Siła Syndykatu - Agnieszka Lingas-Łoniewska, Anna Szafrańska

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Łucznik, Smutek, ból i łzy

 

Widzę łzy, widzę ból, widzę na twarzy smutek

Otwarta rana sól przyczyna, a za nią skutek

Snute marzenia o szczęściu, plany jak by być mogło

Są kurwa ci co się modlą i jak myślisz nie pomogło

Co nam pomoże, powiedz, co może pomóc

Całe szczęście jeszcze pamiętam swój adres do domu...

Nadia

Ten moment notorycznie do mnie wracał. Z jednej strony nienawidziłam tych cholernych flashbacków, a z drugiej miałam wrażenie, że jeśli kiedykolwiek znikną, to umrę. Oj tak, chciałam umrzeć, niejednokrotnie, ale nawet teraz, kiedy zginął, i tak mnie kontroluje. Jest przecież taki dominujący, co mnie zawsze niesamowicie kręciło. Mój cudowny, wspaniały, piękny Greyson. Pieprzony Aleks, który mnie zostawił.

To nie tak miało być, kurwa. Nie taaak!!!

Czy nie śpię? Owszem. Czy nie jem? Chciałabym, ale się zmuszam, bo on patrzy na mnie niebieskimi oczami, kręci głową i mówi to swoje:

– Nie możesz tak robić, Sarenko.

A ja wtedy jestem gotowa zrobić wszystko, jak zawsze, kiedy tylko słyszę jego niski głos. Wciąż go słyszę, ciągle jest ze mną. Pragnę go dotknąć, ale nie mogę. To tak bardzo boli. Ja jestem bólem, upodabniającym się do zombie, ale ono przynajmniej nic nie czuje, a ja tak, i to podwójnie.

– Aleks! – krzyknęłam, wyrywając się z tego pieprzonego snu, kiedy on upadł zakrwawiony, a ja już wiedziałam, że moje serce właśnie pękło i zostało na tym pierdolonym wysypisku śmieci.

Mój głos wybrzmiał głośno w sypialni. Za oknem już świtało, co zauważyłam przez niedomknięte drewniane okiennice. Obudził mnie krzyk, który wciąż dźwięczał w mojej głowie, choć nie wydostał się z moich ust. Koszmar. Znów widziałam jego twarz, zakrwawioną, gasnącą. Znów czułam na dłoniach jego krew, której nie mogłam zmyć, choć od miesięcy próbowałam. Oddychałam ciężko, serce tłukło się jak oszalałe. Na zegarku piąta. Zbyt wcześnie, by zacząć dzień. Zbyt późno, by wrócić do snu.

Podniosłam się i podeszłam do okna. Zimny kamień ściany pod palcami, wilgoć, która przenika aż do kości. Na zewnątrz mgła zawisła nad doliną jak całun. Buki i kasztany stały nieruchomo, jak niemi świadkowie. Ich liście tylko lekko drżały, jakby szeptały do siebie coś, czego nie wolno mi było usłyszeć. Dalej, między pniami, dostrzegłam ciemne sylwetki jodeł, twarde i ciche, a u ich stóp wiły się krzewy dzikiej róży, na których wciąż lśniły ostatnie krople rosy.

Otworzyłam okiennice. Powiew chłodu przyniósł ze sobą zapach wilgotnej ziemi i rozmarynu. Powinnam poczuć ukojenie, ale zamiast tego ból rozlał się jeszcze mocniej. W każdej smudze światła, która przecinała mgłę, widziałam jego postać. W każdej gałęzi, która poruszała się niespokojnie, słyszałam echo jego głosu.

– Aleks...

Wyszeptałam to imię bezgłośnie, tak jakbym się bała, że jeśli je wypowiem, rozpadnę się na kawałki. A przecież i tak była już rozbita. Została mi tylko pustka. I ta obietnica, której nie potrafiłam dotrzymać.

Popatrzyłam w dal, na grzbiet Pratomagno. Wydawał się tak odległy, tak nieosiągalny – jak przyszłość, w którą nie umiałam uwierzyć. I wówczas dostrzegłam zrozpaczone, pełne bólu jasnoniebieskie oczy mężczyzny o blond włosach. Jego brata, przyjaciela, oddanego wojownika i powiernika zarazem.

Pastor.

Czasami myślałam, że to właśnie jego ręce trzymają mnie jeszcze przy życiu. Te same, które odciągnęły mnie od Greysona, nie pozwalając mi zostać przy nim do końca. Miałam mu to za złe. Nosiłam w sobie tę ranę i nie umiałam mu wybaczyć, że odebrał mi ostatnie chwile z człowiekiem, którego kochałam bardziej niż siebie.

A jednak wiedziałam, że Pastor mnie szuka. Znałam jego upór, tę chorą konsekwencję, z jaką zawsze doprowadzał sprawy do końca. Czułam czasem jego oddech na karku, jakby był tuż obok, choć wokół mnie panowała tylko cisza kasztanów i jodeł. Byłam pewna, że nie odpuści. Nie potrafił. Tak samo jak ja nie potrafiłam przestać za nim tęsknić.

To uczucie było jak trucizna. Trzymałam je w sobie, bałam się do niego przyznać, ale ono wciąż rosło. Tęskniłam za obecnością Pastora, za jego głosem, nawet za tą mroczną siłą, która zawsze budziła we mnie strach i fascynację. A przecież powinnam go nienawidzić.

Jednocześnie nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Nie chciałam wracać do syndykatu, do ich świata krwi i tajemnic. Pragnęłam żyć inaczej, spokojniej... Tylko że życie bez Greysona wydawało się pozbawione sensu. A Pastor... on był wszystkim, co zostało mi z tamtej przeszłości. Może dlatego nie potrafiłam wyrzucić go z myśli, choć całym sercem się starałam.

Mieszkałam na obrzeżach włoskiego miasteczka Raggiolo, w pięknym kamiennym domu z siedemnastego wieku, zwanym Podere Fontebuia. Byłam jego właścicielką, tak samo jak pobliskiej winnicy Tenuta La Cerbiatta1, w której zatrudniałam siedem osób. Skąd się tu wzięłam? To wszystko on... to jego zasługa.

Wtedy, po tej strasznej nocy, kiedy umarłam mentalnie, ale nie fizycznie, kiedy wszystko mnie bolało, zadzwoniłam pod numer, który Greyson podał mi jeszcze w Nicei. Odebrał mężczyzna o przyjemnym głosie, a ja miałam mu powiedzieć tylko jedno słowo: "Sarenka".

Załatwiliśmy wszystko podczas rozmowy online, o której oczywiście nikt nie wiedział. Byłam pogrążona w rozpaczy, do pogrzebu Greysona prawie nie wychodziłam z pokoju, z nikim nie chciałam rozmawiać. Prawnik Aleksa, Melchior Grass, przygotował dla mnie wszystkie papiery, nową tożsamość. Nazywałam się Nel Potocki, miałam dwadzieścia lat, byłam właścicielką posiadłości w Toskanii, a także winnicy, którą Greyson nazwał na moją cześć. Na koncie miałam pół miliona euro, dostałam nową kartę SIM i gotówkę ukrytą w sejfie w Rzymie. Aleks przygotował wszystko na długo przed własną śmiercią, jakby wiedział, że coś takiego może się stać. Wtedy, w Nicei, przedstawił mi ten misterny plan i chociaż na początku tego nie chciałam, to jednak słuchałam uważnie i notowałam w głowie.

– To będzie nasza alternatywa, Sarenko – mówił spokojnie, obejmując mnie w pasie i patrząc na mnie tymi pięknymi oczami, które kochałam całą sobą. – Nie zamierzam tkwić w tym wszystkim do końca życia. A jeśli by... coś poszło nie tak, ty możesz z tego skorzystać. Przepisałem na ciebie wszystko. Bo cię kocham, Nadiu. Jesteś miłością mojego życia i zrobię, co w mojej mocy, abyś była bezpieczna.

I zrobił.

***

Mieszkałam w Raggiolo od pięciu miesięcy i czułam się bezpiecznie jak nigdy dotąd. Wciąż miotały mną tęsknota, rozpacz i ból, ale wiedziałam, że tutaj nic mi nie grozi. Miałam laptop z ukrytym VPN-em i czasami sprawdzałam, co się dzieje w moim mieście, kontaktowałam się też z Melchiorem, który informował mnie o posunięciach syndykatu. I o tym, że on... Eliasz... wciąż mnie szuka. A także systematycznie tropi szajkę Janosa i Kriegera.

Raz na miesiąc wysyłałam krótką wiadomość do mamy, na jej maila, ale w taki sposób, że byłam nie do namierzenia przez Nataniela lub tatę. Mama także nie mogła mi odpowiedzieć, bo zaraz potem adres znikał. Tego nauczył mnie Greyson jeszcze przed tym wszystkim. Zadbał o każdy szczegół. Zapomniał tylko o jednym. O sobie.

Jak wyglądał mój typowy dzień?

Spokojnie.

Świt zawsze przychodził tutaj cicho. Nie było wycia syren, nie było stukotu obcasów na betonowych korytarzach, nie było tego bezlitosnego tempa i ryzyka, które pamiętałam z Polski. Minęło pięć miesięcy, odkąd uciekłam, a ja wciąż budziłam się z krzykiem. Tylko teraz ten krzyk dławiłam szybciej, zanim wydrze się na zewnątrz.

W kuchni czekała już Giulia. Stawiała przede mną filiżankę herbaty i kawałek chleba z oliwą. Uśmiechała się tym swoim spokojnym uśmiechem, jakby chciała mi powiedzieć, że tu jestem bezpieczna. Ale ja wiedziałam, że bezpieczeństwo to złudzenie, że w moim świecie ono nie istnieje. Patrzyłam, jak jej dłonie, spracowane, zgrubiałe, przemykają po stole. Chciałabym uwierzyć, że moje własne dłonie też kiedyś będą nosiły tylko ślady pracy, a nie krwi. Giulia Ventresca miała pięćdziesiąt osiem lat, była ciepła i energiczna, wiedziała, że po śmierci ukochanego musiałam wyjechać i znaleźć ukojenie w naszej włoskiej posiadłości. O nic nie pytała, ale miałam wrażenie, że rozumie więcej, niż jej opowiadam.

Matteo wchodził chwilę później. Mówił szybko, energicznie, rozdzielał ludzi do pracy w winnicy. Jego głos przypominał mi komendy, które niegdyś słyszałam: krótkie, ostre, niepodważalne. Tylko że on mówił o winorośli, nie o życiu i śmierci. Słuchałam go, ale wciąż gdzieś w środku czułam dziwną, ciężką ciszę. Był synem Giulii, miał trzydzieści lat i zarządzał moją winnicą. Zauważałam, że często na mnie zerka, gdy myślał, że nie widzę, ale nie reagowałam na to. Był profesjonalny, cichy i efektywny. To się dla mnie liczyło.

Przy tarasach czekała już reszta. Lucia nuciła pod nosem jakąś melodię, jej śmiech był tak lekki, że aż bolał. Rosa pochylała się nad winoroślą, gładziła liście tak delikatnie, jakby to były dłonie dziecka. Elena niosła wodę i nawozy, spoglądała na mnie z tym spokojem, którego sama w sobie nie znajdywałam. Alessio rzucał dowcipy, Piero milczał, a ja stałam pośrodku nich, obca w świecie, którego dotychczas nie znałam.

Praca była jak rytuał. Nożyce, krok, kosz. Nożyce, krok, kosz. Słońce coraz wyżej, mgła znikała z doliny. Czułam zapach wilgotnej ziemi i młodych liści, a z każdym oddechem miałam wrażenie, że coś mnie trzyma tu przy życiu. Nie wiedziałam, czy to ta ziemia, czy to miejsce, czy może coś we mnie samej, coś, czego nikomu jeszcze nie wyznałam.

W południe siadaliśmy w cieniu kasztana. Giulia przynosiła świeże sery i chleb, a ja udawałam, że głód mnie nie męczy. Jadłam wolniej od innych, więcej odkładałam, niż zabierałam. Wiedziałam, że Elena mnie obserwuje. Że widzi to, czego inni nie dostrzegają, że odkąd tu jestem, moje ciało powoli się zmienia. Nie pytają, nie muszą. Zresztą nie byłabym w stanie odpowiedzieć.

Patrzyłam w dal, na rzędy winorośli, na złote światło osiadające na liściach. I przez chwilę, naprawdę przez chwilę, czułam, że mogłabym zapomnieć, oddychać tak jak oni. Mogłabym żyć. Ale potem coś trzaskało w lesie. Zbyt ciężki krok, by była to sarna. Za długi cień, by był to ptak. Serce przyspieszało. Znałam to uczucie aż za dobrze, to nie był przypadek. To był ktoś, kto szedł za mną.

Pastor. Szukał mnie. A ja wciąż nie wiedziałam, co zrobię, jeśli stanie na moim progu.

***

Dzisiaj, po skończonej pracy, kiedy wszyscy zasiedli w moim kamiennym domu na wspólny posiłek, zjadłam tylko trochę grzanek i sałatkę, a potem poszłam na spacer. Lubiłam samotność i ciszę. Bo tak naprawdę nie byłam sama. O tym nigdy nie dał mi zapomnieć.

Mgła unosiła się coraz wyżej, oplatając winorośle jak mleczny ocean. Chłód przenikał przez moją cienką sukienkę, ale nie cofnęłam dłoni z brzucha, bo tam, w środku, tkwiło jedyne ciepło, które mi pozostało. Nagle z tej ciszy wyrósł jego głos. Nie huk, nie echo krzyku z koszmarów. Szept. Taki, jakim budził mnie czasem nad ranem, kiedy jeszcze wszystko wydawało się możliwe. "Tak dobrze, Sarenko... nie jesteś sama, pamiętaj".

Zadrżałam. Może to tylko moja pamięć, może tęsknota przybrała barwę jego głosu, a może... może naprawdę tu był. Ziemia, którą mi zostawił, żyła. Każdy liść, każdy kamień, każdy oddech tego miejsca zdawały się oddawać jego obecność.

Dlaczego mnie zostawiłeś?, pomyślałam, ale odpowiedź przyszła natychmiast, miękka, kojąca, a jednak rozdzierająca:

"Nie odszedłem. Jestem tu. We wszystkim, co dotykasz. W tobie".

Łzy spłynęły mi po policzkach, ale nie próbowałam ich wycierać. Smak soli przypominał o tym, że żyję, choć wciąż nie chciałam. Że bije we mnie serce, choć już nie tylko dla mnie samej. Ono było jego głosem. To ono powtarzało: "Trwaj!".

Stałam wśród winorośli jak w katedrze. Nie potrzebowałam murów ani ołtarzy. Ten szelest liści, wilgoć mgły, ciemniejąca dolina, to wszystko stało się jego świątynią, jego bezpiecznym miejscem, azylem, który przygotował dla nas, a teraz znajdowałam się tutaj tylko ja. "Sarenko...", usłyszałam znów, tym razem bliżej, jakby stał tuż za moimi plecami. Odwróciłam się gwałtownie, ale za mną była tylko noc i rzędy krzewów. Ale serce już wiedziało, że nie mam prawa odchodzić.

On mi na to nie pozwoli, a i ja sama do tego nie dopuszczę. Bo nosiłam w sobie jego nowe życie.

Eliasz

Pięć miesięcy. Pięć pieprzonych miesięcy, a ja nadal nie miałem pojęcia, gdzie ona jest. Nie mogła ukryć się sama, doskonale o tym wiedziałem. Aleks, ty pieprzony perfekcjonisto! Zawsze wszystko planowałeś, każdy ruch, każdą decyzję. Teraz dostrzegłem w pełni, że przygotowałeś jej ucieczkę tak samo idealnie, jak dobierałeś swoją garderobę i jak zabijałeś ludzi.

Przyjacielu, bracie... wciąż za tobą tęsknię! I za nią też.

Nadia. Myśl o niej paliła mnie od środka. Wspomnienie jej spojrzenia, jej głosu, zduszonego, jeszcze zanim zdążyła wykrzyczeć moje imię, gdy konałeś w tym przeklętym miejscu.

Nie mogłem jej odnaleźć, a serce łamało się z rozpaczy i gniewu jednocześnie.

Byłem cholernie rozdarty, a ukojenie znajdowałem tylko w jednym. W niszczeniu pierdolonych ludzkich odpadów, w eliminowaniu tych, którzy myśleli, że mogą krzywdzić innych i pozostawać bezkarni.

Dlatego właśnie ten Dziaba rzucił mi się w oczy. Facet odpowiedzialny za kontakty z bogatymi Niemcami dla Janosa, który handlował żywym towarem. Wiedziałem, że jeśli ktoś może się rozpruć jak jebana sześćdziesiona i dać mi namiastkę tropu, to będzie on.

Glista i Gawron czekali na mój znak. Stałem w cieniu magazynu, obserwując Dziabę. Jego ruchy były pewne, ale ja znałem każdy jego krok, każdy oddech, każdą niepewność skrywaną pod maską pewności siebie.

– Masz go? – spytałem cicho, ledwie poruszając wargami.

– Tak, Pastor. W zasięgu – odpowiedział Glista, a w jego głosie brzmiała gotowość, której każdy powinien się cholernie bać.

Gawron skinął głową. Serce mi przyspieszyło od gniewu i adrenaliny. Wiedziałem, że to nie jest zemsta tylko na Dziabie. To zemsta za wszystko, czego nie mogłem naprawić. Za Greysona, za Nadię, za to, co mi odebrano. I nie tylko mnie.

Dziaba nie miał pojęcia, że nadszedł jego czas. Nie wiedział, że syndykat wciąż działa, że ja żyję i że nic nie uchroni go przed moją decyzją.

Ruszyliśmy: ja, Glista i Gawron, cienie syndykatu, z zamiarem doprowadzenia sprawy do końca.

Po chwili skurwiel siedział na twardym krześle w magazynie, ręce miał skrępowane kablami. Glista stał obok, gotowy w każdej chwili urwać gnojowi łeb, a Gawron obserwował wszystko w milczeniu. Popatrzyłem w oczy Dziaby, tego śmiecia, dotąd zawsze zimne i bezlitosne, ale teraz dla odmiany pełne strachu.

Bardzo dobrze, skurwysynu, masz się bać, tak jak bałem się ja, jak Aleks, Wiki, jak te wszystkie biedne dzieciaki, które trafiły w łapy potworów. Jak te wszystkie biedne dziewczyny, które szukając lepszego życia, musiały dniami i nocami usługiwać swoim ciałem, zaspokajając żądze zjebanych skurwieli, którzy nie potrafili żyć normalnie z kobietą, tylko szukali chorych wrażeń za kasę.

Wiedziałem, że każdy jego ruch może być ostatnim. I tak się stanie, jeśli spróbuje się sprzeciwić.

– Mam jedno pytanie – rzuciłem spokojnie. Mój głos był niski, twardy i zawierał oczywiste ostrzeżenie: "Jeśli skłamiesz... nie dożyjesz końca dnia. A raczej najbliższej godziny".

– Nie macie pojęcia... z czym się mierzycie... – wydusił, a zaraz potem wrzasnął z bólu, bo Gawron wbił mu w kolano długi metalowy pręt, a po chwili z kamienną twarzą go przekręcił.

Dziaba się porzygał i chyba na chwilę odleciał, ale Glista bezlitośnie wylał mu na łeb wiadro zimnej wody. Gnój zaczął się krztusić i pluć, a po chwili do nas wrócił. Patrzył wokół oszołomionym i pełnym bólu wzrokiem.

– Ty nie masz pojęcia, czym jest syndykat. Albo zaczniesz gadać, albo Gawron utnie ci nogę – powiedziałem spokojnie, a facet załkał.

Kordian sięgnął po opartą o ścianę siekierę.

– Kurwa... dobra! Chuj... i tak już jestem trupem! – Dziaba zaczął na dobre płakać, a ja bez słowa obserwowałem, jak się miota.

Drżał, jęczał, smarkał, ale w końcu uległ. Podał namiary. Bertolt i Annika Drohman. Niemcy. Bogaci. Wykorzystywali dzieci. Ich nazwiska brzmiały jak wyrok, który sam zamierzałem wykonać.

– Wiem jedynie, że teraz mają dostać jakąś dziewczynkę, ma przyjechać do nich na weekend – wyjęczał na koniec, spocony i przerażony.

Skinąłem głową. To wszystko, czego potrzebowałem. Pochyliłem się i spojrzałem w przepełnione zwierzęcym strachem oczy.

– Miałeś rację – stwierdziłem cicho.

– Co... co... – stękał, patrząc rozpaczliwie to na mnie, to na stojących z tyłu Glistę i Gawrona.

– Jesteś trupem, skurwielu – szepnąłem i dodałem: – A to jeden z moich ulubionych cytatów z Makbeta: "A co to jest zdrajca? Ten, co przysięga i kłamie"2. – I w tym samym momencie wbiłem mu nóż w gardło, powoli i metodycznie, nie zrywając kontaktu wzrokowego. Widziałem strach i zaskoczenie, a po chwili w jego oczach zgasło światło.

Wyprostowałem się, wytarłem w szmatę ostrze mojego ulubionego noża myśliwskiego i popatrzyłem na kumpli. Glista pokiwał głową, a Gawron wskazał na nóż, który chowałem do pochewki przy udzie, i rzucił ze szczerym zaciekawieniem:

– Czy to Bark River Bravo?

– Owszem, zrobiony na zamówienie, stal CPM 3V, rękojeść wykonana z mikarty – doprecyzowałem.

– Muszę taki mieć. – Oczy Gawrona się zaświeciły, na co odpowiedziałem uśmiechem.

– Kupię ci na urodziny.

– Możemy spierdalać? Zanim się tutaj psiarnia zleci albo jacyś bezdomni? Pogadacie o swoich dziwnych potrzebach w samochodzie. – Glista obdarzył nas chłodnym spojrzeniem.

– Czasami mam wrażenie, że przejąłeś pałeczkę od Diabła. – Kordian już ruszył w stronę wyjścia z przestronnej hali.

– Musiałem – mruknął Grzesiek. – Mój przyjaciel ma teraz inne rzeczy na głowie.

Tylko potaknąłem. Diabeł... Jutro do niego jechałem. Od kilku miesięcy byliśmy bardzo blisko. I rozumiałem się z nim coraz lepiej.

A teraz ruszyliśmy do Frankfurtu nad Odrą, aby kontynuować nasz krwawy szlak zemsty.

W samochodzie trochę spałem, trochę rozmawiałem z Gawronem i Glistą, ale najchętniej milczałem. Bo w sercu czułem gniew. Przed oczami stawali mi Greyson i Nadia. Wszystko, co straciłem, wszystko, czego już nie mogłem odzyskać.

Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, światła w willi Drohmanów jaśniały beztrosko, jakby zło mogło ukryć się w luksusie. Ale wiedziałem lepiej. Dzieci, niewinne istnienia, cierpiały pod dachem tych ludzi. Nie było tu miejsca na wątpliwości, na litość. Każdy krok, który stawiałem, był dokładnie przemyślany. Oddech przyspieszał. Gawron i Glista stali obok mnie w gotowości.

Drzwi się otworzyły i zobaczyłem Bertolta oraz Annikę. Chwila zawahania. Chwila, w której zrozumieli, że nic już ich nie uratuje. A ja... ja poczułem, jak gniew i żal z powodu utraty Greysona wypełniają mnie, dając siłę, by zrobić to, co konieczne.

Cisza nocy pękła od pierwszych stłumionych strzałów. Nie było krzyku, lamentu. Istniała tylko bezlitosna sprawiedliwość, wymierzona w tych, którzy myśleli, że są nietykalni. Gdy wszystko ucichło, spojrzałem na towarzyszy. Wiedzieli, co się wydarzyło. Rozumieli, że każdy z nas nosi w sobie własny gniew, własną stratę i własną zemstę. A ja wciąż czułem, że Greyson patrzy na mnie gdzieś z cienia, a w myślach szepcze: "Nie jesteś sam, Pastorze. Pamiętaj, że masz ją, Sarenkę".

***

Teraz jechałem nad Strzeszynek do rezydencji Diabła. Zebrał się tutaj cały syndykat. Prawie cały. Nie było jego – mojego najbliższego przyjaciela, który rozumiał mnie jak nikt inny. W ostatnim czasie zbliżyłem się do wszystkich facetów z organizacji. Z Glistą i Gawronem działałem w terenie i bardzo dobrze się dogadywaliśmy. A z Diabłem... naprawdę się zaprzyjaźniłem i robiłem wszystko, aby odnaleźć jego córkę.

Kiedy zaczęliśmy zebranie, przedstawiłem to, co udało mi się ostatnio ustalić.

– Zlikwidowaliśmy trop z Frankfurtu nad Odrą, wiemy, że Janos i Krieger ukryli się w Niemczech, ale sądzę, że wciąż są blisko granicy, w końcu tutaj mają zobowiązania. Poza tym zaciągnęli dług u mafii sołncewskiej, więc jeśli się nie rozliczą, są już chodzącymi trupami – powiedział spokojnie Glista, referując przed Górą wszystko to, nad czym pracowaliśmy w ostatnim tygodniu.

– I tak są – dodałem cicho, a Diabeł spojrzał na mnie i lekko kiwnął głową.

– A co z Nadią?

– W Poznaniu jest ktoś, kto jej pomógł. Ucieczkę ułatwił jej Aleks, ale to już wiemy. A ona z tego skorzystała.

– Trzeba pogadać z naszymi prawnikami. Na bank jest to ktoś, kto miał możliwości prawne, aby to wszystko zorganizować – stwierdził Rokita, patrząc na mnie z rezygnacją.

To, co się wydarzyło, przybiło nas wszystkich. Najpierw śmierć Gajora, potem Wiki i Greysona. I na koniec zniknięcie Nadii. Syndykat krwawił, ale jednocześnie nigdy wcześniej nie był tak mocny jak teraz. I wrogowie już wkrótce mieli się o tym przekonać.

– Ewa dostała kolejnego maila, że wszystko okej i że Nadia pamięta, jak kiedyś Nataniel zjadł w nocy tort, a potem w dzień swoich urodzin siedział cały czas w łazience i walczył z muszlą. – Diabeł się uśmiechnął i popatrzył na syna z nieoczekiwaną czułością.

– No tak, zawsze pisze coś osobistego, żebyście wiedzieli, że to ona. – Kosa kiwnął głową. – A jak z namierzaniem? – Spojrzał na Diabła.

Ten tylko westchnął ciężko, a po chwili uniósł laptop, pokazując nam ekran pełen migających kropek. Wyglądało to jak mapa wojny, chaos totalny.

– Patrzcie. Każdy pakiet danych idzie przez sieć jak duch. Najpierw serwer w Japonii, potem Chile, za chwilę jakaś piwnica w Helsinkach, później Nigeria. Zanim złapię trop, ślad znika. To system zabezpieczeń, którego nie mogę złamać.

Spojrzał na mnie jak uczeń na nauczyciela, który ma mu dać taryfę ulgową. A ja widziałem w jego oczach coś, czego wcześniej tam nie dostrzegłem: bezsilność.

– Greyson – wysyczał w końcu. – To jego robota. Przygotował to dla niej. Tak perfekcyjnie, że nawet ja tego nie obejdę. Nawet ja.

Wszyscy milczeli, łącznie ze mną. Wpatrywałem się w Daniela długo, aż spuścił wzrok i przejechał dłońmi po twarzy i rozwichrzonych jasnych włosach. W mojej głowie dudniło jedno: Aleks, pieprzony perfekcjonista. Zdolny i inteligentny jak cholera. Geniusz! Znowu okazał się sprytniejszy od nas wszystkich. Nawet po śmierci.

A Nadia... wiedziałem, że gdzieś tam jest. Że żyje. I że on wciąż ją chroni, tylko że zza grobu.

Po rozdzieleniu kolejnych zadań wsiadłem do Mustanga Aleksa, którym teraz jeździłem, i ruszyłem na Kolejową, do mojego mieszkania. Nawet ja musiałem się czasami przespać. Mój loft był dwupiętrowy, składał się z obszernego magazynu na dole, gdzie znajdowały się rozległy salon połączony z kuchnią, sala do ćwiczeń, sala do medytacji i modlitwy, a także gabinet, w którym pracowałem, gdy nie wybierałem się akurat do Hadesu. A na górze miałem sporą, bo czterdziestometrową, sypialnię i łazienkę, w której centralną część zajmowała wielka żeliwna wanna. Lubiłem kąpiele. Kładłem się wówczas i puszczałem muzykę Ólafura Arnaldsa albo Maxa Richtera, ewentualnie chorały gregoriańskie. Natomiast kiedy pracowałem, to w moim lofcie dudnił Massive Attack albo Nine Inch Nails. Jeśli jeździłem samochodem z ekipą syndykatu, zawsze słuchaliśmy polskiego rapu i to nas napędzało do działania. Czasami też siedziałem w ciszy, medytowałem i wyobrażałem sobie, że ona jest koło mnie. Nie planowałem, że zakocham się w wielkiej i jedynej miłości mojego przyjaciela. To stało się wtedy, kiedy porzuciłem stan duchowny i przeprowadziłem się do Poznania, a Greyson był już w syndykacie i zamierzał mnie zwerbować. Oczywiście po wcześniejszej weryfikacji przez zarząd i Górę. Do tego doszło szybko i wówczas pierwszy raz usłyszałem imię Nadii. Nadia Rokita. Greyson powiedział mi, że dużo wcześniej poznał dziewczynę, ale jest za młoda, jednak on ciągle o niej myśli.

To się stało chyba w biurze Syndykat.Corp. Nadia przyjechała do ojca, do Diabła, a ja akurat wychodziłem. Greyson uśmiechnął się do niej, a ona popatrzyła na niego tak, jakby był słońcem, księżycem, wiatrem, wszystkim. Poczułem ukłucie żalu, że na mnie w życiu nikt tak nie spojrzy, ale się ucieszyłem, że spotkało to Aleksa. I wtedy powiedział:

– Nadiu, to mój przyjaciel Eliasz. Możesz mu mówić Pastor.

Dziewczyna wyciągnęła w moim kierunku rękę, którą lekko uścisnąłem. I odezwała się:

– Eliasz? Piękne imię.

A moje serce zatrzepotało. Miałem wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod nóg, a rozległa blizna na plecach pali żywym ogniem. I wówczas już wiedziałem. Jedna miłość rodzi się powoli, potrzebuje czasu i cierpliwości. A inna... spada na człowieka jak grom z jasnego nieba.

Zanurzyłem się w ciepłej wodzie i oparłem o zagłówek wanny. W lofcie grała muzyka, a ja zamknąłem oczy i szeptałem:

– Nadia... Nadia... znajdę cię. Nie będę namawiał, żebyś wróciła, ale... pozwól mi się tylko zobaczyć. I wówczas mogę umrzeć. Bo i tak moje życie jest pozbawione sensu.

1 Posiadłość Sarenki (wł.).

2 W. Shakespeare, Makbet, tłum. Stanisław Barańczak, Wydawnictwo Znak, Kraków 1999.