Silniejsza od mafii - Monika Hołyk-Arora

-
Proszę czekać

Ba­sia

Ostrze spo­czy­wa­jące na gar­dle uko­cha­nego męż­czy­zny wy­glą­dało na nie­zwy­kle ostre. Lśniło zło­wiesz­czo w świe­tle ba­ro­wych lamp i tylko na nim po­tra­fi­łam się te­raz sku­pić. Moje bez­pie­czeń­stwo ze­szło na drugi plan. Cho­ciaż nie, to nie było do­kład­nie tak. Po pro­stu w gło­wie sza­lało mi tor­nado zro­dzone z mi­liona my­śli oraz po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych sce­na­riu­szy moż­li­wej eska­la­cji pro­blemu. Ner­wowo prze­łknę­łam ślinę, nie bar­dzo wie­dząc, co po­win­nam te­raz zro­bić, po­nie­waż sy­tu­acja wy­glą­dała na nieco ab­sur­dalną. Gro­ził nam nie do końca wy­ro­śnięty smar­kacz, który sam w so­bie nie sta­no­wił tak na­prawdę żad­nego za­gro­że­nia. Nie­stety, miał po swo­jej stro­nie ban­dzio­rów opła­ca­nych przez szem­ra­nego ta­tu­sia, a jak wia­domo, w pew­nych krę­gach pie­nią­dze by­wają bo­giem.

Od za­wsze szybko pod­da­wa­łam się skraj­nym emo­cjom, cho­ciaż zwy­kle po­tra­fi­łam nad tym pa­no­wać. Te­raz jed­nak nie mia­łam po­ję­cia, czy prze­wa­żyć po­wi­nien strach o męż­czy­znę, czy też nie­po­skro­miona fu­ria, która po­woli po­zba­wiała mnie resz­tek umie­jęt­no­ści ra­cjo­nal­nego my­śle­nia. To wła­śnie złość ka­zała mi roz­wa­lić cały ten bar w drobny pył, nie li­cząc się z żad­nymi kon­se­kwen­cjami.

Wzię­łam głę­boki, spo­kojny od­dech, li­cząc przy tym do dzie­się­ciu. Na­pa­wa­łam się ży­cio­daj­nym tle­nem roz­cho­dzą­cym się po ca­łym ciele i przy­no­szą­cym chwi­lową ulgę.

- Chcesz mnie po­bić smar­ka­czu? - spy­ta­łam w końcu dzie­ciaka, któ­remu wąs le­d­wie syp­nął się nie­po­zor­nym mesz­kiem pod no­sem - Pro­szę bar­dzo! Są­dzisz, że bi­jąc ko­bietę, za­ro­bisz ja­kiś su­per punkty w kon­kur­sie na "ma­czo mie­siąca"?

- Ty kurwo - pa­dło w od­po­wie­dzi. - My­ślisz, że się cie­bie boję? Je­steś ni­kim! Ni­kim! Ro­zu­miesz? - Głos z pew­no­ścią miał brzmieć groź­nie i mę­sko, ale chło­pak prze­cho­dził do­piero mu­ta­cję, więc koń­cówka tej ty­rady za­brzmiała jak wy­cią­gnięty pisk ope­ro­wej pri­ma­donny.

- Nie my­ślę - od­po­wie­dzia­łam hardo, cały czas spo­glą­da­jąc na pod­rzęd­nego ban­dziora trzy­ma­ją­cego nóż na gar­dle Se­data. - Ja to wiem. Pew­nego pięk­nego dnia, i to wkrótce, bę­dziesz mnie bła­gał o prze­ba­cze­nie i od­szcze­kasz każdą znie­wagę, ja­kiej się wzglę­dem mnie do­pu­ści­łeś.

Od­po­wie­dział mi śmiech. Tro­chę taki prze­sa­dzony, nieco wy­mu­szony, a po czę­ści rów­nież na­dal dzie­cięcy. Nie znie­chę­ciło mnie to, wręcz prze­ciw­nie, spo­tę­go­wało tylko nie­na­wiść ro­dzącą się wła­śnie w sercu.

- Te­raz odejdę... - za­czę­łam lek­kim to­nem, bo nie mia­łam ochoty do­pro­wa­dzać do dal­szego na­si­le­nia bez­sen­sow­nego kon­fliktu, który nie po­wi­nien w ogóle mieć dziś miej­sca.

- I ni­gdy tu nie wra­caj suko - prze­rwał moją wy­po­wiedź młody chło­pak, syn wła­ści­ciela, wy­da­jący roz­kazy bez­myśl­nym ma­rio­net­kom bę­dą­cym pod­wład­nymi jego ojca.

Nie ode­zwa­łam się już. Po pro­stu uśmiech­nę­łam się lekko, ale w tym uśmie­chu nie było nic sym­pa­tycz­nego. Dawno temu po­dej­rza­łam tę sztuczkę u swo­jej pra­co­daw­czyni Anny i świet­nie zda­wa­łam so­bie sprawę, że po­mimo swo­jej nie­po­zor­no­ści po­tra­fiła zdzia­łać cuda. Lekki ruch ką­ci­ków usta zwia­sto­wał bo­wiem kło­poty, które za­mie­rza­łam do­piero spra­wić.

- Jak so­bie ży­czysz dzie­ciaku - rzu­ci­łam za­czep­nie, spe­cjal­nie pod­kre­śla­jąc, kim dla mnie jest ma­jący się za Bóg wie kogo smar­kacz. - Po­jawi się tu ktoś inny, a wtedy módl się, by był ła­skaw­szy niż ja.

Spoj­rza­łam ostatni raz na Se­data - męż­czy­znę, któ­remu nieco wbrew so­bie od­da­łam serce, po czym lek­kim kro­kiem, wcale się nie śpie­sząc, opu­ści­łam bar, w któ­rym by­łam czę­stym go­ściem w prze­ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy. Wciąż nie mo­głam uwie­rzyć, że jedno nie­po­zorne spoj­rze­nie, rzu­cone bez­wied­nie, mo­gło do­pro­wa­dzić do otwar­tego kon­fliktu. Cóż, je­śli tak miało być, to nie za­mie­rza­łam się cof­nąć przed ni­czym.

We­zmę przy­kład z Anny: po­ko­nam swo­ich wro­gów, cho­ciażby i w otwar­tej woj­nie. I tak jak Anna nie po­zwolę, by coś lub ktoś sta­nął na dro­dze do mo­jego za­słu­żo­nego szczę­ścia. Nie te­raz, kiedy zna­la­złam part­nera, z któ­rym mo­głam cie­szyć się ży­ciem oraz zwy­kłą co­dzien­no­ścią.

Do­piero po przej­ściu ja­kichś stu me­trów, po­zwo­li­łam so­bie na oka­za­nie emo­cji. Pa­nika w jed­nej chwili prze­jęła kon­trolę nad moim cia­łem i umy­słem. Za­czę­łam ner­wowo od­dy­chać, ła­piąc każdy ko­lejny urwany od­dech. Kilka łez zło­ści prze­mie­sza­nej z bez­sil­no­ścią spły­nęło po moim po­liczku. Po­li­czy­łam do dwu­dzie­stu i po­sta­no­wi­łam wziąć się w garść. Anna na pewno nie oka­za­łaby ta­kiej sła­bo­ści, więc i ja nie po­win­nam.

Kro­cząc nad­mor­ską pro­me­nadą, oświe­tloną je­dy­nie wą­tłym świa­tłem ulicz­nych la­tarni za­sta­na­wia­łam się, co po­win­nam zro­bić. Sy­tu­acja, w któ­rej się zna­la­złam, nie na­le­żała w końcu do naj­lep­szych, ale prze­cież po­nad dwa lata temu wy­brnę­łam ze znacz­nie po­waż­niej­szych kło­po­tów. Nie każda ko­bieta da­jąca się na­cią­gnąć na duże pie­nią­dze oszu­stowi ma­try­mo­nial­nemu miała szansę na ze­mstę na swoim oprawcy. I to taką, która od­biła się na ca­łym jego ży­ciu. Ja tego do­ko­na­łam, no do­brze, zro­biła to za mnie nie­oce­niona Anna, ale po­tem i ja do­ło­ży­łam do tego nie jedną, a kil­ka­dzie­siąt ce­gie­łek.

Dzięki swo­jej sze­fo­wej udało mi się od­bu­do­wać wiarę w sie­bie i zy­skać pracę, któ­rej dziś, za żadne skarby, nie za­mie­ni­ła­bym na inną. Ow­szem, z bie­giem czasu sta­nę­łam na czele ar­mii pa­nów do to­wa­rzy­stwa dla bo­ga­tych dam, przej­mu­jąc obo­wiązki za­ło­ży­cielki ca­łego tego biz­nesu, ale też by­łam nie­mal pewna, że za­si­li­łam sze­regi cze­goś więk­szego, nie­bez­piecz­niej­szego. Zo­sta­łam za­ufaną asy­stentką sze­fo­wej Ma­fii i to ta­kiej pi­sa­nej przez duże "M". A przy­naj­mniej tak lu­bi­łam to so­bie wy­obra­żać. Jak bo­wiem ina­czej mo­gła­bym wy­tłu­ma­czyć na­głą prze­pro­wadzkę do Gre­cji, strze­la­ninę na Sy­cy­lii i wszystko to, co działo się tuż po niej? Za­ta­pia­jąc się we wspo­mnie­niach na je­den, krótki mo­ment za­po­mnia­łam o te­raź­niej­szo­ści i ak­tu­al­nie gnę­bią­cym mnie pro­ble­mie.

Bez­wied­nie przy­sia­dłam na krze­sełku mi­ja­nej wła­śnie, a o tej po­rze nie­czyn­nej już re­stau­ra­cji i ro­zej­rza­łam się w koło. Mar­ma­ris zda­wało się po­grą­żone we śnie. Nic dziw­nego, do­cho­dziła trze­cia w nocy. Tylko gdzie­nie­gdzie można było do­strzec po­je­dyn­cze osoby lub nie­wiel­kie grupki tu­ry­stów po­wra­ca­ją­cych do swo­ich ho­teli. Po­win­nam pójść w ich ślady, w końcu o po­ranku mu­sia­łam do­stać się na prom pły­nący na grecką wy­spę Ro­dos. Nie mia­łam jed­nak na to ochoty. Ad­re­na­lina na­dal krą­żyła szybko w moim krwio­biegu, nie po­zwa­la­jąc na ochło­nię­cie. Mu­sia­łam zre­du­ko­wać jej po­ziom, by móc za­znać odro­biny od­po­czynku.

Na­gle po­de­rwa­łam się z miej­sca, my­śląc o Se­da­cie. Po­zna­łam go nie­mal sześć mie­sięcy temu, kiedy spon­ta­nicz­nie przy­pły­nę­łam do Mar­ma­ris na kil­ku­dniowe wa­ka­cje. Spa­ce­ru­jąc nad­mor­ską pro­me­nadą, za­trzy­ma­łam się w jed­nym z ba­rów i wła­śnie wtedy go zo­ba­czy­łam. Wy­soki, po­sturą przy­po­mi­na­jący groź­nego niedź­wie­dzia. Miał krót­kie czarne włosy i gę­stą brodę, dzięki któ­rej wy­glą­dał ni­czym wi­king. Wi­king, który na­gle zna­lazł się wbrew so­bie w XXI wieku. Jego piwne oczy zdra­dzały nad­prze­ciętną in­te­li­gen­cję, a jego uśmiech był w sta­nie sto­pić nie­jedno skute lo­dem serce. Skąd o tym wie­dzia­łam? Wła­śnie to uczy­nił z moim mię­śniem pom­pu­ją­cym krew.

Od razu zo­rien­to­wa­łam się, że był tam kimś waż­nym. Nie ser­wo­wał na­po­jów klien­tom, a je­dy­nie stał przy ka­sie, wy­da­jąc po­le­ce­nia, i cały czas zer­kał na mnie, gdy my­ślał, że tego nie wi­dzę.

Nie, nie po­zna­li­śmy się w trak­cie tam­tego urlopu. Na­sza in­te­rak­cja ogra­ni­czała się do stan­dar­do­wych po­wi­tań, kilku grzecz­no­ścio­wych zdań wy­mie­nia­nych pod­czas re­gu­lo­wa­nia ra­chunku oraz rzu­ca­nych ukrad­kiem spoj­rzeń.

Aby za­mie­nić z nim kilka pry­wat­nych słów, jesz­cze trzy razy przy­pły­nę­łam do Mar­ma­ris. Cza­sami po­ja­wia­łam się rano, wra­ca­jąc do Gre­cji po po­łu­dniu, in­nym ra­zem zo­sta­wa­łam na dzień lub dwa. Tak na­prawdę po­łą­czył nas zu­pełny przy­pa­dek. Wpa­dli­śmy na sie­bie w jed­nym ze skle­pów w cen­trum. Przy­wi­tał się, dla pew­no­ści przy­po­mi­na­jąc mi, skąd się "znamy", a po­tem nie­śmiało za­py­tał, czy nie na­pi­ła­bym się z nim her­baty w po­bli­skiej ka­wia­rence przy pie­karni. Do dziś pa­mię­tam, jak sze­roko się uśmiech­nął, gdy przy­sta­łam na jego pro­po­zy­cję.

Se­dat ujął mnie swoją nie­śmia­ło­ścią oraz tym, że w miej­scu pracy za­cho­wy­wał się bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie w od­róż­nie­niu od wszyst­kich in­nych męż­czyzn, któ­rzy po­cząt­kowo pró­bo­wali mnie pod­ry­wać. Bio­rąc pod uwagę moje prze­szłe do­świad­cze­nia, to wła­śnie tym peł­nym sza­cunku dy­stan­sem naj­bar­dziej zy­skał w mo­ich oczach, za­pew­nia­jąc so­bie co­raz więk­sze uzna­nie. Na końcu zaś nie­po­strze­że­nie skradł moje serce. I wła­śnie z tego po­wodu nie mo­głam te­raz tak po pro­stu odejść, tra­cąc do­brego męż­czy­znę. Dru­giego ta­kiego pew­nie nie uda­łoby mi się zna­leźć.

Se­dat

Ode­tchną­łem głę­boko do­piero wtedy, gdy Em­rah zdjął nóż z mo­jego gar­dła. Nie mo­głem uwie­rzyć w to, że ktoś, kogo uwa­ża­łem za do­brego zna­jo­mego, w oka­mgnie­niu mógł ob­ró­cić się prze­ciwko mnie. I to na czyje po­le­ce­nie? Dzie­ciaka, któ­remu z re­guły wie­czo­rami udzie­la­łem ko­re­pe­ty­cji z ma­te­ma­tyki.

Od­kąd za­czą­łem pra­co­wać w tym ba­rze pięć lat temu, zda­wa­łem so­bie sprawę, że dzia­łam na po­le­ce­nie lu­dzi wpły­wo­wych, ale też po­cho­dzą­cych z ni­zin spo­łecz­nych. Obce im było ele­ganc­kie czy wy­szu­kane słow­nic­two, do­bre ma­niery lub cho­ciażby pod­sta­wowe za­sady funk­cjo­no­wa­nia w spo­łe­czeń­stwie. Jed­nak to, co wła­śnie się wy­da­rzyło, prze­ro­sło moje naj­śmiel­sze wy­obra­że­nie o ich bez­myśl­no­ści oraz cham­stwie.

Tak bar­dzo cie­szy­łem się, że Basi udało się wy­rwać na jedną noc z Ro­dos. Zwłasz­cza że to była ta noc, pod­czas któ­rej wresz­cie mia­łem po­znać ta­jem­nice jej ciała. Pla­no­wa­łem roz­ko­szo­wać się sek­sem, by póź­niej za­snąć, trzy­ma­jąc ją w ra­mio­nach. Nie­stety po raz ko­lejny wy­da­rzyło się coś, co spra­wiło, że moja mę­skość mu­siała obejść się sma­kiem. Wes­tchną­łem ciężko, opa­da­jąc na je­den z ba­ro­wych fo­teli.

Czu­łem strach, bez­sil­ność, ale też obawy o to, co przy­nie­sie przy­szłość. Gdyby cho­dziło tylko o moje ży­cie, to nie wa­hał­bym się na­wet przez se­kundę. Usta­wił­bym tego ma­ło­lata do pionu i nie po­zwo­lił­bym mu od­zy­wać się w ten spo­sób do Basi. Nie­stety, mu­sia­łem my­śleć o młod­szym bra­cie, który miał tylko mnie. Po tra­gicz­nej śmierci na­szych ro­dzi­ców sta­łem się jego praw­nym opie­ku­nem oraz je­dyną szansą na do­bre ży­cie. Nie mia­łem prawa ich roz­cza­ro­wać, za­wsze po­wta­rzali mi, że nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści mu­szę opie­ko­wać się Mu­ra­tem.

Nie chcia­łem też za­wieść sie­bie oraz osoby, która w tak krót­kim cza­sie stała się dla mnie nie­zwy­kle ważna. Do tej pory nie wie­rzy­łem, że można ko­goś po­ko­chać za piękne serce, więc los prze­wrot­nie spra­wił, że tak wła­śnie się stało. No do­brze, przed sobą mogę się przy­znać rów­nież do tego, że jej ciało i krą­głe kształty dzia­łały na mnie od chwili, kiedy pierw­szy raz po­ja­wiła się w ba­rze. Wpły­wała na moje zmy­sły do tego stop­nia, że mó­wiąc jej zwy­kłe "dzień do­bry", fan­ta­zjo­wa­łem o tym, jak przy­szpi­lam ją do ściany i ca­łuję głę­boko, by za­fun­do­wać za­równo so­bie, jak i jej fan­ta­styczne po­po­łu­dnie. Nie zna­łem wtedy na­wet jej imie­nia, a wy­obra­ża­łem so­bie, jak wpa­truje się we mnie tymi pięk­nymi oczami w mo­men­cie prze­ży­wa­nia eks­tazy.

Ro­zej­rza­łem się wkoło, lekko zdez­o­rien­to­wany. Na­dal pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć, co tak wła­ści­wie się stało i dla­czego ten na­rwany dzie­ciak wy­wo­łał całą tę awan­turę. Prze­cież Ba­sia sie­działa tak jak zwy­kle przy ba­rze, in­te­re­su­jąc się mną bar­dziej niż czym­kol­wiek in­nym. Cały czas czu­łem na so­bie jej spoj­rze­nie, jej za­chwyt, może na­wet kieł­ku­jącą w jej sercu mi­łość.

Może, ale tylko może raz czy dwa prze­su­nęła wzro­kiem po syl­we­tce cią­gle krę­cą­cego się wo­kół mnie Meh­meta. Zresztą trudno by było nie za­uwa­żyć dzie­ciaka, który za zgodą ojca do­wo­dził ca­łym tym bur­de­lem na kół­kach, po­zwa­la­jąc so­bie na wię­cej niż nie­je­den star­szy od niego chło­pak. I to wła­śnie on na­gle, zu­peł­nie bez przy­czyny urzą­dził awan­turę o to, że moja ko­bieta pa­trzy na niego z nie­na­wi­ścią, i ka­zał jej wy­pier­da­lać, bo ina­czej ją za­bije. Oczy­wi­ście na­tych­miast sko­czy­łem, aby prze­rwać tę ab­sur­dalną sprzeczkę, ale wtedy Em­rah przy­sta­wił mi nóż do gar­dła, czy­niąc ab­so­lut­nie bez­sil­nym.

Bez­wied­nie zer­k­ną­łem na sprawcę dzi­siej­szych pro­ble­mów, a ten jakby na­tych­miast to wy­czuł, po­nie­waż po­pa­trzył na mnie. W jego spoj­rze­niu chyba po raz pierw­szy do­strze­głem po­gardę.

- Pa­mię­taj! Nie pod­ska­kuj mi, bo ina­czej tata zaj­mie się tobą albo tym twoim wy­chu­cha­nym bra­cisz­kiem! - za­gro­ził dzie­ciak, wy­cho­dząc z baru - A te­raz ogar­nij wszystko i za­mknij, w końcu masz klu­cze!

Czu­łem, jak opa­no­wuje mnie fu­ria. Nie­stety, wie­dzia­łem, że nie mogę nic zro­bić. Mu­sia­łem prze­łknąć tę gorzką pi­gułkę za­ser­wo­waną mi przez los, je­śli chcia­łem za­cho­wać ży­cie. Ale tylko te­raz... Od ju­tra za­cznę my­śleć, jak wy­plą­tać się z tej sieci za­leż­no­ści i raz na za­wsze za­koń­czyć pracę dla tych lu­dzi.

#

Za­mkną­łem bar, tak jak ka­zał mi syn wła­ści­ciela, i po­sze­dłem do służ­bo­wego miesz­ka­nia, które dzie­li­łem z młod­szym bra­tem. Na ty­łach bu­dynku znaj­do­wały się drzwi pro­wa­dzące na strych. Przy­sta­ną­łem w nich, uświa­da­mia­jąc so­bie, jak wiele w moim ży­ciu się zmie­niło.

Lo­kum nad ba­rem oraz dnie prze­peł­nione pracą i opieką nad Mu­ra­tem prze­stały mi wy­star­czać. Moja du­sza pra­gnęła cze­goś in­nego, cze­goś więk­szego, cze­goś do­sko­nal­szego. Chcia­łem, aby Ba­sia stała się czę­ścią mo­jej co­dzien­no­ści. Chcia­łem stwo­rzyć z nią wszech­świat, w któ­rym bę­dzie miej­sce dla nas i na­szego szczę­ścia. Nie­stety, aby tego do­ko­nać, będę mu­siał sto­czyć wiele cięż­kich i dłu­gich bi­tew. By­łem jed­nak na to go­towy.

Wcho­dząc po scho­dach, przy­sta­wa­łem co mo­ment, za­sta­na­wia­jąc się, od czego za­cząć. Gdy do­tar­łem na górę, wie­dzia­łem, że po­wi­nie­nem za­dzwo­nić do mo­jej uko­cha­nej. Mu­sia­łem upew­nić się, że bez­piecz­nie do­tarła do ho­telu. Do­piero po­tem za­cznę opra­co­wy­wać pre­cy­zyjny plan wpro­wa­dze­nia zmian w swoim ży­ciu.

- Ba­siu, skar­bie - ode­zwa­łem się, gdy tylko ode­brała. - Czy wszystko w po­rządku?

- Co to było? - usły­sza­łem w od­po­wie­dzi.

- Nie wiem, nie mam po­ję­cia. Ni­gdy do­tąd ten roz­piesz­czony dzie­ciak tak się nie za­cho­wy­wał. Ow­szem so­dówka ude­rzyła mu nieco do głowy, gdy oj­ciec prze­ka­zał mu wła­dzę nad ba­rem, ale to... Sam nic nie ro­zu­miem!

- A ten nóż? Co to? Ja­kiś do­mo­ro­sły gang no­żow­ni­ków? - spy­tała, a w jej to­nie mo­głem usły­szeć re­alny strach.

- Wiesz... - przez chwilę wa­ha­łem się, czy wy­znać jej prawdę, ale zro­zu­mia­łem, że z całą pew­no­ścią na nią za­słu­guje - nóż, pi­sto­let czy kij bejs­bo­lowy, dla nich to bez róż­nicy. Wszel­kie pro­blemy, które po­ja­wiają się na ich dro­dze, za­ła­twiają siłą. W ich ro­zu­mie­niu to je­dyny słuszny ar­gu­ment.

Wes­tchnęła prze­cią­gle, ale ja po­czu­łem, że ją tracę. Nie mo­głem na to po­zwo­lić, nie te­raz, kiedy wresz­cie od­na­la­złem szczę­ście u jej boku i zda­wa­łem so­bie sprawę, że po­wi­nie­nem zmie­nić to i owo.

- Odejdź z tego baru, bła­gam - szep­nęła, a ból w jej gło­sie spra­wił, że po­czu­łem go nie­mal fi­zycz­nie.

Gdyby to wszystko było ta­kie pro­ste... Nie­stety nie było!

- Ask?m - na­zwa­łem ją piesz­czo­tli­wie tu­rec­kim zwro­tem, ozna­cza­ją­cym "moja mi­ło­ści" - ty nie ro­zu­miesz! Ja nie mogę tak po pro­stu opu­ścić tego miej­sca i tych lu­dzi. To nie jest tak kul­tu­ralne to­wa­rzy­stwo, do ja­kiego przy­wy­kłaś. Da­leko im do kółka wza­jem­nej ad­o­ra­cji stwo­rzo­nego z ele­ganc­kich oraz wy­kształ­co­nych wła­ści­cieli pię­cio­gwiazd­ko­wych ku­ror­tów w Gre­cji. Wiem i wi­dzia­łem zbyt wiele rze­czy; rze­czy, które ni­gdy nie po­winny wy­pły­nąć na świa­tło dzienne.

- Czy ty twier­dzisz, że ci lu­dzie to ma­fia?

Nie są­dzi­łem, że za­pyta wprost. Cho­lera! I co ja mo­głem jej na to od­po­wie­dzieć? Tak? Prze­cież, na­wet je­śli to po­twier­dzę, to z pew­no­ścią nie zro­zu­mie po­wagi sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­la­złem. Po pro­stu prze­stra­szy się i już ni­gdy jej nie zo­ba­czę. Nie? Wtedy będę mi­jał się z prawdą tak bar­dzo, że za­ha­czę o kłam­stwo, a tego ro­bić z całą pew­no­ścią nie chcia­łem.

- Ma­fia to chyba jed­nak zbyt duże słowo - za­czą­łem dy­plo­ma­tycz­nie, pró­bu­jąc oględ­nie ująć to, czym była struk­tura pod­wład­nych Ar­slana. - Ow­szem, zda­rza mu się zło­żyć ko­muś pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia, cza­sami wy­mu­sić ja­kieś dzia­ła­nie si­łowo bądź sku­tecz­nie uci­szyć nie­wy­god­nego dla sie­bie czło­wieka, ale nie ma pod­staw, by po­rów­ny­wać go do bos­sów z hol­ly­wo­odz­kich fil­mów. Nie ma do tego ani pre­dys­po­zy­cji, ani apa­ry­cji.

- To, co opi­su­jesz, brzmi jak ty­powe dzia­ła­nia ma­fii. - Ba­sia upar­cie ob­sta­wała przy uży­wa­niu aku­rat tego okre­śle­nia, do­da­jąc ca­łej sy­tu­acji więk­szego dra­ma­ty­zmu.

- Je­śli na­wet, to tylko na małą skalę.

Wsłu­chu­jąc się w jej spo­wal­nia­jący od­dech, do­sze­dłem do wnio­sku, że chyba udało mi się nieco ją uspo­koić. Po ci­chu na­wet za­czą­łem gra­tu­lo­wać so­bie suk­cesu, gdy prze­rwał mi jej przy­tłu­miony głos.

- Czy w Mar­ma­ris jest ktoś sil­niej­szy od niego, przed kim mu­siałby czuć re­spekt?

Cho­lera! Znowu nie­wy­godne py­ta­nie, a od­po­wiedź na nie z pew­no­ścią nie przy­pad­nie jej do gu­stu. Zresztą jak tak te­raz my­śla­łem o tym wszyst­kim, co wi­dzia­łem i sły­sza­łem, to za­czą­łem do­cho­dzić do wnio­sku, że od­po­wie­dzi na jej py­ta­nia nie po­do­bają się rów­nież mnie. Nie o ta­kim ży­ciu ma­rzy­łem, koń­cząc stu­dia.

- Ra­czej nie... - od­rze­kłem szcze­rze, pro­sząc Boga o to, aby nie drą­żyła da­lej.

- A je­śli po­jadę, dajmy na to sto ki­lo­me­trów da­lej, to czy tam twój szef na­dal bę­dzie szy­chą?

Uff, na to py­ta­nie od­po­wiedź była pro­sta i czu­łem, że z pew­no­ścią przy­pad­nie jej do gu­stu!

- Zde­cy­do­wa­nie nie.

Ci­sza. To za­ska­ku­jące, ile emo­cji kryje się w chwili, gdy ża­den dźwięk nie jest w sta­nie pod­po­wie­dzieć, ja­kie pro­cesy my­ślowe za­cho­dzą w gło­wie two­jego roz­mówcy. A prze­cież może tam dziać się do­słow­nie wszystko, od po­go­dze­nia się z fak­tami, po chęć za­koń­cze­nia kło­po­tli­wej i tylko z po­zoru źle ro­ku­ją­cej re­la­cji.

- Co za­mie­rzasz te­raz zro­bić? - pa­dło py­ta­nie, które na­dal po­zo­sta­wiało zbyt sze­ro­kie spek­trum moż­li­wo­ści in­ter­pre­ta­cyj­nych.

Ba­łem się, czy będę w sta­nie udzie­lić na nie ocze­ki­wa­nej od­po­wie­dzi.

- Nie chce cię stra­cić, to na pewno - wy­zna­łem szcze­rze w na­dziei, że po­trak­tuje moje słowa se­rio. - Po­sta­ram się stam­tąd odejść, ale nie wiem, ile to po­trwa. Może mie­siąc, a może rok...

- A może nie uda ci się tego zro­bić ni­gdy - we­szła mi w słowo, do­syć smut­nym to­nem. - Wiesz, oglą­da­łam Ojca chrzest­nego, Ro­dzinę So­prano i kilka in­nych pro­duk­cji na te­mat ma­fii - do­dała, si­ląc się na do­syć czarny hu­mor.

- Ba­siu...

Na­wet nie wie­dzia­łem, czy mam prawo bła­gać ją o co­kol­wiek, zresztą, o co w ta­kiej sy­tu­acji po­wi­nie­nem pro­sić? Zda­wa­łem so­bie sprawę, że je­ste­śmy na sa­mym po­czątku wspól­nej drogi, a ona miała pełne prawo wy­co­fać się w ob­li­czu tego, co wy­da­rzyło się dziś wie­czo­rem w ba­rze.

- Zrób, co mo­żesz, aby się stam­tąd uwol­nić - po­pro­siła ci­chym, nie­mal nie­sły­szal­nym to­nem. - Ode­zwę się za kilka dni, kiedy prze­my­ślę so­bie to i owo.

- Nie spo­tkamy się dziś w nocy? - spy­ta­łem jak ostatni idiota, wie­dząc, że mi­nęła czwarta nad ra­nem, a ona o ósmej musi być w por­cie.

Jed­nego by­łem pe­wien - czu­łem, że mu­szę ją zo­ba­czyć, cho­ciażby na se­kundę. Przy­tu­lić, po­ca­ło­wać, za­pew­nić, że wszystko bę­dzie do­brze!

- A czy ma to sens? - wes­tchnęła zmę­czo­nym to­nem, ale wy­czu­łem w nim po­je­dyn­czą nutkę na­dziei.

- Za dzie­sięć mi­nut będę pod twoim ho­te­lem - obie­ca­łem, ma­jąc na­dzieję, że uda mi się zła­pać tak­sówkę o tej skan­da­licz­nej po­rze. - Zdaje so­bie sprawę, że je­steś wy­cień­czona, ale chcę po­czuć cię w swo­ich ra­mio­nach, uca­ło­wać twoje usta i po­czuć za­pach two­jej skóry. Nie mam prze­cież po­ję­cia, kiedy na­stęp­nym ra­zem będę mieć szansę zro­bić to po­now­nie. Nie­chaj więc moja tę­sk­nota za tobą karmi się tymi ską­pymi wspo­mnie­niami.

- Będę cze­kać przed re­cep­cją - za­pew­niła, po czym prze­rwała po­łą­cze­nie.

Na­dzieja na nowo wstą­piła w moje serce. Zbie­ga­jąc po scho­dach, obie­ca­łem so­bie, że zro­bię wszystko, by jej nie stra­cić. Ba, przy naj­bliż­szej oka­zji po­sta­ram się, by za­cie­śnić łą­czącą nas więź i po­znać jej ciało. W końcu ta ko­bieta była naj­cu­dow­niej­szą rze­czą, jaką po­da­ro­wał mi los, i mu­sia­łem upew­nić się, że po­zo­sta­nie w moim ży­ciu na za­wsze.

Uj­rza­łem ją z okna tak­sówki, kiedy stała lekko zgar­biona przed ho­te­lem. Wy­glą­dała na zmę­czoną, ale też kru­chą jak por­ce­lana. Rzu­ci­łem kie­rowcy dwie­ście li­rów i szybko wy­sia­dłem z auta, aby nie mu­siała cze­kać na mnie dłu­żej, niż to było nie­zbędne. Wy­pro­sto­wała się na mój wi­dok, a ja szybko za­mkną­łem ją w swo­ich ra­mio­nach. Przy­mkną­łem oczy, roz­ko­szu­jąc się cie­płem jej ciała, jej mięk­ko­ścią oraz ko­bie­co­ścią, która tak bar­dzo na mnie dzia­łała. Naj­chęt­niej po­rwał­bym ją do naj­bliż­szego wol­nego po­koju i spra­wił, aby­śmy oboje za­po­mnieli o wy­da­rze­niach dzi­siej­szej nocy. Wie­dzia­łem jed­nak, że nie tego po mnie ocze­ki­wała, a ja nie chcia­łem jesz­cze bar­dziej za­wieść jej ocze­ki­wań.

Po­czu­łem, że lekko się trzę­sie. Po­cząt­kowo wzią­łem to za ob­jaw zimna, w końcu noce o tej po­rze roku na­dal były bar­dzo chłodne, ale po chwili zro­zu­mia­łem, że ona pła­cze! De­li­kat­nie wy­swo­bo­dzi­łem ją ze swo­ich ob­jęć, by móc po raz pierw­szy od in­cy­dentu w ba­rze spoj­rzeć jej w oczy. Jej piękne błę­kitne tę­czówki za­snute były smut­kiem, któ­rego nie­stety nie po­tra­fi­łem ukoić, a to spra­wiało, że czu­łem jesz­cze więk­szość wście­kłość nie tylko na Meh­meta, ale też na sa­mego sie­bie.

- Prze­pra­szam - szep­ną­łem, nie bar­dzo wie­dząc, co jesz­cze mógł­bym po­wie­dzieć. - To wszystko moja wina, ale uwierz mi, zro­bię wszystko, aby to od­krę­cić.

Nic nie od­po­wie­działa. Po pro­stu chwy­ciła za ma­te­riał mo­jej bluzy i sta­jąc na pal­cach, się­gnęła ust. Onie­mia­łem. Moja słodka, nie­winna Ba­sia wła­śnie nie tylko za­ini­cjo­wała po­ca­łu­nek, ale też po­ka­zała po­przez niego, że na­dal jej na mnie za­leży!

Jej cie­płe wargi de­li­kat­nie mu­skały moje, jakby oba­wia­jąc się od­rzu­ce­nia. Nie­pew­nie ba­dała, ku­siła i za­chę­cała. Nie mo­głem więc po­zwo­lić, aby po­zo­sta­wała dłu­żej w nie­pew­no­ści co do mo­ich uczuć lub pra­gnień. Od­po­wie­dzia­łem dużo bar­dziej na­mięt­nie i nieco bar­dziej na­tar­czy­wie. Nie po­tra­fi­łem się po­wstrzy­mać ani tym bar­dziej cze­kać dłu­żej. Chcia­łem nie tylko brać, ale i da­wać. Mu­sia­łem wy­pa­lić na jej du­szy piętno, aby nie zde­cy­do­wała się po­rzu­cić mnie dla ko­goś in­nego. Za­ata­ko­wa­łem jej usta ję­zy­kiem, zmu­sza­jąc do ule­gło­ści. Wtar­gną­łem do ich wnę­trza, pra­gnąc ode­brać jej od­dech i wy­wo­łać za­wroty głowy.

Jęk­nęła ci­chutko, wtu­la­jąc się we mnie moc­niej. Do­ma­gała się bli­sko­ści gwa­ran­tu­ją­cej jej chwilę wy­tchnie­nia od pro­ble­mów, ale też obiet­nicy szczę­śli­wego za­koń­cze­nia. Boże! Gdyby tylko zda­wała so­bie sprawę, jak bar­dzo na mnie dzia­łała! To nie był ani od­po­wiedni czas, ani miej­sce, ale prze­cież mo­głem dać jej cho­ciaż przed­smak tego, czego mo­gli­śmy ra­zem do­świad­czyć.

Chwy­ci­łem ją dłońmi za po­śladki, zmu­sza­jąc, by ob­jęła mnie no­gami w pa­sie, co po chwili zwłoki uczy­niła. Przy­mkną­łem na mo­ment po­wieki, czu­jąc mięk­kość jej ciała. Ow­szem, ca­ło­wa­li­śmy się już wcze­śniej, ale ni­gdy nie za­tra­ci­li­śmy się w na­szej na­mięt­no­ści tak da­leko. Nieco po omacku prze­sze­dłem kilka me­trów, by do­słow­nie przy­szpi­lić ją do bocz­nej ścianę ho­telu. Obej­mo­wała mnie mocno za szyję, nie prze­ry­wa­jąc po­ca­łun­ków. Ści­skała mocno udami, sam już nie wi­dzia­łem czy po to, aby nie upaść, czy by zin­ten­sy­fi­ko­wać do­zna­nia pły­nące z bli­sko­ści na­szych ciał. To był czy­sty szał, ja­kiego jesz­cze chyba ni­gdy nie do­świad­czy­łem. Tra­ci­łem pa­no­wa­nie nad sobą, pra­gnąc za­głę­bić się w jej wnę­trzu tu i te­raz, bez zbęd­nego cze­ka­nia.

- Co wy tu ro­bi­cie?! - krzyk­nął głos do­cho­dzący z od­dali. - Wy­no­cha stąd! Wstydu nie ma­cie?

Nie­chęt­nie wy­pu­ści­łem Ba­się z ob­jęć i spoj­rza­łem w stronę, skąd pa­dły pełne zło­ści słowa. Star­szy męż­czy­zna w służ­bo­wym uni­for­mie nie wy­glą­dał, jakby po­tra­fił zro­zu­mieć na­gły po­ryw na­mięt­no­ści dwójki za­fa­scy­no­wa­nych sobą osób.

- To po­rządny ho­tel, a nie ja­kaś ru­dera z po­ko­jami na go­dziny - do­dał w tym cza­sie nie­zna­jomy, ro­biąc ko­lejne kilka kro­ków w ich stronę.

- Abi - za­czą­łem tu­rec­kim zwro­tem "bra­cie", uży­wa­nym wzglę­dem star­szych męż­czyzn, jako oznaka sza­cunku - prze­pra­szamy bar­dzo za to chwi­lowe unie­sie­nie. To już się nie po­wtó­rzy - za­pew­ni­łem.

- A pew­nie, że nie! - Ochro­niarz nie dał się tak ła­two udo­bru­chać. - Miesz­ka­cie tu? To do po­koju! Nie miesz­ka­cie? To won! - do­dał ostro, dziel­nie wal­cząc o do­brą opi­nię miej­sca, w któ­rym pra­co­wał.

Wes­tchną­łem lekko, tę­sk­nie zer­ka­jąc na zdez­o­rien­to­waną i za­kło­po­taną Ba­się. Mimo wą­tłego świa­tła la­tarni by­łem w sta­nie do­strzec, jak bar­dzo się za­czer­wie­niła. Do­tkną­łem dło­nią jej ra­mie­nia, aby do­dać jej otu­chy, co tylko spo­tę­go­wało fu­rię męż­czy­zny.

- Nie ro­zu­mie­cie, jak się do was mówi? To wzy­wam po­li­cję i przed nimi się tłu­macz­cie!

- Nie ma po­trzeby - za­pew­ni­łem - po­wiem jej tylko do­bra­noc i zni­kam. Może pan nam dać do­słow­nie mi­nutę na po­że­gna­nie?

Ku memu za­sko­cze­niu ski­nął głową, po czym tak­tow­nie od­da­lił się na kil­ka­na­ście me­trów, bacz­nie ob­ser­wu­jąc nas z dy­stansu.

- Uwierz mi, zro­bię wszystko, by jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z tego baru, tylko pro­szę: po­cze­kaj na mnie!

Chciała rzu­cić mi się w ra­miona, ale po­wstrzy­ma­łem ją. I tylko Bóg mógł za­świad­czyć, ile wy­siłku mnie to kosz­to­wało. Nie­stety, nie mo­głem ry­zy­ko­wać no­wej utarczki z ochro­nia­rzem ani roz­sta­nia bez po­wie­dze­nia "do zo­ba­cze­nia".

Spu­ściła wzrok, ro­zu­mie­jąc, że na inne za­koń­cze­nie wie­czoru nie mamy szansy. Ode­szła o krok, póź­niej drugi, jakby sama nie wie­działa, co po­winna zro­bić lub po­wie­dzieć. Do­piero po chwili unio­sła lekko głowę i spoj­rzała mi pro­sto w oczy.

- Uwa­żaj na sie­bie - szep­nęła le­dwo sły­szal­nym gło­sem - i... miejmy na­dzieję do zo­ba­cze­nia wkrótce!

Nie zdą­ży­łem jej na­wet od­po­wie­dzieć, po­nie­waż nie­mal bie­giem ru­szyła w kie­runku wej­ścia do ho­telu, zo­sta­wia­jąc mnie sa­mego na ulicy. Ja­kaś część mnie po­czuła strach, strach, że już ni­gdy wię­cej jej nie zo­ba­czę.

Anna

Po­ranna kawa w to­wa­rzy­stwie Ales­san­dra od pra­wie dwóch lat sta­no­wiła stały, nie­zmienny punkt pro­gramu w moim upo­rząd­ko­wa­nym i nieco nud­nym sche­ma­cie dnia. Dla­tego za­sia­da­jąc w ulu­bio­nym fo­telu, by­łam pewna, że nikt przy zdro­wych zmy­słach, oczy­wi­ście bez ra­cjo­nal­nego po­wodu, nie ośmie­liłby się za­kłó­cać mi tej wy­cze­ki­wa­nej chwili spo­koju. Kie­ru­jąc dzia­ła­niami ca­łej ro­dziny, mu­sia­łam zna­leźć spo­sób, by zre­ge­ne­ro­wać nie tylko siły, ale rów­nież za­cho­wać ba­lans psy­chiczny.

Po­ja­wie­nie się Sta­vrosa w drzwiach ga­bi­netu mo­gło i z pew­no­ścią zwia­sto­wało kło­poty, ja na­to­miast wstrzy­ma­łam od­dech, za­sta­na­wia­jąc się, jak po­ważne one będą. Wy­raz twa­rzy nowo przy­by­łego utwier­dził mnie w tym czar­no­widz­twie. Na­zna­czone już zmarszcz­kami, ale na­dal przy­stojne ob­li­cze zdra­dzało zde­ner­wo­wa­nie, co było nie­po­do­bne do Greka, który sta­nął przed nami. Mocno za­ci­śnięta szczęka oraz po­ważne spoj­rze­nie wska­zy­wały na to, że i jemu nie po­doba się to, co za­mie­rzał mi ob­wie­ścić.

Od­sta­wi­łam fi­li­żankę z kawą na sto­lik.

- Mamy pro­blem? - spy­ta­łam, chcąc jak naj­szyb­ciej przejść do kon­kre­tów.

Lu­bi­łam, gdy wszystko sta­wało się ja­sne od pierw­szego mo­mentu. Owi­ja­nie w przy­sło­wiową ba­wełnę tylko nie­po­trzeb­nie mnie iry­to­wało, a tego chcia­łam unik­nąć za wszelką cenę.

- Mamy - przy­tak­nął i ku memu za­sko­cze­niu na tym po­prze­stał.

Cze­ka­łam, aż roz­wi­nie nieco to do­syć la­ko­niczne stwier­dze­nie, ale nie­stety się za­wio­dłam. Naj­wy­raź­niej za­ufany współ­pra­cow­nik mo­jego świę­tej pa­mięci dziadka sam nie wie­dział, w jaki spo­sób prze­ka­zać mi złe wie­ści i zwle­kał, li­cząc na ja­kiś bli­żej nie­okre­ślony cud. At­mos­fera pa­nu­jąca w po­miesz­cze­niu po­woli za­częła się za­gęsz­czać, je­dy­nie po­tę­gu­jąc nie­po­kój chwili.

Ales­san­dro, nie­śpiesz­nie wo­dził wzro­kiem mię­dzy mną a moim pod­wład­nym. Zu­peł­nie jak­by­śmy roz­gry­wali ja­kiś nie­wer­balny mecz te­ni­sowy, na ko­niec zaś ner­wowo kaszl­nął, chcąc spro­wo­ko­wać któ­reś z nas do ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji.

- Po­wiesz mi w końcu, o co cho­dzi? Albo cho­ciaż zdra­dzisz, co jest istotą pro­blemu? - spy­ta­łam, nie mo­gąc znieść na­pię­cia wy­peł­nia­ją­cego mój cał­kiem spo­rych roz­mia­rów ga­bi­net.

- Ba­sia - pa­dło w od­po­wie­dzi.

Ow­szem, by­łam przy­zwy­cza­jona do tego, że Sta­vros ni­gdy nie był zbyt­nio wy­lewny, w tym wła­śnie za­wie­rał się jego urok, ale jego milcz­ko­wa­tość za­częła mnie iry­to­wać i to bar­dzo. Gdy­bym była bar­dziej ner­wowa lub grała w ja­kimś se­rialu o ma­fii, to w tym mo­men­cie po­win­nam za­cząć strze­lać.

- Ba­sia? - po­wtó­rzy­łam za nim, po czę­ści nie wie­rząc w to, co sły­szę, po czę­ści za­sta­na­wia­jąc się, co to słod­kie dziew­czę mo­gło zdzia­łać, że wy­wo­łało tak nie­ty­pową re­ak­cję u czło­wieka z re­guły tak bar­dzo opa­no­wa­nego, jak sto­jący przede mną Grek.

- Nie wiem do­kład­nie, co się stało - przy­znał nie­chęt­nie, jakby wsty­dząc się, że nie udało mu się do­trzeć do istoty rze­czy - ale wró­ciła z tej Tur­cji bar­dzo wzbu­rzona. Roz­sta­wiała po ką­tach chło­pa­ków, na­krzy­czała na nową re­cep­cjo­nistkę, po czym stwier­dziła, że za­bi­ja­nie nie­kiedy bywa spo­so­bem na uwol­nie­nie spo­łe­czeń­stwa od nie­bez­piecz­nych jed­no­stek. Nie to jed­nak naj­bar­dziej mnie mar­twi. Oba­wiam się, że może ze­chcieć wcie­lić w ży­cie te nowe, do­syć ra­dy­kalne po­glądy, po­nie­waż sły­sza­łem, cho­ciaż na­dal mam na­dzieję, że coś źle zro­zu­mia­łem, jak pro­siła jed­nego z chło­pa­ków, by w wol­nym cza­sie za­czął ją uczyć, jak po­słu­gi­wać się bro­nią. I nie mó­wię tu o ja­kimś żeń­skim, ma­łym pi­sto­le­ciku, który zmie­ści się do wie­czo­ro­wej to­rebki. Wy­mie­niała Glocka, a także Uzi!

- Uzi? - po­wtó­rzył za nim były wło­ski po­li­cjant, bę­dący ak­tu­al­nie moim ży­cio­wym part­ne­rem. - W co ta dziew­czyna się wpa­ko­wała?

Sły­sząc to py­ta­nie z jego ust, ner­wo­wym ge­stem od­gar­nę­łam z twa­rzy nie­sforny ko­smyk zło­to­brą­zo­wych wło­sów, który cały czas opa­dał mi na prawy po­li­czek, wy­wo­łu­jąc iry­ta­cję. Przy­po­mnia­łam so­bie dzień, a ra­czej wie­czór, kiedy po­zna­łam pła­czącą i cał­ko­wi­cie za­ła­maną Ba­się. To wspo­mnie­nie było tak od­le­głe, że zda­wało się po­cho­dzić z in­nego, mi­nio­nego ży­cia. Uśmiech­nę­łam się na­wet na myśl o tym, jak bar­dzo zmie­niła się moja pod­opieczna, jak lu­bi­łam o niej my­śleć. Z bar­dzo nie­pew­nego sie­bie brzyd­kiego ka­czątka na mo­ich oczach wy­rósł piękny ła­będź, który na­uczył się trud­nych za­sad pro­wa­dze­nia in­te­re­sów w zdo­mi­no­wa­nym przez mę­skich szo­wi­ni­stów świe­cie.

- Co­kol­wiek by to nie było, po­winna wie­dzieć, że za­wsze może na nas li­czyć. W końcu jest czę­ścią ro­dziny, więc je­śli ktoś za­dziera z nią, a ewi­dent­nie z tego typu pro­ble­mem mamy tu do czy­nie­nia, to tak, jakby wy­po­wia­dał wojnę nam. Nie ukry­wam, boli mnie, że nie przy­szła z tym pro­sto do mnie - przy­zna­łam, czu­jąc nie­przy­jemne uczu­cie za­wodu ści­ska­jące oko­lice mo­jego serca.

- Ko­cha­nie, może po pro­stu nie chciała za­wra­cać ci głowy ja­kąś drob­nostką? - po­cie­szył mnie na­tych­miast Ales­san­dro.

- Drob­nostką? - po­wtó­rzy­łam za nim, si­ląc się na resztki spo­koju. - Mó­wimy o Basi, bie­ga­ją­cej Bóg wie, gdzie i za kim z Uzi w ręku! To brzmi jak za­po­wiedź Trze­ciej Wojny Świa­to­wej, a nie coś, co jest tylko moż­li­wym do zi­gno­ro­wa­nia szcze­gó­łem.

Męż­czy­zna sie­dzący w fo­telu na­prze­ciwko mnie wes­tchnął ciężko, po czym zer­k­nął na tak­tow­nie mil­czą­cego w tym cza­sie Sta­vrosa. Pa­no­wie wciąż pa­łali do sie­bie an­ty­pa­tią, cho­ciaż chwi­lowo stra­ciła ona na in­ten­syw­no­ści w ob­li­czu więk­szego pro­blemu. Star­szy męż­czy­zna zda­wał się bo­wiem zga­dzać z wy­po­wie­dzia­nymi przeze mnie sło­wami.

- Znasz ją zde­cy­do­wa­nie le­piej. Je­śli uwa­żasz, że nie jest to stan­dar­dowe dla niej za­cho­wa­nie, to ozna­cza, że czas spo­koju, któ­rym się roz­ko­szo­wa­li­śmy, wła­śnie do­biega końca - mruk­nął szcze­rze zmar­twiony Ales­san­dro. - Pro­szę tylko, że­byś na sie­bie uwa­żała nie­za­leż­nie od tego, co by się nie działo.

Z pew­no­ścią na­dal miał w pa­mięci dni prze­peł­nione stra­chem, gdy po­strze­lona przez mo­jego by­łego męża wal­czy­łam o od­zy­ska­nie przy­tom­no­ści, a póź­niej peł­nej spraw­no­ści. Do­bi­jał go też fakt, że za­miast mnie przed tym wszyst­kim ochro­nić, dał się zma­ni­pu­lo­wać i ni­czym młody szczu­pak po­łknął przy­nętę i zo­stał wy­wa­biony w od­po­wied­nim mo­men­cie z Sy­cy­lii.

Jed­no­cze­śnie zda­wa­łam so­bie sprawę, że cho­ciaż nie ro­zu­miał zbyt­nio wy­bo­rów mo­jej asy­stentki, nie znał jej jako czło­wieka, a co gor­sze wcale nie sta­rał się zmie­nić tego stanu rze­czy, to mimo wszystko na swój spo­sób lu­bił tę młodą ko­bietę. Zresztą w na­szej ma­łej ro­dzi­nie nie było chyba ni­kogo, kto nie da­rzyłby sym­pa­tią tej wiecz­nie uśmiech­nię­tej dziew­czyny.

- Ona ma nad­zwy­czajny ta­lent do pa­ko­wa­nia się w kło­poty - pod­su­mo­wa­łam bar­dziej do sie­bie, niż do niego - a ja ja­kimś cu­dem po­tem mu­szę ją z nich wy­cią­gać.

Roz­sia­dłam się wy­god­niej, mosz­cząc so­bie miej­sce po­mię­dzy mięk­kimi po­dusz­kami, i się­gnę­łam po fi­li­żankę z kawą. Nie chcia­łam mó­wić tego na głos, ale ja­kaś część mnie na­wet się ucie­szyła, że wresz­cie coś się dzieje. Ta sta­gna­cja i sie­dze­nie w fo­telu, ni­czym na tro­nie zbu­do­wa­nego przez dziadka im­pe­rium za­czy­nała mnie już po­woli nu­dzić.

- Co za­tem po­win­ni­śmy zro­bić w jej spra­wie? - spy­tał Sta­vros, wy­po­wia­da­jąc na głos py­ta­nie drę­czące całą na­szą trójkę.

- Dajmy jej dzień lub dwa - zde­cy­do­wa­łam w na­dziei, że prze­czu­cia mnie nie mylą. - Albo sama roz­wiąże ten ta­jem­ni­czy pro­blem, albo przyj­dzie z nim do mnie. Zna­jąc ją, by­łam pewna, że nie bę­dzie długo trwać w za­wie­sze­niu.

- Co­stas nie wie, czy może udzie­lić jej tych wska­zó­wek - wtrą­cił Sta­vros, naj­wi­docz­niej nie do końca za­do­wo­lony z planu, które za­pro­po­no­wa­łam.

- Niech wstrzyma się z tym do końca ty­go­dnia, ale wy­my­śli na tyle do­brą wy­mówkę, by Ba­sia w nią uwie­rzyła i cier­pli­wie cze­kała na pierw­szą lek­cję. Ostat­nie czego nam trzeba to, żeby szu­kała in­nych, bar­dziej ra­dy­kal­nych roz­wią­zań kło­po­tów, w ja­kie praw­do­po­dob­nie umyśl­nie bądź też nie się wpa­ko­wała.

Obaj męż­czyźni przy­tak­nęli, zga­dza­jąc się z moim ostat­nim stwier­dze­niem. Jako że nie po­zo­stało już nic do do­da­nia, Sta­vros ukło­nił się lekko, po czym nie si­ląc się na zbędne ko­men­ta­rze, ru­szył w kie­runku drzwi wyj­ścio­wych.

Ba­sia

Zmę­czona nie tyle cięż­kim dniem i pracą, ile roz­my­śla­niem oraz drę­cze­niem się pe­sy­mi­stycz­nymi wi­zjami zwią­za­nymi z sy­tu­acją Se­data, we­szłam do ho­te­lo­wego baru. Nie czę­sto się­ga­łam po al­ko­hol, ale dziś zde­cy­do­wa­nie mia­łam ochotę na ja­kiś ko­lo­rowy, słodki, ale jed­no­cze­śnie mocny kok­tajl. Mu­sia­łam po­zwo­lić so­bie na chwilę za­po­mnie­nia. Tak, aby roz­luź­nić się i po pro­stu cie­szyć cu­dow­nym ży­ciem, ja­kie po­da­ro­wała mi moja cu­do­wna sze­fowa.

- Co dla pani? - spy­tał przy­stojny Grek sto­jący za ba­rem. - Frappe? Coś cie­płego? A może w końcu skusi się pani na je­den z mo­ich po­pi­so­wych drin­ków?

- Ma być mocne, słod­kie i ku­szące wi­zu­al­nie - na pół po­pro­si­łam, na pół roz­ka­za­łam, roz­sia­da­jąc się na ho­ke­rze.

- I ta­kie wy­zwa­nia to ja lu­bię, po­sta­ram się nie za­wieść pani ocze­ki­wań - ucie­szył się męż­czy­zna, ma­jąc na­dzieję za­punk­to­wać. W końcu pod­czas nie­obec­no­ści Anny to ja naj­czę­ściej kie­ro­wa­łam tym ku­ror­tem. Nor­mal­nie zwró­ci­ła­bym mu uwagę, aby trak­to­wał mnie tak jak każ­dego na­szego go­ścia, ale dziś spe­cjalne trak­to­wa­nie mi nie prze­szka­dzało.

Do­słow­nie trzy mi­nuty póź­niej po­sta­wił przede mną ide­al­nie oszro­nioną szklankę wy­peł­nioną po­ma­rań­czowo-czer­wo­nym pły­nem ota­cza­ją­cym drobno po­kru­szony lód. Ca­łość zaś ude­ko­ro­wał kan­dy­zo­waną wi­sienką oraz ka­wał­kiem po­ma­rań­czy. Na sam wi­dok po­cie­kła mi ślinka.

- Pro­sty, ale smaczny drink Ba­hama Mama, przy­go­to­wany na ba­zie rumu. Na pewno przy­pad­nie pani do gu­stu.

Upi­łam pierw­szy łyk i po­czu­łam się jak w raju. Po­smak tro­pi­kal­nych owo­ców mie­szał się ze słod­kim aro­ma­tem al­ko­holu, przy­wo­dząc na myśl parne noce na pla­żach Ka­ra­ibów. Mruk­nę­łam z za­do­wo­le­niem, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym uśmiech bar­mana.

Po­roz­ma­wia­li­śmy chwilę tak na­prawdę o ni­czym, po czym męż­czy­zna wró­cił do swo­ich obo­wiąz­ków za­wo­do­wych. Koń­czyła się pora ko­la­cji, dla­tego ho­te­lowy bar za­czął po­woli za­peł­niać się ludźmi spra­gnio­nymi wie­czor­nej roz­rywki przy szkla­neczce cze­goś moc­niej­szego. Na liczbę go­ści wpły­nęło za­pewne rów­nież przed­sta­wie­nie ka­ba­re­towe prze­wi­dziane w gra­fiku ani­ma­to­rów ma­jące za­cząć się już nie­ba­wem.

Trzy kok­tajle póź­niej tłum dla od­miany za­czął się prze­rze­dzać, a część świa­teł zo­stała wy­ga­szona. Pół­mrok ota­cza­jący nie­wielką grupę ho­te­lo­wych go­ści two­rzył przy­tulną, nie­mal in­tymną at­mos­ferę sprzy­ja­jącą flir­tom i ro­man­som. Zre­lak­so­wana, lekko pi­jana trwa­jącą chwilą i cho­ciażby tym­cza­so­wym ode­rwa­niem się od rze­czy­wi­sto­ści, roz­ko­szo­wa­łam się spo­koj­nym wie­czo­rem. Jakże był on różny od tego, który miał miej­sce za­le­d­wie trzy dni wcze­śniej w Mar­ma­ris. Na samo wspo­mnie­nie po­czu­łam, jak ogar­niają mnie złe emo­cje, a nie chcia­łam, by ze­psuły mi one ten siel­ski wie­czór.

- Można się przy­siąść?

Py­ta­nie to cał­ko­wi­cie mnie za­sko­czyło, wy­ry­wa­jąc ze złud­nej bańki szczę­ścia, w któ­rej zna­la­złam się za sprawą trwa­ją­cej chwili i al­ko­holu. Unio­słam wzrok utkwiony do tej pory w ni­co­ści, zlo­ka­li­zo­wa­nej gdzieś nieco po­nad jed­nym z przy­ga­szo­nych ży­ran­doli i zer­k­nę­łam na trzech mło­dych oraz zde­cy­do­wa­nie przy­stoj­nych męż­czyzn. Każdy z nich z po­wo­dze­niem mógłby wy­stą­pić w roz­bie­ra­nych re­kla­mach bie­li­zny Ca­lvina Kle­ina. Wszy­scy pra­co­wali dla mnie, a ra­czej dla Anny, w jej au­tor­skim pro­jek­cie "pa­nów do to­wa­rzy­stwa".

- Już po pracy? - spy­ta­łam, pa­trząc na naj­star­szego z nich.

Ta­cjusz do­bie­gał trzy­dziestki, jed­nak nie­ustan­nie cie­szył się po­pu­lar­no­ścią wśród na­szych klien­tek. Praw­do­po­dob­nie de­cy­do­wało o tym nie tylko jego pięk­nie wy­rzeź­bione ciało, czy cza­ru­jący uśmiech, ale rów­nież uj­mu­jąca oso­bo­wość oraz fakt, że męż­czy­zna był do­brze wy­kształ­cony oraz nie­zwy­kle elo­kwentny. Cza­sami, roz­ma­wia­jąc z nim, sama dzi­wi­łam się, dla­czego wy­ko­nuje aku­rat taką pracę, skoro mógłby ro­bić ka­rierę w ja­kimś korpo lub bu­do­wać wła­sną markę. Cóż, to był jego wy­bór, a ja nie za­mie­rza­łam go z tego po­wodu oce­niać.

- Se­zon do­piero się roz­kręca. Na ra­zie wię­cej czasu po­świę­camy na udo­sko­na­la­nie na­szych spo­so­bów uwo­dze­nia czy spra­wia­nia przy­jem­no­ści niż na moż­li­wo­ściach wcie­la­nia tej uży­tecz­nej w na­szym przy­padku wie­dzy w ży­cie.

To prawda. Po­czą­tek kwiet­nia w tym roku był nie­zwy­kle spo­kojny, zu­peł­nie jakby tu­ry­ści nie wy­bu­dzili się z zi­mo­wego snu gdzieś w przy­tul­nej wio­sce nar­ciar­skiej w Al­pach. Da­wało to moż­li­wość przy­go­to­wa­nia się do se­zonu, ale też wzbu­dzało fru­stra­cję zwią­zaną z przy­mu­sową bez­czyn­no­ścią.

- Jesz­cze kilka ty­go­dni i nie bę­dzie­cie wie­dzieli, gdzie ręce wło­żyć - za­pew­ni­łam, chcąc nieco pod­nieść chwie­jące się mo­rale chło­pa­ków.

- Ra­czej, gdzie umo­czyć... - za­su­ge­ro­wał na­tych­miast Ja­nis.

Męż­czyźni wy­buch­nęli śmie­chem, tym sa­mym udo­wad­nia­jąc, że nie ma mię­dzy nimi za­zdro­ści czy ry­wa­li­za­cji czę­sto obec­nej wśród przed­sta­wi­cieli nie tylko tego za­wodu. To było wła­śnie wy­jąt­kowe w biz­ne­sie Anny. Do­słow­nie każdy jego aspekt był prze­my­ślany, aby raz wpra­wiona w ruch ma­szyna ni­gdy się nie za­ci­nała. Mnie też ten fakt czy­nił dumną, po­nie­waż od dwóch lat to wła­śnie ja prak­tycz­nie sama go pro­wa­dzi­łam.

- A może... - za­czął, ale po chwili urwał lekko zmie­szany Ta­cjusz.

- ...prze­te­stu­jemy nowe sztuczki na pani Basi? - Ja­nis na­tych­miast od­czy­tał jego my­śli i do­po­wie­dział to, czego jego ko­lega z ja­kie­goś po­wodu oba­wiał się wy­ra­zić na głos.

- Do­sko­nały po­mysł - pod­chwy­cił na­tych­miast Agis, trzeci z mło­dzień­ców znaj­du­ją­cych się na fir­mo­wej li­ście płac.

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, pod­ry­wa­jąc się z ba­ro­wego krze­sła, ale wy­pity al­ko­hol dał o so­bie znać i nogi od­mó­wiły mi po­słu­szeń­stwa, nie po­zwa­la­jąc ru­szyć się z miej­sca. Sie­dzia­łam więc ni­czym za­hip­no­ty­zo­wana, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co tu się tak na­prawdę dzieje.

- Prze­cież nie zro­bimy nic ob­sce­nicz­nego, w końcu je­ste­śmy w miej­scu pu­blicz­nym - przy­po­mniał na­tych­miast Ta­cjusz, w ten spo­sób nieco mnie uspa­ka­ja­jąc.

- Po pro­stu na­zwijmy to kon­trolą ja­ko­ści świad­czo­nych przez nas usług - ode­zwał się Agis, uj­mu­jąc moją łydkę tylko po to, by po­ło­żyć ją na swoim umię­śnio­nym udzie.

Zwinne palce za­ini­cjo­wały de­li­katny ma­saż, który przy­niósł ulgę zmę­czo­nemu ciału. Jego do­tyk był nie­zwy­kle przy­jemny, po­wie­dzia­ła­bym, że nie­mal re­lak­su­jący. Opuszki pal­ców na zmianę mu­skały moją skórę i mię­śnie, tylko po to, by za mo­ment znacz­nie zwięk­szyć na­cisk.

Roz­kosz prze­mie­szana z lek­kim bó­lem spra­wiła, że po­czu­łam spo­kój gra­ni­czący z sen­no­ścią. Mia­łam ochotę od­pły­nąć w nie­byt. Jed­no­cze­śnie w spo­so­bie, w jaki mnie mu­skał, było coś, co spra­wiało, że z ru­ty­no­wej hi­ber­na­cji obu­dziły się wszyst­kie moje zmy­sły, wpro­wa­dza­jąc ciało w stan wyż­szej go­to­wo­ści.

One po pro­stu się wy­ostrzyły. In­ten­syw­niej czu­łam ucisk z nutą do­mi­na­cji, ale nie tylko to wpły­wało na moją wy­ob­raź­nię. Nieco agre­sywny, a na pewno mę­ski za­pach jego per­fum prze­mie­szany z aro­ma­tem roz­grza­nej po­łu­dnio­wym słoń­cem skóry oraz na­tu­ral­nych fe­ro­mo­nów odu­rzał mnie ni­czym naj­przed­niej­sze opium.

Wsłu­cha­łam się w lekko przy­śpie­szony od­dech męż­czy­zny, z nie­do­wie­rza­niem od­naj­du­jąc w nim pod­nie­ce­nie, któ­rego nie mógł, a może nie chciał ukryć. To wszystko po­dzia­łało na mnie ni­czym mie­szanka wy­bu­chowa. Za­pra­gnę­łam wię­cej, dużo wię­cej. Chcia­łam zo­ba­czyć, co poza ma­sa­żem Ta­cjusz mógłby mi za­ofe­ro­wać jako ko­bie­cie.

Wy­pity rum pod­po­wia­dał mi, że prze­cież nie ro­bię nic złego. Nie upra­wiam seksu, prze­pro­wa­dzam tylko kon­trolę ja­ko­ści usług ofe­ro­wa­nych przez mo­ich pra­cow­ni­ków. Do­kład­nie tak, jak po­wie­dział je­den z nich.

Po chwili zu­peł­nie się tego nie spo­dzie­wa­jąc, po­czu­łam mę­skie dło­nie na ra­mio­nach. Za­sko­czona od­chy­li­łam nieco głowę, na­tych­miast do­strze­ga­jąc po­chy­lo­nego nade mną Ja­nisa. Uśmiech­nął się do mnie czule, po czym wi­bru­ją­cym to­nem stwier­dził:

- Je­steś bar­dzo ze­stre­so­wana, po­trze­bu­jesz chwili re­laksu.

Tak, zde­cy­do­wa­nie miał ra­cję. Stres ostat­nich dni cią­żył mi strasz­nie, psu­jąc sa­mo­po­czu­cie, ale też wy­wo­łu­jąc nie­usta­jącą falę czar­no­widz­twa. Ku­mu­lo­wał się w mo­jej du­szy ni­czym wy­pię­trzone fale tsu­nami go­towe zmieść wszystko z po­wierzchni ziemi. Zde­cy­do­wa­nie na­le­żała mi się chwila wy­ci­sze­nia, dla­tego też pod­da­łam się na­ci­skowi sil­nych, ale jed­no­cze­śnie de­li­kat­nych rąk.

Za­nim zdą­ży­łam przy­zwy­czaić się do tego no­wego do­tyku, ktoś ujął moją dłoń, po czym za­czął le­ciutko ją ugnia­tać, wy­wo­łu­jąc we mnie ko­lejną falę nie­zwy­kłych wra­żeń. Lek­kie dresz­cze prze­ni­kały moje ciało, spra­wia­jąc, że mia­łam ochotę jęk­nąć, może nie z roz­ko­szy, ale z całą pew­no­ścią z przy­jem­no­ści.

Nie czu­łam się tak lekko i do­brze od... Do cho­lery, jesz­cze ni­gdy się tak nie czu­łam! Przy­mknę­łam oczy, po­zwa­la­jąc zmy­słom na­pa­wać się tym no­wym do­zna­niem. Było w tym wszyst­kim coś nie­przy­zwo­itego. Trzech męż­czyzn do­ty­kało mnie w miej­scu pu­blicz­nym, a ja nie mia­łam naj­mniej­szej ochoty za­pro­te­sto­wać, czy ich po­wstrzy­my­wać. Jed­no­cze­śnie szu­miący mi w gło­wie al­ko­hol pod­po­wia­dał, że bez trudu mo­gła­bym prze­nieść tę im­prezę w za­ci­sze mo­jego ho­te­lo­wego apar­ta­mentu. Ja­kiś pier­wotny in­stynkt pra­gnął tego, nie­mal wył z chęci speł­nie­nia. Zdrowy roz­są­dek jed­nak na­tych­miast przy­po­mniał mi o Se­da­cie. Cho­ciaż nasz zwią­zek nie wszedł jesz­cze na po­ziom fi­zycz­no­ści, zda­wa­łam so­bie sprawę, że ule­ga­nie dzi­siej­szej chwili by­łoby zdradą. Czymś, czego nie chcia­łam się do­pu­ścić. Na wspo­mnie­nie tego nie­zwy­kłego męż­czy­zny i na­szego peł­nego pa­sji po­ca­łunku przed ho­te­lem, otrzeź­wia­łam nieco, ale do­tyk dłoni, de­li­kat­nie gła­dzą­cych moje ra­miona, ręce i łydki, szybko za­brał mnie na po­wrót do kra­iny bez­wol­no­ści.

Gdzieś w tle za­dzwo­nił te­le­fon, ale w pierw­szej chwili nie zwró­ci­łam na to na­wet uwagi. Do­piero gdy ktoś, na­wet nie bar­dzo wiem kto, we­pchnął mi ko­mórkę do dłoni, od­ru­chowo ode­bra­łam po­łą­cze­nie, nie spraw­dza­jąc na­wet, z kim za chwilę będę miała oka­zję roz­ma­wiać. Na­dal po­zo­sta­wa­łam w tran­sie wy­wo­ła­nym przez ma­saż na sześć dłoni.

Ock­nę­łam się jed­nak w ułamku se­kundy, gdy na ekra­nie uj­rza­łam za­sko­czoną twarz Se­data. Uświa­do­mi­łam so­bie, tro­chę po­nie­wcza­sie, że po­łą­czył się ze mną za po­mocą What­sAppa i praw­do­po­dob­nie zo­ba­czył, że nie spę­dzam tego wie­czoru sa­mot­nie. Nie­stety już jego pierw­sze słowa po­twier­dziły moje obawy.

- Prze­szka­dzam w czymś?

Cho­ciaż z re­guły nie uży­wa­łam słów po­wszech­nie uzna­wa­nych za nie­cen­zu­ralne, to wła­śnie w tym mo­men­cie po­czu­łam po­trzebę za­klę­cia pod no­sem tra­dy­cyj­nym pol­skim "kurwa". Jed­no­cze­śnie na­tych­miast po­de­rwa­łam się z ho­kera i szyb­kim kro­kiem, a może wła­ści­wie trzeba by­łoby to okre­ślić mia­nem biegu, od­da­li­łam się od mo­ich pod­wład­nych.

- Oczy­wi­ście, że nie - za­prze­czy­łam szybko w na­dziei, że ro­bię to prze­ko­ny­wa­jąco. - Ni­gdy nie prze­szka­dzasz!

Od­po­wie­działa mi chwi­lowa ci­sza. Jego ciemne oczy z nie­po­ko­jem wpa­try­wały się w ekran te­le­fonu, a tym sa­mym ka­mery, w któ­rej oku i ja mo­głam go zo­ba­czyć.

- Wiesz, gdy ode­bra­łaś, by­łaś oto­czona przez trzech na­prawdę przy­stoj­nych fa­ce­tów... - po­wie­dział w końcu i wi­dać było, że nie jest mu ła­two o tym mó­wić.

Cóż, pew­nie, gdy­bym przy­ła­pała go w po­dob­nej sy­tu­acji, też nie by­ła­bym za­chwy­cona.

Myśl, myśl, myśl - na­ka­za­łam so­bie bez­gło­śnie, pró­bu­jąc po­ko­nać chwi­lowe za­ćmie­nie umy­słu. W końcu do­szłam do wnio­sku, że za­wsze naj­lep­szym kłam­stwem jest to naj­bliż­sze praw­dzie!

- To moi pod­władni. Mie­li­śmy małe ze­bra­nie per­so­nelu, na któ­rym usta­la­li­śmy stra­te­gię dzia­ła­nia przed nad­cho­dzą­cym se­zo­nem. - Te słowa nie­mal same po­pły­nęły z mo­ich ust i wy­dały mi się cał­kiem ra­cjo­nal­nym wy­tłu­ma­cze­niem nie­zręcz­nej sy­tu­acji, któ­rej nie­chcący był świad­kiem.

- O tej po­rze? W ba­rze? I dla­czego oni wszy­scy wy­glą­dają, jakby mieli za­raz po­zo­wać do ja­kiejś re­klamy mę­skiej bie­li­zny lub środka na po­ten­cję? - spy­tał na po­cze­ka­niu, wy­ty­ka­jąc mi słabe punkty mo­jej wy­po­wie­dzi.

Wy­pity rum na sku­tek stresu za­czął ze mnie wy­pa­ro­wy­wać w tem­pie iście eks­pre­so­wym, dzięki czemu za­czę­łam od­zy­ski­wać moż­li­wość lo­gicz­nego my­śle­nia.

- Mu­sia­łam za­cze­kać, aż wszy­scy skoń­czą pracę, a pu­sty o tej po­rze bar wy­daje się cał­kiem nie­złym miej­scem. Prze­cież wiesz, że pra­cuję w branży ho­te­lar­skiej. A wy­gląd? Lu­dzie wolą, aby ob­sługa była miła dla oka. Przy­jem­niej pije się drinka po­da­nego przez przy­stoj­nego bar­mana.

Pójdę do pie­kła, pójdę do pie­kła - krzy­czało w tym cza­sie moje su­mie­nie, ja­sno da­jąc mi od­czuć, że co­raz bar­dziej brnę w kłam­stwa. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że po­peł­niam ol­brzymi błąd. Nie mo­głam jed­nak po­wie­dzieć mu prawdy ani na te­mat dzi­siej­szego wie­czoru, ani tym bar­dziej na te­mat cha­rak­teru mo­jej pracy. Jesz­cze nie te­raz. Zwłasz­cza że śro­do­wi­sko, z któ­rym by­łam zwią­zana, sta­no­wiło praw­do­po­dob­nie o niebo więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo, niż lu­dzie, wśród któ­rych ob­ra­cał się on sam.

I wła­śnie wtedy do­zna­łam olśnie­nia. Zro­zu­mia­łam, co mu­szę zro­bić i z kim po­roz­ma­wiać. Nie­stety mu­sia­łam z tym po­cze­kać do rana. Na ra­zie mo­głam tylko wy­rzu­cać so­bie, czemu do tej pory nie po­my­śla­łam o tym roz­wią­za­niu, które te­raz wy­da­wało się naj­wła­ściw­sze.

Nie prze­ry­wa­jąc po­łą­cze­nia wi­deo, ru­szy­łam w kie­runku swo­jego apar­ta­mentu, co uspo­ko­iło Se­data. Mu­sia­łam utwier­dzić go w prze­ko­na­niu, że tu w Gre­cji nie mam ni­kogo i na­dal chcę wal­czyć o na­szą szczę­śliwą i wspólną przy­szłość.

#

Ko­lejny dzień za­czął się jak każdy inny. Anna po­ja­wiła się w ga­bi­ne­cie punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej, pro­sząc o kawę oraz do­star­czoną wcze­śniej pocztę. Po­tem wy­dała kilka naj­pil­niej­szych dys­po­zy­cji oraz za­py­tała o naj­waż­niej­sze uwzględ­nione dziś w gra­fiku spo­tka­nia, po czym zo­sta­wiła mnie samą. Ja zaś wal­czy­łam z lek­kim ka­cem oraz być może prze­sa­dzo­nym po­czu­ciem winy zwią­za­nym z moim wczo­raj­szym za­cho­wa­niem. To jed­nak jesz­cze bar­dziej mo­ty­wo­wało mnie do tego, aby pod­jąć pewne dzia­ła­nia. Mu­sia­łam tylko tra­fić na od­po­wiedni mo­ment.

Na­prawdę chcia­łam sku­pić się na pracy, ale moje my­śli zaj­mo­wało tylko jedno, je­dyne py­ta­nie, na które od­po­wie­dzieć mo­gła mi tylko moja sze­fowa. Nie­zgrab­nie, z lek­kim ocią­ga­niem wsta­łam z fo­tela i zde­ter­mi­no­wana chę­cią po­zna­nia prawdy, ru­szy­łam na spo­tka­nie z panną Ar­chial­lis.

We­szłam do ga­bi­netu, nie­pew­nie przy­sta­jąc na progu, po czym za­mknę­łam za sobą ci­chutko drzwi i mru­żąc lekko oczy ze stra­chu, za­py­ta­łam do­no­śnym to­nem:

- Czy MY je­ste­śmy ma­fią?

Wiem, za­da­łam to py­ta­nie dość bez­ce­re­mo­nial­nie, spo­glą­da­jąc na Annę z na­dzieją. Mia­łam świa­do­mość, że je­śli nie uczy­nię tego te­raz, to póź­niej po pro­stu za­brak­nie mi od­wagi.

Annę za­mu­ro­wało. By­łam tego pewna. Z pew­no­ścią nie spo­dzie­wała się, że jej asy­stentka, a może po czę­ści rów­nież przy­brana młod­sza sio­stra, bo tak wie­lo­krot­nie mnie trak­to­wała, zada jej kie­dy­kol­wiek tego ro­dzaju py­ta­nie.

Oczy­wi­ście, wszy­scy zna­li­śmy na nie od­po­wiedź i z całą pew­no­ścią była ona twier­dząca, ale praw­do­po­dob­nie nikt ni­gdy nie spy­tał o to tak otwar­cie, cze­ka­jąc przy tym na ofi­cjalne po­twier­dze­nie.

- Moja droga - za­częła spo­koj­nym to­nem - zdaję so­bie sprawę, że kiedy się po­zna­ły­śmy, pro­si­łam cię, abyś z każdą rze­czą, która cię za­nie­po­koi, przy­cho­dziła do mnie...

- Py­tam cał­kiem se­rio! - prze­rwa­łam jej ner­wo­wym to­nem, pró­bu­jąc ukryć na­ra­sta­jącą we mnie pa­nikę. - Wiem, że je­ste­śmy, to zna­czy, tylko ja­kiś bez­mó­zgi idiota nie zo­rien­to­wałby się po wy­da­rze­niach na Sy­cy­lii, ale... Może ja za­dam moje py­ta­nie ina­czej, abyś le­piej po­jęła, o co mi cho­dzi. Czy MY je­ste­śmy po­tężną ma­fią? Taką, która jest w sta­nie po­ra­dzić so­bie z ja­kimś do­mo­ro­słym oj­cem chrzest­nym ter­ro­ry­zu­ją­cym je­den, pod­kre­ślam tylko je­den ku­rort tu­ry­styczny na Wy­brzeżu Egej­skim oraz swoją wła­sną wio­chę, gdzieś hen na wscho­dzie Tur­cji.

Moje, do­piero co do­pre­cy­zo­wane py­ta­nie z całą pew­no­ścią wpra­wiło sie­dzącą na fo­telu ko­bietę w szok. Emo­cje ma­lu­jące się na jej twa­rzy zmie­niały się nie­mal jak w ka­lej­do­sko­pie. Wśród nich prym wio­dło zmar­twie­nie oraz zde­ner­wo­wa­nie.

- Kie­dyś prze­czy­ta­łam w jed­nym pol­skim ro­man­sie ma­fij­nym jak po­tężny szef ma­fii, o ile do­brze pa­mię­tam ro­syj­skiej, ma­wiał o so­bie: "ma­fia to ja" - za­częła dy­plo­ma­tycz­nie Anna, po­zwa­la­jąc so­bie na nie­winny żart. - Nie lu­bię sto­so­wać ta­kiej ste­reo­ty­po­wej ter­mi­no­lo­gii, ale tak "ma­fia to ja" i zde­cy­do­wa­nie ja­kiś drobny gracz nie jest w sta­nie mi pod­sko­czyć. Prze­ko­nał się o tym cho­ciażby Don Ser­gio z Sy­cy­lii... a on z całą pew­no­ścią nie był płotką. Po pro­stu po­wiedz mi, kto ci prze­szka­dza i z ja­kiego po­wodu, a ja zo­ba­czę, czy mo­żemy coś z tym fan­tem zro­bić.

Ulga, jaka na­tych­miast mnie ogar­nęła, była nie do opi­sa­nia. Oto wła­śnie na końcu tu­nelu po­ja­wiało się nie tyle małe świa­tełko na­dziei, ile całe mo­rze świa­tło­ści, które prze­pę­dziło z moje du­szy mrok i wszel­kie obawy.

- No więc jest pe­wien męż­czy­zna... - wy­szep­ta­łam ogar­nięta na­gle nie­śmia­ło­ścią.

Nie było w tym nic dziw­nego, w końcu po­zna­łam Annę wła­śnie przez moje nie­wy­da­rzone przy­gody ser­cowe, i ba­łam się nieco, że te­raz, gdy wpa­ko­wa­łam się w nowe kło­poty, po­ża­łuje, że wtedy tak bar­dzo mi po­mo­gła.

Sze­fowa za­śmiała się nie­znacz­nie, spo­glą­da­jąc na mnie z miną matki cze­ka­ją­cej na wy­ja­śnie­nia nie­sfor­nego dziecka.

- Który jak do­my­ślam się mieszka w Mar­ma­ris i z tego wła­śnie po­wodu sta­łaś się ostat­nimi czasy stałą klientką firmy pro­mo­wej kur­su­ją­cej mię­dzy Gre­cją a Tur­cją. Do­sta­łaś kartę ra­ba­tową? - do­dała, na­da­jąc ca­łej roz­mo­wie lek­kiego tonu, któ­rego ta dys­ku­sja tak bar­dzo wy­ma­gała. - Ale do rze­czy, kim jest ów do­mo­ro­sły oj­ciec chrzestny, jak sama go okre­śli­łaś? I co twoim zda­niem po­win­nam z nim zro­bić?

Na mo­ment za­parło mi dech w piersi. Wie­dzia­łam, że panna Ar­chial­lis nie lubi tra­cić czasu na bzdety, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że tak szybko i rze­czowo przej­dzie do me­ri­tum sprawy.

- Se­dat, mój, na­zwijmy go, przy­ja­ciel...

Tu Anna za­chi­cho­tała na samo brzmie­nie tego słowa, prze­ry­wa­jąc mi na chwilę. Za­mil­kłam, cze­ka­jąc na jej wy­po­wiedź, ale ta nie na­stą­piła. Ko­bieta za to ski­nęła mi głową, ma­sku­jąc przy tym uśmiech i da­jąc znak, abym kon­ty­nu­owała swoją opo­wieść.

- Pra­cuje dla nie­ja­kiego Ar­slana Öz­do­?ana, wła­ści­ciela kilku ba­rów, który bez skru­pu­łów po­trafi po­zbyć się nie­wy­god­nego kon­ku­renta, czy ścią­gnąć ha­racz od nie­wiel­kich firm funk­cjo­nu­ją­cych w mie­ście. Tych nie­po­słusz­nych bez mru­gnię­cia okiem eli­mi­nuje. Se­dat chciałby stam­tąd odejść, ale boi się, bo jego szef nie ze­chce mu na to po­zwo­lić.

- Jak da­leko ten gość jest w sta­nie się po­su­nąć? Za­bija, je­śli trzeba? - we­szła mi w słowo sze­fowa, praw­do­po­dob­nie chcąc le­piej zwi­zu­ali­zo­wać so­bie za­kres dzia­łal­no­ści owego czło­wieka.

- Se­dat nie chciał mi tego po­wie­dzieć wprost. Wspo­mi­nał coś o broni, bój­kach i o tym, że wi­dział zbyt dużo. Pew­nie nie chciał mnie stra­szyć. Oczy­wi­ście, nie zdaje so­bie sprawy, że coś ta­kiego nie wy­wo­ła­łoby we mnie szcze­gól­nie wiel­kiego szoku.

- Mam na­dzieję, że nie ma po­ję­cia o NAS - wtrą­ciła się Anna, a w jej gło­sie wy­czu­łam nutę nie­po­koju.

Przez jedną krótką chwilę po­czu­łam smu­tek i żal. Jak mo­gła wąt­pić w moją lo­jal­ność? Jed­no­cze­śnie jed­nak ro­zu­mia­łam, dla­czego mu­siała za­dać to py­ta­nie.

- Oczy­wi­ście, że nie. Je­stem po pro­stu asy­stentką wła­ści­cielki ho­telu na Ro­dos. I wierz mi, ni­gdy nie do­py­ty­wał o szcze­góły do­ty­czące mo­jej pracy. Z tego, co wy­wnio­sko­wa­łam z jego słów, my­śli, że cały dzień ślę­czę nad ter­mi­na­rzem i po­ma­gam ci nieco w za­rzą­dza­niu ca­ło­ścią. Z całą pew­no­ścią nie trak­tuje mo­jej pracy po­waż­nie. Wręcz prze­ciw­nie, z tego, co nie­śmiało za­czął pla­no­wać, chce, abym pew­nego dnia prze­pro­wa­dziła się do niego, do Tur­cji.

Te­raz to Anna wy­glą­dała na smutną i za­wie­dzioną. Te uczu­cia po­ja­wiły się w jej oczach za­le­d­wie na je­den, krótki uła­mek se­kundy, ale do­strze­głam je, za­nim ko­bieta zdą­żyła je za­ma­sko­wać na­rzu­coną so­bie obo­jęt­no­ścią.

- Twoja przy­szłość jest w two­ich rę­kach, nie mogę wy­wie­rać na cie­bie żad­nego na­ci­sku, ale na­wet je­śli się po­że­gnamy, to nie spu­ścimy z cie­bie oka. Za dużo wiesz moja droga.

- Ale ja nie chcę od­cho­dzić - za­pro­te­sto­wa­łam na­tych­miast. - Je­ste­ście moją ro­dziną! Je­dyną, na którą mogę tak na­prawdę li­czyć!

Te słowa pły­nęły pro­sto z mo­jego serca. Do­kład­nie tak czu­łam. I cho­ciaż mia­łam ro­dzi­ców w Pol­sce, to w naj­trud­niej­szym mo­men­cie ży­cia od­wró­cili się ode mnie. Gdy pa­dłam ofiarą ła­sego na pie­nią­dze Mo­ham­mada i zo­sta­łam z przy­sło­wio­wym ni­czym, to Anna, a za jej sprawą rów­nież Aseel oraz inni współ­pra­cow­nicy po­śpie­szyli mi z po­mocą. A prze­cież by­łam dla nich to­tal­nie obcą osobą.

- Co więc za­mie­rzasz zro­bić? - spy­tała bar­dzo przy­tom­nie moja sze­fowa, nie ule­ga­jąc ani sile wspo­mnień, ani emo­cji, które od kilku dni cał­ko­wi­cie prze­jęły nade mną kon­trolę.

- Nie wiem - przy­zna­łam szcze­rze. - Po­szu­kać mu cze­goś na Ro­dos? - do­da­łam nie cał­kiem prze­ko­nana do tego po­my­słu, zda­jąc so­bie sprawę, że Se­dat nie pla­nuje opu­ścić oj­czy­zny.

- My­ślisz, że bez mru­gnię­cia okiem za­mieni pracę w jed­nej ma­fii na sta­no­wi­sko w sze­re­gach in­nej, sil­niej­szej ro­dziny?

- Z tego Ar­slana to jest taka ma­fia jak z ko­ziej dupy trąbka - mruk­nę­łam ci­cho.

Anna po­pa­trzyła na mnie za­sko­czona, po czym po pro­stu wy­buch­nęła śmie­chem, szcze­rym i nie­po­ha­mo­wa­nym. Cóż, chyba jed­nak nie po­wie­dzia­łam tego na tyle nie­wy­raź­nie, jak my­śla­łam i nie­chcący ją roz­śmie­szy­łam. I to do tego stop­nia, że po chwili w ką­ci­kach jej oczu po­ja­wiły się łzy...

- Do­brze... - szep­nęła, pró­bu­jąc nadać swo­jemu gło­sowi po­ważny ton - spraw­dzimy, czy ten do­mo­ro­sły ma­fioso, jak go na­zy­wasz, od­ro­bił lek­cję z sym­bo­liki i nie­wer­bal­nych prze­ka­zów sto­so­wa­nych przez Cosa No­strę czy Ka­morrę.

Do­słow­nie po­czu­łam, jak krew od­pływa mi z twa­rzy, a w gar­dle sku­mu­lo­wał się du­szący strach.

- Ale... nie chcę, aby coś się stało Se­da­towi - jęk­nę­łam, prze­ra­żona wi­zją ostrze­la­nia baru z ka­ra­binu ma­szy­no­wego czy wy­la­tu­ją­cego w po­wie­trze bu­dynku.

Anna czule po­gła­dziła mnie po po­liczku, przez co na mo­ment w mo­ich oczach stała się ko­cha­jącą sio­strą, dba­jącą o mnie jak o swoje wła­sne ro­dzeń­stwo.

- Ni­komu nic się nie sta­nie - za­pew­niła mnie opa­no­wa­nym to­nem - przy­naj­mniej na ra­zie. Je­śli ten fa­cet ma cho­ciaż jedną spraw­nie dzia­ła­jącą ko­mórkę mó­zgową, to na tym po­je­dyn­czym ostrze­że­niu po­winno się skoń­czyć... Je­śli nie, no cóż, miejmy na­dzieję, że nie czeka nas po­wtórka z Sy­cy­lii. A te­raz pro­szę, po­wiedz mi wszystko. Punkt po punk­cie, ze szcze­gó­łami i nie po­mi­jaj żad­nego, na­wet po­zor­nie nic nie­zna­czą­cego de­talu. Chcę wie­dzieć, co się wy­da­rzyło, a także to, dla­czego ja­kiś lo­kalny ma­fioso stoi na dro­dze do two­jego szczę­ścia.

Po raz ko­lejny ode­tchnę­łam z ulgą. Wy­glą­dało na to, że nie będę mu­siała sama sta­wać prze­ciwko ca­łemu światu, Anna, jak za­wsze zresztą, czu­wała nad moim bez­pie­czeń­stwem. Usia­dłam więc w fo­telu i za­czę­łam swoją opo­wieść.

Se­dat

Zmie­rza­jąc w stronę baru, usły­sza­łem cha­rak­te­ry­styczny, ochryp­nięty głos Ar­slana, wła­ści­ciela tego ca­łego graj­dołu. Wy­krzy­ki­wał naj­bar­dziej ob­raź­liwe prze­kleń­stwa, ja­kie ofe­ruje ję­zyk tu­recki.

Przy­mkną­łem na mo­ment po­wieki, bio­rąc głęb­szy od­dech. Co­kol­wiek się stało, to praw­do­po­dob­nie ja obe­rwę za to już za mo­ment. Po­woli za­czą­łem, oczy­wi­ście za sprawą Basi, do­strze­gać, że nie trak­to­wano mnie jak cen­nego pra­cow­nika, a ra­czej ko­goś na kształt nie­wol­nika.

Gdyby nie Mu­rat, któ­rym chcia­łem i mu­sia­łem się opie­ko­wać, a także ogromny dług, cią­żący mi co­raz bar­dziej, już dawno by mnie tu­taj nie było. Co bym zro­bił? Gdzie bym się udał? Nie wiem. Ale jedno było pewne - Ba­sia by­łaby tam ze mną. Uśmiech­ną­łem się na samo wspo­mnie­nie jej pięk­nych nie­bie­skich tę­czó­wek i ro­ze­śmia­nej twa­rzy. Za­ma­rzy­łem o jej słod­kich ustach i ciele, któ­rego kształ­tów chciał­bym się na­uczyć na pa­mięć. Gdyby tylko mo­gła znowu przy­pły­nąć do Mar­ma­ris... Tę­sk­ni­łem za nią, każ­dego dnia co­raz bar­dziej. Nie­stety ba­łem się, że po ca­łej tej ak­cji z mło­dym Öz­do­?a­nem mogę jej już nie zo­ba­czyć. Na nic zdały się jej za­pew­nie­nia, że po­czeka na mnie, aż wy­plą­czę się z sieci za­leż­no­ści, w którą uwi­kła­łem się kilka lat temu. Nie po­ma­gało mi rów­nież to, że pra­co­wała z ty­loma przy­stoj­nymi męż­czy­znami. Prze­cież je­den z nich mógł mi ją ukraść.

Ko­lejne prze­kleń­stwa prze­rwały moje roz­my­śla­nia, a ku­fel prze­la­tu­jący tuż po­nad moją głową, spra­wił, że na po­wrót sku­pi­łem się na tu i te­raz. Do­strze­głem nie­wielką, bo stu sześć­dzie­się­cio­cen­ty­me­trową kor­pu­lentną po­stać, która swo­imi ga­ba­ry­tami przy­po­mi­nała kulę na krót­kich, pa­rów­ko­wa­tych nóż­kach. Fu­ria wy­pi­sana na twa­rzy spra­wiła, że jego kar­to­flany no­chal stał się czer­wony ni­czym nos jed­nego z re­ni­fe­rów Świę­tego Mi­ko­łaja na ame­ry­kań­skich re­kla­mach Coca-Coli.

- Co to ma zna­czyć? - wrza­snął, wska­zu­jąc na ja­kiś pa­ku­nek, a ra­czej za­wi­niątko le­żące na sto­liku przy wej­ściu do baru. - Skąd się to wzięło i kto to przy­niósł?

- To... to... zna­la­złem... pod drzwiami - ją­kał się młody, może osiem­na­sto­letni chło­pak, który kilka dni temu roz­po­czął pracę w ba­rze jako zwy­kłe po­py­cha­dło. Sprzą­tał, gra­bił pia­sek na plaży, czy­ścił szez­longi, a na­wet bie­gał do po­bli­skiego sklepu i speł­niał inne za­chcianki wła­ści­ciela, jego na­sto­let­niego syna oraz nie­mal wszyst­kich pra­cow­ni­ków baru.

- A co to, do kurwy nę­dzy, ro­biło pod drzwiami? - za­grzmiał w tym cza­sie Ar­slan, za­da­jąc cał­kiem bez­sen­sowne z na­tury py­ta­nie.

Nie mo­głem się nie uśmiech­nąć, ale wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem oka­zy­wać roz­ba­wie­nia całą tą sy­tu­acją. Po pro­stu przy­sta­ną­łem z boku i cze­ka­łem na dal­szy roz­wój wy­pad­ków, a ten miał mnie cał­ko­wi­cie za­sko­czyć!

- Se­dat! - huk­nął na­gle za­chry­piały głos na­le­żący do szefa - Sprawdź, co to!

Przez uła­mek se­kundy chcia­łem od­mó­wić, ale do­sze­dłem do wnio­sku, że le­piej się nie sta­wiać. Meh­met opo­wie­dział ojcu o wy­da­rze­niach sprzed kilku dni, oczy­wi­ście ko­lo­ry­zu­jąc swoją opo­wieść i czy­niąc z mo­jej ko­biety nie­mal płatną za­bój­czy­nię czy­ha­jącą na ży­cie spad­ko­biercy ro­dzin­nej for­tuny Öz­do­?a­nów, a tym sa­mym na przy­szłość ca­łego rodu. W efek­cie na­ka­zano, a ra­czej "de­li­kat­nie" za­su­ge­ro­wano mi ze­rwa­nie kon­tak­tów z Ba­sią. Oczy­wi­ście nie za­mie­rza­łem tego zro­bić.

Chcąc nie chcąc, wy­ko­na­łem po­le­ce­nie i spraw­dzi­łem, co kryje za­wi­niątko ze sta­rych, po­mię­tych ga­zet. Od­wi­ja­jąc ko­lejną war­stwę pa­pieru, ku swemu wła­snemu za­sko­cze­niu uj­rza­łem mar­twą rybę. Je­śli miał­bym spre­cy­zo­wać, to była to do­rodna do­rada. Je­dyne, co mnie za­sko­czyło to to, że z jej otwar­tego pyszczka wy­sta­wał zwi­tek bank­no­tów. Na moje oko były to dwa lub trzy bank­noty dwu­stu­li­rowe.

Za­mar­łem. Przed oczami na­tych­miast sta­nęły mi wszyst­kie filmy ma­fijne, ja­kie obej­rza­łem na prze­strzeni lat. Wśród nich kró­lo­wała scena z Ojca chrzest­nego, gdzie po­do­bne za­wi­niątko ozna­czało, że Luca Brasi śpi z ry­bami. Czy to było ostrze­że­nie? Głu­pie py­ta­nie - to z całą pew­no­ścią było ostrze­że­nie! Ale kto mógł to przy­słać? Prze­cież to Ar­slan trzy­mał w swo­ich tłu­stych pa­lu­chach całe mia­sto. A może na arenę miał wkro­czyć nowy, sil­niej­szy gracz?

Spoj­rza­łem na szefa nieco prze­ra­żony. Pró­bo­wa­łem wy­czy­tać z jego twa­rzy czy owa prze­syłka wy­warła na nim rów­nie wiel­kie wra­że­nie, jak na mnie. Wstrzy­ma­łem od­dech, ocze­ku­jąc fali prze­kleństw w od­po­wie­dzi na tak nie­co­dzienny "po­da­ru­nek". Jed­nak nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło! Je­den rzut okiem na jego ob­li­cze wy­star­czył, aby zo­rien­to­wać się, że męż­czy­zna nie ma ab­so­lut­nie żad­nego po­ję­cia, co taka ryba może po­ten­cjal­nie ozna­czać. Za­miast oba­wiać się o swój biz­nes czy wła­sne bez­pie­czeń­stwo, śmiał się ni­czym dziecko.

- He, he, he - za­re­cho­tał ra­do­śnie. - Ktoś tu zde­cy­do­wa­nie chce mi się przy­po­do­bać, dba­jąc za­równo o mój żo­łą­dek, jak i fi­nanse - orzekł, zer­ka­jąc na za­war­tość za­wi­niątka. - Roz­pal­cie grill na ty­łach baru i szybko przy­go­tuj­cie mi ten ra­ry­tas - roz­ka­zał, się­ga­jąc do py­ska po pie­nią­dze. - Chcę, aby była go­towa za go­dzinę, kiedy wrócę!

Scho­wał bank­noty do kie­szeni i ru­szył w kie­runku wyj­ścia. Sto­jąc na progu, od­wró­cił się jesz­cze, spoj­rzał na przy­szły po­si­łek i uśmiech­nął się sze­roko. Jak wi­dać, nie do­pa­trzył się w tym po­da­runku żad­nego ostrze­że­nia. Może to ja po pro­stu by­łem zbyt­nio prze­wraż­li­wiony? Pró­bu­jąc od­go­nić złe prze­czu­cia, usia­dłem przy ka­sie i za­ją­łem się do­ku­men­tami księ­go­wymi. Cza­sami le­piej jest nie my­śleć zbyt dużo.

#

Po­woli za­pa­dał zmierzch, a tłum w ba­rze zda­wał się gęst­nieć z każdą chwilą. Za­po­wia­dał się ko­lejny pra­co­wity wie­czór, a ja po pro­stu mia­łem już dość. Ma­rzy­łem o chwili spo­koju w to­wa­rzy­stwie Basi. Od tam­tego fe­ler­nego wie­czoru nie po­ja­wiła się w Mar­ma­ris, a ja nie mia­łem szans, aby po­pły­nąć do niej na Ro­dos. Zo­sta­łem zmu­szony przez oko­licz­no­ści na bez­czynne ocze­ki­wa­nie na ruch z jej strony. Mo­głem zro­bić tylko jedno - po raz ko­lejny do niej za­dzwo­nić.

- Se­dat, ko­cha­nie? - roz­le­gło się po chwili w te­le­fo­nie. - Jak się masz? Wszystko w po­rządku?

Uwiel­bia­łem to w niej, jej bez­po­śred­niość, tro­skę o dru­giego czło­wieka i po­zy­tywną ener­gię, którą wręcz za­ra­żała. Tak dużo bym dał, aby móc ją te­raz ob­jąć i po pro­stu przy­tu­lić. Po­czuć cie­pło i bez­pie­czeń­stwo pły­nące nie tylko z jej ciała, ale i du­szy,

- Ja­sne, wszystko gra - za­pew­ni­łem ją szybko, my­śląc o ry­bie pod­rzu­co­nej dziś do baru. Z ja­kie­goś po­wodu nie po­tra­fi­łem za­po­mnieć o tym zda­rze­niu.

- Na pewno?

Jej nad­zwy­czajna do­cie­kli­wość mnie za­in­try­go­wała. Zwy­kle po stan­dar­do­wym po­wi­ta­niu roz­po­czy­na­li­śmy roz­mowę da­leką od stan­dar­do­wych for­mu­łek. Czyżby to ona stała za...? Nie, to nie­moż­liwe. Ja­kim cu­dem asy­stentka ele­ganc­kiej i pew­nie obrzy­dli­wie bo­ga­tej pa­niusi w śred­nim wieku mo­głaby mieć coś wspól­nego z Ar­sla­nem czy jego zde­cy­do­wa­nie nie­le­gal­nymi in­te­re­sami? Coś ka­zało mi jed­nak opo­wie­dzieć jej o dzi­siej­szym zda­rze­niu. Może po pro­stu chcia­łem spraw­dzić jej re­ak­cję?

- Do­sta­li­ście rybę? - za­re­ago­wała en­tu­zja­stycz­nie na zre­la­cjo­no­waną przeze mnie hi­sto­rię - I jak, smaczna była?

- Nie wiem. Ka­zał ją so­bie ugril­lo­wać, po czym z ra­do­ścią po­chło­nął ją w ca­ło­ści - od­po­wie­dzia­łem na jej py­ta­nie, nie da­jąc po so­bie po­znać, jak od­mien­nie po­trak­to­wa­łem tę nie­co­dzienną prze­syłkę. - Za­sta­na­wiał się je­dy­nie, kto zo­sta­wił taki prze­my­ślany pre­zent, bo do­rada na­leży do jego ulu­bio­nych.

I to by było na tyle - po­my­śla­łem z ulgą, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze z płuc. Moja ko­chana, nie­winna Ba­sia nie miała nic wspól­nego ze świa­tem bru­tal­nych po­ra­chun­ków, nie­le­gal­nych in­te­re­sów i ca­łego tego brudu współ­cze­sno­ści. Jak w ogóle mo­głem ją po­dej­rze­wać?

Po­czu­łem się winny, dla­tego szybko zmie­ni­łem te­mat, opo­wia­da­jąc jej o naj­now­szych od­kry­ciach z za­kresu astro­fi­zyki. W końcu to był nasz wspólny ko­nik. Coś, co nas po­łą­czyło i sta­no­wiło je­den z fi­la­rów, na któ­rych po­woli bu­do­wa­li­śmy za­czątki na­szego związku.

Roz­mowa z nią była ni­czym po­wiew świe­żego po­wie­trza, po­ma­ga­jący zła­pać od­dech w dusz­nym po­miesz­cze­niu co­dzien­no­ści. Jej obec­ność da­wała mi szansę na lep­szą przy­szłość, spra­wia­jąc, że chcia­łem wy­rwać się ze stanu sta­gna­cji.

#

Do­cho­dziła pół­noc, co w po­ło­wie kwiet­nia rów­nało się jed­nej z ostat­nich szans na wy­spa­nie się przed nad­cho­dzą­cym, dłu­gim se­zo­nem. Wpro­wa­dza­łem ostat­nie po­zy­cje do sys­temu, pla­nu­jąc przy tym wie­czór z bra­tem, o ile jesz­cze nie po­szedł spać, gdy usły­sza­łem pod­nie­sione głosy na pro­me­na­dzie. Ode­rwa­łem wzrok od ekranu kom­pu­tera i wtedy ich zo­ba­czy­łem.

Nie­stety, na­dzieja na szybki ko­niec pracy prze­pa­dła wraz z po­ja­wie­niem się Ar­slana oraz jego świty. Chwiej­nym kro­kiem, ro­biąc przy tym mnó­stwo ha­łasu i za­mie­sza­nia, wkro­czyli do ba­ro­wego ogródka. To­wa­rzy­stwo naj­praw­do­po­dob­niej już wcze­śniej gdzieś im­pre­zo­wało, po­nie­waż każdy, włą­cza­jąc w to na­dal ma­ło­let­niego Meh­meta, był w sta­nie wska­zu­ją­cym na spo­ży­cie.

Część z przy­by­łych usia­dła przy sto­liku, zaś po­zo­stali ru­szyli w kie­runku stołu bi­lar­do­wego, wzbu­dza­jąc więk­szy har­mi­der niż zde­cy­do­wana więk­szość tu­ry­stów by­wa­ją­cych tu wie­czo­rami. Wes­tchną­łem ciężko, na po­wrót za­ta­pia­jąc się w pracy. Na szczę­ście ich obec­ność to nie był mój pro­blem. Mo­gli się nimi za­jąć bar­man lub któ­ryś z kel­ne­rów. Ja mia­łem do wy­ko­na­nia inną, dużo bar­dziej od­po­wie­dzialną pracę i to na niej chcia­łem się skon­cen­tro­wać, skoro już mu­sia­łem cze­kać z za­mknię­ciem, aż wszy­scy, włącz­nie z wła­ści­cie­lem, wyjdą.

#

Ner­wowo zer­k­ną­łem na ze­gar w rogu ekranu kom­pu­tera. Wska­zy­wał pierw­szą w nocy. Za­klą­łem w my­ślach, się­ga­jąc po te­le­fon. Mu­sia­łem dać znać Mu­ra­towi, aby na mnie nie cze­kał. Dzie­ciak ju­tro miał za­ję­cia w szkole, więc po­wi­nien w końcu pójść spać. Koń­cząc pi­sać wia­do­mość na What­sAp­pie, usły­sza­łem lekko za­chryp­nięty głos szefa.

- Jesz­cze jedną rak? - krzyk­nął lekko beł­ko­tli­wym to­nem.

Nie za­re­ago­wa­łem. Te słowa z pew­no­ścią nie były ad­re­so­wane do mnie.

- Se­dat, ty mały skur­wy­synu, mó­wię do cie­bie! Po­daj mi jesz­cze jedną rak?!

Za­ci­sną­łem zęby, żeby nie od­po­wie­dzieć na tę wer­balną za­czepkę. Wie­dzia­łem, że za od­py­sko­wa­nie mo­głem obe­rwać od jed­nego z jego go­ryli. Jed­no­cze­śnie ro­zej­rza­łem się w koło i zda­łem so­bie sprawę, że wszy­scy pra­cow­nicy ci­cha­czem ucie­kli, pew­nie przez za­ple­cze, uda­jąc się na za­słu­żony od­po­czy­nek. Ja nie mia­łem ta­kiego szczę­ścia. W końcu do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­żało nie tylko za­mknię­cie kasy, ale też tego przy­bytku. A to ozna­czało, że znowu mu­sia­łem peł­nić funk­cję pry­wat­nego bar­mana dla ca­łego tego to­wa­rzy­stwa.

Klnąc pod no­sem, ale na tyle ci­cho, by nikt mnie nie usły­szał, ru­szy­łem w kie­runku półki z al­ko­ho­lami. Po­woli, pró­bu­jąc opa­no­wać emo­cje, za­czą­łem przy­go­to­wy­wać za­równo por­cję słyn­nej tu­rec­kiej wódki, jak i szkla­neczkę z wodą po­trzebną do jej roz­cień­cze­nia oraz lód. Wo­la­łem od razu przy­go­to­wać wszystko, co ewen­tu­al­nie pi­jany Ar­slan mógł so­bie za­ży­czyć, aby in­te­rak­cję z nim ogra­ni­czyć do nie­zbęd­nego mi­ni­mum.

W tym cza­sie do­bie­gły mnie ko­lejne słowa szefa, tym ra­zem zde­cy­do­wa­nie nie były skie­ro­wane w moim kie­runku. Przy­naj­mniej chcia­łem mieć taką na­dzieję!

- Chodź tu­taj na ko­lanka - po czę­ści po­pro­sił, po czę­ści roz­ka­zał, kle­piąc się po ma­syw­nych udach - po­ba­wimy się tro­chę.

Jedna z dziew­czyn przy sto­liku za­chi­cho­tała, zwra­ca­jąc tym sa­mym moją uwagę. Usta­wia­jąc obie szkla­neczki i po­jem­nik z lo­dem na tacy, przyj­rza­łem się jej z da­leka. Oce­nił­bym ją mak­sy­mal­nie na dwa­dzie­ścia pięć lat. Miała dłu­gie włosy, po­far­bo­wane na nie­bie­sko. Praw­do­po­dob­nie pod­krę­ciła je wcze­śniej, więc gdy te­raz ru­szyła w kie­runku wzy­wa­ją­cego ją męż­czy­zny ko­cim kro­kiem, loki pod­ska­ki­wały lekko, na­da­jąc syl­we­tce do­dat­ko­wej za­lot­no­ści.

Bez zbęd­nego ocią­ga­nia opa­dła na jego zwa­li­ste ciało i na­dal chi­cho­cząc, po­gła­skała go po twa­rzy. Męż­czy­zna w od­po­wie­dzi za­mru­czał prze­cią­gle, po czym bez żad­nych wstę­pów po­ło­żył dłoń na jej na­gim ciele. Chwilę po­gła­dził ją de­li­kat­nie, by nie­spo­dzie­wa­nie wsu­nąć rękę pod krótką dżin­sową spód­niczkę. Zde­gu­sto­wany od­wró­ci­łem wzrok. Nie chcia­łem na­wet do­my­ślać się, gdzie były te­raz jego palce i co tam ro­biły. Nie­stety re­ak­cja dziew­czyny nie po­zwo­liła ni­komu na naj­mniej­sze wąt­pli­wo­ści. Jęk­nęła wy­mow­nie, wy­gi­na­jąc się przy tym tak su­ge­styw­nie, że by­łem go­towy za­ło­żyć się o sporą kwotę, że po pro­stu uda­wała, aby jak naj­bar­dziej usa­tys­fak­cjo­no­wać... klienta? Tak, zde­cy­do­wa­nie za­równo jej ubiór, jak i brak umiaru w za­cho­wa­niu świad­czyły o tym, że to dziew­czyna pra­cu­jąca.

Jej po­stę­po­wa­nie spo­tkało się z za­chwy­tem Ar­slana, który zin­ten­sy­fi­ko­wał ru­chy dłoni, wy­py­cha­jąc bio­dra w jej kie­runku. Dziew­czyna w mgnie­niu oka zro­zu­miała, o co mu cho­dzi i chwy­ciła go za kro­cze.

Sta­ną­łem przy ba­rze, nie wie­dząc, czy po­wi­nie­nem do nich pod­cho­dzić. Co prawda do­bie­rali się do sie­bie na oczach wszyst­kich, nic so­bie nie ro­biąc z obec­no­ści syna Ar­slana, ale chyba w tym mo­men­cie nie był im po­trzebny przy­go­to­wany przeze mnie al­ko­hol. Od­wró­ci­łem wzrok, pró­bu­jąc zi­gno­ro­wać sceny ro­dem z ta­nich por­no­sów, ale to­wa­rzy­stwo szefa po­stą­piło zgoła ina­czej. Nie­mal każdy wbił wzrok w co­raz śmie­lej po­czy­na­jącą so­bie parę, ob­ser­wu­jąc z fa­scy­na­cją każdy ich ruch.

- Rak?! - ryk­nął w tym cza­sie wła­ści­ciel, po czym prze­cią­gle jęk­nął, na po­wrót zaj­mu­jąc się swoją part­nerką.

Chcąc nie chcąc, wol­nym kro­kiem ru­szy­łem w kie­runku sto­lika, mo­dląc się, aby to że­nu­jące przed­sta­wie­nie jak naj­szyb­ciej do­bie­gło końca. Nie­stety szanse na to były dość marne. Prze­łkną­łem ner­wowo ślinę, pró­bu­jąc pa­trzeć tylko na nie­sioną przeze mnie tacę.

Meh­met, gra­jący do tej pory w bi­lard, za­re­cho­tał nie­przy­jem­nie, od­kła­da­jąc kij na stół. On rów­nież sku­pił całą swoją uwagę na drob­nych dło­niach dziew­czyny, co­raz in­ten­syw­niej mię­to­szą­cych przez ma­te­riał spodni przy­ro­dze­nie jego ojca. W tych ru­chach było wi­dać nie tylko siłę, ale też wprawę.

Po chwili stary Öz­do­?an prze­stał zwra­cać uwagę na oto­cze­nie, sku­pia­jąc się na przy­jem­no­ści, któ­rej praw­do­po­dob­nie do­zna­wał. Nie prze­szka­dzało mu do­słow­nie nic, ani to­wa­rzy­stwo pod­wład­nych, ani na­wet na­sto­latka, któ­rego spło­dził ze swoją żoną. Młody zaś pa­trzył na całą tę scenę jak za­hip­no­ty­zo­wany, przy­my­ka­jąc lekko po­wieki. By­łem pe­wien, że w tym mo­men­cie za­zdro­ścił ojcu.

Kiedy Ar­slan jęk­nął prze­cią­gle, co rów­no­znaczne było z osią­gnię­ciem or­ga­zmu, dzie­ciak ob­li­zał bez­wied­nie wargi. Do­kład­nie jak zwykł to czy­nić jego oj­ciec. Tym ge­stem udo­wod­nił, jak duży wpływ na na­sze za­cho­wa­nia ma ge­ne­tyka.

- Sto fun­tów albo wszystko po­wiem matce - za­żą­dał młody, spo­glą­da­jąc na ojca.

Męż­czy­zna ro­ze­śmiał się w od­po­wie­dzi, po czym bez słowa się­gnął do we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki. Było to do­syć kar­ko­łomne dzia­ła­nie, po­nie­waż dziew­czyna na­dal spo­czy­wała na jego ko­la­nach, wo­dząc od nie­chce­nia dłońmi po jego pulch­nym ciele, jakby wie­działa, że nie może prze­stać, póki nie otrzyma ta­kiego po­le­ce­nia.

- Masz tu dwie stówki, ale pa­mię­taj... - rzu­cił, wy­cią­ga­jąc kilka bank­no­tów z po­kaź­nego zwi­nię­tego w ru­lon pliku - matka i tak nic nie po­wie, choć­bym spro­wa­dził dziwki do na­szego łóżka mał­żeń­skiego. Bo co może zro­bić? Odejść ode mnie? A kto jej na to po­zwoli? - za­py­tał nie­przy­jem­nie, śmie­jąc się nie tylko z nie­udol­nego szan­tażu syna, ale też za­pewne z wła­snej od­po­wie­dzi. - Zresztą masz, po­baw się tro­chę. Na­sza dziew­czynka na pewno z chę­cią zrobi ci lo­dzika...

To mó­wiąc, bez­ce­re­mo­nial­nie chwy­cił za ni­czego nie­spo­dzie­wa­jącą się dziew­czynę, ścią­gnął z sie­bie nie­mal siłą i pchnął pro­sto w kie­runku za­sko­czo­nego sy­na­lka. Chwilę trwało, za­nim zła­pała rów­no­wagę na swo­ich nie­zwy­kle wy­so­kich szpil­kach, po czym ob­cią­gnęła zde­cy­do­wa­nie zbyt krótką spód­niczkę i uśmie­cha­jąc się lekko do na­sto­latka, jak gdyby ni­gdy nic chwy­ciła go za dłoń, cią­gnąc w kie­runku za­ple­cza.

Kiedy znik­nęli za drzwiami, całe to­wa­rzy­stwo ryk­nęło śmie­chem, jakby wła­śnie wy­da­rzyło się coś nad wy­raz ko­micz­nego. I to wła­śnie ta re­ak­cja była w tym wszyst­kim naj­gor­sza. Dla tych lu­dzi nie li­czyło się nic poza za­spo­ko­je­niem wła­snych pra­gnień.

Ze­mdliło mnie! Cho­ciaż ostatni po­si­łek ja­dłem kilka go­dzin temu, na ten wi­dok po pro­stu po­czu­łem, jak wcze­sna ko­la­cja pod­cho­dzi mi do gar­dła. Pra­cu­jąc w ba­rze, są­dzi­łem, że wi­dzia­łem już wszystko. Jed­nak wła­śnie oka­zało się, że jesz­cze wiele może mnie za­sko­czyć. Gdyby ktoś po­wie­dział mi, że oj­ciec bę­dzie jaw­nie dzie­lił się dziwką ze swoim sy­nem, ni­gdy bym w to nie uwie­rzył.

Naj­wi­docz­niej Ar­slan nie od­czu­wał lo­jal­no­ści, wier­no­ści czy cho­ciażby wdzięcz­no­ści wzglę­dem swo­jej żony, która pew­nie wie­lo­krot­nie zno­siła upo­ko­rze­nia dla do­bra dzieci i ro­dziny. Zro­biło mi się jej żal, ale uświa­do­mi­łem so­bie też, że to po­stawa mo­ralna de­cy­duje o po­wo­dze­niu związku dwojga lu­dzi. Po­sta­no­wi­łem więc po­trak­to­wać ten wie­czór jako lek­cję i wy­cią­gnąć da­leko idące wnio­ski.

Zro­zu­mia­łem też, że to za sprawą Basi po­woli sta­wa­łem się lep­szym czło­wie­kiem, i za­czą­łem do­strze­gać praw­dziwe ob­li­cze lu­dzi, dla któ­rych pra­co­wa­łem. To jej ła­god­ność, czu­łość i ewi­dentna, mimo wieku nie­win­ność, wpły­wały na mnie i otwie­rały mi oczy na oczy­wi­ste fakty. Mu­sia­łem opie­ko­wać się bra­tem i za­pew­nić mu do­bry start w do­ro­słość, ale rów­nież dla jego wła­snego do­bra po­wi­nie­nem wy­plą­tać się z tej skom­pli­ko­wa­nej sieci uza­leż­nień, która po­łą­czyła mnie z ro­dziną Öz­do­?an. Nie mia­łem tylko po­ję­cia, skąd wziąć pie­nią­dze na spłatę długu, jaki za­cią­gną­łem ja­kiś czas temu.

Sta­wia­jąc przed swoim sze­fem szkla­neczkę z rak?, po­pa­trzy­łem na jego twarz, ale nie do­strze­głem na niej na­wet cie­nia uczuć. Przy­po­mi­nał ka­mienny po­sąg, który z ja­kie­goś po­wodu ru­szał się i samą swoją obec­no­ścią wpro­wa­dzał ner­wową at­mos­ferę.

Na­dal nie po­tra­fi­łem przejść do po­rządku dzien­nego nad tym, że wła­śnie pu­blicz­nie ob­ma­cy­wał tu­taj ja­kąś dziew­czynę, a ju­tro czy po­ju­trze przy­pro­wa­dzi, może na­wet do tego sa­mego sto­lika, swoją żonę, uda­jąc przy­kład­nego ojca i męża.

Jed­nego by­łem pe­wien, w ży­ciu nie po­tra­fił­bym zdra­dzić mo­jej Basi. Naj­lep­szym do­wo­dem na to, było to, że od­kąd się do sie­bie zbli­ży­li­śmy, nie spoj­rza­łem na żadną inną ko­bietę. Ba, na­wet nie czu­łem ta­kiej po­trzeby. Nie, zde­cy­do­wa­nie nie by­łem święty. Na prze­strzeni na­szych kil­ku­na­stu ostat­nich spo­tkań nie­mal stale ukry­wa­łem wzwód, który po­wo­do­wał co­raz więk­szy dys­kom­fort. Wy­star­czyło, abym do­tknął jej dłoni, czy po­czuł za­pach jej skóry prze­mie­szany z de­li­kat­nym aro­ma­tem kwia­to­wych per­fum, i by­łem go­towy na wię­cej, dużo wię­cej. Wie­lo­krot­nie wy­obra­ża­łem so­bie, jak bę­dzie wy­glą­dał nasz seks. I bar­dzo ża­ło­wa­łem, że jesz­cze do niego nie do­szło.

- Coś się tak za­my­ślił? - za­re­cho­tał w tym cza­sie Ar­slan, sku­tecz­nie wy­ry­wa­jąc mnie ze świata my­śli. - Też masz ochotę na mały nu­me­rek? Nie krę­puj się! Ta twoja cnotka nie­wy­dymka pew­nie jesz­cze nie dała ci dupy!

Za­ci­sną­łem zęby, pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój.

- Czy mam po­dać coś jesz­cze, pro­szę pana? - spy­ta­łem, igno­ru­jąc jego jakże hojną pro­po­zy­cję.

- Nie... Za­raz i tak bę­dziemy się zbie­rać. Po­sprzą­taj ten baj­zel, a po­tem za­mknij.

Ski­ną­łem je­dy­nie głową, po czym ru­szy­łem w stronę baru, żeby nie po­wie­dzieć cze­goś, za co przyj­dzie mi za­pła­cić zbyt wy­soką cenę.

Dys­kret­nie zer­k­ną­łem na ze­ga­rek, orien­tu­jąc się, że mi­nęła już druga w nocy. Zbyt późno, by za­dzwo­nić do Basi i usły­szeć jej słodki głos przed snem. Ta świa­do­mość tylko spo­tę­go­wała mój i tak już zły na­strój. Tę­sk­ni­łem za nią. Uza­leż­ni­łem się od jej obec­no­ści. I co naj­gor­sze, nie wie­dzia­łem, jak i kiedy będę mógł spra­wić, aby na­prawdę na­le­żała do mnie!

Anna

Za­mknę­łam ter­mi­narz, sym­bo­licz­nie koń­cząc na dziś swoją pracę, po czym przyj­rza­łam się uważ­nie swo­jej asy­stentce, a także in­nym oso­bom zgro­ma­dzo­nym w ga­bi­ne­cie. Wszy­scy mil­czeli, cze­ka­jąc, aż pierw­sza za­biorę głos.

W oczach dziew­czyny mo­głam do­strzec strach i nie­pew­ność, ale też na­dzieję oraz wiarę w lep­sze ju­tro. Ob­li­cza męż­czyzn na­to­miast zdra­dzały nie­cier­pli­wość prze­mie­szaną z ocze­ki­wa­niem na no­winy.

- I jak? Czy twój Se­dat wspo­mi­nał o ja­kimś nie­co­dzien­nym zda­rze­niu w ba­rze? - za­ga­iłam uprzej­mie, chcąc po­znać szczerą od­po­wiedź mo­jej pod­wład­nej.

Dzie­ciak wy­na­jęty dys­kret­nie przez Ase­ela za po­mocą dar­kwebu po­in­for­mo­wał mo­jego pod­wład­nego o wy­ko­na­niu zle­co­nego mu za­da­nia. Te­raz na­to­miast jak naj­szyb­ciej chcia­łam do­wie­dzieć się, czy udało się nam osią­gnąć ocze­ki­wany efekt.

- Nie, ra­czej nie... - za­wa­hała się przez mo­ment, po czym uśmiech­nęła bar­dzo sze­roko, jakby na­gle do­znała olśnie­nia. - Ta ryba była od nas?

Gdyby nie mój wiek oraz po­zy­cja, to pew­nie w tym mo­men­cie wy­ko­na­ła­bym po­pu­larny wśród mło­dzieży palm­face. Ales­san­dro i Sta­vros chyba rów­nież po­dzie­lali moją kon­ster­na­cję. Przy­znam szcze­rze, że za­bra­kło mi słów, i nie mia­łam po­ję­cia, jak wy­tłu­ma­czyć jej, co chcie­li­śmy tą wia­do­mo­ścią osią­gnąć.

- Tak, ta ryba była od nas - po­twier­dził znie­cier­pli­wiony prze­dłu­ża­jącą się ci­szą Grek - a te­raz naj­bar­dziej in­te­re­suje nas, jaka była ich re­ak­cja na wia­do­mość. Prze­stra­szyli się? Dys­ku­to­wali, kto może im wy­sy­łać ostrze­że­nie? Gdy­bali, któ­rego z nie­le­gal­nych in­te­re­sów mo­gło ono do­ty­czyć?

Ba­sia zmie­szała się lekko, po czym czer­wie­niąc po ko­rzonki swo­ich blond wło­sów, pra­wie nie­sły­szal­nym gło­sem wy­znała:

- Urzą­dzili so­bie grilla i zje­dli ją na obiad. To zna­czy, Ar­slan zjadł, z ni­kim się nie dzie­ląc - uści­śliła na ko­niec.

- Cazzo - za­klął po wło­sku wy­raź­nie znie­sma­czony taką re­ak­cją Ales­san­dro.

Cóż, nie mo­głam mu się dzi­wić. Ten do­mo­ro­sły ma­fiozo, jak na­zy­wała go Ba­sia, zhań­bił je­den z tra­dy­cyj­nych sym­boli i kul­ty­wo­wa­nych prze­ka­zów wło­skiej ma­fii, wy­ka­zu­jąc się igno­ran­cją, gra­ni­czącą z jawną głu­potą.

- Ma­laka - pod­su­mo­wał po grecku Sta­vros, du­sząc się ze śmie­chu.

Ten, jak wi­dać, pod­szedł do ca­łego zda­rze­nia z hu­mo­rem, nie ocze­ku­jąc zbyt wiele po czło­wieku, dla któ­rego ta­kie fi­ne­zyjne prze­sła­nia praw­do­po­dob­nie były zu­peł­nie nie­zro­zu­miałe.

- Sta­vros wiesz, co masz ro­bić?

Męż­czy­zna wy­wo­łany do od­po­wie­dzi wy­pro­sto­wał się nie­znacz­nie, po czym prze­stał się śmiać, zmu­sza­jąc się do za­cho­wa­nia po­waż­nego wy­razu twa­rzy.

- Re­ko­ne­sans?

Ski­nę­łam głową, bo to było je­dyne roz­sądne wyj­ście.

- Je­śli ten głu­pek jest tam głów­nym gra­czem, to czy li­kwi­du­jąc go, za­mie­rzasz prze­jąć kon­trolę nad mia­stem? - włą­czył się do roz­mowy mój męż­czy­zna, to­nem swo­jego głosu zdra­dza­jąc drę­czące go obawy.

- Bez prze­sady - uspo­ko­iłam go na­tych­miast. - Nie za­mie­rzam ba­wić się w usta­na­wia­nie no­wych stref wpły­wów, za­leży mi na utrzy­ma­niu obec­nej rów­no­wagi. Bę­dziemy dzia­łać po ci­chu i miejmy na­dzieje, że na tyle szybko, by nikt nie od­no­to­wał na­szej obec­no­ści. Znik­niemy po tym, jak wy­eli­mi­nu­jemy Ar­slana, a po­wstała w ten spo­sób próż­nia sama się wy­pełni. Mnie nic do tego. Jak ma­wiamy w Pol­sce: "nie mój cyrk, nie moje małpy!". Na­szym ce­lem jest je­dy­nie po­moc Basi... Smar­kacz za­darł nie z tą ko­bietą, co trzeba, i musi za to za­pła­cić - spre­cy­zo­wa­łam plany, aby w ra­zie czego, nie po­wstały ja­kieś nie­do­mó­wie­nia mo­gące pro­wa­dzić do błęd­nego zro­zu­mie­nia mo­ich roz­ka­zów. - Ow­szem, pew­nie ku­pimy ja­kąś knajpę albo ho­tel, ale to za­wsze można po­now­nie spie­nię­żyć po wy­ko­na­niu ro­boty.

- Jaki bę­dzie nasz pierw­szy krok? - spy­tał rze­czowo mój pod­władny, od razu prze­cho­dząc do me­ri­tum sprawy.

Za­sta­no­wi­łam się przez dłuż­szą chwilę, spo­glą­da­jąc w mil­cze­niu na trójkę obec­nych w ga­bi­ne­cie osób. Praw­do­po­dob­nie każde z nich miało od­mienną wi­zję za­ła­twie­nia pro­blemu, ale to od mo­jego wi­dzi­mi­się za­le­żało to, jak po­to­czą się sprawy. Ana­li­zo­wa­łam różne sce­na­riu­sze, ale ko­niec koń­ców zde­cy­do­wa­łam się na naj­bar­dziej roz­sądny.

- Ba­siu - zwró­ci­łam się do swo­jej asy­stentki - mam wra­że­nie, że ostat­nio zbyt dużo pra­cu­jesz! Po­win­naś po­pły­nąć do Mar­ma­ris na ty­dzień i tro­chę od­po­cząć.

Młoda ko­bieta ocho­czo kiw­nęła głową, uśmie­cha­jąc się przy tym lekko. Z całą pew­no­ścią moja de­cy­zja przy­pa­dła jej do gu­stu, zy­ski­wała bo­wiem szansę na spę­dze­nie nieco czasu ze swoim uko­cha­nym.

- Sta­vros - wy­po­wie­dzia­łam imię pra­wej ręki mo­jego dziadka - to samo ty­czy się cie­bie!

- Ale... - sta­rał się za­opo­no­wać, jed­nak sku­tecz­nie mu to unie­moż­li­wi­łam.

- Pa­kuj torbę i chcę cię wi­dzieć ra­zem z Ba­sią na po­ran­nym pro­mie do Tur­cji. Wy­naj­mij­cie so­bie ja­kieś po­koje w przy­zwo­itym ho­telu, naj­le­piej obok sie­bie, je­śli wiesz, co mam na my­śli.

Ski­nął głową, do­sko­nale ro­zu­mie­jąc moje po­le­ce­nie. Po­de­rwał się z miej­sca, po czym że­gna­jąc się ze wszyst­kimi, ru­szył w kie­runku wyj­ścia. Moja asy­stentka rów­nież zro­zu­miała, że spo­tka­nie do­bie­gło końca, dla­tego po­szła w ślady star­szego Greka, zo­sta­wia­jąc Ales­san­dra i mnie sa­mych.

- Wiesz, że chcesz roz­pę­tać wojnę? - spy­tał mój męż­czy­zna, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie spod lekko przy­mru­żo­nych po­wiek.

- Od razu wojnę! - obu­rzy­łam się na­tych­miast. - To tylko od­po­wiedź na to, jak po­trak­to­wano Ba­się. Jaką ro­dziną by­śmy się oka­zali, je­śli nie za­dbamy o in­te­resy jed­nego z nas?

Na to py­ta­nie ist­niała tylko jedna pra­wi­dłowa od­po­wiedź i on, jako ro­do­wity Sy­cy­lij­czyk, do­sko­nale zda­wał so­bie z tego sprawę. Prak­tycz­nie nie mia­łam wyj­ścia. Ktoś gro­ził oso­bie z mo­jego naj­bliż­szego oto­cze­nia, na­wet je­śli nie zda­wał so­bie sprawy z po­wagi po­dej­mo­wa­nych czy­nów, więc mu­siał za to za­pła­cić. Poza tym ostrze­że­nie, ja­kie wy­sto­so­wa­li­śmy, zo­stało po­trak­to­wane jako nic nie­zna­czący obiad, a nie do­bra rada od życz­li­wego nie­zna­jo­mego. A to już była prze­sada.

- My­ślisz, że obec­ność Sta­vrosa wy­star­czy? Nie zro­zum mnie źle, wiem, że on ma ogromne do­świad­cze­nie, ale na jego nie­ko­rzyść po­woli za­czyna prze­ma­wiać wiek. Czy fa­cet pod sześć­dzie­siątkę po­ra­dzi so­bie z kil­koma sil­nymi dwu­dzie­sto­lat­kami? Chciał­bym z całą pew­no­ścią po­wie­dzieć, że tak, ale nie je­stem pe­wien...

Jego słowa dały mi do my­śle­nia. Ja sama spo­glą­da­łam na sta­rego przy­ja­ciela, bo tak mo­głam go okre­ślić, z per­spek­tywy wspo­mnień z lat mło­dzień­czych. Był wy­soki, przy­stojny, bar­dzo mę­ski i silny. Świet­nie spraw­dzał się w sy­tu­acjach kry­tycz­nych, do­sko­nale po­tra­fił wy­do­być in­for­ma­cje od czło­wieka kon­ku­ren­cji, ale czy...

Za­wa­ha­łam się, nie wie­dząc, co po­win­nam zro­bić. W końcu cho­dziło o bez­pie­czeń­stwo Basi, od­po­wie­dzial­nej za całą dzia­łal­ność zwią­zaną z "Pa­nami do to­wa­rzy­stwa", jak zwy­kłam była na­zy­wać ten biz­nes. Z całą pew­no­ścią nie była tylko sze­re­gową pra­cow­niczką, sta­no­wiła je­den z fi­la­rów two­rzą­cych ro­dzinę. Poza tym była moją przy­ja­ciółką.

- Masz ra­cję - nie­chęt­nie zgo­dziła się z jego sło­wami - trzeba bę­dzie roz­wa­żyć tę kwe­stię i może zde­cy­do­wać się na... Zresztą wszystko wyj­dzie w pra­niu. Na ra­zie Sta­vros musi je­dy­nie ze­brać dla nas kilka in­for­ma­cji, za­sły­sza­nych plo­tek i czu­wać nad tym, by ża­den ma­ło­lat nie po­ku­sił się o pod­nie­sie­nie ręki na Ba­się.

- Mogę coś do­ra­dzić?

- Ja­sne, wiesz, że ce­nię so­bie twoje zda­nie - od­po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się ukryć zdzi­wie­nie fak­tem, jak bar­dzo mój męż­czy­zna prze­jął się całą tą sprawą.

- Pod­rzu­ca­jąc tę nie­szczę­sną rybę, Aseel udo­wod­nił, że ma tam doj­ścia do lu­dzi, któ­rzy zro­bią wiele za od­po­wied­nią opłatą. Może niech za­ła­twi ko­goś, naj­le­piej lo­kalsa, by w ra­zie po­trzeby wkro­czył i za­czął czu­wać nad na­szymi od­po­czy­wa­ją­cymi od ju­tra w Mar­ma­ris przy­ja­ciółmi?

- Może fak­tycz­nie tak wła­śnie trzeba zro­bić - przy­zna­łam na głos, cały czas roz­wa­ża­jąc słusz­ność tego po­my­słu. - Le­piej mieć plan awa­ryjny i z niego nie sko­rzy­stać, niż w ra­zie po­trzeby szu­kać byle kogo. Za­raz za­dzwo­nię w tej spra­wie do Akaby.

Ta z po­zoru pro­sta sprawa za­czy­nała na­bie­rać co­raz oka­zal­szych kształ­tów, wy­ma­ga­jąc za­an­ga­żo­wa­nia po­waż­niej­szych za­so­bów, niż pier­wot­nie za­kła­da­łam. Ale skoro za­ofe­ro­wa­łam po­moc, to nie mo­głam, zresztą też nie chcia­łam się z niej te­raz wy­co­fać.

Ba­sia

Ode­bra­łam pasz­port z okienka i ru­szy­łam ko­ry­ta­rzem w stronę wyj­ścia. Cze­kała mnie jesz­cze kon­trola bez­pie­czeń­stwa, ale to była tylko for­mal­ność. Moje serce po­woli od­li­czało mi­nuty do spo­tka­nia z Se­da­tem i tylko na tym po­tra­fi­łam tak na­prawdę się sku­pić.

Nie, nie wie­dział, że przy­pły­nę­łam. Nie po­wie­dzia­łam mu o tym w cza­sie na­szej po­ran­nej roz­mowy przez te­le­fon. Tym bar­dziej nie miał po­ję­cia, że zo­stanę aż cały ty­dzień. To była nie­spo­dzianka i mia­łam na­dzieję, że na­prawdę się z niej ucie­szy, nie za­da­jąc przy tym zbyt wielu po­ten­cjal­nie nie­wy­god­nych py­tań. Praw­dzi­wych po­wo­dów tak dłu­giego po­bytu nie­stety nie będę mo­gła mu prze­cież zdra­dzić.

Prze­cho­dząc przez szklane, roz­su­wane drzwi pro­wa­dzące na por­towy par­king, w ich od­bi­ciu ką­tem oka za­uwa­ży­łam Sta­vrosa. Po­zna­łam go do­piero po tra­gicz­nej śmierci dziadka Anny. Wcze­śniej ten na­dal przy­stojny Grek był prawą ręką pana Ar­chial­lisa.

Uśmiech­nę­łam się sama do sie­bie, zda­jąc so­bie sprawę, że mój to­wa­rzysz tylko z po­zoru wy­glą­dał jak do­bro­tliwy pan w sile wieku wy­bie­ra­jący się na krótki urlop. Sły­sza­łam, że po­tra­fił za­bić dużo młod­szych od sie­bie męż­czyzn i to go­łymi rę­koma. Oczy­wi­ście to tylko po­gło­ski, ale ja­kaś część mnie była w sta­nie dać im wiarę.

Praw­do­po­dob­nie to z tego po­wodu Anna wy­słała go ze mną, cho­ciaż gło­śno się do tego nie przy­znała. Miał dbać o moje bez­pie­czeń­stwo, a jed­no­cze­śnie spraw­dzić, kim tak na­prawdę był Ar­slan Öz­do­?an i jaką po­zy­cję zaj­mo­wał w tu­rec­kim świe­cie prze­stęp­czym. Jedno było pewne, nie za­mie­rza­łam mu utrud­niać obo­wiąz­ków. Ta­kich jak on za­wsze le­piej mieć po swo­jej stro­nie.

#

Po szyb­kim za­mel­do­wa­niu się w ho­telu i jesz­cze szyb­szym zo­sta­wie­niu wa­lizki w po­koju ru­szy­łam w kie­runku plaży. Na samo wspo­mnie­nie mo­jej ostat­niej tam wi­zyty serce za­częło mi bić szyb­ciej. Ba­łam się, że znowu ktoś za­ata­kuje Se­data, albo tym ra­zem mnie. Dla pew­no­ści zde­cy­do­wa­łam, że nie po­sta­wię stopy na te­re­nie tego szem­ra­nego baru.

Sta­nę­łam na chod­niku gra­ni­czą­cym z pół­ka­mie­ni­stą plażą. Pełna sprzecz­nych uczuć, nieco po­nad metr na lewo od miej­sca, w któ­rym za­czy­nał się bar, ro­zej­rza­łam się w koło, po czym ze­bra­łam się na od­wagę i za­dzwo­ni­łam na What­sAp­pie do Se­data. Ode­brał do­piero po dłuż­szej chwili, a w jego gło­sie mo­głam wy­czuć za­równo zmę­cze­nie, jak i iry­ta­cje, cho­ciaż nie­udol­nie pró­bo­wał je ukryć.

- Cześć skar­bie - mruk­nął do te­le­fonu, a ja w tym dźwięku mimo wszystko wy­czu­łam nutkę ra­do­ści. - Po­wiedz mi, jak się mie­wasz i co ro­bisz. Mo­gła­byś do­rzu­cić kilka szcze­gó­łów na te­mat tego, jak bar­dzo tę­sk­nisz za mną. Je­śli zaś sie­dzisz z sze­fową, to przy­naj­mniej zdradź mi, kiedy przy­je­dziesz, że­bym mógł za­po­mnieć o ca­łym świe­cie. Po­praw mi nieco hu­mor, bo ina­czej nie rę­czę za to, czy mój bra­ci­szek osta­nie się w jed­nym ka­wałku po tym, jak z nim skoń­czę. - Słowa pły­nęły z jego ust ni­czym po­tok, któ­rego nie mo­głam i nie chcia­łam za­trzy­mać.

A więc o to cho­dzi, po­my­śla­łam, ro­zu­mie­jąc po­wodu jego nie­po­koju. Jego młod­szy brat ostat­nio wpadł w nie­cie­kawe to­wa­rzy­stwo oraz spra­wiał mu co­raz wię­cej pro­ble­mów, nie tylko wy­cho­waw­czych, ale i praw­nych. Już raz z ko­le­gami wy­lą­do­wał na ko­mi­sa­ria­cie za udział w bójce.

- Nie wiem, co mo­gła­bym po­wie­dzieć. Sam znasz go naj­le­piej i tylko ty mo­żesz zna­leźć spo­sób, aby do niego na­prawdę do­trzeć - przy­zna­łam szcze­rze. - Dzwo­nię do cie­bie w zu­peł­nie in­nej spra­wie. Mam małą prośbą. Czy mógł­byś wyjść przed swój bar? Na dep­tak od­dzie­la­jący bu­dy­nek od plaży - spre­cy­zo­wa­łam, ma­jąc świa­do­mość, że Se­dat z re­guły ko­rzy­sta z wyj­ścia od strony mia­sta.

- Kiedy? - spy­tał tylko, nie za­głę­bia­jąc się w szcze­góły.

- Naj­le­piej te­raz. Ktoś tam na cie­bie czeka z nie­spo­dzianką ode mnie - do­da­łam, aby wy­tłu­ma­czyć ja­koś skład­nie taką nie­co­dzienną prośbę.

- Będę tam za mi­nutę, no mak­sy­mal­nie dwie, skar­bie - za­pew­nił, praw­do­po­dob­nie za­sta­na­wia­jąc się nad pre­tek­stem, umoż­li­wia­ją­cym mu wy­mknię­cie się na chwilę na ze­wnątrz.

- Su­per. Dam znać tej oso­bie. Do usły­sze­nia póź­niej, skar­bie!

Nie cze­ka­łam na jego od­po­wiedź, po pro­stu za­koń­czy­łam po­łą­cze­nie, po czym kon­tro­l­nie zer­k­nę­łam na ogró­dek są­sied­niej re­stau­ra­cji. Przy jed­nym ze sto­li­ków sie­dział Sta­vros i po­pi­ja­jąc mro­żoną kawę, uda­wał za­głę­bio­nego w lek­tu­rze przy­nie­sio­nej ze sobą ga­zety. Cho­ciaż ry­zyko ataku w biały dzień, przy tylu świad­kach było zni­kome, Anna, jak sama po­wie­działa, wo­lała, aby moja pierw­sza wi­zyta w Mar­ma­ris prze­bie­gała pod ści­słą kon­trolą jej czło­wieka. Nie wie­dzie­li­śmy prze­cież, na co tak na­prawdę stać tego smar­ka­cza czy słu­gu­sów pra­cu­ją­cych na zle­ce­nie jego ojca.

Nie mia­łam czasu, aby się nad tym dłu­żej za­sta­na­wiać, po­nie­waż do­strze­głam Se­data. Po­czu­łam, jak ką­ciki mo­ich ust uno­szą się lekko, a serce na­peł­nia się cie­płem ogrze­wa­ją­cym mnie od środka. Mój uko­chany w tym cza­sie la­wi­ro­wał mię­dzy sto­li­kami, pró­bu­jąc do­stać się na pro­me­nadę wy­peł­nioną spra­gnio­nymi słońca prze­chod­niami. Ro­zej­rzał się lekko zdez­o­rien­to­wany, po czym za­marł, nie wie­rząc wła­snym oczom.

Nie zdą­ży­łam na­wet ski­nąć głową, czy cho­ciażby się uśmiech­nąć, a on już był tuż obok mnie. Za­mknął mnie w swo­ich ra­mio­nach, jakby już ni­gdy miał mnie z nich nie wy­pu­ścić. Jego uścisk był tak mocny, jakby sam nie wie­rzył, że fak­tycz­nie je­stem tu­taj. Zresztą, co tu kryć? Sama do końca w to nie wie­rzy­łam!

- To ty! To na­prawdę ty! Na­wet nie śmia­łem ma­rzyć... - Mó­wiąc to, gła­skał mnie po gło­wie i ca­ło­wał w czoło. Jego bli­skość spra­wiła, że za­po­mnia­łam o wszyst­kich pro­ble­mach, stre­sach i nie­pew­no­ści to­wa­rzy­szą­cej mi od na­szego ostat­niego spo­tka­nia. Przy­mknę­łam na mo­ment oczy, roz­ko­szu­jąc się tym do­ty­kiem. Dys­kret­nie, aby nie za­uwa­żył, wcią­gnę­łam no­sem po­wie­trze, na­pa­wa­jąc się jego wo­nią. W mo­men­cie sza­leń­czo go za­pra­gnę­łam i obie­ca­łam so­bie, że nic, ale to nic nie po­wstrzyma mnie przed uwie­dze­niem go tego wie­czora. Cze­ka­łam na to wy­star­cza­jąco długo, by wresz­cie roz­ko­szo­wać się za­słu­żoną przy­jem­no­ścią.

- Tę­sk­ni­łam - wy­zna­łam po chwili, za­ska­ku­jąc tym nie tylko jego, ale i samą sie­bie. Nie są­dzi­łam, że po tym wszyst­kim tak otwar­cie będę mó­wić o swo­ich uczu­ciach.

- Ja bar­dziej. I tak bar­dzo się ba­łem, że... - za­wa­hał się na mo­ment, jakby to, co chciał po­wie­dzieć, było dla niego bo­le­sne - że już ni­gdy cię nie zo­ba­czę.

- Tak ła­two się mnie nie po­zbę­dziesz - obie­ca­łam mu szybko.

Po­now­nie wtu­li­łam się w jego ciało, na­wet nie chcąc my­śleć o tym, że mógłby na­dejść dzień, kiedy nie będę mo­gła wy­ko­nać tego pro­stego ge­stu.

- Na­wet nie będę pró­bo­wał! - za­pew­nił, po czym ner­wowo ro­zej­rzał się w koło. - Ko­cha­nie, te­raz nie mogę po­świę­cić ci czasu, ale je­śli chcesz, spo­tkajmy się w cen­trum za dwie go­dziny.

Oczy­wi­ście, nie ocze­ki­wa­łam, że rzuci wszystko i spę­dzi ze mną cały dzień, ale gdzieś w głębi serca li­czy­łam na to, że po­święci mi kilka mi­nut. W końcu przy­pły­nę­łam dla niego z in­nego kraju! Pró­bo­wa­łam nie oka­zać swo­jego za­wodu, ale chyba nie by­łam tak do­brą ak­torką, jak są­dzi­łam, po­nie­waż na­tych­miast za­czął się tłu­ma­czyć.

- Ni­kogo nie ma na ka­sie, do­dat­kowo o tej po­rze spły­wają re­zer­wa­cje na wie­czorne przed­sta­wie­nie. Mimo naj­szczer­szych chęci nie mam jak się te­raz wy­rwać, ale obie­cuję, że nie tylko po po­łu­dniu, ale też z całą pew­no­ścią póź­nym wie­czo­rem ci to wy­na­gro­dzę!

I na taką obiet­nicę mo­głam przy­stać. Uśmiech­nę­łam się, cie­sząc się, że mo­głam go znowu zo­ba­czyć i cho­ciaż przez mo­ment po­czuć cie­pło jego ciała.

- Za dwie go­dziny w na­szej ulu­bio­nej cu­kierni.

- Przy­jadę, cho­ciaż­bym miał za­mknąć bar - przy­rzekł - ale za­nim mi te­raz uciek­niesz, po­wiedz, co bę­dziesz ro­biła przez ten czas?

Nutka za­zdro­ści skryta w jego gło­sie była wręcz nie­za­prze­czalna. Lu­bi­łam w nim tę za­bor­czość, ale jed­no­cze­śnie ja­kaś część mo­jej na­tury nie do końca ją ak­cep­to­wała. Ba­łam się, że nie bę­dzie umiał za­ak­cep­to­wać mo­jej pracy, a ta prze­cież sta­no­wiła ważny ele­ment mo­jego ży­cia. Tym jed­nak mo­głam po­mar­twić się nieco póź­niej.

- Na ra­zie wy­piję ja­kąś mro­żoną kawę, a po­tem sko­czę na małe za­kupy - od­po­wie­dzia­łam wy­mi­ja­jąco, do­strze­ga­jąc ką­tem oka szcze­rzą­cego się do mnie Sta­vrosa.

Bez­czel­nie w nas wpa­trzony, uśmie­chał się sze­roko, ro­biąc przy tym śmieszne miny i uda­jąc, że sam się z kimś obej­muje. Mu­sia­łam za­gryźć po­liczki, aby nie wy­buch­nąć śmie­chem.

Nie ro­zu­mia­łam, co mo­gło się stać z tym z re­guły sta­tecz­nym i groź­nie wy­glą­da­ją­cym męż­czy­zną. Tym bar­dziej nie mia­łam po­ję­cia, jak wy­tłu­ma­czy­ła­bym jego obec­ność Se­da­towi, gdyby ten za­uwa­żył go przez te wy­głupy. Obec­ność mo­jego grec­kiego opie­kuna zde­cy­do­wa­nie mu­siała po­zo­stać ta­jem­nicą. Przy­naj­mniej na ra­zie.

- Je­ste­śmy umó­wieni i pa­mię­taj, aby nie roz­glą­dać się na lewo czy prawo. Już zna­la­złaś męż­czy­znę swo­jego ży­cia - do­dał na od­chodne, po czym ca­łu­jąc mnie w po­li­czek, ner­wo­wym kro­kiem ru­szył w kie­runku knajpy.

Sta­łam, pa­trząc na jego syl­we­tkę zni­ka­jącą w po­grą­żo­nym w mroku ba­rze, po czym ostatni raz zer­k­nę­łam gniew­nie na Greka i ru­szy­łam wol­nym kro­kiem w kie­runku cen­trum.

Se­dat

Wku­rzony na Ar­slana wy­sia­dłem z tak­sówki i nie­mal bie­giem ru­szy­łem w kie­runku nie­wiel­kiej pie­karni usy­tu­owa­nej na końcu dep­taka w cen­trum. Z re­guły wszyst­kie sto­liki były oku­po­wane przez lo­kal­nych miesz­kań­ców. Nie bez po­wodu - He­mşin F?r?n miał cał­kiem nie­złą her­batę i na­prawdę smaczne wy­pieki wła­snej pro­duk­cji, a ze względu na lo­ka­li­za­cję, mało kto z za­gra­nicz­nych od­wie­dza­ją­cych tam do­cie­rał.

Z da­leka do­strze­głem moją Ba­się. Sie­działa po­chy­lona nad ka­wał­kiem jej ulu­bio­nego cia­sta fi­go­wego, sku­biąc je wi­del­czy­kiem. Była za­my­ślona, cał­ko­wi­cie po­grą­żona w swoim wła­snym świe­cie, ale lekki uśmiech zdo­biący jej ob­li­cze spo­wo­do­wał, że po­czu­łem lek­kie ukłu­cie w sercu.

Wbrew temu, co jej obie­ca­łem, nie mo­głem po­świę­cić jej zbyt wiele czasu tego po­po­łu­dnia. Nie­stety, Em­rah zo­ba­czył mnie z nią, kiedy przy­szła w po­bliże baru, i nie omiesz­kał po­in­for­mo­wać o tym Meh­meta. Ten mały skur­wy­syn, cho­ciaż mó­wiąc tak o nim, ob­ra­ża­łem jego matkę, naj­bar­dziej po­rządną osobę w tej ro­dzi­nie, na­tych­miast wy­my­ślił mi ja­kieś bzdurne za­da­nie. Jego re­ali­za­cja mo­gła po­cze­kać ty­dzień, a na­wet dwa, ale wy­dał to po­le­ce­nie tylko po to, abym nie miał zbyt dużo wol­nego czasu przed wie­czo­rem. Pró­bo­wa­łem pro­te­sto­wać, do­ma­gać się na­leż­nego mi czasu wol­nego, ale szybko zo­sta­łem uci­szony przez Ar­slana, do któ­rego za­dzwo­nił za­wczasu ten bez­na­dziejny smar­kacz.

Cóż, mu­sia­łem brać to, co da­wał mi los, a dziś po­da­ro­wał mi nie­zwy­kle dużo. Dał szansę uj­rzeć ko­bietę, za którą tak bar­dzo tę­sk­ni­łem. Uśmiech­ną­łem się lekko, pró­bu­jąc przy­brać bez­tro­ski wy­raz twa­rzy, po czym pod­sze­dłem ci­cho do cze­ka­ją­cej na mnie Basi i przy­tu­li­łem ją mocno, za­cho­dząc od tyłu. Pi­snęła prze­stra­szona.

Szybko od­wró­ciła głowę, tym sa­mym pa­trząc mi pro­sto w oczy. Na­sze nosy nie­mal sty­kały się ze sobą, a na­sze usta, spra­gnione wza­jem­nego do­tyku, po­łą­czyły się w peł­nym pa­sji po­ca­łunku. Sma­ko­wała prze­pysz­nie! Gorzki aro­mat kawy mie­szał się ze sło­dy­czą cia­sta i jej warg. Za­to­pi­łem się w tym od­czu­ciu, za­po­mi­na­jąc, że je­ste­śmy w miej­scu pu­blicz­nym, a część na­szej wi­do­wni sta­no­wią dzieci koń­czące o tej po­rze szkołę. Wdar­łem się ję­zy­kiem do wnę­trza jej ust, zmu­sza­jąc do ule­gło­ści. Chcia­łem, aby wie­działa, że jest moja. Zwłasz­cza po tym, jak zo­ba­czy­łem on­line jej współ­pra­cow­ni­ków, jak sama ich okre­śliła. Ich obec­ność w jej po­bliżu nie da­wała mi spo­koju, wzbu­dza­jąc ko­lejne fale za­zdro­ści.

Do­piero po dłuż­szej chwili i to z wiel­kim tru­dem, udało mi się od niej ode­rwać. Przyj­rza­łem się jej uważ­nie. Ele­gancka su­kienka z rę­ka­wem trzy czwarte do­sko­nale le­żała na jej ide­al­nym dla mnie ciele, za­pewne sku­pia­jąc na so­bie spoj­rze­nia więk­szo­ści mi­ja­ją­cych nasz męż­czyzn. Jej dłu­gie blond włosy spięte w luźny kok nada­wały jej ob­li­czu sek­sa­pilu, spra­wia­jąc, że moje my­śli wę­dro­wały w kie­runku sy­pialni i tego, co bym chciał tam z nią ro­bić.

Skup się chło­pie, na­ka­za­łem so­bie, od­ga­nia­jąc po­żą­da­nie, które za­czy­nało po­woli od­bie­rać mi moż­li­wość ra­cjo­nal­nego my­śle­nia. Czu­łem, że je­śli wkrótce jej nie po­sma­kuję, to osza­leję z pra­gnie­nia.

- Tak do­brze cię wi­dzieć - wy­zna­łem, gdy już przy­sia­dłem przy sto­liku - ale dla­czego nie uprze­dzi­łaś, że przy­jeż­dżasz?

- Nie­spo­dzianka! - po­wie­działa, a ja od­nio­słem wra­że­nie, że za jej sło­wami kryło się coś jesz­cze, zu­peł­nie jakby miała ta­jem­nicę, którą nie chciała się ze mną po­dzie­lić.

- Na długo zo­sta­jesz? - spy­ta­łem, sta­ra­jąc się nie szu­kać dziury w ca­łym.

- Trzy, może cztery dni - stwier­dziła nie­pew­nie, jakby sama nie wie­działa, ile czasu tym ra­zem bę­dziemy mieli dla sie­bie. - Wszystko za­leży od Anny. Mam cał­kiem ela­styczny gra­fik w pracy, wiele rze­czy mogę wy­ko­nać on­line, ale nie­stety od czasu do czasu mu­szę po­ka­zać się w biu­rze - wy­tłu­ma­czyła szybko.

Kiedy za­częła mó­wić o pracy, jej ciało cał­ko­wi­cie się roz­luź­niło, a jej oczy na­brały bla­sku. Gdy wspo­mniała imię swo­jej sze­fo­wej, od razu do­strze­głem uwiel­bie­nie, ja­kim da­rzyła tę ko­bietę. Cie­szyło mnie to oczy­wi­ście, ale jed­no­cze­śnie wy­wo­ły­wało nie­zdrową za­zdrość. Ja naj­chęt­niej uciekł­bym od Ar­slana na­wet dziś. Nie­stety nie mia­łem jak. No i gdzie miał­bym się po­dziać z młod­szym bra­tem, który prze­cież na­dal mu­siał cho­dzić do szkoły?

- Ko­chasz swoją pracę, prawda? - spy­ta­łem, cho­ciaż zna­łem na nie od­po­wiedź.

Może nie mia­łem jej zbyt wiele do za­ofe­ro­wa­nia, przy­naj­mniej nie tu i te­raz, ale chciał­bym, aby mo­gła być obok mnie na wy­cią­gnię­cie ręki. Dzie­liło nas rap­tem czter­dzie­ści sie­dem ki­lo­me­trów, li­cząc w li­nii pro­stej, ale na dro­dze stało nam nie tylko mo­rze, ale rów­nież gra­nica mię­dzy dwoma pań­stwami.

- Zde­cy­do­wa­nie. Dawno temu Anna do­słow­nie ura­to­wała mi ży­cie, po­da­jąc po­mocną dłoń, gdy się­gnę­łam kom­plet­nego dna - wy­znała, a ból w jej gło­sie spra­wił, że sam po­czu­łem się źle. - Gdyby nie ona i ta praca, pew­nie ni­gdy by­śmy się nie spo­tkali.

- Nie wie­dzia­łem...

- Mało kto wie, tylko za­ufane osoby mogą po­znać tę hi­sto­rię - mruk­nęła, od­ry­wa­jąc ode mnie spoj­rze­nie swo­ich pięk­nych nie­bie­skich tę­czó­wek.

Do­my­śli­łem się, że na mo­ment za­tra­ciła się we wspo­mnie­niach, za­równo tych złych, jak i do­brych, które do­pro­wa­dziły ją do tu i te­raz. Ja­kaś część mnie chciała spy­tać, czy jej sze­fowa nie mo­głaby zro­bić dla mnie tego sa­mego, co zro­biła dla niej. Wie­dzia­łem jed­nak, że to bez sensu. W końcu jako męż­czy­zna po­wi­nie­nem sam so­bie po­ra­dzić z gów­nem, w które się wpa­ko­wa­łem.

- A czy ja kie­dyś będę miał szansę ją usły­szeć? - spy­ta­łem, pró­bu­jąc sku­pić się na te­raź­niej­szo­ści.

Tak wiele rze­czy jesz­cze o so­bie nie wie­dzie­li­śmy, tak wielu rze­czy mu­sie­li­śmy się na­uczyć. To, co zro­dziło się mię­dzy nami, było nie­wąt­pli­wie piękne, ale jak na ra­zie stało na bar­dzo nie­pew­nych fun­da­men­tach, które cały czas pod­my­wały wzbu­rzone fale wy­wo­łane przez moje dawne de­cy­zje.

- To nic spe­cjal­nego - zba­ga­te­li­zo­wała sprawę, ale w jej to­nie wy­czu­łem smu­tek prze­mie­szany ze zło­ścią. - Uwie­rzy­łam męż­czyź­nie, któ­remu wie­rzyć nie po­win­nam. Po­wie­rzy­łam mu wszystko, co mia­łam, a na­wet wię­cej, on zaś za­brał to wszystko, zo­sta­wia­jąc mnie w ob­cym kraju zu­peł­nie samą. Nie mia­łam na­wet pie­nię­dzy na bi­let po­wrotny do Pol­ski. To wła­śnie wtedy po­zna­łam Annę, a ona, zu­peł­nie obca mi ko­bieta, nie tylko dała mi pracę, ale też po­mo­gła od­zy­skać wszystko, co stra­ci­łam, da­jąc na­uczkę wi­no­wajcy.

Za­nie­mó­wi­łem, bo ta­kich hi­sto­rii z całą pew­no­ścią nie sły­szy się co­dzien­nie. W za­le­d­wie kil­ku­na­stu sło­wach, wy­po­wie­dzia­nych niby od nie­chce­nia, za­mknęła nie­wia­ry­godną sy­tu­ację, która mo­głaby zła­mać nie jed­nego dużo sil­niej­szego od niej czło­wieka.

To uczy­niło ją w mo­ich oczach jesz­cze wspa­nial­szą. W końcu, je­śli coś tak złego nie znisz­czyło do­bra, które po dziś dzień w so­bie no­siła, to ist­niała szansa, że po­zo­sta­nie przy moim boku mimo pro­ble­mów, z któ­rymi się bo­ry­ka­łem.

Jed­no­cze­śnie po­czu­łem złość na nie­zna­nego mi męż­czy­znę. Naj­chęt­niej tłukł­bym go tak długo, aż wy­brzmi jego ostatni od­dech. Na­wet je­śli miał­bym pójść za to sie­dzieć.

- Gdzie znajdę tego... - za­bra­kło mi słowa, a może ra­czej nie chcia­łem wy­po­wia­dać tego nie­cen­zu­ral­nego, które pchało mi się na usta.

- Uwierz mi, nie mo­żesz zro­bić mu nic gor­szego od tego, co zro­biła mu Anna - wy­znała na­gle Ba­sia, za­ska­ku­jąc tą szcze­ro­ścią nie tylko mnie, ale chyba rów­nież samą sie­bie.

- Mogę go za­bić - stwier­dzi­łem, ma­jąc na­dzieję, że moja po­stawa jej nie za­szo­kuje.

- To by było dla niego wy­ba­wie­niem - za­opo­no­wała, wpra­wia­jąc mnie tym sa­mym w osłu­pie­nie. - Pod­pi­sał pewne do­ku­menty da­jące An­nie, a po czę­ści rów­nież mnie, pełną wła­dzę nad nim. Przy­naj­mniej do czasu spłaty ogrom­nego długu. Ma do wy­boru to albo hańbę w oczach ca­łej ro­dziny. I tu na­leży nad­mie­nić, że jego fa­mi­lia za­li­cza się do tych bar­dzo tra­dy­cyj­nych, bio­rą­cych so­bie do serca próby znisz­cze­nia jej wi­ze­runku. Gdy­by­śmy ujaw­niły, co robi i jak za­ra­bia na ży­cie, praw­do­po­dob­nie zna­la­złby się ja­kiś wuj, stryj czy inny ku­zyn, który zro­biłby to, co sam za­ofe­ro­wa­łeś i nie mru­gnąłby przy tym po­wieką.

Spoj­rza­łem na nią, jak­bym wi­dział ją po raz pierw­szy w ży­ciu. Przez czy­sty przy­pa­dek po­zna­łem wła­śnie jej dru­gie, zu­peł­nie nowe ob­li­cze. Na­dal była moją słodką, ko­chaną Ba­sią, ale te­raz do­strze­głem w niej rów­nież zde­cy­do­wa­nie i siłę, któ­rych wcze­śniej tam nie było.

- Twoja sze­fowa musi być nie­zwy­kłą ko­bietą, skoro po­śpie­szyła ci na ra­tu­nek, de­cy­du­jąc się na... sam nie wiem... szan­taż?

Moja to­wa­rzyszka ro­ze­śmiała się w od­po­wie­dzi, a w tym wy­bu­chu kryła się czy­sta ra­dość, nie­ska­lana sar­ka­zmem czy iro­nią.

- Szan­taż to bar­dzo brzyd­kie słowo - zru­gała mnie na­tych­miast. - On sam, z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli pod­pi­sał te do­ku­menty, li­cząc na szybką kasę. Nie­stety, nie do­czy­tał wszyst­kich wa­run­ków umowy, a zwłasz­cza tych spi­sa­nych drob­nym drucz­kiem - wy­ja­śniła usłuż­nie z uśmie­chem na ustach, jakby na­dal ba­wiło ją wspo­mnie­nie tam­tej sy­tu­acji.

Jej słowa nie wy­ja­śniły mi ni­czego, wręcz prze­ciw­nie, wpro­wa­dziły jesz­cze więk­szy za­męt.

- Nie­mniej jed­nak nie każdy pra­co­dawca oka­za­łby tyle zro­zu­mie­nia dla pry­wat­nych pro­ble­mów pra­cow­nika.

- Anna z całą pew­no­ścią nie jest zwy­kłą sze­fową. Nie dla mnie, ale też i in­nych pod­wład­nych. Jest jak ro­dzina, star­sza sio­stra, która czuwa nad moim szczę­ściem. Jest wzglę­dem mnie bar­dziej ko­cha­jąca niż ro­dzona matka, która wy­rze­kła się mnie na roz­kaz ojca.

Ta roz­mowa sta­wała się co­raz bar­dziej nie­po­ko­jąca i zbyt po­ważna jak na miej­sce, w któ­rym się to­czyła. Chcia­łem po­znać sie­dzącą obok mnie ko­bietę, ale nad­miar in­for­ma­cji za­czy­nał mnie przy­tła­czać. Jedna nie­spo­dzianka go­niła ko­lejną, po­trze­bo­wa­łem chwili i kilku dłuż­szych od­de­chów, by to wszystko zro­zu­mieć i prze­tra­wić. Jej uśmiech i do­broć ka­zały mi wie­rzyć, że jej ży­cie było usłane ró­żami, te­raz zaś do­wia­dy­wa­łem się, że prze­zna­cze­nie do tej pory rzu­cało jej same kłody pod nogi. Na­wet ja i moja sy­tu­acja oka­zały się pro­ble­ma­tycz­nym pro­ble­mem, może na­wet więk­szym niż te wcze­śniej­sze. Po­sta­no­wi­łem skie­ro­wać tor na­szej kon­wer­sa­cji na znacz­nie mil­sze tory.

- Czy wie­czo­rem, po mo­jej pracy spo­tkamy się, cho­ciaż na chwilę?

- W nocy - po­pra­wiła mnie od razu i miała zu­pełną ra­cję, po­nie­waż bar z re­guły opusz­cza­łem mię­dzy pierw­szą a drugą.

- Niech ci bę­dzie, w nocy! - zgo­dzi­łem się z nią szybko. - Może coś zjemy? Nie­da­leko Blue Portu jest mała knajpa ser­wu­jąca cał­kiem nie­złą kuch­nię tu­recką i co naj­waż­niej­sze, jest otwarta do trze­ciej, a cza­sami na­wet czwar­tej nad ra­nem, za­leż­nie od ob­ło­że­nia.

- A może... - urwała, po czym ner­wowo od­wró­ciła ode mnie wzrok, czer­wie­niąc się przy tym uro­czo - po pro­stu na­pi­jemy się cze­goś na bal­ko­nie mo­jego po­koju ho­te­lo­wego?

Za­nie­mó­wi­łem! Nie­do­wie­rza­nie i eks­cy­ta­cja mie­szały się ze sobą, spra­wia­jąc, że z tru­dem za­cho­wa­łem spo­kój, który po­wi­nie­nem oka­zy­wać w miej­scu pu­blicz­nym. Zwłasz­cza że obok nas sie­działa star­sza ko­bieta z głową za­krytą chu­stą, a to­wa­rzy­sząca jej za­pewne córka miała na so­bie rów­nie tra­dy­cyjny strój.

- Bar­dzo bym chciał, ale... w ho­telu jest re­cep­cja i ja­kaś ochrona... - za­czą­łem nie­skład­nie tłu­ma­czyć, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc zna­leźć ja­kieś roz­wią­za­nie umoż­li­wia­jące mi spę­dze­nie tej nocy w to­wa­rzy­stwie Basi.

- Przy­pad­kowo, sama nie wiem jak, wy­na­ję­łam na twoje na­zwi­sko po­kój są­sia­du­jący z moim - za­żar­to­wała ci­chym, lekko za­wsty­dzo­nym gło­sem.

Za­mu­ro­wało mnie! Mój anioł za­pla­no­wał dla nas ro­man­tyczną schadzkę! Naj­chęt­niej po­rwał­bym ją do łóżka już te­raz, nie cze­ka­jąc na na­dej­ście nocy. Nie­stety nie mia­łem ta­kiej moż­li­wo­ści.

- Na­wet nie masz po­ję­cia, jak bar­dzo na to cze­kam - wy­zna­łem szcze­rze, zda­jąc so­bie sprawę, że szcze­rość w tym mo­men­cie bę­dzie naj­roz­sąd­niej­szym wyj­ściem. - Po pro­stu nie chcę na cie­bie na­ci­skać.

Po­pa­trzy­łem jej w oczy i zo­ba­czy­łem w nich wszyst­kie od­po­wie­dzi, ja­kich po­trze­bo­wa­łem.

- Przy­jadę pro­sto po pracy, ale mu­sisz mi po­wie­dzieć, czy w ho­telu przyj­mują kartę, czy mu­szę mieć ze sobą go­tówkę. Nie chcę tra­cić czasu w nocy, szu­ka­jąc ban­ko­matu...

- A po co? Masz ja­kieś pilne wy­datki? - spy­tała to­nem tak rze­czo­wym, że aż po­czu­łem się jak na ja­kimś spo­tka­niu biz­ne­so­wym.

- Po­kój, który dla mnie wy­na­ję­łaś... - spre­cy­zo­wa­łem nie­pew­nym to­nem, na­gle gu­biąc się nieco w tej roz­mo­wie.

- Wszystko już jest za­ła­twione, bę­dziesz tylko mu­siał po­ka­zać swój do­wód toż­sa­mo­ści. Po­trze­bują ja­kie­goś nu­meru T.C., nie­stety nie zna­łam go.

Kurwa, za­klą­łem so­czy­ście w my­ślach. Nie chcia­łem, aby za mnie pła­ciła. Tak, zda­wa­łem so­bie sprawę, że zwy­kle za­trzy­my­wała się w do­brych, a co za tym idzie dro­gich ho­te­lach, ale prze­cież nie za­mie­rza­łem zo­stać jej utrzy­man­kiem!

- Ba­siu, ko­cha­nie - po­wie­dzia­łem spo­koj­nym to­nem, za wszelką cenę pró­bu­jąc zła­go­dzić atak zło­ści, który od środka roz­sa­dzał mi czaszkę - nie mogę po­zwo­lić, abyś wy­da­wała na mnie swoje pie­nią­dze.

- Spo­koj­nie, wrzu­cam to w koszty - mruk­nęła, jakby to nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia. - Mam, na po­le­ce­nie Anny oczy­wi­ście, małe za­da­nie do wy­ko­na­nia tu w Tur­cji.

- Ale...

- Nie będę cię za­nu­dzać szcze­gó­łami. Po pro­stu przyjdź. Za­trzy­ma­łam się w tym ho­telu co zwy­kle - po­pro­siła, a jej czułe spoj­rze­nie spra­wiło, że na mo­ment za­po­mnia­łem nie tylko o swo­jej zło­ści, ale też o ca­łym świe­cie.

Nie­stety ta wy­jąt­kowa chwila nie trwała długo. Mój te­le­fon za­dzwo­nił, a na wy­świe­tla­czu po­ja­wiło się imię Ar­slana. Mia­łem ochotę so­czy­ście za­kląć, ale zdu­si­łem to uczu­cie w za­rodku i po pro­stu klik­ną­łem zie­loną słu­chawkę, pod­no­sząc apa­rat do ucha.

- Gdzie ty, do kurwy nę­dzy, je­steś? Spo­tka­łeś się z tą cnotką nie­wy­dymką, za­miast sie­dzieć tu­taj i jesz­cze raz spraw­dzić wie­czorne re­zer­wa­cje? Li­sty trans­fe­rowe same się nie zro­bią!

- Tak jak każdy pra­cow­nik mam prawo do dwóch go­dzin... - chcia­łem za­pro­te­sto­wać, na­wią­zu­jąc do prze­rwy prak­ty­ko­wa­nej przez więk­szość pra­cow­ni­ków branży tu­ry­stycz­nej w Tur­cji.

- Masz prawo do gówna i tylko wtedy, je­śli ci na to po­zwolę. Chcę cię wi­dzieć w ba­rze w ciągu pięt­na­stu mi­nut, ina­czej po­ża­łu­jesz!

W te­le­fo­nie roz­le­gła się ci­sza. Mój szef po pro­stu wy­dał po­le­ce­nie, po czym nie cze­ka­jąc na­wet na od­po­wiedź, roz­łą­czył się. Wie­dział, że jego roz­kaz zo­sta­nie na­tych­miast wy­ko­nany.

- Mu­sisz już iść? - za­py­tała Ba­sia, za­pewne wi­dząc moją nie­za­do­wo­loną minę.

- Nie­stety... Ale wi­dzimy się tuż po tym, jak skoń­czę pracę.

Uśmiech­nęła się, ale w tym gry­ma­sie nie było ni­czego, co wska­zy­wa­łoby na ra­dość. Za to za­uwa­ży­łem w nim wiele smutku, który pró­bo­wała za­ma­sko­wać pozą. Wiem, że w ten spo­sób chciała spra­wić, bym nie czuł się źle. Nie­stety, pa­ra­dok­sal­nie to tylko spo­tę­go­wało moje po­czu­cie winy.

Po­de­rwa­łem się z krze­sła, ona zro­biła to samo. To było jak za­pro­sze­nie do tego, by cho­ciaż na chwilę przy­tu­lić ją, da­jąc po­czu­cie mi­ło­ści i bez­pie­czeń­stwa. Nie pro­te­sto­wa­łem, w końcu sam po­trze­bo­wa­łem nieco siły, aby prze­trwać wie­czór z Ar­sla­nem, który zde­cy­do­wa­nie nie był dziś w do­brym na­stroju.

Za­mkną­łem ją w ra­mio­nach, chło­nąc jej cie­pło i ko­biecą mięk­kość. Za­nu­rzy­łem twarz w jej wło­sach, wdy­cha­jąc ich za­pach, jakby był naj­pięk­niej­szym aro­ma­tem na ziemi. Zresztą dla mnie był...

Na wpół za­częta myśl umknęła mi z głowy, po­nie­waż wła­śnie wtedy go do­strze­głem. Na po­zór nie wy­róż­niał się z tłumu. Mógł mieć za­równo czter­dzie­ści kilka, jak i sześć­dzie­siąt kilka lat. Cho­ciaż ze względu na zmarszczki wnio­sko­wa­łem, że był star­szy. Za­dbany, do­brze ubrany, a pod ko­szulą, którą za­ło­żył, dało się do­strzec po­kaźne mię­śnie, które z pew­no­ścią nie były dzie­łem żad­nego tre­nera per­so­nal­nego. Taka rzeźba po­wstała na sku­tek dłu­giej oraz in­ten­syw­nej ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej "w te­re­nie". A jed­nak już go dziś gdzieś wi­dzia­łem i prze­czu­cie pod­po­wie­działo mi, że nie był to przy­pa­dek. Po­przed­nim ra­zem, gdy go do­strze­głem, rów­nież przy­tu­la­łem moją ko­bietę, cho­ciaż było to do­bre trzy ki­lo­me­try stąd! Wbi­łem więc w niego upo­rczywe spoj­rze­nie, na­dal obej­mu­jąc Ba­się, która nie była świa­doma, że chyba ktoś ją śle­dzi. A może to ja mia­łem ogon? Mu­sia­łem to spraw­dzić!

Na ra­zie nie chcia­łem jej nic mó­wić, aby nie wy­wo­ły­wać pa­niki. Cho­ciaż może po­wi­nie­nem? Nie bar­dzo wie­dząc, co zro­bić, wy­pu­ści­łem moją ko­bietę z ra­mion i ru­szy­łem przed sie­bie w po­szu­ki­wa­niu tak­sówki. Po­wi­nie­nem jak naj­szyb­ciej wró­cić do baru, aby jesz­cze bar­dziej nie na­ra­zić się sze­fowi. Temu sa­memu, któ­remu sa­mo­dziel­nie i cał­kiem bez­myśl­nie od­da­łem wła­dzę nad moim ży­ciem.