Silniejsza od mafii - Monika Hołyk-Arora

Reflow text when sidebars are open.
Basia
Ostrze spoczywające na gardle ukochanego mężczyzny wyglądało na niezwykle ostre. Lśniło złowieszczo w świetle barowych lamp i tylko na nim potrafiłam się teraz skupić. Moje bezpieczeństwo zeszło na drugi plan. Chociaż nie, to nie było dokładnie tak. Po prostu w głowie szalało mi tornado zrodzone z miliona myśli oraz potencjalnie niebezpiecznych scenariuszy możliwej eskalacji problemu. Nerwowo przełknęłam ślinę, nie bardzo wiedząc, co powinnam teraz zrobić, ponieważ sytuacja wyglądała na nieco absurdalną. Groził nam nie do końca wyrośnięty smarkacz, który sam w sobie nie stanowił tak naprawdę żadnego zagrożenia. Niestety, miał po swojej stronie bandziorów opłacanych przez szemranego tatusia, a jak wiadomo, w pewnych kręgach pieniądze bywają bogiem.
Od zawsze szybko poddawałam się skrajnym emocjom, chociaż zwykle potrafiłam nad tym panować. Teraz jednak nie miałam pojęcia, czy przeważyć powinien strach o mężczyznę, czy też nieposkromiona furia, która powoli pozbawiała mnie resztek umiejętności racjonalnego myślenia. To właśnie złość kazała mi rozwalić cały ten bar w drobny pył, nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Wzięłam głęboki, spokojny oddech, licząc przy tym do dziesięciu. Napawałam się życiodajnym tlenem rozchodzącym się po całym ciele i przynoszącym chwilową ulgę.
- Chcesz mnie pobić smarkaczu? - spytałam w końcu dzieciaka, któremu wąs ledwie sypnął się niepozornym meszkiem pod nosem - Proszę bardzo! Sądzisz, że bijąc kobietę, zarobisz jakiś super punkty w konkursie na "maczo miesiąca"?
- Ty kurwo - padło w odpowiedzi. - Myślisz, że się ciebie boję? Jesteś nikim! Nikim! Rozumiesz? - Głos z pewnością miał brzmieć groźnie i męsko, ale chłopak przechodził dopiero mutację, więc końcówka tej tyrady zabrzmiała jak wyciągnięty pisk operowej primadonny.
- Nie myślę - odpowiedziałam hardo, cały czas spoglądając na podrzędnego bandziora trzymającego nóż na gardle Sedata. - Ja to wiem. Pewnego pięknego dnia, i to wkrótce, będziesz mnie błagał o przebaczenie i odszczekasz każdą zniewagę, jakiej się względem mnie dopuściłeś.
Odpowiedział mi śmiech. Trochę taki przesadzony, nieco wymuszony, a po części również nadal dziecięcy. Nie zniechęciło mnie to, wręcz przeciwnie, spotęgowało tylko nienawiść rodzącą się właśnie w sercu.
- Teraz odejdę... - zaczęłam lekkim tonem, bo nie miałam ochoty doprowadzać do dalszego nasilenia bezsensownego konfliktu, który nie powinien w ogóle mieć dziś miejsca.
- I nigdy tu nie wracaj suko - przerwał moją wypowiedź młody chłopak, syn właściciela, wydający rozkazy bezmyślnym marionetkom będącym podwładnymi jego ojca.
Nie odezwałam się już. Po prostu uśmiechnęłam się lekko, ale w tym uśmiechu nie było nic sympatycznego. Dawno temu podejrzałam tę sztuczkę u swojej pracodawczyni Anny i świetnie zdawałam sobie sprawę, że pomimo swojej niepozorności potrafiła zdziałać cuda. Lekki ruch kącików usta zwiastował bowiem kłopoty, które zamierzałam dopiero sprawić.
- Jak sobie życzysz dzieciaku - rzuciłam zaczepnie, specjalnie podkreślając, kim dla mnie jest mający się za Bóg wie kogo smarkacz. - Pojawi się tu ktoś inny, a wtedy módl się, by był łaskawszy niż ja.
Spojrzałam ostatni raz na Sedata - mężczyznę, któremu nieco wbrew sobie oddałam serce, po czym lekkim krokiem, wcale się nie śpiesząc, opuściłam bar, w którym byłam częstym gościem w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że jedno niepozorne spojrzenie, rzucone bezwiednie, mogło doprowadzić do otwartego konfliktu. Cóż, jeśli tak miało być, to nie zamierzałam się cofnąć przed niczym.
Wezmę przykład z Anny: pokonam swoich wrogów, chociażby i w otwartej wojnie. I tak jak Anna nie pozwolę, by coś lub ktoś stanął na drodze do mojego zasłużonego szczęścia. Nie teraz, kiedy znalazłam partnera, z którym mogłam cieszyć się życiem oraz zwykłą codziennością.
Dopiero po przejściu jakichś stu metrów, pozwoliłam sobie na okazanie emocji. Panika w jednej chwili przejęła kontrolę nad moim ciałem i umysłem. Zaczęłam nerwowo oddychać, łapiąc każdy kolejny urwany oddech. Kilka łez złości przemieszanej z bezsilnością spłynęło po moim policzku. Policzyłam do dwudziestu i postanowiłam wziąć się w garść. Anna na pewno nie okazałaby takiej słabości, więc i ja nie powinnam.
Krocząc nadmorską promenadą, oświetloną jedynie wątłym światłem ulicznych latarni zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Sytuacja, w której się znalazłam, nie należała w końcu do najlepszych, ale przecież ponad dwa lata temu wybrnęłam ze znacznie poważniejszych kłopotów. Nie każda kobieta dająca się naciągnąć na duże pieniądze oszustowi matrymonialnemu miała szansę na zemstę na swoim oprawcy. I to taką, która odbiła się na całym jego życiu. Ja tego dokonałam, no dobrze, zrobiła to za mnie nieoceniona Anna, ale potem i ja dołożyłam do tego nie jedną, a kilkadziesiąt cegiełek.
Dzięki swojej szefowej udało mi się odbudować wiarę w siebie i zyskać pracę, której dziś, za żadne skarby, nie zamieniłabym na inną. Owszem, z biegiem czasu stanęłam na czele armii panów do towarzystwa dla bogatych dam, przejmując obowiązki założycielki całego tego biznesu, ale też byłam niemal pewna, że zasiliłam szeregi czegoś większego, niebezpieczniejszego. Zostałam zaufaną asystentką szefowej Mafii i to takiej pisanej przez duże "M". A przynajmniej tak lubiłam to sobie wyobrażać. Jak bowiem inaczej mogłabym wytłumaczyć nagłą przeprowadzkę do Grecji, strzelaninę na Sycylii i wszystko to, co działo się tuż po niej? Zatapiając się we wspomnieniach na jeden, krótki moment zapomniałam o teraźniejszości i aktualnie gnębiącym mnie problemie.
Bezwiednie przysiadłam na krzesełku mijanej właśnie, a o tej porze nieczynnej już restauracji i rozejrzałam się w koło. Marmaris zdawało się pogrążone we śnie. Nic dziwnego, dochodziła trzecia w nocy. Tylko gdzieniegdzie można było dostrzec pojedyncze osoby lub niewielkie grupki turystów powracających do swoich hoteli. Powinnam pójść w ich ślady, w końcu o poranku musiałam dostać się na prom płynący na grecką wyspę Rodos. Nie miałam jednak na to ochoty. Adrenalina nadal krążyła szybko w moim krwiobiegu, nie pozwalając na ochłonięcie. Musiałam zredukować jej poziom, by móc zaznać odrobiny odpoczynku.
Nagle poderwałam się z miejsca, myśląc o Sedacie. Poznałam go niemal sześć miesięcy temu, kiedy spontanicznie przypłynęłam do Marmaris na kilkudniowe wakacje. Spacerując nadmorską promenadą, zatrzymałam się w jednym z barów i właśnie wtedy go zobaczyłam. Wysoki, posturą przypominający groźnego niedźwiedzia. Miał krótkie czarne włosy i gęstą brodę, dzięki której wyglądał niczym wiking. Wiking, który nagle znalazł się wbrew sobie w XXI wieku. Jego piwne oczy zdradzały nadprzeciętną inteligencję, a jego uśmiech był w stanie stopić niejedno skute lodem serce. Skąd o tym wiedziałam? Właśnie to uczynił z moim mięśniem pompującym krew.
Od razu zorientowałam się, że był tam kimś ważnym. Nie serwował napojów klientom, a jedynie stał przy kasie, wydając polecenia, i cały czas zerkał na mnie, gdy myślał, że tego nie widzę.
Nie, nie poznaliśmy się w trakcie tamtego urlopu. Nasza interakcja ograniczała się do standardowych powitań, kilku grzecznościowych zdań wymienianych podczas regulowania rachunku oraz rzucanych ukradkiem spojrzeń.
Aby zamienić z nim kilka prywatnych słów, jeszcze trzy razy przypłynęłam do Marmaris. Czasami pojawiałam się rano, wracając do Grecji po południu, innym razem zostawałam na dzień lub dwa. Tak naprawdę połączył nas zupełny przypadek. Wpadliśmy na siebie w jednym ze sklepów w centrum. Przywitał się, dla pewności przypominając mi, skąd się "znamy", a potem nieśmiało zapytał, czy nie napiłabym się z nim herbaty w pobliskiej kawiarence przy piekarni. Do dziś pamiętam, jak szeroko się uśmiechnął, gdy przystałam na jego propozycję.
Sedat ujął mnie swoją nieśmiałością oraz tym, że w miejscu pracy zachowywał się bardzo profesjonalnie w odróżnieniu od wszystkich innych mężczyzn, którzy początkowo próbowali mnie podrywać. Biorąc pod uwagę moje przeszłe doświadczenia, to właśnie tym pełnym szacunku dystansem najbardziej zyskał w moich oczach, zapewniając sobie coraz większe uznanie. Na końcu zaś niepostrzeżenie skradł moje serce. I właśnie z tego powodu nie mogłam teraz tak po prostu odejść, tracąc dobrego mężczyznę. Drugiego takiego pewnie nie udałoby mi się znaleźć.
Sedat
Odetchnąłem głęboko dopiero wtedy, gdy Emrah zdjął nóż z mojego gardła. Nie mogłem uwierzyć w to, że ktoś, kogo uważałem za dobrego znajomego, w okamgnieniu mógł obrócić się przeciwko mnie. I to na czyje polecenie? Dzieciaka, któremu z reguły wieczorami udzielałem korepetycji z matematyki.
Odkąd zacząłem pracować w tym barze pięć lat temu, zdawałem sobie sprawę, że działam na polecenie ludzi wpływowych, ale też pochodzących z nizin społecznych. Obce im było eleganckie czy wyszukane słownictwo, dobre maniery lub chociażby podstawowe zasady funkcjonowania w społeczeństwie. Jednak to, co właśnie się wydarzyło, przerosło moje najśmielsze wyobrażenie o ich bezmyślności oraz chamstwie.
Tak bardzo cieszyłem się, że Basi udało się wyrwać na jedną noc z Rodos. Zwłaszcza że to była ta noc, podczas której wreszcie miałem poznać tajemnice jej ciała. Planowałem rozkoszować się seksem, by później zasnąć, trzymając ją w ramionach. Niestety po raz kolejny wydarzyło się coś, co sprawiło, że moja męskość musiała obejść się smakiem. Westchnąłem ciężko, opadając na jeden z barowych foteli.
Czułem strach, bezsilność, ale też obawy o to, co przyniesie przyszłość. Gdyby chodziło tylko o moje życie, to nie wahałbym się nawet przez sekundę. Ustawiłbym tego małolata do pionu i nie pozwoliłbym mu odzywać się w ten sposób do Basi. Niestety, musiałem myśleć o młodszym bracie, który miał tylko mnie. Po tragicznej śmierci naszych rodziców stałem się jego prawnym opiekunem oraz jedyną szansą na dobre życie. Nie miałem prawa ich rozczarować, zawsze powtarzali mi, że niezależnie od okoliczności muszę opiekować się Muratem.
Nie chciałem też zawieść siebie oraz osoby, która w tak krótkim czasie stała się dla mnie niezwykle ważna. Do tej pory nie wierzyłem, że można kogoś pokochać za piękne serce, więc los przewrotnie sprawił, że tak właśnie się stało. No dobrze, przed sobą mogę się przyznać również do tego, że jej ciało i krągłe kształty działały na mnie od chwili, kiedy pierwszy raz pojawiła się w barze. Wpływała na moje zmysły do tego stopnia, że mówiąc jej zwykłe "dzień dobry", fantazjowałem o tym, jak przyszpilam ją do ściany i całuję głęboko, by zafundować zarówno sobie, jak i jej fantastyczne popołudnie. Nie znałem wtedy nawet jej imienia, a wyobrażałem sobie, jak wpatruje się we mnie tymi pięknymi oczami w momencie przeżywania ekstazy.
Rozejrzałem się wkoło, lekko zdezorientowany. Nadal próbowałem zrozumieć, co tak właściwie się stało i dlaczego ten narwany dzieciak wywołał całą tę awanturę. Przecież Basia siedziała tak jak zwykle przy barze, interesując się mną bardziej niż czymkolwiek innym. Cały czas czułem na sobie jej spojrzenie, jej zachwyt, może nawet kiełkującą w jej sercu miłość.
Może, ale tylko może raz czy dwa przesunęła wzrokiem po sylwetce ciągle kręcącego się wokół mnie Mehmeta. Zresztą trudno by było nie zauważyć dzieciaka, który za zgodą ojca dowodził całym tym burdelem na kółkach, pozwalając sobie na więcej niż niejeden starszy od niego chłopak. I to właśnie on nagle, zupełnie bez przyczyny urządził awanturę o to, że moja kobieta patrzy na niego z nienawiścią, i kazał jej wypierdalać, bo inaczej ją zabije. Oczywiście natychmiast skoczyłem, aby przerwać tę absurdalną sprzeczkę, ale wtedy Emrah przystawił mi nóż do gardła, czyniąc absolutnie bezsilnym.
Bezwiednie zerknąłem na sprawcę dzisiejszych problemów, a ten jakby natychmiast to wyczuł, ponieważ popatrzył na mnie. W jego spojrzeniu chyba po raz pierwszy dostrzegłem pogardę.
- Pamiętaj! Nie podskakuj mi, bo inaczej tata zajmie się tobą albo tym twoim wychuchanym braciszkiem! - zagroził dzieciak, wychodząc z baru - A teraz ogarnij wszystko i zamknij, w końcu masz klucze!
Czułem, jak opanowuje mnie furia. Niestety, wiedziałem, że nie mogę nic zrobić. Musiałem przełknąć tę gorzką pigułkę zaserwowaną mi przez los, jeśli chciałem zachować życie. Ale tylko teraz... Od jutra zacznę myśleć, jak wyplątać się z tej sieci zależności i raz na zawsze zakończyć pracę dla tych ludzi.
#
Zamknąłem bar, tak jak kazał mi syn właściciela, i poszedłem do służbowego mieszkania, które dzieliłem z młodszym bratem. Na tyłach budynku znajdowały się drzwi prowadzące na strych. Przystanąłem w nich, uświadamiając sobie, jak wiele w moim życiu się zmieniło.
Lokum nad barem oraz dnie przepełnione pracą i opieką nad Muratem przestały mi wystarczać. Moja dusza pragnęła czegoś innego, czegoś większego, czegoś doskonalszego. Chciałem, aby Basia stała się częścią mojej codzienności. Chciałem stworzyć z nią wszechświat, w którym będzie miejsce dla nas i naszego szczęścia. Niestety, aby tego dokonać, będę musiał stoczyć wiele ciężkich i długich bitew. Byłem jednak na to gotowy.
Wchodząc po schodach, przystawałem co moment, zastanawiając się, od czego zacząć. Gdy dotarłem na górę, wiedziałem, że powinienem zadzwonić do mojej ukochanej. Musiałem upewnić się, że bezpiecznie dotarła do hotelu. Dopiero potem zacznę opracowywać precyzyjny plan wprowadzenia zmian w swoim życiu.
- Basiu, skarbie - odezwałem się, gdy tylko odebrała. - Czy wszystko w porządku?
- Co to było? - usłyszałem w odpowiedzi.
- Nie wiem, nie mam pojęcia. Nigdy dotąd ten rozpieszczony dzieciak tak się nie zachowywał. Owszem sodówka uderzyła mu nieco do głowy, gdy ojciec przekazał mu władzę nad barem, ale to... Sam nic nie rozumiem!
- A ten nóż? Co to? Jakiś domorosły gang nożowników? - spytała, a w jej tonie mogłem usłyszeć realny strach.
- Wiesz... - przez chwilę wahałem się, czy wyznać jej prawdę, ale zrozumiałem, że z całą pewnością na nią zasługuje - nóż, pistolet czy kij bejsbolowy, dla nich to bez różnicy. Wszelkie problemy, które pojawiają się na ich drodze, załatwiają siłą. W ich rozumieniu to jedyny słuszny argument.
Westchnęła przeciągle, ale ja poczułem, że ją tracę. Nie mogłem na to pozwolić, nie teraz, kiedy wreszcie odnalazłem szczęście u jej boku i zdawałem sobie sprawę, że powinienem zmienić to i owo.
- Odejdź z tego baru, błagam - szepnęła, a ból w jej głosie sprawił, że poczułem go niemal fizycznie.
Gdyby to wszystko było takie proste... Niestety nie było!
- Ask?m - nazwałem ją pieszczotliwie tureckim zwrotem, oznaczającym "moja miłości" - ty nie rozumiesz! Ja nie mogę tak po prostu opuścić tego miejsca i tych ludzi. To nie jest tak kulturalne towarzystwo, do jakiego przywykłaś. Daleko im do kółka wzajemnej adoracji stworzonego z eleganckich oraz wykształconych właścicieli pięciogwiazdkowych kurortów w Grecji. Wiem i widziałem zbyt wiele rzeczy; rzeczy, które nigdy nie powinny wypłynąć na światło dzienne.
- Czy ty twierdzisz, że ci ludzie to mafia?
Nie sądziłem, że zapyta wprost. Cholera! I co ja mogłem jej na to odpowiedzieć? Tak? Przecież, nawet jeśli to potwierdzę, to z pewnością nie zrozumie powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem. Po prostu przestraszy się i już nigdy jej nie zobaczę. Nie? Wtedy będę mijał się z prawdą tak bardzo, że zahaczę o kłamstwo, a tego robić z całą pewnością nie chciałem.
- Mafia to chyba jednak zbyt duże słowo - zacząłem dyplomatycznie, próbując oględnie ująć to, czym była struktura podwładnych Arslana. - Owszem, zdarza mu się złożyć komuś propozycje nie do odrzucenia, czasami wymusić jakieś działanie siłowo bądź skutecznie uciszyć niewygodnego dla siebie człowieka, ale nie ma podstaw, by porównywać go do bossów z hollywoodzkich filmów. Nie ma do tego ani predyspozycji, ani aparycji.
- To, co opisujesz, brzmi jak typowe działania mafii. - Basia uparcie obstawała przy używaniu akurat tego określenia, dodając całej sytuacji większego dramatyzmu.
- Jeśli nawet, to tylko na małą skalę.
Wsłuchując się w jej spowalniający oddech, doszedłem do wniosku, że chyba udało mi się nieco ją uspokoić. Po cichu nawet zacząłem gratulować sobie sukcesu, gdy przerwał mi jej przytłumiony głos.
- Czy w Marmaris jest ktoś silniejszy od niego, przed kim musiałby czuć respekt?
Cholera! Znowu niewygodne pytanie, a odpowiedź na nie z pewnością nie przypadnie jej do gustu. Zresztą jak tak teraz myślałem o tym wszystkim, co widziałem i słyszałem, to zacząłem dochodzić do wniosku, że odpowiedzi na jej pytania nie podobają się również mnie. Nie o takim życiu marzyłem, kończąc studia.
- Raczej nie... - odrzekłem szczerze, prosząc Boga o to, aby nie drążyła dalej.
- A jeśli pojadę, dajmy na to sto kilometrów dalej, to czy tam twój szef nadal będzie szychą?
Uff, na to pytanie odpowiedź była prosta i czułem, że z pewnością przypadnie jej do gustu!
- Zdecydowanie nie.
Cisza. To zaskakujące, ile emocji kryje się w chwili, gdy żaden dźwięk nie jest w stanie podpowiedzieć, jakie procesy myślowe zachodzą w głowie twojego rozmówcy. A przecież może tam dziać się dosłownie wszystko, od pogodzenia się z faktami, po chęć zakończenia kłopotliwej i tylko z pozoru źle rokującej relacji.
- Co zamierzasz teraz zrobić? - padło pytanie, które nadal pozostawiało zbyt szerokie spektrum możliwości interpretacyjnych.
Bałem się, czy będę w stanie udzielić na nie oczekiwanej odpowiedzi.
- Nie chce cię stracić, to na pewno - wyznałem szczerze w nadziei, że potraktuje moje słowa serio. - Postaram się stamtąd odejść, ale nie wiem, ile to potrwa. Może miesiąc, a może rok...
- A może nie uda ci się tego zrobić nigdy - weszła mi w słowo, dosyć smutnym tonem. - Wiesz, oglądałam Ojca chrzestnego, Rodzinę Soprano i kilka innych produkcji na temat mafii - dodała, siląc się na dosyć czarny humor.
- Basiu...
Nawet nie wiedziałem, czy mam prawo błagać ją o cokolwiek, zresztą, o co w takiej sytuacji powinienem prosić? Zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy na samym początku wspólnej drogi, a ona miała pełne prawo wycofać się w obliczu tego, co wydarzyło się dziś wieczorem w barze.
- Zrób, co możesz, aby się stamtąd uwolnić - poprosiła cichym, niemal niesłyszalnym tonem. - Odezwę się za kilka dni, kiedy przemyślę sobie to i owo.
- Nie spotkamy się dziś w nocy? - spytałem jak ostatni idiota, wiedząc, że minęła czwarta nad ranem, a ona o ósmej musi być w porcie.
Jednego byłem pewien - czułem, że muszę ją zobaczyć, chociażby na sekundę. Przytulić, pocałować, zapewnić, że wszystko będzie dobrze!
- A czy ma to sens? - westchnęła zmęczonym tonem, ale wyczułem w nim pojedynczą nutkę nadziei.
- Za dziesięć minut będę pod twoim hotelem - obiecałem, mając nadzieję, że uda mi się złapać taksówkę o tej skandalicznej porze. - Zdaje sobie sprawę, że jesteś wycieńczona, ale chcę poczuć cię w swoich ramionach, ucałować twoje usta i poczuć zapach twojej skóry. Nie mam przecież pojęcia, kiedy następnym razem będę mieć szansę zrobić to ponownie. Niechaj więc moja tęsknota za tobą karmi się tymi skąpymi wspomnieniami.
- Będę czekać przed recepcją - zapewniła, po czym przerwała połączenie.
Nadzieja na nowo wstąpiła w moje serce. Zbiegając po schodach, obiecałem sobie, że zrobię wszystko, by jej nie stracić. Ba, przy najbliższej okazji postaram się, by zacieśnić łączącą nas więź i poznać jej ciało. W końcu ta kobieta była najcudowniejszą rzeczą, jaką podarował mi los, i musiałem upewnić się, że pozostanie w moim życiu na zawsze.
Ujrzałem ją z okna taksówki, kiedy stała lekko zgarbiona przed hotelem. Wyglądała na zmęczoną, ale też kruchą jak porcelana. Rzuciłem kierowcy dwieście lirów i szybko wysiadłem z auta, aby nie musiała czekać na mnie dłużej, niż to było niezbędne. Wyprostowała się na mój widok, a ja szybko zamknąłem ją w swoich ramionach. Przymknąłem oczy, rozkoszując się ciepłem jej ciała, jej miękkością oraz kobiecością, która tak bardzo na mnie działała. Najchętniej porwałbym ją do najbliższego wolnego pokoju i sprawił, abyśmy oboje zapomnieli o wydarzeniach dzisiejszej nocy. Wiedziałem jednak, że nie tego po mnie oczekiwała, a ja nie chciałem jeszcze bardziej zawieść jej oczekiwań.
Poczułem, że lekko się trzęsie. Początkowo wziąłem to za objaw zimna, w końcu noce o tej porze roku nadal były bardzo chłodne, ale po chwili zrozumiałem, że ona płacze! Delikatnie wyswobodziłem ją ze swoich objęć, by móc po raz pierwszy od incydentu w barze spojrzeć jej w oczy. Jej piękne błękitne tęczówki zasnute były smutkiem, którego niestety nie potrafiłem ukoić, a to sprawiało, że czułem jeszcze większość wściekłość nie tylko na Mehmeta, ale też na samego siebie.
- Przepraszam - szepnąłem, nie bardzo wiedząc, co jeszcze mógłbym powiedzieć. - To wszystko moja wina, ale uwierz mi, zrobię wszystko, aby to odkręcić.
Nic nie odpowiedziała. Po prostu chwyciła za materiał mojej bluzy i stając na palcach, sięgnęła ust. Oniemiałem. Moja słodka, niewinna Basia właśnie nie tylko zainicjowała pocałunek, ale też pokazała poprzez niego, że nadal jej na mnie zależy!
Jej ciepłe wargi delikatnie muskały moje, jakby obawiając się odrzucenia. Niepewnie badała, kusiła i zachęcała. Nie mogłem więc pozwolić, aby pozostawała dłużej w niepewności co do moich uczuć lub pragnień. Odpowiedziałem dużo bardziej namiętnie i nieco bardziej natarczywie. Nie potrafiłem się powstrzymać ani tym bardziej czekać dłużej. Chciałem nie tylko brać, ale i dawać. Musiałem wypalić na jej duszy piętno, aby nie zdecydowała się porzucić mnie dla kogoś innego. Zaatakowałem jej usta językiem, zmuszając do uległości. Wtargnąłem do ich wnętrza, pragnąc odebrać jej oddech i wywołać zawroty głowy.
Jęknęła cichutko, wtulając się we mnie mocniej. Domagała się bliskości gwarantującej jej chwilę wytchnienia od problemów, ale też obietnicy szczęśliwego zakończenia. Boże! Gdyby tylko zdawała sobie sprawę, jak bardzo na mnie działała! To nie był ani odpowiedni czas, ani miejsce, ale przecież mogłem dać jej chociaż przedsmak tego, czego mogliśmy razem doświadczyć.
Chwyciłem ją dłońmi za pośladki, zmuszając, by objęła mnie nogami w pasie, co po chwili zwłoki uczyniła. Przymknąłem na moment powieki, czując miękkość jej ciała. Owszem, całowaliśmy się już wcześniej, ale nigdy nie zatraciliśmy się w naszej namiętności tak daleko. Nieco po omacku przeszedłem kilka metrów, by dosłownie przyszpilić ją do bocznej ścianę hotelu. Obejmowała mnie mocno za szyję, nie przerywając pocałunków. Ściskała mocno udami, sam już nie widziałem czy po to, aby nie upaść, czy by zintensyfikować doznania płynące z bliskości naszych ciał. To był czysty szał, jakiego jeszcze chyba nigdy nie doświadczyłem. Traciłem panowanie nad sobą, pragnąc zagłębić się w jej wnętrzu tu i teraz, bez zbędnego czekania.
- Co wy tu robicie?! - krzyknął głos dochodzący z oddali. - Wynocha stąd! Wstydu nie macie?
Niechętnie wypuściłem Basię z objęć i spojrzałem w stronę, skąd padły pełne złości słowa. Starszy mężczyzna w służbowym uniformie nie wyglądał, jakby potrafił zrozumieć nagły poryw namiętności dwójki zafascynowanych sobą osób.
- To porządny hotel, a nie jakaś rudera z pokojami na godziny - dodał w tym czasie nieznajomy, robiąc kolejne kilka kroków w ich stronę.
- Abi - zacząłem tureckim zwrotem "bracie", używanym względem starszych mężczyzn, jako oznaka szacunku - przepraszamy bardzo za to chwilowe uniesienie. To już się nie powtórzy - zapewniłem.
- A pewnie, że nie! - Ochroniarz nie dał się tak łatwo udobruchać. - Mieszkacie tu? To do pokoju! Nie mieszkacie? To won! - dodał ostro, dzielnie walcząc o dobrą opinię miejsca, w którym pracował.
Westchnąłem lekko, tęsknie zerkając na zdezorientowaną i zakłopotaną Basię. Mimo wątłego światła latarni byłem w stanie dostrzec, jak bardzo się zaczerwieniła. Dotknąłem dłonią jej ramienia, aby dodać jej otuchy, co tylko spotęgowało furię mężczyzny.
- Nie rozumiecie, jak się do was mówi? To wzywam policję i przed nimi się tłumaczcie!
- Nie ma potrzeby - zapewniłem - powiem jej tylko dobranoc i znikam. Może pan nam dać dosłownie minutę na pożegnanie?
Ku memu zaskoczeniu skinął głową, po czym taktownie oddalił się na kilkanaście metrów, bacznie obserwując nas z dystansu.
- Uwierz mi, zrobię wszystko, by jak najszybciej wydostać się z tego baru, tylko proszę: poczekaj na mnie!
Chciała rzucić mi się w ramiona, ale powstrzymałem ją. I tylko Bóg mógł zaświadczyć, ile wysiłku mnie to kosztowało. Niestety, nie mogłem ryzykować nowej utarczki z ochroniarzem ani rozstania bez powiedzenia "do zobaczenia".
Spuściła wzrok, rozumiejąc, że na inne zakończenie wieczoru nie mamy szansy. Odeszła o krok, później drugi, jakby sama nie wiedziała, co powinna zrobić lub powiedzieć. Dopiero po chwili uniosła lekko głowę i spojrzała mi prosto w oczy.
- Uważaj na siebie - szepnęła ledwo słyszalnym głosem - i... miejmy nadzieję do zobaczenia wkrótce!
Nie zdążyłem jej nawet odpowiedzieć, ponieważ niemal biegiem ruszyła w kierunku wejścia do hotelu, zostawiając mnie samego na ulicy. Jakaś część mnie poczuła strach, strach, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.
Anna
Poranna kawa w towarzystwie Alessandra od prawie dwóch lat stanowiła stały, niezmienny punkt programu w moim uporządkowanym i nieco nudnym schemacie dnia. Dlatego zasiadając w ulubionym fotelu, byłam pewna, że nikt przy zdrowych zmysłach, oczywiście bez racjonalnego powodu, nie ośmieliłby się zakłócać mi tej wyczekiwanej chwili spokoju. Kierując działaniami całej rodziny, musiałam znaleźć sposób, by zregenerować nie tylko siły, ale również zachować balans psychiczny.
Pojawienie się Stavrosa w drzwiach gabinetu mogło i z pewnością zwiastowało kłopoty, ja natomiast wstrzymałam oddech, zastanawiając się, jak poważne one będą. Wyraz twarzy nowo przybyłego utwierdził mnie w tym czarnowidztwie. Naznaczone już zmarszczkami, ale nadal przystojne oblicze zdradzało zdenerwowanie, co było niepodobne do Greka, który stanął przed nami. Mocno zaciśnięta szczęka oraz poważne spojrzenie wskazywały na to, że i jemu nie podoba się to, co zamierzał mi obwieścić.
Odstawiłam filiżankę z kawą na stolik.
- Mamy problem? - spytałam, chcąc jak najszybciej przejść do konkretów.
Lubiłam, gdy wszystko stawało się jasne od pierwszego momentu. Owijanie w przysłowiową bawełnę tylko niepotrzebnie mnie irytowało, a tego chciałam uniknąć za wszelką cenę.
- Mamy - przytaknął i ku memu zaskoczeniu na tym poprzestał.
Czekałam, aż rozwinie nieco to dosyć lakoniczne stwierdzenie, ale niestety się zawiodłam. Najwyraźniej zaufany współpracownik mojego świętej pamięci dziadka sam nie wiedział, w jaki sposób przekazać mi złe wieści i zwlekał, licząc na jakiś bliżej nieokreślony cud. Atmosfera panująca w pomieszczeniu powoli zaczęła się zagęszczać, jedynie potęgując niepokój chwili.
Alessandro, nieśpiesznie wodził wzrokiem między mną a moim podwładnym. Zupełnie jakbyśmy rozgrywali jakiś niewerbalny mecz tenisowy, na koniec zaś nerwowo kaszlnął, chcąc sprowokować któreś z nas do jakiejkolwiek reakcji.
- Powiesz mi w końcu, o co chodzi? Albo chociaż zdradzisz, co jest istotą problemu? - spytałam, nie mogąc znieść napięcia wypełniającego mój całkiem sporych rozmiarów gabinet.
- Basia - padło w odpowiedzi.
Owszem, byłam przyzwyczajona do tego, że Stavros nigdy nie był zbytnio wylewny, w tym właśnie zawierał się jego urok, ale jego milczkowatość zaczęła mnie irytować i to bardzo. Gdybym była bardziej nerwowa lub grała w jakimś serialu o mafii, to w tym momencie powinnam zacząć strzelać.
- Basia? - powtórzyłam za nim, po części nie wierząc w to, co słyszę, po części zastanawiając się, co to słodkie dziewczę mogło zdziałać, że wywołało tak nietypową reakcję u człowieka z reguły tak bardzo opanowanego, jak stojący przede mną Grek.
- Nie wiem dokładnie, co się stało - przyznał niechętnie, jakby wstydząc się, że nie udało mu się dotrzeć do istoty rzeczy - ale wróciła z tej Turcji bardzo wzburzona. Rozstawiała po kątach chłopaków, nakrzyczała na nową recepcjonistkę, po czym stwierdziła, że zabijanie niekiedy bywa sposobem na uwolnienie społeczeństwa od niebezpiecznych jednostek. Nie to jednak najbardziej mnie martwi. Obawiam się, że może zechcieć wcielić w życie te nowe, dosyć radykalne poglądy, ponieważ słyszałem, chociaż nadal mam nadzieję, że coś źle zrozumiałem, jak prosiła jednego z chłopaków, by w wolnym czasie zaczął ją uczyć, jak posługiwać się bronią. I nie mówię tu o jakimś żeńskim, małym pistoleciku, który zmieści się do wieczorowej torebki. Wymieniała Glocka, a także Uzi!
- Uzi? - powtórzył za nim były włoski policjant, będący aktualnie moim życiowym partnerem. - W co ta dziewczyna się wpakowała?
Słysząc to pytanie z jego ust, nerwowym gestem odgarnęłam z twarzy niesforny kosmyk złotobrązowych włosów, który cały czas opadał mi na prawy policzek, wywołując irytację. Przypomniałam sobie dzień, a raczej wieczór, kiedy poznałam płaczącą i całkowicie załamaną Basię. To wspomnienie było tak odległe, że zdawało się pochodzić z innego, minionego życia. Uśmiechnęłam się nawet na myśl o tym, jak bardzo zmieniła się moja podopieczna, jak lubiłam o niej myśleć. Z bardzo niepewnego siebie brzydkiego kaczątka na moich oczach wyrósł piękny łabędź, który nauczył się trudnych zasad prowadzenia interesów w zdominowanym przez męskich szowinistów świecie.
- Cokolwiek by to nie było, powinna wiedzieć, że zawsze może na nas liczyć. W końcu jest częścią rodziny, więc jeśli ktoś zadziera z nią, a ewidentnie z tego typu problemem mamy tu do czynienia, to tak, jakby wypowiadał wojnę nam. Nie ukrywam, boli mnie, że nie przyszła z tym prosto do mnie - przyznałam, czując nieprzyjemne uczucie zawodu ściskające okolice mojego serca.
- Kochanie, może po prostu nie chciała zawracać ci głowy jakąś drobnostką? - pocieszył mnie natychmiast Alessandro.
- Drobnostką? - powtórzyłam za nim, siląc się na resztki spokoju. - Mówimy o Basi, biegającej Bóg wie, gdzie i za kim z Uzi w ręku! To brzmi jak zapowiedź Trzeciej Wojny Światowej, a nie coś, co jest tylko możliwym do zignorowania szczegółem.
Mężczyzna siedzący w fotelu naprzeciwko mnie westchnął ciężko, po czym zerknął na taktownie milczącego w tym czasie Stavrosa. Panowie wciąż pałali do siebie antypatią, chociaż chwilowo straciła ona na intensywności w obliczu większego problemu. Starszy mężczyzna zdawał się bowiem zgadzać z wypowiedzianymi przeze mnie słowami.
- Znasz ją zdecydowanie lepiej. Jeśli uważasz, że nie jest to standardowe dla niej zachowanie, to oznacza, że czas spokoju, którym się rozkoszowaliśmy, właśnie dobiega końca - mruknął szczerze zmartwiony Alessandro. - Proszę tylko, żebyś na siebie uważała niezależnie od tego, co by się nie działo.
Z pewnością nadal miał w pamięci dni przepełnione strachem, gdy postrzelona przez mojego byłego męża walczyłam o odzyskanie przytomności, a później pełnej sprawności. Dobijał go też fakt, że zamiast mnie przed tym wszystkim ochronić, dał się zmanipulować i niczym młody szczupak połknął przynętę i został wywabiony w odpowiednim momencie z Sycylii.
Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że chociaż nie rozumiał zbytnio wyborów mojej asystentki, nie znał jej jako człowieka, a co gorsze wcale nie starał się zmienić tego stanu rzeczy, to mimo wszystko na swój sposób lubił tę młodą kobietę. Zresztą w naszej małej rodzinie nie było chyba nikogo, kto nie darzyłby sympatią tej wiecznie uśmiechniętej dziewczyny.
- Ona ma nadzwyczajny talent do pakowania się w kłopoty - podsumowałam bardziej do siebie, niż do niego - a ja jakimś cudem potem muszę ją z nich wyciągać.
Rozsiadłam się wygodniej, moszcząc sobie miejsce pomiędzy miękkimi poduszkami, i sięgnęłam po filiżankę z kawą. Nie chciałam mówić tego na głos, ale jakaś część mnie nawet się ucieszyła, że wreszcie coś się dzieje. Ta stagnacja i siedzenie w fotelu, niczym na tronie zbudowanego przez dziadka imperium zaczynała mnie już powoli nudzić.
- Co zatem powinniśmy zrobić w jej sprawie? - spytał Stavros, wypowiadając na głos pytanie dręczące całą naszą trójkę.
- Dajmy jej dzień lub dwa - zdecydowałam w nadziei, że przeczucia mnie nie mylą. - Albo sama rozwiąże ten tajemniczy problem, albo przyjdzie z nim do mnie. Znając ją, byłam pewna, że nie będzie długo trwać w zawieszeniu.
- Costas nie wie, czy może udzielić jej tych wskazówek - wtrącił Stavros, najwidoczniej nie do końca zadowolony z planu, które zaproponowałam.
- Niech wstrzyma się z tym do końca tygodnia, ale wymyśli na tyle dobrą wymówkę, by Basia w nią uwierzyła i cierpliwie czekała na pierwszą lekcję. Ostatnie czego nam trzeba to, żeby szukała innych, bardziej radykalnych rozwiązań kłopotów, w jakie prawdopodobnie umyślnie bądź też nie się wpakowała.
Obaj mężczyźni przytaknęli, zgadzając się z moim ostatnim stwierdzeniem. Jako że nie pozostało już nic do dodania, Stavros ukłonił się lekko, po czym nie siląc się na zbędne komentarze, ruszył w kierunku drzwi wyjściowych.
Basia
Zmęczona nie tyle ciężkim dniem i pracą, ile rozmyślaniem oraz dręczeniem się pesymistycznymi wizjami związanymi z sytuacją Sedata, weszłam do hotelowego baru. Nie często sięgałam po alkohol, ale dziś zdecydowanie miałam ochotę na jakiś kolorowy, słodki, ale jednocześnie mocny koktajl. Musiałam pozwolić sobie na chwilę zapomnienia. Tak, aby rozluźnić się i po prostu cieszyć cudownym życiem, jakie podarowała mi moja cudowna szefowa.
- Co dla pani? - spytał przystojny Grek stojący za barem. - Frappe? Coś ciepłego? A może w końcu skusi się pani na jeden z moich popisowych drinków?
- Ma być mocne, słodkie i kuszące wizualnie - na pół poprosiłam, na pół rozkazałam, rozsiadając się na hokerze.
- I takie wyzwania to ja lubię, postaram się nie zawieść pani oczekiwań - ucieszył się mężczyzna, mając nadzieję zapunktować. W końcu podczas nieobecności Anny to ja najczęściej kierowałam tym kurortem. Normalnie zwróciłabym mu uwagę, aby traktował mnie tak jak każdego naszego gościa, ale dziś specjalne traktowanie mi nie przeszkadzało.
Dosłownie trzy minuty później postawił przede mną idealnie oszronioną szklankę wypełnioną pomarańczowo-czerwonym płynem otaczającym drobno pokruszony lód. Całość zaś udekorował kandyzowaną wisienką oraz kawałkiem pomarańczy. Na sam widok pociekła mi ślinka.
- Prosty, ale smaczny drink Bahama Mama, przygotowany na bazie rumu. Na pewno przypadnie pani do gustu.
Upiłam pierwszy łyk i poczułam się jak w raju. Posmak tropikalnych owoców mieszał się ze słodkim aromatem alkoholu, przywodząc na myśl parne noce na plażach Karaibów. Mruknęłam z zadowoleniem, wywołując tym samym uśmiech barmana.
Porozmawialiśmy chwilę tak naprawdę o niczym, po czym mężczyzna wrócił do swoich obowiązków zawodowych. Kończyła się pora kolacji, dlatego hotelowy bar zaczął powoli zapełniać się ludźmi spragnionymi wieczornej rozrywki przy szklaneczce czegoś mocniejszego. Na liczbę gości wpłynęło zapewne również przedstawienie kabaretowe przewidziane w grafiku animatorów mające zacząć się już niebawem.
Trzy koktajle później tłum dla odmiany zaczął się przerzedzać, a część świateł została wygaszona. Półmrok otaczający niewielką grupę hotelowych gości tworzył przytulną, niemal intymną atmosferę sprzyjającą flirtom i romansom. Zrelaksowana, lekko pijana trwającą chwilą i chociażby tymczasowym oderwaniem się od rzeczywistości, rozkoszowałam się spokojnym wieczorem. Jakże był on różny od tego, który miał miejsce zaledwie trzy dni wcześniej w Marmaris. Na samo wspomnienie poczułam, jak ogarniają mnie złe emocje, a nie chciałam, by zepsuły mi one ten sielski wieczór.
- Można się przysiąść?
Pytanie to całkowicie mnie zaskoczyło, wyrywając ze złudnej bańki szczęścia, w której znalazłam się za sprawą trwającej chwili i alkoholu. Uniosłam wzrok utkwiony do tej pory w nicości, zlokalizowanej gdzieś nieco ponad jednym z przygaszonych żyrandoli i zerknęłam na trzech młodych oraz zdecydowanie przystojnych mężczyzn. Każdy z nich z powodzeniem mógłby wystąpić w rozbieranych reklamach bielizny Calvina Kleina. Wszyscy pracowali dla mnie, a raczej dla Anny, w jej autorskim projekcie "panów do towarzystwa".
- Już po pracy? - spytałam, patrząc na najstarszego z nich.
Tacjusz dobiegał trzydziestki, jednak nieustannie cieszył się popularnością wśród naszych klientek. Prawdopodobnie decydowało o tym nie tylko jego pięknie wyrzeźbione ciało, czy czarujący uśmiech, ale również ujmująca osobowość oraz fakt, że mężczyzna był dobrze wykształcony oraz niezwykle elokwentny. Czasami, rozmawiając z nim, sama dziwiłam się, dlaczego wykonuje akurat taką pracę, skoro mógłby robić karierę w jakimś korpo lub budować własną markę. Cóż, to był jego wybór, a ja nie zamierzałam go z tego powodu oceniać.
- Sezon dopiero się rozkręca. Na razie więcej czasu poświęcamy na udoskonalanie naszych sposobów uwodzenia czy sprawiania przyjemności niż na możliwościach wcielania tej użytecznej w naszym przypadku wiedzy w życie.
To prawda. Początek kwietnia w tym roku był niezwykle spokojny, zupełnie jakby turyści nie wybudzili się z zimowego snu gdzieś w przytulnej wiosce narciarskiej w Alpach. Dawało to możliwość przygotowania się do sezonu, ale też wzbudzało frustrację związaną z przymusową bezczynnością.
- Jeszcze kilka tygodni i nie będziecie wiedzieli, gdzie ręce włożyć - zapewniłam, chcąc nieco podnieść chwiejące się morale chłopaków.
- Raczej, gdzie umoczyć... - zasugerował natychmiast Janis.
Mężczyźni wybuchnęli śmiechem, tym samym udowadniając, że nie ma między nimi zazdrości czy rywalizacji często obecnej wśród przedstawicieli nie tylko tego zawodu. To było właśnie wyjątkowe w biznesie Anny. Dosłownie każdy jego aspekt był przemyślany, aby raz wprawiona w ruch maszyna nigdy się nie zacinała. Mnie też ten fakt czynił dumną, ponieważ od dwóch lat to właśnie ja praktycznie sama go prowadziłam.
- A może... - zaczął, ale po chwili urwał lekko zmieszany Tacjusz.
- ...przetestujemy nowe sztuczki na pani Basi? - Janis natychmiast odczytał jego myśli i dopowiedział to, czego jego kolega z jakiegoś powodu obawiał się wyrazić na głos.
- Doskonały pomysł - podchwycił natychmiast Agis, trzeci z młodzieńców znajdujących się na firmowej liście płac.
Chciałam zaprotestować, podrywając się z barowego krzesła, ale wypity alkohol dał o sobie znać i nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie pozwalając ruszyć się z miejsca. Siedziałam więc niczym zahipnotyzowana, próbując zrozumieć, co tu się tak naprawdę dzieje.
- Przecież nie zrobimy nic obscenicznego, w końcu jesteśmy w miejscu publicznym - przypomniał natychmiast Tacjusz, w ten sposób nieco mnie uspakajając.
- Po prostu nazwijmy to kontrolą jakości świadczonych przez nas usług - odezwał się Agis, ujmując moją łydkę tylko po to, by położyć ją na swoim umięśnionym udzie.
Zwinne palce zainicjowały delikatny masaż, który przyniósł ulgę zmęczonemu ciału. Jego dotyk był niezwykle przyjemny, powiedziałabym, że niemal relaksujący. Opuszki palców na zmianę muskały moją skórę i mięśnie, tylko po to, by za moment znacznie zwiększyć nacisk.
Rozkosz przemieszana z lekkim bólem sprawiła, że poczułam spokój graniczący z sennością. Miałam ochotę odpłynąć w niebyt. Jednocześnie w sposobie, w jaki mnie muskał, było coś, co sprawiało, że z rutynowej hibernacji obudziły się wszystkie moje zmysły, wprowadzając ciało w stan wyższej gotowości.
One po prostu się wyostrzyły. Intensywniej czułam ucisk z nutą dominacji, ale nie tylko to wpływało na moją wyobraźnię. Nieco agresywny, a na pewno męski zapach jego perfum przemieszany z aromatem rozgrzanej południowym słońcem skóry oraz naturalnych feromonów odurzał mnie niczym najprzedniejsze opium.
Wsłuchałam się w lekko przyśpieszony oddech mężczyzny, z niedowierzaniem odnajdując w nim podniecenie, którego nie mógł, a może nie chciał ukryć. To wszystko podziałało na mnie niczym mieszanka wybuchowa. Zapragnęłam więcej, dużo więcej. Chciałam zobaczyć, co poza masażem Tacjusz mógłby mi zaoferować jako kobiecie.
Wypity rum podpowiadał mi, że przecież nie robię nic złego. Nie uprawiam seksu, przeprowadzam tylko kontrolę jakości usług oferowanych przez moich pracowników. Dokładnie tak, jak powiedział jeden z nich.
Po chwili zupełnie się tego nie spodziewając, poczułam męskie dłonie na ramionach. Zaskoczona odchyliłam nieco głowę, natychmiast dostrzegając pochylonego nade mną Janisa. Uśmiechnął się do mnie czule, po czym wibrującym tonem stwierdził:
- Jesteś bardzo zestresowana, potrzebujesz chwili relaksu.
Tak, zdecydowanie miał rację. Stres ostatnich dni ciążył mi strasznie, psując samopoczucie, ale też wywołując nieustającą falę czarnowidztwa. Kumulował się w mojej duszy niczym wypiętrzone fale tsunami gotowe zmieść wszystko z powierzchni ziemi. Zdecydowanie należała mi się chwila wyciszenia, dlatego też poddałam się naciskowi silnych, ale jednocześnie delikatnych rąk.
Zanim zdążyłam przyzwyczaić się do tego nowego dotyku, ktoś ujął moją dłoń, po czym zaczął leciutko ją ugniatać, wywołując we mnie kolejną falę niezwykłych wrażeń. Lekkie dreszcze przenikały moje ciało, sprawiając, że miałam ochotę jęknąć, może nie z rozkoszy, ale z całą pewnością z przyjemności.
Nie czułam się tak lekko i dobrze od... Do cholery, jeszcze nigdy się tak nie czułam! Przymknęłam oczy, pozwalając zmysłom napawać się tym nowym doznaniem. Było w tym wszystkim coś nieprzyzwoitego. Trzech mężczyzn dotykało mnie w miejscu publicznym, a ja nie miałam najmniejszej ochoty zaprotestować, czy ich powstrzymywać. Jednocześnie szumiący mi w głowie alkohol podpowiadał, że bez trudu mogłabym przenieść tę imprezę w zacisze mojego hotelowego apartamentu. Jakiś pierwotny instynkt pragnął tego, niemal wył z chęci spełnienia. Zdrowy rozsądek jednak natychmiast przypomniał mi o Sedacie. Chociaż nasz związek nie wszedł jeszcze na poziom fizyczności, zdawałam sobie sprawę, że uleganie dzisiejszej chwili byłoby zdradą. Czymś, czego nie chciałam się dopuścić. Na wspomnienie tego niezwykłego mężczyzny i naszego pełnego pasji pocałunku przed hotelem, otrzeźwiałam nieco, ale dotyk dłoni, delikatnie gładzących moje ramiona, ręce i łydki, szybko zabrał mnie na powrót do krainy bezwolności.
Gdzieś w tle zadzwonił telefon, ale w pierwszej chwili nie zwróciłam na to nawet uwagi. Dopiero gdy ktoś, nawet nie bardzo wiem kto, wepchnął mi komórkę do dłoni, odruchowo odebrałam połączenie, nie sprawdzając nawet, z kim za chwilę będę miała okazję rozmawiać. Nadal pozostawałam w transie wywołanym przez masaż na sześć dłoni.
Ocknęłam się jednak w ułamku sekundy, gdy na ekranie ujrzałam zaskoczoną twarz Sedata. Uświadomiłam sobie, trochę poniewczasie, że połączył się ze mną za pomocą WhatsAppa i prawdopodobnie zobaczył, że nie spędzam tego wieczoru samotnie. Niestety już jego pierwsze słowa potwierdziły moje obawy.
- Przeszkadzam w czymś?
Chociaż z reguły nie używałam słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne, to właśnie w tym momencie poczułam potrzebę zaklęcia pod nosem tradycyjnym polskim "kurwa". Jednocześnie natychmiast poderwałam się z hokera i szybkim krokiem, a może właściwie trzeba byłoby to określić mianem biegu, oddaliłam się od moich podwładnych.
- Oczywiście, że nie - zaprzeczyłam szybko w nadziei, że robię to przekonywająco. - Nigdy nie przeszkadzasz!
Odpowiedziała mi chwilowa cisza. Jego ciemne oczy z niepokojem wpatrywały się w ekran telefonu, a tym samym kamery, w której oku i ja mogłam go zobaczyć.
- Wiesz, gdy odebrałaś, byłaś otoczona przez trzech naprawdę przystojnych facetów... - powiedział w końcu i widać było, że nie jest mu łatwo o tym mówić.
Cóż, pewnie, gdybym przyłapała go w podobnej sytuacji, też nie byłabym zachwycona.
Myśl, myśl, myśl - nakazałam sobie bezgłośnie, próbując pokonać chwilowe zaćmienie umysłu. W końcu doszłam do wniosku, że zawsze najlepszym kłamstwem jest to najbliższe prawdzie!
- To moi podwładni. Mieliśmy małe zebranie personelu, na którym ustalaliśmy strategię działania przed nadchodzącym sezonem. - Te słowa niemal same popłynęły z moich ust i wydały mi się całkiem racjonalnym wytłumaczeniem niezręcznej sytuacji, której niechcący był świadkiem.
- O tej porze? W barze? I dlaczego oni wszyscy wyglądają, jakby mieli zaraz pozować do jakiejś reklamy męskiej bielizny lub środka na potencję? - spytał na poczekaniu, wytykając mi słabe punkty mojej wypowiedzi.
Wypity rum na skutek stresu zaczął ze mnie wyparowywać w tempie iście ekspresowym, dzięki czemu zaczęłam odzyskiwać możliwość logicznego myślenia.
- Musiałam zaczekać, aż wszyscy skończą pracę, a pusty o tej porze bar wydaje się całkiem niezłym miejscem. Przecież wiesz, że pracuję w branży hotelarskiej. A wygląd? Ludzie wolą, aby obsługa była miła dla oka. Przyjemniej pije się drinka podanego przez przystojnego barmana.
Pójdę do piekła, pójdę do piekła - krzyczało w tym czasie moje sumienie, jasno dając mi odczuć, że coraz bardziej brnę w kłamstwa. Zdawałam sobie sprawę, że popełniam olbrzymi błąd. Nie mogłam jednak powiedzieć mu prawdy ani na temat dzisiejszego wieczoru, ani tym bardziej na temat charakteru mojej pracy. Jeszcze nie teraz. Zwłaszcza że środowisko, z którym byłam związana, stanowiło prawdopodobnie o niebo większe niebezpieczeństwo, niż ludzie, wśród których obracał się on sam.
I właśnie wtedy doznałam olśnienia. Zrozumiałam, co muszę zrobić i z kim porozmawiać. Niestety musiałam z tym poczekać do rana. Na razie mogłam tylko wyrzucać sobie, czemu do tej pory nie pomyślałam o tym rozwiązaniu, które teraz wydawało się najwłaściwsze.
Nie przerywając połączenia wideo, ruszyłam w kierunku swojego apartamentu, co uspokoiło Sedata. Musiałam utwierdzić go w przekonaniu, że tu w Grecji nie mam nikogo i nadal chcę walczyć o naszą szczęśliwą i wspólną przyszłość.
#
Kolejny dzień zaczął się jak każdy inny. Anna pojawiła się w gabinecie punktualnie o dziewiątej, prosząc o kawę oraz dostarczoną wcześniej pocztę. Potem wydała kilka najpilniejszych dyspozycji oraz zapytała o najważniejsze uwzględnione dziś w grafiku spotkania, po czym zostawiła mnie samą. Ja zaś walczyłam z lekkim kacem oraz być może przesadzonym poczuciem winy związanym z moim wczorajszym zachowaniem. To jednak jeszcze bardziej motywowało mnie do tego, aby podjąć pewne działania. Musiałam tylko trafić na odpowiedni moment.
Naprawdę chciałam skupić się na pracy, ale moje myśli zajmowało tylko jedno, jedyne pytanie, na które odpowiedzieć mogła mi tylko moja szefowa. Niezgrabnie, z lekkim ociąganiem wstałam z fotela i zdeterminowana chęcią poznania prawdy, ruszyłam na spotkanie z panną Archiallis.
Weszłam do gabinetu, niepewnie przystając na progu, po czym zamknęłam za sobą cichutko drzwi i mrużąc lekko oczy ze strachu, zapytałam donośnym tonem:
- Czy MY jesteśmy mafią?
Wiem, zadałam to pytanie dość bezceremonialnie, spoglądając na Annę z nadzieją. Miałam świadomość, że jeśli nie uczynię tego teraz, to później po prostu zabraknie mi odwagi.
Annę zamurowało. Byłam tego pewna. Z pewnością nie spodziewała się, że jej asystentka, a może po części również przybrana młodsza siostra, bo tak wielokrotnie mnie traktowała, zada jej kiedykolwiek tego rodzaju pytanie.
Oczywiście, wszyscy znaliśmy na nie odpowiedź i z całą pewnością była ona twierdząca, ale prawdopodobnie nikt nigdy nie spytał o to tak otwarcie, czekając przy tym na oficjalne potwierdzenie.
- Moja droga - zaczęła spokojnym tonem - zdaję sobie sprawę, że kiedy się poznałyśmy, prosiłam cię, abyś z każdą rzeczą, która cię zaniepokoi, przychodziła do mnie...
- Pytam całkiem serio! - przerwałam jej nerwowym tonem, próbując ukryć narastającą we mnie panikę. - Wiem, że jesteśmy, to znaczy, tylko jakiś bezmózgi idiota nie zorientowałby się po wydarzeniach na Sycylii, ale... Może ja zadam moje pytanie inaczej, abyś lepiej pojęła, o co mi chodzi. Czy MY jesteśmy potężną mafią? Taką, która jest w stanie poradzić sobie z jakimś domorosłym ojcem chrzestnym terroryzującym jeden, podkreślam tylko jeden kurort turystyczny na Wybrzeżu Egejskim oraz swoją własną wiochę, gdzieś hen na wschodzie Turcji.
Moje, dopiero co doprecyzowane pytanie z całą pewnością wprawiło siedzącą na fotelu kobietę w szok. Emocje malujące się na jej twarzy zmieniały się niemal jak w kalejdoskopie. Wśród nich prym wiodło zmartwienie oraz zdenerwowanie.
- Kiedyś przeczytałam w jednym polskim romansie mafijnym jak potężny szef mafii, o ile dobrze pamiętam rosyjskiej, mawiał o sobie: "mafia to ja" - zaczęła dyplomatycznie Anna, pozwalając sobie na niewinny żart. - Nie lubię stosować takiej stereotypowej terminologii, ale tak "mafia to ja" i zdecydowanie jakiś drobny gracz nie jest w stanie mi podskoczyć. Przekonał się o tym chociażby Don Sergio z Sycylii... a on z całą pewnością nie był płotką. Po prostu powiedz mi, kto ci przeszkadza i z jakiego powodu, a ja zobaczę, czy możemy coś z tym fantem zrobić.
Ulga, jaka natychmiast mnie ogarnęła, była nie do opisania. Oto właśnie na końcu tunelu pojawiało się nie tyle małe światełko nadziei, ile całe morze światłości, które przepędziło z moje duszy mrok i wszelkie obawy.
- No więc jest pewien mężczyzna... - wyszeptałam ogarnięta nagle nieśmiałością.
Nie było w tym nic dziwnego, w końcu poznałam Annę właśnie przez moje niewydarzone przygody sercowe, i bałam się nieco, że teraz, gdy wpakowałam się w nowe kłopoty, pożałuje, że wtedy tak bardzo mi pomogła.
Szefowa zaśmiała się nieznacznie, spoglądając na mnie z miną matki czekającej na wyjaśnienia niesfornego dziecka.
- Który jak domyślam się mieszka w Marmaris i z tego właśnie powodu stałaś się ostatnimi czasy stałą klientką firmy promowej kursującej między Grecją a Turcją. Dostałaś kartę rabatową? - dodała, nadając całej rozmowie lekkiego tonu, którego ta dyskusja tak bardzo wymagała. - Ale do rzeczy, kim jest ów domorosły ojciec chrzestny, jak sama go określiłaś? I co twoim zdaniem powinnam z nim zrobić?
Na moment zaparło mi dech w piersi. Wiedziałam, że panna Archiallis nie lubi tracić czasu na bzdety, ale nie spodziewałam się, że tak szybko i rzeczowo przejdzie do meritum sprawy.
- Sedat, mój, nazwijmy go, przyjaciel...
Tu Anna zachichotała na samo brzmienie tego słowa, przerywając mi na chwilę. Zamilkłam, czekając na jej wypowiedź, ale ta nie nastąpiła. Kobieta za to skinęła mi głową, maskując przy tym uśmiech i dając znak, abym kontynuowała swoją opowieść.
- Pracuje dla niejakiego Arslana Özdo?ana, właściciela kilku barów, który bez skrupułów potrafi pozbyć się niewygodnego konkurenta, czy ściągnąć haracz od niewielkich firm funkcjonujących w mieście. Tych nieposłusznych bez mrugnięcia okiem eliminuje. Sedat chciałby stamtąd odejść, ale boi się, bo jego szef nie zechce mu na to pozwolić.
- Jak daleko ten gość jest w stanie się posunąć? Zabija, jeśli trzeba? - weszła mi w słowo szefowa, prawdopodobnie chcąc lepiej zwizualizować sobie zakres działalności owego człowieka.
- Sedat nie chciał mi tego powiedzieć wprost. Wspominał coś o broni, bójkach i o tym, że widział zbyt dużo. Pewnie nie chciał mnie straszyć. Oczywiście, nie zdaje sobie sprawy, że coś takiego nie wywołałoby we mnie szczególnie wielkiego szoku.
- Mam nadzieję, że nie ma pojęcia o NAS - wtrąciła się Anna, a w jej głosie wyczułam nutę niepokoju.
Przez jedną krótką chwilę poczułam smutek i żal. Jak mogła wątpić w moją lojalność? Jednocześnie jednak rozumiałam, dlaczego musiała zadać to pytanie.
- Oczywiście, że nie. Jestem po prostu asystentką właścicielki hotelu na Rodos. I wierz mi, nigdy nie dopytywał o szczegóły dotyczące mojej pracy. Z tego, co wywnioskowałam z jego słów, myśli, że cały dzień ślęczę nad terminarzem i pomagam ci nieco w zarządzaniu całością. Z całą pewnością nie traktuje mojej pracy poważnie. Wręcz przeciwnie, z tego, co nieśmiało zaczął planować, chce, abym pewnego dnia przeprowadziła się do niego, do Turcji.
Teraz to Anna wyglądała na smutną i zawiedzioną. Te uczucia pojawiły się w jej oczach zaledwie na jeden, krótki ułamek sekundy, ale dostrzegłam je, zanim kobieta zdążyła je zamaskować narzuconą sobie obojętnością.
- Twoja przyszłość jest w twoich rękach, nie mogę wywierać na ciebie żadnego nacisku, ale nawet jeśli się pożegnamy, to nie spuścimy z ciebie oka. Za dużo wiesz moja droga.
- Ale ja nie chcę odchodzić - zaprotestowałam natychmiast. - Jesteście moją rodziną! Jedyną, na którą mogę tak naprawdę liczyć!
Te słowa płynęły prosto z mojego serca. Dokładnie tak czułam. I chociaż miałam rodziców w Polsce, to w najtrudniejszym momencie życia odwrócili się ode mnie. Gdy padłam ofiarą łasego na pieniądze Mohammada i zostałam z przysłowiowym niczym, to Anna, a za jej sprawą również Aseel oraz inni współpracownicy pośpieszyli mi z pomocą. A przecież byłam dla nich totalnie obcą osobą.
- Co więc zamierzasz zrobić? - spytała bardzo przytomnie moja szefowa, nie ulegając ani sile wspomnień, ani emocji, które od kilku dni całkowicie przejęły nade mną kontrolę.
- Nie wiem - przyznałam szczerze. - Poszukać mu czegoś na Rodos? - dodałam nie całkiem przekonana do tego pomysłu, zdając sobie sprawę, że Sedat nie planuje opuścić ojczyzny.
- Myślisz, że bez mrugnięcia okiem zamieni pracę w jednej mafii na stanowisko w szeregach innej, silniejszej rodziny?
- Z tego Arslana to jest taka mafia jak z koziej dupy trąbka - mruknęłam cicho.
Anna popatrzyła na mnie zaskoczona, po czym po prostu wybuchnęła śmiechem, szczerym i niepohamowanym. Cóż, chyba jednak nie powiedziałam tego na tyle niewyraźnie, jak myślałam i niechcący ją rozśmieszyłam. I to do tego stopnia, że po chwili w kącikach jej oczu pojawiły się łzy...
- Dobrze... - szepnęła, próbując nadać swojemu głosowi poważny ton - sprawdzimy, czy ten domorosły mafioso, jak go nazywasz, odrobił lekcję z symboliki i niewerbalnych przekazów stosowanych przez Cosa Nostrę czy Kamorrę.
Dosłownie poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a w gardle skumulował się duszący strach.
- Ale... nie chcę, aby coś się stało Sedatowi - jęknęłam, przerażona wizją ostrzelania baru z karabinu maszynowego czy wylatującego w powietrze budynku.
Anna czule pogładziła mnie po policzku, przez co na moment w moich oczach stała się kochającą siostrą, dbającą o mnie jak o swoje własne rodzeństwo.
- Nikomu nic się nie stanie - zapewniła mnie opanowanym tonem - przynajmniej na razie. Jeśli ten facet ma chociaż jedną sprawnie działającą komórkę mózgową, to na tym pojedynczym ostrzeżeniu powinno się skończyć... Jeśli nie, no cóż, miejmy nadzieję, że nie czeka nas powtórka z Sycylii. A teraz proszę, powiedz mi wszystko. Punkt po punkcie, ze szczegółami i nie pomijaj żadnego, nawet pozornie nic nieznaczącego detalu. Chcę wiedzieć, co się wydarzyło, a także to, dlaczego jakiś lokalny mafioso stoi na drodze do twojego szczęścia.
Po raz kolejny odetchnęłam z ulgą. Wyglądało na to, że nie będę musiała sama stawać przeciwko całemu światu, Anna, jak zawsze zresztą, czuwała nad moim bezpieczeństwem. Usiadłam więc w fotelu i zaczęłam swoją opowieść.
Sedat
Zmierzając w stronę baru, usłyszałem charakterystyczny, ochrypnięty głos Arslana, właściciela tego całego grajdołu. Wykrzykiwał najbardziej obraźliwe przekleństwa, jakie oferuje język turecki.
Przymknąłem na moment powieki, biorąc głębszy oddech. Cokolwiek się stało, to prawdopodobnie ja oberwę za to już za moment. Powoli zacząłem, oczywiście za sprawą Basi, dostrzegać, że nie traktowano mnie jak cennego pracownika, a raczej kogoś na kształt niewolnika.
Gdyby nie Murat, którym chciałem i musiałem się opiekować, a także ogromny dług, ciążący mi coraz bardziej, już dawno by mnie tutaj nie było. Co bym zrobił? Gdzie bym się udał? Nie wiem. Ale jedno było pewne - Basia byłaby tam ze mną. Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie jej pięknych niebieskich tęczówek i roześmianej twarzy. Zamarzyłem o jej słodkich ustach i ciele, którego kształtów chciałbym się nauczyć na pamięć. Gdyby tylko mogła znowu przypłynąć do Marmaris... Tęskniłem za nią, każdego dnia coraz bardziej. Niestety bałem się, że po całej tej akcji z młodym Özdo?anem mogę jej już nie zobaczyć. Na nic zdały się jej zapewnienia, że poczeka na mnie, aż wyplączę się z sieci zależności, w którą uwikłałem się kilka lat temu. Nie pomagało mi również to, że pracowała z tyloma przystojnymi mężczyznami. Przecież jeden z nich mógł mi ją ukraść.
Kolejne przekleństwa przerwały moje rozmyślania, a kufel przelatujący tuż ponad moją głową, sprawił, że na powrót skupiłem się na tu i teraz. Dostrzegłem niewielką, bo stu sześćdziesięciocentymetrową korpulentną postać, która swoimi gabarytami przypominała kulę na krótkich, parówkowatych nóżkach. Furia wypisana na twarzy sprawiła, że jego kartoflany nochal stał się czerwony niczym nos jednego z reniferów Świętego Mikołaja na amerykańskich reklamach Coca-Coli.
- Co to ma znaczyć? - wrzasnął, wskazując na jakiś pakunek, a raczej zawiniątko leżące na stoliku przy wejściu do baru. - Skąd się to wzięło i kto to przyniósł?
- To... to... znalazłem... pod drzwiami - jąkał się młody, może osiemnastoletni chłopak, który kilka dni temu rozpoczął pracę w barze jako zwykłe popychadło. Sprzątał, grabił piasek na plaży, czyścił szezlongi, a nawet biegał do pobliskiego sklepu i spełniał inne zachcianki właściciela, jego nastoletniego syna oraz niemal wszystkich pracowników baru.
- A co to, do kurwy nędzy, robiło pod drzwiami? - zagrzmiał w tym czasie Arslan, zadając całkiem bezsensowne z natury pytanie.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć, ale wiedziałem, że nie powinienem okazywać rozbawienia całą tą sytuacją. Po prostu przystanąłem z boku i czekałem na dalszy rozwój wypadków, a ten miał mnie całkowicie zaskoczyć!
- Sedat! - huknął nagle zachrypiały głos należący do szefa - Sprawdź, co to!
Przez ułamek sekundy chciałem odmówić, ale doszedłem do wniosku, że lepiej się nie stawiać. Mehmet opowiedział ojcu o wydarzeniach sprzed kilku dni, oczywiście koloryzując swoją opowieść i czyniąc z mojej kobiety niemal płatną zabójczynię czyhającą na życie spadkobiercy rodzinnej fortuny Özdo?anów, a tym samym na przyszłość całego rodu. W efekcie nakazano, a raczej "delikatnie" zasugerowano mi zerwanie kontaktów z Basią. Oczywiście nie zamierzałem tego zrobić.
Chcąc nie chcąc, wykonałem polecenie i sprawdziłem, co kryje zawiniątko ze starych, pomiętych gazet. Odwijając kolejną warstwę papieru, ku swemu własnemu zaskoczeniu ujrzałem martwą rybę. Jeśli miałbym sprecyzować, to była to dorodna dorada. Jedyne, co mnie zaskoczyło to to, że z jej otwartego pyszczka wystawał zwitek banknotów. Na moje oko były to dwa lub trzy banknoty dwustulirowe.
Zamarłem. Przed oczami natychmiast stanęły mi wszystkie filmy mafijne, jakie obejrzałem na przestrzeni lat. Wśród nich królowała scena z Ojca chrzestnego, gdzie podobne zawiniątko oznaczało, że Luca Brasi śpi z rybami. Czy to było ostrzeżenie? Głupie pytanie - to z całą pewnością było ostrzeżenie! Ale kto mógł to przysłać? Przecież to Arslan trzymał w swoich tłustych paluchach całe miasto. A może na arenę miał wkroczyć nowy, silniejszy gracz?
Spojrzałem na szefa nieco przerażony. Próbowałem wyczytać z jego twarzy czy owa przesyłka wywarła na nim równie wielkie wrażenie, jak na mnie. Wstrzymałem oddech, oczekując fali przekleństw w odpowiedzi na tak niecodzienny "podarunek". Jednak nic takiego się nie wydarzyło! Jeden rzut okiem na jego oblicze wystarczył, aby zorientować się, że mężczyzna nie ma absolutnie żadnego pojęcia, co taka ryba może potencjalnie oznaczać. Zamiast obawiać się o swój biznes czy własne bezpieczeństwo, śmiał się niczym dziecko.
- He, he, he - zarechotał radośnie. - Ktoś tu zdecydowanie chce mi się przypodobać, dbając zarówno o mój żołądek, jak i finanse - orzekł, zerkając na zawartość zawiniątka. - Rozpalcie grill na tyłach baru i szybko przygotujcie mi ten rarytas - rozkazał, sięgając do pyska po pieniądze. - Chcę, aby była gotowa za godzinę, kiedy wrócę!
Schował banknoty do kieszeni i ruszył w kierunku wyjścia. Stojąc na progu, odwrócił się jeszcze, spojrzał na przyszły posiłek i uśmiechnął się szeroko. Jak widać, nie dopatrzył się w tym podarunku żadnego ostrzeżenia. Może to ja po prostu byłem zbytnio przewrażliwiony? Próbując odgonić złe przeczucia, usiadłem przy kasie i zająłem się dokumentami księgowymi. Czasami lepiej jest nie myśleć zbyt dużo.
#
Powoli zapadał zmierzch, a tłum w barze zdawał się gęstnieć z każdą chwilą. Zapowiadał się kolejny pracowity wieczór, a ja po prostu miałem już dość. Marzyłem o chwili spokoju w towarzystwie Basi. Od tamtego felernego wieczoru nie pojawiła się w Marmaris, a ja nie miałem szans, aby popłynąć do niej na Rodos. Zostałem zmuszony przez okoliczności na bezczynne oczekiwanie na ruch z jej strony. Mogłem zrobić tylko jedno - po raz kolejny do niej zadzwonić.
- Sedat, kochanie? - rozległo się po chwili w telefonie. - Jak się masz? Wszystko w porządku?
Uwielbiałem to w niej, jej bezpośredniość, troskę o drugiego człowieka i pozytywną energię, którą wręcz zarażała. Tak dużo bym dał, aby móc ją teraz objąć i po prostu przytulić. Poczuć ciepło i bezpieczeństwo płynące nie tylko z jej ciała, ale i duszy,
- Jasne, wszystko gra - zapewniłem ją szybko, myśląc o rybie podrzuconej dziś do baru. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem zapomnieć o tym zdarzeniu.
- Na pewno?
Jej nadzwyczajna dociekliwość mnie zaintrygowała. Zwykle po standardowym powitaniu rozpoczynaliśmy rozmowę daleką od standardowych formułek. Czyżby to ona stała za...? Nie, to niemożliwe. Jakim cudem asystentka eleganckiej i pewnie obrzydliwie bogatej paniusi w średnim wieku mogłaby mieć coś wspólnego z Arslanem czy jego zdecydowanie nielegalnymi interesami? Coś kazało mi jednak opowiedzieć jej o dzisiejszym zdarzeniu. Może po prostu chciałem sprawdzić jej reakcję?
- Dostaliście rybę? - zareagowała entuzjastycznie na zrelacjonowaną przeze mnie historię - I jak, smaczna była?
- Nie wiem. Kazał ją sobie ugrillować, po czym z radością pochłonął ją w całości - odpowiedziałem na jej pytanie, nie dając po sobie poznać, jak odmiennie potraktowałem tę niecodzienną przesyłkę. - Zastanawiał się jedynie, kto zostawił taki przemyślany prezent, bo dorada należy do jego ulubionych.
I to by było na tyle - pomyślałem z ulgą, wypuszczając powietrze z płuc. Moja kochana, niewinna Basia nie miała nic wspólnego ze światem brutalnych porachunków, nielegalnych interesów i całego tego brudu współczesności. Jak w ogóle mogłem ją podejrzewać?
Poczułem się winny, dlatego szybko zmieniłem temat, opowiadając jej o najnowszych odkryciach z zakresu astrofizyki. W końcu to był nasz wspólny konik. Coś, co nas połączyło i stanowiło jeden z filarów, na których powoli budowaliśmy zaczątki naszego związku.
Rozmowa z nią była niczym powiew świeżego powietrza, pomagający złapać oddech w dusznym pomieszczeniu codzienności. Jej obecność dawała mi szansę na lepszą przyszłość, sprawiając, że chciałem wyrwać się ze stanu stagnacji.
#
Dochodziła północ, co w połowie kwietnia równało się jednej z ostatnich szans na wyspanie się przed nadchodzącym, długim sezonem. Wprowadzałem ostatnie pozycje do systemu, planując przy tym wieczór z bratem, o ile jeszcze nie poszedł spać, gdy usłyszałem podniesione głosy na promenadzie. Oderwałem wzrok od ekranu komputera i wtedy ich zobaczyłem.
Niestety, nadzieja na szybki koniec pracy przepadła wraz z pojawieniem się Arslana oraz jego świty. Chwiejnym krokiem, robiąc przy tym mnóstwo hałasu i zamieszania, wkroczyli do barowego ogródka. Towarzystwo najprawdopodobniej już wcześniej gdzieś imprezowało, ponieważ każdy, włączając w to nadal małoletniego Mehmeta, był w stanie wskazującym na spożycie.
Część z przybyłych usiadła przy stoliku, zaś pozostali ruszyli w kierunku stołu bilardowego, wzbudzając większy harmider niż zdecydowana większość turystów bywających tu wieczorami. Westchnąłem ciężko, na powrót zatapiając się w pracy. Na szczęście ich obecność to nie był mój problem. Mogli się nimi zająć barman lub któryś z kelnerów. Ja miałem do wykonania inną, dużo bardziej odpowiedzialną pracę i to na niej chciałem się skoncentrować, skoro już musiałem czekać z zamknięciem, aż wszyscy, włącznie z właścicielem, wyjdą.
#
Nerwowo zerknąłem na zegar w rogu ekranu komputera. Wskazywał pierwszą w nocy. Zakląłem w myślach, sięgając po telefon. Musiałem dać znać Muratowi, aby na mnie nie czekał. Dzieciak jutro miał zajęcia w szkole, więc powinien w końcu pójść spać. Kończąc pisać wiadomość na WhatsAppie, usłyszałem lekko zachrypnięty głos szefa.
- Jeszcze jedną rak? - krzyknął lekko bełkotliwym tonem.
Nie zareagowałem. Te słowa z pewnością nie były adresowane do mnie.
- Sedat, ty mały skurwysynu, mówię do ciebie! Podaj mi jeszcze jedną rak?!
Zacisnąłem zęby, żeby nie odpowiedzieć na tę werbalną zaczepkę. Wiedziałem, że za odpyskowanie mogłem oberwać od jednego z jego goryli. Jednocześnie rozejrzałem się w koło i zdałem sobie sprawę, że wszyscy pracownicy cichaczem uciekli, pewnie przez zaplecze, udając się na zasłużony odpoczynek. Ja nie miałem takiego szczęścia. W końcu do moich obowiązków należało nie tylko zamknięcie kasy, ale też tego przybytku. A to oznaczało, że znowu musiałem pełnić funkcję prywatnego barmana dla całego tego towarzystwa.
Klnąc pod nosem, ale na tyle cicho, by nikt mnie nie usłyszał, ruszyłem w kierunku półki z alkoholami. Powoli, próbując opanować emocje, zacząłem przygotowywać zarówno porcję słynnej tureckiej wódki, jak i szklaneczkę z wodą potrzebną do jej rozcieńczenia oraz lód. Wolałem od razu przygotować wszystko, co ewentualnie pijany Arslan mógł sobie zażyczyć, aby interakcję z nim ograniczyć do niezbędnego minimum.
W tym czasie dobiegły mnie kolejne słowa szefa, tym razem zdecydowanie nie były skierowane w moim kierunku. Przynajmniej chciałem mieć taką nadzieję!
- Chodź tutaj na kolanka - po części poprosił, po części rozkazał, klepiąc się po masywnych udach - pobawimy się trochę.
Jedna z dziewczyn przy stoliku zachichotała, zwracając tym samym moją uwagę. Ustawiając obie szklaneczki i pojemnik z lodem na tacy, przyjrzałem się jej z daleka. Oceniłbym ją maksymalnie na dwadzieścia pięć lat. Miała długie włosy, pofarbowane na niebiesko. Prawdopodobnie podkręciła je wcześniej, więc gdy teraz ruszyła w kierunku wzywającego ją mężczyzny kocim krokiem, loki podskakiwały lekko, nadając sylwetce dodatkowej zalotności.
Bez zbędnego ociągania opadła na jego zwaliste ciało i nadal chichocząc, pogłaskała go po twarzy. Mężczyzna w odpowiedzi zamruczał przeciągle, po czym bez żadnych wstępów położył dłoń na jej nagim ciele. Chwilę pogładził ją delikatnie, by niespodziewanie wsunąć rękę pod krótką dżinsową spódniczkę. Zdegustowany odwróciłem wzrok. Nie chciałem nawet domyślać się, gdzie były teraz jego palce i co tam robiły. Niestety reakcja dziewczyny nie pozwoliła nikomu na najmniejsze wątpliwości. Jęknęła wymownie, wyginając się przy tym tak sugestywnie, że byłem gotowy założyć się o sporą kwotę, że po prostu udawała, aby jak najbardziej usatysfakcjonować... klienta? Tak, zdecydowanie zarówno jej ubiór, jak i brak umiaru w zachowaniu świadczyły o tym, że to dziewczyna pracująca.
Jej postępowanie spotkało się z zachwytem Arslana, który zintensyfikował ruchy dłoni, wypychając biodra w jej kierunku. Dziewczyna w mgnieniu oka zrozumiała, o co mu chodzi i chwyciła go za krocze.
Stanąłem przy barze, nie wiedząc, czy powinienem do nich podchodzić. Co prawda dobierali się do siebie na oczach wszystkich, nic sobie nie robiąc z obecności syna Arslana, ale chyba w tym momencie nie był im potrzebny przygotowany przeze mnie alkohol. Odwróciłem wzrok, próbując zignorować sceny rodem z tanich pornosów, ale towarzystwo szefa postąpiło zgoła inaczej. Niemal każdy wbił wzrok w coraz śmielej poczynającą sobie parę, obserwując z fascynacją każdy ich ruch.
- Rak?! - ryknął w tym czasie właściciel, po czym przeciągle jęknął, na powrót zajmując się swoją partnerką.
Chcąc nie chcąc, wolnym krokiem ruszyłem w kierunku stolika, modląc się, aby to żenujące przedstawienie jak najszybciej dobiegło końca. Niestety szanse na to były dość marne. Przełknąłem nerwowo ślinę, próbując patrzeć tylko na niesioną przeze mnie tacę.
Mehmet, grający do tej pory w bilard, zarechotał nieprzyjemnie, odkładając kij na stół. On również skupił całą swoją uwagę na drobnych dłoniach dziewczyny, coraz intensywniej miętoszących przez materiał spodni przyrodzenie jego ojca. W tych ruchach było widać nie tylko siłę, ale też wprawę.
Po chwili stary Özdo?an przestał zwracać uwagę na otoczenie, skupiając się na przyjemności, której prawdopodobnie doznawał. Nie przeszkadzało mu dosłownie nic, ani towarzystwo podwładnych, ani nawet nastolatka, którego spłodził ze swoją żoną. Młody zaś patrzył na całą tę scenę jak zahipnotyzowany, przymykając lekko powieki. Byłem pewien, że w tym momencie zazdrościł ojcu.
Kiedy Arslan jęknął przeciągle, co równoznaczne było z osiągnięciem orgazmu, dzieciak oblizał bezwiednie wargi. Dokładnie jak zwykł to czynić jego ojciec. Tym gestem udowodnił, jak duży wpływ na nasze zachowania ma genetyka.
- Sto funtów albo wszystko powiem matce - zażądał młody, spoglądając na ojca.
Mężczyzna roześmiał się w odpowiedzi, po czym bez słowa sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Było to dosyć karkołomne działanie, ponieważ dziewczyna nadal spoczywała na jego kolanach, wodząc od niechcenia dłońmi po jego pulchnym ciele, jakby wiedziała, że nie może przestać, póki nie otrzyma takiego polecenia.
- Masz tu dwie stówki, ale pamiętaj... - rzucił, wyciągając kilka banknotów z pokaźnego zwiniętego w rulon pliku - matka i tak nic nie powie, choćbym sprowadził dziwki do naszego łóżka małżeńskiego. Bo co może zrobić? Odejść ode mnie? A kto jej na to pozwoli? - zapytał nieprzyjemnie, śmiejąc się nie tylko z nieudolnego szantażu syna, ale też zapewne z własnej odpowiedzi. - Zresztą masz, pobaw się trochę. Nasza dziewczynka na pewno z chęcią zrobi ci lodzika...
To mówiąc, bezceremonialnie chwycił za niczego niespodziewającą się dziewczynę, ściągnął z siebie niemal siłą i pchnął prosto w kierunku zaskoczonego synalka. Chwilę trwało, zanim złapała równowagę na swoich niezwykle wysokich szpilkach, po czym obciągnęła zdecydowanie zbyt krótką spódniczkę i uśmiechając się lekko do nastolatka, jak gdyby nigdy nic chwyciła go za dłoń, ciągnąc w kierunku zaplecza.
Kiedy zniknęli za drzwiami, całe towarzystwo ryknęło śmiechem, jakby właśnie wydarzyło się coś nad wyraz komicznego. I to właśnie ta reakcja była w tym wszystkim najgorsza. Dla tych ludzi nie liczyło się nic poza zaspokojeniem własnych pragnień.
Zemdliło mnie! Chociaż ostatni posiłek jadłem kilka godzin temu, na ten widok po prostu poczułem, jak wczesna kolacja podchodzi mi do gardła. Pracując w barze, sądziłem, że widziałem już wszystko. Jednak właśnie okazało się, że jeszcze wiele może mnie zaskoczyć. Gdyby ktoś powiedział mi, że ojciec będzie jawnie dzielił się dziwką ze swoim synem, nigdy bym w to nie uwierzył.
Najwidoczniej Arslan nie odczuwał lojalności, wierności czy chociażby wdzięczności względem swojej żony, która pewnie wielokrotnie znosiła upokorzenia dla dobra dzieci i rodziny. Zrobiło mi się jej żal, ale uświadomiłem sobie też, że to postawa moralna decyduje o powodzeniu związku dwojga ludzi. Postanowiłem więc potraktować ten wieczór jako lekcję i wyciągnąć daleko idące wnioski.
Zrozumiałem też, że to za sprawą Basi powoli stawałem się lepszym człowiekiem, i zacząłem dostrzegać prawdziwe oblicze ludzi, dla których pracowałem. To jej łagodność, czułość i ewidentna, mimo wieku niewinność, wpływały na mnie i otwierały mi oczy na oczywiste fakty. Musiałem opiekować się bratem i zapewnić mu dobry start w dorosłość, ale również dla jego własnego dobra powinienem wyplątać się z tej skomplikowanej sieci uzależnień, która połączyła mnie z rodziną Özdo?an. Nie miałem tylko pojęcia, skąd wziąć pieniądze na spłatę długu, jaki zaciągnąłem jakiś czas temu.
Stawiając przed swoim szefem szklaneczkę z rak?, popatrzyłem na jego twarz, ale nie dostrzegłem na niej nawet cienia uczuć. Przypominał kamienny posąg, który z jakiegoś powodu ruszał się i samą swoją obecnością wprowadzał nerwową atmosferę.
Nadal nie potrafiłem przejść do porządku dziennego nad tym, że właśnie publicznie obmacywał tutaj jakąś dziewczynę, a jutro czy pojutrze przyprowadzi, może nawet do tego samego stolika, swoją żonę, udając przykładnego ojca i męża.
Jednego byłem pewien, w życiu nie potrafiłbym zdradzić mojej Basi. Najlepszym dowodem na to, było to, że odkąd się do siebie zbliżyliśmy, nie spojrzałem na żadną inną kobietę. Ba, nawet nie czułem takiej potrzeby. Nie, zdecydowanie nie byłem święty. Na przestrzeni naszych kilkunastu ostatnich spotkań niemal stale ukrywałem wzwód, który powodował coraz większy dyskomfort. Wystarczyło, abym dotknął jej dłoni, czy poczuł zapach jej skóry przemieszany z delikatnym aromatem kwiatowych perfum, i byłem gotowy na więcej, dużo więcej. Wielokrotnie wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądał nasz seks. I bardzo żałowałem, że jeszcze do niego nie doszło.
- Coś się tak zamyślił? - zarechotał w tym czasie Arslan, skutecznie wyrywając mnie ze świata myśli. - Też masz ochotę na mały numerek? Nie krępuj się! Ta twoja cnotka niewydymka pewnie jeszcze nie dała ci dupy!
Zacisnąłem zęby, próbując zachować spokój.
- Czy mam podać coś jeszcze, proszę pana? - spytałem, ignorując jego jakże hojną propozycję.
- Nie... Zaraz i tak będziemy się zbierać. Posprzątaj ten bajzel, a potem zamknij.
Skinąłem jedynie głową, po czym ruszyłem w stronę baru, żeby nie powiedzieć czegoś, za co przyjdzie mi zapłacić zbyt wysoką cenę.
Dyskretnie zerknąłem na zegarek, orientując się, że minęła już druga w nocy. Zbyt późno, by zadzwonić do Basi i usłyszeć jej słodki głos przed snem. Ta świadomość tylko spotęgowała mój i tak już zły nastrój. Tęskniłem za nią. Uzależniłem się od jej obecności. I co najgorsze, nie wiedziałem, jak i kiedy będę mógł sprawić, aby naprawdę należała do mnie!
Anna
Zamknęłam terminarz, symbolicznie kończąc na dziś swoją pracę, po czym przyjrzałam się uważnie swojej asystentce, a także innym osobom zgromadzonym w gabinecie. Wszyscy milczeli, czekając, aż pierwsza zabiorę głos.
W oczach dziewczyny mogłam dostrzec strach i niepewność, ale też nadzieję oraz wiarę w lepsze jutro. Oblicza mężczyzn natomiast zdradzały niecierpliwość przemieszaną z oczekiwaniem na nowiny.
- I jak? Czy twój Sedat wspominał o jakimś niecodziennym zdarzeniu w barze? - zagaiłam uprzejmie, chcąc poznać szczerą odpowiedź mojej podwładnej.
Dzieciak wynajęty dyskretnie przez Aseela za pomocą darkwebu poinformował mojego podwładnego o wykonaniu zleconego mu zadania. Teraz natomiast jak najszybciej chciałam dowiedzieć się, czy udało się nam osiągnąć oczekiwany efekt.
- Nie, raczej nie... - zawahała się przez moment, po czym uśmiechnęła bardzo szeroko, jakby nagle doznała olśnienia. - Ta ryba była od nas?
Gdyby nie mój wiek oraz pozycja, to pewnie w tym momencie wykonałabym popularny wśród młodzieży palmface. Alessandro i Stavros chyba również podzielali moją konsternację. Przyznam szczerze, że zabrakło mi słów, i nie miałam pojęcia, jak wytłumaczyć jej, co chcieliśmy tą wiadomością osiągnąć.
- Tak, ta ryba była od nas - potwierdził zniecierpliwiony przedłużającą się ciszą Grek - a teraz najbardziej interesuje nas, jaka była ich reakcja na wiadomość. Przestraszyli się? Dyskutowali, kto może im wysyłać ostrzeżenie? Gdybali, którego z nielegalnych interesów mogło ono dotyczyć?
Basia zmieszała się lekko, po czym czerwieniąc po korzonki swoich blond włosów, prawie niesłyszalnym głosem wyznała:
- Urządzili sobie grilla i zjedli ją na obiad. To znaczy, Arslan zjadł, z nikim się nie dzieląc - uściśliła na koniec.
- Cazzo - zaklął po włosku wyraźnie zniesmaczony taką reakcją Alessandro.
Cóż, nie mogłam mu się dziwić. Ten domorosły mafiozo, jak nazywała go Basia, zhańbił jeden z tradycyjnych symboli i kultywowanych przekazów włoskiej mafii, wykazując się ignorancją, graniczącą z jawną głupotą.
- Malaka - podsumował po grecku Stavros, dusząc się ze śmiechu.
Ten, jak widać, podszedł do całego zdarzenia z humorem, nie oczekując zbyt wiele po człowieku, dla którego takie finezyjne przesłania prawdopodobnie były zupełnie niezrozumiałe.
- Stavros wiesz, co masz robić?
Mężczyzna wywołany do odpowiedzi wyprostował się nieznacznie, po czym przestał się śmiać, zmuszając się do zachowania poważnego wyrazu twarzy.
- Rekonesans?
Skinęłam głową, bo to było jedyne rozsądne wyjście.
- Jeśli ten głupek jest tam głównym graczem, to czy likwidując go, zamierzasz przejąć kontrolę nad miastem? - włączył się do rozmowy mój mężczyzna, tonem swojego głosu zdradzając dręczące go obawy.
- Bez przesady - uspokoiłam go natychmiast. - Nie zamierzam bawić się w ustanawianie nowych stref wpływów, zależy mi na utrzymaniu obecnej równowagi. Będziemy działać po cichu i miejmy nadzieje, że na tyle szybko, by nikt nie odnotował naszej obecności. Znikniemy po tym, jak wyeliminujemy Arslana, a powstała w ten sposób próżnia sama się wypełni. Mnie nic do tego. Jak mawiamy w Polsce: "nie mój cyrk, nie moje małpy!". Naszym celem jest jedynie pomoc Basi... Smarkacz zadarł nie z tą kobietą, co trzeba, i musi za to zapłacić - sprecyzowałam plany, aby w razie czego, nie powstały jakieś niedomówienia mogące prowadzić do błędnego zrozumienia moich rozkazów. - Owszem, pewnie kupimy jakąś knajpę albo hotel, ale to zawsze można ponownie spieniężyć po wykonaniu roboty.
- Jaki będzie nasz pierwszy krok? - spytał rzeczowo mój podwładny, od razu przechodząc do meritum sprawy.
Zastanowiłam się przez dłuższą chwilę, spoglądając w milczeniu na trójkę obecnych w gabinecie osób. Prawdopodobnie każde z nich miało odmienną wizję załatwienia problemu, ale to od mojego widzimisię zależało to, jak potoczą się sprawy. Analizowałam różne scenariusze, ale koniec końców zdecydowałam się na najbardziej rozsądny.
- Basiu - zwróciłam się do swojej asystentki - mam wrażenie, że ostatnio zbyt dużo pracujesz! Powinnaś popłynąć do Marmaris na tydzień i trochę odpocząć.
Młoda kobieta ochoczo kiwnęła głową, uśmiechając się przy tym lekko. Z całą pewnością moja decyzja przypadła jej do gustu, zyskiwała bowiem szansę na spędzenie nieco czasu ze swoim ukochanym.
- Stavros - wypowiedziałam imię prawej ręki mojego dziadka - to samo tyczy się ciebie!
- Ale... - starał się zaoponować, jednak skutecznie mu to uniemożliwiłam.
- Pakuj torbę i chcę cię widzieć razem z Basią na porannym promie do Turcji. Wynajmijcie sobie jakieś pokoje w przyzwoitym hotelu, najlepiej obok siebie, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Skinął głową, doskonale rozumiejąc moje polecenie. Poderwał się z miejsca, po czym żegnając się ze wszystkimi, ruszył w kierunku wyjścia. Moja asystentka również zrozumiała, że spotkanie dobiegło końca, dlatego poszła w ślady starszego Greka, zostawiając Alessandra i mnie samych.
- Wiesz, że chcesz rozpętać wojnę? - spytał mój mężczyzna, przyglądając mi się uważnie spod lekko przymrużonych powiek.
- Od razu wojnę! - oburzyłam się natychmiast. - To tylko odpowiedź na to, jak potraktowano Basię. Jaką rodziną byśmy się okazali, jeśli nie zadbamy o interesy jednego z nas?
Na to pytanie istniała tylko jedna prawidłowa odpowiedź i on, jako rodowity Sycylijczyk, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Praktycznie nie miałam wyjścia. Ktoś groził osobie z mojego najbliższego otoczenia, nawet jeśli nie zdawał sobie sprawy z powagi podejmowanych czynów, więc musiał za to zapłacić. Poza tym ostrzeżenie, jakie wystosowaliśmy, zostało potraktowane jako nic nieznaczący obiad, a nie dobra rada od życzliwego nieznajomego. A to już była przesada.
- Myślisz, że obecność Stavrosa wystarczy? Nie zrozum mnie źle, wiem, że on ma ogromne doświadczenie, ale na jego niekorzyść powoli zaczyna przemawiać wiek. Czy facet pod sześćdziesiątkę poradzi sobie z kilkoma silnymi dwudziestolatkami? Chciałbym z całą pewnością powiedzieć, że tak, ale nie jestem pewien...
Jego słowa dały mi do myślenia. Ja sama spoglądałam na starego przyjaciela, bo tak mogłam go określić, z perspektywy wspomnień z lat młodzieńczych. Był wysoki, przystojny, bardzo męski i silny. Świetnie sprawdzał się w sytuacjach krytycznych, doskonale potrafił wydobyć informacje od człowieka konkurencji, ale czy...
Zawahałam się, nie wiedząc, co powinnam zrobić. W końcu chodziło o bezpieczeństwo Basi, odpowiedzialnej za całą działalność związaną z "Panami do towarzystwa", jak zwykłam była nazywać ten biznes. Z całą pewnością nie była tylko szeregową pracowniczką, stanowiła jeden z filarów tworzących rodzinę. Poza tym była moją przyjaciółką.
- Masz rację - niechętnie zgodziła się z jego słowami - trzeba będzie rozważyć tę kwestię i może zdecydować się na... Zresztą wszystko wyjdzie w praniu. Na razie Stavros musi jedynie zebrać dla nas kilka informacji, zasłyszanych plotek i czuwać nad tym, by żaden małolat nie pokusił się o podniesienie ręki na Basię.
- Mogę coś doradzić?
- Jasne, wiesz, że cenię sobie twoje zdanie - odpowiedziałam, starając się ukryć zdziwienie faktem, jak bardzo mój mężczyzna przejął się całą tą sprawą.
- Podrzucając tę nieszczęsną rybę, Aseel udowodnił, że ma tam dojścia do ludzi, którzy zrobią wiele za odpowiednią opłatą. Może niech załatwi kogoś, najlepiej lokalsa, by w razie potrzeby wkroczył i zaczął czuwać nad naszymi odpoczywającymi od jutra w Marmaris przyjaciółmi?
- Może faktycznie tak właśnie trzeba zrobić - przyznałam na głos, cały czas rozważając słuszność tego pomysłu. - Lepiej mieć plan awaryjny i z niego nie skorzystać, niż w razie potrzeby szukać byle kogo. Zaraz zadzwonię w tej sprawie do Akaby.
Ta z pozoru prosta sprawa zaczynała nabierać coraz okazalszych kształtów, wymagając zaangażowania poważniejszych zasobów, niż pierwotnie zakładałam. Ale skoro zaoferowałam pomoc, to nie mogłam, zresztą też nie chciałam się z niej teraz wycofać.
Basia
Odebrałam paszport z okienka i ruszyłam korytarzem w stronę wyjścia. Czekała mnie jeszcze kontrola bezpieczeństwa, ale to była tylko formalność. Moje serce powoli odliczało minuty do spotkania z Sedatem i tylko na tym potrafiłam tak naprawdę się skupić.
Nie, nie wiedział, że przypłynęłam. Nie powiedziałam mu o tym w czasie naszej porannej rozmowy przez telefon. Tym bardziej nie miał pojęcia, że zostanę aż cały tydzień. To była niespodzianka i miałam nadzieję, że naprawdę się z niej ucieszy, nie zadając przy tym zbyt wielu potencjalnie niewygodnych pytań. Prawdziwych powodów tak długiego pobytu niestety nie będę mogła mu przecież zdradzić.
Przechodząc przez szklane, rozsuwane drzwi prowadzące na portowy parking, w ich odbiciu kątem oka zauważyłam Stavrosa. Poznałam go dopiero po tragicznej śmierci dziadka Anny. Wcześniej ten nadal przystojny Grek był prawą ręką pana Archiallisa.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, zdając sobie sprawę, że mój towarzysz tylko z pozoru wyglądał jak dobrotliwy pan w sile wieku wybierający się na krótki urlop. Słyszałam, że potrafił zabić dużo młodszych od siebie mężczyzn i to gołymi rękoma. Oczywiście to tylko pogłoski, ale jakaś część mnie była w stanie dać im wiarę.
Prawdopodobnie to z tego powodu Anna wysłała go ze mną, chociaż głośno się do tego nie przyznała. Miał dbać o moje bezpieczeństwo, a jednocześnie sprawdzić, kim tak naprawdę był Arslan Özdo?an i jaką pozycję zajmował w tureckim świecie przestępczym. Jedno było pewne, nie zamierzałam mu utrudniać obowiązków. Takich jak on zawsze lepiej mieć po swojej stronie.
#
Po szybkim zameldowaniu się w hotelu i jeszcze szybszym zostawieniu walizki w pokoju ruszyłam w kierunku plaży. Na samo wspomnienie mojej ostatniej tam wizyty serce zaczęło mi bić szybciej. Bałam się, że znowu ktoś zaatakuje Sedata, albo tym razem mnie. Dla pewności zdecydowałam, że nie postawię stopy na terenie tego szemranego baru.
Stanęłam na chodniku graniczącym z półkamienistą plażą. Pełna sprzecznych uczuć, nieco ponad metr na lewo od miejsca, w którym zaczynał się bar, rozejrzałam się w koło, po czym zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam na WhatsAppie do Sedata. Odebrał dopiero po dłuższej chwili, a w jego głosie mogłam wyczuć zarówno zmęczenie, jak i irytacje, chociaż nieudolnie próbował je ukryć.
- Cześć skarbie - mruknął do telefonu, a ja w tym dźwięku mimo wszystko wyczułam nutkę radości. - Powiedz mi, jak się miewasz i co robisz. Mogłabyś dorzucić kilka szczegółów na temat tego, jak bardzo tęsknisz za mną. Jeśli zaś siedzisz z szefową, to przynajmniej zdradź mi, kiedy przyjedziesz, żebym mógł zapomnieć o całym świecie. Popraw mi nieco humor, bo inaczej nie ręczę za to, czy mój braciszek ostanie się w jednym kawałku po tym, jak z nim skończę. - Słowa płynęły z jego ust niczym potok, którego nie mogłam i nie chciałam zatrzymać.
A więc o to chodzi, pomyślałam, rozumiejąc powodu jego niepokoju. Jego młodszy brat ostatnio wpadł w nieciekawe towarzystwo oraz sprawiał mu coraz więcej problemów, nie tylko wychowawczych, ale i prawnych. Już raz z kolegami wylądował na komisariacie za udział w bójce.
- Nie wiem, co mogłabym powiedzieć. Sam znasz go najlepiej i tylko ty możesz znaleźć sposób, aby do niego naprawdę dotrzeć - przyznałam szczerze. - Dzwonię do ciebie w zupełnie innej sprawie. Mam małą prośbą. Czy mógłbyś wyjść przed swój bar? Na deptak oddzielający budynek od plaży - sprecyzowałam, mając świadomość, że Sedat z reguły korzysta z wyjścia od strony miasta.
- Kiedy? - spytał tylko, nie zagłębiając się w szczegóły.
- Najlepiej teraz. Ktoś tam na ciebie czeka z niespodzianką ode mnie - dodałam, aby wytłumaczyć jakoś składnie taką niecodzienną prośbę.
- Będę tam za minutę, no maksymalnie dwie, skarbie - zapewnił, prawdopodobnie zastanawiając się nad pretekstem, umożliwiającym mu wymknięcie się na chwilę na zewnątrz.
- Super. Dam znać tej osobie. Do usłyszenia później, skarbie!
Nie czekałam na jego odpowiedź, po prostu zakończyłam połączenie, po czym kontrolnie zerknęłam na ogródek sąsiedniej restauracji. Przy jednym ze stolików siedział Stavros i popijając mrożoną kawę, udawał zagłębionego w lekturze przyniesionej ze sobą gazety. Chociaż ryzyko ataku w biały dzień, przy tylu świadkach było znikome, Anna, jak sama powiedziała, wolała, aby moja pierwsza wizyta w Marmaris przebiegała pod ścisłą kontrolą jej człowieka. Nie wiedzieliśmy przecież, na co tak naprawdę stać tego smarkacza czy sługusów pracujących na zlecenie jego ojca.
Nie miałam czasu, aby się nad tym dłużej zastanawiać, ponieważ dostrzegłam Sedata. Poczułam, jak kąciki moich ust unoszą się lekko, a serce napełnia się ciepłem ogrzewającym mnie od środka. Mój ukochany w tym czasie lawirował między stolikami, próbując dostać się na promenadę wypełnioną spragnionymi słońca przechodniami. Rozejrzał się lekko zdezorientowany, po czym zamarł, nie wierząc własnym oczom.
Nie zdążyłam nawet skinąć głową, czy chociażby się uśmiechnąć, a on już był tuż obok mnie. Zamknął mnie w swoich ramionach, jakby już nigdy miał mnie z nich nie wypuścić. Jego uścisk był tak mocny, jakby sam nie wierzył, że faktycznie jestem tutaj. Zresztą, co tu kryć? Sama do końca w to nie wierzyłam!
- To ty! To naprawdę ty! Nawet nie śmiałem marzyć... - Mówiąc to, głaskał mnie po głowie i całował w czoło. Jego bliskość sprawiła, że zapomniałam o wszystkich problemach, stresach i niepewności towarzyszącej mi od naszego ostatniego spotkania. Przymknęłam na moment oczy, rozkoszując się tym dotykiem. Dyskretnie, aby nie zauważył, wciągnęłam nosem powietrze, napawając się jego wonią. W momencie szaleńczo go zapragnęłam i obiecałam sobie, że nic, ale to nic nie powstrzyma mnie przed uwiedzeniem go tego wieczora. Czekałam na to wystarczająco długo, by wreszcie rozkoszować się zasłużoną przyjemnością.
- Tęskniłam - wyznałam po chwili, zaskakując tym nie tylko jego, ale i samą siebie. Nie sądziłam, że po tym wszystkim tak otwarcie będę mówić o swoich uczuciach.
- Ja bardziej. I tak bardzo się bałem, że... - zawahał się na moment, jakby to, co chciał powiedzieć, było dla niego bolesne - że już nigdy cię nie zobaczę.
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz - obiecałam mu szybko.
Ponownie wtuliłam się w jego ciało, nawet nie chcąc myśleć o tym, że mógłby nadejść dzień, kiedy nie będę mogła wykonać tego prostego gestu.
- Nawet nie będę próbował! - zapewnił, po czym nerwowo rozejrzał się w koło. - Kochanie, teraz nie mogę poświęcić ci czasu, ale jeśli chcesz, spotkajmy się w centrum za dwie godziny.
Oczywiście, nie oczekiwałam, że rzuci wszystko i spędzi ze mną cały dzień, ale gdzieś w głębi serca liczyłam na to, że poświęci mi kilka minut. W końcu przypłynęłam dla niego z innego kraju! Próbowałam nie okazać swojego zawodu, ale chyba nie byłam tak dobrą aktorką, jak sądziłam, ponieważ natychmiast zaczął się tłumaczyć.
- Nikogo nie ma na kasie, dodatkowo o tej porze spływają rezerwacje na wieczorne przedstawienie. Mimo najszczerszych chęci nie mam jak się teraz wyrwać, ale obiecuję, że nie tylko po południu, ale też z całą pewnością późnym wieczorem ci to wynagrodzę!
I na taką obietnicę mogłam przystać. Uśmiechnęłam się, ciesząc się, że mogłam go znowu zobaczyć i chociaż przez moment poczuć ciepło jego ciała.
- Za dwie godziny w naszej ulubionej cukierni.
- Przyjadę, chociażbym miał zamknąć bar - przyrzekł - ale zanim mi teraz uciekniesz, powiedz, co będziesz robiła przez ten czas?
Nutka zazdrości skryta w jego głosie była wręcz niezaprzeczalna. Lubiłam w nim tę zaborczość, ale jednocześnie jakaś część mojej natury nie do końca ją akceptowała. Bałam się, że nie będzie umiał zaakceptować mojej pracy, a ta przecież stanowiła ważny element mojego życia. Tym jednak mogłam pomartwić się nieco później.
- Na razie wypiję jakąś mrożoną kawę, a potem skoczę na małe zakupy - odpowiedziałam wymijająco, dostrzegając kątem oka szczerzącego się do mnie Stavrosa.
Bezczelnie w nas wpatrzony, uśmiechał się szeroko, robiąc przy tym śmieszne miny i udając, że sam się z kimś obejmuje. Musiałam zagryźć policzki, aby nie wybuchnąć śmiechem.
Nie rozumiałam, co mogło się stać z tym z reguły statecznym i groźnie wyglądającym mężczyzną. Tym bardziej nie miałam pojęcia, jak wytłumaczyłabym jego obecność Sedatowi, gdyby ten zauważył go przez te wygłupy. Obecność mojego greckiego opiekuna zdecydowanie musiała pozostać tajemnicą. Przynajmniej na razie.
- Jesteśmy umówieni i pamiętaj, aby nie rozglądać się na lewo czy prawo. Już znalazłaś mężczyznę swojego życia - dodał na odchodne, po czym całując mnie w policzek, nerwowym krokiem ruszył w kierunku knajpy.
Stałam, patrząc na jego sylwetkę znikającą w pogrążonym w mroku barze, po czym ostatni raz zerknęłam gniewnie na Greka i ruszyłam wolnym krokiem w kierunku centrum.
Sedat
Wkurzony na Arslana wysiadłem z taksówki i niemal biegiem ruszyłem w kierunku niewielkiej piekarni usytuowanej na końcu deptaka w centrum. Z reguły wszystkie stoliki były okupowane przez lokalnych mieszkańców. Nie bez powodu - Hemşin F?r?n miał całkiem niezłą herbatę i naprawdę smaczne wypieki własnej produkcji, a ze względu na lokalizację, mało kto z zagranicznych odwiedzających tam docierał.
Z daleka dostrzegłem moją Basię. Siedziała pochylona nad kawałkiem jej ulubionego ciasta figowego, skubiąc je widelczykiem. Była zamyślona, całkowicie pogrążona w swoim własnym świecie, ale lekki uśmiech zdobiący jej oblicze spowodował, że poczułem lekkie ukłucie w sercu.
Wbrew temu, co jej obiecałem, nie mogłem poświęcić jej zbyt wiele czasu tego popołudnia. Niestety, Emrah zobaczył mnie z nią, kiedy przyszła w pobliże baru, i nie omieszkał poinformować o tym Mehmeta. Ten mały skurwysyn, chociaż mówiąc tak o nim, obrażałem jego matkę, najbardziej porządną osobę w tej rodzinie, natychmiast wymyślił mi jakieś bzdurne zadanie. Jego realizacja mogła poczekać tydzień, a nawet dwa, ale wydał to polecenie tylko po to, abym nie miał zbyt dużo wolnego czasu przed wieczorem. Próbowałem protestować, domagać się należnego mi czasu wolnego, ale szybko zostałem uciszony przez Arslana, do którego zadzwonił zawczasu ten beznadziejny smarkacz.
Cóż, musiałem brać to, co dawał mi los, a dziś podarował mi niezwykle dużo. Dał szansę ujrzeć kobietę, za którą tak bardzo tęskniłem. Uśmiechnąłem się lekko, próbując przybrać beztroski wyraz twarzy, po czym podszedłem cicho do czekającej na mnie Basi i przytuliłem ją mocno, zachodząc od tyłu. Pisnęła przestraszona.
Szybko odwróciła głowę, tym samym patrząc mi prosto w oczy. Nasze nosy niemal stykały się ze sobą, a nasze usta, spragnione wzajemnego dotyku, połączyły się w pełnym pasji pocałunku. Smakowała przepysznie! Gorzki aromat kawy mieszał się ze słodyczą ciasta i jej warg. Zatopiłem się w tym odczuciu, zapominając, że jesteśmy w miejscu publicznym, a część naszej widowni stanowią dzieci kończące o tej porze szkołę. Wdarłem się językiem do wnętrza jej ust, zmuszając do uległości. Chciałem, aby wiedziała, że jest moja. Zwłaszcza po tym, jak zobaczyłem online jej współpracowników, jak sama ich określiła. Ich obecność w jej pobliżu nie dawała mi spokoju, wzbudzając kolejne fale zazdrości.
Dopiero po dłuższej chwili i to z wielkim trudem, udało mi się od niej oderwać. Przyjrzałem się jej uważnie. Elegancka sukienka z rękawem trzy czwarte doskonale leżała na jej idealnym dla mnie ciele, zapewne skupiając na sobie spojrzenia większości mijających nasz mężczyzn. Jej długie blond włosy spięte w luźny kok nadawały jej obliczu seksapilu, sprawiając, że moje myśli wędrowały w kierunku sypialni i tego, co bym chciał tam z nią robić.
Skup się chłopie, nakazałem sobie, odganiając pożądanie, które zaczynało powoli odbierać mi możliwość racjonalnego myślenia. Czułem, że jeśli wkrótce jej nie posmakuję, to oszaleję z pragnienia.
- Tak dobrze cię widzieć - wyznałem, gdy już przysiadłem przy stoliku - ale dlaczego nie uprzedziłaś, że przyjeżdżasz?
- Niespodzianka! - powiedziała, a ja odniosłem wrażenie, że za jej słowami kryło się coś jeszcze, zupełnie jakby miała tajemnicę, którą nie chciała się ze mną podzielić.
- Na długo zostajesz? - spytałem, starając się nie szukać dziury w całym.
- Trzy, może cztery dni - stwierdziła niepewnie, jakby sama nie wiedziała, ile czasu tym razem będziemy mieli dla siebie. - Wszystko zależy od Anny. Mam całkiem elastyczny grafik w pracy, wiele rzeczy mogę wykonać online, ale niestety od czasu do czasu muszę pokazać się w biurze - wytłumaczyła szybko.
Kiedy zaczęła mówić o pracy, jej ciało całkowicie się rozluźniło, a jej oczy nabrały blasku. Gdy wspomniała imię swojej szefowej, od razu dostrzegłem uwielbienie, jakim darzyła tę kobietę. Cieszyło mnie to oczywiście, ale jednocześnie wywoływało niezdrową zazdrość. Ja najchętniej uciekłbym od Arslana nawet dziś. Niestety nie miałem jak. No i gdzie miałbym się podziać z młodszym bratem, który przecież nadal musiał chodzić do szkoły?
- Kochasz swoją pracę, prawda? - spytałem, chociaż znałem na nie odpowiedź.
Może nie miałem jej zbyt wiele do zaoferowania, przynajmniej nie tu i teraz, ale chciałbym, aby mogła być obok mnie na wyciągnięcie ręki. Dzieliło nas raptem czterdzieści siedem kilometrów, licząc w linii prostej, ale na drodze stało nam nie tylko morze, ale również granica między dwoma państwami.
- Zdecydowanie. Dawno temu Anna dosłownie uratowała mi życie, podając pomocną dłoń, gdy sięgnęłam kompletnego dna - wyznała, a ból w jej głosie sprawił, że sam poczułem się źle. - Gdyby nie ona i ta praca, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali.
- Nie wiedziałem...
- Mało kto wie, tylko zaufane osoby mogą poznać tę historię - mruknęła, odrywając ode mnie spojrzenie swoich pięknych niebieskich tęczówek.
Domyśliłem się, że na moment zatraciła się we wspomnieniach, zarówno tych złych, jak i dobrych, które doprowadziły ją do tu i teraz. Jakaś część mnie chciała spytać, czy jej szefowa nie mogłaby zrobić dla mnie tego samego, co zrobiła dla niej. Wiedziałem jednak, że to bez sensu. W końcu jako mężczyzna powinienem sam sobie poradzić z gównem, w które się wpakowałem.
- A czy ja kiedyś będę miał szansę ją usłyszeć? - spytałem, próbując skupić się na teraźniejszości.
Tak wiele rzeczy jeszcze o sobie nie wiedzieliśmy, tak wielu rzeczy musieliśmy się nauczyć. To, co zrodziło się między nami, było niewątpliwie piękne, ale jak na razie stało na bardzo niepewnych fundamentach, które cały czas podmywały wzburzone fale wywołane przez moje dawne decyzje.
- To nic specjalnego - zbagatelizowała sprawę, ale w jej tonie wyczułem smutek przemieszany ze złością. - Uwierzyłam mężczyźnie, któremu wierzyć nie powinnam. Powierzyłam mu wszystko, co miałam, a nawet więcej, on zaś zabrał to wszystko, zostawiając mnie w obcym kraju zupełnie samą. Nie miałam nawet pieniędzy na bilet powrotny do Polski. To właśnie wtedy poznałam Annę, a ona, zupełnie obca mi kobieta, nie tylko dała mi pracę, ale też pomogła odzyskać wszystko, co straciłam, dając nauczkę winowajcy.
Zaniemówiłem, bo takich historii z całą pewnością nie słyszy się codziennie. W zaledwie kilkunastu słowach, wypowiedzianych niby od niechcenia, zamknęła niewiarygodną sytuację, która mogłaby złamać nie jednego dużo silniejszego od niej człowieka.
To uczyniło ją w moich oczach jeszcze wspanialszą. W końcu, jeśli coś tak złego nie zniszczyło dobra, które po dziś dzień w sobie nosiła, to istniała szansa, że pozostanie przy moim boku mimo problemów, z którymi się borykałem.
Jednocześnie poczułem złość na nieznanego mi mężczyznę. Najchętniej tłukłbym go tak długo, aż wybrzmi jego ostatni oddech. Nawet jeśli miałbym pójść za to siedzieć.
- Gdzie znajdę tego... - zabrakło mi słowa, a może raczej nie chciałem wypowiadać tego niecenzuralnego, które pchało mi się na usta.
- Uwierz mi, nie możesz zrobić mu nic gorszego od tego, co zrobiła mu Anna - wyznała nagle Basia, zaskakując tą szczerością nie tylko mnie, ale chyba również samą siebie.
- Mogę go zabić - stwierdziłem, mając nadzieję, że moja postawa jej nie zaszokuje.
- To by było dla niego wybawieniem - zaoponowała, wprawiając mnie tym samym w osłupienie. - Podpisał pewne dokumenty dające Annie, a po części również mnie, pełną władzę nad nim. Przynajmniej do czasu spłaty ogromnego długu. Ma do wyboru to albo hańbę w oczach całej rodziny. I tu należy nadmienić, że jego familia zalicza się do tych bardzo tradycyjnych, biorących sobie do serca próby zniszczenia jej wizerunku. Gdybyśmy ujawniły, co robi i jak zarabia na życie, prawdopodobnie znalazłby się jakiś wuj, stryj czy inny kuzyn, który zrobiłby to, co sam zaoferowałeś i nie mrugnąłby przy tym powieką.
Spojrzałem na nią, jakbym widział ją po raz pierwszy w życiu. Przez czysty przypadek poznałem właśnie jej drugie, zupełnie nowe oblicze. Nadal była moją słodką, kochaną Basią, ale teraz dostrzegłem w niej również zdecydowanie i siłę, których wcześniej tam nie było.
- Twoja szefowa musi być niezwykłą kobietą, skoro pośpieszyła ci na ratunek, decydując się na... sam nie wiem... szantaż?
Moja towarzyszka roześmiała się w odpowiedzi, a w tym wybuchu kryła się czysta radość, nieskalana sarkazmem czy ironią.
- Szantaż to bardzo brzydkie słowo - zrugała mnie natychmiast. - On sam, z własnej nieprzymuszonej woli podpisał te dokumenty, licząc na szybką kasę. Niestety, nie doczytał wszystkich warunków umowy, a zwłaszcza tych spisanych drobnym druczkiem - wyjaśniła usłużnie z uśmiechem na ustach, jakby nadal bawiło ją wspomnienie tamtej sytuacji.
Jej słowa nie wyjaśniły mi niczego, wręcz przeciwnie, wprowadziły jeszcze większy zamęt.
- Niemniej jednak nie każdy pracodawca okazałby tyle zrozumienia dla prywatnych problemów pracownika.
- Anna z całą pewnością nie jest zwykłą szefową. Nie dla mnie, ale też i innych podwładnych. Jest jak rodzina, starsza siostra, która czuwa nad moim szczęściem. Jest względem mnie bardziej kochająca niż rodzona matka, która wyrzekła się mnie na rozkaz ojca.
Ta rozmowa stawała się coraz bardziej niepokojąca i zbyt poważna jak na miejsce, w którym się toczyła. Chciałem poznać siedzącą obok mnie kobietę, ale nadmiar informacji zaczynał mnie przytłaczać. Jedna niespodzianka goniła kolejną, potrzebowałem chwili i kilku dłuższych oddechów, by to wszystko zrozumieć i przetrawić. Jej uśmiech i dobroć kazały mi wierzyć, że jej życie było usłane różami, teraz zaś dowiadywałem się, że przeznaczenie do tej pory rzucało jej same kłody pod nogi. Nawet ja i moja sytuacja okazały się problematycznym problemem, może nawet większym niż te wcześniejsze. Postanowiłem skierować tor naszej konwersacji na znacznie milsze tory.
- Czy wieczorem, po mojej pracy spotkamy się, chociaż na chwilę?
- W nocy - poprawiła mnie od razu i miała zupełną rację, ponieważ bar z reguły opuszczałem między pierwszą a drugą.
- Niech ci będzie, w nocy! - zgodziłem się z nią szybko. - Może coś zjemy? Niedaleko Blue Portu jest mała knajpa serwująca całkiem niezłą kuchnię turecką i co najważniejsze, jest otwarta do trzeciej, a czasami nawet czwartej nad ranem, zależnie od obłożenia.
- A może... - urwała, po czym nerwowo odwróciła ode mnie wzrok, czerwieniąc się przy tym uroczo - po prostu napijemy się czegoś na balkonie mojego pokoju hotelowego?
Zaniemówiłem! Niedowierzanie i ekscytacja mieszały się ze sobą, sprawiając, że z trudem zachowałem spokój, który powinienem okazywać w miejscu publicznym. Zwłaszcza że obok nas siedziała starsza kobieta z głową zakrytą chustą, a towarzysząca jej zapewne córka miała na sobie równie tradycyjny strój.
- Bardzo bym chciał, ale... w hotelu jest recepcja i jakaś ochrona... - zacząłem nieskładnie tłumaczyć, rozpaczliwie próbując znaleźć jakieś rozwiązanie umożliwiające mi spędzenie tej nocy w towarzystwie Basi.
- Przypadkowo, sama nie wiem jak, wynajęłam na twoje nazwisko pokój sąsiadujący z moim - zażartowała cichym, lekko zawstydzonym głosem.
Zamurowało mnie! Mój anioł zaplanował dla nas romantyczną schadzkę! Najchętniej porwałbym ją do łóżka już teraz, nie czekając na nadejście nocy. Niestety nie miałem takiej możliwości.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo na to czekam - wyznałem szczerze, zdając sobie sprawę, że szczerość w tym momencie będzie najrozsądniejszym wyjściem. - Po prostu nie chcę na ciebie naciskać.
Popatrzyłem jej w oczy i zobaczyłem w nich wszystkie odpowiedzi, jakich potrzebowałem.
- Przyjadę prosto po pracy, ale musisz mi powiedzieć, czy w hotelu przyjmują kartę, czy muszę mieć ze sobą gotówkę. Nie chcę tracić czasu w nocy, szukając bankomatu...
- A po co? Masz jakieś pilne wydatki? - spytała tonem tak rzeczowym, że aż poczułem się jak na jakimś spotkaniu biznesowym.
- Pokój, który dla mnie wynajęłaś... - sprecyzowałem niepewnym tonem, nagle gubiąc się nieco w tej rozmowie.
- Wszystko już jest załatwione, będziesz tylko musiał pokazać swój dowód tożsamości. Potrzebują jakiegoś numeru T.C., niestety nie znałam go.
Kurwa, zakląłem soczyście w myślach. Nie chciałem, aby za mnie płaciła. Tak, zdawałem sobie sprawę, że zwykle zatrzymywała się w dobrych, a co za tym idzie drogich hotelach, ale przecież nie zamierzałem zostać jej utrzymankiem!
- Basiu, kochanie - powiedziałem spokojnym tonem, za wszelką cenę próbując złagodzić atak złości, który od środka rozsadzał mi czaszkę - nie mogę pozwolić, abyś wydawała na mnie swoje pieniądze.
- Spokojnie, wrzucam to w koszty - mruknęła, jakby to nie miało najmniejszego znaczenia. - Mam, na polecenie Anny oczywiście, małe zadanie do wykonania tu w Turcji.
- Ale...
- Nie będę cię zanudzać szczegółami. Po prostu przyjdź. Zatrzymałam się w tym hotelu co zwykle - poprosiła, a jej czułe spojrzenie sprawiło, że na moment zapomniałem nie tylko o swojej złości, ale też o całym świecie.
Niestety ta wyjątkowa chwila nie trwała długo. Mój telefon zadzwonił, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Arslana. Miałem ochotę soczyście zakląć, ale zdusiłem to uczucie w zarodku i po prostu kliknąłem zieloną słuchawkę, podnosząc aparat do ucha.
- Gdzie ty, do kurwy nędzy, jesteś? Spotkałeś się z tą cnotką niewydymką, zamiast siedzieć tutaj i jeszcze raz sprawdzić wieczorne rezerwacje? Listy transferowe same się nie zrobią!
- Tak jak każdy pracownik mam prawo do dwóch godzin... - chciałem zaprotestować, nawiązując do przerwy praktykowanej przez większość pracowników branży turystycznej w Turcji.
- Masz prawo do gówna i tylko wtedy, jeśli ci na to pozwolę. Chcę cię widzieć w barze w ciągu piętnastu minut, inaczej pożałujesz!
W telefonie rozległa się cisza. Mój szef po prostu wydał polecenie, po czym nie czekając nawet na odpowiedź, rozłączył się. Wiedział, że jego rozkaz zostanie natychmiast wykonany.
- Musisz już iść? - zapytała Basia, zapewne widząc moją niezadowoloną minę.
- Niestety... Ale widzimy się tuż po tym, jak skończę pracę.
Uśmiechnęła się, ale w tym grymasie nie było niczego, co wskazywałoby na radość. Za to zauważyłem w nim wiele smutku, który próbowała zamaskować pozą. Wiem, że w ten sposób chciała sprawić, bym nie czuł się źle. Niestety, paradoksalnie to tylko spotęgowało moje poczucie winy.
Poderwałem się z krzesła, ona zrobiła to samo. To było jak zaproszenie do tego, by chociaż na chwilę przytulić ją, dając poczucie miłości i bezpieczeństwa. Nie protestowałem, w końcu sam potrzebowałem nieco siły, aby przetrwać wieczór z Arslanem, który zdecydowanie nie był dziś w dobrym nastroju.
Zamknąłem ją w ramionach, chłonąc jej ciepło i kobiecą miękkość. Zanurzyłem twarz w jej włosach, wdychając ich zapach, jakby był najpiękniejszym aromatem na ziemi. Zresztą dla mnie był...
Na wpół zaczęta myśl umknęła mi z głowy, ponieważ właśnie wtedy go dostrzegłem. Na pozór nie wyróżniał się z tłumu. Mógł mieć zarówno czterdzieści kilka, jak i sześćdziesiąt kilka lat. Chociaż ze względu na zmarszczki wnioskowałem, że był starszy. Zadbany, dobrze ubrany, a pod koszulą, którą założył, dało się dostrzec pokaźne mięśnie, które z pewnością nie były dziełem żadnego trenera personalnego. Taka rzeźba powstała na skutek długiej oraz intensywnej aktywności fizycznej "w terenie". A jednak już go dziś gdzieś widziałem i przeczucie podpowiedziało mi, że nie był to przypadek. Poprzednim razem, gdy go dostrzegłem, również przytulałem moją kobietę, chociaż było to dobre trzy kilometry stąd! Wbiłem więc w niego uporczywe spojrzenie, nadal obejmując Basię, która nie była świadoma, że chyba ktoś ją śledzi. A może to ja miałem ogon? Musiałem to sprawdzić!
Na razie nie chciałem jej nic mówić, aby nie wywoływać paniki. Chociaż może powinienem? Nie bardzo wiedząc, co zrobić, wypuściłem moją kobietę z ramion i ruszyłem przed siebie w poszukiwaniu taksówki. Powinienem jak najszybciej wrócić do baru, aby jeszcze bardziej nie narazić się szefowi. Temu samemu, któremu samodzielnie i całkiem bezmyślnie oddałem władzę nad moim życiem.