Silva rerum IV - Kristina Sabaliauskaite

-
Proszę czekać

I

Fran­ci­szek Ksa­wery z Mil­kont Na­rwojsz, So­cie­tas Jesu, naj­peł­niej od­czu­wał obec­ność Boga, spo­glą­da­jąc na roz­gwież­dżone skle­pie­nie nie­bie­skie, a ma­je­statu ciał nie­bie­skich - wstyd na­wet przy­znać, ale tak było, od­kąd sie­bie pa­mię­tał, od sa­mego dzie­ciń­stwa - do­świad­czał naj­le­piej i naj­cu­dow­niej, od­da­jąc mocz. Tak samo wtedy, w cie­płą i gę­stą, nie­mal ak­sa­mitną noc dzie­sią­tego sierp­nia 1770 roku, gdy sto­jąc na po­dwó­rzu swo­jego stryja, Pio­tra An­to­niego Na­rwoj­sza, roz­piął roz­po­rek czar­nych spodni, roz­chy­lił poły czar­nego szu­sto­kora - sukni za­kon­nej, je­śli tylko ka­płań­skie obo­wiązki nie zmu­szały do no­sze­nia jej pod­czas ob­rzę­dów, nie lu­bił, tym bar­dziej że ni­g­dzie w je­zu­ic­kich re­gu­łach nie za­pi­sano, iż jest ko­nieczna - a gdy struga wy­rwała się z niego do­no­śnie, z ulgą od­chy­lił głowę ku czar­nemu niebu, przez które ni­czym przez dursz­lak Boga prze­bi­jało się wieczne świa­tło gwiazd. Nie opusz­czało go słod­kie uczu­cie jed­no­ści z wszech­świa­tem i Twórcą, uczu­cie, że w tej chwili, tu­taj, gdy za­ła­twia się pod lipą na po­dwó­rzu wi­leń­skiego dworku swo­jego stryja, jest przez ko­goś ob­ser­wo­wany z wy­so­ko­ści, że na jego ma­lutką, sa­motną fi­gurę w ciem­no­ści pa­trzy ktoś Inny, nie­ważne, wielki albo rów­nie mały, za to moż­li­wie przez wielki te­le­skop; że przy­pa­truje mu się zza ty­siąca mil czar­nego bez­kresu - ktoś z Księ­życa, Mer­ku­rego, We­nery, Marsa, Ju­pi­tera albo Sa­turna, z Wiel­kiej albo Ma­łej Niedź­wie­dzicy, z Gwiazdy Pół­noc­nej albo z Sy­riu­sza, któ­rego jego oczy mi­mo­wol­nie na czar­nym fir­ma­men­cie za­wsze od­naj­dy­wały naj­pierw. Te­raz też pa­trzył na wy­ra­zi­stą, pro­mie­nie­jącą gwiazdę, tę samą, którą kie­dyś dawno, dawno temu, może przed dwu­dzie­stoma laty, gdy był jesz­cze mały, za­le­d­wie ośmio­letni, po­ka­zał mu na noc­nym skle­pie­niu nad Nie­świe­żem stryj Piotr An­toni; spójrz, mó­wił wów­czas, za­wsze ją od­róż­nisz - na li­tew­skim nie­bie jest naj­ja­śniej­sza, mruga nie­prze­rwa­nie, pul­suje ni­czym serce czło­wieka i jest rów­nie zmienna, zdaje się na­wet, że barwy od­mie­nia jak afek­ta­cje serce, nas już tu nie bę­dzie, a ona wciąż bę­dzie prze­mie­niać się na nie­bo­skło­nie; można było się do­my­ślić, że Sy­riusz był stry­jowi naj­mil­szy, był dla niego naj­wi­docz­niej­szy na nie­bie, prze­cież sam stryj przez całe ży­cie był jak Ca­nis Ma­ior, jak Wielki Pies, prze­wod­nik dla gwiaz­do­zbioru Oriona ksią­żąt Ra­dzi­wił­łów. Tak czy ina­czej, stryj Piotr An­toni miał ra­cję co do jed­nego - wtedy, gdy na­de­szła noc po jego po­grze­bie, Sy­riusz wciąż ci­cho mi­go­tał, może z jego po­wierzchni spo­glą­dał na Fran­ciszka Ksa­we­rego ten wielki Ktoś, i ta myśl go po­cie­szała, po­nie­waż zna­czyła, że jak­kol­wiek by było, nie jest cał­ko­wi­cie sa­motny.

Tak, mi­nął go­rący dzień, pe­łen zda­rzeń, ża­ło­sny, pod­nio­sły i jesz­cze ze skan­da­lami, jak to przy­stoi po­grze­bowi wiel­kiego czło­wieka, któ­rego śmierć zbu­rzyła co­dzienny po­rzą­dek: po­zo­sta­wiła sie­roty, kon­fu­zję, la­menty, sporo dłu­gów oraz te­sta­ment, z któ­rego - jak ze wszyst­kich te­sta­men­tów - nikt do końca nie był za­do­wo­lony; ta śmierć wstrzą­snęła ich całą wielką ro­dziną, w któ­rej do­tych­czas je­dy­nie bę­dąc obec­nym, udzie­la­jąc cza­sem ja­kiejś po­rady czy za­ła­twia­jąc ja­kąś pro­tek­cję, sza­no­wany jako naj­star­szy i naj­bar­dziej wpły­wowy, spo­kój utrzy­my­wał stryj Piotr An­toni - na­wet w ostat­nich la­tach, gdy do­go­ry­wał spa­ra­li­żo­wany w krze­śle na kół­kach, był dla ich ro­dziny ni­czym kró­le­wiątko. Tego dnia po­cho­wano nie tylko sta­rego stryja Pio­tra An­to­niego, nie; cała ro­dzina czuła, że tego dnia do grobu kła­dzie się prze­szłość, cały usta­lony ład - ro­dzinny, lecz także mi­nio­nych oby­cza­jów, okresu kró­lo­wa­nia dwóch Sak­soń­czy­ków, a może na­wet i sam ład sta­rych cza­sów. Dawna epoka, pom­pa­tyczne, prze­sad­nie wy­tworne i sta­ro­świec­kie ży­cie po­ło­żyły się do trumny ra­zem ze stry­jem; te­raź­niej­sze po­ko­le­nie sta­no­wili już oni: on, jego brat, sio­stra, ku­zyni, ku­zynki oraz ich mał­żon­ko­wie, wy­ra­sta­jący ze sta­rych ko­rzeni, ale może ma­jący już inną przy­szłość, któ­rej - z no­wym kró­lem, nie­pa­nu­ją­cym nad prze­ciw­sta­wia­jącą się mu fa­mi­lią Czar­to­ry­skich, nie­zbyt sza­no­wa­nym przez swo­ich pod­da­nych, Boże Święty, na­wet nie­mal po­rwa­nym przez kon­fe­de­ra­tów kilka lat wcze­śniej, z po­wa­śnio­nymi se­na­to­rami w sej­mie, pu­stym skarb­cem i ro­syj­ską ar­mią u gra­nic - nikt nie był już pe­wien. Tego dnia, spo­glą­da­jąc na cały swój ród, roz­ga­łę­ziony przez pię­ciu braci z mał­żon­kami i ich ple­mio­nami, na ro­dziny ich po­tom­ków, na tych męż­czyzn i ko­biety, ma­trony, sta­rusz­ków, mło­dzień­ców, dzieci i nie­mow­lęta, któ­rzy zje­chali się tu ze wszyst­kich za­kąt­ków Księ­stwa, Fran­ci­szek Ksa­wery zro­zu­miał, że cho­wają coś wię­cej niż tylko naj­star­szego stryja, głowę fa­mi­lii, ale także i prze­szłość; cała ro­dzina - wy­star­czył je­den rzut oka - dzie­liła się na tych w żu­pa­nach i kon­tu­szach, pod je­dwa­biami i bro­ka­tami kry­ją­cych prze­po­cone dziu­rawe ko­szule, z przy­zwy­cza­je­nia ucze­pio­nych re­li­gij­nego, za­bo­bon­nego, pro­win­cjo­nal­nego ży­cia pana na dworku, oraz na tych, któ­rzy no­sili pe­ruki albo na­wet zgod­nie z modą nie na­kry­wali głów, no­sili się z fran­cu­ska, po­sma­ko­wali nauk i spo­glą­dali w przy­szłość. Tego dnia uśpione przez upał miej­skie po­po­łu­dnie roz­bu­dziły dzwony na nie­szpory - naj­pierw sa­mot­nym ude­rze­niem roz­brzmiał ten z ko­ścioła Świę­tego Je­rzego, ten sam, który nie­bosz­czyk ufun­do­wał po Okrop­nym Po­ża­rze sprzed dwu­dzie­stu lat, za­raz od­po­wie­dział mu stu­la­tek z dzwon­nicy ka­te­dral­nej, od­lany kie­dyś przez De­la­marsa - na­sy­cony, pod­nio­sły, głę­boki ni­czym mę­ski głos chryp­nący od żą­dzy; jemu zaś re­pli­ko­wał jesz­cze je­den z wieży Świę­tego Mi­chała Ar­cha­nioła, z tego sa­mego, nie­moż­li­wego do po­my­le­nia, prze­ni­ka­ją­cego aż do ko­ści brzmie­nia sta­ro­daw­nego od­lewu De­la­marsa. "Innn nnno­minne Pa­tris, Innn nnno­minne Fi­lii et Spi­ri­tus Sann­ncti"- ogła­szały, zda­wało się, ich pierw­sze ude­rze­nia, na które od­po­wie­działy, je­den przez dru­giego, ści­ga­jąc na­wza­jem swoje echa, cień­szymi i grub­szymi gło­sami, sła­biej i sil­niej, głu­cho i ostrzej, ni­czym męż­czyźni i ko­biety, dzwony Do­mi­ni­ka­nów, Świę­tej Ka­ta­rzyny i Świę­tych Ja­nów, Świę­tej Anny, Świę­tego Fran­ciszka i Świę­tego Ber­nar­dyna, z da­leka - Świę­tych Ja­kuba i Fi­lipa na Łu­kisz­kach, Świę­tego Ra­fała na Pió­ro­mon­cie, Świę­tego Jó­zefa Ob­lu­bieńca i Wszyst­kich Świę­tych, Świę­tej Te­resy, Fran­cisz­ka­nów, Ber­nar­dy­nów, Bo­ni­fra­trów, Kar­me­li­tów i Kar­me­li­ta­nek: "a-mennn", "a-mennn", "a-mennn", jak w wie­lo­gło­so­wej pie­śni li­tew­skiej po­łą­czyły się w je­den chór, który kosz­to­wał nie­bosz­czyka po­nad pięć­set zło­tych i zgod­nie z jego ostat­nią wolą roz­po­czął eks­por­ta­cję[1] Pio­tra An­to­niego z Mil­kont Na­rwoj­sza do wiecz­no­ści.

Kon­dukt po­grze­bowy, na któ­rego prze­dzie ni­czym łódź ko­ły­sała się nie­siona przez służbę trumna - dę­bowa, obita czar­nym ak­sa­mi­tem, okuta po­sre­brza­nymi ro­ca­ille'ami i zło­tymi gwoź­dziami, ozdo­biona je­dwab­nymi frędz­lami i zło­tymi ga­lo­nami z ich ro­do­wym her­bem, Ko­ście­szą, białą ro­ga­ciną na czer­wo­nym tle tar­czy, modna trumna z wy­pu­kłymi bo­kami, tylko nie­spo­ty­ka­nie wy­soka, nie­bosz­czyk bo­wiem za­koń­czył ży­wot zła­many pa­ra­li­żem, na sie­dząco, w krze­śle na kół­kach, i nie udało się go wy­pro­sto­wać do końca - cały ten kon­dukt z po­wie­wa­ją­cymi na wie­trze czar­nymi fla­gami i dłu­gimi na ło­kieć grom­ni­cami, który two­rzyli w więk­szo­ści człon­ko­wie rodu Na­rwoj­szów, bli­scy i da­lecy krewni, te­raz, gdy pod nie­bo­skło­nem roz­brzmie­wały dzwony, przy ziemi pół­gło­sem szep­cząc mo­dli­twę, roz­cią­gnął się nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem od dworku Pio­tra An­to­niego aż po kruchtę ich pa­ra­fial­nego ko­ścioła Kar­me­li­tów w tym sa­mym kwar­tale; ze­brało się ich tyle, że trumnę wnie­siono już nie tylko przez bramę ko­ścielną, ale na­wet do wnę­trza przez drzwi świą­tyni, a ostatni uczest­nicy pro­ce­sji do­piero wy­cho­dzili z po­se­sji nie­bosz­czyka. Fran­ci­szek Ksa­wery z za­in­te­re­so­wa­niem ob­ser­wo­wał ten swój ubrany na czarno ród, zgro­ma­dzony przez ów wy­jąt­kowy zgon, tak jak do­tych­czas nie ze­brały ich ra­zem żadne chrzciny, ża­den ślub. Wi­leń­scy Na­rwoj­szo­wie na­wet pod­czas naj­więk­szych lip­co­wych upa­łów nie cho­wali stryja, pra­wie cały mie­siąc trzy­mali go w piw­nicy ob­ło­żo­nego lo­dem ni­czym ka­wał mięsa, cze­kali - tylko po to, żeby cały ród zdą­żył się zje­chać, i te­raz, ze względu na wielką liczbę przy­by­łych, Fran­ci­szek Ksa­wery mu­siał zga­dy­wać na pod­sta­wie sza­co­wa­nego wieku, płci, ubioru i stanu, kto jest kim z krew­nych zna­nych mu tylko z opo­wia­dań; ale oto na prze­dzie kro­czyła wiel­można wdowa, Pla­cyda Ame­lia z Ej­smont­tów Na­rwoj­szowa, sama ni­czym ca­strum do­lo­ris, ni­czym stóg czar­nych fran­cu­skich ko­ro­nek, trzę­są­cych się wręcz od tłu­mio­nego, pra­wie nie­mego la­mentu; nie trzeba było na­wet się do­my­ślać, bo było wi­doczne, że jej strój ża­łobny jest o wiele wy­staw­niej­szy niż kie­dyś ślubny - wi­domy znak speł­nio­nego, do­brze prze­ży­tego ży­cia; obok, pod­trzy­mu­jąc ją pod rękę, stą­pał drugi stryj, Alek­san­der Wła­dy­sław, nie­mal zła­many, aż zgięty z ża­ło­ści, może zbyt wy­ra­zi­stej; żadna to ta­jem­nica, że ostat­nimi laty za­stę­po­wał wdo­wie - wszę­dzie, gdzie się dało, wli­cza­jąc w to łoże - ko­na­ją­cego pana domu. Fran­ci­szek Ksa­wery po­my­ślał, że to tylko kwe­stia czasu, aż wu­ja­szek spró­buje oświad­czyć się i za­jąć zwol­nione miej­sce, py­ta­nie tylko, jak na to spoj­rzy naj­star­szy syn, dzie­dzic nie­bosz­czyka; oto on, idzie obok matki - Ka­zi­mierz Na­rwojsz, szlach­cic wy­jąt­kowo po­czciwy, wy­jąt­kowo cno­tliwy, wy­jąt­kowo po­bożny i wy­jąt­kowo nudny, ży­jący we­dług su­ro­wych re­guł stwo­rzo­nych przez sie­bie sa­mego, praw­dziwe prze­ci­wień­stwo wła­snego ojca; Ka­zi­mierz Na­rwojsz nie­dawno wszedł w wiek chry­stu­sowy, do­cze­kał się już też czworga zdro­wych dzieci z Te­resą z Tal­lat-Kiełp­szów; o przyj­ściu ostat­niego z nich na świat nie­bosz­czyk dziad Piotr An­toni, który nie­mal cały ostatni rok ży­cia spę­dził w szpo­nach pa­ra­liżu i pół­mroku swo­jej za­ciem­nio­nej świa­do­mo­ści, naj­praw­do­po­dob­niej nic nie wie­dział; tak jak nie miał po­ję­cia, że jego po­myśl­nie i bo­gato oże­niony drugi syn, przy­stojny, po­stawny Ta­de­usz, przed czte­rema mie­sią­cami zo­stał wdow­cem, mał­żonka bo­wiem, tak długo nie­gdyś wy­bie­rana przez ojca, po­cho­dząca, a jakże, z ga­łęzi sław­nego rodu Po­cie­jów, zmarła przy po­ro­dzie nie­do­no­szo­nego pier­wo­rod­nego; wzięła so­bie i zmarła, ob­ra­ca­jąc wni­wecz sta­ran­nie ob­my­ślony plan ko­li­ga­cyjny nie­bosz­czyka. Na szczę­ście oto obok stąpa ró­wie­śniczka Fran­ciszka Ksa­we­rego, ku­zynka Iza­bela Fran­ciszka z Na­rwoj­szów Cho­lecka, miła, spo­kojna ko­bieta; ra­czej to­czy się z tru­dem i chwieje, na­wet czarne stru­sie pióro w wy­so­kiej, wy­pcha­nej pa­ku­łami do roz­miaru dyni fry­zu­rze ko­ły­sze się, po­dob­nie jak druga dy­nia - ko­piec pod pier­siami, cię­żar pra­wie dzie­wią­tego mie­siąca, sub­tel­nie ukryty pod czar­nym, ża­łob­nym je­dwa­biem i ko­kar­dami wstą­żek; idzie, pro­wa­dząc dwóch kę­dzie­rza­wych ni­czym ja­gniątka, ro­dzo­nych rok po roku sy­nów oraz swego męża Jó­za­fata Cho­lec­kiego, po­słusz­nego jak ba­ra­nek, ob­rot­nego jak Ży­dek, po­nie­waż ży­ją­cego nie tylko z fol­war­ków rodu, ale rów­nież z utrzy­my­wa­nej w nich sieci bro­wa­rów - dziel­nie splu­nął na za­kazy ustaw i sta­ro­modną nie­chęć szlachty do ja­kiej­kol­wiek in­du­strii, po­szedł w ślady prze­bie­głych an­giel­skich wiel­moży i stwo­rzył praw­dziwe piwne im­pe­rium, w któ­rym zysk spryt­nie cyr­ku­lo­wał w za­mknię­tym kole, lud­ko­wie z jego ziem bo­wiem sami ho­do­wali jęcz­mień i chmiel, sami je go­to­wali, sami pro­du­ko­wali i sami ku­po­wali pro­dukty z jego bro­waru, ale nie trzeba było na­wet mó­wić, go­łym okiem było wi­dać, kto rzą­dzi ro­dziną tego spry­cia­rza: ła­god­nie, ale że­la­zną rączką. Oto z dru­giej strony obok Iza­beli Fran­ciszki idzie jej brat Ta­de­usz, ob­raz i po­do­bień­stwo nie­bosz­czyka ojca z lat jego mło­do­ści i pełni sił: ten sam orli nos, ta sama dra­pieżna szczęka, te same rysy jak z mar­muru, sze­ro­kie ra­miona szer­mie­rza, nieco krzywe nogi jeźdźca z pięk­nymi, umię­śnio­nymi łyd­kami, twarz tylko tro­chę inna niż u ojca - ob­fit­szy łuk brwi, nie­bie­skie oczy matki, pełne, na­wy­kłe do uśmie­chu usta, a nie na wpół zdrę­twiały gry­mas stryja... Fran­ci­szek Ksa­wery pa­mięta jesz­cze, jak draż­niły go dzieci w Nie­świeżu, gdy krzy­czały: "Znów przy­je­chał twój Wu­jek Pół­u­śmiech", tak na niego wo­łali, i jesz­cze "Pół­u­śmiech-Pół­du­pek", aż pew­nego razu po­bił do krwi jed­nego na­tręta, bro­niąc god­no­ści stryja; ale nie, w po­stu­rze czy twa­rzy ku­zyna Ta­de­usza Na­rwoj­sza, który te­raz li­czył dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, na­wet naj­bar­dziej cze­pial­scy nie zna­leź­liby żad­nych skaz, przy­stojny, do pa­ra­lu­sza, męż­czy­zna, tylko dla­czego idzie nie­mal bo­kiem, wręcz skrę­cony, zlany po­tem, rzu­ca­jąc go­rące spoj­rze­nia po­nad ra­mie­niem odzia­nym w czarny ak­sa­mit? Fran­ci­szek Ksa­wery wi­dzi dla­czego: ku­zyn Ta­de­usz zerka na ko­niec pro­ce­sji, tam gdzie prze­suwa się już nie ro­dzina, ale służba; nie, na pewno nie pa­trzy na te dwie przy­błędy, któ­rym sam Fran­ci­szek Ksa­wery po­ra­dził iść ci­cho na końcu kon­duktu, nie, te­raz Fran­ci­szek Ksa­wery nie wi­dzi jesz­cze, za czym roz­gląda się Ta­de­usz, ale spró­buje od­gad­nąć, da­li­bóg, spró­buje, prze­cież to moż­liwe, że w ro­dzi­nie doj­rzewa jesz­cze je­den grzech, on, Fran­ci­szek Ksa­wery Na­rwojsz, po­czeka spo­koj­nie, może doj­rzy coś swoim spo­strze­gaw­czym okiem pa­ste­rza, od­puść Boże, ale lata spę­dzone we Fran­cji wy­ro­biły w nim nie­zdrową cie­ka­wość cu­dzych grzesz­ków po­wsze­dnich, tych przy­praw ży­wota, bez któ­rych nie mia­łoby ono smaku, poza tym nie można zaj­mo­wać się dusz­pa­ster­stwem, jak kie­dyś żar­to­wał Ros­si­gnol, nie po­tra­fiąc roz­po­znać ro­dzą­cego się grze­chu. Jed­nak tę jego myśl prze­rywa nie­cier­pliwe szar­pa­nie za rę­kaw - oto jego bra­cia, Jan i An­toni, w żu­pa­nach, po­nu­rzy, oto jego zmę­czona, za­czy­na­jąca już więd­nąć sio­stra, panna bez po­sagu, Anna Ka­ta­rzyna, i jego wła­sny oj­ciec, Mi­chał z Mil­kont Na­rwojsz, jesz­cze je­den in­wa­lida w roz­kle­ko­ta­nym krze­śle na kół­kach, po­py­cha­nym przez nie­chluj­nego sługę, nie­pa­nu­jący nad wła­snymi no­gami, nie­pa­nu­jący nad wła­snym uspo­so­bie­niem, wrza­skli­wie do­ma­ga­jący się sy­now­skiej mi­ło­ści, nie­stety, zbyt późno, te­raz już tego uczu­cia jest za mało... je­śli w ogóle coś zo­stało, ra­czej tylko cier­pli­wość i obo­wią­zek, ni­czym ka­mień młyń­ski u szyi; tocz­cie się więc, pa­nie oj­cze, tocz­cie, eg­ze­kwie za­raz się roz­poczną, przy­łą­czy się do nich w ko­ściele, za chwilę.

Twa­rze, imiona, wu­jo­wie, ku­zyni, krewni, żony, córki, ku­zynki... Męż­czyźni i ko­biety, lu­dzie, z któ­rymi nic go nie łą­czy, poza na­zwi­skiem, za­pi­sami w księ­gach, kil­koma kro­plami krwi roz­cień­czo­nej przez de­kady, stu­le­cia... Nie­któ­rzy z nich są mu bli­scy i mili, jak Ta­de­usz czy Iza­bela Fran­ciszka, albo za­słu­gują na jego sza­cu­nek, jak wuj Jan, mo­stow­ni­czy inf­lancki, a inni... to tylko prze­su­wa­jący się sze­reg lu­dzi, jak sze­reg liczb, z więk­szym lub mniej­szym od­set­kiem po­do­bień­stwa - jaka szkoda, że ob­cho­dzą go bar­dziej, gdy my­śli o nich jak o po­ję­ciach ma­te­ma­tycz­nych niż jak o ży­wych lu­dziach z krwi i ko­ści. Czy jest ja­kaś for­muła, jaka liczba kro­pel krwi, ja­kie prawo prze­są­dza o tym, że nie­któ­rzy stają się tak bli­scy, jak dla niego bli­ski był nie­bosz­czyk stryj? Zdaje się, że to wła­śnie po nim, po stryju, a nie po ojcu odzie­dzi­czył pa­sję do liczb i po­dróży, to stryj po­da­ro­wał mu sta­ro­dawny ro­dzinny złoty ze­ga­rek i uczył roz­po­zna­wa­nia gwiazd... Czy ród ma for­mułę, za­sadę, czy po­wta­rzają się w nim dzie­dzi­czone rysy twa­rzy, cho­roby, ciągi zda­rzeń, cha­rak­tery i losy? Te­raz jed­nak jego za­da­niem było roz­wią­zać ro­dzinne rów­na­nie, mu­siał od­na­leźć bra­ku­jący, nie­znany skład­nik for­muły, za któ­rym Ta­de­usz roz­glą­dał się ni­czym głodny, ni­czym spra­gniony, ale oto ona, tak, nie myli się, to ona, et vo­ila, jak ma­wiają Fran­cuzi, nie­wąt­pli­wie, to ona, ja­śnieje na końcu ża­łob­nego kon­duktu, już po ro­dzi­nie, po krew­nych, za­kon­ni­kach, ga­piach... wśród sług, ale przed że­bra­kami... mieszczka? We­dług ubra­nia - nie, to nie mieszczka; spód­nica sze­roka, ale utkana w domu, gor­se­cik ze srebrno-czer­wo­nego bro­katu, prze­ro­biony z ubrań zno­szo­nych przez pa­nów, ko­kie­te­ryjna wstążka z czar­nego ak­sa­mitu na szyi, biała ko­szula z do­mo­wej tka­niny, tylko czarna, wy­szy­wana ró­żami chu­sta z dłu­gimi na ło­kieć frędz­lami z je­dwa­biu jest nowa i droga...; wy­gląda ni­czym wło­ścianka, która nie­spo­dzia­nie ob­ku­piła się na miej­skim kier­ma­szu, ale to ona, na pewno, da­li­bóg - któż by inny, jaka chłopka po­szłaby na eg­ze­kwie tak pełna za­do­wo­le­nia i wy­cią­ga­jąc szyję jak gęś, szuka cze­goś na prze­dzie kon­duktu, dumna, że ze­chciał ją taki szlach­cic, tak pełna py­chy, ra­do­ści i po­żą­da­nia, tak oży­wiona, że piersi pod ko­szulą aż pod­ska­kują z każ­dym jej kro­kiem jak dzi­kie sarny? Wiej­skim słoń­cem opa­lona szyja, uca­ło­wane po­liczki, po­zło­cone ko­smyki w ciem­nych wło­sach, nie­po­słusz­nymi lo­kami wy­śli­zgu­ją­cych się z koka, sze­ro­kie ko­ści po­licz­kowe, zmy­słowy czarny pu­szek nad ustami czer­wo­nymi ni­czym po­ziomki, do­łeczki w po­licz­kach, pod ni­skimi, buj­nymi brwiami - czarne wa­chla­rze rzęs i dia­beł w oczach z bursz­tynu... ile może mieć lat - szes­na­ście, sie­dem­na­ście, osiem­na­ście? Uśmie­cha się, da­li­bóg, jakby nie na po­grze­bie... cho­ciaż usta ma za­mknięte, ale cała śmieje się tak, że na­wet pali się jakby pło­mie­niem: śmieją się oczy, ką­ciki ust i do­łeczki w po­licz­kach, śmieje się zdro­wiut­kimi zę­bami, któ­rych, zda­wa­łoby się, ma całe sto, spra­wia wra­że­nie, jakby na­wet jej uszy się śmiały, na­wet jej sutki w gor­se­cie... Czy jej oj­ciec, który idzie tuż obok, ro­zu­mie choć, co tu się dzieje?

A oto i one, idą, jak im na­ka­zał, na sa­mym końcu po­chodu, da­lej od wszyst­kich, dwie przy­błędy, które mie­siąc wcze­śniej po­ja­wiły się pod drzwiami ni­czym nie­szczę­ście, do­kład­nie tego dnia, gdy stryj po­że­gnał się ze świa­tem; stara i młoda, odziane w skromne szaty ża­łobne dwie ciemne fi­gury, które roz­ka­zano słu­gom prze­go­nić jak naj­da­lej po­mimo ich stanu, ale je­śli do ko­ścioła na mo­dli­twy po­grze­bowe wpro­wa­dzi je on sam, bra­ta­nek zmar­łego, sza­nowny je­zu­ita, ksiądz i pro­fe­sor Fran­ci­szek Ksa­wery z Mil­kont Na­rwojsz, któż od­waży się je prze­pę­dzić? Wszystko ob­my­ślił, jego ma­lutki, nie­winny plan doj­dzie do skutku; tak czy ina­czej, ko­ściół Świę­tego Je­rzego to nie kom­nata Na­rwoj­szów, nie Pla­cy­dzie Ame­lii tam rzą­dzić, w Domu Bo­żym po­winno wy­star­czyć miej­sca dla wszyst­kich, a dla naj­więk­szych grzesz­ni­ków, wła­śnie dla nich, naj­chęt­niej Bóg otwiera ra­miona, otwo­rzy więc rów­nież dla tej zmę­czo­nej, po­sta­rza­łej ko­biety o wło­sach srebr­nych nie od pu­dru, lecz od si­wi­zny, oraz dla jej córki - pięk­nej, wy­so­kiej i po­staw­nej ni­czym bo­gini, ni­czym rzeźba An­tyku, rze­czy­wi­ście, jest blada od łez, nie­mal prze­zro­czy­sta, błysz­cząca jak ala­ba­ster, wy­róż­nia­jąca się w tłu­mie, obok niej więk­szość wy­gląda jak brzyd­kie kra­snale: jej twarz jest do­sko­nała - żad­nej plamki, kro­sty, żad­nego zna­mie­nia; mig­dały oczu, rzym­ski pro­fil, usta ni­czym łuk Ku­pi­dyna, praw­dziwy ideał no­wych cza­sów, no­wej kla­syki, praw­dziwe, wy­ra­fi­no­wane piękno o nie­malże ma­te­ma­tycz­nych pro­por­cjach - bez wady, bez pu­dru, różu czy mu­szek, wstą­żek, pe­ruk i piór; piękno, ja­kim Wszech­mo­gący ob­da­rza dzieci po­częte z wiel­kiej mi­ło­ści, tylko Bóg mógł za­żar­to­wać w ten spo­sób i stwo­rzyć tak dziwny cud - wy­pisz wy­ma­luj Pio­tra An­to­niego za­mie­nić w taką pięk­ność w ciele ko­biety. I Fran­ci­szek Ksa­wery Na­rwojsz, pro­wa­dząc pod rękę uro­dzoną choćby skry­cie i w grze­chu dwa­dzie­ścia je­den lat wcze­śniej, ale jed­nak ku­zynkę, An­to­ninę Sen­ti­mani, która była, jak się nie­dawno oka­zało, nie­ślubną córką Pio­tra An­to­niego Na­rwoj­sza, oraz jej matkę, Bar­barę Sen­ti­mani, wkro­czył do wnę­trza ko­ścioła Kar­me­li­tów pod we­zwa­niem Świę­tego Je­rzego.

Stary sługa Na­rwoj­szów Jan, ze względu na ogromny wzrost zwany przez wszyst­kich Dłu­gim, nie prze­szko­dził im. Z oka­zji po­grzebu wy­wyż­szony w obo­wiąz­kach przez Pla­cydę Ame­lię i ubrany w li­be­rię lo­kaja, stał przy drzwiach z po­le­ce­niem od­pę­dza­nia na­tręt­nych bez­dom­nych że­bra­ków, na­wy­kłych wdzie­rać się przed wszyst­kimi do ła­wek ro­dzin­nych, a po­tem żą­dać wy­kupu za ich zwol­nie­nie, Dłu­giemu Ja­nowi po­wie­rzono więc nad­zo­ro­wa­nie po­rządku, roz­da­wa­nie jał­mużny i nie­wpusz­cza­nie tych, co nie na­leży, w tym także - na­ka­zano mu to wy­jąt­kowo su­rowo - tych dwóch włó­częg, awan­tur­nic, przy­błęd, które nie­dawno po­ja­wiły się z hu­kiem, jesz­cze za­ku­rzone po po­dróży, w domu ich pana: dzięki oszu­stwu i kłam­stwu - miały niby do­rę­czyć ja­kąś ko­re­spon­den­cję - do­tarły aż do po­ko­jów nie­bosz­czyka i, jak po­tem szep­tały słu­żące, nie­wąt­pli­wie przy­spie­szyły jego zgon, gdy tylko bo­wiem stara we­szła z rze­ko­mym li­stem do po­ko­jów pana Na­rwoj­sza, ten pa­ra­li­tyk, który od mie­sięcy le­dwo wi­siał na nitce ży­cia jak pa­jąk, wziął się i pod­dał, ze­rwał się, od­dał du­szę Naj­wyż­szemu, nie zdą­żyw­szy na­wet przy­jąć żad­nych sa­kra­men­tów. Wy­buchł skan­dal i zro­biło się za­mie­sza­nie - nie było wąt­pli­wo­ści, że przy­błęda przy­spie­szyła jego ko­niec, tym bar­dziej że w po­koju było wtedy wielu świad­ków: poza wiel­możną pa­nią domu i pa­nem bra­tem jesz­cze kil­koro ze służby, a naj­gor­sze, że gdy ta przy­włoka zo­ba­czyła, jak pana Na­rwoj­sza opusz­cza ży­wot, ob­lała się łzami, rzu­ciła mu się do stóp i z la­men­tem za­częła go nie­mal ca­ło­wać, mam­ro­cząc, iż za późno przy­pro­wa­dziła mu jego wła­sną córkę... Do tego zro­dziło się jesz­cze więk­sze, nie­roz­strzy­galne py­ta­nie i ka­zus - czy ostat­nie na­masz­cze­nie, które pan Piotr An­toni do­stał pra­wie rok wcze­śniej, od razu po apo­plek­sji, jest na­dal ważne, gdy na wierzch wy­pły­nął jesz­cze je­den grzech nie­bosz­czyka? Czy umie­ra­jący coś jed­nak ro­zu­miał? - wszak przed śmier­cią nie­znacz­nie uchy­lił oło­wiane po­wieki i spoj­rzał na przy­byszkę, jakby ją roz­po­zna­jąc, niby po­ru­szył ustami i po­łową uśmie­chu, coś jak gdyby mó­wiąc, i w tym sa­mym mo­men­cie wy­zio­nął du­cha? Od tej chwili całą tę scenę ob­ser­wo­wał też Długi Jan - nie­czę­sto do­cho­dziło do tak wi­do­wi­sko­wego ba­ła­ganu ro­dem z targu na Dzień Świę­tego Ka­zi­mie­rza, przy­biegł więc od razu na od­głos har­mi­dru - i, da­li­bóg, tylko ślepy mógł nie do­strzec, że re­we­la­cje przy­błędy to czy­sta prawda: córka tej ko­bie­ciny była żywą ko­pią ich pana, to nic, że ko­biecą, była w isto­cie naj­praw­dziw­szą córką nie­bosz­czyka. "Wy­star­czyło na nią spoj­rzeć, wszystko było tak oczy­wi­ste, jak­by­ście sami stali ze świecą, gdy nasz pan ją ro­bił" - żar­to­wała póź­niej służba już w ofi­cy­nie, a stary Ber­nard, były oso­bi­sty po­wier­nik pana, ro­zej­rzaw­szy się ukrad­kiem, wy­ja­śniał, że ich nie­bosz­czyk pan miał wiele ko­biet, ale bar­dzo moż­liwe, że to ta, przez którą Wszech­mo­gący ra­ził go pierw­szą apo­plek­sją, unie­ru­cha­mia­jąc mu po­łowę twa­rzy - dawno, dawno temu, przed dwu­dzie­stoma laty, kto te­raz pa­mięta to wy­da­rze­nie, sam tylko Długi Jan? Jest nie­mal pe­wien, że to ta sama, tylko po­marsz­czona jak ła­peć, ale to zro­zu­miałe, wszak tyle mi­nęło lat... ale na­prawdę, je­śli pa­mięć nie kła­mie, to ta sama - kil­ka­krot­nie pro­wa­dzał do niej nie­bosz­czyka pana Na­rwoj­sza, do domu w po­bliżu; pę­dził do niej jak kró­lik, aż pod­ska­ki­wał, do­brze go, jak się zda­wało, zła­pała za ku­tasa... Boże od­puść, że mówi tak plu­gawo o zmar­łym, ale było strasz­nie śmiesz­nie wi­dzieć, jak tra­cił swą wszelką god­ność... Nic dziw­nego, że pani Pla­cyda Ame­lia na­ka­zała prze­pę­dzić jak naj­da­lej tę damę i jej bę­kartkę, nic dziw­nego... Ale Długi Jan miał swoje wła­sne ro­zu­mie­nie spra­wie­dli­wo­ści i obo­wiązku: był prze­ko­nany, że je­śli pań­stwo nie za do­brze po­stę­puje ze służbą, to nie za­wsze trzeba ich słu­chać, cza­sem można coś dla sie­bie zwę­dzić albo w ogóle zro­bić ja­kieś świń­stwo, psi­kusa - to nie­mal święty obo­wią­zek słu­żą­cych, tym bar­dziej że pani Pla­cyda Ame­lia nie na­le­żała do tych ła­ska­wych, sama zresztą, jak to się mówi, nie była bez grze­chu, więc niech gada zdrowa... I dla­tego Długi Jan pew­nej nocy wpu­ścił te ko­biety - nie za darmo, oczy­wi­ście, za kilka zło­tych - tam, do piw­nic, gdzie le­żał, cze­ka­jąc po­grzebu, pan, na­wet sta­nął na straży na wszelki wy­pa­dek, żeby nikt ich nie przy­dy­bał... A te­raz, gdy wdarły się do ko­ścioła na nie­szpory, to na­wet okiem nie mru­gnął, nic nie po­wie­dział, cóż zresztą na­le­żało po­wie­dzieć? Prze­cież był z nimi bra­ta­nek pana, ten ksiądz, je­zu­ita, uni­wer­sy­tecki pro­fe­sor; ach, po­dej­rzane z tego bra­tanka pa­ni­sko: co to za pro­fe­sor w tak mło­dym wieku, co taki może wie­dzieć, co to za ksiądz, dla kogo mógł być pa­ste­rzem, tak młody, z szel­mow­skim okiem, z bez­czel­no­ścią wy­pi­saną na czole, z ku­dłami pra­wie do ra­mion, ubrany na czarno, ale z fran­cu­ska, wy­glą­dałby jak ja­kiś dia­bel­ski ad­wo­kat, gdyby nie biały ra­bat, rzekł­byś, że to ja­kiś świecki, a nie ksiądz... ni­czym ja­kiś li­ber­tyn, można iść o za­kład - może na­wet cu­dzo­łoży so­bie gdzieś po ci­chu; mó­wią, że ze­psuł się w tej Fran­cji, ze­świec­czył się, nic do­brego w tych ob­cych oby­cza­jach, same zbo­cze­nia, po­dej­rzane przy­rządy i apa­raty, bez­boż­ność i bluź­nier­stwa, per­fumy i cy­klo­pe­die, plu­gawe gra­wiury go­la­sów, za­ka­zane księgi uczące zwąt­pie­nia, brzyd­kie ry­sunki wy­śmie­wa­jące wszystko, co święte na Li­twie i w Ko­ro­nie, a na­wet sa­mego pa­pieża w Rzy­mie, na­wet wiarę ka­to­licką co­raz czę­ściej na­zy­wa­jące ciem­nymi za­bo­bo­nami... So­doma i Go­mora ta za­gra­nica, ta zgniła Eu­ropa, a jak wy­ry­wają się tam nasi pa­no­wie i wra­cają jakby od­mie­nieni: ze­psuci, z gło­wami wy­pcha­nymi bred­niami, po­tem do­ma­gają się, żeby wszystko ro­bić po no­wemu, choćby nie­ludzko, byle ina­czej, jakby wszystko im było można w imię ja­kie­goś głu­piego Pro­gresu, choć nikt na­wet nie wie, co to za rzecz ten Pro­gres... pew­nie tylko po­wód dla ich róż­nych świństw... Nic dziw­nego, że bra­ta­nek wpro­wa­dził po ci­chu te dwie ko­biety, sam prze­śli­znął się gdzieś w stronę or­ga­nów, aha, znów wy­lazł, ukryw­szy je w ostat­nim rzę­dzie, a sam wol­nym kro­kiem ru­szył do przodu, do mło­dych pa­ni­czy­ków, swo­ich ku­zy­nów, i pani Pla­cydy Ame­lii, jak przy­stoi ta­kiemu uczo­nemu księ­dzu, który jest ozdobą rodu; ozdoba, czemu nie... cie­kawe, co ten nic­poń wy­my­ślił... oj, bę­dzie awan­tura, jak ktoś za­uważy, znów bę­dzie skan­dal...

Pompa fu­ne­bris, święto dla ży­wych, wzdy­cha­ją­cych z ulgą, że to nie oni leżą na ka­ta­falku pod ca­strum do­lo­ris, ce­le­bro­wali więc śmierć Pio­tra An­to­niego Na­rwoj­sza jak na­leży: ko­ściół Świę­tego Je­rzego był peł­niu­teńki, duszny, roz­pa­lony od wielu ciał, w taki go­rąc wci­śnię­tych w uro­czy­ste stroje ża­łobne z czar­nych, cięż­kich tka­nin; na­wet sze­ścio­fun­towe grom­nice trza­skały od tego go­rąca, pod czar­nym bal­da­chi­mem stały tar­cze z her­bami ro­dziny i wi­ze­ru­nek zmar­łego na bla­sze przy­bity w no­gach trumny; szkar­łatny ca­łun z ak­sa­mitu na ka­ta­falku, pas słucki roz­cią­gnięty na wieku, cztery lich­ta­rze w ro­gach, cho­rą­gwie i lampy olejne, w gło­wie trumny - ob­raz pa­trona zmar­łego, Świę­tego An­to­niego z książką oraz Dzie­ciąt­kiem, które uf­nie się do niego przy­tula, zu­peł­nie jak on, Fran­ci­szek Ksa­wery, kie­dyś tu­lił się do stryja Pio­tra An­to­niego. Wszystko wy­stro­jone jak trzeba, tak jak po­winno być pod­czas pompa fu­ne­bris moż­nego czło­wieka, bra­ko­wało tylko sa­mych Ra­dzi­wił­łów, fun­da­to­rów ko­ścioła i do­bro­dzie­jów ro­dziny, ale to nie były dla nich naj­lep­sze czasy - wo­je­woda wi­leń­ski Ka­rol Sta­ni­sław Ra­dzi­wiłł, Pa­nie Ko­chanku, po wszyst­kich groź­bach za­bra­nia mu ma­jątku za to, że nie zgo­dził się na pro­tek­to­rat ro­syj­ski, zmu­szony był opu­ścić Wiel­kie Księ­stwo i ukry­wać się te­raz gdzieś u Au­stria­ków, ale może to i le­piej, bo znów spła­tałby ja­kie­goś fi­gla pod­czas po­grzebu, jak wtedy gdy cho­wano Prze­ben­dow­skiego - po­pro­szony w cza­sie eg­ze­kwii o ksią­żęce słowo po­że­gna­nia, Ra­dzi­wiłł po­my­lił po­chó­wek z ko­lejną hu­lanką, tak już zdą­żył za­lać oczy, że wstaw­szy chwiej­nie z pierw­szej ławy, pod­niósł przy­nie­siony do ko­ścioła kie­lich z szam­pa­nem i za­be­czał: "Do­bry chłop z tego Prze­ben­dow­skiego, kur­wiego syna, a bo­daj go, wy­pijmy jego zdro­wie, gdzież to je­steś, pa­nie ko­chanku?", a tym­cza­sem ad­re­sat uro­czy­stego to­a­stu le­żał wprost pod jego no­sem, na ka­ta­falku... może i do­brze, że Pa­nie Ko­chanku się nie po­ja­wił, Fran­ci­szek Ksa­wery nie cier­piał go od dzie­ciń­stwa, od cza­sów nie­świe­skich... I bez niego pełno było sza­no­wa­nych wil­nian, kar­me­li­tów, je­zu­itów i księży... Uro­czy­sto­ści prze­bie­gały więc pięk­nie i spój­nie, na­wet ksiądz wy­gło­sił nie ho­mi­lię, ale wręcz pa­ne­gi­ryk, a gdy nad­szedł czas na prze­mowy i dzięk­czy­nie­nie, Fran­ci­szek Ksa­wery wstał jako je­den z pierw­szych, mowę przy­go­to­wał już dawno, na­wet z wtrą­co­nym wier­szem we­dług naj­lep­szych, naj­pięk­niej­szych za­sad po­etyki, ró­zgą i ki­jem wpo­jo­nych mu kie­dyś przez je­zu­itów, wszy­scy byli za­do­wo­leni, zwłasz­cza ko­biety i krewne Na­rwoj­szów, szcze­gól­nie stare cio­teczki słu­chały go, przy­ta­ku­jąc jak wiel­kie znaw­czy­nie, i gło­śnym szep­tem nie­do­sły­szą­cych chwa­liły jedna przed drugą mło­dego je­zu­itę: "Nasz Fran­ci­szek Ksa­wery jest naj­bli­żej świę­to­ści z ca­łego rodu", a to ci iro­nia, a to ci ilu­zja, którą ten święty bra­ta­nek cio­te­czek miał wkrótce roz­wa­lić: po za­koń­cze­niu kwie­ci­stej prze­mowy dał znak ko­muś pod or­ga­nami i spo­koj­nym kro­kiem od sa­mej sieni do ka­ta­falku przy­pro­wa­dził ją: dziew­czynę w czar­nych sza­tach ża­łob­nych, piękną jak święty ob­ra­zek, żywą ko­pię nie­bosz­czyka Pio­tra An­to­niego; oto na­sza sio­stra An­to­nina, za­śpiewa na po­że­gna­nie ze zmar­łym... Na wi­dok tej twa­rzy i na dźwięk imie­nia po­wstało za­mie­sza­nie, ni­czym fala, w któ­rej mie­szały się ze sobą zdzi­wie­nie, gniew i cie­ka­wość, ale w tym mo­men­cie za­głu­szyły ją spo­kojne i tę­skne, ale przej­mu­jące akordy or­ga­nów, An­to­nina Sen­ti­mani roz­chy­liła usta, a przez nie z głębi piersi, gdzie bije serce i gdzie Wszech­mo­gący umie­ścił tajną kry­jówkę dla du­szy, wy­do­był się głos: na po­czątku ni­ski i głę­boki, uno­sił się i roz­ta­czał w gę­stym, wy­peł­nio­nym ludz­kimi od­de­chami i mi­go­ta­niem świec ko­ściel­nym za­du­chu jak odu­rza­jąca woń kwiatu bia­łej li­lii - Vi­deo ca­elos aper­tos... wi­dzę otwarte nie­biosa, śpie­wała An­to­nina ni­gdy nie­po­zna­nemu ojcu, a z jej ust - ni­czym długi po­ca­łu­nek prze­ba­cze­nia na czole zmar­łego, prze­ba­cze­nia za dwa­dzie­ścia je­den lat bez oj­cow­skiej pro­tek­cji, wszyst­kie te lata sie­ro­cej sa­mot­no­ści, tu­ła­czek i nie­do­statku - lała się pieśń, ja­kiej nikt jesz­cze nie sły­szał: zda­wało się, że jej głos mógł roz­to­pić ka­tow­ski to­pór, za­goić naj­gor­sze rany, wodę za­mie­nić w wino, uga­sić po­żary, a może na­wet wskrze­sić zmar­łych, ale nie, śmierci jej głos nie mógł po­ko­nać, może tylko ży­czył spo­czy­wa­nia w po­koju; An­to­nina Sen­ti­mani śpie­wała praw­dziwą ko­ły­sankę śmierci dla wła­snego ojca. Jej głos, ja­kiego nikt jesz­cze nie sły­szał - tak był po­tężny, tak silny, a za­ra­zem pe­łen de­li­kat­nej czu­ło­ści - roz­ta­czał się i two­rzył me­lo­dię, od któ­rej na­wet białe rzeźby anio­łów na oł­ta­rzu po­chy­liły, jak się zda­wało, głowy i za­częły po­woli bić zło­tymi skrzy­dłami, koił du­szę, tłu­mił ból i wy­rzuty su­mie­nia, a Fran­ci­szek Ksa­wery po­czuł, że wspo­mnie­nia o do­świad­czo­nych krzyw­dach i udrę­kach, które tkwiły gdzieś głę­boko w za­ka­mar­kach jego du­szy ni­czym mocno za­wią­zane su­pły na rze­mie­niu dys­cy­pliny, od czy­stego, wcie­lo­nego w dźwięk i za­le­wa­ją­cego go słod­kiego spo­koju wresz­cie po­woli roz­luź­niają się i od tej ulgi prze­syca go naj­słod­sza eks­taza, a tę­sk­nota du­szy i po­żą­da­nie cie­le­sne, do któ­rego przez tyle lat bał się przed sobą przy­znać, wzno­szą się, i na osta­tek, na­resz­cie, jakby kru­sząc bu­do­waną przez wiele lat tamę znie­czu­le­nia, wy­ry­wają się łzami. Za­mar­z­nięte nie­gdyś czę­ści du­szy te­raz na­resz­cie roz­grze­wają się i top­nieją, rany po tylu cio­sach prze­stają bo­leć, cichną wspo­mnie­nia, a ma­rze­nia - bu­dzą się... po­dob­nego, tylko o wiele słab­szego wra­że­nia do­zna­wał je­dy­nie, gdy cza­sami spo­glą­dał na gwiazdy albo po pierw­szych ły­kach wina, kiedy tuż przed upi­ciem się obej­muje czło­wieka pewna lek­kość... Pła­kał, i pła­kał bez naj­mniej­szego wstydu, po­nie­waż te­raz wszy­scy lu­dzie w ko­ściele pła­kali: pła­kali ci­cho, bez dźwięku, każdy z wła­snych, tylko jemu zna­nych, ta­jem­ni­czych po­wo­dów, roz­bu­dzo­nych i po­ru­szo­nych do­sko­na­ło­ścią pie­śni An­to­niny; każdy pra­gnął być po­cie­szony, chciał przy­naj­mniej na chwilę za­po­mnieć o swoim zmar­twie­niu i bólu, więc po po­licz­kach - mło­dych i sta­rych, po­marsz­czo­nych i upu­dro­wa­nych, a na­wet po nie­któ­rych dzie­cię­cych - skąpo lub ob­fi­cie to­czyły się łzy; jedna tylko An­to­nina miała su­che oczy, jej głos był jej łzami, śpie­wała dla zmar­łego ojca, któ­rego nie znała i ni­gdy już nie po­zna, śpie­wała z żalu o prze­szłość, wy­ba­cza­jąc cze­ka­jącą ją przy­szłość, o którą on nie za­dbał, od­pusz­cza­jąc mu wszystko i na wieki; vi­deo ca­elos aper­tos, wi­dzę otwarte nie­biosa, śpie­wała ona, i rze­czy­wi­ście, na kilka mi­nut otwarła nie­biosa wszyst­kim ze­bra­nym, kiedy jed­nak echo pie­śni uci­chło, znik­nęła rów­nie na­gle, jak się po­ja­wiła.

Wy­wo­łany przez nią cud się skoń­czył - nad­szedł czas na po­świę­ce­nie trumny i inne ob­rządki, lu­dzie ze­szli z nieba na zie­mię: py­ta­jące spoj­rze­nia, za­czer­wie­nione po­liczki, szepty za wa­chla­rzami, ży­cie i po­grzeb to­czyły się da­lej, Pla­cyda Ame­lia, która starła już bru­natne ślady łez z bia­łego pu­dru na twa­rzy, wbiła wro­gie spoj­rze­nie w bra­tanka Fran­ciszka Ksa­we­rego: jak on śmiał, do gro­bo­wej de­ski nie wy­ba­czy mu po­ni­że­nia; no i co, no i co z tego, że wy­buchł skan­dal, wszystko mu jedno, Fran­ci­szek Ksa­wery czuł, iż po­stą­pił wła­ści­wie, zda­wało mu się, że to wszystko przy­pa­dłoby do gu­stu stry­jowi Pio­trowi An­to­niemu - bo­sko za­śpie­wała mu tak cza­ru­jąca młoda ko­bieta, jego wła­sna córka w do­datku; tak czy ina­czej, nie­bosz­czyk na pewno już te­raz się nie ze­zło­ści.

Gdy o zmierz­chu znów roz­brzmiały wszyst­kie dzwony wi­leń­skie, a ża­łob­nicy wy­szli z ko­ścioła, przed bramą cze­kało ich naj­dziw­niej­sze, nie­chrze­ści­jań­skie zja­wi­sko, jesz­cze jedno za­mie­sza­nie: tam, nie ma­jąc od­wagi przy­łą­czyć się do uro­czy­stej pro­ce­sji, ale chcąc uho­no­ro­wać zmar­łego, ze świe­cami lub lam­pami w rę­kach stało nie­mal stu wi­leń­skich Ży­dów, z któ­rymi nie­bosz­czyk Na­rwojsz w prze­szło­ści mie­wał mnó­stwo spraw i trans­ak­cji, a prze­pro­wa­dzał je z ży­dow­ską mą­dro­ścią, ni­gdy nie nad­uży­wa­jąc prze­wagi sil­niej­szego, obok zaś z grom­ni­cami cze­kały nie­mal wszyst­kie - stare i młode, od bez­zęb­nych sta­ru­szek do tych, co le­d­wie dziećmi być prze­stały - la­dacz­nice z za­ułka Świę­tego Igna­cego, które przez wiele lat dłu­giego ży­cia zmar­łego cie­szyły się z jego wy­jąt­ko­wej hoj­no­ści, gdy wy­da­wał na nie swoje pie­nią­dze za­ro­bione na tych ży­dow­skich ge­sze­ftach, i w taki spo­sób, w mi­go­tli­wym bla­sku se­tek świec, szcze­rze opła­ki­wany przez ro­dzinę i krew­nych, ko­chankę i nie­ślubną córkę, po­łowę Ży­dów Wilna i nie­mal wszyst­kie miej­skie kurwy, wielki Piotr An­toni Na­rwojsz z Mil­kont zo­stał spusz­czony do pod­zie­mia ko­ścioła Świę­tego Je­rzego: zgod­nie z jego dzi­waczną, lecz do­bitną ostat­nią wolą de­po­na­cja[2] była krótka, ale stypa i dal­sze eg­ze­kwie miały trwać jesz­cze pięć dni.

Nie stypa, ale wręcz splen­dor - tak póź­niej mó­wili wszy­scy ci, któ­rym przy­pa­dły w udziale szczę­ście i przy­jem­ność opła­ki­wa­nia Na­rwoj­sza: jako ama­tor do­brego ży­cia po­sta­rał się, aby po­że­gna­nie z nim uczcić praw­dziwą, wie­lo­dniową, godną ma­gnata ucztą, przez którą z każ­dym dniem na po­ran­nych mo­dli­twach ze względu na kaca albo zmę­cze­nie gro­ma­dziło się co­raz mniej krew­nych, aż pią­tego dnia ze­szli się tylko oj­co­wie kar­me­lici, kilka bo­go­boj­nych sta­rych cio­te­czek wo­lą­cych plotki od trunku oraz stali ko­ścielni że­bracy. Fran­ci­szek Ksa­wery tym ra­zem po­zwo­lił so­bie na wię­cej wina: o ile pierw­sze dni jesz­cze jako tako pa­mię­tał, tak czwarty i piąty już jak przez mgłę, ale były, zdaje się, i prze­mowy, i to­a­sty, a na­wet tańce; wy­da­wało mu się, że trze­ciego dnia jego oj­ciec Mi­chał, zu­peł­nie pi­jany i na­gle fer­tyczny, omal nie wstał z wózka, krzy­cząc, że jego star­szy brat Piotr An­toni całe ży­cie był za­sra­nym chciw­cem, za­wsze uwa­ża­ją­cym się za lep­szego od in­nych w ro­dzi­nie, i ko­chał tylko kurwy i Ży­dów; zdaje się, że cio­cia Pla­cyda Ame­lia po­kłó­ciła się z Alek­san­drem Wła­dy­sła­wem; zdaje się, że go­ście mię­dzy sobą kil­ka­krot­nie i po­bili się, i spa­ro­wali, i, być może, na­wet po­częto dzieci przy oka­zji tego uro­czy­stego po­grzebu... Tak czy ina­czej, już pierw­szej nocy Fran­ci­szek Ksa­wery, wy­szedł­szy za po­trzebą, przy­ła­pał Ta­de­usza z jego chło­peczką: tam, w po­dwó­rzu, usły­szał płacz ku­zyna przy krza­kach; cho­ciaż pi­jany, był jed­nym z tych, któ­rzy na­prawdę szcze­rze roz­pa­czali tego dnia, ża­ło­wał nie tylko ojca, ża­ło­wał też sie­bie, ża­ło­wał i tego, że te­raz to on jest na­stępny w łań­cu­chu śmierci, ża­ło­wał nie­wia­do­mej przy­szło­ści, wła­śnie o tym mó­wił dziew­czy­nie: o stra­chu, zgry­zo­cie, o krót­ko­ści ży­wota, o śmierci, która wszystko po­żera, o zgo­nie ojca, o przed­wcze­śnie zmar­łej żo­nie, o tym, że grozi im wojna z Ro­sją; zda­wało mu się, że za­raz na­staną bunty, za­mieszki, może na­wet trzeba bę­dzie wo­jo­wać... Nie wia­domo, czy ta dziew­czyna ro­zu­mie choć po­łowę z dys­kursu ku­zyna, roz­wa­żał Fran­ci­szek Ksa­wery, ale da­lej słu­chał ukryty w mroku: ci­szy, wes­tchnie­nia, sze­le­stu tka­niny, jesz­cze cięż­szego, szyb­szego od­de­chu, Boże mi­ło­ściwy, to ona pierw­sza po­ca­ło­wała ku­zyna, co za od­waga, ja­każ wiara w sie­bie i w to, że ciało słod­kie i lep­kie od let­niego upału swymi cza­rami może od­pę­dzić od pana strach przed śmier­cią, od­go­nić go jak naj­da­lej, aż do bez­na­mięt­nych gwiazd... le­piej nie prze­szka­dzać... Zro­bił więc krok wstecz, po­trą­ca­jąc ja­kiś ku­beł, pło­sząc psy, nocne ptaki i za­ko­cha­nych.

Ta­de­usz pierw­szy wy­szedł z ukry­cia, było sły­chać, jak dziew­czyna w po­śpie­chu, z sze­le­stem po­pra­wia ubra­nia. "To ty, ku­zy­nie, dzięki Bogu, to tylko ty... - ochło­nął Ta­de­usz - chodź, Mar­cjanna, nie bój się, to tylko mój ku­zyn je­zu­ita", i ona wy­szła z ciem­nego li­sto­wia krza­ków - tak, do­brze od­gadł, ta sama, którą wi­dział w pro­ce­sji, nieco roz­wi­chrzona, po­rząd­ko­wała roz­czo­chrane włosy; wy­cią­gnąw­szy ro­gową szpilę, którą trzy­mała w ustach, sta­now­czo wbiła ją w za­wi­nięty na po­wrót kok, wa­ha­jąc się przez chwilę, nie­pew­nie ski­nęła, roz­wa­ża­jąc, czy wy­pada te­raz ca­ło­wać dłoń ojca du­chow­nego, jed­nak Fran­ci­szek Ksa­wery tylko mach­nął ręką - nie te­raz, to nie miej­sce na ce­re­mo­nie, a wtedy ona swoim dźwięcz­nym, nieco ostrym gło­sem za­pro­siła, a ra­czej im na­ka­zała - jak, nie ba­cząc na stan, może roz­ka­zy­wać tylko ko­bieta świa­doma swo­jej pięk­no­ści - pójść za sobą do ofi­cyny: chodź­cie, na­kar­mię was, tam mi wolno. I nocą, przy świe­tle świec, ja­śniała tak samo jak za dnia - zdro­wiem, do­brym na­stro­jem, tą złotą jak pszenny chleb skórą, na któ­rej te­raz, na po­licz­kach i szyi, czer­wie­niło się kilka plam, otarć od szorst­kich po­licz­ków Ta­de­usza; i Fran­ci­szek Ksa­wery, nie mo­gąc ode­rwać od niej oczu, ob­ser­wo­wał, jak na cy­no­wym ta­le­rzu spo­koj­nie kroi chleb, ser i ka­wał osty­głej pie­czeni wo­ło­wej, jak na­lewa wina i wody - ciemna, spo­kojna i nie­wzru­szona jak zie­mia; "Kto to?" - py­tał spoj­rze­niem Ta­de­usza, a ona, za­uwa­żyw­szy to, bez naj­mniej­szego za­że­no­wa­nia dy­gnęła w nieco nie­zręcz­nym re­we­ran­sie: "Mar­cjanna Ma­taj­tis" - przed­sta­wiła się po li­tew­sku; "Mar­cjanna Ma­taj­tis, córka Ma­taj­tisa, mo­jego eko­noma na Her­ma­nisz­kach" - po­wtó­rzył nieco za­ru­mie­niony Ta­de­usz; "Buk pa­swey­kinta[3], panna Mar­cjanna" - od­po­wie­dział jej rów­nież po li­tew­sku Fran­ci­szek Ksa­wery. I piękna Mar­cjanna Ma­taj­tis, w kuchni ob­cej ofi­cyny krę­cąc się jak w swo­jej wła­snej, spo­koj­nie, jakby była wła­ści­cielką i tej kuchni, i ofi­cyny, i dworu, i Wilna, i ca­łego świata, na­kar­miła oby­dwu ża­łob­ni­ków, któ­rzy tej nocy po­cho­wali ojca i stryja, a ten po­si­łek był dla nich jak przy­po­mnie­nie, że na­dal znaj­dują się po tej stro­nie, żywi, w kró­le­stwie ży­wota; póź­niej, gdy już świ­tało, roz­dzie­lili się - ku­zyni Na­rwoj­szo­wie ru­szyli do pa­ła­cyku, gdzie mieli po­ście­lone w bi­blio­tece, a Mar­cjanna po­szła do szopy przy ofi­cy­nie, gdzie od­dziel­nie od męż­czyzn po­ło­żono słu­żące przy­byłe z krew­nymi rodu i gdzie za­miast łóżka cze­kał ją wo­rek z sia­nem.

II

Fran­ci­szek Ksa­wery nie lu­bił go­dzin przed świ­tem - zwłasz­cza tego dziw­nego czasu mię­dzy czwartą i piątą, gdy sty­gnąca noc staje się naj­zim­niej­sza, a jego ka­szel się na­si­lał; czasu, kiedy lu­dzie udrę­czeni bez­sen­no­ścią poj­mują, że Mor­fe­usz już nie na­dej­dzie, a cho­rzy naj­bar­dziej lu­bią umie­rać. Bóg świad­kiem, pró­bo­wał za­snąć w bi­blio­tece na po­sła­nym dla niego gru­bym ma­te­racu; Ta­de­usz po­wier­cił się obok i za­padł szybko w zdrowy sen czło­wieka o czy­stym su­mie­niu, ale Fran­cisz­kowi Ksa­we­remu to nie wy­cho­dziło: z naj­głęb­szych za­ka­mar­ków za­częły wy­ła­zić nocne stra­chy i widma dzie­ciń­stwa, znów przy­po­mniał so­bie ten po­ra­nek sprzed wielu lat, gdy o świ­cie zbu­dził go po­sztur­chi­wa­niem oj­ciec: wsta­waj, synu, po­że­gnaj się z matką, je­dziemy, na­stał ten dzień... Ja­kąż istotą jest dziecko - żywe stwo­rze­nie, po­dobne do kota albo do psa, łasi się gła­skane, ale można je, gdy nie przy­pad­nie do gu­stu, kop­nąć, wy­chło­stać, rzu­cić na ko­lana, za­mknąć, zbić i po­ni­żyć? Bło­go­sła­wiony twór Boga, który tchnął w niego swą iskrę? Pąk, który roz­kwit­nie ludz­kim kwia­tem i wyda swój owoc? Peł­no­prawna osoba, po­sia­da­jąca wolę, prawa i obo­wiązki, któ­rej bra­kuje tylko świa­do­mo­ści i ro­ze­zna­nia? Kim był on w ten sądny po­ra­nek? Czło­wie­kiem? Przed­mio­tem? Na wpół zwie­rząt­kiem? Bez­wol­nym od­dy­cha­ją­cym ka­wał­kiem mięsa? Czy mógł sam de­cy­do­wać, czy po­tra­fił, czy miał do tego choć naj­mniej­sze prawo dane mu przez Boga lub ludz­kie ustawy? Tak czy ina­czej, nikt go nie py­tał - prze­ciw­nie, jesz­cze do­stał bo­le­śnie po karku, a po­tem jesz­cze raz, ró­zgą po rę­kach, po­nie­waż chciał za­brać ze sobą uko­cha­nego pie­ska ku­dłatka, wy­pu­ścił go jed­nak, roz­warł za­ci­ska­jące się na nim dło­nie - nie z bólu, ale dla­tego że oj­ciec siłą wy­cią­ga­jący psa z ob­jęć syna roz­darłby na pół, jak się zda­wało, ża­ło­śnie wy­jące zwie­rzątko... Gdzie była matka? Stała, cię­żarna już chyba po raz dzie­siąty (prze­żyła tylko ich czwórka - on, Jan, An­toni i Anna Ka­ta­rzyna), w pro­mie­niach wscho­dzą­cego słońca na drew­nia­nym ganku ich domu; znak bło­go­sła­wień­stwa w po­wie­trzu, mały, złoty krzy­żyk za­wie­szony na szyi, mo­kry od łez po­ca­łu­nek na czole, dwie zimne, stward­niałe dło­nie na jego dzie­cię­cych po­licz­kach i od­sta­jący brzuch, w któ­rym, o ile pa­mięta, każ­dego roku po­ja­wiało się coś, co prze­szka­dzało mu przy­tu­lić się do niej... Tyle pa­mię­tał z tam­tego po­ranka. I jesz­cze ob­raz - ich sta­ro­dawny, stu­letni, ma­lutki drew­niany dwo­rek o stro­mym da­chu, w Mil­kon­tach nie­da­leko Świ­rek, odzie­dzi­czony przez ojca po świę­tej pa­mięci bo­ga­tej cio­teczce Ur­szuli z Na­rwoj­szów Bi­ron­to­wej, ta wielka pani, dama z dworu kanc­le­rzyny, lu­biła nie­gdyś spę­dzać tam lato; po po­dziale jej ma­jątku zgod­nie z te­sta­men­tem dwo­rek stał się do­mem dla naj­młod­szego z braci; jak z go­ry­czą ma­wiał oj­ciec: "Ostat­niemu pro­się­ciu su­tek przy du­pie"... Dwo­rek w Mil­kon­tach z ciem­nego drewna, jego kon­tur jakby wy­cięty z czar­nego pa­pieru na tle ró­żo­wej ju­trzenki, od­da­la­jący się na końcu drogi na Świrki, oraz jego kun­de­lek, po­szcze­ku­jący za nimi przez pra­wie pół mili, do­póki oj­ciec nie stra­cił cier­pli­wo­ści i nie wy­mie­rzył mu razu ba­tem. Ja­kie to dziwne - już nie pa­mięta, jak wa­bił się je­dyny pies, ja­kiego w ży­ciu po­sia­dał... Wy­da­wało się, jakby pa­mięć o jego dzie­ciń­stwie zo­stała utra­cona w ka­wał­kach, ni­czym tynk od­pa­da­jący z fre­sków... Pa­mię­tał tylko drew­nianą skrzynkę i za­wi­niątko w wo­sko­wa­nym płót­nie; szubę z ba­ra­niego ko­żu­cha, jedną parę bu­tów, ręcz­nik z szorst­kiego płótna, dwie ko­szule i spła­cheć czar­nej tka­niny; pa­mię­tał długą po­dróż na trzę­są­cym się wo­zie, oj­ciec po­wie­dział: "Czter­dzie­ści mil albo nie­mal trzy­sta wiorst to nie żarty, wi­dzisz, jak się dla cie­bie sta­ramy"; za­pa­mię­tał Smor­go­nie w po­ło­wie drogi z bie­lu­teń­kim ko­ścio­łem, ale za­in­te­re­so­wał się nimi tylko dla­tego, bo oj­ciec na­po­mknął, że tu, w Smor­go­niach, Ra­dzi­wił­ło­wie dla wła­snej za­bawy uczą niedź­wie­dzie tań­czyć i na­wet za­ło­żyli dla nich aka­de­mię, pa­mię­tał, że roz­glą­dał się i roz­glą­dał, żeby tylko zo­ba­czyć w mia­steczku choć naj­mniej­szego niedź­wiadka, ale na uli­cach uj­rzał tylko Ży­dów i kil­koro Cy­ga­nów, i pa­mię­tał, że od tego miej­sca wło­ścia­nie nie mó­wili już mową z ich wo­je­wódz­twa, za­czy­nali się tam miń­scy, mó­wili po pol­sku, ale nie z pań­ska, w dziw­nym i za­baw­nym na­rze­czu, za­miast "g" mó­wili "h", py­tani o drogę na­zy­wali te Smor­go­nie Smar­ho­nią... Pa­mię­tał jesz­cze Mir, pierw­szy, jaki wi­dział w ży­ciu, ogromny, sta­ro­dawny za­mek jak z bajki, w go­spo­dzie u jego pod­nóża prze­no­co­wali, i na­stęp­nego ranka do­tarli już do Nie­świeża. Za­pa­mię­tał, że był biały, z bie­lu­sień­kimi mu­rami, biały i zimny, żół­cił się tam je­dy­nie oto­czony wa­łem wielki za­mek Ra­dzi­wił­łow­ski, a reszta - ko­ściół, brama Słucka, ra­tusz i targ, i ka­mie­nice - była biała... Białe ko­le­gium je­zu­ic­kie z ar­ka­dami, dwa­dzie­ścia osiem okien, białe ściany, biała, ząb­ko­wana ozdobna tar­cza przy da­chu, biała wie­życzka, biały ko­ry­tarz, w któ­rym przy­ka­zali mu, by cze­kał, sie­dząc na ła­wie... Białe i czarne płytki ko­ry­ta­rza uło­żone w sza­chow­nicę, czter­dzie­ści sześć na dłu­gość, osiem­na­ście na sze­ro­kość, summa sum­ma­rum osiem­set dwa­dzie­ścia osiem, po czte­ry­sta czter­na­ście każ­dej barwy... To aku­rat do­brze pa­mięta, od razu po­li­czył... A po­tem wszystko po­to­czyło się szybko, za­dzi­wia­jąco szybko - po­ja­wił się oj­ciec z księ­dzem je­zu­itą, ka­zał mu iść z nimi, nie zdą­żył na­wet stopni po­li­czyć, do góry, do in­nego bia­łego ko­ry­ta­rza z wie­loma, wie­loma drzwicz­kami, za­trzy­mali się przy jed­nych z nich i oj­ciec go po­bło­go­sła­wił, ode­pchnął od sie­bie i rzekł: "Z Bo­giem, z Bo­giem Fran­ciszku Ksa­wery, uwa­żaj mi, ucz się do­brze, nie rób wstydu na­zwi­sku Na­rwoj­szów, dużo pie­nię­dzy za cie­bie za­pła­cono", a po­tem się od­wró­cił i po pro­stu od­szedł, Fran­ci­szek Ksa­wery chciał biec za nim, ale mu nie po­zwo­lono, we­pchnięto go do celi i za­mknięto, w środku było jedno okno i osiem łó­żek, nie miał jesz­cze ośmiu lat, trzeba było go od­dzie­lić i za­mknąć, bił w drzwi, wrzesz­czał i pła­kał przez trzy dni, aż je­zu­ici dali mu ja­kie­goś zio­ło­wego na­poju na uspo­ko­je­nie, po­tem jesz­cze przez sześć lat, do czter­na­stego roku ży­cia, kiedy to roz­po­czął no­wi­cjat, czyli przez po­nad dwa ty­siące dni, pła­kał co­dzien­nie, gdy nikt go nie wi­dział, naj­czę­ściej wła­śnie w ta­kich go­dzi­nach przed świ­tem, po­nie­waż nie ro­zu­miał, co złego zro­bił swo­jemu ojcu i swo­jej matce; za co, dla­czego wzięli go, wy­wieźli i zo­sta­wili.

Fran­ci­szek Ksa­wery usiadł na swoim po­sła­niu: nie, nie podda się roz­go­ry­cze­niu, nie po­zwoli, aby za­lała go złość, już dawno to so­bie po­przy­siągł; nie, nie bę­dzie już zga­dy­wał, jak wy­glą­da­łoby jego ży­cie, gdyby wtedy nie za­świ­tał ten de­cy­du­jący po­ra­nek; może to, ten jego los, było wy­ro­ko­wane mu w gwiaz­dach? Czy przy­tła­cza­jący go tępy ból, sa­mot­ność i udręki zo­stały prze­wa­żone na wa­gach losu przez na­ukę, Fran­cję, po­ezję, fi­lo­zo­fię i jego ma­te­ma­tykę? O Boże, nie po­zwól mi zgorzk­nieć, ucho­waj mnie od gniewu i bez­rad­nego pra­gnie­nia ze­msty... Ro­zej­rzał się po po­koju: otóż pewna po­cie­cha, wszyst­kie książki z bi­blio­teki stryja te­raz z woli nie­bosz­czyka przy­pa­dły jemu. Co za zbieg oko­licz­no­ści - we­dług in­wen­ta­rza jest ich czte­ry­sta czter­na­ście, do­kład­nie tyle, ile czar­nych pły­tek w ko­ry­ta­rzu u nie­świe­skich je­zu­itów, nie są­dził, aby wśród nich zna­la­zło się coś war­to­ścio­wego czy no­wa­tor­skiego, nie spo­dzie­wał się zna­leźć tam fran­cu­skiej En­cy­klo­pe­dii, byłby to za­kup zbyt drogi na­wet dla za­moż­nego stryja, nie, naj­pew­niej tylko zwy­czajna lek­tura szla­checka, mo­dli­tew­niki, trak­taty re­li­gijne i hi­sto­ryczne, kilka po­wie­ści, dzien­niki ro­dzinne i go­spo­dar­skie, ale oto wśród nich zna­la­zła się i wy­świech­tana, gruba ro­dzinna si­lva re­rum z po­ciem­nia­łym per­ga­mi­nem, w któ­rego kra­wę­dzie wpił się tłuszcz wielu pal­ców; dziwna, za­bo­bonna ba­zgra­nina mi­nio­nych cza­sów o wszyst­kim i o ni­czym, upa­mięt­nie­nie po­ko­leń ro­dziny. Stryj z nie­wia­do­mego po­wodu zo­sta­wił ją jemu, ra­zem ze wszyst­kimi książ­kami, a nie swoim sy­nom - nie Ka­zi­mie­rzowi czy Ta­de­uszowi... Te odzie­dzi­czone książki to jego pierw­sze bo­gac­two, pierw­sza wła­sność, prze­cież on, Fran­ci­szek Ksa­wery, nic nie po­siada, nie ma na­wet wła­snego da­chu nad głową, pod któ­rym mógłby chro­nić tę bi­blio­tekę, zgod­nie z umową jego tym­cza­sową kwa­terą miały być te­raz za­dy­mione, lecz zimne chaty wzdłuż Nie­mna albo, w naj­lep­szym wy­padku, po­koje wy­naj­mo­wane od Ży­dów w mia­stecz­kach po­ło­żo­nych nad rzeką... Z woli Wszech­mo­gą­cego albo losu nie po­siada ni­czego, ni­gdy nic nie po­sia­dał i nie są­dzi, aby mógł coś po­sia­dać w przy­szło­ści; ca­łym jego ma­jąt­kiem jest złoty ze­ga­rek, po­da­ro­wany mu rów­nież przez stryja, kilka ubrań i buty na zmianę; wszystko to mie­ści się, po­dob­nie jak w dzie­ciń­stwie, w za­wi­niątku z wo­sko­wa­nego płótna, wszyst­kie jego sie­dziby to zwol­nione przez star­szych je­zu­itów uni­wer­sy­tec­kie kwa­tery, wy­naj­mo­wane miesz­ka­nia, po­koje w pa­ła­cach u do­bro­dzie­jów, przy­drożne za­jazdy - gdzie tam bi­blio­teka, prze­cież pra­wie nie ma wła­snych ksią­żek, tylko pa­piery, wy­star­czały mu czy­tel­nie w ko­le­gium, w no­wi­cja­cie i na uni­wer­sy­te­cie; gdzie prze­cho­wać po­zo­sta­wione przez stryja księgi? Trzeba bę­dzie pro­sić Ka­zi­mie­rza i Pla­cydę Ame­lię, żeby po­zwo­lili mu po­zo­sta­wić je tu­taj na parę lat, aż być może urzą­dzi się gdzieś bar­dziej na stałe; ale oto si­lva re­rum, otwo­rzył jej strony w co­raz moc­niej­szym świe­tle po­ranka, nic szcze­gól­nego, epi­ta­la­mia, re­cepty, mowy po­grze­bowe...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki