Siła Polski - Igor Janke

Kup ebooka

36.90 zł
31.37 zł (28,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NO FUTURE. POLSKA, W KTÓREJ PĘKAŁY OCZY

Mogę wyemi­gro­wać z Pol­ski, zostać dzia­ła­czem opo­zy­cyj­nym, być bitym i sie­dzieć w wię­zie­niach, albo pisać recen­zje teatralne za gro­sze, a utrzy­my­wać się z pracy przy corocz­nym zbie­ra­niu wino­gron we Fran­cji. Takie zakła­da­łem opcje na życie jako dwu­dzie­sto­la­tek pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych. "No future" - tytuł utworu Sex Pistols dobrze odda­wał, co czu­łem. Pol­ska była ponura, znie­wo­lona, szara, brudna. Po prze­past­nych war­szaw­skich uli­cach hulał wiatr, nie było restau­ra­cji, kawiarni, wie­żow­ców ani base­nów. Zosta­wało pić wódkę, śpie­wać Kacz­mar­skiego, bawić się na impre­zach, czy­tać książki, cho­dzić na demon­stra­cje. Książki i demon­stra­cje dawały naj­wię­cej nadziei i rado­ści.

Kiedy wyje­cha­łem pierw­szy raz auto­sto­pem do Fran­cji, żeby zry­wać wino­grona za ogromne wów­czas pie­nią­dze, pierw­szą noc spę­dzi­łem w miesz­ka­niu przy­god­nie pozna­nych nie­miec­kich pun­ków. Poczę­sto­wali mnie serami i kiwi. Sery sma­ko­wały zupeł­nie ina­czej niż nasze, ale to zie­lone jajko niczego mi nie przy­po­mi­nało. Nie wie­dzia­łem, co to jest, ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem takiego cuda. "Naprawdę, ni­gdy nie jadłeś kiwi?" - nie­za­możni nie­mieccy gospo­da­rze nie mogli uwie­rzyć. Nie jadłem kiwi, ham­bur­gera ani sushi. W ple­caku mia­łem naj­lep­szą pol­ską wódkę, żeby móc dać coś w pre­zen­cie, a która wyglą­dała i pach­niała tak jak ówcze­sna Pol­ska. Tyle że zda­łem sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy z dumą wrę­czy­łem ją pew­nemu wło­skiemu archi­tek­towi, a on posta­wił ją na sto­liku razem z dzie­siątką innych zachod­nich alko­holi... Pamię­tam ten pie­kący rumie­niec wstydu i zaże­no­wa­nia. Bidna butelka z tan­detną nalepką wśród naj­lep­szych świa­to­wych alko­holi. Na szczę­ście mogłem mu cho­ciaż opo­wie­dzieć, jak wal­czymy z komu­ni­zmem.

Moje ubra­nia wyglą­dały dwa razy gorzej niż te, w któ­rych cho­dzili miej­scowi. Ulice ze skle­pami i restau­ra­cjami onie­śmie­lały mnie. Cho­dzi­łem godzi­nami i oglą­da­łem ten dostatni świat jakby zza szyby. Kiedy jakiś kie­rowca, który zabrał mnie auto­sto­pem, zapro­po­no­wał, byśmy zje­dli razem lunch, nie wie­dzia­łem, jak się zacho­wać. Zafra­po­wany, wsze­dłem z nim do baru przy auto­stra­dzie, który dla mnie był błysz­czącą restau­ra­cją, rzu­ci­łem okiem na ceny i gło­wi­łem się, jak mu powie­dzieć, że ten Wie­ner Schnit­zel kosz­tuje tyle ile połowa pen­sji w Pol­sce i nie stać mnie na niego.

Przez kilka tygo­dni oglą­da­łem świat, który wyda­wał się nie­re­alny.

Powrót do ojczy­zny był bole­sny. Dziu­rawe drogi, śmier­dzące kible, podłe żar­cie w knaj­pach. Papier toa­le­towy wysta­wany w kolej­kach albo wykra­dany z zakła­dów pracy, dawa­nie łapó­wek mili­cjan­tom, skle­po­wym i kana­rom w auto­bu­sie. Gra w oszu­ki­wa­nego ze znie­na­wi­dzo­nym pań­stwem. Oni okra­dają nas, my ich. "Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy" - śpie­wał kilka lat póź­niej Kult, a my wszy­scy czu­li­śmy, że to nasz świat. Brudne były kible, ulice i dusze rzą­dzą­cych nami znie­na­wi­dzo­nych komu­chów.

Trudno było uwie­rzyć, że kie­dyś pol­skie ulice, budynki i sklepy mogą choć tro­chę przy­po­mi­nać to, co widzia­łem na Zacho­dzie.

Mie­sięczna pen­sja w Pol­sce wyno­siła tyle co dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści dola­rów. Tyle dosta­wa­łem za dzień fizycz­nej pracy na fran­cu­skich polach. Ska­zani byli­śmy na życie w innym, o wiele gor­szym świe­cie, i byłem prze­ko­nany, że tak ma pozo­stać.

Nie wie­rzy­łem, że komu­nizm może upaść. Nie umia­łem sobie tego wyobra­zić. Wie­dzia­łem, że albo muszę stąd uciec, albo wal­czyć, nawet jeśli ta walka nie da żad­nych rezul­ta­tów. Taki nasz obo­wią­zek, jeśli chce się być porząd­nym. Książki Her­linga-Gru­dziń­skiego, wier­sze Her­berta, pio­senki Kacz­mar­skiego i Gin­trow­skiego, filmy Zanus­siego i Kie­ślow­skiego tłu­ma­czyły mi, co mam robić, ale nie dawały nadziei. Tu był syf i brak przy­szło­ści. Będziemy żyć w bie­dzie i smro­dzie, ale dum­nie - tak to widzia­łem. Orga­ni­zo­wa­li­śmy strajki i wiece, wyda­wa­li­śmy pisma, pałką dosta­łem raz, nacier­pieć się nie zdą­ży­łem. Gdyby ktoś poka­zał mi, jak żyję dziś, jak wygląda dziś sta­rówka Wro­cła­wia, pro­me­nada w Gdyni czy wie­żowce w War­sza­wie, uznał­bym, że to film science fic­tion.

I nagle, dla mnie zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, komu­nizm upadł.

***

Piszę te słowa w 2023 roku. Sie­dzę w ogro­dzie na ład­nym osie­dlu, zna­jomi piszą na What­sAp­pie o waka­cjach w Japo­nii czy w Hisz­pa­nii, gdzie cza­sem taniej niż w Pol­sce, o kiep­skich sta­cjach ben­zy­no­wych we Wło­szech i tym miłym uczu­ciu, kiedy wjeż­dża się do Pol­ski auto­stradą, która jest lep­sza niż w więk­szo­ści euro­pej­skich państw. Gdzie ulice są czy­ste i bez­pieczne, a setki knajp ofe­rują jedze­nie z całego świata przy­go­to­wy­wane przez kucha­rzy, który wyemi­gro­wali do War­szawy czy Pozna­nia, bo tu można nie­źle zaro­bić i dobrze żyć. Dziś Pol­ska staje się kra­jem, do któ­rego chcą przy­je­chać ludzie z wielu uboż­szych państw świata. Zachodni dyplo­maci, któ­rzy jesz­cze dzie­sięć, pięt­na­ście lat temu uwa­żali wyjazd do Pol­ski za zsyłkę, teraz zabie­gają, żeby pomiesz­kać przez kilka lat w kraju, w któ­rym jest tak czy­sto, bez­piecz­nie, a wiele usług na naj­wyż­szym euro­pej­skim pozio­mie.

Polacy w kolej­kach do Wizz Aira czy Ryana­ira, któ­rymi lecą na tanie wczasy do Alba­nii czy Tur­cji, masowo narze­kają na rosnące ceny. Tam jest taniej niż u nas, do czego to doszło!

Narze­kamy, jak wiele rze­czy nie działa jesz­cze tak jak trzeba, jak wiele szans mar­nu­jemy, jaki cią­gle dystans dzieli nas od Nie­miec, Fran­cji czy Holan­dii. Warto jed­nak zdać sobie sprawę, co się w Pol­sce stało przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat.

Piszę to w cza­sie, kiedy Pol­ska po raz pierw­szy w histo­rii ostat­nich lat poka­zała spraw­czość i miała realny wpływ na to, co dzieje się wokół naszego pań­stwa. Kiedy Polacy przy­jęli miliony ucie­ki­nie­rów z Ukra­iny, kiedy wła­dze pol­skich miast spraw­nie zor­ga­ni­zo­wały punkty dys­lo­ka­cji imi­gran­tów, wiel­kie noc­le­gow­nie i punkty żywie­nia, kiedy pol­skie pań­stwo jako pierw­sze wysłało swoje czołgi, kara­biny, trans­por­tery i zor­ga­ni­zo­wało klu­czowy hub logi­styczny dla sprzętu mili­tar­nego z całego świata, poka­zu­jąc siłę, odwagę i spraw­czość. Kiedy nasze podzie­lone spo­łe­czeń­stwo i pań­stwo zadzia­łało zgod­nie i sku­tecz­nie. I ci z PO, i ci z PiS, i ci gło­su­jący jesz­cze ina­czej.

Pol­ska przez trzy­dzie­ści lat doko­nała spek­ta­ku­lar­nego skoku. Nie­wiele państw na świe­cie było w sta­nie doko­nać takiej rewo­lu­cji bez pono­sze­nia ofiar. Sin­ga­pur, Korea Połu­dniowa, może Esto­nia. Tak, Pol­ska odnio­sła suk­ces na świa­tową miarę. Widać to po pach­ną­cych toa­le­tach, nowych domach, apar­ta­men­tow­cach, sze­ro­kich auto­stra­dach, na sta­dio­nach, w wie­żow­cach i nowo­cze­snych fabry­kach, nie tylko tych, które zbu­do­wali Ame­ry­ka­nie czy Niemcy. Widać to w każ­dym miesz­ka­niu po urzą­dze­niach, któ­rych uży­wamy, po usłu­gach, z któ­rych korzy­stamy. Także po sprzę­cie, jakiego uży­wają pol­scy rol­nicy. Wycho­wa­łem się w sercu rol­ni­czej Wiel­ko­pol­ski, wiem, o czym piszę.

Widać to wresz­cie we wszyst­kich sta­ty­sty­kach. Pol­ska miała w ciągu trzy­dzie­stu lat naj­więk­szy wzrost PKB na głowę miesz­kańca wśród wszyst­kich państw OECD, czyli całego zachod­niego świata. Czę­sto tego nie zauwa­żamy. Te trzy­dzie­ści lat było trudne, bole­sne i wyma­ga­jące. Pra­co­wa­li­śmy ciężko i dużo. Ten suk­ces osią­gnę­li­śmy dzięki splo­towi wielu oko­licz­no­ści histo­rycz­nych, ale przede wszyst­kim dzięki sobie. Dzięki naszej cięż­kiej pracy, dzięki ogrom­nej deter­mi­na­cji, pra­gnie­niu lep­szego życia, marze­niu o przy­na­leż­no­ści do lep­szego, bez­piecz­nego boga­tego świata. Dzięki wiel­kiemu duchowi przed­się­bior­czo­ści Pola­ków. Ten suk­ces osią­gnę­li­śmy pomimo tego, co nam goto­wał świat poli­tyki. Pomimo SLD, AWS, PSL, pomimo PO i PiS. To nie poli­tycy zbu­do­wali ten suk­ces, choć - przy­znajmy - nie­mal każda z tych ekip poli­tycz­nych, kiedy była u wła­dzy, pod­jęła kilka dobrych decy­zji. I sporo złych. Ale ten suk­ces zbu­do­wali nie poli­tycy, a ludzie. Pra­cow­nicy i przed­się­biorcy. Mali i wielcy biz­nes­meni. Inwe­sto­rzy kra­jowi i zagra­niczni. My wszy­scy, któ­rzy przez lata zasu­wa­li­śmy na dwóch eta­tach i dora­bia­li­śmy na zle­ce­niach.

Zaszli­śmy daleko. Bar­dzo daleko. Ale cią­gle nie jest tak, jak byśmy chcieli. Nasze marze­nia są cią­gle więk­sze.

Apa­rat pań­stwa nie działa jesz­cze tak, jak powi­nien. Mar­nu­jemy masę ener­gii na jałowe walki. Wal­czymy ze sobą, zamiast kon­ku­ro­wać. Admi­ni­stra­cja działa słabo, prawo jest skom­pli­ko­wane, ochrona zdro­wia jest marna, edu­ka­cja wymaga wiel­kich inwe­sty­cji.

Wiele pol­skich firm uro­sło, jest dużych, ale cią­gle daleko im do nie­miec­kich, fran­cu­skich, wło­skich czy bry­tyj­skich gigan­tów. Cią­gle nie mamy wiel­kich pol­skich marek. Mamy nie­wielki wpływ na decy­zje podej­mo­wane w Unii Euro­pej­skiej. Nawet w przy­padku wojny na Ukra­inie, w którą tak bar­dzo się zaan­ga­żo­wa­li­śmy, nie jeste­śmy w gro­nie państw decy­du­ją­cych o tym, jaki będzie kształt porządku po woj­nie, jakie będą gwa­ran­cje bez­pie­czeń­stwa dla Ukra­iny, jak będzie wyglą­dać pomoc w odbu­do­wie i nowy układ poko­jowy. Jeste­śmy jesz­cze w dru­giej lidze. Nie w pią­tej czy szó­stej, jak w cza­sach mojej mło­do­ści, nie na mar­gi­ne­sie świata, ale w pierw­szej nie jeste­śmy.

Czy możemy tam być? Tak. Możemy doko­nać dru­giego wiel­kiego skoku. Możemy stać się jed­nym z euro­pej­skich lide­rów i państw, które mają wpływ na kształt Europy. Pol­skie firmy mogą dołą­czyć do grona naj­więk­szych gra­czy. To jest moż­liwe. Jesz­cze za mojego życia.

I o tym jest ta książka.

WIELKI SKOK. CZAS REWOLUCJI

Mia­łem szczę­ście obser­wo­wać ten wielki skok cywi­li­za­cyjny od początku. Widzia­łem, jak War­szawa i cała Pol­ska zmie­nia się z dnia na dzień. Pra­co­wa­łem w war­szaw­skich redak­cjach, w któ­rych i z któ­rych jak w soczewce widać było zmiany zacho­dzące w Pol­sce. Zmiany gospo­dar­cze i poli­tyczne, wybuch wol­no­ści, roz­wój i pato­lo­gie demo­kra­cji - mia­łem szczę­ście być obser­wa­to­rem i uczest­ni­kiem tych pro­ce­sów.

W "Życiu War­szawy", do któ­rego tra­fi­łem jako począt­ku­jący repor­ter w 1991 roku, pisa­li­śmy jesz­cze na coraz bar­dziej roz­pa­da­ją­cych się maszy­nach do pisa­nia. Te maszyny już się roz­pa­dały i zepsute rzu­ca­li­śmy w kąt w jed­nym z pokoi. Jeden z kole­gów pisał arty­kuł o wiru­sie kom­pu­te­ro­wym Michel-angelo, który sza­lał wtedy na świe­cie. Chcie­li­śmy ten tekst zilu­stro­wać zdję­ciem stosu naszych roz­kle­ko­ta­nych maszyn z pod­pi­sem "Skutki dzia­ła­nia wirusa Miche­lan­gelo w redak­cji "Życia War­szawy"".

Kory­ta­rze i pokoje redak­cyjne pach­niały PRL-em, przy wej­ściu do biura sie­dział gruby por­tier z roz­su­wa­jącą się na brzu­chu koszulą, szklanką her­baty i czę­sto kieł­basą leżącą na tłu­stym papie­rze. Gości witał uro­czym: "Do kogo?".

Redak­cja była zde­rze­niem dwóch świa­tów. Star­szych pań­stwa, nie­któ­rych z doświad­cze­niem w służ­bie sys­temu, i grupki mło­dych, szybko roz­py­cha­ją­cych się i pra­gną­cych budo­wać nową rze­czy­wi­stość nie­wiele umie­ją­cych repor­te­rów. Nasi naczelni - Kazi­mierz Wóy­cicki i Tomasz Wołek ścią­gali świe­żych ludzi. Zde­rze­nia były arcy­cie­kawe. "Sta­rzy", poza kil­koma zacnymi oso­bami, znali się na zupeł­nie innym dzien­ni­kar­stwie. Pod­po­rząd­ko­wa­nym, par­tyj­nym. Tego praw­dzi­wego, nie­za­leż­nego nie znali. "Nowi starsi" - ci, któ­rzy obej­mo­wali kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska, też się nie znali, bo mieli czę­sto piękne opo­zy­cyjne karty, ale to, co robili w pod­zie­miu, też prze­cież nie było dzien­ni­kar­stwem, tylko walką. No i my "mło­dzi" - nie zna­li­śmy się ani na sta­rym, ani na nowym dzien­ni­kar­stwie... Przy­cho­dzi­li­śmy z ulicy i wszystko, co mie­li­śmy, to dobre chęci. Plus tro­chę wie­dzy o świe­cie. Uczy­li­śmy się od sie­bie nawza­jem, a naj­wię­cej na wła­snych błę­dach. Wszy­scy nowi, i starsi, i młodsi - mie­li­śmy jedną prze­wagę: bar­dzo nam się chciało, marzy­li­śmy o robie­niu świet­nej gazety.

Pra­co­wa­li­śmy po kil­ka­na­ście godzin dzien­nie, uczy­li­śmy się bły­ska­wicz­nie i wycho­dzi­li­śmy ze skóry, by naj­pierw dosko­czyć, a potem poko­nać naszą kon­ku­ren­cję, czyli "Gazetę Wybor­czą". Wtedy to była jesz­cze dość przy­ja­zna kon­ku­ren­cja. To był fascy­nu­jący moment - pra­co­wa­li­śmy od rana do nocy, wie­czo­rem spo­ty­ka­li­śmy się w domach czy knaj­pach, by dalej dys­ku­to­wać, jak robić gazetę. Ze środka obser­wo­wa­li­śmy, jak toczy się nowa walka o wła­sność mediów.

"Życie War­szawy" kupił wło­ski przed­się­biorca Nicola Grauso. Histo­ria tej inwe­sty­cji nie­źle oddaje to, co działo się wtedy w Pol­sce. "Pic­colo Ber­lu­sconi" - tak mówiono o nim we Wło­szech. Przy­je­chał do Pol­ski z wiel­kimi pla­nami. Chciał uzy­skać kon­ce­sję na nada­wa­nie naziem­nej sta­cji tele­wi­zyj­nej, a "Życie War­szawy" miało być jego wizy­tówką. Włosi, któ­rzy na brud­nych kory­ta­rzach przy Mar­szał­kow­skiej poka­zy­wali się w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach, dzien­ni­ka­rzy trak­to­wali jak powie­trze. Nie­mniej firma zain­we­sto­wała szybko duże środki. Z dnia na dzień, z zatę­chłej XIX-wiecz­nej redak­cji z roz­pa­da­ją­cymi się maszy­nami do pisa­nia, oło­wiową zecer­nią i wita­ją­cym gości spo­co­nym panem Ste­fa­nem, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do prze­stron­nej sali daw­nego kina Klub przy Roz­drożu, gdzie każdy z nas miał do dys­po­zy­cji naj­now­szy kom­pu­ter Macin­tosh. Kom­pu­tery były już połą­czone w sieć, łama­nie gazety odby­wało się na wiel­kich kom­pu­terach w środku sali. Włosi zatrud­nili kilku zna­ko­mi­tych gra­fi­ków. Nową makietę gazety przy­go­to­wał jeden z naj­wy­bit­niej­szych wło­skich pro­jek­tan­tów, nasze zarobki sko­czyły mocno w górę.

Z dnia na dzień prze­sko­czy­li­śmy tech­no­lo­gicz­nie wiek. Mie­li­śmy lep­szy sprzęt niż cała nasza kon­ku­ren­cja. Co wię­cej - mie­li­śmy lep­szy sprzęt niż więk­szość zachod­nich mediów. To był 1993 rok. Poje­cha­li­śmy na tak zwany study tour do Nie­miec, gdzie odwie­dza­li­śmy tam­tej­sze redak­cje radiowe i pra­sowe. Weszli­śmy do Bon­ner Anze­iger. Niemcy trak­to­wali nas miło, ale patrzyli na nas jak na bied­nych i zaco­fa­nych wschod­nia­ków z post­ko­mu­ni­stycz­nego kraju. Tacy byli­śmy. Sta­nę­li­śmy na środku redak­cji i jeden z ich sze­fów poka­zy­wał nam z dumą ich sprzęt. "Za pół roku przej­dziemy na łama­nie gazety na kom­pu­te­rze!" - obwie­ścił, patrząc na nas z wyż­szo­ścią. Spoj­rza­łem na niego i powie­dzia­łem spo­koj­nie: "To super, bo myśmy to już zro­bili pół roku temu...". Reak­cja była nie­za­po­mniana.

Podob­nie było, kiedy odwie­dzi­li­śmy roz­gło­śnię publicz­nego radia. Przed wyjaz­dem odwie­dzi­łem super­no­wo­cze­sne stu­dio Radia Zet. Nie­miecka sta­cja wyglą­dała przy "Zetce" na firmę z innej epoki. Taki był czas. Pol­skie media były zasi­lane bły­ska­wicz­nie przez nowych ludzi i przez naj­now­szy sprzęt. Do "Życia" zatrud­niano naj­lep­szych ludzi z rynku, któ­rzy nie tra­fili do "Gazety Wybor­czej". Zgro­ma­dzono zespół, który w dużej mie­rze skła­dał się z ludzi, któ­rzy w przy­szło­ści kie­ro­wali więk­szo­ścią pol­skich mediów. Piotr Zaremba (czo­łowy publi­cy­sta poli­tyczny), Tomasz Wró­blew­ski (przy­szły naczelny "New­swe­eka", "Rzecz­po­spo­li­tej"), Paweł Szwed (przy­szły wła­ści­ciel wydaw­nic­twa Wielka Litera), Bro­ni­sław Wild­stein (przy­szły pre­zes TVP), Jacek Żakow­ski (czo­łowy publi­cy­sta "Poli­tyki", "Gazety Wybor­czej", radia TOK FM), Leszek Będ­kow­ski (przy­szły zastępca naczel­nego "Poli­tyki"), Paweł Fąfara (przy­szły naczelny i pre­zes "Pol­ska The Times"), Grze­gorz Jan­kow­ski (przy­szły naczelny i wydawca "Faktu"), Piotr Skwie­ciń­ski (zastępca naczel­nego PAP, obec­nie amba­sa­dor RP w Arme­nii), Paweł Lisicki (naczelny "Rzecz­po­spo­li­tej" i "Do Rze­czy"), Robert Kra­sow­ski (naczelny "Dzien­nika", współwła­ści­ciel wydaw­nic­twa Czer­wone i Czarne), Cezary Gmyz (dzien­ni­karz TVP), Bogna Świąt­kow­ska (twór­czyni fun­da­cji Bęc Zmiana, uwa­żana za "matkę pol­skiego hip-hopu"), Paweł Dunin-Wąso­wicz (twórca lite­rac­kiego pisma i wydaw­nic­twa Lampa i Iskra Boża). W dziale spor­to­wym pisała legenda spor­to­wego dzien­ni­kar­stwa Ste­fan Szcze­płek. Jacek Frą­czak był sze­fem zna­ko­mi­tego zespołu gra­fi­ków.

Sam w "Życiu War­szawy" zosta­łem w wieku dwu­dzie­stu sied­miu lat sze­fem działu kul­tury, trzy lata póź­niej byłem zastępcą naczel­nego "Expressu Wie­czor­nego", a chwilę potem redak­to­rem naczel­nym Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej. Naczel­nym gazety był w tym cza­sie Tomasz Wołek, który dawał zespo­łowi ogromną wol­ność, zaś sam zaj­mo­wał się głów­nie swo­imi pił­kar­skimi pasjami i zapewne sta­ra­niami o zyska­nie kon­ce­sji dla tele­wi­zji.

W redak­cji "Życia War­szawy" kipiało pracą, nowymi pomy­słami, entu­zja­zmem i nie­zwy­kłymi ambi­cjami. Nakład i sprze­daż rosły bły­ska­wicz­nie. Była wol­ność, poja­wiły się pie­nią­dze, inwe­sty­cje, wszystko kwi­tło. Tu biło jedno z serc nowej, wol­nej Pol­ski. Jed­no­cze­śnie lokalne sta­cje tele­wi­zyjne Grauso, które zaczęły wtedy nada­wać, pusz­czały kiczo­wate, tanie, mar­nej jako­ści, czę­sto pół­por­no­gra­ficzne pro­duk­cje. Taka była wtedy Pol­ska.

I kiedy się roz­pę­dzi­li­śmy, i "Życie War­szawy" w sto­licy zaczęło prze­ga­niać w sprze­daży "Gazetę Wybor­czą", oka­zało się, że Nicola Grauso nie dostał kon­ce­sji na ogól­no­pol­ską tele­wi­zję. Dostali je Zyg­munt Solorz, nie­znany wcze­śniej przed­się­biorca z wie­loma pasz­por­tami, i mocno zako­rze­nieni w PRL Mariusz Wal­ter z Janem Wej­cher­tem. I Pol­sat, i TVN odnio­sły spek­ta­ku­larne suk­cesy i są do dziś klu­czo­wymi gra­czami na rynku.

Nicola Grauso, bar­dzo emo­cjo­nalny gracz, sfru­stro­wał się i posta­no­wił uka­rać Pol­skę za krzywdę, którą mu zro­biła. Z dnia na dzień posta­no­wił pod­nieść cenę gazety o połowę i obciąć budżet "Życia" rów­nież o połowę, praw­do­po­dob­nie, by wycią­gnąć bły­ska­wicz­nie jak naj­wię­cej kasy, a jed­no­cze­śnie zama­ni­fe­sto­wać swoją złość. Taki to był inwe­stor. Pamię­tam, jak jako kie­row­nik działu kul­tury musia­łem gwał­tow­nie obci­nać wier­szówki, rezy­gno­wać z wielu auto­rów, zmniej­szać obję­tość działu. "Życie" schu­dło o połowę. Sfru­stro­wany, odsze­dłem, a Tomasz Wołek posta­no­wił, że gazeta mocno zaan­ga­żuje się w kam­pa­nię wybor­czą Lecha Wałęsy. Z tygo­dnia na tydzień sprze­daż gazety zaczęła spa­dać. W ciągu kilku mie­sięcy droż­sze o połowę i cień­sze o połowę, poli­tycz­nie zaan­ga­żo­wane "Życie War­szawy" stra­ciło połowę nakładu. To był naj­bar­dziej spek­ta­ku­larny znany mi przy­pa­dek wzro­stu i jesz­cze szyb­szego upadku gazety. Dość szybko nastą­piły kolejne zmiany wła­sno­ściowe, zespół się roz­padł, a po kilku latach "Życie War­szawy" prze­stało ist­nieć.

Opo­wie­dzia­łem tę histo­rię, bo jak w soczewce widać w niej roz­wój pol­skiej demo­kra­cji i dzi­kiego pol­skiego kapi­ta­li­zmu w latach dzie­więć­dzie­sią­tych.

***

Innym moim oso­bi­stym doświad­cze­niem poka­zu­ją­cym zmiany w Pol­sce była praca w PAP. Jak to w cza­sie rewo­lu­cji rewo­lu­cyjne zada­nia dosta­wali mło­dzi rewo­lu­cjo­ni­ści. W wieku trzy­dzie­stu jeden lat wygra­łem nie­for­malny kon­kurs na redak­tora naczel­nego tej insty­tu­cji. W 1998 roku w Pol­sce mie­li­śmy z jed­nej strony super­no­wo­cze­sne redak­cje, jak Radio Zet, RMF, TVN24 czy "Gazeta Wybor­cza", z dru­giej strony nie­do­in­we­sto­wane redak­cje pra­wi­cowe, z trze­ciej - takie insty­tu­cje jak PAP. PAP, który peł­nił wów­czas klu­czową rolę, dostar­cza­jąc około sied­miu­set infor­ma­cji dzien­nie do wszyst­kich pol­skich mediów, pra­co­wał cią­gle w try­bie post-PRL. Powolny, roz­la­zły, prak­tycz­nie nie­za­rzą­dzany ser­wis pro­du­ku­jący setki źle napi­sa­nych i czę­sto nie­po­trzeb­nych depesz. Dosta­łem zada­nie prze­bu­do­wa­nia go i dosto­so­wa­nia do świa­to­wych stan­dar­dów. Wspól­nie z grupą kil­ku­na­stu zapa­leń­ców, któ­rych udało się wyna­leźć w Agen­cji, z peł­nym popar­ciem także mery­to­rycz­nym ówcze­snego pre­zesa Roberta Bog­dań­skiego, przy­go­to­wa­li­śmy plan restruk­tu­ry­za­cji bazu­jący na wzo­rach bry­tyj­skiego Reu­tersa, fran­cu­skiej AFP i austriac­kiej agen­cji APA. W kilka mie­sięcy udało nam się wpro­wa­dzić rady­kalne zmiany i w struk­tu­rze firmy, i w stylu pracy dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy odna­leźli radość i zapał do pracy. W pół roku PAP zaczął pra­co­wać niczym zachod­nie agen­cje. Zacho­wy­wał przy tym pełną bez­stron­ność i nie­za­leż­ność od wła­dzy, pomimo że była to insty­tu­cja pań­stwowa. Do dziś trzy­mam w sza­fie bada­nia satys­fak­cji klien­tów, które prze­pro­wa­dziła zewnętrzna firma kon­sul­tin­gowa po wpro­wa­dze­niu naszych reform. Wyniki były zna­ko­mite. Jak to było moż­liwe bez wiel­kich pie­nię­dzy? Dzięki pla­nowi, kon­se­kwen­cji, zapa­łowi i deter­mi­na­cji całego zespołu. A jesz­cze ówcze­sna wła­dza poli­tyczna nie ważyła się inge­ro­wać w treść ser­wisu. A kiedy pró­bo­wała, dosta­wała ostry odpór. Dziś to już chyba niemoż­liwe...

Histo­ria pol­skiego rynku medial­nego to odbi­cie tego, co działo się w Pol­sce. "Życie War­szawy" było począt­kowo wspa­nia­łym rezul­ta­tem wybu­chu wol­no­ści, demo­kra­cji i kapi­ta­li­zmu, a stało się ofiarą dzi­kiego wol­nego rynku, bru­tal­nych poli­tycz­nych ukła­dów - nowych i post­ko­mu­ni­stycz­nych - i kaprysu inwe­stora, który trak­to­wał Pol­skę jak front wschodni.

Jed­no­cze­śnie do Pol­ski wcho­dziły giganty mię­dzy­na­ro­dowe, które zacho­wy­wały się zupeł­nie ina­czej. "Rzecz­po­spo­lita" w rękach kon­cernu Roberta Her­santa czy nor­we­skiej Orkli była przy­kła­dem zna­ko­mi­tej inwe­sty­cji, którą przed­się­biorcy trak­to­wali bar­dzo poważ­nie i z sza­cun­kiem dla reguł gry. Kiedy po pię­ciu latach kie­ro­wa­nia Pol­ską Agen­cją Pra­sową prze­sze­dłem w 2003 roku do "Rzepy" jako kie­row­nik działu poli­tycz­nego, nowy wła­ści­ciel, wielki kon­cern nor­we­ski Orkla, który był kon­glo­me­ra­tem firm cięż­kiego prze­my­słu, spo­żyw­czych i medial­nych, zor­ga­ni­zo­wał nam pre­zen­ta­cję, pod­czas któ­rej roz­ma­wia­li­śmy o stra­te­gii, zasa­dach pracy i war­to­ściach, któ­rymi mamy się kie­ro­wać. Zoba­czy­łem wtedy coś, co już chyba ni­gdy w pol­skich mediach się nie zda­rzyło. Otóż przed­sta­wi­ciele kon­cernu opo­wia­dali nam, jak to nale­żąca do ich kon­cernu gazeta wytro­piła aferę w innej fir­mie nale­żą­cej także od Orkli i opi­sała to u sie­bie. Przed­sta­wi­ciele Orkli byli bar­dzo dumni, że u nich jest to moż­liwe, i powie­dzieli, że takiej samej postawy ocze­kują od "Rzecz­po­spo­li­tej". Pamię­tam zresztą, jak przy­sze­dłem do "Rzepy" i jej ówcze­sny naczelny, nie­ży­jący już Maciej Łuka­sie­wicz, tłu­ma­czył mi: "Pamię­taj, możemy stra­cić rekla­mo­dawcę, ale ni­gdy wia­ry­god­no­ści i czy­tel­nika. Jak masz jakiś mate­riał na naszego rekla­mo­dawcę, to publi­kuj. Nie bój się". W dzi­siej­szych mediach to już ni­gdzie nie jest moż­liwe. Uza­leż­nie­nie tej branży od biz­nesu i poli­tyki jest potężne.

Media ewo­lu­owały w róż­nych kie­run­kach, zwy­kle w złych. Media spo­łecz­no­ściowe wybu­chły w Pol­sce spek­ta­ku­lar­nie, zdo­by­wa­jąc coraz więk­szą siłę i poka­zu­jąc, że nowe tech­no­lo­gie i trendy w Pol­sce zako­rze­niają się czę­sto szyb­ciej niż gdzie indziej. Dla mnie sym­bo­lem tego był fakt, że kiedy ame­ry­kań­ski pre­zy­dent Barack Obama przy­le­ciał do Europy, by odwie­dzić Anglię, Irlan­dię, Fran­cję i Pol­skę, jedy­nego wywiadu pod­czas całej podróży udzie­lił dla zało­żo­nego przeze mnie por­talu Salon24.pl. Nasz por­tal był wów­czas bar­dzo inno­wa­cyj­nym przed­się­wzię­ciem i Biały Dom uznał, że nie "Le Figaro", "The Times," BBC czy choćby TVP, ale wła­śnie Salon24 jest cie­ka­wym medium.

Byli­śmy pio­nie­rami, o czym świad­czy choćby to, że moja żona, która potem przez osiem lat kie­ro­wała tym biz­ne­sem, długo przed pan­de­mią pro­wa­dziła biuro cał­ko­wi­cie zdal­nie, z pra­cow­ni­kami roz­sia­nymi po całej Pol­sce. Zaczęła to robić długo, zanim stało się to modne...

Przy­to­czy­łem moje wła­sne doświad­cze­nia, bo nic nie poka­zuje lepiej histo­rii jak rela­cje świad­ków. To oczy­wi­ście bar­dzo wąski wyci­nek rze­czy­wi­sto­ści, ale nie­źle obra­zuje, jak szyb­kie i rewo­lu­cyjne zmiany nastę­po­wały w Pol­sce w ciągu tych trzy­dzie­stu lat. Jak z zaco­fa­nego i znie­wo­lo­nego kraju sta­wa­li­śmy się coraz bar­dziej nowo­cze­snym i zmo­der­ni­zo­wym pań­stwem, a jed­no­cze­śnie jakie prze­cho­dzi­li­śmy tur­bu­len­cje.

CZY NASZA RAKIETA MOŻE POLECIEĆ WYŻEJ?

Kiedy po 2013 roku na kilka lat wysze­dłem z mediów i pra­co­wa­łem w biz­ne­sie public rela­tions, mia­łem jesz­cze inne cie­kawe obser­wa­cje. Pra­co­wa­łem z kil­ku­dzie­się­cioma dużymi i wiel­kimi fir­mami, też kra­jo­wymi, ale głów­nie mię­dzy­na­ro­do­wymi, które inwe­sto­wały czy dzia­łały w Pol­sce. Obser­wo­wa­łem z jed­nej strony nie­by­wały roz­wój, ogromne zain­te­re­so­wa­nie pol­skim ryn­kiem, to, jak oce­niali nasz kraj nie zachodni publi­cy­ści, ale ci, któ­rzy inwe­sto­wali tu pie­nią­dze. Obraz wyła­nia­jący się z setek roz­mów, które w tych latach pro­wa­dzi­łem, był mniej wię­cej taki: fan­ta­styczny, dyna­miczny, cią­gle roz­wi­ja­jący się rynek, ze zna­ko­mitą, wykwa­li­fi­ko­waną siłą robo­czą, z bar­dzo przed­się­bior­czymi i kre­atyw­nymi pra­cow­ni­kami, któ­rzy nie boją się roz­wią­zy­wać pro­ble­mów. Ale jed­no­cze­śnie z kosz­marną nie­sta­bil­no­ścią prawną, czę­sto nie­sprawną admi­ni­stra­cją, nie­zro­zu­mia­łymi blo­ka­dami na róż­nych pozio­mach. I potęż­nymi napię­ciami poli­tycz­nymi, które cza­sem też wpły­wają na biz­nes.

Z tego wyła­nia się obraz nie­zwy­kle szybko roz­wi­ja­ją­cego się pań­stwa z przed­się­bior­czymi, żąd­nymi suk­cesu, szybko uczą­cymi się oby­wa­te­lami, jed­no­cze­śnie tar­ga­nego wie­loma wewnętrz­nymi kło­po­tami. Czy da się coś z tym zro­bić? Czy nasza rakieta może pole­cieć wyżej?

Dziś jeste­śmy w histo­rycz­nym momen­cie. Ni­gdy jesz­cze nie zaszli­śmy tak daleko w roz­woju. Ni­gdy nie żyło nam się tak dobrze i nie byli­śmy tak atrak­cyj­nym miej­scem i do życia, i do inwe­sto­wa­nia. Pomimo narze­kań w mediach wcho­dzą tu naj­więk­sze firmy tech­no­lo­giczne - Google, Intel, Sam­sung, Ama­zon. Rosną pol­skie firmy pry­watne. Dino Pol­ska, InPost, Cyfrowy Pol­sat, LPP, Syn­thos, Polpharma, Maspex, CD Pro­ject, Techland, Pole­ner­gia - to czo­łówka firm mają­cych przy­chody liczone w miliar­dach zło­tych. Mamy świetny sys­tem ban­kowy. Coraz lep­szą infra­struk­turę. Zna­ko­mi­cie wykształ­co­nych ludzi.

Wielu oso­bom jed­nak trudno uwie­rzyć, że możemy wsko­czyć jesz­cze kilka pię­ter wyżej i stać się jed­nym z naj­za­moż­niej­szych państw w Euro­pie. Prze­cież na świe­cie pra­wie nikt nie zna tych pol­skich firm czy pro­duk­tów przez nie wytwa­rza­nych. Do pierw­szej świa­to­wej ligi jesz­cze im daleko. Nasze naj­lep­sze uni­wer­sy­tety w ran­kin­gach szan­ghaj­skich zaczy­nają się poja­wiać na końcu pierw­szej pięć­setki. W Unii Euro­pej­skiej to nie my nada­jemy ton, a wręcz jeste­śmy trak­to­wani jako uciąż­liwe utra­pie­nie.

Wielu eks­per­tów uważa, że dużo łatwiej odbić się od dna, co nam się udało, niż prze­bi­jać się z dru­giej do pierw­szej ligi, gdzie kon­ku­ren­cja jest już ogromna i rzą­dzą dużo bogatsi od nas, któ­rzy swój suk­ces budo­wali dzie­siątki, a nawet setki lat. Kiedy oni budo­wali swoje demo­kra­cje i zamoż­ność, prze­cho­dzili rewo­lu­cje prze­my­słowe i tran­zy­cje kul­tu­rowe, myśmy byli oku­po­wani, mor­do­wani, doro­bek mate­rialny i kul­tu­rowy był nisz­czony i roz­kra­dany, elity były sys­te­ma­tycz­nie ani­hi­lo­wane, a kiedy skoń­czyła się wojna, przy­szło komu­ni­styczne pra­nie mózgów i PRL-owska pół­so­wiecka oku­pa­cja. Cud, że udało się w trzy­dzie­ści lat tak dużo odro­bić.

Czy dotar­li­śmy już do sufitu i powin­ni­śmy być szczę­śliwi z tego, co osią­gnę­li­śmy, dzię­ku­jąc Bogu, losowi i bogat­szej czę­ści świata, że tak wiele dobrego nas spo­tkało? Trudno sobie wyobra­zić, byśmy żyli tak jak Niemcy czy Szwe­dzi, a Pol­ska była jed­nym z euro­pej­skich lide­rów.

Sta­wiam jed­nak tezę, że to jest moż­liwe. I o tym jest ta książka.

Tak jak firmy, tak pań­stwa powinny sobie wyzna­czać poważne, ambitne stra­te­giczne cele. W latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku celem, który łączył pol­skie elity, było przy­łą­cze­nie się do boga­tego i bez­piecz­nego świata, człon­ko­stwo w Unii Euro­pej­skiej i Pak­cie Pół­noc­no­atlan­tyc­kim. Oba te cele osią­gnę­li­śmy. Od tej pory nie udało nam się sfor­mu­ło­wać nowego celu, który byłby nie tylko ambitny, ale rów­nież mógł nas łączyć.

Moim zda­niem tym celem powinno być dopro­wa­dze­nie Pol­ski do miej­sca, w któ­rym będzie jed­nym z trzech państw mają­cych naj­więk­szy wpływ na kształt i poli­tykę Unii Euro­pej­skiej, jedną z naj­sil­niej­szych na kon­ty­nen­cie gospo­da­rek. Celem powinna być budowa pań­stwa, któ­rego naj­lep­sze firmy staną się euro­pej­skimi i świa­to­wymi gigan­tami, które ma jedną z naj­bar­dziej liczą­cych się w świe­cie armii, co prze­ło­żyć się może nie tylko na bez­pie­czeń­stwo, ale i na pozy­cję poli­tyczną naszego kraju.

***

Ambitne? Bar­dzo. To wszystko jest moż­liwe. Czy sta­nie się samo? Nie. Sta­nie się tylko wtedy, jeśli nie zwol­nimy tempa roz­woju, jeśli nie poczu­jemy się zbyt usa­tys­fak­cjo­no­wani, jeśli zdamy sobie sprawę z wła­snych sła­bo­ści i będziemy ciężko pra­co­wać nad tym, co w Pol­sce cią­gle słabo działa. Także nad sobą jako spo­łe­czeń­stwem, co jest pew­nie naj­trud­niej­sze.

Dla­czego uwa­żam, że to jest moż­liwe?

Po pierw­sze, wystar­czy nie zwol­nić. Mamy cią­gle ogromne ambi­cje, głód suk­cesu, jeste­śmy bar­dzo pra­co­wici i mamy to coś, co nie wszę­dzie na świe­cie można spo­tkać - nie­zwy­kłego ducha przed­się­bior­czo­ści. Dużo podró­żuję - po Pol­sce, po bli­skiej i dal­szej nam Euro­pie, po róż­nych kon­ty­nen­tach. Ni­gdzie albo pra­wie ni­gdzie nie spo­ty­kam takiego ducha przed­się­bior­czo­ści jak u nas. To jest coś, co trudno opi­sać i zmie­rzyć, ale czuję to moim repor­ter­skim nosem. To nowe sklepy, bary, firmy. To cią­gle myte okna wysta­wowe, coraz bar­dziej wymyślne restau­ra­cje, tłumy na kon­fe­ren­cjach gospo­dar­czych, gdzie ludzie chcą się spo­tkać, by nawią­zy­wać kon­takty, które prze­kują na biz­nesy. Porów­nu­jąc nasze mia­sta do wielu innych w Euro­pie i świe­cie, lubię powta­rzać, że w War­sza­wie ludzie nie cho­dzą po uli­cach, ale bie­gają. Każdy się spie­szy, pra­cuje na dwóch eta­tach, otwiera kolejną firmę, pró­buje swo­ich szans. Cią­gle widzę ten ogień w oczach nie tylko drob­nych przed­się­bior­ców, ale także najbar­dziej zamoż­nych Pola­ków, wła­ści­cieli i sze­fów dużych firm, któ­rzy marzą, by ich przed­się­bior­stwa były jesz­cze więk­sze. Im się cią­gle chce. Cią­gle są głodni suk­cesu. Chcą bar­dziej niż mene­dże­ro­wie wiel­kich kor­po­ra­cji w Niem­czech, Fran­cji czy we Wło­szech. Czują swój biz­nes i dalej gryzą trawę.

Jest wciąż wola walki.

Są też solidne fun­da­menty. Mamy ponad dwa miliony mikro­firm, kil­ka­dzie­siąt tysięcy małych i śred­nich przed­się­biorstw. Mamy cią­gle rosnący eks­port i zna­ko­mite rela­cje gospo­dar­cze z naj­więk­szą gospo­darką kon­ty­nentu - Niem­cami. W spo­sób czę­sto nie­zau­wa­żalny za Odrą sta­li­śmy się klu­czo­wym part­ne­rem han­dlo­wym nie­miec­kich firm w Euro­pie - trze­cim po Fran­cji i Holan­dii, choć pozy­cja Holan­dii wynika w dużej mie­rze z trans­portu towa­rów z tam­tej­szych por­tów. Być może więc dru­gim.

Nasi duzi przed­się­biorcy zdo­by­wają już przy­czółki na zachod­nich ryn­kach, zauwa­żają swoje prze­wagi, radzą sobie coraz lepiej. To zupeł­nie inna sytu­acja niż wtedy, kiedy zaczy­na­li­śmy od zera w rodzą­cym się dzi­kim kapi­ta­li­stycz­nie kraju na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku.

Udało nam się utrzy­mać, a nawet tro­chę zmniej­szyć nie­rów­no­ści spo­łeczne. Poziom ubó­stwa jest coraz niż­szy. Bez­ro­bo­cie zostało prak­tycz­nie zli­kwi­do­wane, jest na bar­dzo niskim pozio­mie.

Mamy wresz­cie dużo lepiej wykształ­cone spo­łe­czeń­stwo. Liczba Pola­ków z wyż­szym wykształ­ce­niem wzro­sła czte­ro­krot­nie od upadku komu­ni­zmu. Rośnie liczba absol­wen­tów kie­run­ków tzw. STEM (science, tech­no­logy, engi­ne­ering, mathe­ma­tics - nauka, tech­no­lo­gia, inży­nie­ria, mate­ma­tyka). Sto­sun­kowo niskie w porów­na­niu z więk­szo­ścią państw zachod­nich są róż­nice mię­dzy zarob­kami kobiet i męż­czyzn. Oczy­wi­ście jest jesz­cze wielka prze­strzeń do poprawy.

O wykształ­co­nych ludziach będzie dużo w tej książce. Sam mam przy­jem­ność pra­co­wać z uczest­ni­kami Szkoły Przy­wódz­twa Insty­tutu Wol­no­ści, gdzie od dzie­wię­ciu lat co roku tra­fia setka osób z całej Pol­ski w wieku dwa­dzie­ścia pięć - czter­dzie­ści lat. To zna­ko­mici, dobrze wykształ­ceni w kraju i za gra­nicą ludzie, zna­jący już świat, rozu­mie­jący, że żyjemy w rze­czy­wi­sto­ści naczyń połą­czo­nych, rozu­mie­jący zależ­no­ści, ale mający poczu­cie wła­snej siły, pozba­wieni kom­plek­sów, które obcią­żają poprzed­nie poko­le­nia. Ci ludzie mają na­dal wolę walki, rosną w siłę, robią kariery, nie mają poczu­cia niż­szo­ści wobec Niem­ców czy Angli­ków, rozu­mieją, że trzeba jasno for­mu­ło­wać naro­dowy inte­res, ale jed­no­cze­śnie zdają sobie sprawę, że tylko współ­praca ma sens. To poko­le­nie pozba­wione jest wielu ogra­ni­czeń obcią­żających tych, któ­rzy wal­czyli o naszą wol­ność i demo­kra­cję, tych, któ­rzy budo­wali początki kapi­ta­li­zmu i odno­sili pierw­sze suk­cesy. Oni mają wielką szansę i poten­cjał, aby popchnąć nasze firmy, insty­tu­cje, Pol­skę na kolejne pię­tra.

Mamy więc zna­ko­mity punkt star­towy i ogromny poten­cjał do dal­szego roz­woju.

W cza­sie, kiedy ten pol­ski poten­cjał urósł, w świe­cie nastą­piły wiel­kie zmiany. Naj­pierw pan­de­mia, która prze­orała spo­sób myśle­nia mię­dzy innymi o gospo­darce, potem rosyj­ski atak na Ukra­inę. A w tle czai się rosnące ryzyko star­cia ame­ry­kań­sko-chiń­skiego, które może zakoń­czyć się wielką wojną. To wszystko wywo­łuje wstrząsy i prze­ta­so­wa­nie geo­stra­te­giczne. Nie­mal wszyst­kie one w jakiś spo­sób, pośred­nio lub bezpośred­nio, wpły­wają albo mogą wpły­wać na nasz kraj. Jak każdy kry­zys, wstrząs, zawi­ro­wa­nia, są z jed­nej strony wiel­kim zagro­że­niem, a z dru­giej - olbrzy­mią szansą.

Wywo­łany pan­de­mią szok gospo­dar­czy i ame­ry­kań­ski deco­upling od Chin dopro­wa­dził do skra­ca­nia łań­cu­chów dostaw. Wiel­kie firmy szu­kają już innych miejsc poza Chi­nami i Azją do pro­duk­cji wyra­fi­no­wa­nych ele­men­tów tech­no­lo­gicz­nych. Takim miej­scem, bez­piecz­nym i bli­skim, jest Pol­ska. Ostat­nio na przy­kład zapa­dły decy­zje o wiel­kiej inwe­sty­cji Intela. Może być ich wiele wię­cej.

Agre­sja Rosji na Ukra­inie jest oczy­wi­ście wielką tra­ge­dią, ale musimy to sobie otwar­cie powie­dzieć - także szansą dla Pol­ski. Rola naszego kraju - i z racji samego poło­że­nia, i z racji reak­cji na wojnę - gwał­tow­nie wzro­sła. Świat dostrzegł nie­zwy­kłą soli­dar­ność pol­skiego spo­łe­czeń­stwa i pol­skiego pań­stwa prak­tycz­nie na wszyst­kich moż­li­wych pozio­mach. Pomoc milio­nom uchodź­ców z Ukra­iny nio­sły miliony zwy­kłych Pola­ków, orga­ni­za­cje poza­rzą­dowe, ale bar­dzo spraw­nie zadzia­łały także samo­rządy, w więk­szo­ści zwią­zane z opo­zy­cją, jak i rząd. Ten nie­zwy­kły pol­ski zryw zyskał uzna­nie w całym zachod­nim świe­cie, popra­wił nieco nasz wize­ru­nek, ale też zbu­do­wał olbrzymi kapi­tał do powo­jen­nej współ­pracy z Ukra­iną.

Nasza pomoc woj­skowa i rów­nie ważna - logi­styczna - umoc­niła bar­dzo naszą wia­ry­god­ność w NATO, zwłasz­cza w oczach naj­waż­niej­szego gra­cza tego soju­szu. Decy­zje o potęż­nych zaku­pach sprzętu woj­sko­wego w dużej mie­rze w USA natu­ral­nie wzmac­niają naszą pozy­cję za oce­anem. Dzia­ła­nia Pol­ski wpi­sują się ide­al­nie w ame­ry­kań­skie ocze­ki­wa­nia dozbro­je­nia Europy i odcią­że­nia USA w tej czę­ści świata. Pol­ska szybko nabiera wagi. To ogromna szansa, którą oczy­wi­ście łatwo możemy zmar­no­wać pro­wa­dze­niem nie­mą­drych walk poli­tycz­nych, od któ­rej to cho­roby nie jeste­śmy nie­stety wolni. Doty­czy to wszyst­kich stron obec­nej poli­tycz­nej sceny.

Nasze poło­że­nie geo­gra­ficzne, które zawsze było udręką, para­dok­sal­nie staje się szansą. Wkrótce na wschód od nas będzie powsta­wać nowa wielka żela­zna kur­tyna. To brzmi groź­nie, ale z dru­giej strony - zachodni świat będzie inwe­sto­wał w tę część świata, by tu powstała bez­pieczna strefa bufo­rowa. Tak jak inwe­sto­wał w RFN po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Musimy roz­wi­jać współ­pracę z Niem­cami i Fran­cją, trzeba ją zin­ten­sy­fi­ko­wać i znor­ma­li­zo­wać poli­tycz­nie. Powstaje wielka prze­strzeń do budowy sil­nych związ­ków wokół Bał­tyku z pań­stwami skan­dy­naw­skimi i na połu­dniu. To, co nazywa się Trój­mo­rzem czy Mię­dzy­mo­rzem. Powin­ni­śmy budo­wać nowe for­maty współ­pracy mię­dzy­na­ro­do­wej, być znacz­nie bar­dziej pro­ak­tywni niż reak­tywni w poli­tyce mię­dzy­na­ro­do­wej. Dra­ma­tyczne wyda­rze­nia wokół nas i roz­wój gospo­dar­czy czy­nią z nas poten­cjal­nego sil­nego lidera regionu. By tę pozy­cję mieć, musimy dużo pra­co­wać, pro­wa­dzić zde­cy­do­wa­nie bar­dziej aktywną dyplo­ma­cję. Musimy zmie­nić spo­sób myśle­nia o sobie, wejść w inną rolę - regio­nal­nego gra­cza.

Mamy oczy­wi­ście wiele ogra­ni­czeń. Nie tylko men­tal­nych. Nie mamy wystar­cza­jąco dużo kapi­tału, mamy mało wydolną admi­ni­stra­cję, mało sprawne sądy, słabo roz­wi­niętą naukę i sys­tem pro­mo­wa­nia osią­gnięć nauko­wych, coraz mniej wydajne szkol­nic­two i kiep­ski sys­tem ochrony zdro­wia. Do tego fatalny, skom­pli­ko­wany sys­tem podat­kowy, na który narze­kają mali, średni i wielcy przed­się­biorcy. Nie zbu­do­wa­li­śmy sil­nych insty­tu­cji, nie zbu­do­wa­li­śmy tego, co Ame­ry­ka­nie nazy­wają deep state, nie mamy kul­tury insty­tu­cji, cią­gło­ści pro­jek­tów, mamy za to obozy poli­tyczne i ich zwo­len­ni­ków żyją­cych w try­bie ple­mien­nym. Budu­jemy silną armię, ale nikt nie ma pew­no­ści, według jakich zało­żeń skła­dane są gigan­tyczne zamó­wie­nia na sprzęt woj­skowy. Nie­wąt­pli­wie potrze­bu­jemy tego sprzętu, ale czy dokład­nie tyle i taki? Nie mamy pew­no­ści. Nie ma kul­tury stra­te­gicz­nego pla­no­wa­nia, nie ma insty­tu­cji zaj­mu­ją­cych się tym ponad par­tyj­nymi podzia­łami.

Media publiczne stały się tubami pro­pa­gan­do­wymi rzą­dzą­cych, co zawsze miało miej­sce, ale w ostat­nich latach zaszło jesz­cze dalej. Do pro­pa­gan­do­wej akcji mediów rzą­do­wych dołą­czyły media pry­watne, któ­rych od rzą­do­wych różni nie jakość prze­kazu, ale jego kie­ru­nek. Wiele z nich zaj­muje się zacie­kłym zwal­cza­niem rządu. Obie strony nie mają żad­nych ogra­ni­czeń. Jako czło­wiek, który spę­dził w mediach więk­szość swo­jego życia, muszę z bólem przy­znać, że się­gnęły one już dawno dna, a teraz to dno prze­bi­jają. Media w Pol­sce w więk­szo­ści - oczy­wi­ście nie doty­czy to wszyst­kich, cią­gle są porządni dzien­ni­ka­rze - zaj­mują się nie infor­mo­wa­niem i ana­li­zo­wa­niem, ale mani­pu­lo­wa­niem i tępą pro­pa­gandą, nisz­cze­niem ludzi i insty­tu­cji.

Nie mamy zaufa­nia do insty­tu­cji, do pań­stwa, do sie­bie nawza­jem. Poziom zaufa­nia spo­łecz­nego jest bar­dzo niski. Media to zaufa­nie jesz­cze obni­żają. Obozy poli­tyczne zaj­mują się główne zwal­cza­niem prze­ciw­ni­ków, dono­sze­niem na sie­bie do part­ne­rów zagra­nicz­nych. To wszystko bar­dzo osła­bia pań­stwo i nie pomaga w roz­woju. To cięż­kie cho­roby.

Tak, pro­ble­mów jest wiele, ale szanse ogromne. Piszę tę książkę w trak­cie trwa­ją­cej kam­pa­nii wybor­czej. Nie wiem, kto wygra te wybory i jaki będzie rząd. Ta książka nie jest za jed­nym czy dru­gim obo­zem poli­tycz­nym ani prze­ciw nim. Ta książka jest za Pol­ską.

Nie mam wiel­kiej wiary, że już za chwilę wyj­dziemy z para­dyg­matu poli­tyki zaplą­ta­nej w wewnętrzną wojnę. Ale czuję, że zbliża się jakieś prze­si­le­nie. Być może trzeba jesz­cze kilku lat, ale to się sta­nie. Nie ozna­cza to, że znikną obecne par­tie i ich lide­rzy, choć oczy­wi­ście to nie jest wyklu­czone, ale że stop­niowo zmie­niać się będzie spo­sób upra­wia­nia poli­tyki, bo zmie­niać się będą, już się zmie­niają, spo­łeczne ocze­ki­wa­nia. Potrzebna jest nam zmiana spo­sobu myśle­nia o nas samych i o ota­cza­ją­cym nas świe­cie. Z wyjąt­kiem Rosji i Bia­ło­rusi nie jeste­śmy oto­czeni przez wro­gów. Nie jeste­śmy też oto­czeni przez pań­stwa, któ­rych rządy myślą o tym, jak pomóc Pol­sce. Każdy dba o swoje inte­resy, ale żyjemy w świe­cie naczyń połą­czo­nych. Aby mieć realny wpływ na ota­cza­jący nas świat, musimy być sami silni, musimy mieć silną gospo­darkę, bar­dzo silną armię, sprawną admi­ni­stra­cję, efek­tywne sądow­nic­two i sku­teczną dyplo­ma­cję. Ale musimy też współ­pra­co­wać z naszymi part­ne­rami, być ini­cja­to­rem wielu pro­ce­sów poli­tycz­nych, które nie zawsze bez­po­śred­nio nas doty­czą. Musimy grać na wielu for­te­pia­nach, budo­wać wiele soju­szy i uczest­ni­czyć w wielu pro­ce­sach. To wymaga więk­szego pro­fe­sjo­na­li­zmu, ale przede wszyst­kim zmiany spo­sobu myśle­nia. Wymaga wcze­snych ana­liz, stra­te­gicz­nych pla­nów i ela­stycz­nego reago­wa­nia.

Musimy prze­stać trak­to­wać samych sie­bie jako biorcę pomocy, a zacząć jako twórcę i dawcę dobro­bytu. To my sta­jemy się atrak­cyj­nym kra­jem dla imi­gran­tów. To Pol­ska jest jed­nym z naj­bez­piecz­niej­szych miejsc na świe­cie i to tutaj bar­dzo szybko rośnie poziom życia. Kiedy nasza gospo­darka jesz­cze tro­chę się wzmocni, prze­sta­niemy być biorcą fun­du­szy unij­nych, sta­niemy się płat­ni­kiem netto. Czy to ozna­czać będzie jakąś tra­ge­dię? Prze­ciw­nie, to ozna­czać będzie, że sta­li­śmy się zamoż­nym pań­stwem. Płat­nik ma więk­szy wpływ na rze­czy­wi­stość niż biorca. To powinno być naszym celem, jak­kol­wiek dziw­nie to brzmi. Wtedy będziemy mieć więk­szy wpływ, lep­szą pozy­cję nego­cja­cyjną i szansę na naprawdę poważne inte­resy. Na końcu to ozna­cza zamoż­ność, pozy­cję, wpływ i bez­pie­czeń­stwo. To powinno być naszym celem na naj­bliż­sze lata.

Co musimy zro­bić, by to było moż­liwe? Bar­dzo dużo. Nic się samo nie sta­nie. Nie możemy prze­stać pra­co­wać, pozwo­lić sobie na luz. Jeśli chcemy wyko­rzy­stać tę wielką histo­ryczną szansę, by stać się pań­stwem boga­tym i bez­piecz­nym na długo, byśmy i my, i nasze dzieci po pro­stu dobrze żyli, musimy ciężko na to zapra­co­wać. To naprawdę jest moż­liwe.

Musimy zbu­do­wać silne insty­tu­cje. Nasze insty­tu­cje takimi nie są. Pań­stwa bez sil­nych insty­tu­cji nie wygry­wają. Insty­tu­cje muszą trwać, być odporne na bie­żące wstrząsy, na poli­tyczne tur­bu­len­cje. Musimy zbu­do­wać pamięć insty­tu­cjo­nalną. Nie każdy pomysł poprzed­ni­ków poli­tycz­nych jest zły. Tak, jak warto kon­ty­nu­ować pro­jekt Part­ner­stwa Wschod­niego, tak warto kon­ty­nu­ować pro­jekt Cen­tral­nego Portu Komu­ni­ka­cyj­nego. Oba te pro­jekty wyszły od róż­nych obo­zów poli­tycz­nych.

Silne insty­tu­cje budują zaufa­nie spo­łeczne i poczu­cie siły pań­stwa. Musimy prze­ła­mać dycho­to­mię pań­stwa "naszego" i pań­stwa "ich". Pol­ska trwać będzie dłu­żej niż PiS i PO.

Nie ocze­kujmy zmniej­sze­nia róż­nic poli­tycz­nych. Róż­nice nie są niczym złym. Ale pra­cujmy na rzecz zmniej­sze­nia wewnętrz­nej agre­sji, uczmy się współ­pracy przy klu­czo­wych dla pań­stwa pro­jek­tach i zakończmy fatalny, nisz­czący zwy­czaj pro­wa­dze­nia wewnętrz­nych walk poza gra­ni­cami pań­stwa. Słu­chajmy prak­ty­ków, wcią­gajmy do współ­pracy przed­się­bior­ców, bo to oni budują naszą zamoż­ność. Uła­twiajmy, a nie utrud­niajmy im dzia­ła­nia, ale też wyma­gajmy. Ocze­kujmy odpo­wie­dzial­no­ści wobec kraju, zaan­ga­żo­wa­nia w budo­wa­nie spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skiego, insty­tu­cji, wspie­ra­nia nie­za­leż­nych insty­tu­cji - tak, jak dzieje się to w naj­le­piej roz­wi­nię­tych pań­stwach sta­rej demo­kra­cji.

***

O to, co trzeba zro­bić, zapy­ta­łem ludzi, któ­rych cenię. W następ­nych roz­dzia­łach znaj­dzie­cie pań­stwo roz­mowy z ludźmi, któ­rym bądź już się udało i któ­rzy dalej budują swój suk­ces, z tymi, któ­rzy są na początku tej drogi, a także z eks­per­tami, któ­rzy posia­dają wie­dzę i doświad­cze­nie. Nie pre­ten­duję do tego, by znać się na wszyst­kim, pytam mądrzej­szych od sie­bie. Zapro­si­łem do roz­mowy ludzi z róż­nych stron, z róż­nymi doświad­cze­niami, o róż­nych poglą­dach i róż­nych per­spek­ty­wach. Nie ma jed­nej recepty na to, co powin­ni­śmy zro­bić. Są dyle­maty, które poja­wiają się w tych roz­mo­wach - jaką poli­tykę pro­wa­dzić wobec imi­gran­tów, czy wcho­dzić do strefy euro. Moi roz­mówcy mają różne opi­nie na ten temat. To wymaga głę­bo­kich ana­liz. Zale­żało mi na tym, by poja­wiła się tu więk­szość waż­nych wąt­ków.

Roz­ma­wiamy o tym, jak możemy stać się jed­nym z naj­sil­niej­szych państw w Euro­pie, jak spra­wić, byśmy mogli żyć dobrze i bez­piecz­nie. Nama­wiam wszyst­kich do przy­ję­cia per­spek­tywy, że to jest moż­liwe, do sta­wia­nia wyso­kich wyma­gań decy­den­tom, poli­ty­kom, naszym repre­zen­tan­tom. Pol­sce potrzeba nowego spo­sobu myśle­nia, nowej, odważ­nie myślą­cej elity.

Zapra­szam pań­stwa do roz­mowy o tym, jak Pol­ska może wygrać następne dzie­sięć, dwa­dzie­ścia lat.

Igor Janke