ROZDZIAŁ I
Trzy tygodnie wcześniej
- Jak to... rzuciła cię? - Ilona, przejęta mocno zaskakującą, żeby nie powiedzieć szokującą, treścią komunikatu, jaki przez chwilą usłyszała z głośnika telefonu, rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu papierosów. Dopiero po chwili dotarło do niej, że rzuciła palenie trzy lata temu po tym, jak zmuszona była napisać artykuł o chorobach płuc, i że z rzeczy działających na nią uspokajająco ma pod ręką jedynie nutellę, do której wczoraj przez przypadek nalało jej się trochę wina. Chciała je od razu wylać, ale potem przypomniała jej się opowieść jednej z przyjaciółek, że z takiego przypadkowego połączenia wyszedł jej znakomity likierek, którym to z niekłamanym zachwytem raczyli się wszyscy jej domownicy, zanim dorwał się do niego kot i ubzdryngolił się do tego stopnia, że przez pół dnia mylił kuwetę z miską na suchą karmę.
- Całkowicie! - usłyszała w słuchawce przejęty głos swojego serdecznego przyjaciela, Rafała Krzysztonia.
- Rozumiem, że nie połowicznie - westchnęła Ilona. - Pytam raczej o to, w jakich okolicznościach.
- Dramatycznych! - krzyknął Rafał.
Kruk wzniosła oczy ku sufitowi, przy okazji zauważając w nim dwa kolejne pęknięcia. Z niepokojem pomyślała, że jeśli remont u jej sąsiadów z góry potrwa jeszcze kilka dni, to ekipa, która go robi, prawdopodobnie przebije się do jej mieszkania, czyniąc z obu lokali jeden, za to dwupoziomowy.
- A nie mógłbyś zdobyć się na więcej niż jedno słowo? - poprosiła jak najdelikatniej, z wysiłkiem tłumiąc w głosie sarkazm oraz irytację, do której zaczęła doprowadzać ją wyraźna histeria przyjaciela.
Było to o tyle trudne, że równocześnie usiłowała pozbyć się wizji, że co rano zmuszona będzie oglądać przez dziurę w suficie sąsiada w dezabilu. Nie było to miłe wyobrażenie. Zwłaszcza że nawet i ubrany osobnik ten kojarzył jej się z orangutanem. Zresztą zachowywał się podobnie. Ilona odetchnęła głęboko, jak uczył ją trener jogi, zamrugała kilka razy powiekami, wyrzucając obraz sąsiada bez koszuli sprzed oczu, i, powtarzając w myślach: "Zen, zen", włożyła cały wewnętrzny wysiłek, by skupić się na rozmowie z Rafałem.
- Od jakiegoś czasu czułem, że jest jakaś inna. - Krzysztoń spełnił jej życzenie i rozwinął swoją relację. - Na okrągło tylko pukała w komórkę, kompletnie nie zwracała na mnie uwagi i jedynie od czasu do czasu robiła mi awantury...
Ilona powstrzymała się ostatkiem siły przed wygłoszeniem zgryźliwego komentarza, że akurat, jeśli idzie o te dwie ostatnie kwestie, to trudno było uznać je za jakąś wielką odmianę. Żona jej przyjaciela od zawsze traktowała swojego ślubnego mniej więcej z taką uprzejmością, z jaką klawisze odnoszą się do skazańców w więzieniu. I to mimo faktu, że ten gotów był całować ziemię, po której stąpała, tudzież poproszony, zgodnie z tekstem Fredrowskiej "Zemsty", aby "dał jej krokodyla", od razu pakowałby się i ruszał w dorzecze afrykańskich lasów deszczowych, aby upolować tam jakiegoś dorodnego aligatora.
- ... wiesz, piekliła się, że nie potrafię utrzymać porządku w mieszkaniu, że mam biurko zawalone brudnymi kubkami po herbacie, że nie nauczyłem się obsługiwać pralki i nie wiem, gdzie w naszym domu znajduje się odkurzacz - kontynuował płaczliwym głosem Rafał. - Jak miałem niby wiedzieć, skoro co się tego nauczyłem, to ona robiła porządki i wszystko przestawiała? W sumie robiła mi wyrzuty o to, co zawsze. Aczkolwiek ostatnio już nawet i to sobie darowała. Zaczęła wychodzić z domu wieczorami, niby to na jakąś kawkę albo winko z przyjaciółkami. Ewentualnie na pilates. Czujesz? Pilates!!!
Ponieważ to ostatnie słowo zostało wypowiedziane takim tonem, jakby żona jej przyjaciela opuszczała domostwo co najmniej po to, aby brać udział w czarnych mszach i składać tam rytualne ofiary z owczarków podhalańskich, Ilona, sama będąc wielką fanką fitnessu, postanowiła lekko zaprotestować.
- No, akurat w tym chyba nie ma nic złego... - zauważyła ostrożnie.
- Nie żartuj! - zrugał ją Rafał coraz bardziej histerycznym tonem. - Ona nie chodziła na żaden pilates, tylko ćwiczyła kamasutrę z tym... z tym...
- Aha, czyli rozumiem, że pojawił się ktoś trzeci. - Ilona doszła do wniosku, że rozmowa z przyjacielem nie zakończy się zbyt prędko i w związku z tym zmieniła pozycję na kanapie z siedzącej na o wiele lepiej tolerowaną przez jej kręgosłup, półleżącą. - I, jak zgaduję, nawet wiesz kto...
- Wiem - przyznał Rafał.
- No?! - pogoniła go Kruk.
- Karzeł - rzekł Krzysztoń grobowym tonem.
- Słucham?! - Ilona poczuła lekkie zaskoczenie.
- Karzeł. Moja żona znalazła sobie karła.
Kruk przez moment próbowała wyobrazić sobie doskonale jej znaną Gabrielę Krzysztoń w objęciach Petera Dinklage'a, jej ulubionego bohatera serialu "Gra o tron". Zważywszy jednak, że żona przyjaciela miała wzrost godny zawodowej koszykarki i była tylko o kilka centymetrów niższa od swojego męża, mogącego pochwalić się aż stu dziewięćdziesięcioma centymetrami, szło jej to jak po grudzie.
- Po pierwsze, nie mówi się karzeł - zauważyła potępiająco. - To jest określenie pejoratywne i nikt dobrze wychowany teraz go nie używa.
- To niby jak się teraz nazywa takie osoby? - zaciekawił się Rafał. - Konus? Knyp?
- To brzmi jeszcze gorzej - westchnęła Ilona. - Teraz mówi się osoba niskorosła.
- Że co?! - Jej przyjaciel wyraźnie się zdziwił. - Serio?!
- Jak najbardziej. Tak jak na uczelniach nie mówi się już student albo studentka, tylko osoba studencka.
- Ale dlaczego?!
- Żeby nikogo nie urazić, bo zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zwracasz się do kogoś, kto nie identyfikuje się ze swoją płcią biologiczną.
- Chcesz mi powiedzieć, że teraz do pani Geni w warzywniaku mam się zwracać: "Dzień dobry, osobo sprzedająca kalafiora"? - W głosie Rafała po raz pierwszy pojawił się jakiś weselszy akcent. - Przecież zanim się obejrzę, to oberwę tym kalafiorem po łbie!
- No, akurat do pani Geni możesz mówić, jak chcesz - zgodziła się Ilona wspaniałomyślnie. - Zwłaszcza jeśli nie jest już pierwszej młodości. Tylko świeże pokolenia wprowadzają takie rewolucje. Starsze lecą według utartych schematów.
- Chwalić Pana! - westchnął z wyraźną ulgą Rafał. - Bo już sobie wyobraziłem, jak wchodzę do mojego urologa i na powitanie mówię: "Witam cię, osobo macająca jądra".
- Jesteś nienormalny! - westchnęła Kruk. - A jak wpadłeś na to, że twoja żona się z kimś spotyka? Śledziłeś ją?
- Nie musiałem. - Głos Rafała z powrotem stał się płaczliwie dramatyczny. - Wystarczyło, że przejrzałem jej Facebooka oraz Instagrama i zobaczyłem, kto lajkuje jej wpisy i zdjęcia.
- To jeszcze żaden dowód... - Ilona się skrzywiła.
- A zamieszczanie tych samych zdjęć na obu profilach, jej i jego?! Na przykład dwóch kieliszków wina? I nocnej lampki?!
- Faktycznie - przyznała Kruk. - Nie wygląda to najlepiej, ale...
- Nie ma żadnego ale! - przerwał jej Rafał tonem nieznoszącym dyskusji. - Gabi zdradza mnie z tym no... Tą no... Osobą niskowzrosłą!
- Niskorosłą - poprawiła odruchowo Ilona. - Jesteś pewny?
- Tak, bo doprowadziłem do rozmowy - westchnął ponuro Krzysztoń - i dowiedziałem się, że to trwa już od kilku miesięcy, tylko Gabi nie wiedziała, jak ma mi o tym powiedzieć, bo nie chciała mnie zranić.
- Jakże wspaniałomyślnie z jej strony - mruknęła Ilona.
- I że ta osoba niedorosła...
- Niskorosła...
- A możemy znaleźć jakieś inne określenie? - poprosił smętnie Rafał. - Bo tej osoby jakiejś tam na pewno nie zapamiętam...
Ilona zastanowiła się przez chwilę.
- Ostatecznie mogę się zgodzić na Niziołka - oznajmiła wreszcie. - To brzmi pieszczotliwie i chyba nikogo nie obraża.
- Za to kojarzy się z Hobbitami z "Władcy Pierścieni" - zauważył Krzysztoń.
- Tym lepiej! - rozstrzygnęła radośnie Ilona. - Hobbici byli fajni! I wszyscy ich lubią!
- Może i tak, choć uznajmy, że akurat ten Niziołek, który poderwał mi żonę, będzie wyjątkiem od reguły. Nie zamierzam go lubić i mam nadzieję, że ty też nie będziesz!
- Na to możesz liczyć w ciemno - obiecała Kruk. - Wiesz, że ktoś, kto sprawił, że jesteś nieszczęśliwy, nigdy nie zyska mojej łaskawości.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. No więc co z tym Niziołkiem i twoją żoną? Jak jest to poważne?
- Tak bardzo, że Gabi właśnie pakuje rzeczy do walizki w swoim pokoju - westchnął Rafał. - Odbyliśmy długą rozmowę, w czasie której dowiedziałem się, że moja żona właściwie nigdy nic do mnie nie czuła, tylko nie wiedziała, jak mi to powiedzieć.
- I zajęło jej dwanaście lat, żeby na to wpaść?! - Ilona tym razem nie była w stanie powstrzymać sarkazmu.
- Trzynaście - poprawił ją Krzysztoń z rozdzierającym westchnieniem. - Miała też pretensję, że sam tego nie zauważyłem, i zaproponowała, żebyśmy zostali przyjaciółmi, bo w sumie to jej na mnie nawet zależy, tylko nie w związkowym i miłosnym tego słowa znaczeniu.
- Jasne, gdzie niby znajdzie drugie takie popychadło... - mruknęła pod nosem Ilona, która od lat była zdania, że jej przyjaciel siedzi pod pantoflem swojej małżonki tak głęboko, że w razie zdarcia przez nią obuwia nie zdoła już stamtąd wyleźć i zostanie wyrzucony na śmietnik wraz z jej zużytymi trepami. Teoria ta właśnie zdawała się potwierdzać, choć Kruk wolałaby wyjątkowo nie mieć tym razem racji.
- Słucham? - zapytał zupełnie nieświadomy jej poglądów na swój temat Rafał. - Co ty tam mamroczesz?
- A nic, nic - zapewniła szybko Kruk. - Mam nadzieję, że odpowiedziałeś jej, żeby spadała na bambus.
- No co ty! Po tylu wspólnych latach? - Krzysztoń zdawał się być szczerze zdumiony. - Nie mógłbym tego zrobić!
- Dlaczego? - teraz zdziwienie udzieliło się Ilonie. - Masz zamiar nadal utrzymywać z nią jakieś kontakty? Mało tego! Przyjaźnić?!
- Kiedy ja ją ciągle kocham... - Głos Rafała znów zabrzmiał płaczliwie.
- No to sobie kochaj, ale na odległość i bez kontaktu - rzekła stanowczo Kruk. - Jeśli bardzo chcesz, to zrób sobie nawet ołtarzyk i módl się do jej fotografii, ale więcej się z nią nie spotykaj!
- Kiedy ja nie chcę jej stracić ze swojego życia. - Krzysztoń bez mała już łkał. - Przeżyliśmy razem tyle cudownych chwil, wyjazdów, świąt...
"Panie, daj mi cierpliwości...", pomyślała Ilona i znowu wzięła głęboki oddech.
- Jasne - wysyczała ze złością, której nawet ćwiczenia zalecane przez jogina nie były w stanie ukryć. - To może od razu zamieszkajcie wszyscy razem! Ty, ona i Niziołek. A potem ewentualna twoja nowa partnerka i wasze oraz ich dzieci. W końcu skoro wróciła moda na ciuchy z lat siedemdziesiątych, to kto powiedział, że trzeba się ograniczać tylko do tekstyliów. Wynajmiecie sobie jakąś jaskinię na Malcie i będziecie żyli w komunie jak za czasów dzieci kwiatów.
- Dlaczego na Malcie? - zdziwił się Rafał, sprawiając takie wrażenie, jakby reszta wypowiedzi przyjaciółki po prostu do niego nie dotarła.
- Bo tam takie jaskinie widziałam. Zresztą wszystko jedno. Jak dla mnie, możecie wynająć sobie jaskinię nawet i w Dolinie Kościeliskiej.
- Czyli uważasz, że powinienem dać jej rozwód i nigdy więcej nie zobaczyć na oczy? - Krzysztoń jak na swój stan emocjonalny wyjątkowo racjonalnie podsumował wypowiedź Kruk.
Ilona chciała przytaknąć, ale coś w głosie jej przyjaciela sprawiło, że postanowiła nie być aż tak kategoryczna.
- Możesz jeszcze ewentualnie spróbować powalczyć o to, aby ją odzyskać - rzekła w zamian, czując w duchu zniesmaczenie własnymi słowami. - O ile uznasz, że ma to jakiś sens.
- Gdyby nie ten cały Niziołek... - Rafał westchnął - ... to nigdy by jej coś takiego nie wpadło do głowy.
"Nie byłoby Niziołka, znalazłby się ktoś inny", przemknęło przez myśl Ilonie.
- No to się go pozbądź - poradziła, zanim się zastanowiła.
- Pozbądź... - powtórzył Rafał powoli. - W jakim sensie?
Kruk w duchu sklęła samą siebie.
- To był żart! - wytłumaczyła szybko.
- Bardzo chętnie bym się go pozbył - Rafał wydawał się w ogóle nie zwracać uwagi na ostatnią wypowiedź Ilony - raz a dobrze.
- Mam nadzieję, że teraz to ty żartujesz...
Krzysztoń przez chwilę milczał.
- Rafał...? - Ilona lekko się zaniepokoiła. - Jesteś tam?!
- A tak w ogóle to oni są do siebie podobni - oznajmił jej przyjaciel.
- Kto?!
- Gabi i Niziołek.
- Przecież twoja żona jest wyższa nawet od Schwarzeneggera! - zdziwiła się Ilona.
- Od niego akurat nie - sprostował odruchowo Rafał. - Nie chodzi mi o wzrost, tylko o twarz. Mają coś w niej podobnego. Wyglądają, jakby byli rodzeństwem.
- Może są - skwitowała Ilona.
- Nie, no coś ty! Poza tym zgadnij, jak Niziołek ma na imię?
- Niby skąd ja to mogę wiedzieć?!
- Rafał - oznajmił ponuro jej przyjaciel. - Czujesz? Gabi wybrała sobie na obiekt uczuć kogoś, kto wygląda jak ona i ma na imię jak ja.
- To akurat może jej się przydać...
- Jak to?
- Bo przynajmniej nie pomyli waszych imion - zauważyła trzeźwo Kruk. - Jedna moja przyjaciółka też porzuciła swojego męża, ale w czasie seksu na okrągło z przyzwyczajenia krzyczała jego imię i w końcu jej nowy facet dostał od tego zaburzeń erekcji i musieli się rozstać.
- Pewnie z tego wszystkiego też dostanę jakichś zaburzeń - westchnął Rafał.
- Nie żeby mnie to jakoś specjalnie obchodziło, ale mam szczerą nadzieję, że jednak nie erekcji...
- Ja też!
Odkąd tylko się poznali, a miało to miejsce dziesięć lat wcześniej w redakcji jednego z ogólnopolskich dzienników, w którym Rafał był szefem działu krajowego, a Ilona stażystką, oboje zapałali do siebie sympatią równie wielką, co do bólu platoniczną. I bynajmniej nie miał na to wpływu fakt, że pierwsze z nich było już wtedy żonate, a drugie miało chłopaka. Ot, po prostu chemia między nimi była każdego możliwego rodzaju, tylko nie związanego z pożądaniem. Nie musieli nawet tego sobie nigdy tłumaczyć. Po prostu zrozumieli to w chwili pierwszego podania sobie rąk i wymiany uprzejmości. Nie zmieniało to faktu, że gotowi byli rzucić się za sobą w ogień.
- I co ja mam teraz zrobić? - zapytał Rafał rozpaczliwie po chwili milczenia.
- Niewiele chyba możesz - przyznała niechętnie Ilona. - Istnieje za to prawdopodobieństwo, że kiedy twoja szanowna małżonka zamieszka razem z Niziołkiem, to odkocha się tak szybko, jak się zakochała. Sam wiesz, że co innego chodzić na randki i przebywać z kimś po kilka godzin, a co innego żyć razem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pamiętasz, jak było ze mną i Wojtkiem? Wielka miłość, szybka decyzja o zamieszkaniu razem, i co? Już po miesiącu, kiedy zasypiał i zaczynał chrapać, miałam ochotę udusić go poduszką. A po dwóch nie mogliśmy na siebie nawzajem patrzeć i w sumie rozstaliśmy się z taką ulgą, że kiedy się wyprowadził, otworzyłam szampana i upiłam się ze szczęścia.
- Myślisz, że i u nich tak będzie? - W głosie Rafała pojawiła się nadzieja.
- Możliwe - odpowiedziała Ilona - Nie wiadomo jednak, ile to potrwa. Nie powinieneś na to czekać i się umartwiać, tylko żyć. W miarę normalnie.
- Podobno po rozstaniu strona porzucona przeżywa taką samą żałobę jak wtedy, kiedy partner albo partnerka umiera - westchnął Rafał. - Przechodzi się przez jakieś fazy, czy coś w tym rodzaju...
- Owszem. - Kruk pokiwała głową, bo ledwie kilka tygodni temu pisała o tym artykuł. - Najpierw jest szok i wyparcie, że coś takiego się stało. Potem gniew. Po nim następuje faza łudzenia się, że jeszcze nie wszystko stracone. Następnie przygnębienie i depresja, a na sam koniec akceptacja i rozpoczęcie budowania sobie życia na nowo. Z dobrego serca radziłabym ci od razu bezzwłocznie przejść do tego ostatniego. Pozostałe są za bardzo przygnębiające. Poza tym jestem fanką old-schoolu.
- Czyli? - zaciekawił się Rafał.
- W tym przypadku zasady klin klinem!
- I niby jak miałby ten klin wyglądać? Mam teraz znienacka zacząć latać po mieście i wołać: "Która mnie zechce?!".
- Lepiej nie, bo jako pierwsza zechce cię policja. Możliwości jest wiele. Załóż sobie Tindera. Umów się na szybkie randki. Idź do klubu.
- Do klubu? W moim wieku?!
- Przecież nie masz stu lat!
- Tylko prawie połowę, a od kiedy Gabi zaczęła się dziwnie zachowywać, to czuję się tak, jakby mi nagle przybyło drugie tyle. Czyli de facto czuję się jak stulatek. Poza tym niedawno byłem w jakimś klubie, bo mieliśmy tam w wydzielonej części imprezę służbową. Z ciekawości wyjrzałem, żeby zobaczyć, co się tam ogólnie dzieje. Na sali były same nastolatki, które wydawały się czymś odurzone i poruszały się, jakby cierpiały na postępujący paraliż. To nie dla mnie.
- Nie chcę cię martwić, ale gdy byliśmy młodsi, nasi rodzice z pewnością wymieniali między sobą dokładnie takie same uwagi o miejscach, które nam się wydawały rajem - zauważyła Ilona. - Poczekaj, ja się tobą zajmę. Trochę cię ogarnę. Pójdziemy ostrzyc te kudły, w których wyglądasz jak Mojżesz w czasie huraganu, i ubierzemy cię w coś bardziej stylowego niż te twoje outfity prosto z darów dla powodzian. Zobaczysz, że połowa wolnych kobiet w Warszawie będzie się chciała umówić z tobą na randkę!
- Nie chcę żadnej połowy - jęknął Rafał. - Chcę Gabi!
"Ja się zabiję, a potem będę tego żałować", pomyślała Ilona.
"Znajdziesz lepszą...", chciała rozszerzyć swoją wypowiedź, ale w tym samym momencie usłyszała stłumiony nieco krzyk swojego przyjaciela.
Ponieważ zabrzmiało to nieco dramatycznie, przeraziła się, że ów zrobił coś idiotycznego. Na przykład z żalu rzucił się z okna. Zresztą nie wiadomo po co, bo mieszkał na pierwszym piętrze.
- Jesteś? - zapytała niespokojnie.
- Muszę kończyć - wyszeptał dramatycznie Rafał. - Gabi właśnie skończyła się pakować i wychodzi z domu. Zadzwonię później.
- Jasne, kiedy tylko będziesz chciał - odpowiedziała Ilona, ostatkiem sił hamując się przez daniem swojemu przyjacielowi rady, aby zrzucił małżonkę ze schodów, śmiejąc się przy tym rozgłośnie i urągliwie. I tak by jej nie posłuchał. Biedny, zakochany cymbał.
Ilona była pewna, że kiedy tylko otrząśnie się z pierwszego szoku, Rafał bez problemu zauważy, jakim szczęściem był fakt, że ta sekutnica, ze względu na swój charakter z pewnością będąca reinkarnacją Ksantypy, wreszcie zeszła mu z oczu i przestała obrzydzać życie. Kruk przez chwilę zastanowiła się, czy tak na poczekaniu byłaby w stanie znaleźć choć jedną zaletę żony swojego przyjaciela. No owszem, nie była najbrzydsza, a nawet można ją było uznać za całkiem atrakcyjną. Piękno zewnętrzne nijak jednak nie szło w parze z tym o wiele ważniejszym, wewnętrznym. Krzysztoń była antypatyczna, gderliwa, małostkowa, przekonana o tym, że wśród ponad ośmiu miliardów osób żyjących na naszej planecie tylko ona jedna ma rację, i to w każdej możliwej kwestii, od anomalii pogodowych począwszy ("Te huragany w Tatrach to górale wywołują specjalnie takimi turbinami, żeby potem wycyganić od rządu odszkodowania!"), a na kwestiach medycznych skończywszy ("Każdy nowotwór to grzyb, ewentualnie zakwaszenie albo robaki. Zamiast latać na jakieś chemie, lepiej pić wodę z sodą albo łykać pigułki odrobaczające. Są na ten temat opracowania w Internecie!").
W momentach, na szczęście nielicznych, kiedy zmuszona była słuchać jej wywodów, Ilonę zawsze fascynował fakt, jakim cudem ukończywszy wszystkie szczeble edukacji, a nawet zdobywszy dumny tytuł magistra w dziedzinie zarządzania i marketingu, żona jej kumpla mogła być aż tak pospolicie durna. Bałwochwalczy zachwyt Rafała swoją połowicą wydawał jej się niezrozumiały aż do momentu, gdy pewnego dnia w czasie podróży pociągiem usiadła za dwiema parami wracającymi wraz z kilkoma pociechami ze wspólnych wakacji. Mniej więcej po godzinie przysłuchiwania się konwersacji dorosłej części tej grupy, w której kwestie panów ograniczały się do warkotów typu: "Ucisz wreszcie tego bachora", "Czemu to piwo takie ciepłe? Miałaś je zmrozić!", "Zamknijcie się, bo nie mogę zasnąć" oraz "Idź mi no po schabowego", a następnie w kolejce w wagonie Warsu po wysłuchaniu z ust dwóch towarzyszących owym osobnikom dam zachwytów, jacy to ich partnerzy są "cudowni", "kochani", "inteligentni" i "szarmanccy", Kruk doszła do jedynie słusznego wniosku, że w dziedzinie uczuć męsko-damskich nie ma właściwie żadnych reguły. Ot, wolna amerykanka. I że największą rację miał twórca hasła: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Potwór - jak widać - też.
Ilona kolejny raz zmieniła pozycję, tym razem na już w pełni horyzontalną. Po chwili jednak poczuła, że robi jej się trochę chłodno. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na fakt, że od kilku dni temperatury spadły już poniżej zera, co zauważyli wszyscy poza osobami odpowiedzialnymi za ogrzewanie w jej bloku, który w związku z tym zaczął zasługiwać na miano igloo. Kruk sięgnęła po leżący na oparciu kanapy koc, przy okazji zastanawiając się, co takiego ją opętało, aby kupić coś, co miało niecałe półtora metra długości. Nie szło się tym nijak przykryć, nawet kiedy rozłożyło się owo cudo na ukos. Mamrocząc pod nosem obelgi pod adresem samej siebie, Ilona wstała, po czym przytachała z drugiego pokoju włochatą narzutę, którą dla kontrastu z kocem można było spokojnie nakryć całe Monako. Ułożyła się pod nią na kanapie i już po paru minutach jej ciało zaczęło się z powrotem rozgrzewać. Wiedziała, że nie powinna zasypiać, tylko czekać na telefon od Rafała, ale uczucie błogości, które ją ogarnęło, sprawiło, że postanowiła się zdrzemnąć. Aby jednak nie przegapić połączenia od przyjaciela, podgłośniła dzwonek w smartfonie. A przynajmniej tak jej się zdawało.
Kiedy otworzyła oczy i najpierw spojrzała w wyjątkowo jak na tę porę roku rozsłonecznione okno, a następnie z lekkim niepokojem odczytała na stojącym w rogu pokoju, odziedziczonym po przodkach zabytkowym zegarze, że jest kwadrans po ósmej, na jej przez przypadek wyciszonej komórce wyświetlał się komunikat, że ma dwadzieścia jeden nieodebranych połączeń oraz osiem nowych komunikatów na Messengerze. Ilona szybko odblokowała telefon i zamarła, czytając treść ostatniej z nadesłanych jej przez Rafała wiadomości, która jak to w telefonie, wyświetliła jej się jako pierwsza: "Masz rację. Niziołka trzeba się pozbyć. Raz na zawsze!".