5.
Trzy lata wcześniej
- Chcę wyjść na zewnątrz. Chcę wyjść na zewnątrz. Chcęwyjśćnazewnątrz.
Holston przybiegł do stołówki. Jego radio nadal skrzeczało donośnie - zastępca Marnes wrzeszczał coś o Allison. Holston nie tracił nawet czasu na odpowiedź, po prostu pokonał pędem trzy kondygnacje, żeby jak najszybciej znaleźć się na miejscu.
- Co się dzieje? - zapytał. Przedarł się przez tłum i zobaczył swoją żonę wijącą się na podłodze. Connor i dwóch pracowników stołówki starało się ją przytrzymać. - Puśćcie ją! - Uderzył ich po rękach, którymi trzymali łydki jego żony, niemal dostał od niej butem w podbródek. - Uspokój się - powiedział. Sięgnął ku jej nadgarstkom, które wciąż wykręcała nerwowo, by wyrwać się z uchwytu mężczyzn. - Kochanie, co do diabła się dzieje?
- Biegła w stronę śluzy - wyjaśnił Connor, pochrząkując z wysiłku.
Percy objął jej wierzgające stopy, a Holston tym razem go nie powstrzymywał. Teraz pojął, czemu ci trzej mężczyźni byli tu potrzebni. Nachylił się nad Allison, żeby na pewno go dostrzegła. Oczy miała mokre, zerkała na niego zza zasłony rozczochranych włosów.
- Allison, skarbie, musisz się uspokoić.
- Chcę wyjść na zewnątrz. Chcę wyjść na zewnątrz. - Jej głos nieco ucichł, ale nadal wypowiadała te przerażające słowa.
- Nie mów tak - rozkazał jej Holston. Na dźwięk wypowiadanego przez nią raz po raz zdania jego ciało przeszywały dreszcze. Ujął jej policzki. - Kochanie, nie mów tak!
Ale w przebłysku zrozumienia jakaś jego część już wiedziała, co to znaczyło. Wiedział, że jest za późno. Inni też to usłyszeli. Wszyscy to usłyszeli. Jego żona właśnie wydała na siebie wyrok śmierci.
Całe pomieszczenie wokół Holstona wirowało szaleńczo, gdy błagał Allison, by wreszcie się uciszyła. Było tak, jakby znalazł się na miejscu jakiegoś potwornego wypadku - na przykład jakiejś tragedii w warsztacie - i odkrył, że osoba, którą kocha, została ciężko ranna. Przybył na miejsce i wie, że ukochana jeszcze żyje, chwilowo ma się nawet całkiem nieźle, ale już na pierwszy rzut oka widać, że ta rana jest śmiertelna.
Holston czuł, jak ciepłe łzy spływają mu po policzkach. Próbował odgarnąć Allison włosy z twarzy. W końcu spojrzała mu w oczy, przestała się wić i z pełną świadomością skupiła się wyłącznie na nim. I przez chwilę, ledwie przez sekundę, zanim zdążył pomyśleć, czy przypadkiem nie odurzono jej lekami albo w jakikolwiek inny sposób nie skrzywdzono, dostrzegł w jej spojrzeniu iskrę przytomności, błysk zdrowego rozsądku, chłodną kalkulację. Po chwili, ledwie mrugnęła, jej oczy znów zrobiły się dzikie. Znów zaczęła błagać, by ją wypuszczono, raz za razem, w nieskończoność.
- Podnieście ją - nakazał Holston. Oczy miał pełne łez, ale wreszcie musiał przyjąć postawę właściwą szeryfowi i zainterweniować. Nie pozostało nic innego, jak umieścić Allison za kratami, mimo że on sam pragnął już tylko krzyczeć. - Tędy - zwrócił się do Connora, który trzymał kobietę za ramiona. Skinął głową w stronę ich biura i znajdującej się za nim celi aresztu. Nieco dalej, na samym końcu korytarza, wręcz biła w oczy jasnożółta barwa drzwi prowadzących do śluzy - barwa spokojna i groźna zarazem, cicha i oczekująca.
Kiedy już znaleźli się w celi, Allison momentalnie się uspokoiła. Usiadła na ławce, nie walcząc i nie bełkocząc, jak gdyby zatrzymała się w tym miejscu na chwilę, by podziwiać widok. Teraz to Holston stał się miotającym się wrakiem człowieka. Wędrował nerwowo przed kratami i szlochając, zadawał pytania, które nie doczekiwały się odpowiedzi. W tym czasie jego zastępca, Marnes, oraz burmistrz zajmowali się formalnościami. Oboje traktowali zarówno Holstona, jak i jego żonę niczym pacjentów. I nawet gdy umysł Holstona szalał, rozważając minione trzydzieści minut czystej grozy, gdzieś tam na tyłach jego mózgu szeryfa, w tej jego części, która zawsze rozmyślała o wzrastającym w silosie napięciu, był mgliście świadomy zarówno powszechnego szoku, jak też plotek przenikających przez ściany z betonu i prętów zbrojeniowych. Gigantyczne ciśnienie panujące teraz w silosie wraz z nerwowymi szeptami unosiło się z sykiem przez wszystkie szpary w spojeniach.
- Kochanie, musisz ze mną porozmawiać - błagał raz za razem. Przestał maszerować w tę i we w tę przed celą i teraz już tylko wykręcał zaciśnięte na kratach dłonie. Allison wciąż siedziała tyłem do niego. Gapiła się na ścienny ekran, na brązowe wzgórza, szare niebo i ciemne chmury. Od czasu do czasu podnosiła dłoń, by odgarnąć sobie włosy z twarzy, ale poza tym nie poruszała się ani nie odzywała. Jedynie raz, gdy Holston wsunął klucz do zamka, niedługo po tym jak wsadził ją do celi i zamknął drzwi, zdołała wydusić pojedyncze "nie", odwodzące go od tego pomysłu.
Kiedy on ją błagał, a ona ignorowała jego prośby, po silosie roznosiły się już plotki dotyczące nadchodzącego czyszczenia. Technicy popędzili korytarzem, by ściągnąć miarę i przygotować kombinezon. Wewnątrz śluzy szykowano sprzęt do czyszczenia. Gdzieś tam syknął kanister, gdy przelewano argon do komór spłukujących. Od czasu do czasu zamieszanie docierało do celi, przed którą stał Holston, gapiąc się na żonę. Rozgadani technicy, przeciskając się obok, całkowicie zamilkli, jakby w obecności szeryfa bali się nawet oddychać.
Mijały kolejne godziny, a Allison wciąż nie chciała się odezwać - to zachowanie też narobiło niezłego zamieszania w silosie. Holston przez cały dzień płakał za kratami, głowa pękała mu z rozpaczy i niedowierzania. Próbował skupić się na tym, co zrobiła Allison, gdy tymczasem ona siedziała spokojnie w celi, wpatrując się w posępny krajobraz. Na pierwszy rzut oka wydawała się zadowolona z uzyskania statusu czyściciela.
Dopiero po zmroku odezwała się po raz pierwszy, odmówiwszy wcześniej ostatniego posiłku. W końcu technicy skończyli przygotowania wewnątrz śluzy, zamknęli żółte drzwi i udali się na spoczynek, który tak naprawdę mógł wcale nie nadejść. Odezwała się niedługo po tym, jak zastępca Holstona opuścił posterunek, dwukrotnie klepiąc go po ramieniu. Zdawało się, że od tamtej chwili minęło już wiele godzin, i gdy Holston niemal już tracił przytomność, zmęczony łkaniem i ochrypłymi błaganiami, długo po tym, jak zamglone słońce zniknęło za wzgórzami, widocznymi ze stołówki i holu - wzgórzami, za którymi kryła się reszta odległego, obróconego w ruinę miasta - w półmroku celi Allison wyszeptała coś niemal niesłyszalnego: To nie jest prawdziwe.
A przynajmniej Holstonowi wydawało się, że te właśnie słowa usłyszał. Poruszył się nerwowo.
- Skarbie? - Ścisnął kraty i podniósł się z kolan. - Kochanie? - wyszeptał, ścierając zaschnięte łzy z policzków.
Odwróciła się. I było tak, jakby słońce zmieniło zdanie i znów wyłoniło się zza wzgórz. Zauważyła go i to dało Holstonowi nadzieję. Kompletnie go zatkało i doszedł do wniosku, że to tylko choroba, gorączka, coś, co lekarz będzie w stanie bez trudu zdiagnozować, ratując ją przed karą. Ona wcale tego nie chciała. Otrząsnęła się już, była zatem ocalona, Holston także, widząc, że żona się do niego odwraca.
- Nic, co widzisz, nie jest prawdziwe - powiedziała cicho. Jej ciało zdawało się zupełnie spokojne, mimo że szaleństwo trwało nadal, każąc Allison wypowiadać zakazane słowa.
- Porozmawiaj ze mną - poprosił Holston, kiwając do niej zza krat.
Allison pokręciła głową. Poklepała cienki materac leżący na pryczy.
Holston sprawdził zegar. Godziny odwiedzin już dawno minęły. Za to, co zamierzał teraz zrobić, mogą i jego wysłać do czyszczenia.
Bez wahania jednak wsunął klucz do zamka.
Metaliczne szczęknięcie zabrzmiało wyjątkowo donośnie.
Holston wszedł do celi i usiadł przy żonie. Przeżywał istną agonię, nie mogąc jej dotknąć, przytulić albo zabrać w jakieś bezpieczne miejsce, z powrotem do łóżka, żeby mogli udawać, że to był tylko zły sen.
Ale nie śmiał się ruszyć. Usiadł i splótł dłonie, gdy ona nie przestawała szeptać:
- To nie musi być prawdziwe. Nawet w najmniejszym stopniu. Zupełnie. - Patrzyła na ekran.
Holston nachylił się na tyle blisko, że mógł poczuć woń jej wyschniętego potu po tym całym ciężkim dniu.
- Kochanie, co się dzieje?
Jej włosy zadrżały od towarzyszącego tym słowom oddechu. Wyciągnęła dłoń i potarła ciemniejący wyświetlacz, dotykając pikseli.
- W tej chwili może być już rano, a my się tego nie dowiemy. Na zewnątrz mogą znajdować się ludzie. - Odwróciła się i spojrzała na niego. - Mogą nas obserwować - dodała, uśmiechając się złowieszczo.
Holston nie odwrócił wzroku. Wcale nie wydawała się szalona, nie w taki sposób, jak wcześniej. Jej słowa były szalone, lecz ona wcale się taka nie wydawała.
- Skąd ten pomysł? - zapytał. Wydawało mu się, że wie, ale i tak wolał spytać. - Znalazłaś coś na twardych dyskach? - Słyszał wcześniej, że pobiegła w stronę śluzy prosto ze swojego laboratorium, ogarnięta nagłym szaleństwem. Coś musiało się wydarzyć, kiedy była w pracy. - Co takiego odkryłaś?
- Pokasowali nie tylko rzeczy dotyczące powstania - wyszeptała. - To było oczywiste. Pokasowali wszystko. Także bieżące dane. - Parsknęła śmiechem. Nagle jej głos przybrał na sile, a oczy zaszły mgłą. - E-maile, których mi nigdy nie wysłałeś, mogę się założyć!
- Skarbie. - Holston odważył się chwycić jej dłonie, a ona się nie odsunęła. Trzymał je w mocnym uścisku. - Co takiego odnalazłaś? To był jakiś e-mail? Od kogo?
Pokręciła głową.
- Nie. Znalazłam programy, których używają. To dzięki nim obrazy na ekranie wydają się takie rzeczywiste. - Obejrzała się na zapadający zmierzch. - Dział IT - powiedziała. - Nasi informatycy, to właśnie oni. Oni wiedzą. Ten sekret znają tylko oni. - Pokręciła głową.
- Jaki sekret? - Holston nie potrafił stwierdzić, czy to zwykłe bzdury, czy coś ważnego. Wiedział tylko, że wreszcie zaczęła mówić.
- Ale teraz ja też wiem. I ty też będziesz wiedział. Wrócę po ciebie, przysięgam. Tym razem będzie inaczej. Przełamiemy ten cykl, ty i ja. Wrócę i razem przejdziemy przez to wzgórze. - Zaśmiała się. - Jeśli ono tam jest - dodała podniesionym głosem. - Jeśli to wzgórze tam stoi i jest zielone, razem przejdziemy na drugą stronę.
Odwróciła się do niego.
- Nie ma tak naprawdę żadnej rewolty, to tylko stopniowy wyciek. Ludzie, którzy wiedzą, i chcą się wydostać na zewnątrz. - Uśmiechnęła się. - Więc wychodzą. Dostają to, o co proszą. Wiem, czemu czyszczą, czemu mówią, że tego nie zrobią, a i tak się za to biorą. Wiem. Wiem doskonale. I nigdy nie wracają. Czekają, czekają i czekają, ale ja nie będę czekać. Ja tutaj wrócę. Tym razem będzie inaczej.
Holston ścisnął jej dłonie. Po policzkach płynęły mu łzy.
- Kochanie, czemu to robisz? - Czuł, że teraz, gdy w silosie pogaszono światła i zostali całkiem sami, chciała się usprawiedliwić.
- Wiem już wszystko na temat powstań - odpowiedziała.
Holston skinął głową.
- Rozumiem. Mówiłaś mi. Były też inne...
- Nie. - Allison odsunęła się od niego, ale zrobiła to tylko po to, by móc spojrzeć mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu nie było już tej dzikości co poprzednio. - Holston, ja wiem, dlaczego te powstania miały miejsce. Wiem dlaczego.
Allison przygryzła dolną wargę. Holston czekał, ciało miał napięte.
- Powodem zawsze były wątpliwości i podejrzenia, że na zewnątrz wcale nie jest tak źle, jak może się wydawać. Też to czułeś, prawda? Że możemy być gdziekolwiek, ale żyjemy w kłamstwie?
Wiedział, że nie należy na to pytanie odpowiadać, nie można ani drgnąć. Poruszanie tego tematu oznaczało natychmiastowe czyszczenie. Siedział jak skamieniały i czekał.
- To mogły być młodsze pokolenia - ciągnęła Allison. - Mniej więcej co dwie dekady. Wydaje mi się, że pragnęli iść naprzód, odkrywać nowe rzeczy. Nie miałeś nigdy takiej potrzeby? Nawet jak byłeś młodszy? - Jej oczy znów zaszły mgłą. - A może chodziło o pary, o nowożeńców, których do szaleństwa doprowadzała myśl, że w tym naszym przeklętym, ograniczonym świecie nie będą nawet mogli mieć dzieci. Może dla zyskania takiej szansy byli gotowi postawić wszystko na jedną kartę...
Wbiła wzrok w coś odległego. Może wyobrażała sobie teraz los, którego nie wykorzystali i już nigdy nie wykorzystają. Znów spojrzała na Holstona. Zastanawiał się, czy za milczenie też mogą go wysłać na czyszczenie - za to, że nie nawrzeszczał na nią, gdy wymawiała zakazane słowa.
- Mogło też chodzić o starszych mieszkańców - dodała. - Stłoczeni tu przez zbyt długi czas, na stare lata już się nie bali. Pewnie chcieli się wynieść i zrobić miejsce dla pozostałych, dla tych kilkorga bezcennych wnuków. Ktokolwiek to był, powodem każdego powstania była ta myśl, to uczucie, że miejsce, w którym żyjemy, jest dla nas po prostu złe. - Rozejrzała się po celi.
- Nie wolno ci tak mówić - szepnął Holston. - To jedno z największych wykroczeń...
Allison skinęła głową.
- Wyrażanie chęci wyjścia. Owszem. Wielkie wykroczenie. Nie widzisz, czemu tak jest? Czemu to aż tak zakazane? Właśnie dlatego, że od tej chęci zaczynała się każda rewolta.
- Dostajesz to, o co prosisz. - Holston wyrecytował słowa wyryte w jego umyśle już od wczesnej młodości. Rodzice ostrzegali go - ich jedyne, ukochane dziecko - by nigdy nie zapragnął wyjść z silosu. Żeby nigdy nawet o tym nie myślał. Żeby mu to nie przyszło do głowy. To oznaczało natychmiastową śmierć. Wystarczyła sama myśl, żeby utracili swojego najdroższego jedynaka.
Znowu spojrzał na żonę. Nadal nie mógł pojąć szaleństwa, które kazało jej podjąć taką właśnie decyzję... A zatem odnalazła pokasowane programy, dzięki którym obraz na ekranach mógł wydawać się wyjątkowo rzeczywisty. Co to znaczyło? I dlaczego tak się zachowała?
- Czemu? - pytał ją. - Czemu tak postąpiłaś? Czemu nie przyszłaś do mnie? Na pewno był jakiś lepszy sposób, by sprawdzić, co się dzieje. Mogliśmy opowiedzieć ludziom o tym, co odnalazłaś na tych twardych dyskach...
- I wzniecić kolejną rewoltę? - Allison parsknęła śmiechem. Nadal dostrzegał jej obłęd, a może była to tylko rosnąca frustracja i wrzący gniew. Może wielka, trwająca od pokoleń zdrada pchnęła ją na skraj przepaści. - Nie, dziękuję - odparła, tłumiąc śmiech. - Skasowałam wszystko, co odnalazłam. Nie chcę, żeby się dowiedzieli. Skoro chcą tutaj zostać, niech będą przeklęci. Wrócę tu tylko po ciebie.
- Już nie wrócisz - stwierdził ze złością Holston. - Wydaje ci się, że wygnani nadal gdzieś tam są? Myślisz, że nie chcą wracać, bo czują się przez nas oszukani?
- A myślisz, że czemu czyszczą obiektywy? - zapytała Allison. - Czemu podnoszą swoje pady i bez wahania przystępują do pracy?
Holston westchnął. Czuł, że jego gniew słabnie.
- Nikt nie wie czemu - odparł.
- Ale co ty o tym sądzisz?
- Już o tym rozmawialiśmy - powiedział. - Ile razy już dyskutowaliśmy o tej sprawie? - Był przekonany, że wszystkie pary omawiały ten problem, gdy nikt nie mógł ich usłyszeć. Przypomniał sobie, jak sami też to robili. Popatrzył na ekran ścienny i odszukał wzrokiem księżyc, z jego położenia odczytując godzinę. Mieli niewiele czasu. Jutro jego żony już tu nie będzie. Ta myśl raz po raz rozświetlała jego umysł jak błyskawica pośród burzowych chmur.
- Każdy ma jakieś teorie - rzekł. - Wiele razy o tym gadaliśmy. Po prostu...
- Ale teraz dowiedziałeś się czegoś nowego - powiedziała mu Allison. Puściła jego dłoń i odgarnęła włosy z twarzy. - Ty i ja dowiedzieliśmy się czegoś nowego i teraz wszystko nabrało sensu. A jutro będę wiedziała już w stu procentach. - Allison uśmiechnęła się. Poklepała dłoń Holstona, jakby był dzieckiem. - I pewnego dnia, kochany, ty też będziesz wiedział.