1
2049
Waszyngton, D.C.
Wysokie szklane gabloty na trofea służyły kiedyś jako półki na książki. Wskazywały na to pewne poszlaki. Wsporniki półek liczyły sobie wieki, podczas gdy zawiasy i maleńkie zamki szklanych drzwiczek miały zaledwie parę dekad. Otaczające szkło oprawy były z drzewa wiśni, ale same regały wykonano z dębiny. Ktoś próbował temu zaradzić, kładąc parę warstw bejcy, ale układ słoi był inny. Kolor nie pasował idealnie. Wyćwiczone oko wychwytywało takie szczegóły od razu.
Kongresmen Donald Keene zauważał te wskazówki całkiem bezwiednie. Po prostu patrzył i widział, że dawno temu miała tu miejsce wielka czystka, robiono więcej miejsca. W pewnym momencie w przeszłości poczekalnię Senatora odarto z nieodzownych w takim miejscu książek prawniczych, aż została ich zaledwie garstka. Ocalałe tomy siedziały cicho w ciemnych kątach szklanych gablot. Były uwięzione, a stara skóra na ich spękanych grzbietach łuszczyła się jak naskórek po poparzeniu słonecznym.
W poczekalni nerwowo przechadzało się i wierciło paru podobnych Keene'owi świeżo upieczonych kongresmenów, którzy dopiero co zaczęli pierwszą kadencję. Tak jak Donald, byli młodzi i nadal beznadziejnie optymistyczni. Mieli zaprowadzić zmiany na Wzgórzu Kapitolińskim. Żywili nadzieję, że odniosą sukces tam, gdzie ich równie naiwni poprzednicy zawiedli.
Czekając na swoją kolej, by spotkać się ze wspaniałym Senatorem Thurmanem reprezentującym ich rodzinny stan Georgia, rozmawiali nerwowo między sobą. Donald wyobraził ich sobie jako stado księży ustawionych w kolejce, oczekujących, by spotkać papieża i ucałować jego pierścień. Powoli wypuścił powietrze z płuc i skupił się na zawartości gablotki, całkowicie pochłonięty kryjącymi się za szkłem skarbami, podczas gdy inny reprezentant z Georgii trajkotał o Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom w swoim dystrykcie.
- ...a na swojej stronie internetowej zamieścili taki szczegółowy przewodnik, taką instrukcję prewencji i szybkiego reagowania na wypadek... uwaga, uwaga... inwazji zombie. Dacie wiarę? Pieprzonych zombie. Tak jakby już nawet CDC myślało, że coś mogłoby pójść nie tak i nagle zaczęlibyśmy się nawzajem zjadać...
Donald stłumił uśmiech, bojąc się, że jego odbicie będzie widoczne na szkle. Odwrócił się i spojrzał na kolekcję fotografii na ścianach. Przedstawiały Senatora w towarzystwie każdego z czterech ostatnich prezydentów. Wszystkie ujęcia ukazywały taką samą pozę i uścisk dłoni oraz takie samo tło - nietknięte wiatrem flagi i ozdobne, przerośnięte pieczęci. Prezydenci przychodzili i odchodzili, a Senator praktycznie się nie zmieniał. Włosy miał białe na pierwszym i na ostatnim zdjęciu; upływające dekady zdawały się nie mieć na niego najmniejszego wpływu.
Kiedy patrzyło się na te zawieszone obok siebie fotografie, ich doniosłość gdzieś się rozwiewała. Wyglądały na upozorowane. Sztuczne. Tak jakby garstka najpotężniejszych ludzi świata tylko marzyła o tym, by móc stanąć i pozować do zdjęcia na tle wyciętej z tektury przydrożnej atrakcji turystycznej.
Donald zaśmiał się, a kongresmen z Atlanty się dołączył.
- No wiem, wiem. Zombie. Komiczne. Ale zastanówcie się nad tym, dobrze? Dlaczego CDC miałoby w ogóle posiadać taką instrukcję, jeśli nie...
Donald miał ochotę sprostować, że tak naprawdę śmiał się z czegoś innego. Chciał powiedzieć: spójrzcie na te uśmiechy. To prezydenci się uśmiechali. Senator wyglądał jak ktoś, kto wolałby być w tej chwili gdziekolwiek indziej. Człowiek odnosił wrażenie, że każdy z tych głównodowodzących sił zbrojnych wiedział, kto tu jest potężniejszym człowiekiem i kto zostanie na placu boju, kiedy ich czas już przeminie.
- ...radzą na przykład, że razem z latarką i świeczkami każdy powinien trzymać też kij bejsbolowy, no nie? Na wszelki wypadek. Wiecie, do rozwalania głów.
Donald wyciągnął telefon i sprawdził godzinę. Rzucił przelotne spojrzenie na drzwi wychodzące z poczekalni, zastanawiając się, ile jeszcze będzie musiał czekać. Schowawszy telefon, odwrócił się do gabloty i przyjrzał się uważnie półce, na której znajdował się mundur wojskowy ułożony jak misterne origami. Lewą stronę marynarki zdobiła warstwa medali; rękawy złożono i upięto szpileczkami tak, by wyeksponować złote galony, którymi obszyte były mankiety. Naprzeciwko munduru wystawiono kolekcję dekoracyjnych monet poukładanych na drewnianym regale, będących dowodami wdzięczności mężczyzn i kobiet służących w odległych krajach.
Obydwie ekspozycje - mundur z przeszłości i monety od obecnie wysłanych za granicę żołnierzy - mówiły bardzo wiele, niczym nawiasy obejmujące dwie wojny. W tej pierwszej Senator walczył jako młodzieniec. O tę drugą toczył batalię, chcąc jej zapobiec, już jako starszy i mądrzejszy człowiek.
- ...taa, to brzmi jak wariactwo, wiem, ale czy wiecie, co wścieklizna robi z psem? To znaczy co naprawdę robi, w ujęciu biologicznym...
Donald nachylił się, by z bliska spojrzeć na dekoracyjne monety. Numer i motto na każdej z nich reprezentowały daną grupę. A może batalion? Nie pamiętał. Jego siostra Charlotte by wiedziała. Ona też gdzieś tam była, w terenie.
- Hej, nie niepokoi cię to ani trochę?
Donald zdał sobie sprawę, że pytanie było skierowane do niego. Odwrócił się do gadatliwego kongresmena. Musiał mieć koło trzydziestu pięciu lat, czyli był mniej więcej w wieku Donalda. Keene dostrzegał w nim jak w lustrze swoje własne przerzedzające się włosy, zalążek oponki na brzuchu, nieprzyjemne oznaki przechodzenia w wiek średni.
- Czy niepokoją mnie zombie? - zaśmiał się Donald. - Nie. Szczerze mówiąc, wcale.
Kongresmen podszedł do Donalda. Jego wzrok powędrował ku imponującemu mundurowi, który zawieszono tak, by stworzyć iluzję, że wewnątrz znajduje się pierś wojownika.
- Nie - powiedział. - Chodziło mi o spotkanie z nim.
Drzwi prowadzące do recepcji otworzyły się, a z sąsiedniego pomieszczenia zaczęły wylewać się piśnięcia telefonów.
- Kongresmen Keene?
W przejściu stanęła starsza recepcjonistka w białej bluzce i czarnej spódnicy podkreślającej jej szczupłą, atletyczną sylwetkę.
- Senator Thurman chce się z panem widzieć - powiedziała.
Donald, mijając kongresmena z Atlanty, poklepał go po ramieniu.
- Hej, powodzenia - wydukał za nim mężczyzna.
Donald uśmiechnął się. Zwalczył w sobie pokusę, by odwrócić się i powiedzieć mu, że zna Senatora dosyć dobrze i że jako dziecko siadywał mu na kolanach. Tyle że był zbyt zajęty ukrywaniem własnego podenerwowania.
Przekroczył drzwi z drogiego drewna o głębokich żłobieniach i wkroczył do wewnętrznego sanktuarium Senatora. Nie przypominało to przejścia przez hall, by zabrać jego córkę na randkę. Teraz było inaczej. Miał spotkać się z Senatorem jak z kolegą z pracy, podczas gdy on nadal czuł się jak ten sam dzieciak sprzed lat.
- Tędy - powiedziała recepcjonistka. Poprowadziła Donalda między paroma szerokimi, zawalonymi papierami biurkami, na których popiskiwał z tuzin telefonów. Młodzi mężczyźni w garniturach i kobiety w świeżo wyprasowanych bluzkach ściskały oburącz słuchawki, a ich znudzone wyrazy twarzy sugerowały, że to normalne natężenie pracy jak na poranek w dzień roboczy.
Mijając jedno z biurek, Donald wyciągnął rękę i przejechał opuszkami palców po drewnie. Mahoń. Tutejsi asystenci mieli ładniejsze biurka niż on sam. A ten wystrój: pluszowy dywan, szerokie i wiekowe gzymsy, antycznie wyglądający sufit kasetonowy, żyrandole, które być może były z prawdziwego kryształu.
Na drugim końcu brzęczącej i popiskującej sali otworzyły się żłobione drzwi, a zza nich wyłonił się kongresmen Mick Webb, który właśnie wychodził ze spotkania. Mick nie zauważył Donalda, zbyt zaabsorbowany trzymanym przed oczami otwartym folderem.
Donald zatrzymał się i zaczekał, aż jego kolega i stary przyjaciel z college'u podejdzie bliżej.
- Więc - zapytał - jak poszło?
Mick podniósł wzrok i zatrzasnął folder. Włożył go pod pachę i skinął głową.
- Tak, tak. Było świetnie. - Uśmiechnął się. - Przepraszam, jeśli trochę nam zeszło. Staruszek nie mógł się mną nacieszyć.
Donald się zaśmiał. Nie wątpił w to. Mick sunął przez biuro z łatwością i gracją. Miał charyzmę i pewność siebie, które świetnie szły w parze z wysokim wzrostem i przystojną twarzą. Donald żartował wielokrotnie, że gdyby jego przyjaciel nie miał tak cholernie kiepskiej pamięci do nazwisk, pewnego dnia zostałby prezydentem.
- Nie ma problemu - powiedział Donald. Wskazał kciukiem przez ramię. - Nawiązywałem nowe znajomości.
Mick wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Ja myślę.
- Taa, no cóż, widzimy się potem na ranczo.
- Pewnie. - Mick klepnął go w ramię folderem i ruszył do wyjścia. Donald pochwycił karcące spojrzenie recepcjonistki Senatora i pospieszył w jej kierunku. Gestem wskazała mu wejście do słabo oświetlonego biura i zamknęła za nim drzwi.
- Kongresmen Keene.
Senator Paul Thurman wstał zza biurka i wyciągnął dłoń. Błysnął znajomym uśmiechem, który Donald rozpoznawał w równym stopniu ze zdjęć i telewizji, jak i ze wspomnień z dzieciństwa. Pomimo wieku Thurmana - musiał zbliżać się do siedemdziesiątki, o ile już jej nie skończył - Senator był ciągle schludny i w świetnej formie. Oksfordzka koszula opinała jego sylwetkę wojskowego, krzepki kark wystawał z pętli zawiązanego krawata, a jego białe włosy pozostały równie czyste i zadbane co u rekruta.
Donald przemierzył ciemne pomieszczenie i uścisnął dłoń Senatora.
- Miło mi pana widzieć.
- Proszę, siadaj. - Thurman puścił dłoń Donalda i wskazał na jedno z krzeseł naprzeciwko biurka. Donald usiadł na siedzisku z jaskrawoczerwonej skóry oflankowanym podłokietnikami ze złotymi obręczami.
- Co u Helen?
- Helen? - Donald poprawił krawat. - Ma się świetnie. Została w Savannah. Bardzo miło było jej pana widzieć na przyjęciu.
- Ta twoja żona to piękna kobieta.
- Dziękuję, proszę pana. - Donald ze wszystkich sił starał się rozluźnić, ale to nie pomagało. Biuro sprawiało wrażenie spowitego całunem zmierzchu, nawet przy zapalonych górnych światłach. Chmury za oknem zrobiły się paskudne - ciemne i nisko zawieszone. Jeśli zacznie padać, będzie musiał wrócić do biura przejściem podziemnym. Nie znosił tamtędy chodzić. Co z tego, że wyłożyli je dywanem i porozwieszali te małe żyrandole, skoro on i tak wiedział, że znajduje się pod ziemią. Waszyngtońskie tunele sprawiały, że czuł się jak szczur biegnący przez kanał. Bezustannie miał wrażenie, że sufit zaraz się zawali.
- Jak ci się układa w pracy?
- Dobrze. Mam sporo roboty, ale jest dobrze.
Już miał zapytać Senatora, co u Anny, ale nim zdążył się odezwać, za jego plecami otworzyły się drzwi. Do środka weszła recepcjonistka i przyniosła dwie butelki wody. Donald podziękował, odkręcił zakrętkę i odkrył, że butelka została już wcześniej otwarta.
- Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt zajęty, by popracować nad czymś dla mnie. - Senator Thurman uniósł brew.
Donald upił łyczek wody, zastanawiając się, czy tę umiejętność da się wyćwiczyć, to podniesienie brwi, które sprawiało, że człowiek miał ochotę stanąć na baczność i zasalutować.
- Na pewno dam radę wygospodarować trochę czasu - powiedział. - Zwłaszcza po tych wszystkich wiecach wyborczych, na których mnie pan wspierał. Wątpię, czy bez tego wyszedłbym z prawyborów. - Bawił się trzymaną na kolanach butelką.
- Ty i Mick Webb wspominacie stare czasy, co? Obydwaj jesteście Buldogami.
Donald potrzebował chwili, by do niego dotarło, że Senator mówi o maskotce ich college'u. Donald nie spędził zbyt wiele swojego czasu na Uniwersytecie Georgii na śledzeniu poczynań sportowców.
- Tak jest. Buldogi górą.
Miał nadzieję, że nie przekręcił zawołania.
Senator się uśmiechnął. Nachylił się do przodu. Teraz jego twarz oblewało miękkie światło lejące się z sufitu na biurko. Donald obserwował cienie rozrastające się w zmarszczkach, które w innych okolicznościach łatwo byłoby przeoczyć. Szczupła twarz Thurmana i jego kwadratowy podbródek sprawiały, że młodziej wyglądał widziany od przodu niż z profilu. Oto człowiek, który osiągnął tak wiele przez bezpośrednią konfrontację, nie przez podchody.
- Na uniwersytecie studiowałeś architekturę.
Donald przytaknął. Łatwo było zapomnieć, że znał Thurmana lepiej, niż Senator znał jego. Jeden z nich znacznie częściej pojawiał się w nagłówkach gazet niż drugi.
- Zgadza się. Na licencjacie. Na studiach magisterskich wybrałem planowanie. Doszedłem do wniosku, że więcej dobrego zrobię, zarządzając ludźmi, niż rysując dla nich pudła mieszkalne.
Skrzywił się, słysząc, jak te słowa opuszczają jego usta. To było wyświechtane powiedzonko z czasów studiów licencjackich, coś, co powinno zostać w przeszłości razem ze zgniataniem na czole puszek po piwie i wlepianiem oczu w tyłeczki w miniówkach. Po raz dziesiąty zadał sobie pytanie, po co Senator wezwał jego i innych kongresmenów. Na początku, kiedy tylko dostał zaproszenie, pomyślał, że to wizyta towarzyska. Potem Mick zaczął chwalić się swoim własnym zaproszeniem, a Donald doszedł do wniosku, że chodzi o jakąś formalność albo tradycję. Teraz jednak zastanawiał się, czy to nie jest jakaś polityczna rozgrywka, sposób na zjednanie sobie reprezentantów z Georgii na wypadek, gdyby Thurman potrzebował przegłosować jakąś ustawę w niższej, pomniejszej izbie.
- Powiedz mi, Donny: jak dobry jesteś w dotrzymywaniu tajemnic?
Pytanie zmroziło Donaldowi krew w żyłach. Zmusił się do żartu, by trochę uspokoić nerwy.
- W końcu zostałem wybrany, czyż nie?
Senator Thurman się uśmiechnął.
- I pewnie nauczyłeś się najważniejszej rzeczy, jeśli chodzi o sekrety. - Wziął butelkę wody i uniósł ją, jakby wznosił toast. - Zaprzeczanie.
Donald skinął głową i upił trochę wody. Nie miał pewności, dokąd zmierza ta rozmowa, ale już teraz czuł się nieswojo. Zapowiadało się na jakieś zakulisowe rozgrywki, które przecież obiecał swoim wyborcom wykorzenić.
Senator odchylił się na fotelu.
- Zaprzeczanie to w tym mieście sekretny sos - powiedział. - Smak, który trzyma wszystkie pozostałe składniki w kupie. Oto co mówię nowo wybranym: prawda wyjdzie na jaw, zawsze wychodzi, ale zmiesza się ze wszystkimi kłamstwami. - Senator zakręcił dłonią w powietrzu. - Musisz jednakowo zaprzeczać każdemu kłamstwu i każdej prawdzie. Niech strony internetowe i przemądrzalcy pieprzący o tym, czego to niby nie próbujemy zatuszować, mieszają społeczeństwu w głowach za ciebie.
- Yyy, tak, sir. - Donald nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć, więc zamiast tego nabrał do ust haust wody.
Senator znowu uniósł brew. Przez chwilę trwał nieruchomo jak posąg, a potem nagle zapytał:
- Wierzysz w obcych, Donny?
Donald omal nie puścił wody nosem. Zakrył usta dłonią, zakaszlał, musiał otrzeć brodę. Senator ani drgnął.
- Obcych? - Donald pokręcił głową i otarł wilgotną dłoń o udo. - Nie, proszę pana. To znaczy nie w takich, co porywają ludzi. Czemu pan pyta?
Zachodził w głowę, czy to jakaś odprawa. Czemu Senator zapytał, czy potrafi utrzymać coś w sekrecie? Chciał go wtajemniczyć w sprawy bezpieczeństwa? Senator milczał.
- Nie istnieją - powiedział wreszcie Donald. Czekał na drgnięcie twarzy rozmówcy, na jakąś wskazówkę. - Prawda?
Starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Właśnie o to chodzi - powiedział. - Nieważne, czy istnieją, czy nie, ludzie będą robić wokół tego identyczny szum. Byłbyś zaskoczony, gdybym powiedział ci, że oni faktycznie istnieją?
- Jeszcze jak.
- To dobrze. - Senator przesunął ku niemu po biurku folder.
Donald spojrzał podejrzliwie na teczkę i uniósł dłoń.
- Chwila. To w końcu istnieją czy nie? Co próbuje mi pan powiedzieć?
Senator Thurman się roześmiał.
- Oczywiście, że nie istnieją. - Zabrał dłonie z folderu i oparł łokcie o blat. - Widziałeś, ile funduszy NASA od nas chce, żeby móc polecieć na Marsa i z powrotem? Nie dotrzemy nawet do innej gwiazdy. Nigdy. I nikt nie przyleci do nas. Zresztą po co, do cholery?
Donald nie wiedział już, co ma myśleć, choć jeszcze minutę temu miał mnóstwo podejrzeń. Rozumiał, co Senator miał na myśli - prawda i kłamstwa wydawały się czarne i białe, dopóki nie zmieszało się ich ze sobą, a wówczas stawały się szare i niejasne. Spojrzał na teczkę. Wyglądała podobnie do tej, którą niósł Mick. Stanowiła przypomnienie o zamiłowaniu rządu do wszystkiego, co przestarzałe.
- To zaprzeczanie, prawda? - Przyjrzał się uważnie Senatorowi. - To właśnie robi pan w tym momencie. Próbuje pan zamieszać mi w głowie.
- Nie. Próbuję ci powiedzieć, żebyś przestał oglądać tyle filmów science fiction. Prawdę mówiąc, jak myślisz, czemu ci jajogłowi zawsze marzą o kolonizowaniu innych planet? Masz pojęcie, z czym by się to wiązało? To niedorzeczne. Nieopłacalne.
Donald wzruszył ramionami. Dla niego to nie było takie niedorzeczne. Zakręcił swoją butelką wody.
- Marzenia o otwartej przestrzeni leżą w naszej naturze - powiedział. - Żeby znaleźć miejsce, które moglibyśmy zaludnić. Czy to nie dlatego znaleźliśmy się tutaj?
- Tu? W Ameryce? - zaśmiał się Senator. - My tu nie znaleźliśmy otwartej przestrzeni. Zaraziliśmy kupę ludzi naszymi zarazkami, zabiliśmy ich i zrobiliśmy sobie miejsce. - Thurman wskazał na folder. - I oto dochodzimy do tego. Jest coś, nad czym chciałbym, abyś popracował.
Donald postawił butelkę na skórzanej intarsji potężnego biurka i wziął do ręki folder.
- Wniosek komisji senackiej?
Próbował ostudzić swoje nadzieje. Myśl, że w pierwszym roku urzędowania mógłby zostać współautorem ustawy, była kusząca. Otworzył teczkę i nachylił ją do okna. Na zewnątrz zbierały się burzowe chmury.
- Nie, nic z tych rzeczy. Chodzi o CAD-FAC.
Donald skinął głową. Oczywiście. Nagle wstęp o tajemnicach i teoriach spiskowych wydał się zupełnie sensowny, tak samo jak zwołanie kongresmenów z Georgii. Chodziło o Ośrodek Przechowywania i Unieszkodliwiania, nazywany w skrócie CAD-FAC, stanowiący sedno nowej ustawy energetycznej Senatora kompleks, który pewnego dnia miał mieścić większość wypalonego paliwa jądrowego z całego świata. Albo, według niektórych stron internetowych, do których Thurman zrobił aluzję, miała to być kolejna Strefa 51 albo miejsce budowy nowej, ulepszonej superbomby, albo ściśle strzeżona placówka do przetrzymywania libertarian, którzy kupili o jedną sztukę broni za wiele. Do wyboru, do koloru. W mediach było dość szumu, by zataić jakąkolwiek prawdę.
- Taaa - powiedział Donald, z którego nagle uszło powietrze. - Dostawałem ostatnio dość zabawne telefony z mojego dystryktu. - Nie ośmielił się wspomnieć rozmowy, w której mowa była o ludziach-jaszczurach. - Chcę, żeby pan wiedział, że prywatnie w stu procentach popieram budowę ośrodka. - Spojrzał na Senatora. - Oczywiście cieszę się, że nie musiałem głosować w tej sprawie publicznie, ale to była najwyższa pora, żeby ktoś zaoferował swój ogródek, prawda?
- Właśnie tak. Dla wspólnego dobra. - Senator Thurman pociągnął solidny łyk wody, oparł się wygodnie w fotelu i odchrząknął. - Jesteś bystrym młodym człowiekiem, Donny. Nie każdy rozumie, jakim dobrodziejstwem dla naszego stanu okaże się ośrodek. Uratuje nam tyłki. - Uśmiechnął się. - Przepraszam, nadal można mówić na ciebie Donny? Czy teraz już wolisz Donald?
- Można i tak, i tak - skłamał Donald. Już nie lubił, kiedy nazywano go Donny, ale zmiana imienia w połowie życia była praktycznie niemożliwa.
Wrócił do folderu i otworzył okładkę. Kryjący się pod spodem rysunek wydał mu się uderzająco nie na miejscu. Był zbyt... znajomy. Znajomy, a jednak niepasujący - pochodził z poprzedniego życia.
- Widziałeś raporty gospodarcze? - zapytał Thurman. - Wiesz, ile miejsc pracy stworzyła ta ustawa praktycznie z dnia na dzień? - Pstryknął palcami. - Ot tak, czterdzieści tysięcy. I to tylko w Georgii. Wiele będzie też z twojego dystryktu, mnóstwo przy spedycji, mnóstwo przy przeładunku. Oczywiście teraz, kiedy już ustawa przeszła, nasi mniej rozgarnięci koledzy narzekają, że to oni powinni byli mieć szansę...
- Ja to narysowałem - przerwał Donald, wyciągając z teczki kartkę. Pokazał ją Thurmanowi, jakby Senator mógł być zaskoczony, że arkusz znalazł się w folderze. Donald zastanawiał się, czy to nie sprawka córki Senatora, jakiś żart Anny, pozdrowienie albo puszczenie oka.
Thurman skinął głową.
- Owszem, no cóż, przydałoby się trochę więcej szczegółów, nie sądzisz?
Donald przyglądał się ilustracji architektonicznej, zachodząc w głowę, czy to jakiś test. Pamiętał ten rysunek, zadany w ostatniej chwili projekt na zajęcia bioarchitektoniczne na ostatnim roku licencjatu. Nie było w nim niczego nietypowego ani zadziwiającego, tylko wielki, cylindryczny budynek, wysoki na jakieś sto pięter, obudowany betonem i szkłem, z ogrodami obrastającymi balkony. Przekrój ukazywał przeplatające się poziomy mieszkalne, robocze i handlowe. Jak pamiętał Donald, budowla była oszczędna tam, gdzie u innych studentów była odważna, pragmatyczna i funkcjonalna tam, gdzie można było zaryzykować. Z płaskiego dachu wyrastały zielone kępy - potwornie wyświechtany pomysł, ukłon w stronę idei neutralności wobec efektu cieplarnianego.
Podsumowując, projekt był nudny i nijaki. Donald nie wyobrażał sobie, że tak niewymyślny budynek miałby stanąć na pustyniach Dubaju u boku nowej, wspaniałej generacji samowystarczalnych drapaczy chmur. Nie miał pojęcia, do czego ten projekt był Senatorowi potrzebny.
- Więcej szczegółów - wymamrotał, powtarzając słowa Senatora. Przewertował resztę papierzysk w folderze w poszukiwaniu kontekstu, jakiejś wskazówki.
- Chwila. - Donald spojrzał na listę wymagań, spisaną jak gdyby przez potencjalnego klienta. - To wygląda jak propozycja projektu. - Jego uwagę przykuły słowa, o których zapomniał, że kiedykolwiek je znał: przepływ ruchu wewnętrznego, plan blokowy, HVAC, hydroponika...
- Będziesz musiał pozbyć się światła słonecznego. - Krzesło Senatora Thurmana zaskrzypiało, gdy ten pochylił się nad biurkiem.
- Słucham? - Donald uniósł teczkę do góry. - Co konkretnie chce pan, żebym zrobił?
- Sugerowałbym użyć tych lamp, z których korzysta moja żona. - Ułożył dłonie w okrąg i wskazał na środek. - Sprawia, że nasionka kiełkują w zimie, a robi to z pomocą tych cholernych żarówek, które kosztują mnie fortunę.
- Ma pan na myśli świetlówki wzrostowe.
Thurman ponownie pstryknął palcami.
- I nie przejmuj się kosztami. Kupimy, czego tylko potrzebujesz. Zamierzam też załatwić ci kogoś do pomocy przy mechanicznych duperelach. Inżyniera. Cały zespół.
Donald przerzucił papiery w folderze.
- Do czego to ma służyć? I dlaczego ja?
- Nazywamy to "budynkiem na wszelki wypadek". Pewnie nigdy tego nie użyjemy, ale nie pozwolą nam przechowywać tych radioaktywnych rdzeni, jeśli nie postawimy tego sukinsyna gdzieś w pobliżu. To tak jak z tym oknem w mojej piwnicy, które musiałem obniżyć, żeby dom mógł przejść inspekcję. Chodziło o... jak to się nazywa...?
- Wyjście ewakuacyjne - powiedział Donald. Znajome słowa popłynęły bez udziału świadomości.
- Tak. Wyjście ewakuacyjne. - Wskazał na folder. - Ten budynek jest jak to okno, coś, co trzeba zbudować, żeby reszta mogła pomyślnie przejść inspekcję. To właśnie tu, w mało prawdopodobnym przypadku ataku lub wycieku, będą mogli schować się pracownicy ośrodka. Schron. I musi być idealny, bo inaczej cały projekt zamkną w trymiga. To, że przegłosowaliśmy ustawę, nie znaczy, że już jesteśmy w domu, Donny. Był taki projekt, tam na zachodzie, który dostał zielone światło dziesięciolecia temu, dostał nawet fundusze. I koniec końców upadł.
Donald wiedział, o jakim projekcie mowa. Podziemny ośrodek składowania odpadów, ukryty pod górą. Na Wzgórzu mówiło się, że projekt w Georgii ma takie same szanse powodzenia. Na tę myśl teczka wydała się Donaldowi trzy razy cięższa. Proszono go, by stał się częścią przyszłej porażki. Mogła ona zaważyć na jego ledwo co rozpoczętej karierze politycznej.
- Poprosiłem Micka Webba, żeby zajął się innymi sprawami związanymi z projektem. Logistyka i planowanie. Będziecie musieli ze sobą współpracować w kilku kwestiach. A Anna bierze urlop od swojego stanowiska w MIT, żeby ci pomóc.
- Anna? - Nerwowo sięgnął drżący rękami po wodę.
- Oczywiście. Będzie głównym inżynierem tego projektu. W papierach znajdziesz specyfikację jej wymagań dotyczących przestrzeni.
Donald nabrał wody do ust i z trudem przepchnął ją przez gardło.
- Jasne, jest mnóstwo innych osób, które mógłbym w to zaangażować, ale ten projekt nie może upaść, rozumiesz? Musi być jak rodzina. Dlatego chcę, żeby pracowali nad tym ludzie, których znam, którym ufam. - Senator Thurman splótł palce. - Nawet jeśli miałaby to być jedyna rzecz, dla której zostałeś wybrany, chcę, żebyś zrobił to porządnie. Właśnie z myślą o tym popierałem cię na wiecach.
- Oczywiście. - Donald pochylił głowę, by ukryć swoje zmieszanie.
Wcześniej obawiał się, że poparcie Senatora wynikało ze starych więzów rodzinnych. Teraz okazało się, że jest nawet gorzej. Donald wcale nie wysłużył się Senatorem, było zupełnie odwrotnie. Spoglądając na leżący mu na kolanach rysunek, świeżo wybrany kongresmen czuł, że jedno zadanie, do którego był niedostatecznie przygotowany, rozwiewa się - a na jego miejsce pojawia się inne, równie onieśmielające.
- Chwila - powiedział. - Nadal czegoś nie rozumiem. - Spojrzał uważnie na swój stary rysunek. - Po co te lampy grzewcze?
- Bo budynek, który masz dla mnie zaprojektować, będzie znajdować się pod ziemią.