Siła wieku. Szczęśliwe życie w epoce długowieczności - Carl Honoré

-
Proszę czekać

Starzeję się... starzeję się... niestety...

Trzeba będzie do spodni dorobić mankiety.

T.S. ELIOT, PIEŚŃ MIŁOSNA ALFREDA PRUFROCKA, PRZEŁ. STANISŁAW BARAŃCZAK

Zapewne o takim miejscu jak Shoreditch myślał Zuckerberg, kiedy zachwycał się młodymi umysłami. Tutaj każdy powyżej 35 lat czuje się staro. W ostatnich latach ten zakątek wschodniego Londynu stał się miniaturą Doliny Krzemowej. Przy wąskich uliczkach mnożą się firmy technologiczne i startupy, a także, jak zwykle w takich miejscach, puby, bary sushi i kawiarnie serwujące cold brew. Wokół na hulajnogach i rowerach z ostrym kołem śmigają młodzi ludzie z całego świata. W przerwach między kolejnymi hackatonami i beta testami odpoczywają i planują przejęcie władzy nad światem, popijając bezglutenowe precle rzemieślniczym piwem. Wszyscy marzą o jednym: że wymyślą kurę znoszącą złote jaja - albo przynajmniej będą jej udziałowcem.

Wieczorem odwiedzam Shoreditch, by sprawdzić, jak ta młoda energia przełoży się na postęp w dziedzinie starzenia. Pretekstem jest konkurs, którego celem jest "przyśpieszyć innowacje podnoszące poziom życia starszych dorosłych na całym świecie". Dziesięć startupów przedstawi swoje biznesplany przed widownią złożoną z przedsiębiorców, inwestorów i urzędników. Wyłoniony przez sędziów zwycięzca pojedzie na europejski finał. Dwa pytania same wyrywają mi się z notesu: co te młode wilki z Shoreditch rozumieją przez "starszych dorosłych"? I jak zamierzają podnieść jakość ich życia?

Impreza odbywa się w Campus London, Google'owskim ośrodku przedsiębiorczości. Przed wejściem jakiś młody mężczyzna w kamizelce od garnituru chodzi wte i wewte niczym niespokojny wartownik, relacjonując przez smartfona przebieg spotkania z inwestorami: "Totalnie kupują pomysł zrobienia czegoś z emerytami!" - krzyczy do aparatu.

Wchodzę do holu ozdobionego gadżetami z mojej młodości, a dziś antykami: pierwszy iMac, radio tranzystorowe, telewizor kineskopowy, projektor Super 8. Na jednej ze ścian widnieje hasło żywcem zaczerpnięte z podręcznika dla startupów: "Więcej. Sprytniej. Odważniej". Wokół stołu zebrali się już ludzie, skubią nachosy i burratę. Sami młodzi. Podchodzę do dwudziestoparolatka z brodą i pytam, co go sprowadza na wydarzenie dotyczące starości. "Jestem seryjnym przedsiębiorcą i non stop szukam nowych trendów - wyjaśnia. - A starość jest teraz w modzie".

Jego merkantylny ton lekko mnie odrzuca, ale zaraz sobie przypominam, że to konkurs na pomysły biznesowe. Sala pełna jest ludzi inteligentnych, przedsiębiorczych, intensywnie myślących o tym, jak poprawić życie osób starszych - w zasadzie można się tylko cieszyć.

Siadam na widowni. Jako pierwszy zostaje zaprezentowany gadżet, który oszacowuje ryzyko upadku i złamania biodra. Potem apka, która ma przeciwdziałać społecznej izolacji osób starszych, ułatwiając porozumiewanie się przez komunikator i udostępnianie zdjęć. Następnie młodziutki przedsiębiorca z prędkością karabinu maszynowego wyjaśnia, że najlepszym sposobem walki z maltretowaniem seniorów, ich niedożywieniem i depresją jest ucyfrowienie dostępu do usług opiekunów. Wreszcie oglądamy wózek, który przemieszcza się nie tylko do przodu, do tyłu i na boki, ale też w górę i w dół. Zwycięzcą okazuje się jednak wygodna porównywarka produktów dla osób cierpiących na demencję.

Każdy z tych pomysłów uczyniłby świat lepszym. Zapał pomysłodawców jest zaraźliwy. Oczywiście, że chcą zarobić, ale większość podkreśla, że inspiracją do działania była dla nich trudna sytuacja kogoś z rodziny. Zwycięzca przez wiele lat zajmował się matką chorującą na demencję. Gdy w sali zrywają się brawa, udziela mi się ogólny entuzjazm.

Coś mi jednak nie daje spokoju. U podstaw każdego produktu, każdego pomysłu, każdego biznesplanu leży to samo założenie: że "starszy" znaczy samotny, słaby, unieruchomiony, smutny, bezbronny - a czasem wszystkie te rzeczy naraz. A co z rosnącą rzeszą osób, które bez względu na swój wiek chwytają życie za rogi? Nic z tego, co tu widziałem, nie jest adresowane do kogoś takiego jak Darunee Kramwong. Albo choćby do mnie. Na tle złotej młodzieży z Shoreditch ja, z pięćdziesiątką za pasem, jestem bez wątpienia "osobą starszą", a jednak minie zapewne jeszcze wiele lat, zanim będę potrzebował któregoś z tych wynalazków. Dlaczego nikt dziś na scenie nie przedstawił narzędzia, które pomogłoby mi zbudować własną apkę? Albo nie spróbował pokazać komuś takiemu jak Kramwong, jak się promuje własny pomysł na startup?

Czekając w kolejce na ubera, uzmysławiam sobie, że dzisiejsza impreza dobrze ilustruje, gdzie leży błąd w myśleniu o starości. Zwykle zakłada się najgorszy scenariusz. Zastanówmy się nad tym. Z czym kojarzy nam się starzenie? Jeśli myślicie tak jak ja lub pełni dobrych chęci przedsiębiorcy z Shoreditch, przed oczami stają wam raczej ponure obrazy: niedołężność, cyfrowy analfabetyzm, demencja, śmierć. Pożałowania godny, odpychający portret Doriana Graya. Mieszkaniec domu starców śliniący się podczas gry w bingo. Babunia, która nie poznaje krewnego albo gubi drogę do domu. Staruszek, który nie umie sam wejść po schodach ani się podetrzeć.

Jeśli chcemy w pełni wykorzystać to, że żyjemy coraz dłużej, nie możemy sobie wyobrażać starości w najczarniejszych możliwych barwach. Aby się od tego uwolnić, musimy najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd się w nas bierze niechęć do starości i jak to się stało, że zapuściła tak głębokie korzenie.

-

Przede wszystkim nazwijmy problem po imieniu. W 1969 roku amerykański gerontolog Robert Butler ukuł termin "ageizm" na określenie "systematycznej dyskryminacji i szufladkowania osób ze względu na wiek". Później słowo to objęło swym znaczeniem również przypadki mówienia w sposób uwłaczający o samym procesie starzenia. Stereotypy związane z wiekiem są zwykle okrutne (starsi ludzie mają kiepską pamięć, są smutni, słabi, zgryźliwi, nieatrakcyjni, nudni), choć niekiedy bywają też pozytywne (starsi ludzie są mądrzy), a nawet dotyczą ludzi młodych (milenialsi to mimozy albo "płatki śniegu"). Ale skutek jest zazwyczaj taki sam: wpycha się cały rocznik do jednego worka, w którym nikomu nie jest dobrze.

W odróżnieniu od innych rodzajów dyskryminacji, takich jak rasizm czy seksizm, ageizm na dokładkę budzi w ofierze pogardę do samej siebie. Biały rasista nigdy nie będzie czarny. Męska szowinistyczna świnia raczej nie przemieni się w kobietę. A starzejemy się wszyscy. Kto więc folguje ageizmowi, sam poniża siebie z przyszłości. Jak na początku XIV wieku ujął to Bernardyn ze Sieny: "Każdy chce dożyć późnego wieku, ale nikt nie chce być stary".

Jakie są więc korzenie ageizmu? Najprościej chyba zacząć od słowa na "ś". Benajmin Franklin zauważył, że człowiek może być w życiu pewien tylko dwóch rzeczy: śmierci oraz podatków. Nawet najsprytniejszy księgowy nie pomoże nam uniknąć jednej i drugiej. Codziennie ziemski padół opuszcza około 150 tysięcy dusz. A równie nieuchronne jak śmierć jest nasze pragnienie, by jej uniknąć. Ewolucja wyposażyła nas w przemożny, nieodparty instynkt przetrwania. Wspomnijmy historię Ernesta Shackletona, który przeprawiał się szalupą przez lodowate, targane wichurą wody Antarktyki. Albo przypadek rozbitków z katastrofy samolotu w Andach, którzy zjadali ciała współpasażerów.

Nawet osobom wierzącym w życie pozagrobowe rzadko do niego śpieszno. Nic dziwnego, że pragnienie nieśmiertelności jest obecne w różnych kulturach i epokach. Jeden z najstarszych znanych nam utworów literackich, Epos o Gilgameszu, opowiada o sumeryjskim królu, który chciał żyć wiecznie. Wieki później, w średniowiecznej Europie alchemicy na wyścigi szukali recepty na życie wieczne, a kilku władców chińskiej dynastii Tang zmarło po wypiciu eliksiru młodości zaprawionego rtęcią lub ołowiem.

W nowoczesnym świecie chęć oszukania śmierci tylko przybrała na sile. Wirtualna nieśmiertelność już puka do drzwi - firmy w rodzaju Forever Identity czy Eternime tworzą dla klientów cyfrowe awatary i hologramy, które po nich pozostaną. W świecie offline miliardy dolarów zasilają wyścig zbrojeń przeciw starzeniu. Bada się możliwość odmłodzenia starszych organizmów transfuzjami młodej krwi. Ruch "leczenia" starości ma swojego ambasadora w osobie biogerontologa Aubreya de Grey, który, uzbrojony w starotestamentową brodę i prezentację w PowerPoincie, mówi słuchaczom na całym świecie, że pierwszy człowiek, który dożyje tysiąca lat, być może już się urodził.

Ale wygrana ze śmiercią wciąż należy raczej do sfery fantastyki naukowej. Choć żyjemy coraz dłużej, na poziomie komórkowym jesteśmy zaprogramowani, żeby umrzeć. Naukowcy z Uniwersytetu Arizony na modelach matematycznych wykazali, że zatrzymanie procesu starzenia w tak złożonym, wielokomórkowym organizmie jak istota ludzka jest zwykłą mrzonką. "Starzenie się jest matematycznie nieuniknione, koniec, kropka - wyjaśnia Joanna Masel, profesorka ekologii i biologii ewolucyjnej, jedna z autorek badania. - Logicznie, teoretycznie, matematycznie rzecz biorąc, nie ma od niego ucieczki".

A ponieważ śmierć, niszczyciel światów, czeka wszystkich, starzenie jawi się nam jako wróg. Nic dziwnego. Każdy upływający rok, miesiąc, tydzień, godzina, minuta przybliżają nas do kresu. Nawet najdrobniejsze zwiastuny starości - zmarszczka, siwy włos, trzeszczący staw - przypominają, że Kostucha o nas pamięta, że mamy coraz mniej czasu na zrobienie wszystkiego, co chcemy.

Można wręcz przyjąć, że w dzisiejszych czasach lęk przed śmiercią jest dotkliwszy niż dawniej. Laicyzacja odebrała nam pociechę życia pozagrobowego. Zepsuliśmy też sam proces umierania. W bardzo wielu krajach śmierć została zmedykalizowana i zinstytucjonalizowana. Gdy jesteśmy u kresu, robi się wszystko - nie bacząc na koszty, ból, cierpienie, utratę godności - by utrzymać nas przy życiu. "Wyobrażamy sobie, że możemy zaczekać, aż lekarze powiedzą nam, że nic już więcej nie da się zrobić - pisze chirurg Atul Gawande w Śmiertelnych. - Ale w rzeczywistości rzadko się zdarza, żeby lekarze nie mogli zrobić czegoś jeszcze. Mogą podać toksyczne leki o nieznanej skuteczności, próbować operacyjnie usunąć część guza lub zrobić gastrostomię, jeśli dana osoba nie może jeść: zawsze jest coś, co można jeszcze zrobić"[5]. Przez to nasze ostatnie dni, tygodnie czy wręcz miesiące stają się piekłem niczym z Hieronima Boscha; umieramy podłączeni do maszynerii, w otoczeniu personelu medycznego. Znamy te obrazy z serialu, a niekiedy z własnego życia - przyprawiają o gęsią skórkę. Skoro taki jest finał starzenia, to nic dziwnego, że nie ma chętnych.

Nawet jeśli pominąć widmo śmierci, starzenie ma złą prasę, bo jest przyczyną niepożądanych zmian. Zaczyna się niewinnie: mamy trochę mniej energii, mniej siły, mniejsze libido, pogarsza nam się wzrok, słuch i pamięć krótkotrwała. W bardzo zaawansowanym wieku może być już naprawdę nieciekawie. Jak zwykle Szekspir ujął to najlepiej. W Jak wam się podoba ostatni z siedmiu etapów życia jest opisany jako "pamięć zagasła w drugim niemowlęctwie, bez zębów, oczu, smaku, bez wszystkiego"[6]. Nic dziwnego, że w żadnym raju ani utopii nie ma miejsca dla starości.

Oczywiście nie każdy cierpi u kresu życia tak, jak to opisał Szekspir. W dzisiejszych czasach mamy lepsze zęby i, ogólnie rzecz biorąc, większość ludzi do końca pozostaje w niezłej formie. Inni przechodzą tylko krótką fazę "bez wszystkiego". Problem w tym, że nikt nie może być pewien, jak przebiegnie ów ostatni akt życia - a skłonni jesteśmy wyobrażać sobie najgorsze, zwłaszcza że współczesna medycyna dostarcza nieskończenie wielu sposobów na utrzymywanie nas przy życiu, nawet gdy dawno już wolelibyśmy spoczywać w pokoju. "Teraz starość budzi większe obawy, bo prawie każdy jej doświadcza; trzeba mieć pecha, żeby nie dożyć siedemdziesiątki - tłumaczy Pat Thane, specjalistka od historii starości w King's College w Londynie. - Niestety nie wiadomo, w jakim stanie przeżyjemy późne lata".

Tę niepewność dodatkowo potęguje niechęć do projektowania siebie w przyszłość. Dość dokładnie pamiętam, jaki byłem jako 40-, 30- czy 20-latek. A jeśli czegoś nie pamiętam, mogę zerknąć na zdjęcia i filmy, przeczytać swoje teksty z tamtych czasów albo zapytać kogoś, kto mnie wówczas znał. Czuję silny związek z tamtym młodszym sobą. Za to moje przyszłe "ja" to niezapisana tablica. Moje życie może potoczyć się milionem różnych torów, więc myślenie o sobie w wieku 60 czy 70 lat, nie mówiąc już o 80 czy 90, jest równie karkołomne jak próby interpretacji Infinite Jest Davida Fostera Wallace'a. Dodatkowym utrudnieniem jest ludzki atawizm. Nasi przodkowie, łowcy zbieracze, nie musieli wybiegać myślami w przyszłość, bo żyli chwilą, skupieni na przeżyciu kolejnego dnia. "Z ewolucyjnego punktu widzenia byliśmy skoncentrowani na tym, co tu i teraz. Teraźniejszość jest dla nas bardzo ważna - mówi Hal Hershfield, psycholog w Anderson School of Management na Uniwersytecie Kalifornijskim. - Nie jesteśmy stworzeni do myślenia o przyszłości w długiej perspektywie, dlatego nie odczuwamy emocjonalnego związku z osobą, którą będziemy za kilkadziesiąt lat".

Ten brak związku wzmacnia ageizm dwojako. Po pierwsze, sprzyja rozwojowi najbardziej ponurych stereotypów na temat starzenia. Po drugie, sprawia, że wrzucamy wszystkich seniorów do worka z napisem "inni".

Skoro więc tak ciężko nam sobie wyobrazić, zwłaszcza w pozytywnym świetle, własną przyszłość, może trzeba poszukać nadziei w przeszłości?

-

Przyjęło się sądzić, że kiedyś ludziom starszym było lepiej. Poważano ich, a nie traktowano jak zbędny balast. Czy to prawda? A jeśli tak, co nam to mówi o źródłach dzisiejszego ageizmu?

Na pewno starość miała dawniej pewne zalety. Starsi ludzie zyskiwali szacunek poprzez odgrywanie ważnych ról w tradycyjnych społecznościach: zbierali jedzenie, uczyli młodzież wytwarzać broń, narzędzia, kosze, ubrania, opiekowali się wnukami, pełnili funkcje politycznych i duchowych przywódców. Dzięki znajomości historii, pieśni czy medycyny byli Googlem kultury oralnej. Jak głosi afrykańskie powiedzenie: "Kiedy umiera stary człowiek, płonie cała biblioteka".

Wiele cywilizacji zapisało szacunek do starości w prawie. Na szczycie hierarchii konfucjańskiej znajduje się starszyzna. W starożytnej Grecji złe traktowanie rodziców w zaawansowanym wieku było karane. W cywilizacjach Majów i Inków młodzi byli winni starszym bezwzględne posłuszeństwo. Podczas publicznych zgromadzeń w Atenach, Sparcie czy Rzymie starsi zawsze przemawiali jako pierwsi. W kolonialnej Ameryce w purytańskich kaplicach najbardziej poczesne miejsca rezerwowano dla starców. Nawet przywódcy rewolucji francuskiej, mający w pogardzie tradycję, uczynili szacunek dla starszych patriotycznym obowiązkiem. Ustanowili nowe święto narodowe - F?te de la Vieillesse [Święto starości] - podczas którego mieszkańcy miast oddawali hołd starszym, ozdabiając ich domy, paradując z nimi po ulicach i śpiewając świeckie hymny na ich cześć. Jedna z takich pieśni, śpiewana w Tuluzie w 1797 roku, brzmiała następująco:

Wszelako wiek ten honorowy

Mędrzec osiąga poprzez spokój.

On mu zapewnia życie w zdrowiu.

Złym ludziom to się nie przydarza.

[5] Przekład Malwiny Fiedorek.

[6] Przekład Leona Ulricha.

Obym umarł, zanim się zestarzeję.

PETE TOWNSHEND, "MY GENERATION"

Od kilkudziesięciu lat ganiam za piłką z kijem. Hokejball to dla mnie coś więcej niż tylko ulubiony sport: to również intensywny trening, okazja do spotkania ze znajomymi i łącznik z kanadyjską tożsamością. To także sposób, by nie myśleć o tym, że jestem coraz starszy. Kiedy gram w hokeja, mogę na chwilę zapomnieć o swoim wieku. Czym tu się martwić, skoro czuję się jak nastolatek, ilekroć piłka uderza w mój kij?

Tak było aż do ćwierćfinału zawodów w Gateshead, robotniczym miasteczku w północnej Anglii.

Zegar tykał, a moja drużyna wciąż nie mogła strzelić zwycięskiego gola przeciwnikom, których rok wcześniej rozgromiliśmy. Czułem, że chłopaki są zdenerwowani, kipiała w nich sportowa złość. I nagle, w ostatniej minucie, gdy wisiało nad nami widmo rzutów karnych, udała mi się jedna z najtrudniejszych hokejowych sztuczek.

W hokeju sędzia wznawia grę, upuszczając piłkę między dwóch napastników z przeciwnych drużyn. To sprawdzian siły, równowagi, refleksu, koordynacji oko-ręka, szybkiego myślenia. Celem jest zdobycie piłki. Bramka z pierwszego uderzenia zdarza się rzadko. Ale tamtego dnia mi się udało: zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, posłałem piłkę prosto w dolny róg bramki oddalonej o pięć metrów. Napastnik rywali zaklął pod nosem. Bramkarz, który wpuścił gola, cisnął kijem o ziemię. Awansowaliśmy do półfinału - a ja byłem w siódmym niebie.

Po wielu uściskach i przybitych piątkach udałem się do szatni, wciąż odtwarzając w głowie powtórkę zdobytej bramki. Za stertą przepoconych koszulek i ochraniaczy dostrzegłem jednego z organizatorów turnieju; przeglądał składy drużyn, porównując wiek zawodników. Najmłodszy gracz miał szesnaście lat. A najstarszy?

- Słuchaj, to ty! - zawołał trochę zbyt radośnie. - Jesteś najstarszy z całego turnieju!

Miałem wtedy czterdzieści osiem lat, o czym zaświadczały siwawe włosy i kurze łapki. Mimo to stanąłem jak rażony piorunem. Imponujący gol, dzięki któremu awansowaliśmy do półfinału, w jednej chwili zszedł na dalszy plan, przyćmiony okrutną arytmetyką: na zawodach jest dwustu czterdziestu graczy i wszyscy są ode mnie młodsi. Nagle z gieroja zmieniłem się w oldboja.

Gdy po wyjściu z szatni zacząłem się przyglądać innym zawodnikom, opadły mnie pytania: czy pasuję tu jak wół do karety? Czy jestem obiektem żartów? Hokejowym odpowiednikiem pięćdziesięciolatka z dwudziestoletnią dziewczyną? Może powinienem znaleźć sobie spokojniejszą rozrywkę? Na przykład bingo?

Prędzej czy później dopada to każdego: owo nagłe dojmujące uczucie, że jest się starym. Data urodzenia, dawniej zwykłe cyferki w paszporcie, staje się dokuczliwym memento mori, głosem, który szepce nam, że szczyt mamy za sobą, a przed nami już tylko prosta droga do spodni na gumkę i bujanego fotela. Skończyło się życie, jakie znamy, jakiego pragniemy. Zaczynamy się zastanawiać, co nam wypada, a co nie. Czy ten strój jest odpowiedni dla kogoś w moim wieku? A ta fryzura, ten partner, ta muzyka, ten sport? Zwykle zaczyna się od okrągłych urodzin, od choroby, od kontuzji, od niepowodzenia sercowego, od awansu, który dostał kto inny. Czasem od śmierci bliskiej osoby. U mnie zaczęło się od turnieju hokejballa, na którym byłem najstarszy.

Ale jeśli się głębiej zastanowić, wcale nie jest tak źle. Jeszcze nigdy w dziejach ludzie w takiej liczbie nie dożywali sędziwego wieku. Ubiegłe stulecie dało początek rewolucji długowieczności. Dzięki lepszemu odżywianiu, nowym technologiom, higienie i ochronie zdrowia, a także dzięki temu, że mniej palimy i więcej zarabiamy, żyjemy dziś znacznie dłużej. Globalna przewidywana długość życia noworodka więcej niż się podwoiła - od 32 lat w roku 1900 roku do 71,4 lat obecnie, przy czym w krajach rozwiniętych jest to ponad 80 lat. Począwszy od 1963 roku obywatele japońscy, którzy dożyli stu lat, otrzymywali w prezencie od państwa sakazuki, czyli srebrną czarkę na sake. Zwyczaj zarzucono w 2015 roku, ponieważ stulatków jest dziś w Japonii po prostu zbyt wielu.

Nie oznacza to, że kiedyś nie dożywano wieku matuzalemowego. W dawnych czasach niska średnia długości życia wynikała przede wszystkim z wysokiej śmiertelności niemowląt. Kto w epoce przedindustrialnej dotrwał do dorosłości, mógł żyć długo. Źródła historyczne wskazują, że 8 procent obywateli cesarstwa rzymskiego miało ponad sześćdziesiąt lat. Wiek ten przekroczyło ponad 10 procent ludności Anglii, Francji i Hiszpanii w XVII i XVIII wieku. Isaac Newton zmarł w wieku osiemdziesięciu czterech lat. Od czasu do czasu gazety informowały o rekordzistach. Anglia przez jakiś czas żyła przypadkiem parobka Thomasa Parra, który w chwili śmierci w 1635 roku miał rzekomo 152 lata. Choć pojawiały się głosy, że pomylił własną datę urodzenia z datą narodzin swojego dziadka, opinia publiczna w Anglii ochoczo dawała wiarę opowieściom o jego spartańskiej diecie ("ser prawie zjełczały i mleko w każdej postaci, chleb twardy razowy, do picia niewiele, zwykle kwaśna serwatka") i barwnym życiu miłosnym (odprawiał pokutę za cudzołóstwo, a jako stulatek spłodził nieślubne dziecko). Sława Starego Parra była tak wielka, że malowali go Van Dyck i Rubens, a po śmierci został pochowany w opactwie Westminster.

Choć nikomu nie udało się zbliżyć do wieku, jakim szczycił się Parr, rewolucja długowieczności jest bez wątpienia milowym krokiem naprzód, wielkim pomnikiem ludzkiej inwencji i powodem do radości. A jednak rzadko tak się o niej myśli. Właściwie dlaczego? Głównie dlatego, że nasze podejście do starzenia się nie nadąża za demograficzną hossą. Zamiast otwierać szampana i winszować sobie dodatkowych lat życia, uporczywie trzymamy się myśli, że starość jest zła. Moglibyśmy radować się ze swoich hokejowych majstersztyków, a tymczasem trujemy się myślami o rosnących zakolach.

W dyskursie publicznym wydłużanie się ludzkiego życia często jest przedstawiane jako jeszcze jeden niepokojący trend, w jednym szeregu z ociepleniem klimatu i nierównościami ekonomicznymi. W mediach doniesieniom o tym, że liczba stulatków przekroczyła 450 tysięcy albo że ludzie powyżej 65. roku życia już przewyższają liczebnie populację dzieci do lat pięciu, towarzyszą sformułowania typu "siwe tsunami" albo "tykająca bomba zegarowa". Czarnowidze ostrzegają, że długowieczność przypłacimy zastojem gospodarczym, brakiem rąk do pracy, zapaścią fiskalną, pikującymi indeksami giełdowymi, załamaniem się systemu opieki społecznej, wojną pokoleń czy kresem innowacyjności. Trzeba ułatwić dostęp do eutanazji, przestrzegają, inaczej zaleje nas morze zaślinionych staruszków bezustannie rozpamiętujących stare dobre czasy.

Podobny lęk budzi w nas perspektywa naszej własnej starości. Kiedy ostatni raz spotkaliście kogoś, kto cieszył się na swoje czterdzieste lub pięćdziesiąte urodziny, nie mówiąc już sześćdziesiątych albo siedemdziesiątych? Owszem, dobicie do osiemdziesiątki czy dziewięćdziesiątki bywa powodem do dumy, ale zanim to nastąpi, sama myśl o starzeniu wywołuje strach, niepokój, niechęć, a nawet odrazę. Trwamy w przekonaniu, że starość to przekleństwo i że od pewnego momentu każde kolejne urodziny pomniejszają naszą atrakcyjność, produktywność, radość, energię i kreatywność; jesteśmy coraz słabsi, coraz mniej zdrowi, mamy coraz węższe horyzonty, coraz trudniej nas kochać, coraz mniej nas widać, coraz mniejszy z nas pożytek, słowem - jesteśmy coraz mniej sobą.

Wszędzie króluje ten sam przekaz: młodszy znaczy lepszy. Znaki drogowe pokazują staruszków zgiętych nad laską, przemysł kosmetyczny sprzedaje produkty "przeciw starzeniu", jak gdyby starość była chorobą. Niemal wszystkie kartki urodzinowe dla dorosłych zawierają element drwiny oraz współczucia. Na jednej z takich kartek nad przerażoną kobietą z horroru klasy B widnieje napis: "O Boże, masz 30 lat!!!".

Przekonanie, że starość jest do bani, znajduje odbicie w naszym codziennym języku. "Czuć swoje lata" znaczy być zmęczonym i bez energii. Notorycznie osłabiamy komplementy, dodając do nich wyrażenie "jak na swój wiek". Mówimy, że "sześćdziesiąt to nowe czterdzieści" lub "pięćdziesiąt to nowe trzydzieści", jak gdyby osiągnięcie wieku 50 czy 60 lat było czymś niepożądanym, czego należy uniknąć. W naszych rozmowach na temat osób w zaawansowanym wieku pleni się jak chwast słowo "jeszcze": on "jeszcze" pracuje, oni "jeszcze" uprawiają seks, ona "jeszcze" ma bystry umysł, jak gdyby aktywne życie w pewnym wieku było swoistym cudem. Słowo "stary" uchodzi za toksyczne do tego stopnia, że aktorka Judi Dench zabroniła go używać w swoim domu. "Emerytura" także jest na jej czarnej liście. "Nie chcę słyszeć żadnego z tych starych słów" - oznajmiła niedługo po swoich osiemdziesiątych urodzinach.

Nawet środowiska propagujące zmianę podejścia do starości z trudem odnajdują właściwy język. Ilekroć współzałożyciel londyńskiego Age of No Retirement, Jonathan Collie, pisze komunikat prasowy czy udziela wywiadu, napotyka te same trudności. "Sęk w tym, że nie da się nie używać słów "wiek" i "stary"[1], a to od razu ludzi odpycha". Laura Carstensen, założycielka i dyrektorka Centrum Długowieczności na Uniwersytecie Stanford, boryka się z podobnym problemem. "Od jakichś czterdziestu lat namawiam ludzi do używania słowa "stary" z dumą, ale dotychczas nie udało mi się przekonać ani jednej osoby - mówi. - Sama też unikam tego słowa, żeby przypadkiem kogoś nie urazić".

Niechęć do starości nie jest niczym nowym. Poeci i dramatopisarze starożytnej Grecji i Rzymu bezlitośnie kpili ze staruszków. Arystofanes opisywał ich jako słabowitych i żałosnych, a także groteskowych w swoich pragnieniach erotycznych. Plaut wprowadził do literatury motyw obleśnego starca. Dzieła średniowiecznych pisarzy od Boccaccia do Chaucera pełne są podstarzałych rogaczy. Ponad dwieście lat temu Samuel Johnson, twórca pierwszego słownika języka angielskiego, zdemaskował dobrze znane po dziś dzień uprzedzenie względem starzejących się umysłów. "Większość ludzi jest niestety skłonna zakładać u ludzi starych pogorszenie mocy intelektualnych - napisał w 1783 roku. - Gdy ktoś młody lub w średnim wieku, opuszczając towarzystwo, zapomni, gdzie odłożył kapelusz, to nic nie znaczy; gdy zaś podobne roztargnienie przydarzy się starcowi, wszyscy kwitują to wzruszeniem ramion i słowami: "Pamięć go opuszcza"".

Czy od tamtego czasu coś się zmieniło? Tak, ale nie na lepsze. Nasza niechęć do starzenia się, a nawet do wyglądania starzej, nigdy nie była tak silna. Co roku wydajemy 250 miliardów dolarów na produkty i usługi odmładzające. Dwudziestoparolatkowie przed rozmowami o pracę fundują sobie botoks i implanty włosów. Nawet nastolatki poddają się zabiegom kosmetycznym, żeby "odświeżyć" swój wygląd.

Czasem można odnieść wrażenie, że poczynając od pewnego wieku, wszyscy jesteśmy na celowniku. Naukowcy ze Szkoły Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Yale zbadali na Facebooku grupy poświęcone seniorom. Znaleźli 84, o łącznej liczbie członków 25.489. Na wszystkich poza jedną utrwalano niepochlebne stereotypy. W opisie co trzeciej grupy postulowano pozbawienie osób starszych prawa do prowadzenia samochodu, robienia zakupów i innych aktywności w miejscach publicznych. Pewien użytkownik zaproponował ostateczne rozwiązanie kwestii seniorskiej: "Każdy po ukończeniu 69 lat powinien stawać przed plutonem egzekucyjnym".

Zwolenników egzekucji czy eutanazji jest na szczęście niewielu, ale nagonka na seniorów to bodaj ostatnia odmiana dyskryminacji, która nie wstydzi się swojego imienia. Po referendum w sprawie Brexitu z 2016 roku, kiedy to starsi obywatele zdecydowanie opowiedzieli się za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, część komentatorów sugerowała, że osoby powyżej 65 lat należy pozbawić prawa głosu. W podobnym duchu założyciel Facebooka Mark Zuckerberg wypowiedział się podczas spotkania na Uniwersytecie Stanforda; stwierdził mianowicie, że "młodzi ludzie są po prostu bystrzejsi". Piosenkarka Melissa Etheridge zebrała brawa, pozując na czerwonym dywanie podczas rozdania nagród Grammy z głową łysą po chemioterapii, lecz kiedy indziej krytykowano ją, że nie farbuje włosów. "Mogę być łysa i nikomu to nie przeszkadza, ale nie wolno mi być siwą" - skarżyła się.

Presję odczuwają nawet naukowcy zajmujący się starzeniem. Na przykład Debora Price, profesorka gerontologii społecznej na Uniwersytecie Manchesterskim. Kiedy spotykamy się w Londynie w kawiarni nad Tamizą, ze swadą opowiada o rozmaitych aspektach starzenia - dopóki nie pojawia się temat włosów. Price w wieku nieco ponad pięćdziesięciu lat jest brunetką, ale zawdzięcza to regularnym wizytom u fryzjera. "Z całą stanowczością mogę powiedzieć, że nie kupuję żadnych produktów "przeciwko starzeniu", ale włosy farbuję. I robię to wyłącznie po to, żeby wyglądać młodziej, bez dwóch zdań - przyznaje, lekko się krzywiąc. - Niestety, kultura walki ze starzeniem jest wszechobecna, nawet wśród gerontologów".

Jestem częścią tej kultury. Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, o ludziach po trzydziestce piątce myślałem z mieszaniną lekceważenia i zgrozy. Uśmiechałem się cierpko, czytając u Martina Amisa w Polach Londynu, że "czas uwija się przy swojej odwiecznej robocie, żeby wszyscy wyglądali i czuli się jak gówno"[2]. Z chciwym schadenfreude pochłaniałem prozę Johna Updike'a o Króliku, mężczyźnie osuwającym się w ponury wiek średni, którego "większy obwód w pasie" i "przygarbienie nacechowane ostrożnością" wydają się "znamionami słabości, wręcz ocierającej się o anonimowość"[3]. Śpiewałem "My Generation" The Who, z okrutną przyjemnością rycząc na całe gardło: "Obym umarł, zanim się zestarzeję". Teraz zbliżam się do pięćdziesiątki i żyję w zaprzeczeniu. Chwytam się wszystkiego, żeby ukryć przed światem - i przed sobą samym - własną starość. Ukrywanie daty urodzin na Facebooku? Owszem. Permanentne nieostre widzenie, byle nie nosić okularów do czytania? A jakże. Krótkie strzyżenie siwych włosów, żeby nie było widać, że są siwe? Ma się rozumieć. Ciekawe, kiedy tak jak Nora Ephron zacznę się martwić wyglądem swojej szyi?

Czasem ze strachu przed starością popadam w absurd. Kilka dni temu w sklepie budowlanym miałem kłopot z odczytaniem drobnego napisu na żarówce. Przez dłuższą chwilę wytężałem wzrok, aż w końcu postanowiłem, że poproszę kogoś o pomoc. W pobliżu byli sami dwudziestolatkowie, którzy z pewnością raz dwa przeczytaliby kłopotliwy napis, ale jakoś nie mogłem się przemóc, żeby się do nich zwrócić. Za bardzo się wstydziłem. Zacząłem snuć się po sklepie, aż znalazłem starszą panią w okularach.

Takie manewry mogą się wydawać nieszkodliwe, co najwyżej nieco żałosne. Może i wam zdarzyło się coś podobnego. Tak naprawdę jednak one są szkodliwe. Małe decyzje - takie jak moja w sklepie budowlanym, takie jak Debory Price, gdy umawia się do fryzjera - składają się na duży problem. To codzienne akty zdrady i zaprzeczenia, spontaniczne mikro-agresje, drobne kapitulacje, które podtrzymują kulturowy dyktat, zgodnie z którym starzenie się to wstydliwa gra o sumie ujemnej.

Oczywiście, bycie coraz starszym ma swoje wady. Świadomość, że skrzydlaty rydwan czasu wciąż się zbliża[4], może nas wpędzać w egzystencjalną chandrę. Choćbyśmy jedli tony jarmużu i godzinami ćwiczyli pilates, nasze ciała z czasem będą pracowały coraz gorzej, a brzytwa umysłu nieco się stępi. Wzrośnie prawdopodobieństwo choroby lub śmierci naszych bliskich. Jednak największym ciężarem może się okazać własna toksyczna relacja ze starością. Z jej powodu przez większość życia czujemy się podle z powodu wieku. Zawęża nam ona horyzonty. Pomyślcie o wszystkich straconych szansach, o niezrealizowanym potencjale, o nieprzeżytych przygodach, a wszystko dlatego, że jakiś głosik szepcze nam: "Jesteś na to za stary". Ponura wizja późnego wieku bywa nieraz samospełniającą się przepowiednią. Z badań wynika, że osoby starsze, które stykają się z dużą ilością negatywnych informacji na temat starości, gorzej wypadają w testach pamięci, słuchu i równowagi, a także wolniej chodzą.

Zastanawiam się, czy przypadkiem coś podobnego nie przydarzyło mi się podczas tamtych zawodów w hokejballa. Po tym, jak zdemaskowano mnie jako drużynowego dziadka, zacząłem gorzej grać. Czy ruszałem się wolniej pod wpływem autosugestii? A może za bardzo się starałem? Tego nigdy się nie dowiem. Faktem jest, że moja drużyna odpadła w półfinale, a ja wróciłem do domu z czymś ważniejszym niż puchar: z misją, by nauczyć się lepiej starzeć - i zmienić swój stosunek do starości.

Ktoś powie, że to walka z wiatrakami, ale wcale nie musi tak być. Wystarczy bowiem odrzucić stereotypy, a okaże się, że życie po trzydziestce wcale nie oznacza powolnego popadania w ruinę. Nic bardziej mylnego. Pomyślcie o własnym kręgu znajomych. Czy każdego, kto przekracza magiczną granicę trzydziestych piątych urodzin, porywa wir ku śmierci? Skądże. Prawie każdy zna ludzi, którzy mając lat 40, 50, 60 i więcej, żyją pełnią życia. Moi rodzice w wieku 77 i 83 lat przeżywają najlepszy okres w swoim życiu - podróżują, gotują, ćwiczą, spotykają się ze znajomymi, uczą się, ale i pracują, gdy mają ochotę.

Pogląd, jakoby ludzie starsi byli dla społeczeństwa bezwartościowym ciężarem, jest z gruntu niedorzeczny. Historia obfituje w postaci, które najwięcej dokonały w późnym wieku. Michał Anioł ukończył freski w Kaplicy Paulińskiej, mając 74 lata. Trzy wieki później Giuseppe Verdi wystawił swoją najlepszą operę komiczną, Falstaffa, mając lat 79. Architekt Frank Lloyd Wright skończył Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku jako 91-latek. Georgia O'Keeffe malowała świetne obrazy po dziewięćdziesiątce, a Stanley Kunitz został amerykańskim poetą-laureatem w wieku 95 lat. Kant, Gorgiasz i Katon tworzyli swoje najlepsze dzieła w podeszłym wieku. I co ty na to, Zuckerbergu?

Dziś mnóstwo ludzi osiąga wielkie sukcesy "po złej stronie pięćdziesiątki". Clint Eastwood pierwszego Oscara za reżyserię otrzymał, mając 62 lata, drugiego - jako 74-latek. Mary Robinson po siedemdziesiątce walczy o sprawiedliwość klimatyczną. Jane Goodall ma ponad osiemdziesiąt lat, a bilety na jej wykłady o pracy z szympansami w Tanzanii wyprzedają się na pniu. Warren Buffet, jeden z najskuteczniejszych inwestorów na świecie, będzie wkrótce świętował dziewięćdziesiąte urodziny. Sir David Attenborough robi obsypywane nagrodami dokumenty przyrodnicze, a królowa Elżbieta bierze udział w ponad 400 wydarzeniach rocznie. Oboje są po dziewięćdziesiątce.

Poszerzamy granice tego, co jesteśmy w stanie osiągnąć w dojrzałym wieku. Dziś amatorzy w wieku 40-49 lat przebiegają maraton w Londynie szybciej niż dwudziestoparolatkowie. W 2016 roku po skutecznej kuracji niepłodności 72-letnia Hinduska urodziła zdrowego chłopca. Rok później weteran II wojny światowej w wieku 101 lat po skoku z wysokości 4,5 kilometra stał się najstarszym spadochroniarzem. Poziomy IQ stale wzrastają we wszystkich grupach wiekowych, nie wyłączając osób po dziewięćdziesiątce. "Dobra wiadomość jest taka, że nigdy nie było lepszego czasu dla osób starszych" - przekonuje Esme Fuller-Thomson, kierowniczka instytutu badań nad starością na Uniwersytecie w Toronto. Nawet język ewoluuje, by odzwierciedlić ten optymizm. W XIV wieku Dante napisał, że starość zaczyna się po czterdziestym szóstym roku życia. A w 2017 Towarzystwo Geriatryczne i Towarzystwo Gerontologiczne w Japonii określiły, że "rojin", czyli "stary", jest człowiek, który ma ponad 75 lat, a nie - tak jak wcześniej - 65.

Tendencja, żeby traktować starość jak przywilej, a nie karę, nabiera rozmiarów masowego ruchu. Na całym świecie powstają grupy takie jak Age Demands Action (obecna w 60 krajach), które dążą do tego, żeby ludzie jak najpełniej korzystali z wydłużonego życia. Do batalii przyłączają się rządy. Francuskie Ministerstwo Edukacji, chcąc zniwelować różnice i uprzedzenia dzielące młodszych i starszych, zachęca nauczycieli do organizowania w szkołach projektów międzypokoleniowych. Singapur wspiera uczenie się przez całe życie, dając obywatelom powyżej 25 roku życia pieniądze na kształcenie zawodowe albo kurs uniwersytecki. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że lata 2020-2030 będą pierwszą w historii Dekadą Zdrowego Starzenia.

W sprawę angażują się też pojedyncze osoby. Osiemdziesięcioparoletnia aktorka Jane Fonda namawia do czerpania pełnymi garściami z "trzeciego aktu życia". Energiczna amerykańska pisarka i aktywistka Ashton Applewhite napisała w 2016 roku książkę This Chair Rocks: A Manifesto Against Ageism [Ten fotel nieźle buja. Manifest przeciwko ageizmowi], wygłasza też prelekcje w rozmaitych miejscach, od TED-u po ONZ. Kiedy pierwszy raz o niej usłyszałem, właśnie biłem się z myślami, czy pisanie o rewolucji długowieczności to dobry pomysł. Obawiałem się, że książka o starości będzie ponura, nudna i nieatrakcyjna. A na koniec okaże się, że powodów do optymizmu jest zbyt mało, by przesłoniły ciemne strony. Walka z kultem młodości wydawała mi się porywaniem z motyką na słońce. Umawiam się z Applewhite w jej mieszkaniu na Brooklynie, licząc na zastrzyk pozytywnej energii.

W rześki zimowy poranek zastaję ją przed domem, robiącą zdjęcia politycznym hasłom wymalowanym na płocie po drugiej stronie ulicy. Jutro wybiera się na marsz na rzecz praw kobiet. Ma krótkie, kręcone włosy i bezkompromisowy humor, a mówi z prędkością karabinu maszynowego. Przypomina mi moją pierwszą szefową. Od razu czuję do niej sympatię. W zawalonym książkami i segregatorami mieszkaniu siadamy przy kuchennym stole nad zielonymi smoothie (to w końcu Brooklyn). Applewhite po kolei rozwiewa moje wątpliwości. "Im dłużej myślisz o starzeniu, tym się robi ciekawiej - mówi. - Starzenie się przypomina zakochiwanie albo macierzyństwo: jest trudne, złożone i piękne. Tu chodzi o to, jak przeżywamy nasze życie i jakie są nasze relacje z innymi ludźmi, ze społeczeństwem. Czy może być coś bardziej interesującego?".

Dobrze, kupuję to. Ale jak przezwyciężyć niechęć do starości, która sięga chyba zarania dziejów? Czy to w ogóle możliwe? Applewhite kiwa głową. "Trzeba pozbyć się opresyjnego, głęboko zakorzenionego lęku przed podeszłym wiekiem. Wtedy zaczynamy widzieć starość w jaśniejszych barwach - wyjaśnia. - Ale to nie będzie łatwe".

Niełatwe nie znaczy niemożliwe. Jednym z powodów do optymizmu jest to, że coraz więcej ludzi na całym świecie starzeje się dobrze i odważnie jak nigdy. Mając czterdzieści lat, żeglują dookoła świata. W wieku pięćdziesięciu lat wznawiają naukę. Jako sześćdziesięciolatkowie zakładają firmy albo rodziny. Jako siedemdziesięciolatkowie biegają w maratonach. Jako osiemdziesięciolatkowie są modelami czy modelkami i aktywizują się politycznie. Jako dziewięćdziesięciolatkowie zakochują się, a po setce tworzą sztukę. Tym samym przesuwają granice tego, co można robić w trakcie coraz dłuższego życia. Jednocześnie obalają wytarty frazes o tym, że starzy ludzie są ciężarem dla społeczeństwa.

Tacy ludzie stanowią przy tym żywy dowód na to, że wiek chronologiczny traci swą moc określania i ograniczania. W dzisiejszych czasach coraz ważniejsze jest nie to, kiedy się urodziłeś, ale to, jak myślisz, mówisz, wyglądasz, ruszasz się, ćwiczysz, tańczysz, ubierasz, podróżujesz i jak się bawisz. W przyszłości o wiele bardziej niż wiek będą nas definiować nasze wybory: książek, muzyki, jedzenia, przyjaciół, pracy, poglądów politycznych. Ta zmiana współgra z szerszą tendencją do coraz większej różnorodności i wolności osobistej. To, jak dziś wyrażamy orientację seksualną i przynależność płciową, jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Następnym w kolejności wyzwaniem może być wiek. W Instytucie Przyszłości Człowieka na Uniwersytecie Oksfordzkim czołowi badacze w dziedzinie matematyki, filozofii i nauki razem szukają odpowiedzi na najważniejsze pytania ludzkości. Dyrektor instytutu Nick Bostrom jest zdania, że epoka wieku chronologicznego dobiegła końca: "Teraz liczy się nie czas, jaki upłynął od twoich narodzin, ale to, w jakim punkcie życia jesteś, jak o sobie myślisz, jakie masz plany i możliwości".

-

Kilka dni po spotkaniu z Applewhite odwiedzam fabrykę makaronu vermicelli firmy Cho Heng w Tajlandii. Położony na trzydziestu akrach kompleks na przedmieściach Bangkoku rocznie produkuje mąkę i makaron ryżowy o wartości ponad 100 milionów dolarów. Ale fabrykę wyróżnia przede wszystkim to, że ludzie tutaj zatrudnieni nie przechodzą na emeryturę; pracują, dopóki nie przeszkodzi im choroba albo śmierć. Najstarszy z całej załogi jest kierownik techniczny, mężczyzna z młodzieńczo ufarbowaną fryzurą i przypiętym do paska najnowszym iPhonem. Ma 86 lat. Wprowadzona niemal sto lat temu przez założyciela zakładów polityka zatrzymywania starszych pracowników sprawdza się tak dobrze, iż tajskie władze, mając na względzie starzenie się społeczeństwa, wskazują Cho Heng jako wzór do naśladowania dla innych zakładów. Pod koniec wizyty rozmawiam z Darunee Kramwong, zatrudnioną tu od czterech dekad 73-letnią sprzątaczką. Siedzi na brzegu sofy w sali konferencyjnej, z uprzejmym wyrazem twarzy uczennicy czekającej na rozmowę z dyrektorką szkoły. Ma delikatne rysy, anielski uśmiech i rodzaj charyzmy, od którego uginają się kolana fotografom "National Geographic". Dźwięk jej miękkiego i zarazem mocnego głosu, czasem zabarwionego ironią, wprawia mnie w błogostan.

Zaczynała od pracy na linii produkcyjnej, by potem przejść do zespołu sprzątającego zaawansowane technologicznie laboratoria. Wciąż robi sześć ośmiogodzinnych zmian tygodniowo. Dzieci chcą, żeby przeszła na emeryturę, ale ona za bardzo lubi pracować w Cho Heng. "Jestem dobra w tym, co robię, bo świetnie znam laboratoria, wiem, co trzeba sprzątnąć, a czego nie - mówi, lekko prostując plecy. - Rodzina chce mieć mnie w domu, ale ja wolę codziennie pracować, bo lubię działać, być aktywna, spotykać się ze znajomymi, zarabiać pieniądze, pomagać ludziom. Uwielbiam chodzić do fabryki".

Na pytanie, czy martwi się swoim wiekiem, czy on ją w jakiś sposób ogranicza, Kramwong patrzy na mnie z mieszaniną zdziwienia i współczucia, jakbym był nieforemną nitką makaronu na taśmie produkcyjnej. Wręcz przeciwnie, odpowiada, jest dumna ze swoich 73 lat. W Cho Heng czuje się wśród swoich. Młodsi pracownicy radzą się jej nie tylko w sprawach służbowych, ale i sercowych. "Są dla mnie jak bracia i siostry - oznajmia. - Czasem żartem mówią do mnie "Babciu", ale nie przeszkadza mi to, bo mogłabym być ich babcią!". Ciepły i czysty śmiech Kramwong udziela się wszystkim na sali, a ja myślę sobie: "Jeśli tak mam się czuć po siedemdziesiątce, to nie mam nic przeciwko!".

-

Starzenie się to zupełnie naturalna rzecz: za dwanaście miesięcy każdemu z nas przybędzie jeden rok. I to się raczej nie zmieni, o ile nie zdarzy się iście kopernikański przełom w nauce. Możemy natomiast zmienić to, jak się starzejemy i jak myślimy o naszej starości.

W tej książce chcę uchwycić Efekt Kramwong. Zrozumieć i zaakceptować starzenie. Pokazać, że rewolucja długowieczności może być błogosławieństwem, a nie balastem. Ustalić, co my wszyscy - razem i osobno - możemy zrobić, żeby życie na starość wyglądało lepiej.

W tym celu przemierzymy świat w poszukiwaniu ludzi, którzy na każdym etapie życia żyją po swojemu, nic sobie nie robiąc z kultu młodości. W Polsce uderzymy na parkiet z osiemdziesięcioparoletnim didżejem, w Hiszpanii poznamy nie najmłodsze już graficiarki, w Las Vegas obejrzymy pierwsze wybory Miss Senior Universe. Porozmawiamy z 80-letnią graczką komputerową, a w Bangkoku stawimy czoła ruchowi ulicznemu razem z posuniętym w latach kierowcą autobusu. W Holandii odwiedzimy studentów zakwaterowanych w domu spokojnej starości, w Nowym Jorku poznamy siedemdziesięciolatkę uczącą młode fashionistki sztuczek krawieckich, w Bejrucie porozmawiamy z osiemdziesięciolatką, która rozpoczęła recyklingową rewolucję. Przymierzymy nawet "kombinezon starości", żeby przekonać się, jak to jest mieć starsze ciało.

Ta książka to także podróż osobista. Chciałbym u jej kresu móc powiedzieć, że przestałem martwić się swoim wiekiem. Chcę śmiało patrzeć w lustro, bez skrępowania poprosić o pomoc w sklepie, gdy nie potrafię przeczytać małego druku, bez kompleksów grać w hokeja z zawodnikami, dla których mógłbym być ojcem. Chcę tego, co ma Kramwong.

Podsumowując, chcę się uwolnić od strachu przed starością - a może nawet zacząć się nią cieszyć. Czy żądam za wiele? Przekonajmy się.

[1] Angielskie słowo old jest bardziej wszędobylskie od polskiego stary. Niewinne zdanie: "On ma 60 lat" po angielsku będzie brzmiało: "He is 60 years old". [Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza].

[2] Przekład Anny Kołyszko.

[3] Przypomnij się, Króliku, przeł. Wojsław Brydak.

[4] Fragment wiersza Do nieskorej bogdankiAndrew Marvella w przekładzie Stanisława Barańczaka.