I mam licencję na broń.
Przygląda się mojej twarzy, przez chwilę zerka na usta. Choć serce mi przyspiesza w odpowiedzi na ten przeszywający wzrok, staram się wykorzystać chwilę jego rozkojarzenia i próbuję kopnąć go kolanem w krocze. Reaguje bez mrugnięcia okiem - chwyta mnie za nogę, nim ta trafia do celu. W następnej chwili ląduję z hukiem na tyłku. Kości aż mi grzechoczą, gdy się na mnie rzuca. Jest ciężki. Długie nogi unieruchamiają moje ciało, przedramię napiera na tchawicę. Teraz naprawdę nie mogę oddychać.
Usiłuję zrobić wdech i okładam dłońmi jego ramiona, ale on ani drgnie. Patrzy na mnie z drwiną.
- Celowanie w krocze było naprawdę niemiłe - mruczy.
Nie mam jak odpowiedzieć, bo odcina mi dopływ powietrza. Robię kolejny słaby zamach. Boże, jaki on silny. Myślałam, że jestem uzdolnioną wojowniczką. Wujek trenował mnie, odkąd miałam pięć lat. A teraz proszę, leżę na plecach i nie jestem w stanie nic zrobić, bo ten koleś przygniata mnie swoim ciałem.
Nie, to nieprawda. Coś mogę zrobić.
Kolejną ważną rzeczą, jakiej o walce nauczył mnie wujek, jest to, że musisz zdobyć przewagę w każdy możliwy sposób. A w przypadku mężczyzn istnieje jedna niezawodna metoda.
- Nie mogę powiedzieć, żebym tego żałowała - świszczę. - Biorąc pod uwagę rezultat. - Głos mam schrypnięty z braku powietrza.
W jego słychać podejrzliwość:
- Rezultat?
- Siedzisz na mnie. - Uśmiecham się bezwstydnie i dostrzegam przebłysk zainteresowania. - W sumie całkiem niezła pozycja - dodaję i udaje mi się zrobić płytki wdech. - Wcześniej nie byłam zainteresowana, ale teraz...
Kołyszę zachęcająco biodrami.
Sztywnieje i rozchyla wargi. Przez krótką chwilę odpowiada na mój ruch i nieznacznie napiera dolną połową ciała.
A potem zaczyna się śmiać.
- To było niezłe. - Przysuwa usta do mojego ucha, a mnie przyspiesza puls. - Jeśli pozwolę ci wstać, to obiecujesz, że będziesz trzymać ręce i kolana przy sobie?
- A ty? - syczę.
Wciąż się śmieje, ale ze mnie złazi i sięga po mój karabin. Wstaję, z oburzeniem wygładzam koszulkę i patrzę, jak mężczyzna sprawdza numer seryjny na mojej broni. Korzystam z okazji i w końcu rozglądam się po pomieszczeniu, ale nie za bardzo jest na co patrzeć. Pościel jest skotłowana, pewnie po tym, co on i jego "kompanka" wcześniej robili. Nie wiem, czy zazdroszczę dziewczynie, czy - biorąc pod uwagę jego czarującą osobowość - jest mi jej zwyczajnie szkoda.
Na stoliku nocnym leży komunikator, przez oparcie czerwonego fotela, który stoi pod oknem, została przewieszona czarna kurtka, a koło drzwi dostrzegam czarne buty. I to by było na tyle. Nic nie wskazuje na tożsamość nieznajomego. Nie widziałam go na placu, gdzie wszyscy wcześniej świętowali, co jest dziwne. Po co pojawił się w Hamlett, jeśli nie z powodu Dnia Wyzwolenia? Podróżni bardzo rzadko przejeżdżają przez wioskę. Wszystko na zachód od Okręgu Z znajduje się pod wodą, a na wybrzeżu nikt nie mieszka. Za każdym razem, gdy Stowarzyszenie usiłuje coś tam zbudować, nadchodzi kolejne trzęsienie ziemi niszczące całe miasteczko albo wieś.
Znowu patrzę na mężczyznę i próbuję odczytać jego umysł, ale ma niesamowicie silną tarczę. Interesujące. Większość pierwotnych ich nie posiada, a jeśli już je mają, to są zwyczajnie słabe. A to oznacza, że nieznajomy jest zmodyfikowanym, żołnierzem albo pierwotnym, który z jakiegoś tajemniczego powodu opanował umiejętność chronienia swoich myśli.
Trzyma mój karabin w jednej ręce, ale nie celuje we mnie. Po prostu sobie stoi i obserwuje mnie tymi groźnymi niebieskimi oczami.
- Czy możesz w końcu sprawdzić numer seryjny w komunikatorze, żeby potwierdzić, że nie jestem zabójczynią? Chciałabym wrócić do swoich spraw.
- A może po prostu cię zabiję i wrócę do swoich spraw - odpowiada dupek.
- O nie, tak bardzo się ciebie boję. - Kładę ręce na biodrach. - Śmiało. Zastrzel mnie. Tak czy inaczej, moje tortury dobiegną końca.
Przechyla głowę na bok, wciąż uważnie mnie obserwując.
- Jak masz na imię?
Wzdrygam się, gdy ktoś odpowiada za mnie:
- Wren?
A raczej ktoś łazi po korytarzu i na mnie poluje.
- Wren? Jesteś tu jeszcze?
Słyszę, jak żołnierz mija drzwi, aż jego kroki cichną, gdy znika za rogiem.
Nieznajomy zaczyna ze mnie drwić.
- Lepiej zmykaj, Wren. Może dotrzesz do wyjścia, zanim złapie cię twój chłopak.
- To nie mój chłopak, a ja się nigdzie nie ruszę bez swojego karabinu.
Po chwili obraca broń w ręce i wyciąga ją kolbą w moją stronę.
Przewieszam pasek przez ramię i ruszam do drzwi.
- Miło było poznać, dupku - mamroczę, nie oglądając się za siebie.
Jego śmiech łaskocze mnie w plecy.
Korzystam z tego, że na korytarzu jest pusto, i biegnę do schodów, po których schodzę na parter. W tej samej chwili, w której docieram do drzwi, znowu słyszę swoje imię:
- Wren, poczekaj!
Tłumię jęk. Żołnierz jest w połowie schodów.
- Obiecałaś, że nie uciekniesz - mówi, podchodząc do mnie. W jego oczach widzę rozczarowanie.
- Przepraszam. - Wzdycham przesadnie i pospiesznie tworzę przekonujące kłamstwo: - Po prostu nie jestem dobra w pożegnaniach.
Mina mu łagodnieje.
- Poza tym naprawdę muszę już iść. Podczas ostatniej burzy padło jedno z naszych ogrodzeń, a wujek mnie zabije, jeśli nie wstanę o świcie, żeby się tym zająć.
- Muszę cię znowu zobaczyć. Może spróbuję zdobyć w przyszłym miesiącu przepustkę?
- Wiesz, gdzie mnie znaleźć - mówię pogodnie, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że przez bardzo długi czas nie dostanie kolejnej przepustki. A do tej pory o mnie zapomni.
Taką mam przynajmniej nadzieję.
Zawsze istnieje ryzyko, że tak się we mnie zadurzy, że znajdzie sposób na to, by zamienić się na przydziały z innym żołnierzem, a wtedy zostanie przypisany do mojego okręgu. Ale nie sądzę, żebym była aż tak dobra w łóżku.
- Podasz mi swój identyfikator?
Niechętnie udzielam mu odpowiedzi i patrzę, jak wprowadza cyfry do komunikatora. Chwilę później smukłe urządzenie w mojej kieszeni dzwoni cicho.
Uśmiecha się, pokazując dołeczek w policzku.
- To byłem ja.
Wyciągam komunikator i zapisuję identyfikator żołnierza. Nienawidzę tego ustrojstwa. Wszyscy jesteśmy zobowiązani nieustannie je przy sobie nosić, ale ja zaglądam do niego tylko wtedy, gdy Stowarzyszenie przesyła raport. Poza tym prowadzę obowiązkową korespondencję z wujkiem Jimem albo ze swoimi przyjaciółmi. Oczywiście nie jest to nic ważnego - do poważnych rzeczy mamy inne źródła łączności. Żaden rozsądny zmodyfikowany nie wykorzystałby urządzenia Stowarzyszenia, by się kontaktować, skoro każde wypowiedziane i napisane słowo jest rejestrowane, bo pomieszczenie pełne agentów wywiadu śledzi każdą korespondencję. To samo tyczy się Nexusa, naszej sieci online. Bylibyśmy głupi, polegając na którymkolwiek z tych źródeł.
- Odprowadzę cię - mówi żołnierz.
Słyszę głosy dobiegające zza drzwi gospody. Szybką melodię graną przez zespół - nie rozpoznaję tej piosenki. Zakładam, że to jeden z utworów znajdujących się na liście tych zatwierdzonych przez Stowarzyszenie, przygotowanej przez Radę Komunikacyjną. Wszystkie media muszą być przez nich sprawdzone, nim trafią do mieszkańców.
Wychodzimy na plac, gdzie wiatr jest tak samo kojący jak wtedy, gdy znikaliśmy w gospodzie. Aromat grillowanego mięsa i gotowanej kukurydzy unosi się w nocnym powietrzu. Z okazji dzisiejszego święta główny plac cały został rozświetlony. Dookoła jest tłoczno i głośno, a śmiech niesie się ponad muzyką.
Na widok tuzina żołnierzy kręcących się w pobliżu dopada mnie niepewność. Dzień Wyzwolenia to jedyna okazja w roku, gdy wielu z nich może wrócić do swojego okręgu i spotkać się z rodziną oraz przyjaciółmi. Większość wydaje się niegroźna, ale dostrzegam zbyt dużo niebieskich mundurów, by czuć się z tym dobrze.
Wolałabym, żeby wrócili do miasta i zostawili nas w spokoju. Nikt tutaj nie lubi sztucznie się uśmiechać ani udawać miłych. Nawet pierwotni nienawidzą rygoru wprowadzonego przez generała i tego, jak kontroluje każdy aspekt naszego życia. A przynajmniej większość z nich tego nienawidzi. Wszędzie znajdą się zatwardziali lojaliści gotowi zdradzić własną matkę, byle zdobyć choć najmniejsze uznanie tego mężczyzny albo jego pochlebców. Jeden złamas w moim własnym obwodzie dosłownie doniósł na własną matkę, gdy się dowiedział, że jest zmodyfikowaną. Przez niemal dwie dekady skutecznie ukrywała przed nim swoje zdolności, ale wystarczyło jedno malutkie potknięcie, jedna bezmyślna chwila czytania w myślach bez zakrywania rąk, a jej jedyny syn od razu na nią doniósł. Z tego, co usłyszałam, został awansowany i dowodzi własnym oddziałem w Dowództwie.
Chociaż myślę, że to i tak nie jest takie złe jak zmodyfikowani, którzy zwracają się przeciwko swoim - to sympatycy Reddena, służący mu w Sanktuarium, naszej stolicy. Ci zdrajcy wiodą naprawdę dobre życie. Jak widać, lojalność wobec generała popłaca.
Moją uwagę przykuwają radosne krzyki. Odwracam się w kierunku, z którego dobiegają, i uśmiecham się. Kilkaset metrów dalej na trawiastej polanie odbywa się zabawa w berka. Dzieciaki z wioski krzyczą i się śmieją, a w tym czasie ganiająca ich chuda rudowłosa dziewczynka biega za nimi i próbuje kogoś złapać.
- Wren! - woła radosny głos.
W naszą stronę zmierza Tana Archer. Oczy jej błyszczą, policzki ma zaróżowione. Widać, że dorwała się do własnego towaru. Ojciec Tany, Griff, prowadzi jedyny lokal serwujący alkohol koło placu.
- Zastanawiałam się, gdzie zniknęłaś. - Zerka znacząco na mnie i na żołnierza. Choć uśmiecha się do nas szeroko, czuję, że próbuje się ze mną połączyć.
Każdy telepata ma swój znak rozpoznawczy. Gdy byłam mała, wujek opisał to jako esencję, falę energii charakterystyczną tylko dla ciebie. Tego nie da się wyjaśnić słowami, to trzeba po prostu poczuć. A po pierwszym nawiązaniu połączenia automatycznie rozpoznaje się energię osoby proszącej o dostęp do twojej głowy.
- Ktoś tu był zajęty - droczy się ze mną Tana.
Jej głos w mojej głowie zawsze ma niższy tembr niż ten, którym mówi na głos. Kiedyś zapytałam wujka o to, dlaczego głosy telepatyczne brzmią inaczej od tych słyszalnych.
- Czy słuchałaś kiedykolwiek nagrania swojego głosu i pomyślałaś wtedy: "Ja tak nie brzmię"? - odpowiedział. - To dlatego, że dla siebie brzmisz zupełnie inaczej. Gdy komunikujemy się telepatycznie, słyszę twój głos tak, jak ty go słyszysz. A gdy mówisz głośno, słyszę cię tak, jak ja ciebie słyszę. - Gdy tak to wyjaśnił, nabrało to dziwnego sensu.
- Laska, musisz przestać posuwać żołnierzy.
- Ej, ale oni tylko do tego się nadają - odpowiadam Tanie, a ona odwraca głowę, by ukryć uśmiech.
Wiem, że jej żyły mienią się pod długimi rękawami bluzki, schowane przed wścibskimi oczami. Przez to, jak ciemną ma skórę, są one jeszcze bardziej widoczne, gdy zaczynają emanować blaskiem, niż w przypadku zmodyfikowanych o jaśniejszej skórze.
Z kolei ja stoję w koszulce bez rękawów i nie mam się czym przejmować. To kolejna rzecz, o którą ciągle zamęczałam wujka, bo bardzo mi to mąciło w głowie, gdy patrzyłam na przebłysk srebra pod jego skórą podczas korzystania z daru telepatii. Dlaczego moje żyły pozostawały normalne? Byłam irytującym dzieckiem, wiecznie zasypywałam go pytaniami. Wtedy nie był w stanie udzielić mi satysfakcjonującej odpowiedzi.
- Minęło ponad sto lat i wciąż jest bardzo dużo rzeczy na nasz temat, których nikt nie rozumie.
Tak to właśnie wygląda ze zmodyfikowanymi - nie ma jednej niezawodnej formuły. Tak, większość to dosłowna definicja srebrnokrwistych, których żyły mienią się srebrem, gdy korzystają z mocy. Ale ci występujący rzadziej, tacy jak ja, nie mieszczą się w tej definicji. Bez względu na powód pojawiania się anomalii nie mogę zaprzeczyć, że dzięki temu jestem... cóż, nie chciałabym być zarozumiała, ale...
Dzięki temu jestem bardzo cenna.
Osoba zmodyfikowana, która może korzystać z mocy, nie zdradzając tego wrogom, to cenny nabytek dla Rebelii.
Jednak gdy sieć próbowała mnie po raz pierwszy zrekrutować, wujek stanowczo odmówił. Pozostawał nieugięty. "Wren nie zaryzykuje swojego życia. Koniec, kropka". Gdy osiągnęłam wiek nastoletni, trudniej było mu mnie powstrzymać. Jestem uparta. Kocham wujka Jima ponad życie, ale jestem niezależną osobą.
W pierwszych misjach wzięłam udział jako szesnastolatka. Zdobywanie zasobów. Dostawy. Ukrywanie na farmie zmodyfikowanych, których wyciągano z miasta albo kopalń. Krew aż we mnie wrze na myśl o tym, ilu z nas wciąż pozostaje więźniami w obozach pracy rozsianych po okręgach.
- Nie wracasz jeszcze, prawda? - mówi Tana. - Prawie cię dzisiaj nie widziałam. Nie możesz jeszcze iść!
Mój żołnierz się uśmiecha.
- To samo jej powtarzam.
- Muszę iść - odpowiadam ze wzruszeniem ramion. - Znasz mojego wujka. Pewnie już kręci się po ganku i na mnie czeka.
Jak na zawołanie czuję w umyśle mocne dźgnięcie. Znak rozpoznawczy Jima. Prosi o połączenie, a ja otwieram ścieżkę.
- Późno już. Wracaj do domu - burczy.
Powstrzymuję się od przewrócenia oczami.
- Niedługo będę.
- Zostaniesz na jeden taniec? - prosi Tana.
- Naprawdę nie mogę.
Mówiąc szczerze, zostałabym jeszcze i spędziła trochę czasu z Taną, gdyby nie żołnierz, który się do mnie przyczepił. Ech, jak ma na imię? Chyba Max. A może Mark?
Biorąc pod uwagę to, co wcześniej robiliśmy, czuję się źle na myśl o zapytaniu, dlatego dotykam jego ramienia.
- Okej, eee... skarbie... było fajnie, ale teraz naprawdę muszę już iść.
Tana wygląda, jakby znowu miała wybuchnąć śmiechem.
- Skarbie?
- Zamknij się. Nie pamiętam jego imienia. Max czy Mark?
- Ma na imię Jordan!
Och. Nawet nie byłam blisko.
- Mam ważniejsze pytanie. Co to za cudowny złamas nocuje w gospodzie? - Serce wciąż bije mi szybciej po tym intensywnym spotkaniu.
- Nic nie wiem o żadnym cudownym złamasie. Nie widziałam dzisiaj innych żołnierzy wynajmujących pokoje. A może go widziałam, tylko zapomniałam? To żołnierz?
- Nie mam pojęcia. Ale zaufaj mi, z pewnością zapamiętałabyś jego twarz.
To naprawdę wyjątkowa twarz. I totalnie się marnuje na takim kutafonie.
- Ech. Jeśli ma mnie zachwycić jakaś twarz, to musi należeć do cudownej kobiety, w przeciwnym razie pozostaję kompletnie nieświadoma.
- Mogę odprowadzić cię do domu? - Jordan przerywa naszą telepatyczną konwersację i patrzy na mnie z nadzieją w oczach.
- Nie ma takiej potrzeby. Przyjechałam motocyklem.
Tana oddala się nieznacznie, by dać nam chwilę prywatności, której Jordan widocznie pragnie.
Ujmuje moją twarz w dłonie.
- Taka uparta - karci mnie żartobliwie. - To chociaż daj mi buzi na pożegnanie. - Kciukiem głaszcze mnie po szczęce i zaczyna pochylać się w moją stronę.
Pozwalam, by mnie pocałował, mimo narastającego w piersi zniecierpliwienia.
Odrywamy się od siebie na dźwięk dziecięcych wrzasków.
Chwilę później na placu panuje chaos. Podbiega do nas Tana.
- Co jest, kurwa? - mówię, gdy we trójkę pędzimy w stronę źródła zamieszania.
W ciemności udaje mi się dostrzec, że na ziemi leży dziecko, ale poza tym widzę jedynie gorączkowo wymachujące ręce i nogi. Grupa dzieciaków biegnie przez polanę, wołając o pomoc.
- To ten cholerny biały kojot! - klnie Tana. - Od tygodnia kręcił się po lesie na obrzeżach.
Cholera. Ten sam rodzaj hybrydy wilka i kojota sprawiał problemy w okolicy rancza. Dwa dni temu znalazłam na południowym pastwisku martwą jałówkę. Nie mam pojęcia, jak ta zmutowana bestia przedostała się przez ogrodzenie.
- Złapał go! - wrzeszczy mała dziewczynka, a dorośli zbierają się na skraju trawy.
Powietrze przeszywa kolejny krzyk, pełen przerażenia i bólu. Serce podchodzi mi do gardła, puls przyspiesza. Na drugim końcu polany leży chłopiec, którego atakuje biały kojot. To zwierzę jest ogromne.
- Robbie! - wrzeszczy kobieta. To Rachel, nauczycielka w szkółce. Co oznacza, że znajdujący się w niebezpieczeństwie chłopiec jest jej ośmioletnim synem.
Jest za ciemno, by dostrzec to pod tym kątem, ale nie wygląda, jakby zwierzę zacisnęło zęby na jego szyi. Wydaje mi się, że gryzie ramię chłopca... Jasna cholera, zaczyna go wlec po ziemi.
Nie waham się i sięgam po karabin.
- Wren!
Mimo głośnego protestu Tany robię kilka kroków do przodu, tak by lepiej widzieć Robbiego i białego kojota. Przez polanę biegnie kilku mężczyzn. Są w połowie drogi do chłopca, ale ten będzie martwy, nim dobiegną.
- Nie! Powstrzymaj ją! - krzyczy spanikowana Rachel.
Celuję, opierając karabin o ramię.
- Przestań, Wren! Trafisz moje maleństwo!
Ignoruję ją i oddaję strzał.
Mam złe przeczucia na widok zbliżającego się do mnie wysokiego brodatego mężczyzny. Inspektor Fletcher jako pierwszy dotarł do chłopca, gdy zastrzeliłam drapieżnika. Kilku mężczyzn dobiegło zaraz za nim, a jeden tuli teraz syna Rachel.
- Daj mi go! - Matka rzuca się w stronę grupy i wyciąga ręce po chłopca, którego ubrania całe są przesiąknięte krwią. - Gdzie Betta? Niech ktoś pójdzie po Bettę! - Po policzkach Rachel płyną łzy.
- Nina poszła ją obudzić - zapewnia ją Elsie, jej siostra. - Już dobrze, skarbie. Weź głęboki wdech. Betta mu pomoże.
Betta to nasza lekarka. Rachel ma ogromne szczęście, że osoba z przeszkoleniem medycznym mieszka tak blisko, bo nie w każdej wiosce znajduje się ktoś taki. Mieszkańcy pobliskich wiosek muszą przyjeżdżać do Hamlett, jeśli wymagają pomocy lekarskiej.
Obie z Taną przepychamy się przez tłum, by spojrzeć na szlochającego chłopca. To, że jest przytomny i czuje ból, który wywołuje płacz, stanowi dobry znak. Mimo dużej ilości krwi wygląda na to, że obrażenia ograniczają się do lewego ramienia. Tana się krzywi, gdy dostrzega poszarpane ślady zębów i płat skóry zwisający z wielkiej rany.
- Nic mu nie będzie? - pyta pospiesznie.
Elsie przyciska kawałek materiału do ramienia chłopca.
- Krwawienie zaczyna zwalniać. Ale będzie potrzebował wielu szwów.
Gdy Rachel mnie widzi, znowu zaczyna płakać.
- Wren, uratowałaś go. Dziękuję.
Dotykam jej ramienia, a potem delikatnie głaszczę Robbiego po czarnych loczkach.
- Cieszę się, że nic mu nie jest.
Cała grupa rusza pospiesznie w stronę pasażu parterowych i jednopiętrowych budynków, które znajdują się po północnej stronie głównego placu. Mieszkańcy Hamlett mają tu wszystko, czego potrzebują. Sklepy z jedzeniem, pub, szkółkę, salę taneczną, klinikę medyczną. Całe nasze życie zamyka się w kilkunastu kilometrach kwadratowych. To, czego nie mamy, to politycy albo policja, o których uczyliśmy się w szkole. W przeciwieństwie do poprzednich pokoleń nasze wioski oraz miasta są zarządzane przez żołnierzy i inspektorów. Inspektorzy odpowiadają przed przewodniczącymi okręgów, ci z kolei podlegają generałowi Merrickowi Reddenowi, naszemu łaskawemu przywódcy. Stowarzyszenie Reddena to bardzo skuteczna maszyna wojskowa. Nie potrzebuje polityki ani zbędnych stanowisk.
Inspektor Hamlett nie rusza się z miejsca i patrzy na mnie spod uniesionych brwi.
- Twoja kula trafiła prosto w oko - zauważa. - Nieźle.
Wzruszam ramionami. Jestem bardzo świadoma tego, że Jordan mnie obserwuje.
- Nie zbywaj tego wzruszeniem ramion - mówi Fletcher. - Ocaliłaś tego chłopca, Wren.
Powstrzymuję się przed ponownym uniesieniem ramion.
- Co mogę powiedzieć, mam spore doświadczenie z drapieżnikami, które próbują mi się dobrać do bydła. Zadziałałam instynktownie.
- W takim razie masz świetny instynkt. Powiedz wujkowi, że jego nauka się opłaciła.
Nie zamierzam mu nic takiego mówić. Jim byłby przerażony, gdyby się dowiedział, że użyłam broni w wiosce, nawet jeśli chodziło o ratowanie dziecku życia.
Nagle czuję palącą potrzebę, by stąd zwiać. Nogi niosą mnie w stronę motocykla, zanim jestem w stanie pożegnać się z Fletcherem. Tana i Jordan idą za mną, choć tego drugiego wolałabym się pozbyć. Kurwa. Naprawdę muszę się stąd zmywać.
- Wszystko okej? - pyta Tana, chwytając mnie za ramię.
- Nic mi nie jest. Ale naprawdę muszę wracać do domu. - Ściskam jej dłoń i wznawiam marsz przez zakurzony plac. - Odwiedź nas w tym tygodniu. Przejedziemy się.
- Musisz mnie zostawić, Tana. W przeciwnym razie on się nie odczepi.
- Przepraszam. Porozmawiamy później.
- Pewnie, brzmi fajnie - mówi, po czym się oddala.
Jordan depcze mi po piętach. Gdy docieramy do mojego starego i zakurzonego motocykla, w oczach żołnierza znowu widzę blask.
- Nigdy wcześniej nie widziałem tak dobrego strzelca - mówi z zachwytem.
- Tak jak powiedziałam, nabrałam doświadczenia podczas pracy na ranczu.
- Wren - mówi stanowczo - trafiłaś go w oko. Z jakichś dziewięćdziesięciu metrów. Cel był ruchomy. W dodatku zasłaniało ci go dziecko. Mogłaś przez przypadek odstrzelić mu głowę.
Aż się jeżę w reakcji na jego obraźliwe słowa. Odstrzeliłabym mu głowę?! Nie było takiej opcji. Założę się, że strzelam lepiej od każdego członka oddziału Jordana. Nie należy nawet do Bloku Srebrnego, do którego trafiają elitarni żołnierze. Chyba wspominał coś o tym, że służy w Miedzianym. A z ludźmi z Miedzianego mogłabym rywalizować z zamkniętymi oczami. Przechodzi mi przez myśl, żeby zmierzyć się z nim w strzelaniu...
Nie, włącza mi się zdrowy rozsądek. Nie zrobisz tego.
Wujek od małego wtłaczał mi jedną kluczową zasadę: nigdy nie zwracaj na siebie uwagi.
A ja jak ostatnia idiotka właśnie to zrobiłam.
Cholera.
Nie powinnam była strzelać.
- Bardzo bym chciał przyjechać na ranczo i postrzelać z tobą do celu. Nie chcę się przechwalać, ale też całkiem nieźle sobie radzę z karabinem. Dobrze byśmy się bawili.
- Och, mój wujek nie pozwala na przyjmowanie gości - mówię, ale od razu się krzywię, bo zaraz sobie przypominam, że właśnie zaprosiłam Tanę. Staram się wygładzić to kłamstwo i dodaję: - Tana to jedyna osoba, którą toleruje. Pewnie dlatego, że to moja przyjaciółka z dzieciństwa. Jest dla niego jak druga siostrzenica.
- No, może pewnego dnia nam się uda. - Jordan znowu kręci głową. - To był naprawdę świetny strzał.
Chcę odwrócić jego uwagę od swoich wybornych umiejętności strzeleckich, dlatego staję na palcach i całuję go w usta.
Odsuwa się z zaskoczeniem i uśmiecha.
- A to z jakiej okazji?
- Z żadnej. Naprawdę dobrze się dzisiaj bawiłam. - Robię krok w tył. - Dobranoc, Jordan.
Sięgam po leżący na motocyklu czarny kask i wciągam go na głowę, po czym zapinam pasek pod brodą, unikając kontaktu wzrokowego z żołnierzem. Chwilę później silnik pojazdu budzi się z rykiem. Ruszam szybko, wciąż czując na sobie spojrzenie Jordana.
Naprawdę muszę przestać sypiać z żołnierzami. Następnym razem, gdy najdzie mnie... ochota... będę musiała szukać gdzieś indziej. W wiosce mieszka kilku wolnych facetów, ale Tana twierdzi, że interesuje ich coś poważniejszego. A ja nie chcę niczego poważnego. Mam tylko dwadzieścia lat i na pewno nie jestem gotowa na to, by oddać się drugiej osobie. Związki innych sprawiają wrażenie duszących i widziałam zbyt wiele kobiet, które spełniają wszystkie męskie zachcianki.
Ja się nie uginam.
Docieram do wybrukowanej drogi na końcu wioski, gdzie w ciemności błyszczy niebieski metalowy znak. Białymi literami zapisano na nim nazwę naszego okręgu, wioski i liczbę mieszkańców. Tablica jest aktualizowana raz do roku, ale populacja Hamlett nie zwiększyła się szczególnie przez ostatnie lata. Co podoba się Reddenowi. Generał twierdzi, że przed ostatnią wojną przeludnienie było poważnym problemem. Gdyby ludzie nie walczyli o kurczące się zasoby, nigdy nie znaleźlibyśmy się w tak straszliwej sytuacji, że aż doszło do globalnego konfliktu, w którego wyniku zniszczonych zostało wszystkie siedem kontynentów - cztery z nich albo zrównano z ziemią, albo zalała je woda.
Chciwość. Wszystko zawsze sprowadza się do chciwości.
Czuję w głowie łaskotanie oznaczające prośbę o otworzenie ścieżki i uśmiecham się do siebie, bo rozpoznaję tę energię. Akceptuję połączenie, a mój umysł wypełnia głęboki głos:
- Wciąż poza domem?
- Nie. Właśnie wracam - odpowiadam szybko.
- W mordę. Już złamałaś mu serce? Szybko działasz.
- Och, zamknij się. Tak jakbyś sam każdej nocy nie łamał serc.
- Żyję w celibacie.
- Ha!
- Ciągle się ze mnie śmiejesz. Przestań.
- To przestań mówić tak absurdalne rzeczy.
Ale to nie jest w stylu Wilka. On nie ma filtra, nigdy go nie miał. W dodatku jest bezwstydnym flirciarzem, choć flirtowanie zaczęło się dopiero, gdy weszliśmy w wiek nastoletni. Jednego dnia byliśmy dziećmi gadającymi o dziecięcych sprawach. Następnego omawialiśmy swoje życie miłosne. Trochę niepokojące, biorąc pod uwagę, że nigdy się nie spotkaliśmy.
Połączyłam się z Wilkiem, gdy miałam sześć lat, i wciąż pamiętam ekscytację, którą poczułam, gdy po raz pierwszy usłyszałam jego głos. Był ciepły letni poranek. Bawiłam się na polanie przed małym domem, który zbudował dla nas wujek Jim. Na terenie Czarnoziemów znajdują się tak zwane wysepki, gdzie dociera słońce, nawet jeśli jest to tylko kilka wąskich promieni, a nasza trawiasta polanka była właśnie takim rajem. Każdego dnia mogliśmy cieszyć się pięcioma, a nawet sześcioma godzinami nieprzerwanego słońca, nim mgła się przesunęła i okryła nas nieprzeniknioną ciemnością. Tamtego ranka pobiegłam do Jima, trzęsąc się z ekscytacji.
- Wujku! - krzyknęłam. - Mam przyjaciela.
Jim zareagował podejrzliwością, co było do przewidzenia. Nie wiem, dlaczego spodziewałam się czegoś innego.
- Jakiego znowu przyjaciela? - zapytał ostro, patrząc na mnie znad belki, którą szlifował. Tamtego roku zaczął budowę przejść, by przerzucić je przez czarne ruchome piaski, co miało nam ułatwić poruszanie się w trakcie polowań. Uwielbiałam tańczyć na tych belkach podczas naszych wypadów.
Zamiast podzielać moją radość, gdy powiedziałam mu o chłopcu, który otworzył ścieżkę do mojego umysłu i się przywitał, Jim chwycił mnie za przód swetra, ściskając w garści szorstką wełnę. Później, gdy byłam starsza, przyznał, że bardzo się wtedy przeraził i od zawsze się bał, że coś takiego się wydarzy. Spontaniczne połączenie to powszechność wśród dzieci posługujących się telepatią. Tylko że dzieci, zwłaszcza młodsze, nie mają kontroli nad swoimi darami. Jednak tamtego ranka na polanie wyglądał na wściekłego, a nie przestraszonego. Rozkazał mi nigdy więcej nie rozmawiać z głosem w mojej głowie.
Gdy to sobie przypominam, czuję znajome ukłucie poczucia winy. Obiecałam, że zamknę połączenie z ciekawym starszym ode mnie o kilka lat chłopcem. Rzecz w tym, że gdy dorasta się w świecie ciemności, a twoim jedynym towarzyszem jest ponury opiekun i nie masz styczności z równolatkami, to z radością wita się dziecko, z którym można się bawić, nawet jeśli to zabawa w twojej głowie.
To nie tak, że kompletnie zignorowałam rozkaz wujka Jima. Gdy chłopiec znowu się ze mną skontaktował, wpuściłam go do swojej głowy z poczuciem winy i stanowczo oznajmiłam, że nie mogę zdradzić swojego imienia, bo mi zabroniono. Powiedział, że to głupie. Ale świetnie się bawiliśmy, wymyślając pseudonimy. Ja wybrałam Stokrotkę, bo był to mój ulubiony kwiat. On zdecydował się na Wilka, swoje ulubione zwierzę.
Wiem, że powinnam była wypchnąć chłopca ze swojej głowy - dosłownie - ale doskwierała mi samotność. Byliśmy tylko Jim i ja, żyliśmy w miejscu, gdzie słońce docierało przez sześć godzin, a wiele przerażających stworzeń próbowało nas zabić. Potrzebowałam Wilka. Lubiłam jego towarzystwo. Wciąż je lubię, nawet gdy ze mnie drwi, że łamię serca.
- Poważnie - mówi. - Jak ci minęła noc? Muszę żyć twoim życiem. U mnie posucha trwa kilka miesięcy.
Zaskakuje mnie tym. Wnioskując po jego dumnych przechwałkach, ma powodzenie wśród kobiet.
- A to czemu?
- Byłem zajęty.
- To dlatego się ostatnio nie odzywałeś.
Nie kontaktował się od kilku tygodni, aż nawiązał ze mną połączenie kilka godzin temu.
Nie pytam go, z jakiego powodu nie miał czasu, tak jak on nie zadaje szczegółowych pytań. Gdy jest się zmodyfikowanym, to standardowa procedura. Nie istnieje coś takiego jak pełne zaufanie. Nawet Jim, który zaryzykował życie dla mnie i moich rodziców, teoretycznie jedyna osoba, której powinnam ufać, nie może liczyć na pełną otwartość z mojej strony. W przeciwnym razie wiedziałby o Wilku.
- Odpowiadając na twoje pytanie: dobrze się bawiłam. Ale na koniec zrobił się strasznie nachalny. Błagał, żebyśmy znowu się spotkali. Jednak chyba nie mogę go winić. Jestem wyjątkowa.
Wybucha śmiechem.
- Arogancka małpa.
Ja też się śmieję, ale rozbawienie słabnie, gdy myślę o szczerym pragnieniu Jordana, by znowu się ze mną spotkać.
- Przeszkadza ci to czasem? - pytam Wilka.
- Co takiego?
- Okłamywanie pierwotnych. Tych, z którymi sypiasz. Przyjaciół ze szkoły. Współpracowników. Wiesz, tych dobrych. Czy czujesz się źle z tym, że ich wszystkich okłamujesz?
Przez chwilę panuje cisza.
- Czasami - przyznaje. - Ale zdecydowanie wolę sporadyczne ukłucie poczucia winy niż alternatywę. A raczej alternatywy, w liczbie mnogiej. Nigdy nie wiesz, jak pierwotny zareaguje na to, że osoba, z którą sypia, kolega z klasy albo współpracownik jest srebrnokrwistym.
Tu ma rację. W najlepszym razie pierwotny będzie przerażony, ale zgodzi się zachować twoją tożsamość w tajemnicy. A najbardziej możliwy scenariusz? Doniesie na ciebie, pojawi się na twojej egzekucji i będzie wiwatować, gdy strzelcy pociągną za spust.
- O co chodzi, Stokrotko? Masz wyrzuty sumienia, że okłamałaś swojego dzisiejszego żołnierza?
- Nie do końca. Czuję się... zniechęcona tym, że on nigdy się nie dowie, kim jestem. Nie ma pojęcia, że spędził noc z kobietą, której nigdy nie będzie w stanie naprawdę poznać. Czasami chciałabym, żeby ludzie mogli mnie poznać.
- Ja cię znam. - Jego chrapliwy głos wybrzmiewa w mojej głowie. - Czy to się liczy?
Czuję ukłucie w sercu, a gardło mi się zaciska z powodu nagłego przypływu emocji.
- Tak, oczywiście, że tak. - Przełykam ślinę i pospiesznie szukam tematu, którym mogłabym rozluźnić atmosferę. - Muszę kończyć. Staram się skupić na jeździe. Nie mogę używać telepatii podczas jazdy, wiesz?
- To nie jest oficjalne prawo.
- Gdyby Redden dopiął swego, to by było.
Nie, gdyby nasz szanowany lider zrealizował swój cel, telepatia byłaby wyjęta spod prawa, bo wszyscy byśmy nie żyli. Dwadzieścia pięć lat temu prawie dopiął swego i wyrżnął nasz gatunek podczas pogromu srebrnokrwistych, a było to, zanim przejął Kontynent. Jego ludzie wywlekli dziesiątki tysięcy zmodyfikowanych z domów, by wykonać egzekucję. Aż tak nas nienawidzi.
Smutne jest to, że przewrót by mu się nie udał, gdyby nie miał całej hordy popleczników zgadzających się z nim, że jesteśmy wynaturzeniem. Że jesteśmy aberracją, a nasze dary są sprzeczne z naturą, mimo że to, co potrafię robić ze swoim umysłem, jest dla mnie tak samo naturalne jak oddychanie.
Zwalniam, gdy docieram do długiego podjazdu prowadzącego do naszego domu. Chwilę później dostrzegam ranczo, stary dwupoziomowy dom i budynki rozproszone na tak wielkim kawałku ziemi, że jest jej dla naszej dwójki zdecydowanie za dużo. Ale dwieście sztuk bydła zdecydowanie go potrzebuje.
Wujek miał znajomości, więc gdy powróciliśmy z Czarnoziemów, udało mu się znaleźć dla nas bardzo dobre miejsce do zamieszkania, w dodatku w okręgu zaopatrzeniowym. Rebelia zawsze dobrze traktowała Jima, którego buntownicze wysiłki jako Juliana Asha były zarówno owocne, jak i liczne. Niestety te same wysiłki ściągnęły na niego zainteresowanie Dowództwa. Jim już do końca życia będzie ścigany.
Teraz, w nieprzeniknionej ciemności, w której tylko nikły blask lampy słonecznej na ganku wskazuje mi drogę do domu, przypominam sobie Czarnoziemy. Wieczna noc. To naprawdę posrane, ale czasami za tym tęsknię. Wtedy było łatwiej.
Trzy lata walki o przetrwanie... łatwizna! Moja podświadomość się ze mnie śmieje.
Okej, dobra. To był trudny czas. Nie wspominając o ciągłym wyczerpaniu, bo nawet na chwilę nie mogliśmy tracić czujności. Raz spadłam z belki przygotowanej przez wujka Jima i wylądowałam w czarnych piaskach. Wtedy do mnie dotarło, jak szybko bym utonęła, gdybym była sama, a Jim by mnie nie wyciągnął. To miejsce było naprawdę przerażające dla małej dziewczynki.
- Gdzieś ty była tak długo? - pyta wujek, gdy wchodzę do domu.
Siedzi w wytartym skórzanym fotelu i popija swoją syntetyczną whiskey. Zawsze narzeka, że syntetyczny alkohol nie może się równać temu prawdziwemu. Nigdy nie miałam okazji posmakować prawdziwego trunku, więc nie mogę go oceniać.
- Nie musiałeś czekać.
- Nie muszę robić nic, na co nie mam ochoty. - Jego ciemnobrązowe oczy śledzą każdy mój ruch, gdy zostawiam karabin na wieszaku przy drzwiach. - Jak obchody?
Waham się, bo nie wiem, ile mu powiedzieć. Ostatecznie decyduję się na prawdę, bo oboje doskonale wiemy, że jeśli spróbuję skłamać, to i tak mnie przejrzy.
- Tylko się nie złość - zaczynam.
- Do kurwy nędzy, Wren - warczy.
- Powiedziałam, żebyś się nie złościł. - Podchodzę bliżej i krzyżuję ręce na piersi. - Obiecuję, że to nic wielkiego. I myślę, że się ze mną zgodzisz, że dobrze zrobiłam, interweniując. Gdybym tego nie zrobiła, Robbie by zginął.
- A kim, do cholery, jest Robbie?
Zgadza się, Jim nigdy nie próbował nawiązać znajomości z mieszkańcami Hamlett. Jest odludkiem. I w sumie to kutasem. Wszyscy dookoła znają go jako aspołecznego złamasa, który wyłania się kilka razy w miesiącu, żeby kogoś zaliczyć albo kupić whiskey ze sklepu pana Paula. Czasami, gdy czuje się wyjątkowo towarzysko, zamawia sobie piwo i coś do jedzenia w pubie. Ale jak już tam jest, nie poświęca czasu na wymianę uprzejmości. Mimo jego nazwiska od Jima Darlingtona prędzej doczekasz się soczystego "spierdalaj" niż "dzień dobry". Podejrzewam, że ktoś z Rebelii celowo wrzucił słowo "kochany" do jego nowej tożsamości, żeby mu dopiec.
Ale jest lojalny. Przynajmniej wobec mnie. Wobec przyjaciół z Rebelii. Jeśli cię kocha i darzy zaufaniem, nie ma takiej rzeczy, której by nie zrobił, żeby cię ochronić. Dosłownie. Przecież zabrał mnie na cholerne Czarnoziemy, by zadbać o moje bezpieczeństwo.
Jeśli jednak cię nie kocha albo ci nie ufa... cóż... Lepiej trzymać się z daleka, bo ten facet jest gorszy od rosnącego za domem kaktusa.
- Robbie to syn Rachel Solway i prawie został zagryziony przez białego kojota. Tego samego, który męczył nasze bydło.
- Cholera, hybrydy są utrapieniem.
- Cóż, to utrapienie było głodne. Przyszło nieproszone. Więc je zabiłam. - Milczę przez chwilę, gdy Jim mruży oczy. Za dobrze mnie zna. - To był naprawdę imponujący strzał.
Marszczy czoło.
- Jak imponujący?
- Inspektor to skomentował. Powiedział, że świetnie mnie nauczyłeś.
- Wren. - Wypowiada moje imię jak obelgę.
- Przepraszam! Co, myślisz, że powinnam była dać dzieciakowi umrzeć?
- Tak.
- Tak jak ty pozwoliłeś umrzeć mnie? - rzucam wyzywająco.
- Obiecałem twoim rodzicom, że do tego nie dopuszczę. To zupełnie inna sytuacja.
- A może ja obiecałam Rachel, że ochronię jej syna. Cóż, była to obietnica złożona trzy sekundy po tym, jak pojawiła się hybryda, ale i tak jej dotrzymałam.
- Nie chcę, żebyś zwraca...
- ... zwracała na siebie uwagę - kończę burkliwie pod nosem. - Tak, wiem. Rozumiem. Ale jestem dorosła i potrafię się o siebie zatroszczyć. Może o tym zapomniałeś, ale pracuję dla sieci.
Śmieje się cynicznie.
- Nie pracujesz dla niej. Uczestniczyłaś w kilku małych operacjach. A to nic nie znaczy.
Otwieram usta z oburzeniem, ale nie daje mi dojść do słowa.
- Nigdy nie brałaś udziału w walce. Nigdy nie musiałaś przetrwać w mieście.
- Przeżyłam gorsze rzeczy - protestuję.
- Wcale nie. Tam znajduje się gniazdo żmij. W Sanktuarium nie możesz stracić czujności. Nigdy.
- Mam przewagę - przypominam mu, starając się nie brzmieć zbyt zarozumiale, gdy wyciągam nagie ramiona. Przerzucam się na komunikację telepatyczną. - Widzisz? W moich żyłach nic się nie dzieje. Mogę pracować w mieście i nie zostać wykryta.
- Jasne, dzieciaku. Aż przypadkowo kogoś nakłonisz. A wtedy jak się z tego wygrzebiesz, hę?
Na samo przypomnienie sięgam do biodra i je pocieram. Odruchowa reakcja. Nie umyka mi to, że poparzenie istnieje przede wszystkim z powodu tego mężczyzny. Mojego opiekuna. Osoby, która ma mnie chronić.
To naprawdę bolało. Wciąż pamiętam zapach palonego ciała. Stało się to dla mojego dobra - teraz to rozumiem - co nie oznacza, że nie żywię do niego krzty nienawiści za to, że zrobił mi coś takiego.
- Przestań dramatyzować. Od lat nie nakłaniałam - mamroczę.
Mimo to się nie myli. Gdy do tego dochodzi, często dzieje się to niespodziewanie. Przez wiele lat trenowaliśmy, żeby nad tym panować, ale bezskutecznie. Bo ja nawet nie wiem, w jaki sposób nakłaniam. Gdy pierwszy raz nakłoniłam Jima, miałam siedem lat. A już wtedy pracowaliśmy na naszej polanie wiele godzin, dni, miesięcy. Każdego ranka siadaliśmy naprzeciwko siebie, koło Jima leżał na trawie nóż. Wujek kazał mi otworzyć ścieżkę, wedrzeć się do jego umysłu i rozkazać podnieść ostrze. Podnieść je i skaleczyć się w dłoń.
- Powiesz to jeszcze raz, Wren - rozkazał tamtego ranka.
Więc to zrobiłam. Raz za razem, bez przerwy. Podnieś nóż, podnieś nóż, podnieś nóż. Ale jego ręka ani drgnęła.
Wkrótce zaczęłam narzekać.
- Nie chcę już tego robić. Proszę.
- Nie masz wyboru. Musisz się nauczyć kontrolować tę moc.
- Ale dlaczego?
- Bo jeśli się dowiedzą, że ją posiadasz, to cię zabiją. - Jim nigdy nie przebierał w słowach, nawet przy małych, przerażonych dziewczynkach. - Spróbuj powiedzieć to na głos - poradził. - Słyszałem, że to czasami pomaga.
Posłusznie użyłam swojego głosu.
- Podnieś nóż, podnieś nóż, podnieś nóż...
I tak w kółko. Poczułam taką frustrację i złość bezcelowym trenowaniem, mój mózg buczał coraz głośniej i głośniej, aż poczułam przepływającą przeze mnie falę energii i...
Jim podniósł nóż, którym naciął sobie wnętrze dłoni. Tak się przeraziłam, że pobiegłam do naszej chatki i nie wychodziłam z niej przez wiele godzin.
- Wciąż planujesz jechać w tym tygodniu do Okręgu T? - pytam, zmieniając temat. Mam dość wykładów. Jim poucza mnie przynajmniej raz dziennie, a dzisiejszy przydział zrealizowaliśmy rano, gdy zganił mnie za to, że zapomniałam wynieść gnój z boksu Kelley.
- Prawdopodobnie pojutrze. Daj znać, czy mam coś stamtąd przywieźć.
- Tak zrobię, dzięki. I nie waż się wyjeżdżać bez pożegnania.
- Nie śmiałbym - odpowiada burkliwie, a moja irytacja wywołana jego pouczeniami od razu znika.
Gdy miałam dziesięć lat, zniknął na tydzień, bo pojechał na misję z Rebelią. Po prostu zabrał rzeczy i wyszedł bez słowa. Przysłał tatę Tany, żeby ze mną został, a gdy wrócił kilka dni później, nie miał zielonego pojęcia, dlaczego jestem na niego zła. Po tym, jak przez cały dzień znosił moje milczenie, obiecał, że nigdy więcej nie wyjedzie, uprzednio się ze mną nie żegnając.
Jim to oschły mężczyzna, ale wiem, że mnie kocha. Założę się, że nie tak wyobrażał sobie swoje życie. Piętnaście lat temu był trzydziestoletnim pułkownikiem Dowództwa, a chwilę później stał się ściganym dezerterem odpowiedzialnym za pięciolatkę, której życie mu powierzono. Zmuszono go, by zostawił za sobą wszystko. Karierę, dom, przyjaciół. Ale to zrobił. Dla moich rodziców. Dla mnie.
- W porządku. Idę spać. - Wstaje z fotela. - Dobranoc, ptaszyno.
To czułe słówko sprawia, że się uśmiecham.
- Dobranoc.
Idę do swojego pokoju, myję się i kładę do łóżka. Zasypiając, nie myślę o żołnierzu, z którym spędziłam wieczór, lecz o seksownym, wrednym nieznajomym z gospody.
*
O świcie idę do stajni, gdzie siodłam swoją klacz rasy appaloosa. Mogłabym wziąć wóz - byłoby szybciej - ale lubię spędzać czas z Kelley.
- Cześć, śliczna - mówię z czułością, głaszcząc ją po plamistym grzbiecie. Ma najpiękniejszą ciemnobrązowo-białą maść, a w jej wielkich oczach widzę swoją uśmiechniętą twarz. - Gotowa na naprawę ogrodzenia?
Kelley rży cicho. Uznaję to za potaknięcie i na nią wsiadam, skórzane wodze trzymam luźno i wyprowadzam ją ze stajni na drogę.
Najgorsze w prowadzeniu rancza są wszystkie żmudne zadania. Choć bardzo bym tego chciała, nie mogę spędzać całych dni na jeździe na Kelley i pływaniu w strumieniu. Jestem zbyt zajęta karmieniem zwierząt, czyszczeniem boksów, napełnianiem koryt wodą. A to są te fajne zadania. Naprawianie ogrodzenia to najmniej lubiana przeze mnie rzecz, a zarazem jedna z najważniejszych. Bo ogrodzenia sprawiają, że bydło zostaje w środku, a drapieżniki na zewnątrz.
Jedziemy z Kelly na północne pastwisko, tam z niej zsiadam i namierzam zepsutą część ogrodzenia, o której mówił wujek. Szybko zabieram się do roboty i je naprawiam, napinaczem rozciągając dwa rozerwane kawałki drutu, żeby połączyć je z powrotem zaciskiem. Resztę poranka spędzam na sprawdzaniu całej długości ogrodzenia, aż z zadowoleniem odkrywam, że nie ma już żadnego miejsca, przez które mógłby się przedrzeć biały kojot, żeby terroryzować nasze stado.
Akurat ściągam grube rękawice robocze, gdy czuję, że wujek Jim próbuje się ze mną połączyć. Sekundę później w mojej głowie rozlega się ostrzeżenie:
- Nie wracaj do domu. Trzymaj się od niego z daleka.
Prostuję się nagle.
- Dlaczego? Co się dzieje?
- Dowództwo przyjechało - odpowiada ponuro.
Serce bije mi szybciej. Dlaczego Dowództwo jest w domu? Zawsze dostajemy ostrzeżenie o inspekcji.
Pędzę do Kelley i jednocześnie próbuję połączyć się z Taną, ale mnie nie wpuszcza. Śpi, nie żyje albo mnie ignoruje. Obstawiam, że śpi. Wczoraj naprawdę dużo wypiła.
- Wujku Jimie? Nic ci nie jest? Wracam.
- Nie ma mowy. Zostań tam, gdzie jesteś.
Jeszcze czego.
Wspinam się na siodło i cmokam, by Kelley ruszyła. Gdy zaczyna dreptać powoli, napieram na jej boki łydkami, aż zrywa się do galopu.
Nie wracamy na ranczo tą samą drogą, bo wtedy znalazłybyśmy się na widoku. Nadjeżdżamy ze wzgórza, a ja zatrzymuję klacz na małym występie skalnym ponad południowym pastwiskiem, gdzie obecnie znajduje się bydło. To idealny punkt obserwacyjny, z którego widzę dom. Znajduje się kilkaset metrów dalej, ale zmodyfikowani mają wyśmienity wzrok. Nie potrzebujemy tak upierdliwych akcesoriów jak okulary.
Zsiadam z konia i czołgam się w stronę występu, aż docieram do krawędzi. Widzę dwa wozy. Oliwkowozielone, z czarno-srebrnym emblematem Dowództwa wymalowanym na drzwiach. Gdy dostrzegam wujka Jima, serce podchodzi mi do gardła.
Jak zawsze jest ubrany we flanelową koszulę z długim rękawem i wypłowiałe dżinsy. Klęczy na ziemi, jego kapelusz leży kilka metrów dalej. Mężczyzna w mundurze z oficerską naszywką na prawym rękawie przyciska lufę pistoletu do jego czoła.
- Widzę cię. I ich. Po co przyjechali? - Nogi mam równie słabe co oddech.
- Przyjechali zobaczyć, jak strzelasz.
Ogarnia mnie przerażenie. Są tu przeze mnie?
Przyglądam się kolejno żołnierzom. Czterech stoi sztywno jak posągi za tym, który dowodzi. Robi mi się niedobrze, gdy dostrzegam, że jeden z nich to Jordan.
To moja wina. Ja to zrobiłam. To ja wczoraj oddałam niemożliwy strzał, ściągnęłam na siebie uwagę, a teraz ktoś z Dowództwa celuje w głowę mojemu wujkowi.
Mam karabin. Mogłabym ich sprzątnąć. Zastrzelić ich... Desperacja chwyta mnie za gardło, bo to zwyczajnie niemożliwe, żebym wyeliminowała całą piątkę, zanim któryś nie wpakuje Jimowi kulki w czaszkę.
- Co mam zrobić?
- Zawróć i znajdź Griffa - rozkazuje, długie rękawy koszuli maskują fakt, że się ze mną komunikuje. - On się tobą zajmie.
Tłumię jęk rozpaczy, gdy oficer wolną ręką chwyta garść jasnych sięgających ramion włosów wujka Jima. Szarpie jego głową do tyłu i mówi coś z szyderczym wyrazem twarzy. W jego oczach dostrzegam coś znajomego. Jego twarz, mowa ciała... Wszystko w nim krzyczy: "wiem, kim jesteś".
Ręce mi drżą, gdy znowu łączę się z Jimem.
- Czy oni wiedzą, że nazywasz się Julian Ash?
- Tak.
To ostatnie, co do mnie mówi, zanim wrzucają go na tył jednego z wozów i odjeżdżają.
- Tana! Zabrali Jima.
Odpowiada mi dzisiaj po raz pierwszy:
- Kto? - Brzmi jak przerażona.
- Dowództwo. Dlaczego nas nie ostrzegłaś?
Tana stanowi pierwszą linię obrony między nami a Dowództwem, bo nikt nie jest w stanie dostać się na ranczo, nie przejeżdżając wcześniej przez Hamlett. Każda jednostka musi zrobić postój i zgłosić się do naszego inspektora. Właśnie dzięki temu zdołaliśmy przez tyle lat chronić Jima. Tana dzięki mocy projekcji wielokrotnie ocaliła życie mojego wujka. Za każdym razem, gdy żołnierze pojawiają się w wiosce, pokazuje nam wszystkim ich twarze, a jeśli Jim któregokolwiek rozpoznaje, od razu wyrusza w góry, a ja ze smutkiem informuję przeprowadzających inspekcję żołnierzy, że wujek wyprowadził bydło na daleko położone pastwisko i wróci dopiero rano. Ten system dobrze się sprawdzał. Aż do teraz.
- Spałam. Jeszcze nigdy nie czułam się tak skacowana. Poza tym nie miałam pojęcia, że w weekend może odbyć się jakaś inspekcja.
Bo to nie była żadna inspekcja. Przyjechali na ranczo tylko po to, żeby popatrzeć, jak strzelam. Bo byłam na tyle głupia, że oddałam strzał w obecności żołnierza.
To wszystko moja wina.
- Pojechali już, ale jeden został. Pewnie na mnie czeka.
- Nie możesz tam wrócić.
- Co ty powiesz. Ruszam do was. Skorzystam z tunelu.
- Powiem ojcu.
Zrywam połączenie i wskakuję na siodło. Pospieszna jazda do przybudówki przy północnym przejściu jest napędzana czystą paniką. Na szczęście nie muszę wracać do domu. Oboje z wujkiem Jimem mamy przygotowanych mnóstwo planów awaryjnych.
Za drewnianą przybudówką znajduje się właz, który otwieram - w środku jest metalowa rampa. Kucam i zsuwam się po niej, aż docieram do zakurzonego kąta, gdzie ukryliśmy z Jimem motocykl. Ciasne pomieszczenie ma tak niski sufit, że muszę pozostać w przykucniętej pozycji i w ten sposób wypchnąć pojazd po rampie na górę. Przy motocyklu przymocowana jest duża torba. Sprawdzam baterię słoneczną, by się upewnić, że jest naładowana. W torbie znajdują się zapasowe.
Gdy wychodzę na powierzchnię, przyglądam się nieufnie gęstym szarym chmurom, które napływają w tę stronę. Mam nadzieję, że to nie zwiastun tego, co się wydarzy. Odrywam wzrok od ciemniejącego nieba i głaszczę Kelley po grzywie.
- Wracaj do domu, maleńka.
Klepię ją po zadzie, a ona rusza biegiem. Zna drogę powrotną. Mam tylko nadzieję, że żołnierz czekający na ranczu nie jest impulsywny. Bo jeśli zabije moją ukochaną klacz, to go dopadnę, wpakuję mu kulę w łeb, a potem odnajdę jego ducha i też wykończę.
Do wioski jadę bocznymi drogami, a motocykl chowam w metalowej szopie za małym ceglanym domem, którego właściciele zmarli kilka lat temu. Od tamtego czasu nie ulokowano w nim nowych mieszkańców, więc pozostaje opuszczony. Szopa to miejsce zrzutu wykorzystywane przez sieć, bo jest zlokalizowana blisko lasu.
Właśnie mam z niej wyjść, gdy to słyszę. Niskie mechaniczne buczenie, które przypomina wibracje skrzydeł kolibra, gdyby te były metalowe.
Dron zwiadowczy.
Serce bije mi jak szalone, kiedy przywieram do ściany. Kamery w obwodach są wszechobecne i nieustannie przypominają, że Stowarzyszenie zawsze nas obserwuje. Kątem oka widzę ruchomy cień drona, który znajduje się teraz blisko brudnego okna z tyłu szopy. Rzadko się pojawiają tak blisko Hamlett. Jesteśmy małą, nieistotną wioską. Niewartą uwagi.
Cóż, wygląda na to, że aż do teraz. Aż do chwili, gdy dowiedzieli się, że w tej nieistotnej wiosce ukrywa się okryty złą sławą Julian Ash.
A wszystko to przeze mnie.
Ignoruję szalejące tętno i czekam, aż przestaję słyszeć drona. Wtedy robię niepewny krok w stronę drzwi i przez nie wyglądam. Gdy dostrzegam szarą plamę na niebie, odlatującą w przeciwnym kierunku, z ulgi niemal osuwam się na ziemię.
Teraz. Muszę ruszać teraz.
Nie marnuję ani chwili i biegnę w stronę lasu.
Dawno temu ktoś wykopał cały system tuneli, który rozciąga się pod lasem. Było to w czasach, gdy napięcie związane ze zmianami politycznymi sięgało zenitu. O ironio, to pierwotni je wykopali. Bo ostatecznie nie ma znaczenia, kto jest twoim liderem - wszyscy są dupkami. Prezydent Severn, który rządził przed generałem Reddenem, był zmodyfikowanym i wierzył, że jesteśmy nową, nadrzędną rasą. Po dekadach doświadczania prześladowań on i jego zwolennicy uznali, że dobrym pomysłem będzie zrobienie tego samego pierwotnym. Kretyni. Postrzeganie się jako lepszych nigdy nie kończy się dobrze. Nie znoszę generała Merricka Reddena, ale nie nienawidzę wszystkich pierwotnych. Bo ci dobrzy też istnieją.
Jednym z nich jest mężczyzna, z którym spotykam się na końcu tunelu. Ojciec Tany, Griff, nie jest zmodyfikowanym. Ale pozostaje lojalny wobec Tany i sieci.
- Tana powiedziała mi, co się stało - mówi i pochyla się, by mnie przytulić. Jest ogromnym mężczyzną z ogoloną głową i długą brodą, a ja chętnie wpadam w jego ciepłe, kojące objęcia. - Nic ci nie jest? Rozmawiałaś z nim?
- Nie. Nie pozwala mi się połączyć.
Narasta we mnie zaniepokojenie. Istnieje prawdopodobieństwo, że Jim nie pozwala na połączenie, bo myśli, że mnie w ten sposób chroni. Ale to może też oznaczać coś innego. Coś straszniejszego. Na przykład to, że jest nieprzytomny.
Albo martwy.
Nie. To niemożliwe. Bo gdy próbuję otworzyć ścieżkę do niego, wciąż czuję jego energię. Wciąż jestem w stanie podążyć nicią łączącą nasze umysły. Jim powiedział mi kiedyś, że gdy zmodyfikowani umierają, ich energia znika. Przestajemy ich wtedy czuć.
Ale ja go czuję, do cholery.
- Czy wiesz, dokąd go zabierają? - pyta Griff.
- Zakładam, że do miasta. Jeden z oficerów go rozpoznał. Wiedzą, że jest dezerterem z Dowództwa. - Panika ściska mnie za gardło. - Oni go zabiją.
- Może nie. Możliwe, że wyślą go do jednego z obozów.
Wujek Jim prędzej poderżnie sobie gardło niż pozwoli, by zrobili z niego niewolnika Stowarzyszenia.
- Na ranczu czeka na mnie żołnierz. Będzie chciał ze mną rozmawiać.
- To prawda. Dlatego cię stąd zabierzemy. Sieć ma kryjówkę w Okręgu S. Tam zaczniemy, a potem przewieziemy cię dalej na południe.
- Nie ma takiej opcji. Nie ucieknę. Muszę się dostać do miasta i uratować Jima.
- Wren. - Głos ma stanowczy. - To nie wchodzi w grę, słyszysz? Gdyby trafił do jednego z obozów jako więzień, sieć z pewnością zdecyduje się podjąć próby uratowania go. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że trafi do Sanktuarium. A tam stanie przed Trybunałem.
Trybunał to jedyny system wymiaru sprawiedliwości funkcjonujący na Kontynencie, a składa się z małej grupy mężczyzn i kobiet, którzy decydują o losie oskarżonych. Zwykle robią to od razu i nie silą się nawet na zbadanie sprawy. Jeśli ktoś zostaje uznany za winnego, to karą jest albo śmierć, albo zesłanie do obozu pracy. Z tego, co słyszałam, Trybunał wypuszcza winną osobę tylko wtedy, gdy ta okazuje się wiernym zwolennikiem generała. Dostaje po łapach i słyszy groźne "więcej tego nie rób".
- Nie obchodzi mnie to. - Kręcę stanowczo głową. - Tak czy inaczej jadę do miasta. Pytanie brzmi, czy mi pomożesz. A może mam to zrobić sama?
Griff wypuszcza powietrze.
- Skontaktuję się z siecią.
*
Rebelia zapewnia mi przepustkę rekreacyjną i bilet na kolejny pociąg pospieszny do Sanktuarium. Skanowanie kciuka na stacji pociągów to niesamowicie stresująca czynność, bo nasz kontakt w sieci dowiedział się, że mój identyfikator został oznaczony. Całe szczęście przez te wszystkie lata Rebelia zdołała zinfiltrować każdy poziom Stowarzyszenia, włącznie z działem wywiadowczym. Dziesięć minut przed moim wejściem do pociągu nasza wtyka włamuje się do moich akt i je odznacza. Maskuje to tak, że aktywność wygląda na błąd systemu, ale ostrzega, że ten zresetuje się za sześć godzin. A to da mi wystarczająco czasu na dotarcie do miasta. Gdy już tam będę, do akt wróci oznaczenie, a ja znowu znajdę się na radarze. Co oznacza, że muszę za wszelką cenę pozostać niezauważona.
Mimo zapewnienia, że mój identyfikator jest póki co bezpieczny, wciąż czuję niepokój podczas drugiego skanowania. To standardowa procedura, włącznie z prośbą o przyciśnięcie kciuka do ekranu osoby nadzorującej transport.
Kilkadziesiąt lat temu ktoś w rządzie próbował wprowadzić bardziej radykalną metodę identyfikacji: podskórne mikroczipy. Ale one nie działały nie tylko u zmodyfikowanych - naturalne impulsy elektryczne w ludzkim ciele przepalały te mikroczipy nawet u pierwotnych. Metoda nie była skuteczna, więc zrezygnowali z tego programu.
Znajduję wolne miejsce w tylnym rzędzie środkowego wagonu. Bez karabinu czuję się naga - cholera, w tej chwili zabiłabym nawet za tępy nóż sprężynowy - ale wnoszenie broni do środka transportu dla cywili jest niemożliwe. Samo dostanie się na stację wymaga dwóch kontroli. Siedzę ze spuszczonym wzrokiem i udaję, że czytam coś na swoim komunikatorze. Jazda potrwa cztery godziny, a ja muszę nieustannie się powstrzymywać od nerwowego potrząsania nogą. Dowództwo z pewnością przetransportowało Jima odrzutowcem, nie pociągiem. A to oznacza, że mógł już stanąć przed Trybunałem. Moje kolejne próby nawiązania z nim kontaktu zostają odrzucone. Albo celowo nie pozwala mi się połączyć, albo nie ma takiej możliwości.
Zaczynam błądzić myślami, aż napływają wspomnienia. W szczególności jedno. Pierwszy raz, gdy wujek Jim nauczył mnie, jak stworzyć ścieżkę między naszymi umysłami. Kilka tygodni po ucieczce z miasta posadził mnie na trawie przed chatką na Czarnoziemach i kazał zamknąć oczy, a potem wyobrazić sobie, że mój umysł to rozległa pusta przestrzeń.
- Tacy jak my są napędzani energią - wyjaśnił, tak jakby pięciolatka była w stanie to pojąć. - Ale mózg nie widzi tej energii, więc tworzy obrazy, które ją reprezentują. Rozumiesz, o co mi chodzi?
- Nie. - Spojrzałam na niego nadąsana.
Westchnął.
- Pokażę ci.
Jego głęboki głos stał się niemal hipnotyczny, gdy kazał mi znowu zamknąć oczy, bo w ten sposób mógł mi pokazać, jak odnaleźć ścieżkę.
- Otacza cię ciemność, Wren. Widzisz tylko srebrną linę. Widzisz ją?
- Aha.
- Dobrze. Teraz wyobraź sobie, jak się przed tobą rozciąga. A na jej końcu jest srebrne światło. Widzisz światło? Dobrze. Teraz się pochyl i podnieś linę, chwyć ją mocno. To twoja ścieżka, rozumiesz? Od liny do światła. Pójdziesz tą ścieżką.
- Ale dokąd? - zapytałam skołowana.
- Do mojego umysłu - odpowiedział. - Dotarłaś do światła? Świetna robota. Co teraz czujesz?
Pisnęłam cicho.
- Nie lubię tego. Jest... ciężkie. Głowa mnie boli.
- Czujesz narastające parcie. To moja tarcza, która chroni mnie przed tobą. Spróbuj wyobrazić sobie tarczę. Wygląda jak metalowa ściana, tak? Gruba stalowa ściana.
- Aha.
- To...
- W powietrzu unoszą się złote iskierki. Ładne.
Milczał tak długo, że uchyliłam powieki. Wujek Jim marszczył czoło. Wyglądał niespokojnie. Ale gdy napotkał moje spojrzenie, skinął szybko głową i powrócił do lekcji.
- Następnym razem nauczę cię, jak znajdować pęknięcia w czyjejś tarczy. Ale teraz po prostu opuszczę swoją, żebyśmy mogli poćwiczyć. Zamknij oczy. Wejdź w srebrne światło.
Zrobiłam, co mi kazał, a on zaklął nagle, czym mnie przestraszył. Znowu otworzyłam oczy i zobaczyłam, jak pociera się po karku.
- Nic się nie stało - zapewnił, gdy dostrzegł moje zaniepokojenie. - Kontynuujmy. Jesteś teraz w mojej głowie. Czuję cię. Oczy zamknięte, Wren. Właśnie tak. Najważniejsze, co musisz wiedzieć o zmodyfikowanych, ludziach takich jak my, to że nasze umysły mają dwie częstotliwości.
Nie otwierając oczu, wymamrotałam:
- Nie wiem, co to częstliwości.
- Częstotliwości. Coś jak... - Milczał przez chwilę. - Fale na oceanie. Jedna fala to pozytywna energia, która służy do rozmawiania. Druga fala to negatywna energia i ona służy do słuchania. Pierwsze, co zobaczysz po przedarciu się przez czyjąś tarczę, to otwarte drzwi. Za nimi będą czarne fale i one będą próbowały cię wypchnąć. Widzisz to, ptaszyno?
- Aha.
- Dobrze...
- Co jest na końcu tego korytarza? - wtrąciłam.
Znowu milczał przez długą chwilę, a potem odchrząknął.
- Na razie go zignoruj. Skup się na czarnych falach. Przepchnij się przez nie, aż znikną, a wtedy powiedz mi, co słyszysz.
Pamiętam, że skupiłam się tak bardzo, że powieki zaczęły mi drgać. Jim w ogóle nie przypuszczał, że uda mi się to zrobić za pierwszym razem. Dzieciom rzadko się udaje. Dlatego był widocznie zszokowany, gdy przedarłam się przez fale negatywnej energii, które próbowały mnie wypchnąć. Uśmiechnęłam się radośnie.
- Jesteś ze mnie dumny. - Przygryzłam wargę, wysilając się, by usłyszeć więcej jego myśli. - Jesteś...
Radość wyparowała.
- Boisz się mnie - powiedziałam oskarżycielsko.
- Nie. Nie boję się ciebie. Boję się o ciebie, ptaszyno - poprawił mnie.
Wtedy nie rozumiałam, co miał na myśli.
Odchrząknął.
- Dobrze. Właśnie tak czyta się w myślach. Teraz wyjdź z powrotem przez drzwi i idź korytarzem, który wcześniej widziałaś. Podążaj za falą pozytywnej energii. To twoja druga częstotliwość. Właśnie tam tworzymy więź, by używać telepatii.
- Czym jest teletapia?
- Telepatia. To oznacza, że możemy ze sobą rozmawiać w swoich umysłach. A gdy stworzymy połączenie, nie będzie miało znaczenia, czy znajduję się daleko od ciebie ani czy mam wzniesioną tarczę. Jeśli będziesz chciała ze mną porozmawiać, będziesz musiała przejść na tę częstotliwość, podążyć za wiązką mojej energii i stuknąć moją tarczę, by poprosić o połączenie. Żeby porozmawiać.
Wciąż rozpraszało mnie to, co powiedział wcześniej, ale zmusiłam się, by wypchnąć z głowy jego dziwne słowa - "boję się o ciebie, ptaszyno" - i skupić na naszej lekcji. Wiedziałam, że wujek Jim był pod wrażeniem tego, z jaką łatwością mi to przychodziło.
Gdy dotarliśmy do punktu, w którym do lekcji dodaliśmy wznoszenie tarczy i projekcję, przestało go zaskakiwać to, co potrafię robić.
*
Gdy dojeżdżamy na stację docelową, jestem spięta z niepokoju. Wychodzę pospiesznie z pociągu i łączę się z Polly, swoją koordynatorką.
- Jestem na miejscu.
- Twoje kontakty czekają na zewnątrz. Pierwszy to pierwotna. Czarna koszulka, zielona czapka. Cichym kontaktem jest Declan. On będzie twoim koordynatorem.
Wychodzę ze stacji i ostrożnie podchodzę do kobiety w zielonej czapce, starając się nie dać ogarnąć paranoi, że wszyscy się na nas patrzą.
- Żyje? - mówię w ramach powitania.
- Jeszcze tak - pada odpowiedź.
Jest bladą czarnowłosą kobietą po trzydziestce i przedstawia się jako Faye. Prowadzi mnie do samochodu czekającego na pasie postojowym. Mężczyzna za kierownicą ma ciemną skórę i przeszywające spojrzenie. Gdy wsiadam na tylne siedzenie, odwraca się i kiwa głową na powitanie.
- Ty jesteś moim cichym kontaktem w Sanktuarium? Declan?
Wygląda na mocno zaskoczonego.
- Jak to zrobiłaś?
- Ale co?
- Tak szybko otworzyłaś ścieżkę.
Marszczę czoło.
- To wcale nie było szybko. - Cóż, chyba jednak było. Zawsze zapominam, że wiele osób nie ma tak silnych mocy jak ja. Ani tak licznych.
Declan skupia na mnie bystre spojrzenie, jakby oceniał moją przydatność, wartość. To wytrąca mnie z równowagi. Po chwili odwraca się z powrotem i wyjeżdża przez punkt kontrolny, a stacja zostaje za nami.
- Julian Ash stanął przed Trybunałem dwie godziny temu - mówi Faye. - Uznali go za winnego zdrady i zatajenia.
Patrzę na nią zaskoczona.
- Zatajenia? Wiedzą, że jest zmodyfikowany? Skąd?
- Niedawno do Trybunału dołączyła Jayde Valence.
Biorę gwałtowny wdech. Nie potrzebuję dalszych wyjaśnień. Valence jest bezsprzecznie najpotężniejszą osobą czytającą w myślach na Kontynencie. Jednocześnie jest wierną lojalistką pierwotnych, która zdradziła swój gatunek i od ponad dziesięciu lat służy generałowi Reddenowi jako jego prawa ręka. Zaczęła pracować dla Stowarzyszenia, gdy miała siedemnaście lat, i chodzą słuchy, że to bezwzględna i niesamowicie inteligentna kobieta. Jednak mnie najbardziej martwi jej umiejętność przedzierania się przez tarcze.
Mój wujek ma najpotężniejszą tarczę ze wszystkich znanych mi osób. Jeśli zdołała odczytać jego myśli, to naprawdę coś wyjątkowego. I przerażającego, bo... co wie na mój temat? Ile informacji o mnie znajdowało się w głowie Jima? Czy to dlatego się ze mną nie łączy? Czy martwi się, że Jayde Valence wróci i jakoś odkryje moją tożsamość?
Tłumię lęk i skupiam się na głosie Faye.
- ... jutro stanie przed plutonem egzekucyjnym.
- Co?
- Jego egzekucja została zaplanowana na dziewiątą rano.
- Nie możemy do tego dopuścić. - Biorę uspokajający wdech. - Sieć zorganizuje misję ratunkową, prawda?
- Nie - odpowiada zza kierownicy Declan. Stanowczo.
- Jak to nie? Jest jednym z waszych najlepszych tajnych agentów!
Declan patrzy na mnie we wstecznym lusterku.
- Nie, nie jest.
Ramiona mi sztywnieją.
- Co to niby znaczy, do cholery?
- To znaczy, że nie jest. To znaczy, że żył w ukryciu przez piętnaście lat. Został zdemaskowany. Jak mógł się nam przydać, skoro wciąż żyją pierwotni, którzy pamiętają jego twarz? Nie możemy go wykorzystać do żadnych ważnych operacji.
- To nieprawda. - Ten protest brzmi słabo nawet w moich uszach. Bo jest słaby. Declan nie powiedział nic, co byłoby nieprawdą. Ale...
Cholera jasna, mowa o moim wujku.
- Wciąż jest zmodyfikowanym - naciskam. - A my ratujemy swoich.
- Ludzie na górze rozmawiali o tym cały dzień - mówi Faye. - Gdyby istniał bezpieczny sposób na uratowanie go, zdecydowaliby się na przeprowadzenie operacji. Ale to zbyt niebezpieczne.
- Jaki jest sens istnienia tej sieci, jeśli nie decyduje się na mocno ryzykowne misje, których celem jest ratowanie zmodyfikowanych? Weźcie tego swojego wybitnego pilota, żeby zbombardował jakieś miejsce i odwrócił ich uwagę, a my uratujemy Jima.
- I ilu cywili mamy przy okazji zabić? - odpiera Declan. - Tak czy inaczej nie mamy na zbyciu bombowców, a Grayson Blake jest zbyt ważny dla naszej sprawy, by ryzykować udział w akcji. Nikt na górze nie pozwoli Blake'owi z samego rana przelecieć nad bazą Dowództwa, co naraziłoby go na niebezpieczeństwo.
- W takim razie do czego jest przydatny? - mruczę. Przez prawie dwa lata słyszałam o wielu podłych czynach tego wybitnego pilota.
Faye patrzy na mnie ze współczuciem, ale ani ona, ani Declan się nie uginają i obstają przy tym, że Jim jest im zbędny.
- Julian Ash nie jest naszym celem - mówi Declan. - Ty nim jesteś. W twojej wiosce i całym okręgu roi się od żołnierzy. Masz szczęście, że Griff w porę cię stamtąd wyciągnął. Naszym jedynym zadaniem jest ulokować cię w kryjówce, gdzie pozostaniesz do czasu, aż przygotujemy dla ciebie nową tożsamość. - Wydaje z siebie dźwięk niezadowolenia. - Byłoby łatwiej, gdybyś zgodziła się na umieszczenie w jednym z okręgów zamiast w Sanktuarium, ale...
- Nie przyjechałam tu, by się chować. Przyjechałam uratować wujka.
Declan się nie ugina.
- Juliana Asha nie da się uratować. Skup się na tym, by zadbać o swoje bezpieczeństwo.
Z frustracji ściska mnie w piersi. Dlaczego oni nie przejmują się Jimem? Od kiedy staliśmy się dla swoich liderów tak łatwo zbywalni?
Z desperacji łączę się z Taną.
- Jim ma zostać jutro stracony, a sieć nie chce go ratować.
- Wiem. Polly właśnie mi powiedziała. - Przez chwilę panuje cisza. - Wren... cokolwiek sobie myślisz...
- Ja nie wiem, co myślę.
To prawda. Nie mam żadnego planu. Wiem tyle, że znajduję się w najbardziej niebezpiecznym miejscu na Kontynencie, nie mam żadnej broni, mój identyfikator został oznaczony, a wujek ma zostać jutro rozstrzelany.
W głowie roi mi się od różnych opcji. Pluton egzekucyjny Dowództwa wykonuje wyroki na Placu Południowym, otwartej przestrzeni w bazie. Egzekucje zawsze są publiczne, a mieszkańców zachęca się do ich oglądania. Większość z nich to lubi. Co nie jest aż tak obrzydliwe, jak by się wydawało, bo z moich starych podręczników wynika, że przodkowie również uwielbiali przemoc i rozlew krwi. Zmienianie śmierci w spektakl.
W sumie dostęp do placu egzekucyjnego działa na moją korzyść. Mogłabym zakraść się przez tłum niezauważona, podejść wystarczająco blisko do platformy i... i co wtedy? Co miałabym wtedy zrobić? W pojedynkę zmierzyłabym się z całym plutonem egzekucyjnym? A potem, po magicznym uniknięciu śmierci z rąk ośmiu przeciwników, uwolniłabym Jima i... dostojnym krokiem opuściła bazę wojskową?
To nie jest dobry plan. Muszę wymyślić coś mniej... samobójczego.
A mam na to jakieś, hmm, dwanaście godzin.
Dalsza część w wersji pełnej