Wprowadzenie
Wtedy ta chwila wydawała się niewinna. Miałam osiem albo dziewięć lat i piekłam z mamą ciasto czekoladowe. Obok garnka leżała koperta, zaadresowana do niej nienagannym, pochyłym odręcznym pismem. Podniosłam ją, wysmarowując czekoladą, i zadałam oczywiste pytanie: dlaczego jest na niej napisane "Pani (Imię i Nazwisko Mojego Ojca)"? "Pani" oznacza przecież, że list przeznaczony jest dla mojej mamy - tyle już rozumiałam. Ale dlaczego zwracano się do niej imieniem i nazwiskiem mojego ojca, a nie jej własnym? Nie byłam nad wiek rozwiniętą feministką, która lubi się czepiać, ale moje poczucie sprawiedliwości zostało naruszone. Matka odpowiedziała rzeczowo, a nawet z pewną dumą, że tak się po prostu robi, kiedy kobieta wyjdzie za mąż. Wydawało jej się to jasne i nieskomplikowane. Ale nie potrafiłam odpuścić: dlaczego mojej wspaniałej matce, nadzwyczajnej szefowej kuchni, która równocześnie wychowuje czworo małych dzieci i studiuje, nie przeszkadza chowanie się za nazwiskiem męża? Jako dziewczynka wychowywana z trójką braci musiałam się tego dowiedzieć. Ale kiedy zaczęłam naciskać, słowa, ton głosu i język ciała mojej mamy jasno dały mi do zrozumienia, że jest to coś, o co nie powinnam pytać.
Nie po raz pierwszy spotkałam się z czymś, co wydawało mi się niesprawiedliwe, ale o czym - ku mojemu zdumieniu - otaczający mnie dorośli unikali rozmowy. W mojej synagodze ławki dla chłopców i mężczyzn biegły przez środek, a dziewczynki i kobiety siedziały po bokach, co wskazywało jednoznacznie, że w męskim świecie nasze miejsce znajduje się na obrzeżach. Rabin i wszystkie ważne osoby biorące udział w nabożeństwie byli mężczyznami. W czytanych tekstach słowo "on" i męskie formy osobowe odnosiły się do obu płci, a opowieści o kobietach było bardzo niewiele. Kiedy poruszałam tę kwestię, słyszałam w odpowiedzi, że postępujemy tak, a nie inaczej, ze względu na tradycję, co dziś odczytuję jako zaszyfrowane polecenie: "przestań zadawać pytania".
Tym etosem przesiąknięta była także moja edukacja: moja bystra nauczycielka angielskiego w liceum, czarnoskóra kobieta, grubą czerwoną kreską wykreśliła z mojego wypracowania żeńską formę ze wszystkich użytych przeze mnie "on/ona". "Żeby uniknąć nieporozumień - wyjaśniła - zamiast obu form używaj męskiej", a potem dodała dobitnie: "To nie seksizm, tylko powszechna praktyka".
Tradycja. Powszechna praktyka. Żeby uniknąć nieporozumień. Ale nic nie było dla mnie bardziej niezrozumiałe niż fakt, że osoby, które są moimi autorytetami, przekonują mnie na różne sposoby, że w wymazywaniu obecności dziewcząt z narracji o świecie nie ma nic złego. Minęło wiele czasu, zanim zrozumiałam, że kategorie "seksizmu" i "powszechnej praktyki" mogą się ze sobą pokrywać i nierzadko tak się właśnie dzieje, a dyskomfort, jaki może to powodować u niektórych osób, lekceważy się jako "przewrażliwienie".
Płeć biologiczna i płeć kulturowa miały wkrótce stać się jednym z tematów moich badań, które prowadziłam na Uniwersytecie Harvarda i Northwestern University, kiedy podjęłam studia doktoranckie z psychologii klinicznej i rozpoczęłam karierę naukową, której fundamentem było zrozumienie związków pomiędzy uprzedzeniami płciowymi, sprawiedliwością społeczną i zdrowiem psychicznym. Ale dla mnie samej terapeutyczne okazało się zrozumienie wpływu, jaki miały na mnie doświadczenia z dzieciństwa, w których moje wrodzone poczucie sprawiedliwości zostało unieważnione. Jako dorastająca dziewczyna często czułam, że jeśli za bardzo się wychylę, dostanę od kogoś po głowie. W pewnym momencie chwyciłam więc za młotek i sama zaczęłam się nim okładać. Ukrywałam głęboko wszystko, co było we mnie najbardziej autentyczne, ponieważ przez całe życie uczono mnie, że wyjście z ukrycia nie tylko jest niebezpieczne, ale też byłoby niesprawiedliwe. Niesprawiedliwe, ponieważ zajęłabym wtedy miejsce, które nie jest dla mnie przeznaczone, ale również dlatego, że kobiety żyjące przede mną nie miały takiej możliwości.
Te przeżycia z dzieciństwa zaczęły we mnie budzić smutek zmieszany z poczuciem, że zostałam zdradzona. Poznawałam rówieśniczki z podobnymi doświadczeniami i wspólnie zadawałyśmy sobie pytanie: dlaczego dorosłe kobiety obecne w naszym życiu nie podzielały naszej ciekawości i gniewu? A przynajmniej nie przyznawały nam prawa do przeżywania tych emocji? Dopiero kiedy byłam na studiach, ktoś nazwał moje doświadczenie po imieniu, a ja poczułam się tak, jakby burzowe chmury skłębione nad moją głową wreszcie się rozstąpiły. W pracy zaliczeniowej z psychologii rozwojowej wspomniałam o tym, że w mojej rodzinie nie uznawano moich uczuć, często natomiast zarzucano mi, że jestem przewrażliwiona i dramatyzuję, ale dopiero dziś, jako osoba ściśle dostosowana do swojego otoczenia, potrafię to dostrzec. Profesorka napisała na marginesie mojej pracy: "Tak się mówi do dziewczynek, żeby wyperswadować im to, co czują!". Sytuacja, kiedy zaprzecza się twoim uczuciom albo traktuje je z niewiarą, stanowi zagrożenie egzystencjalne, szczególnie jeśli jesteś dzieckiem. Wezbrał we mnie gniew, który jednak po pewnym czasie minął, ponieważ zdałam sobie sprawę, że kobiety dysponowały kiedyś jeszcze mniejszą niż ja liczbą narzędzi pozwalających rozpoznać seksizm. I czy nie wszyscy rodzice próbują podnosić na duchu swoje dzieci, mówiąc im, żeby się nie przejmowały tym, czego się boją? Ta strategia sprawdza się w określonych sytuacjach: "nawet nie poczujesz ukłucia igły"; "babcia zmarła, ale ja zawsze będę przy tobie". W innych okolicznościach - szczególnie w przypadku dużych, systemowych problemów, takich jak seksizm i rasizm - takie podejście może być odebrane jako protekcjonalne, a czasem bywa po prostu szkodliwe. Dzisiaj, jako doświadczona psycholożka i matka zarówno syna, jak i córki, odczuwam zdecydowanie większą empatię wobec dorosłych kobiet, które problem nierówności płci zwyczajnie zamiatały pod dywan.
Jako rodzice jesteśmy między młotem a kowadłem: chcemy wzmacniać i kształtować wrodzone poczucie sprawiedliwości w naszych dzieciach, a jednocześnie przygotować je do życia w realnym świecie. Każdego dnia musimy podejmować setki drobnych decyzji dotyczących tego, co powiedzieć naszym dzieciom, co im wytłumaczyć, a co - z praktycznych względów - zignorować. Nawet jeśli moją matkę oburzał brak jej imienia i nazwiska na kopercie, musiała zdecydować, czy i w jaki sposób podzielić się tym z małą dziewczynką. Czy się zaniepokoję, jeśli przyzna, że to faktycznie niesprawiedliwość? Czy będę gorzej przygotowana do sprawnego funkcjonowania w świecie, który oczekuje od dziewczynek i kobiet, że milcząco zaakceptują taki stan rzeczy i nie będą zadawać pytań, oraz karze je, kiedy są nieposłuszne? Kiedy uznajemy, że warto o coś powalczyć, a kiedy po cichu zachęcamy nasze dzieci, żeby były elastyczne, szanowały tradycję i powszechną praktykę oraz unikały nieporozumień?
Takie decyzje podejmują wszyscy rodzice, ale matki wychowujące dziewczynki mają do wykonania dodatkowe zadanie, ponieważ problemy, z którymi borykają się nasze córki, zmuszają nas do bliższego przyjrzenia się naszym własnym doświadczeniom z dzieciństwa. Musimy dojść do ładu z naszymi przekonaniami i wspomnieniami, żeby nie powtarzać wobec naszych córek błędów niewiary, zaprzeczenia czy obarczania winą, których same byłyśmy ofiarami. Granica między przygotowaniem naszych dzieci do życia w świecie a wpojeniem im lęku przed nim jest bardzo cienka. Nie chcemy malować im świata w przesadnie ciemnych barwach, ale jeszcze gorzej, jeśli nie będą wiedziały, czego się spodziewać. Muszą ufać swoim instynktom, bez względu na to, czy ścisk w żołądku wywołuje u nich złośliwy komentarz ze strony nauczyciela, czy zatrzymujący się przy nich samochód wypełniony nastoletnimi chłopakami. Muszą wiedzieć, co robić, kiedy czują, że serce wali jak szalone, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Naszym zadaniem jest nauczyć je dbać o swoją autonomię cielesną w świecie, w którym ich ciała często im samym wydają się obce i są narażone na niebezpieczeństwo; nauczyć je walczyć o siebie, kiedy będą do tego zmuszone, ale też lekko i bez poczucia winy odpuszczać, kiedy nie będą miały takiej możliwości. Chciałabym przede wszystkim, żeby moja córka wiedziała, jakie to uczucie - ufać samej sobie i żeby nigdy nie czuła się "niewystarczająco dobra", nawet jeśli czasem ktoś tak ją potraktuje. Chciałabym tego dla wszystkich naszych córek.
Jako psycholożce, najbliższy jest mi model odpowiedzialności osobistej, która wypływa ze zrozumienia własnych uczuć oraz tego, jak te uczucia kształtują nasze zachowania. W swojej pracy terapeutycznej spotykam jednak również klientki, które czują się odpowiedzialne za to, na co nie mają wpływu: dziewczynki, których anoreksję, depresję czy trudności w codziennym życiu powodują lub nasilają nie ich własne działania, ale sposób, w jaki są traktowane, ponieważ są dziewczynkami. Mam nadzieję, że ta książka pomoże wam wesprzeć wasze córki w rozróżnianiu tego, na co mają wpływ, od tego, co znajduje się poza ich kontrolą; tego, za co są odpowiedzialne, od tego, co od nich nie zależy; a także tego, za co ponoszą winę, od tego, czemu winne nie są - i co mogą zrobić, kiedy doświadczają seksizmu, który umniejsza ich poczucie własnej wartości.
Nawet bardzo małe dzieci posiadają fundamentalne poczucie sprawiedliwości: z badań obejmujących grupę wiekową o dolnej granicy dwunastu miesięcy wynika, że niemowlęta zauważają, kiedy zasoby zostają nierówno rozdzielone[1]. Kiedy dziewczynki formują poczucie własnego "ja" w otaczającym je świecie, potrafią już dostrzec, że szanse w grze nie są równe, ale rzadko komunikuje się im to wprost. Co gorsza, świat wokół nich aktywnie zachęca je do tego, żeby stępiły czułość swojego "wykrywacza niesprawiedliwości". Dorośli także często to robią - z tego samego powodu, dla którego wyłącza się piszczący czujnik dwutlenku węgla, kiedy tylko pojawi się oficjalny komunikat, że powietrze jest czyste i można swobodnie oddychać. Dziewczynki, które spotykam w swoim gabinecie, nieustannie opowiadają mi o tym, że w reakcji na próby zgłoszenia przez nie nękania ze względu na płeć pełni dobrych intencji dorośli strofują je, bagatelizują zdarzenie albo szafują komunałami w rodzaju: "Pewnie po prostu mu się podobasz". Uporczywe lekceważenie przez dorosłych sytuacji, w których dziewczęta doświadczają niesprawiedliwości, jest niczym wyraz milczącej aprobaty dla niewłaściwego zachowania i wywołuje w naszych córkach poczucie, że zostały porzucone, nie mają racji albo oszalały. Dziewczęta muszą usłyszeć, że to, co czują, jest prawdziwe i że nie muszą cierpieć w milczeniu.
Sprawiedliwość jest integralną częścią procesu, w ramach którego dziecko uczy się rozumieć, jak działa świat. Ale jeśli wobec wielorakich grup mamy różne oczekiwania - czy to ze względu na rasę, płeć, religię czy inne kategorie - zniekształcamy w oczach dziecka ideę sprawiedliwości i niszczymy jego naturalną zdolność do jej rozpoznawania. Na przykład jeśli Stella nie chce pomagać mamie w gotowaniu, kiedy jej brat bliźniak, Zach, w tym samym czasie idzie się pobawić, może usłyszeć, że mama chce po prostu spędzić z nią trochę "dziewczyńskiego czasu" albo że dziewczynki lepiej gotują (choć nie ma żadnych dowodów na to, że dziewczęta są lepszymi kucharzami niż chłopcy). Podobnie, jeśli mały Zach sprzeciwia się temu, że zawsze musi przedzierać się przez zaspy śnieżne, żeby wyrzucić śmieci, jego rodzice mogą mu powiedzieć, że to jego obowiązek, bo chłopcy są silni (choć w tym wieku dzieci dowolnej płci nie różnią się od siebie pod względem masy mięśniowej). Wyjaśnienia, jakich udzielamy naszym dzieciom, żeby wytłumaczyć odmienne odnoszenie się do różnych grup, są często niezgodne z prawdą i wpływają na wyobrażenia dziecka dotyczące tego, kim jest i dlaczego jest traktowane w taki, a nie inny sposób. Kiedy inaczej traktujemy dziewczynki i chłopców albo pozostawiamy takie zachowania bez komentarza, uczymy nasze dzieci kalibrować ich wykrywacze sprawiedliwości w taki sposób, by były nieczułe na seksizm.
Czy nie rozwiązaliśmy już dawno problemu seksizmu?
Krótka odpowiedź brzmi: "Nie".
Długa odpowiedź brzmi: "Nie, nie, nie, nie, nie".
W określonych epokach i miejscach kobietom było oczywiście trudniej. Dziś Amerykanki mogą decydować o tym, czy i kiedy wyjdą za mąż, mogą pracować, nosić spodnie, uprawiać sport i studiować; mogą nawet otworzyć konto w banku, kupić dom i wziąć pożyczkę bez pytania o pozwolenie męża lub ojca, co jeszcze w pokoleniu mojej matki nie było możliwe. Małżeństwa jednopłciowe są legalne, a w ciągu ostatniej dekady na poziomie federalnym i stanowym wprowadzono wiele nowych przepisów chroniących transpłciowe i niebinarne nastolatki oraz osoby, którym przypisano przy urodzeniu płeć żeńską[2].
A jednak...
Dowodów na postęp nazbyt często używa się, żeby uciszyć pytania o to, co wciąż pozostaje do zrobienia. W rzeczywistości opublikowane ostatnio, prowadzone od pięćdziesięciu lat badanie wskazuje, że od lat dziewięćdziesiątych postęp w kierunku równości płci zwolnił, ustał, a w najważniejszych obszarach nawet się cofnął[3]. Ochrona prawna w niektórych kwestiach wróciła do stanu sprzed kilku dekad - na przykład w 2020 roku na mocy państwowych wytycznych zawężono definicję przestępstwa seksualnego na kampusach, a w 2022 roku Sąd Najwyższy zniósł konstytucyjną ochronę prawa do aborcji. Choć powtarzamy dziewczętom, że kiedy dorosną, mogą zostać, kim tylko chcą, przepisy gwarantujące równość płac stają się fikcją; mówimy im, że mogą pogodzić ambicje zawodowe z życiem rodzinnym, ale w wielu stanach podmioty ustawodawcze dążą do delegalizacji antykoncepcji; choć dzieci LGBTQ+ mają dziś szansę zobaczyć więcej pozytywnych przykładów osób nieheteronormatywnych niż kiedykolwiek dotąd, w ponad dziesięciu stanach (a ich liczba wciąż rośnie) podjęto prace nad ustawami "Nie mów o homoseksualności" (ang. don't say gay), które zakazują nauczycielom i szkolnym pracownikom administracyjnym rozmawiać z nieheteronormatywnymi dziećmi o ich potrzebach i udzielać im wsparcia[4].
Podwójne wiązania i podwójne standardy wydają się obezwładniające, a jednak dziewczęta mierzą się z nimi każdego dnia. Słuchają "ekspertów", którzy w wiadomościach zastanawiają się głośno, czy #MeToo poszło "za daleko", choć codziennie idą do szkoły, w której spodziewają się molestowania, a dorośli przestrzegają je, żeby w barze czy na imprezie brały ze sobą drinka, kiedy idą do łazienki. Jedna na sześć kobiet doświadcza próby gwałtu lub gwałtu - większość między dwunastym a trzydziestym czwartym rokiem życia - a dziewięćdziesiąt osiem procent gwałcicieli nigdy nie zostaje pociągniętych do odpowiedzialności[5]. Nastolatki, które uważa się za zbyt młode na rozpoczęcie życia seksualnego, traktuje się jako wystarczająco dojrzałe do rodzicielstwa, jeśli zajdą w ciążę.
Od kilku dekad przepisy gwarantują równość wynagrodzeń, ale badania wskazują, że kobietom nadal płaci się mniej niż mężczyznom "wyłącznie z powodu ich płci (...), a w przypadku kobiet innej rasy niż biała różnica w wynagrodzeniu jest jeszcze większa"[6]. Kobiety pracują do późna poza domem, a mimo to nadal wykonują dwa i pół razy więcej obowiązków domowych i związanych z opieką nad dziećmi niż ich partnerzy[7]. Od kilkudziesięciu lat kobiety przewyższają liczbowo mężczyzn na uniwersytetach, ale władza na akademii wciąż spoczywa głównie w męskich rękach. W rankingu Fortune 500 kobiety stanowią jedynie dziesięć procent wszystkich dyrektorów generalnych i zajmują tylko dwadzieścia osiem procent miejsc w Kongresie Stanów Zjednoczonych[8]. Jedynie trzynaście procent reżyserów w Hollywood to kobiety, a w 2022 roku filmy z główną obsadą kobiecą stanowiły zaledwie jedenaście procent najbardziej kasowych produkcji - na tym tle Barbie, która weszła do kin w 2023 roku, stanowi wyjątkową anomalię[9].
Statystyki można mnożyć, ale w tym miejscu przypomnę jedynie, że pomimo bezspornych dowodów wiele osób wciąż twierdzi, że seksizm jest reliktem przeszłości. W pewnym obszernym badaniu osiemdziesiąt siedem procent kobiet pomiędzy osiemnastym a dwudziestym piątym rokiem życia zadeklarowało, że doświadczyły molestowania seksualnego, a połowa męskich respondentów przyznała, że dopuścili się molestowania, a jednocześnie niemal połowa wszystkich badanych zgodziła się z twierdzeniem, że "społeczeństwo osiągnęło punkt, w którym nie stosuje się już podwójnych standardów wobec kobiet"[10]. Rozbieżność jest szokująca.
Jako rodzicom zależy nam na tym, żeby nasze córki dobrze odnalazły się w naszej kulturze, ale jednocześnie chcemy chronić je przed jej zagrożeniami. W efekcie wysyłamy im sprzeczne komunikaty, które mogą być dla nich dezorientujące. Najpierw mówimy im, że liczy się nie wygląd, a wnętrze, żeby następnie stwierdzić, że proszą się o kłopoty, bo ubrały za krótkie szorty. (Jeśli komentujemy długość ich szortów, robimy dokładnie to, przed czym chcemy je chronić - seksualizujemy je - ale jeśli ugryziemy się w język, martwimy się, że nie przygotowaliśmy ich na to, jak świat będzie je postrzegać i traktować). Chcemy mieć wpływ na rzeczywistość, w której dziewczęta upokarza się i krzywdzi, a w efekcie sprawiamy, że czują się odpowiedzialne za to, jak zostaną potraktowane. Możemy im powtarzać, jakie to niesprawiedliwe, że niektórzy nie widzą w nich człowieka, a jedynie ciało, ale równocześnie komunikujemy im, że same muszą sobie z tym poradzić. Nie powinniśmy dołączać do chóru głosów powtarzających dziewczętom, że to na nich spoczywa obowiązek wypracowania strategii przetrwania w seksistowskim świecie. Powinniśmy natomiast tak wychowywać chłopców, żeby traktowali dziewczęta z szacunkiem i nie tolerowali seksizmu. Dlatego też - obok narzędzi i wsparcia, których dziewczynki potrzebują, żeby krytycznie przyjrzeć się zinternalizowanym narracjom na swój temat - dużo miejsca w tej książce poświęcam wychowaniu chłopców.
Nie sugeruję, że wszystkie dziewczęta i kobiety są ofiarami, a wszyscy chłopcy i mężczyźni oprawcami. Zastanawiam się natomiast nad tym, jak sprawić, żeby dziewczynki nie internalizowały ograniczających je i zniekształcających rzeczywistość komunikatów płynących z naszej kultury i żeby nie przedkładały uczuć, przekonań i wygody innych ponad własne. Staram się również odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób my, dorośli, pomagamy naszym córkom lepiej zrozumieć, co jest sprawiedliwe i jakiego traktowania powinny dla siebie wymagać - a w jaki czasem im to utrudniamy.
Po co w ogóle rozmawiać o tych wszystkich trudnych sprawach?
"Nie chcę, żeby postrzegała siebie jako ofiarę", powiedziała mi pewna matka o swojej córce. Doskonale rozumiałam, co ma na myśli. Łatwiej nam, jako rodzicom, skupić się na powtarzaniu naszym córkom, że są silne, równe chłopcom i mają moc. Może się nam wydawać, że mówiąc o tym, jak trudny czy przerażający bywa świat, ograbiamy je z niewinności albo uczymy je zawsze spodziewać się najgorszego. Ale kiedy przemilczamy trudne czy straszne doświadczenia, jakie stają się udziałem większości dziewczynek, pozbawiamy je szansy na zrozumienie kontekstu i nazwanie tego, co przeżyły, a tym samym pogłębiamy jeszcze ich dezorientację. Optymistyczna postawa: "Dziewczyny mogą wszystko!" to zdecydowanie za mało, żeby je chronić.
Dysponujemy językiem pozwalającym nazwać sposób traktowania, przed jakim chcielibyśmy chronić nasze córki: mizoginia, seksizm, uprzedzenia, dyskryminacja. Zaznajamiając je z tymi pojęciami, pomagamy im zrozumieć, że ani drobne afronty, ani głęboka niesprawiedliwość, nie są ich osobistą porażką, ale porażką systemu. Mamy tutaj pole do popisu. Nasze córki będą nieustannie niedoceniane, lekceważone i zagadywane. Będą oglądać telewizję, która przedstawia je najczęściej powierzchownie i trywialnie; będą czytać w szkole książki, których bohaterami zazwyczaj są mężczyźni, i uczyć się historii, która stanowi z grubsza zapis życiorysów szeregu konkretnych mężczyzn. Będą czytać gazety, w których najczęściej to mężczyźni omawiają dotyczące ich bezpośrednio kwestie, rozstrzygane niemal w całości przez męskich polityków. Systemy, na których polegają - nowoczesna demokracja, medycyna, wymiar sprawiedliwości - stworzone zostały przez i dla mężczyzn. Nawet grając w karty, przekonają się, że król jest potężniejszy niż królowa. Możemy jednak wyposażyć je w narzędzia, które pozwolą im identyfikować struktury władzy kryjące się za każdą interakcją międzyludzką - zanim nierówne traktowanie zniszczy ich poczucie własnej wartości.
Być może część z was myśli teraz: "Moja córka wie już przecież na ten temat więcej ode mnie". Dzięki mediom społecznościowym czy postępowej edukacji dziewczęta są dziś często lepiej zorientowane w meandrach ambiwalentnych przekazów kulturowych na temat kobiet. Niektóre znają na pamięć całą listę feministycznych argumentów na rzecz swojej autonomii cielesnej - być może użyły ich nawet kiedyś przeciw wam, usłyszawszy, że za żadne skarby nie pozwolicie im włożyć podartych dżinsów do kościoła. Ale ta feministyczna świadomość może też podsycać ich lęk, ponieważ uwypukla sprzeczność komunikatów kierowanych do młodych dziewcząt i powoduje, że trudniej im podejmować decyzje, seks kojarzy im się z czymś traumatycznym, a zadanie zapewnienia sobie równości staje się dla nich ciężarem.
Sama świadomość nie wystarczy, żeby poradzić sobie z realnym seksizmem - młode osoby nie posiadają jeszcze kognitywnych, emocjonalnych i społecznych zdolności pozwalających w pełni robić z niej użytek. Ich kiełkująca postawa feministyczna jest raczej formą polityki tożsamości. Wierzą, że każda jednostkowa decyzja ma wartość i daje siłę: "moje ciało, mój wybór!". Ich gotowość stawania w obronie własnych i cudzych wyborów ogromnie mi imponuje i daje mi nadzieję na prawdziwie inkluzywną przyszłość. Ich przekonanie o własnej zdolności do powiedzenia: "ręce precz!" podnosi mnie na duchu. Problem polega na tym, że tej mantrze niekoniecznie towarzyszy analiza i doświadczenia zdobyte w realnym świecie. Świadoma zgoda na przykład okazuje się kwestią o wiele trudniejszą w chwili, w której pojawiają się dezorientacja i presja. I o ile prawdą jest, że większość wyborów jest wartościowa sama w sobie, to jeśli nie towarzyszy im zrozumienie sił działających w danej sytuacji, choć niewidocznych gołym okiem, te wybory często bywają fikcją. Czym innym jest odkrycie zjawiska seksizmu w wieku kilkunastu lat i towarzyszące temu poczucie osamotnienia i beznadziei, a czym innym - doświadczenie seksizmu na własnej skórze i jednoczesna świadomość, że ma się przy sobie wspierającego rodzica.
Jako rodzice wychowujący dziewczęta powinniśmy przerwać błędne koło szkodliwych mechanizmów, kiedy nasze córki są jeszcze młode. Dezorientacja spowodowana sprzecznymi komunikatami, które z jednej strony przekonują dziewczęta, że są równe chłopcom, a jednocześnie nieustannie je uprzedmiotowiają i deprecjonują, nie znika wraz z wejściem w dorosłość. Drobnych urazów psychicznych jest coraz więcej, a z czasem zmieniają się one w permanentny stan zwątpienia we własną wartość. W swojej pracy terapeutycznej spotykam wiele pozornie wysoko funkcjonujących dorosłych kobiet, które zmagają się z tymi samymi problemami, co ich córki. Zamiast skupić się na swoich celach, całą swoją twórczą energię poświęcają na to, jak są postrzegane; unikają przywódczych ról z powodu niewystarczającej pewności siebie; patrzą na siebie okiem zewnętrznego obserwatora i czepiają się swojego ciała, cery, twarzy czy apetytu w sposób, jaki rzadko spotykam u chłopców i mężczyzn. Rywalizacja i zazdrość pomiędzy kobietami, zrodzone z toksycznej dla nich kultury, destabilizują ich relacje. Trauma niekoniecznie jest jednorazowym wydarzeniem; może być niewidoczną na pierwszy rzut oka pozostałością po dorastaniu w świecie, w którym obowiązuje przekonanie, że jesteś słaba, gorsza, nieracjonalna, przewrażliwiona, nie nadajesz się do pełnienia przywódczej roli i podejmowania ważnych decyzji. Ponad siedemdziesiąt lat po tym, jak Simone de Beauvoir ukuła pojęcie "drugiej płci", nasze córki wciąż należą do tej kategorii.
Co mogą zrobić rodzice?
Nawet ci z nas, którzy podsuwają swoim córkom książki z silnymi kobiecymi bohaterkami, zabierają je na manify i kupują im feministyczne gadżety, często czują się bezradni, kiedy przychodzi do rozmów o uprzedzeniach płciowych i seksizmie. "Dziewczyny mają moc" to wspaniałe hasło, które pomaga dziewczynkom budować poczucie sprawczości i szacunku do samej siebie, ale nie przygotowuje ich ono na niesprawiedliwe i nieprzyjemne zachowania, z jakimi mogą się spotkać, ani nie jest odpowiedzią na problem krzywdy i zagubienia, jakich doświadczają, kiedy spotykają się z niewłaściwym traktowaniem wyłącznie dlatego, że są dziewczynkami. Niniejsza książka jest próbą zapełnienia tej luki.
Wiemy dobrze, że jednorazowa rozmowa - w rodzaju "pogadanki" o bocianach i dzieciach znajdowanych w kapuście - jest nieskuteczna, nie tylko dlatego, że młodzi ludzie ze zgrozą zatykają wtedy uszy, ale też dlatego, że poszczególne elementy tego zagadnienia powinno się poruszać w różnym wieku. Podobnie jak seks, tak seksizm powinien stanowić temat nieustannie toczącej się rozmowy. Przede wszystkim chcemy pomóc dziewczętom identyfikować uprzedzenia typowe dla dojrzewania w męskocentrycznym świecie i znaleźć strategie, które pozwolą im unikać ich internalizacji. Moim celem jest wyposażyć was w język, którego dziewczęta potrzebują, żeby opisać wpływ, jaki ma na nie seksizm; zwracam też uwagę na dezorientację, którą czują dziewczęta, kiedy ich doświadczenia traktuje się z pobłażaniem i lekceważeniem. Podpowiadam, jak prowadzić rozmowy o trudnych sytuacjach, w których dziewczęta doświadczają seksizmu na różnych etapach swojego rozwoju, oraz jak modelować odpowiednie zachowania.
Kluczowym elementem przeciwdziałania seksizmowi jest przyjrzenie się naszym własnym zinternalizowanym seksistowskim uprzedzeniom (nawet ci z nas, którzy równo dzielą się obowiązkami domowymi w związku, nie są od nich wolni!) i ich przejawom w naszych działaniach wychowawczych, ponieważ to właśnie tutaj możemy najwięcej zmienić. Podobnie jak dwu- czy trzylatek patrzy na rodzica, żeby się upewnić, czy powinien bać się usłyszanego hałasu, tak dziewczęta patrzą na nas, szukając potwierdzenia, że mogą ufać swoim instynktom. Jeśli potrafimy rozpoznać, w jaki sposób do tej pory nieświadomie wzmacnialiśmy toksyczny przekaz kulturowy, możemy z nim walczyć. W kolejnych rozdziałach opiszę, jakie praktyczne działania możemy podjąć, żeby rozbroić "tradycje", które już nam nie służą - zarówno jako jednostki, jak i wspólnie, jako sojusznicy dążący do stworzenia sprawiedliwszego świata.
Zapoznając się z drobnymi, chronicznymi, piętrzącymi się upokorzeniami, których dziewczęta doświadczają i które uważają za normalne, zaczniecie dostrzegać, że ten nieprzerwany strumień poniżających komunikatów prowadzi w istocie do morza poważniejszych form molestowania i przemocy seksualnej, które jako społeczeństwo coraz silniej potępiamy i o których słyszymy codziennie w wiadomościach. W kolejnych rozdziałach omawiam źródła seksizmu - ta wiedza może nam pomóc wyjść poza schematyczne, oparte na stereotypach myślenie o płci i skutecznie bronić interesów naszych córek. Mam nadzieję, że dzięki tej książce lepiej zrozumiecie swoje córki i będziecie je wspierać w dostrajaniu ich "wykrywacza seksizmu", żeby mogły żyć pełnią życia. Żeby wiedziały, że im też należą się główne role i że one także mogą opowiadać żarty, a nie tylko śmiać się z nich - lub być ich przedmiotem.
W części pierwszej opowiem o tym, w jaki sposób - często nieświadomie - torujemy drogę uprzedzeniom płciowym i seksizmowi w życiu dziewcząt, kiedy sprzymierzamy się z kulturą poprzez nasze własne ukryte uprzedzenia i sztywne wzorce, jakie narzucamy sobie samym i naszym córkom. W części drugiej przyjrzę się dwóm głównym elementom kultury, które stanowią źródło seksizmu i jednocześnie go wzmacniają - kulturze piękna i mediom - i skupię się na najczęstszych obawach, którymi dzielą się ze mną rodzice. W części trzeciej omówię powszechne doświadczenia z życia dziewcząt, które uczą je, że zasługują na mniej, są mniej inteligentne i mają mniejszą moc sprawczą niż chłopcy, co powoduje, że nie są w stanie w pełni realizować swojego potencjału. W części czwartej skupię się na zagadnieniach seksu i seksualności i postaram się odpowiedzieć na pytanie, jak nauczyć dziewczęta prawdziwej autonomii cielesnej i sprawczości seksualnej. Przywołuję w tej książce sytuacje z własnego życia oraz z życia moich klientek, żeby omawiane tu koncepcje i wyniki badań stały się nieco bliższe naszemu doświadczeniu. Przykłady zaczerpnięte z mojej pracy terapeutycznej zostały odpowiednio zmodyfikowane, aby uniemożliwić identyfikację tożsamości poszczególnych osób, a część stanowi połączenie kilku wątków - wszystko po to, chronić prywatność osób, które obdarzyły mnie zaufaniem. W każdej z tych opowieści starałam się jednak w spójny i całościowy sposób opisać przebieg procesu terapeutycznego. Skupiłam się na najbardziej powszechnych problemach, z jakimi mierzą się dziewczęta i ich rodzice, jeśli więc odnajdziecie w tych opowieściach siebie, będzie to w równym stopniu przypadek, co świadomy zabieg.
Mam nadzieję, że dzięki lekturze tej książki łatwiej wam będzie wspierać wasze córki, kiedy przyjdzie im radzić sobie z dysonansem poznawczym wywołanym sprzecznością między tym, co na ich temat komunikuje im świat, a tym, jakie są naprawdę: silne, bystre i pełne potencjału.
Rozdział pierwszyEgalitarne relacje, równościowe rodzicielstwo
Jak przerwać międzypokoleniowe błędne koło seksizmu
Kontakt z seksizmem zaczyna się w domu, dlatego to od środowiska domowego zaczniemy jego analizę. Wiele matek bezrefleksyjnie przyjmuje stereotypową definicję "dobrej kobiety" i tego samego oczekuje od swoich córek - masz być miła, szczupła i przede wszystkim gotowa do poświęceń. Dostosowanie się do seksistowskiego systemu niesie ze sobą wiele korzyści, w tym poczucie, że udało ci się osiągnąć coś, z czym inne kobiety sobie nie radzą - zdobyłaś aprobatę dominującej kultury. Wielu ojców znajduje się w "niewygodnej sytuacji, kochają bowiem płeć, którą nauczono ich deprecjonować". Zdanie to - pochodzące z wydanej w 1994 roku przełomowej książki Mary Pipher pod tytułem Reviving Ophelia (Ożywić Ofelię), opowiadającej o tym, jak ocalić "ja" nastoletnich dziewcząt - głęboko zapadło mi w pamięć[1]. Kiedy ojciec umniejsza asertywnej kobiecie, pozwala sobie na mizoginiczny komentarz pod adresem syna, który "rzuca piłką jak dziewczyna", czy też zwraca się lekceważąco do swojej żony - deprecjonuje również swoją córkę.
Uprzedzenia bywają głęboko wdrukowane w nieświadomość pełnych dobrych intencji rodziców czy opiekunów, ale bardzo trudno je rozpoznać. Sami dorastaliśmy przecież w jeszcze bardziej seksistowskiej kulturze niż ta, w której dziś wychowujemy nasze córki. Często nie dostrzegamy, w jaki sposób nasze codzienne zachowania, relacje, tradycje, zasady religijne i język przyczyniają się do osłabiania pozytywnego obrazu samych siebie u dziewczynek. Pragniemy, żeby nasze córki odnalazły się w świecie, więc często bezrefleksyjnie zachęcamy je do podporządkowania się tradycyjnym normom kobiecości. Niewykluczone też, że narzucamy im te normy, bo powoduje nami nieuświadomiona zazdrość. Zdecydowanie częściej komplementujemy wygląd naszych córek niż synów, żartujemy, że mają romantyczne relacje z chłopcami, choć jeszcze nie wiedzą, czym jest zauroczenie, uciszamy ich stanowcze opinie i zachęcamy do odchudzania, ucząc je tym samym, że liczy się przede wszystkim ich wygląd i seksualność. Ale kiedy zaczynają dojrzewać, martwimy się, że za bardzo interesują się swoim wyglądem zewnętrznym i że wyrosną na płytkie albo "puszczalskie" nastolatki.
Jako (pozornie bezobjawowi) nosiciele wirusa seksizmu, przykładamy równie dużą wagę do wyrażanych emocji u chłopców, co do wyglądu u dziewczynek. Wywierana na chłopców presja, by prezentowali się jako silni i władczy, rośnie wraz z nimi samymi. Uczymy ich dusić własne emocje, empatię i delikatność, żeby nie usłyszeli kiedyś tej najgorszej z możliwych obelg - sugestii, że są "jak dziewczyna" - i tworzymy w ten sposób kulturę toksycznej męskości. Oczekujemy od chłopców, że będą lekceważyć własne uczucia, oddzielać rozum od serca. Od dziewczynek z kolei oczekujemy, że wyprą się tego, co wiedzą, że oddzielą się od własnego rozumu. Oczekujemy zarówno od chłopców, jak i od dziewcząt, że wyrzekną się najważniejszych części samych siebie.
Jak w tych warunkach przebiega u chłopców i dziewcząt proces dojrzewania i budowania relacji emocjonalnych i seksualnych?
Pewna specjalistka w dziedzinie studiów nad płcią określiła relacje heteroseksualne mianem "paradoksu mizoginii", wskazując na trudność, jaką napotykają chłopcy i mężczyźni, którzy darzą sympatią i szacunkiem kobiety, w kulturze, w której postrzega się ich jako tym bardziej męskich, im bardziej je uprzedmiotowiają i deprecjonują[2]. Podporządkowanie kobiet nie jest zatem nieintencjonalnym skutkiem ubocznym męskości, ale elementem warunkującym jej istnienie.
W książce Why Does Patriarchy Persist? (Dlaczego patriarchat wciąż trwa?) z 2018 roku Carol Gilligan i Naomi Snider wyjaśniają, że patriarchat, definiowany jako kultura oparta na binaryzmie płciowym i hierarchii płci, jest szkodliwy dla obu płci, ponieważ zmusza mężczyzn, by zachowywali się tak, jakby nie potrzebowali innych ludzi czy też jakby nie zależało im na tym, na czym w rzeczywistości bardzo im zależy; kobiety stawia z kolei przed niemożliwym wyborem: mogą mieć albo głos, albo związek[3]. Internalizujemy te patriarchalne normy zachowania i narzucone nam wzorce, a w tym procesie tracimy coś kluczowego dla naszej tożsamości. Usuwamy z relacji nasze "ja", ponieważ chcemy utrzymać związki, które są kulturowo aprobowane, i prędzej czy później doświadczamy "kryzysu więzi". Ten szkodliwy z psychologicznego punktu widzenia wzorzec jest efektywny nie tylko dlatego, że pozwala osobom posiadającym władzę ekonomiczną i instytucjonalną utrzymać przywileje, ale też dlatego, że - jak wyjaśniają autorki - "domagając się rezygnacji z miłości na rzecz hierarchii (...) patriarchat uodparnia nas na bezbronność, z jaką wiąże się miłość, a tym samym staje się mechanizmem obronnym przed stratą". Innymi słowy, patriarchat jest jednocześnie źródłem straty i tarczą, którą się przed nią osłaniamy, żeby nie przeżywać jej w pełnym wymiarze emocjonalnym.
Ten mechanizm nieustannie ujawnia się w procesie terapii. Tak było w przypadku Camili i Drew, małżeństwa trzydziestokilkulatków z dziesięcioletnim stażem. Kiedy pojawili się w moim gabinecie, żeby rozpocząć terapię par, ich małżeństwo było bliskie rozpadu, a ich relacje z dziećmi stopniowo się pogarszały. Zanim przejdziemy do kwestii związanych z dziećmi, warto przyjrzeć się interakcjom dorosłych, pozwalają one bowiem zrozumieć, w jaki sposób nieuświadomione normy płciowe potrafią osłabić relację i w jaki sposób przekazujemy drobne z pozoru uprzedzenia płciowe i seksistowskie przekonania kolejnym pokoleniom. W istocie, kiedy nasze dzieci są obok, wszystko, co robimy, jest procesem wychowawczym.
Drew wziął Camilę za rękę i pociągnął ją za sobą z krzesła na korytarzu do mojego gabinetu jak dziecko. Mnie jednak Camila przypominała nie tyle dziecko, ile szmacianą lalkę. Każda sesja rozpoczynała się tak samo: Camila w milczeniu zajmowała miejsce, zakładała nogę na nogę i zachowywała spokój i czujność. Z kolei Drew przeciągał się i z głośnym klapnięciem opadał na kanapę. Nie był przesadnie wielkim mężczyzną, ale swoją zamaszystą gestykulacją i nieskrępowanym językiem ciała zajmował dużo przestrzeni: poprawiał spodnie w kroku, odpisywał na wiadomości, dłubał w nosie, obcinał paznokcie, czyścił zęby nicią dentystyczną, a pewnego razu podczas sesji wideo użył kamery, żeby wycisnąć sobie pryszcza. Dostrzegłam, jak odmiennie - i zgodnie ze stereotypami - tych dwoje funkcjonuje w świecie.
Na początku pierwszej sesji Drew oświadczył: "Nie wiem, co Camila zdążyła ci powiedzieć, ale generalnie wszystko jest w porządku. Nie chcę, żebyś myślała, że jesteśmy nieszczęśliwi i chcę, żeby Camila wiedziała, że nigdy jej nie zostawię. Głównym problemem jest bliskość. Ona po prostu nie jest tym zainteresowana". Zauważyłam, że Camila koryguje mimikę i przywołuje uśmiech na twarz, jakby wcielając w życie usłyszaną właśnie od męża wskazówkę, jak powinna się czuć. Przyznała mu rację: w ich życiu seksualnym panował bałagan. W rozmowie telefonicznej ze mną wspomniała o innych problemach, takich jak komunikacja, wychowanie dzieci i brak szacunku ze strony Drew, ale wyczułam, że jeszcze nie czas, by o tym wspomnieć.
Podczas pierwszej sesji Drew i Camila pokłócili się o przyjęcie, które - jak się okazało - odzwierciedlało bardzo wiele niepokojących aspektów ich relacji. Postanowili zorganizować w domu zbiórkę funduszy na szkołę, do której chodzą ich dzieci. Uczestnikami imprezy byli rodzice innych uczniów i uczennic, którzy podarowali na ten cel po pięćdziesiąt dolarów. Camila czuła, że powinna zadbać o to, żeby przyjęcie było warte wpłaconych pieniędzy, a Drew irytował się jej dbałością o szczegóły i tłumaczył, że poświęca za dużo czasu na coś, co nie ma znaczenia "z szerszej perspektywy". Usłyszawszy ten ostatni komentarz, Camila skrzyżowała ręce na piersi i wymownie spojrzała w sufit. Zapytałam jej, co się dzieje. "Drew wydaje się, że takie imprezy po prostu magicznie same się organizują", odpowiedziała. "Tak jak nasze wesele". Okazało się, że ich problemy w życiu seksualnym zaczęły się w okresie narzeczeństwa, ponieważ - jak stwierdził Drew - sposób, w jaki Camila planowała wszystko w najdrobniejszych szczegółach, sprawiał, że tracił ochotę na seks. Podczas kolejnych sesji zauważyłam, że choć Drew krytykuje styl organizacyjny Camili, po fakcie najczęściej nie szczędzi jej pochwał.
W dzisiejszych czasach bardzo często oboje rodziców pracuje, a role w rodzinie nie są już tak ściśle zdefiniowane; Camila nie była więc zadowolona z tego, że wykonuje wszystkie obowiązki domowe, a Drew wyczuwał, że ma do niego żal. Ale zamiast bardziej się zaangażować, powtarzał jej, żeby robiła mniej. Gdyby rzeczywiście ich problem polegał po prostu na tym, że Camila chce urządzać przyjęcia, a Drew - nie, ich terapia przerodziłaby się w formę negocjacji dotyczących tego, jak sobie poradzić z tą rozbieżnością. Ale, jak często bywa w takich sytuacjach, kiedy zaczęliśmy zgłębiać tę kwestię, do głosu doszły ich częściowo zbieżne uczucia, które przez lata uległy polaryzacji. Zarówno Drew, jak i Camila przeżywali sprzeczne pragnienia: oboje jednocześnie chcieli organizować udane przyjęcia i wcale nie mieli na to ochoty. Ale Camila została "przypisana" do roli tej, która chce, a Drew - tego, który nie chce.
Kłótnia o to, jak organizować imprezy, może wydawać się trywialna, ale w tym przypadku przyjęcia były metaforą pożądania. Symbolizowały wiele różnych kwestii w życiu tej pary, które wymagały planowania i wysiłku. Planowanie i wysiłek są konieczne, kiedy czegoś chcemy, czy jest to miły wieczór poza domem (trzeba zatankować do pełna, zarezerwować stolik, załatwić opiekę do dziecka), czy względnie gładko przebiegająca całodniowa wycieczka z dziećmi na plażę (nie można zapomnieć o kremie przeciwsłonecznym, zabawkach do piasku, ręcznikach, nakryciach głowy, prowiancie). W takich sytuacjach Camila i Drew znajdowali się na przeciwnych biegunach: ona była tą, która zawsze czegoś chce, a on tym, który niczym się nie przejmuje. Drew podkreślał, że Camila za dużo myśli o każdej błahostce, a ona twierdziła, że on nie chce wyciągać wniosków z wcześniejszych doświadczeń - wszystko układało się zazwyczaj lepiej, kiedy planowali z wyprzedzeniem, szczególnie jeśli w grę wchodziły dzieci. Doprowadzało ją do szału, że zdaniem Drew znalezienie nakryć głowy dla dzieci, żeby ochronić ich wrażliwą skórę przed słońcem, nie jest ważne; jego frustrowało, że Camila ma na tym punkcie "obsesję". Camila określała Drew jako "typowego faceta": bezrefleksyjnego, pozbawionego empatii i skupionego na sobie. Mimo to swoją krytykę wyrażała w formie obawy, że po prostu zbyt wiele od niego oczekuje. Drew przyznawał, że jeśli spojrzeć na sprawy "z szerszej perspektywy", korzysta na tym, że Camila szczegółowo wszystko planuje i powinien "pogodzić się z tym, że kobiety fiksują się na rzeczach, które (jemu) wydają się bez znaczenia". Tym ostatnim komentarzem Drew nie tylko zdeprecjonował Camilę i kobiety w ogóle, ale umniejszył swoje własne uczucia i preferencje, oceniając je jako nieistotne.
Camila i Drew bezrefleksyjnie postrzegali swoją relację przez pryzmat płci. Uznanie, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, może i pozwala łatwo wyjaśnić różnice płciowe, w rzeczywistości jednak takie głęboko zakorzenione koncepcje płci przyczyniły się znacząco do problemów małżeńskich pary. To właśnie socjalizacja i utrzymujący się podział ról płciowych sprawiają, że seksizm pozostaje żywym zjawiskiem, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Jako jedyny syn, Drew w swoim domu rodzinnym miał tylko jeden obowiązek - kilka razy w lecie skosić trawnik. Z kolei Camila odpowiedzialna była za wiele kwestii w domu, w tym pomoc przy swojej młodszej siostrze. W efekcie różnili się pod względem oczekiwań i podejścia do obowiązków domowych. Nierówny podział obowiązków domowych wśród dzieci do dziś pozostaje problemem. Dziewczęta pomiędzy piętnastym a siedemnastym rokiem życia codziennie poświęcają mniej więcej dwa razy więcej czasu na sprzątanie, gotowanie i załatwianie sprawunków niż ich męscy rówieśnicy[4]. Nie sposób traktować tego faktu jako błahostki, jeśli wziąć po uwagę badania wskazujące, że kobiety zaniedbują często swoje życie zawodowe i otrzymują niższe wynagrodzenie, ponieważ są przeciążone obowiązkami domowymi[5].
W przypadku Camili i Drew sama socjalizacja płciowa nie była jednak wystarczającym wytłumaczeniem ich problemów. "Kiedy poznałam Drew, mieszkał z dwoma współlokatorami, a jego mieszkanie lśniło czystością", wspominała Camila. "No, może nie lśniło, ale jak na facetów było naprawdę czyste i Drew wściekał się, kiedy współlokatorzy nie odnosili brudnych naczyń do zlewu. Teraz zostawia naczynia w piwnicy na kilka dni. Tak jakby nie musiał nic robić, odkąd pojawiłam się ja, żeby po nim sprzątać". Przerwała, a potem zmarszczyła nos i dodała: "Tak jakbym była jego matką". Camila dotknęła ważnego, często obecnego w heteroseksualnych relacjach problemu. To właśnie kobiety w rodzinie najczęściej obarczone są "obciążeniem psychicznym" - to one tworzą niekończące się listy rzeczy do zrobienia i nieustannie pamiętają o specyficznych potrzebach każdego domownika, bo to warunek konieczny sprawnego funkcjonowania gospodarstwa domowego i rodziny. Nawet jeśli pracują poza domem - nawet jeśli zarabiają tyle samo, co ich partnerzy - to na ich barkach spoczywa sześćdziesiąt procent pracy opiekuńczej i obowiązków domowych[6]. Kiedy w pobliżu jest "mama", fantazja o wiecznym chłopięctwie może się ziścić. To nie męskość Drew jako taka powodowała, że nie był zdolny po sobie sprzątać, pomagać w planowaniu przyjęć czy szukać nakryć głowy dla dzieci. Nie musiał tego robić, bo wiedział, że zrobi to Camila. I rzeczywiście, robiła to, rzadko mu to wypominając, przynajmniej werbalnie. Ale kiedy postrzegasz swojego męża jako dziecko, przestaje być dla ciebie atrakcyjny seksualnie. Kiedy Camila się skarżyła, Drew obsadzał ją w roli kastrującej matki. Nic dziwnego, że pary, które równo dzielą między sobą obowiązki domowe i opiekę nad dziećmi, częściej uprawiają seks[7].
Mężczyźni często chcą, żeby ich partnerki po prostu mniej się przejmowały. Rzeczywiście, kobiety często odczuwają presję, żeby "odgrywać swoją rolę płciową", zinternalizowały bowiem społeczne wartości, które determinują, co to znaczy być "dobrą" matką czy "dobrą" gospodynią. Dbałość Camili o szczegóły niecierpliwiła Drew między innymi dlatego, że wyczuwał, że jej źródłem jest potrzeba, by dobrze odgrywać swoją rolę płciową. Ale takiej potrzeby trudno się wyzbyć, ponieważ najczęściej to kobietę spotyka krytyka, kiedy w domu panuje bałagan, przyjęcie czy spotkanie nie przebiega idealnie albo jej trzylatka przychodzi do przedszkola bez majtek pod spódniczką (wydarzyło się to naprawdę: dzieckiem zajmował się ojciec, ale i tak zadzwoniono w tej sprawie do matki). Osoby w queerowych związkach także borykają się z problemem nierówno rozłożonego obciążenia psychicznego, co wskazuje, że binarne role płciowe mogą dotyczyć wszystkich i wszędzie. Dlaczego zatem w relacjach hetero podział ten tak często przebiega zgodnie z granicą płci? Być może, jak zasugerowała Camila, Drew, przywyknąwszy do tego, że kobiety po nim sprzątają, wykorzystywał związane z płcią oczekiwania i wykazywał "strategiczną niekompetencję". Bez wątpienia stanowiło to część problemu, ale ponieważ przed ślubem Drew dbał o swój dom, zastanawiałam się, czy nie chodzi o coś jeszcze. "Chciałbym, żeby w domu było czysto, ale czasem po prostu nie zauważam bałaganu. I nie zależy mi na tym tak bardzo, jak Camili", stwierdził Drew. "Nie zależy mi" - ta fraza powracała jak refren.
Tego rodzaju zaprzeczenie pragnieniom jest zjawiskiem, z którym często się spotykam, kiedy cispłciowi heteroseksualni mężczyźni rozpoczynają terapię. Czasem przychodzą na żądanie swoich partnerek, a czasem dlatego, że czegoś chcą, ale nie są do końca pewni czego i jak to osiągnąć. Wiele razy słyszałam, jak Drew podkreśla: "Zarabiam kupę pieniędzy. Mam duży dom i atrakcyjną żonę. Czego więcej może chcieć facet?". Zawsze odnosiłam wrażenie, że patrzy na siebie oczami kogoś innego albo ocenia się z perspektywy oczekiwań kulturowych, ale nigdy nie bierze pod uwagę własnego "ja". Pewnego razu zapytałam: "No właśnie, czego jeszcze może chcieć facet? I czy byłoby OK chcieć czegoś więcej, cokolwiek by to było?". Drew oczekiwał od Camili wsparcia w zamian za swoją ciężką pracę i zapewniany przez nią styl życia, ale nie szukał go, gdy zmagał się z czymś emocjonalnie. Wydawał się w ogóle nie mieć świadomości, że mógłby wtedy na to wsparcie liczyć. Powtarzał sobie, że zależy mu na seksie, ale nie zdawał sobie sprawy, że pragnie też więzi, która może się wiązać z bliskością seksualną. Od ojca nauczył się, że kiedy odczuwa smutek, musi robić dobrą minę do złej gry. "Boże, jak on mnie strasznie wyśmiewał", wyznał kiedyś. "Myślę, że chciał mnie chronić, przygotować na spotkanie z takimi jak on". Ponieważ jego potrzeby i emocje nieustannie spotykały się z odrzuceniem, Drew się wycofał, nauczył się sam koić swój ból i powtarzał sobie, że tak naprawdę nikogo nie potrzebuje. Męskość była dla niego równoznaczna z posiadaniem - pieniędzy, przedmiotów, ludzi, których uprzedmiotowiał - wszystkiego, co kompensowało niemęskie pragnienie czułości i troski, z którego mężczyźni powinni zgodnie z oczekiwaniami zrezygnować.
Kiedy terapia skupiła się na pogłębionej analizie ich wzajemnych problemów z bliskością, stało się oczywiste, że to Drew unikał seksu, ponieważ czuł się upokorzony nieoczekiwanymi problemami z erekcją. Narracja została jednak przekształcona tak, żeby wpisywała się w tradycyjne normy płciowe. "W pewnym sensie zapomniałam o jego roli w całej tej intymności", przyznała Camila. Czuła, że główny problem w ich małżeństwie jest zbyt delikatny, żeby o nim rozmawiać; dostrzegała bezbronność Drew, ukrywaną przez niego pod wybuchami złości - "jakby musiał wybuchnąć, żeby się nie załamać". Aby uniknąć jego złości, "wiotczałam, milkłam, żebyśmy mogli po prostu normalnie funkcjonować", wyjaśniła - właśnie ten efekt szmacianej lalki zobaczyłam w poczekalni pierwszego dnia. Od swoich rodziców Camila nauczyła się, że należy być miłą i nie zwracać na siebie uwagi, więc unikała konfliktu i zranienia, odsuwając od siebie to, co wiedziała o Drew i czego od niego chciała. On z kolei przestał przejmować się tym, na czym mu tak naprawdę zależało, żeby czuć się bezpiecznym i akceptowanym.
Gilligan i Snider wyjaśniają, że patriarchalne wymogi męskiej obojętności ("nie zależy mi") i kobiecego samouciszania ("nie wiem") wypychają nas "poza relację", co jest mechanizmem niezbędnym dla ustanowienia hierarchii. Innymi słowy, "hierarchia wymaga braku empatii ze strony tych na górze i braku asertywności ze strony tych na dole". Dlatego też Drew (jak wielu mężczyzn, nawet feministów) czuł złość i wstyd, kiedy pojawiało się ryzyko, że jakaś forma utraty statusu lub autonomii ujawni jego wrażliwość, i dlatego Camila (jak wiele kobiet) czuła się winna, kiedy stawiała swoje potrzeby na pierwszym miejscu. Zinternalizowane role płciowe i związane z nimi oczekiwania niszczyły nie tylko ich życie seksualne, ale też ich zdolność do komunikacji, wspólnego rodzicielstwa i doceniania siebie nawzajem. Te sposoby bycia (czy raczej niebycia) w relacji jednocześnie powodowały w nich poczucie bolesnej straty i wyposażały ich w psychologiczne mechanizmy obronne pozwalające chronić samych siebie przed własnymi najgłębszymi lękami i wstydliwymi pragnieniami.
Uproszczeniem byłoby twierdzić, że Camila chciała bliskości, a Drew nie; że Camila próbowała wszystko i wszystkich kontrolować, a Drew wszystko i wszystkich odrzucał. W rzeczywistości obojgu rozpaczliwie zależało na bliskości, ale żadne nie było świadome barier, które sami sobie postawili na drodze do intymności. Punktem zwrotnym okazał się moment, w którym Drew uświadomił sobie podczas sesji, że zaręczyny z Camilą go przeraziły, ponieważ w głębi duszy uważał, że nie zasługuje na "taką latynoską boginię". Idealizacja drugiej osoby prowadzi najczęściej do rozczarowania nią albo do lęku, że nie uda się sprostać jej oczekiwaniom, wyglądało więc na to, że Drew zaczął odpychać Camilę, żeby przygotować się na nieuchronną stratę. Usłyszawszy te słowa, Camila poczuła ogromną ulgę. Uczucie to przeszło jednak w złość na Drew, który w okresie narzeczeństwa sprawiał, że czuła się niewystarczająco dobra, a czasem po prostu szalona. W kulturze, która komunikację uczuć i lęków kategoryzuje jako kobiece zachowanie, Drew nie potrafił otworzyć się emocjonalnie, więc obwiniał Camilę za swoje problemy. Ponieważ jednak teraz stopniowo uczył się tolerować jej złość i szczerze żałował swojego zachowania, Camila mogła wprost wyrazić swoje uczucia, zamiast być pasywno-agresywna i nie musiała się już obawiać, że Drew ją zostawi albo wybuchnie gniewem. Był coraz bardziej gotowy i zdolny się przed nią odsłonić, więc nie musiała udawać, że wie mniej niż faktycznie, ze strachu, żeby się nie załamał - co wcześniej sprawiało, że wydawał jej się mniej, a nie bardziej męski. Potrafiła uspokoić jego lęki związane ze stratą i własną niedoskonałością. Drew zaakceptował swoją wrażliwość i potrzebę opieki, a Camila odnalazła swój głos i poczucie sprawczości, dzięki czemu wzrosła ich zdolność do budowania bliskości i życia seksualnego.
Ten fragment z życia Drew i Camili ilustruje pewną prawidłowość: na chłopcach ciąży presja, aby byli silni i rezygnowali zarówno z potrzeby opieki, jak i z własnej łagodności i życzliwości, a na dziewczynkach - aby były grzeczne i ukrywały swoją złość oraz sprawczość. Camila i Drew odtworzyli w swoim związku bardzo jednoznaczne wzorce, które przekazali im ich rodzice, i okazało się to katastrofalne w skutkach. Szkodliwa socjalizacja płciowa przechodzi z pokolenia na pokolenie; Lucasowi i Sofii, dzieciom Camili i Drew, również ona groziła.
Przekazywanie pałeczki stereotypów
Lucas i Sofia często byli głównymi bohaterami terapii swoich rodziców. Lucas był wycofany, a Sofia stawała się coraz bardziej drażliwa. Drew skarżył się, że Camila za bardzo rozpieszcza Lucasa, a za mocno krytykuje Sofię; ona z kolei uważała, że Drew robi na odwrót - pobłaża Sofii i zbyt surowo traktuje Lucasa. Opowiadali mi o prowadzonych w obecności dzieci kłótniach, podczas których Drew modelował zaprzeczanie swoim pragnieniom, a Camila - uciszanie samej siebie. W ten sposób bezwiednie socjalizowali swoje dzieci do tego samego.
Na początku sesji Camila spojrzała nerwowo na Drew.
- Powinniśmy porozmawiać o tym, co wydarzyło się wczoraj z Lucasem - powiedziała.
Nie odzywałam się, a oni w milczeniu wiercili się na swoich siedzeniach.
- No to mów, proszę - warknął wreszcie Drew - skoro uważasz, że to taka wielka sprawa.
- Kochanie, nie mówię, że to wielka sprawa, ale był dość zdenerwowany. - Camila próbowała załagodzić sytuację.
- Jak sobie chcesz - rzucił Drew lekceważąco. Zniknęła jego zwyczajowa uprzejmość, za pomocą której starał się najczęściej unikać niewygodnych dla siebie tematów.
Po jakimś czasie zabrałam głos.
- Drew, ty sam sprawiasz wrażenie dość zdenerwowanego. Możesz powiedzieć, co się dzieje?
- Na litość boską - wybuchnął. - Z szerszej perspektywy to nie ma żadnego znaczenia.
Nie odpowiedziałam - pozwoliłam, żeby zastanowił się nad tym, co powiedział. Po chwili pokręcił głową.
- Do jasnej cholery - mruknął.
Docisnęłam go lekko:
- To sformułowanie najczęściej jest dla nas sygnałem, że próbujesz unieważnić coś, co tak naprawdę jest dla ciebie ważne.
- Tak, tak. Już to słyszałem. - Schował głowę w ramionach i rozpłakał się bezgłośnie. - Do jasnej cholery - powtarzał w kółko.
Wreszcie opowiedział mi o całym wydarzeniu, a Camila dodała od siebie kilka rzeczy. Pojechali nad jezioro w odwiedziny do znajomych. Siedmioletni Lucas ze starszym o rok chłopcem chodzili po krawędzi kamiennego, wysokiego na około półtora metra muru. Początkowo Lucas nie chciał wejść na mur za kolegą, ponieważ się bał, ale Drew kilka razy go do tego namawiał. Jak ujęła to Camila, zmusił syna do pójścia w ślady starszego chłopca. Camila próbowała interweniować - powiedziała Lucasowi, że jeśli nie chce, nie musi tego robić, a Drew wybuchnął i zażądał od niej, żeby przestała traktować chłopca "jak księżniczkę". Wtedy Lucas albo zebrał się na odwagę, albo odciął się od swoich uczuć - wspiął się na kamienie i stawiał krok za krokiem, próbując utrzymać równowagę. Mniej więcej w połowie drogi spadł i wylądował z hukiem w otaczających mur krzakach. Jego lewy policzek i ramię były zadrapane i krwawiły, ale poza tym nic mu się nie stało.
Zdaje się, że najbardziej zraniło Lucasa to, co zaraz potem powiedział Drew.
- Jezu, dziecko, co się stało? - zwrócił się do syna; według Camili jakby z niesmakiem. Potem odwrócił się do drugiego chłopca, jakby chciał dać Lucasowi coś do zrozumienia i powiedział: - Świetnie się spisałeś, Matt!
Drew zaprotestował przeciw takiej interpretacji i stwierdził, że próbował po prostu zatroszczyć się o obu chłopców. Kiedy zaczęliśmy analizować jego emocje związane z tym wydarzeniem, przyznał w końcu, że kiedy Lucas odmówił wejścia na mur, Drew pomyślał najpierw: "co za pizda". Kiedy chłopak spadł z muru, w Drew natychmiast obudziły się lęk i poczucie winy, ale i wściekłość na syna, że to jego wina, bo "nie dał rady" (brzmi znajomo?), szczególnie w porównaniu z drugim chłopcem. Camila miała więc częściowo rację: Drew był zniesmaczony Lucasem, ale równocześnie czuł się okropnie i martwił się o niego. Wywierając presję, podobnie jak kiedyś jego ojciec, próbował uchronić swojego syna przed poczuciem, że jest niemęski.
Camila była zła nie tylko na Drew, ale też na siebie, ponieważ nie nalegała, żeby Lucas odpuścił. Wiedziała dobrze, że ta zabawa to zły pomysł, bo Lucas był ponad rok młodszy od drugiego chłopca i miał "problemy z koordynacją ruchową". Ale kiedy podczas sesji Drew wziął odpowiedzialność za swoje zachowanie, była w stanie przyznać, że czasem w takich sytuacjach interweniuje zbyt pochopnie; to właśnie sprawiło, że zwątpiła w słuszność własnej oceny i milczała, kiedy Drew zarzucił jej, że traktuje syna jak księżniczkę. Zdolność do refleksji i wzięcia pod uwagę innych możliwości jest istotna zarówno dla nas samych, jak i dla procesu wychowawczego, ale Camila bardzo często nie ufała samej sobie i powstrzymywała się od reakcji, a później miała do siebie pretensje, złościła się na siebie albo użalała nad sobą.
W wydarzeniu uczestniczyła ich dziewięcioletnia córka Sofia. Drew często nazywał ją "księżniczką", ale - inaczej niż w przypadku Lucasa - w odniesieniu do córki używał tego określenia pieszczotliwie. Drew był z Sofii dumny i żywił wobec niej dużo czułości. Zamiast po imieniu, zwracał się do niej per "księżniczko": "Jak było w szkole, księżniczko?", pytał; "Wyglądasz dzisiaj jak prawdziwa księżniczka", komplementował ją. Tego rodzaju specjalne traktowanie dziewczynek może wzbudzać w chłopcach zazdrość i komplikuje relacje między rodzeństwem. Usłyszawszy, że ojciec używa wobec Lucasa określenia "księżniczka" jako obelgi, Sofia prawdopodobnie poczuła się skonfundowana: masz być księżniczką, a przecież księżniczki są mięczakami. Camila podziwiała więź Drew i Sofii, lubiła też, kiedy nazywał ją "księżniczką", gdy dziewczynka była młodsza. Ale w ostatnich latach coraz częściej słyszała, jak Drew narzeka, że córka zachowuje się jak księżniczka, kiedy denerwuje się czymś, co on uważa za nieistotne - na przykład kiedy w restauracji nie zamówili frytek i Sofia wpadła w szał. Zirytowany Drew napomniał ją, żeby przestała się zachowywać jak rozpuszczona księżniczka.
Podobnie jak Sofia wiele dziewczynek jest nazywanych przez dorosłych księżniczkami w okresie życia, kiedy dopiero kształtują swoje wyobrażenia na temat tego, co to znaczy być chłopcem lub dziewczynką. Używają stereotypów jako wskazówek, jak powinny się zachowywać, jak powinny wyglądać i co powinno im się podobać. Badania wskazują, że kiedy dzieci myślą o księżniczkach, wyobrażają sobie piękne, troskliwe istoty, które często wymagają ratunku[8]. Księżniczki ceni się raczej za te cechy niż za odwagę, inteligencję czy siłę. Kiedy nazywasz swoją córkę "księżniczką", możesz dawać jej do zrozumienia, że najbardziej kochasz w niej cechy tradycyjnie uznawane za kobiece. Co gorsza, dla niektórych kobiecość jest równoznaczna z niekompetencją. Nazywanie dziewczynek "księżniczkami" wzmacnia w nich określone cechy, a ponadto - co ilustruje zachowanie Drew - określenia tego równie często używa się w pogardliwy sposób.
Przypisy
Wstęp
[1] T. Ziv, J. Sommerville, Developmental differences in infants' fairness expectations from 6 to 15 months of age, "Child Development", 88, 2016, 10.1111/cdev.12674.
[2] Jeszcze przed objęciem przez Donalda Trumpa stanowiska prezydenta w 2025 r. społeczność LGBTQ+ była celem ataków Partii Republikanów na poziomie stanowym, gdzie w ramach nagonki procedowano ustawy wymierzone w osoby transpłciowe. Sytuacja dramatycznie pogorszyła się już na początku drugiej kadencji Trumpa, który ogłosił szereg dekretów uderzających w prawa osób trans i niebinarnych, blokując m.in. możliwość wydawania federalnych dokumentów z neutralnym oznaczeniem płci i nakazując oznaczanie płci w dokumentach paszportowych zgodnie z płcią przypisaną przy urodzeniu, blokując dostęp do afirmującej opieki medycznej dla osób poniżej 19 roku życia, nauczanie w szkołach o nienormatywności płciowej i tranzycji, dostęp do służby wojskowej oraz możliwość udziału transpłciowych kobiet w zawodach sportowych. W 2025 roku procedowanych jest 948 ustaw na poziomie stanowym i 72 na poziomie federalnym, w których atakowane są prawa osób trans (zob. Trans Legislation Tracker, online: https://translegislation.com, dostęp 16.07.2025). Wyrok Sądu Najwyższego USA United States v. Skrmetti z czerwca 2025 roku uznał konstytucjonalność zakazów dostępu osób niepełnoletnich do afirmującej płeć opieki medycznej. Równolegle na poziomie stanowym i federalnym trwają ataki na wyrok SN Obergefell v. Hodges, będący podstawą prawa do małżeństw jednopłciowych (przyp. red.).
[3] P. England, A. Levine, E. Mishel, Progress toward gender equality in the United States has slowed or stalled, "Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America", 117(13) 2020, s. 6990-97, doi.org/10.1073/pnas.1918891117.
[4] Na mocy dekretu prezydenckiego nr 14190 o nazwie Ending Radical Indoctrination in K-12 Schooling ("Koniec radykalnej indoktrynacji w placówkach publicznych od przedszkola do liceum") od stycznia 2025 r. w całych Stanach Zjednoczonych we wszystkich otrzymujących publiczne finansowanie placówkach dydaktycznych do liceum włącznie zakazane jest nauczanie o "ideologii gender", krytycznej teorii rasy i innych "antyamerykańskich, subwersywnych, szkodliwych i fałszywych ideologiach"; w efekcie niemożliwe jest nauczanie na temat osób LGBT+ i wspieranie niecispłciowej i nieheteroseksualnej młodzieży pod groźbą odpowiedzialności karnej dla nauczyciela oraz odpowiedzialności finansowej dla placówki dydaktycznej. Część stanów rozpoczęła walkę z dekretem na drodze sądowej lub odmawia wprowadzenia go w życie (przyp. red.).
[5] National Institute of Justice and Centers for Disease Control and Prevention, Prevalence, incidence, and consequences of violence against women survey, U.S. Department of Justice, 1998, rainn.org/statistics/victims-sexual-violence (dostęp: 2.08.2025).
[6] Payscale, Gender pay gap report, 2023, www.payscale.com/research-and-insights/gender-pay-gap (dostęp: 2.08.2025).
[7] J. Chavda, Husbands and wives earn similar wages in a growing share of marriages, Pew Research Center's Social and Demographic Trends Project, www.pewresearch.org/social-trends/2023/04/13/in-a-growing-share-of-u-s-marriages-husbands-and-wives-earn-about-the-same (dostęp: 2.08.2025).
[8] E. Hinchliffe, Women CEOs run 10.4% of Fortune 500 companies. A quarter of the 52 leaders became CEO in the last year, "Fortune" 2003, fortune.com/2023/06/05/fortune-500-companies-2023-women-10-percent (dostęp: 2.08.2025).
[9] Women and Hollywood, "2021 statistics", 2021, womenandhollywood.com/resources/statistics/2021-statistics (dostęp: 2.08.2025); M. Lauzen, It's a man's (celluloid) world: Portrayals of female characters in the top grossing U.S. films of 2022, Center for the Study of Women in Television and Film, San Diego State University, 2023, womenintvfilm.sdsu.edu/wp-content/uploads/2023/03/2022-its-a-mans-celluloid-world-report-rev.pdf (dostęp: 2.08.2025).
[10] R. Weissbourd, The talk: How adults can promote young people's healthy relationships and prevent misogyny and sexual harassment, Making Caring Common Project, Harvard Graduate School of Education, 2017.
Rozdział 1
[1] M. Pipher, Reviving Ophelia: Saving the selves of adolescent girls, Putnam, 1994.
[2] J. Ward, The tragedy of heterosexuality, New York University Press, New York 2020.
[3] C. Gilligan, N. Snider, Why does patriarchy persist?, Polity Press, 2018.
[4] G. Livingston, The way U.S. teens spend their time is changing, but differences between boys and girls persist, Pew Research Center, www.pewresearch.org/short-reads/2019/02/20/the-way-u-s-teens-spend-their-time-is-changing-but-differences-between-boys-and-girls-persist (dostęp: 2.08.2025).
[5] C. Goldin, S. Pekkala Kerr, C. Olivetti, E. Barth, The expanding gender earnings gap: Evidence from the LEHD-2000 census, American Economic Review, 2017, 107(5), s. 110-114.
[6] J. Chavda, dz. cyt.
[7] C. T. Gager, S. T. Yabiku, Who has the time? The relationship between household labor time and sexual frequency, "Journal of Family Issues" 2010, 31(2), s. 135-163, doi.org/10.1177/0192513X09348753; D. Carlson, A. Miller, S. Sassler, S. Hanson, The gendered division of housework and couples' sexual relationships: A reexamination, "Journal of Marriage and Family Therapy" 2016, 78(4), s. 975-995.
[8] L. Dinella, J. Claps, D. Lewandowski Jr., Princesses, princes, and superheroes: Children's gender cognitions and fictional characters, "Journal of Genetic Psychology", 178(5) 2017, s. 262-280, doi:10.1080/00221325.2017.1351417.