Nieposkromiona
- Skup się! Wycisz umysł - powiedział Tony, trener tajskiego boksu, chwytając dziewczynę za ramiona i wbijając w nią intensywne spojrzenie. Starał się przykuć całą jej uwagę, ale ona wciąż błądziła wzrokiem w kierunku przeciwnika. Czuła, jak pot ścieka po skroniach, serce wali jak młotem, a oddech staje się coraz szybszy. Była zbyt zdenerwowana, żeby słuchać. Nieustannie lustrowała swojego rywala. Jak, do cholery, miała go pokonać? Facet nie tylko imponował muskulaturą, ale też nie przegrał żadnej walki. Jego niski wzrost, typowy dla Azjatów, był jedynym elementem, który dawał jej choć cień nadziei.
Mimo że ring znajdował się pod półotwartym namiotem na świeżym powietrzu, zapach potu i olejku Namman Muay3 drażnił nozdrza. W tle rozbrzmiewały rytmiczne dźwięki saramy - tradycyjnej tajskiej muzyki towarzyszącej każdej walce muay thai4. Dźwięki instrumentów wznosiły się i opadały, tworząc tło, które przypominało jej, gdzie się znajduje. To nie było zwykłe starcie o zwycięstwo, lecz walka o szacunek. A ten miał tutaj największe znaczenie.
Tony chwycił wojowniczkę za policzki, zmuszając ją do kontaktu wzrokowego. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, mówił dalej:
- Nie dopuszczaj do siebie żadnych innych bodźców. Jesteście tylko ty i twój przeciwnik. - Dotknął palcem wskazującym środka jej czoła, dociskając mocno opuszkę do skóry. Spuściła powieki, próbując wyrównać oddech. - Muay thai to nie tylko siła ciała, to dyscyplina umysłu. Skup się na rytmie. Słuchaj muzyki, ona poprowadzi cię przez każdy cios, wymusi każdy unik.
Otworzyła oczy i poczuła, jak adrenalina zaczyna krążyć w jej żyłach. W głowie brzmiał rytm saramy, wiedziała, że ciosy wymierzane w przeciwnika muszą być precyzyjne i przemyślane. To była walka, w której powinna wykorzystać każde dostępne narzędzie - łokcie, kolana, stopy i pięści. Sztuka ośmiu kończyn, jak tubylcy mówią na muay thai, była brutalna, ale w tej brutalności skrywała się pewna harmonia.
- Wystarczy, że wczujesz się w muzykę, a zwycięstwo będzie już w połowie twoje - rzekł Tony, starając się dodać jej pewności siebie.
- Łatwo ci mówić, to nie tobie dzisiaj obiją mordę - rzuciła zgryźliwie.
- A więc zrób wszystko, żeby nie obili.
Zdjął mongkon5 z głowy dziewczyny, po czym opuścił ring, odsłaniając w pełni jej przeciwnika. Mężczyzna zbliżył się do niej ze spokojnym i skupionym wyrazem twarzy. W jego oczach kryło się coś, co mówiło Victorii, że dla niego to jedynie kolejna walka. Kolejne zwycięstwo.
Zrobiła krok do przodu, pokłonili się sobie. Wciągnęła powietrze. Muzyka ucichła. Wybił gong...
W pokoju rozległ się piszczący dźwięk budzika, który brutalnie wyrwał Victorię ze snu. Leżała przez chwilę bez ruchu, z twarzą wtuloną w poduszkę, jakby liczyła na to, że hałas zniknie sam z siebie. Nie zamierzał. Powoli, niemal bezwiednie odwróciła się na bok, a jej ręka odruchowo powędrowała w stronę toaletki, na której leżał telefon. Błądziła dłonią po blacie, usiłując dosięgnąć irytującego ją przedmiotu. Zamknięte powieki nie ułatwiały zadania, co sprawiło, że zaczynała tracić cierpliwość. Nie wytrzymując napięcia, zerwała się gwałtownie z łóżka, lecz źle oszacowana odległość oraz zaplątane w pościel nogi przyczyniły się do upadku. Przewróciła się tak niefortunnie, że uderzyła policzkiem o kant toaletki, co natychmiast wywołało falę ostrego bólu. Piekące uczucie rozlało się po twarzy, a w uszach wciąż dudnił wściekły pisk budzika.
- Kurwa, kurwa, kurwa! - zaklęła i przyłożyła dłoń do twarzy. Drugą zaś chwyciła telefon i w przypływie wściekłości bez wahania cisnęła nim o ścianę. Przedmiot z impetem się od niej odbił i z brzdękiem wylądował na podłodze, ustawiony na nim budzik jednak nie przestał dzwonić. - Nie wierzę - burknęła Victoria i wstała, dysząc ze złości.
Z ciężkim westchnieniem podeszła do miejsca, gdzie leżał smartfon. Schyliła się, podniosła urządzenie i zamiast rzucać nim znowu, po prostu wyłączyła alarm.
Przez moment stała nieruchomo, patrząc na swoją odbitą w pękniętym ekranie twarz, na której malowała się mieszanka irytacji i rezygnacji. Był dopiero początek dnia, a ona już miała dość.
- To był tylko sen, Tony, a mordę i tak mam obitą, po prostu cudownie - powiedziała cicho, wspominając trenera, który szkolił ją, odkąd skończyła trzynaście lat. Umacniał w niej siłę, dyscyplinę i wolę walki. Teraz jednak nawet jego głos wspominany choćby w snach nie mógł stłumić wrażenia, że wszystko, co robiła, waliło się na jej głowę.
Przeszłość ciągle nie dawała o sobie zapomnieć. Ponad dwa lata temu uciekła wraz z młodszym bratem z Tajlandii, w której brutalnie zamordowano ich rodziców, co na zawsze odmieniło ich życie. Nowy start w Ameryce miał stanowić ratunek, szansę na odbudowanie tego, co stracili. Minneapolis miało być przystanią, gdzie mogliby zacząć od nowa, ale rzeczywistość szybko zderzyła się z ich oczekiwaniami. Amerykański sen okazał się jedynie mrzonką. Zamiast szansy na lepsze życie napotkali kolejne przeszkody, które wydawały się nie do pokonania.
Na początku Victoria podjęła pracę dorywczą w miejscowym sklepie spożywczym, gdzie musiała znosić kaprysy klientów i przełożonych, a ze swoją gwałtowną naturą nie była w stanie utrzymać nerwów na wodzy, co często kończyło się awanturami - czasem nawet dochodziło do rękoczynów. Robota za niską stawkę, bez perspektyw na coś lepszego była wyczerpująca. Codzienne zmiany, często od wczesnego rana, wysysały z niej resztki energii. Do tego dochodziła ciągła presja finansowa - zaległe opłaty za wynajem ich małego mieszkania, rachunki, a także żywność, na którą ledwo wystarczało pieniędzy. Każdy dzień stawał się walką o przetrwanie, balansowanie między jednym wydatkiem a drugim stresowało równie mocno co praca.
Najgorsze okazało się jednak to, co się działo z jej piętnastoletnim bratem. Po śmierci rodziców Bart zupełnie się załamał. Ta tragedia odebrała mu wszystko, w tym chęć do normalnego funkcjonowania. Nie chciał się uczyć, wagarował i z czasem zaczął eksperymentować z używkami w celu zagłuszenia bólu. Victoria nie szczędziła wysiłków, by mu pomóc, starała się zastąpić rodziców, była jego wsparciem, chciała go wyciągnąć z tego bagna. Niestety im dłużej przebywali w Ameryce, tym bardziej Bart tonął w swoich problemach.
Narkotyki stały się dla niego codziennością, a Victoria nie mogła już nad tym zapanować. Wymykał się z domu w nocy, przychodził nad ranem nieobecny, z podkrążonymi oczami, całkowicie oddany uzależnieniu, które niszczyło mu życie. Czasem znikał na kilka dni, a kiedy wracał, szukał pieniędzy na kolejną działkę. Była przerażona, ale jednocześnie wściekła, że nie może go zatrzymać. Każda rozmowa kończyła się awanturą. Bart stawał się coraz bardziej agresywny, a ona czuła, że traci brata.
Zaległości rosły, rachunki piętrzyły się na stole w kuchni. Każdy miesiąc stanowił wyścig z czasem - ile jeszcze wytrzymają, zanim właściciel ich wyrzuci? Ile jeszcze Victoria musi przepracować, by w końcu udało się dopiąć budżet?
Toczyła walkę nie tylko o przetrwanie, ale także o to, by nie stracić skrawków nadziei. Walczyła ze wspomnieniami przeszłości, z bólem straty i ogromnym ciężarem, jaki musiała dźwigać na swoich barkach. Z jednej strony chciała uciec, zostawić to wszystko za sobą, z drugiej - wiedziała, że jeśli ona się podda, Bart przepadnie na zawsze.
Amerykański sen? Nie, to była brutalna rzeczywistość, która codziennie sprawdzała jej wytrzymałość.
Poszła do łazienki, czując ciężar własnych kroków. Nad lustrem mrugała jarzeniówka, rzucając zimne, blade światło na małe, ciasne pomieszczenie. Victoria powoli uniosła wzrok, doskonale wiedząc, co zaraz zobaczy. Prawy policzek zaczął przybierać czerwoną barwę, rozlewając się plamami pod skórą. Delikatnie dotknęła bolącego miejsca, czując pieczenie. Przyglądała się sobie przez chwilę pogrążona w myślach na temat dzisiejszego snu. W Tajlandii, pomimo straty rodziców, imponowała innym siłą i nieustępliwością. Stawała do pojedynków z miejscowymi mistrzami tajskiego boksu i większość wygrywała. Zadawane przez nią ciosy stanowiły wynik nie tylko siły fizycznej, ale i mentalnej wytrzymałości, nad którą pracowała latami.
Przypomniała sobie intensywne treningi i zasady, których zawsze przestrzegała. Byłam niezniszczalna - pomyślała. Trener zawsze jej powtarzał, że w walce wygrywa nie ten, kto jest silniejszy, lecz ten, kto się nie poddaje. Dyscyplina służyła jej za drogę, a determinacja - za paliwo. Na tamtym ringu była, do cholery, silna. Żadna porażka, żadna strata nie mogła jej złamać.
Westchnęła głęboko, jej oczy błyszczały od skumulowanych emocji. Czuła, jak wzbierają w niej: frustracja, gniew, poczucie niesprawiedliwości.
- Co ty odpierdalasz? - powiedziała do swojego odbicia. Zacisnęła pięści tak mocno, że pobielały kostki. - Nie jesteś słaba! - kontynuowała, przyglądając się intensywnie swojej twarzy, jakby próbowała sobie przypomnieć, kim naprawdę była. - Jesteś silna, do cholery, i jeszcze pokażesz tym wszystkim skurwysynom, którzy myślą, że mogą cię ścigać za zaległości z hajsem, że z tobą się nie zadziera!
Serce zabiło szybciej, adrenalina pulsowała w żyłach. Victoria oparła się o umywalkę, czując, jak gniew dodaje jej sił. Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w swoje oczy, które mimo bólu i zmęczenia błyszczały niezłomnością.
- A teraz, moja droga, myjesz gębę, ubierasz się i ruszasz dupę w poszukiwaniu nowej roboty!
***
Po tygodniu poszukiwań Victoria znalazła pracę w nocnym klubie jako kelnerka. Sama nie wierzyła w to, że przyjęła ją po doświadczeniach w poprzednim miejscu - ona i współpraca z ludźmi nie wróżyły niczego dobrego. Stawka godzinowa za nockę była dużo wyższa niż poprzednio, co nie pozwoliło jej przejść obojętnie obok tej oferty.
Nadszedł czas, by zmierzyć się z nowym wyzwaniem. Stanęła przed lokalem, który rzucał się w oczy już z daleka - pulsujące na czerwono neony rozświetlające stalowe litery ułożone w nazwę "Spartacus" odbijały się w wilgotnym chodniku, a cała bryła budynku, ciemna i masywna, zwracała uwagę i onieśmielała. Ogromne drzwi i ceglane ściany tworzyły aurę niedostępności, jakby to była inna rzeczywistość, do której mieli wstęp tylko nieliczni. Z pozoru anonimowy w ciągu dnia klub, teraz przyciągał wijące się wzdłuż ulicy jak długi wąż tłumy przesuwające się do wejścia powoli, niemal leniwie.
Minęła kolejkę, ignorując ciekawskie spojrzenia paru osób. Gdy podeszła do drzwi, wyjęła z kieszeni plakietkę i podała ją jednemu z ochroniarzy. Mężczyzna zerknął na nią, po czym zwrócił identyfikator dziewczynie i rzucił od niechcenia do kolegi:
- Nowa.
Drugi z ochroniarzy odsunął się na bok, otwierając drzwi.
- Przejdziesz przez całą salę, po prawej stronie jest bar, a za ladą drzwi. Idź tam i powiedz, że szukasz Sabriny.
- Okej, dzięki.
Przekroczyła próg i od razu przytłoczyła ją muzyka dudniąca w rytm pulsujących świateł. Chmara ludzi tańczyła, śmiała się i rozmawiała w głośnej, pełnej emocji atmosferze. Mężczyźni i kobiety w ekstrawaganckich strojach sunęli po parkiecie, zamieniając każdy krok w rytmiczny ruch. Powietrze było gorące i ciężkie, przesycone słodkawym zapachem perfum i alkoholu.
Z trudem przeszła przez gęsty tłum, lawirując pomiędzy tańczącymi ciałami, które zdawały się kołysać jak w transie. Kiedy nareszcie dotarła do baru, ujrzała drzwi, które z pewnością prowadziły na zaplecze. Podeszła do barmana i pokazała mu plakietkę. Kiwnął głową w stronę, w którą właśnie miała iść. Nie uraczyła go nawet uśmiechem, tylko natychmiast ruszyła do celu. Krocząc wąskim korytarzem, pomyślała, że mogła wymusić jakiś grymas. W końcu zapewniała Sabrinę na rozmowie kwalifikacyjnej, że jest bardzo otwarta i przede wszystkim miła. Ani słowem nie wspomniała, że jeśli puszczają jej nerwy, potrafi bez skrupułów obić komuś twarz.
W oddali dostrzegła rudowłosą dziewczynę poznaną kilka dni temu.
- Cześć! - zagaiła od razu.
Dziewczyna odwróciła się w stronę Victorii i przywitała ją z serdecznym uśmiechem.
- O, hej! Victoria, dobrze pamiętam?
- Tak.
- Chodź, pokażę ci twoją szafkę. - Ruszyły do kolejnego pomieszczenia. - Pamiętaj, zawsze musisz nosić identyfikator, bez tego ani rusz. Tutaj masz mundurek. - Wyjęła z szafki obcisłą czarną bluzeczkę z białym kołnierzykiem i dekoltem w szpic. - Dół możesz nosić, jaki chcesz. Widzę, że włożyłaś spodnie. - Spojrzała na czarne legginsy opinające nogi Victorii.
- Zimno na zewnątrz. Deszcz i te sprawy.
- Spoko, są obcisłe, więc przejdzie. Szef lubi, jak nosimy spódniczki, im krótsze, tym lepsze. - Puściła oko i rzuciła w stronę rozmówczyni kawałek czarnego materiału. - Przebierz się i przyjdź za bar. Powiem ci, co masz robić.
Po godzinie już bez problemu przeciskała się pomiędzy gośćmi, roznosząc kieliszki z alkoholem i zbierając puste szklanki po whisky. Nabrała pewności siebie, ruchy jej ciała stawały się coraz płynniejsze i naturalniejsze. Kroki nabierały rytmu, a muzyka, choć wcześniej przytłaczała, teraz płynęła w żyłach niczym elektryzująca energia. Victoria czuła, jak rośnie w niej duma - w końcu odnalazła się w nowym miejscu, które choć nieznane, powoli zaczynało jej się podobać.
Unosząc tacę wysoko, przeszła płynnie w stronę baru, delikatnie kołysząc biodrami. Poruszała się pewnie i z gracją, w jej oczach błyszczała satysfakcja. Z każdą minutą utwierdzała się w przekonaniu, że to, co robi, jest czymś więcej niż tylko pracą - to szansa na nowy początek, odskocznia od przeszłości czasem kładącej się cieniem na jej codzienności. Nieznaczny uśmiech rozjaśnił jej twarz, gdy jeden z barmanów, Jackson, skinął głową z uznaniem.
Mogę tak pracować - pomyślała z przekonaniem, zerkając na wirujący tłum i wsłuchując się w mieszankę dźwięków: śmiechu, muzyki i szumu rozmów. Ciepło dumy rozlało się w jej piersi, gdy sobie uświadomiła, że tego wieczoru nie tylko sprostała wyzwaniu, ale także poczuła, że tu pasuje.
- Posłuchaj, Vicky - zagadał do niej barman z przejęciem na twarzy. Jego brwi były lekko zmarszczone, a oczy, zwykle pełne luzu, teraz błyszczały niepokojem. - Tu masz tacę dla strefy VIP. To tam. - Wskazał palcem schody prowadzące na piętro, gdzie szklane ściany balkonu połyskiwały w świetle reflektorów.
Victoria podniosła wzrok i dostrzegła kilku siedzących przy stole mężczyzn w eleganckich garniturach. Ich postawa świadczyła o pewności siebie i władzy. Mimo to w dziewczynie nie pojawił się nawet cień obawy - raczej rosnąca ciekawość, co skrywa część oddzielona od reszty klubu.
- Spoko, nie ma problemu - odparła i chwyciła tacę. W tym momencie Jackson złapał ją za dłoń.
- Nie, poczekaj - powiedział. Przysunął się do niej, a na jego twarzy widać było napięcie, jakby chciał przekazać coś ważnego.
Dziewczyna uniosła brew i parsknęła cicho, przewracając oczami.
- Wyluzuj, nie jestem niedorozwojem. Idę do VIP-ów, przecież to nie są żadni bogowie - odcięła się, a w jej głosie zabrzmiała nuta wyzwania.
Bez wahania wyrwała dłoń z jego uścisku i ruszyła w stronę schodów. Jej ruchy były płynne, głowa - uniesiona wysoko. Nie dopuściła już Jacksona do słowa, chociaż w jej sercu tliła się iskra niepokoju. Wchodząc na górę, czuła na sobie spojrzenia gości, ale z każdym krokiem wzbierała w niej determinacja, aby pokazać, że jest w pełni gotowa na to wyzwanie.
Nacisnęła na klamkę i weszła do pomieszczenia. W jednej chwili wszystkie spojrzenia zwróciły się na nią, a gwar rozmów ustąpił ciszy. Uderzył ją intensywny zapach mieszanki perfum i dymu cygar. Przy okrągłym stole, na którym leżały karty i kolorowe żetony, kilku mężczyzn z minami pełnymi nonszalancji rozgrywało partię pokera. Victoria, starając się zachować opanowanie, podeszła bliżej i postawiła karafkę z whisky pomiędzy stosy kolorowych krążków. Z wdziękiem zaczęła zbierać brudne szklanki i popielniczki, gdy odezwał się jeden z mężczyzn, o przenikliwym spojrzeniu i drapieżnym uśmiechu.
- Czyżby nowa niunia na pokładzie, Jai? - Jego ton był złośliwy i żartobliwy. Facet puścił do niej oko i oblizał usta.
Victoria poczuła zimny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Zacisnęła zęby, ignorując prowokacyjny gest, i stanęła obok blondyna z ulizaną na żel grzywką. Pomyślała, że gdyby miał ciemniejsze włosy, przypominałby Elvisa Presleya. Odchylił się i spuścił głowę, mierząc dziewczynę od stóp do głów. Zaciągnął się cygarem i oznajmił, wypuszczając powietrze:
- Nowa i moja.
Uśmiechnął się arogancko. Jego dłoń bezceremonialnie spoczęła na jej tyłku. Ruch Victorii był instynktowny. Upuściła z trzaskiem na stół tacę z brudnymi szklankami, chwyciła rękę natręta i z błyskawiczną precyzją wykręciła ją do tyłu. Z jego ust wyrwało się syknięcie bólu, a rozbawione spojrzenia zgromadzonych przeszły w zaskoczenie. Nachyliła się z triumfem nad nim i powiedziała lodowato:
- Zrób to jeszcze raz, a ci ją złamię, przystojniaku. Rozumiemy się? I nie jestem twoja.
W pomieszczeniu niespodziewanie wybuchł śmiech. Towarzysze sobowtóra Presleya rechotali, jakby oglądali doskonałe przedstawienie. Zanim Victoria zdążyła się odsunąć, mężczyzna wyswobodził się i z wściekłością poderwał na nogi. Błyskawicznie chwycił ją za talię oraz szyję i przycisnął do ściany z siłą uniemożliwiającą jakikolwiek ruch. Szorstka, zimna powierzchnia chłodziła policzek dziewczyny. Powietrze wokół zadrgało od pogwizdywań i pełnych zadowolenia okrzyków.
- Dawaj, Jai, bierz ją! - podpuszczał ktoś z boku.
Spróbowała się wyrwać, lecz Jai unieruchomił jej nogi swoimi, blokując wszelkie ruchy. Zacisnęła zęby, narastały w niej złość i wzburzenie. Zajebię go - pomyślała, czekając, aż typ poluzuje uścisk. On jednak tego nie zrobił.
- Waleczna kotka - odezwał się ktoś znowu.
Mężczyźni w ogóle się nie przejęli tą sytuacją, mieli niezłe widowisko. Victoria oddychała głośno i coraz ciężej. Jai przycisnął ją jeszcze mocniej do ściany, liznął czubkiem języka jej policzek i powiedział wprost do ucha dziewczyny:
- Posłuchaj, ślicznotko. Nie mam pojęcia, skąd cię wytrzasnęła Sabrina. - Obrócił ją gwałtownie, uniósł jej ręce nad głowę i przyszpilił je do ściany. - Ale już mi się podobasz. - Docisnął ciało dziewczyny swoim torsem szybko i bezwzględnie. Ich spojrzenia spotkały się na moment, gdy powiedział równie aroganckim co wcześniej tonem: - Każdy, kto tu pracuje, należy do mnie. Jeśli podpadniesz, skończysz jak inni.
- Do klatki z nią - rzucił ktoś z tyłu, śmiejąc się głośno.
Jai zerknął na jednego z mężczyzn siedzącego przy stole.
- Dawaj ją do klatki, będzie niezły ubaw.
Ponownie spojrzał Victorii w oczy, puścił ją i odsunął się nieco, badając jej reakcję. Rozmasowała nadgarstki, ani na chwilę nie spuszczając z niego wzroku. Uniosła lekko podbródek, rzucając mu wyzwanie spokojem i pewnością siebie.
- I co ja mam z tobą zrobić, co?
- Nie przeproszę - powiedziała stanowczo. - Molestowałeś mnie.
W pomieszczeniu rozległy się salwy śmiechu. Jai z lekko uniesionymi w wyrazie rozbawienia kącikami ust przechylił głowę i przyjrzał się kelnerce badawczo. Wyglądał, jakby ważył w myślach karę, jaką powinna ponieść za to zachowanie. Wiedział, że musi postawić na swoim, lecz ani przez chwilę nie zamierzał się pozbywać nowej pracownicy. Była zbyt interesująca.
Victoria wzięła głęboki oddech, próbując opanować pulsujące w niej emocje. Miała świadomość, że to może być początek jej końca w klubie, a Jackson zapewne próbował ją przed tym ostrzec. Zmusiła się, by zachować kamienną twarz, choć przeklinała samą siebie w duchu za impulsywność. Ten przystojniak to nikt inny jak jej szef. Przypomniała sobie słowa Sabriny, która oznajmiła, że im krótsze mają spódniczki, tym bardziej będzie zadowolony właściciel klubu. Teraz rozumiała dlaczego. To istny zboczeniec.
- Nie mogę tak tu stać do jutra - odezwała się wreszcie.
Mężczyzna uniósł wymownie brwi, czekając na jej reakcję.
- Muszę zabrać tacę.
- Śmiało - oznajmił, wskazując dłonią na stół.
Jego koledzy ponownie wybuchnęli śmiechem.
- Dawaj, mała - nawoływali.
- Co jest, kotku? Nie płacę ci za podpieranie ścian - dodał Jai z drapieżnym uśmiechem.
Popatrzyła na niego z miną pełną wściekłości. Odepchnęła się od ściany i ruszyła w stronę stołu, po czym zebrała szklanki, które powywracały się podczas ich szamotaniny.
- Oznajmiam, że jeśli któryś z szanownych panów mnie dotknie, to nogi wam z dup powyrywam - rzuciła wyzywająco, przeszywając wzrokiem każdego z osobna.
Oczywiście spodziewała się ich rozbawienia.
- Takiej rozrywki nam trzeba, Jai. Dawaj ją tu częściej.
Victoria wyprostowała plecy, ignorując drwiny.
- Żegnam - powiedziała chłodno i ruszyła w kierunku drzwi, lecz Jai natychmiast je zasłonił swoją postawną sylwetką. Zatrzymała się tuż przed nim. - Podobno nie płacisz mi za podpieranie ścian, więc...
- Co, kotku? - Nie dał jej dokończyć.
- Zejdź mi z drogi.
Chwycił za klamkę. Uśmiechnął się i nie od razu ustąpił. W końcu uchylił drzwi, lecz stanął w przejściu, zmuszając ją, by musnęła bokiem jego tors. Od jego ciepłego ciała biła niemal namacalna pewność siebie.
- To też nazywa się molestowaniem - powiedział z szyderczym uśmiechem.
Minęła go i zatrzymała się na chwilę, po czym odwróciła głowę i rzuciła przez ramię:
- W takim razie teraz jesteśmy kwita.
- To się jeszcze okaże.
Ruszyła w stronę schodów i prawie po nich zbiegła. Taca z naczyniami zaczęła się niebezpiecznie chwiać w jej rękach. W ostatnim momencie ścisnęła mocniej jej krawędzie, czując ulgę, że uniknęła katastrofy. Nagle wpadła na twarde plecy jakiegoś mężczyzny, który pojawił się znikąd. Uderzenie było na tyle mocne, że taca wyślizgnęła się z dłoni dziewczyny. Victoria w ułamku sekundy usłyszała, jak naczynia z impetem spadają i roztrzaskują się na drobne kawałki. Zamarła, patrząc na rozsypane odłamki, które teraz pokrywały podłogę niczym kryształowa mozaika. Z trudem przełknęła ślinę, zdając sobie sprawę, że to, co właśnie się wydarzyło, nie ujdzie uwadze przełożonego. Wzięła głęboki oddech, wściekłość zaczynała brać nad nią górę. To był jej pierwszy dzień, a już miała na koncie spektakularną wpadkę.
- Patrz, kurwa, jak chodzisz, kretynie! - wrzasnęła do mężczyzny.
Odwrócił się zaskoczony, jakby nawet nie poczuł, że na niego wpadła. Spojrzał na nią swoimi czarnymi niczym węgiel oczyma. Dziewczyna złapała się za głowę, rozmyślając, jak ma to posprzątać, kiedy tu panuje taki ruch.
- Do mnie mówisz, dziecino?
- Nie, do podłogi, wiesz? Kurwa! To mój pierwszy dzień pracy - odparła z rezygnacją.
- Manu?! - krzyknął do swojego znajomego. - Podejdź do baru z prośbą o pomoc.
- Spoko, Slade. Już się robi - oznajmił, po czym zwrócił się z ciepłym uśmiechem do Victorii: - Nie przejmuj się, mała, zaraz to ogarniemy. - Ruszył w stronę baru.
Victoria kucnęła i zaczęła zbierać potłuczone naczynia na tacę. Kiedy chwyciła za kawałek szkła, poczuła ciepłą dłoń na swojej. Na chwilę zbiło ją to z tropu. Jej wzrok powędrował w górę, by napotkać intensywnie ciemne oczy mężczyzny.
- Zostaw, zaraz się tym zajmiemy - oznajmił spokojnie.
- Wylecę z pracy.
- Daj spokój, nikt nie wylatuje za to, że potłukł kilka szklanek - odparł z uśmiechem. - Wierz mi, widziałem tu gorsze rzeczy.
- Wcześniej o mało nie złamałam ręki mojemu szefowi - wyznała z nerwowym półuśmiechem, obserwując reakcję rozmówcy. Mężczyzna zrobił zaskoczoną minę, po czym się roześmiał.
- No nie mów, że Jai dał się zdominować takiej młodziutkiej dziewczynie.
- Złapał mnie za tyłek. Zasłużył. Młoda nie oznacza niedoświadczona.
Skinął głową z uznaniem.
- Tego nie powiedziałem. Masz niezłe bicepsy, trenujesz? - Zlustrował ją z zaciekawieniem.
- Trenowałam - odparła krótko, wspominając dawne godziny spędzone z Tonym na salach treningowych.
Popatrzyli na siebie wzajemnie z lekkimi uśmiechami, gdy w tle pojawił się Manu z mopem i szufelką.
- Ile masz lat? - zapytał Slade, kiedy oboje wstali.
- Wystarczająco dużo, żeby tu pracować. - Przejęła mopa od Manu i zaczęła zgarniać potłuczone szkło. - Dzięki za chęci, poradzę sobie.
- Nie dosłyszałem, jak masz na imię.
- Bo nie powiedziałam - rzuciła sucho, zmiatając ostatnie kawałki szkła na szufelkę. Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę.
Drugi z mężczyzn roześmiał się lekko, rozładowując napięcie.
- Jestem Manu, a to Slade - przedstawił ich obu z przyjaznym uśmiechem, wiedząc, że jego kompan ma tendencje do przesłuchiwania ludzi.
- Spoko, i tak nie zapamiętam - mruknęła, zerkając na niego przelotnie.
Slade uśmiechnął się delikatnie, w jego oczach zapłonęła iskra zainteresowania.
W tym momencie podeszła do nich Sabrina, by pomóc Victorii opanować sytuację.
- Hej, wszystko gra? - zapytała, spoglądając na pobojowisko. - Dziękuję, panowie, my to już dokończymy - powiedziała, odbierając szufelkę od Manu i przyglądając się Victorii z aprobatą.
Slade rzucił Victorii ostatnie krótkie spojrzenie, nim zdecydował się zostawić ją w towarzystwie Sabriny.
- W takim razie powodzenia - mruknął z szelmowskim błyskiem w oku. Manu kiwnął głową i odsunął się razem z nim, żeby nie przeszkadzać.
Dziewczyna, choć początkowo spięta, zaczynała odczuwać pewną ulgę. Coraz bardziej odnajdowała się w chaosie klubu. Spojrzała na rudowłosą, która kucnęła obok i zaczęła zbierać ostatnie kawałki naczyń.
- Dobrze sobie radzisz, jak na pierwszy dzień - zauważyła Sabrina z uznaniem w głosie. - Ale powinnaś być ostrożniejsza, szczególnie w tej strefie.
- Wiem, wyrósł przede mną nie wiadomo skąd. Przepraszam. - Westchnęła głośno. Zastanawiała się, czy powinna powiedzieć koleżance o zajściu z szefem. Była pewna, że dowie się o tym prędzej czy później. Idąc na zaplecze, zagaiła: - Słuchaj, powinnaś o czymś wiedzieć.
- Tak?
Weszły do środka.
- Dałam ciała w strefie VIP.
- Co masz na myśli? - zapytała towarzyszka, wrzucając do śmietnika potłuczone szkło.
- Wykręciłam rękę Jaiowi.
- Że co?! - Sabrina aż krzyknęła. - Jak? Dlaczego?
- Złapał mnie za tyłek!
- No i? On tak ma. Czasami bierze nas na kolana, kiedy grają w pokera, ale nic więcej. W życiu by nas nie skrzywdził.
- Nikt mnie nie ostrzegł. Skąd mogłam wiedzieć, że to tylko niewinne gierki? Zresztą nie jestem dziwką ani niczyją maskotką do obmacywania.
Rudowłosa puściła ostatnie zdanie mimo uszu i pędem ruszyła do baru.
- Jackson! - ryknęła, gdy otworzyła drzwi i zaszła kolegę od tyłu.
Victoria zrozumiała, co się dzieje, i pobiegła za nią, aby wytłumaczyć, że nie dopuściła chłopaka wcześniej do słowa.
- Co tam, Sabi? - Odwrócił się, opierając łokciem o blat.
- Sabrina, czekaj. To nie jego wina - powiedziała, łapiąc dziewczynę za ramię, by ta nie rzuciła kolejnego oskarżenia.
- O co chodzi? - zapytał barman, marszcząc brwi i szukając odpowiedzi na twarzy Victorii.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Serce biło jej jak szalone, ale wiedziała, że musi to wyjaśnić, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.
- W strefie VIP... Jai mnie zaczepił - zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. - Nie wiedziałam, że to się tutaj zdarza. Zareagowałam instynktownie, nim zdałam sobie sprawę, że to...
Jackson wykrzywił twarz w grymasie. Spojrzał na Sabrinę, która teraz wydawała się bardziej zmieszana niż wściekła.
- Jai? Nasz szef? - zapytał powoli, jakby się upewniał, że dobrze zrozumiał.
- Tak. Złapał mnie za... - Victoria się zawahała, lecz dokończyła z zaciekłością: - Za tyłek. Zareagowałam impulsywnie i wykręciłam mu rękę.
Uniósł brew, jakby nie dowierzał. Zamiast wybuchnąć gniewem, nagle zachichotał, próbując to zamaskować chrząknięciem.
- VIP-om często odbija, a Jai... cóż, on lubi, jak ktoś go zaskakuje, ale trzeba to robić umiejętnie. Nie martw się, nikt cię za to nie zwolni. Jai czasem zapomina, gdzie jest granica, a ty mu o tym przypomniałaś. Nie ulega jednak wątpliwości, że się z tobą policzy.
- Co masz na myśli?
- Wymierzy ci karę.
- A co my, kurwa, w przedszkolu jesteśmy?
- Co tam, ludziska? - Do kontuaru podeszła niska brunetka z figlarnym uśmiechem.
Wszyscy obecni natychmiast odwrócili głowy w jej stronę.
- Nowa zaatakowała Jaia - oznajmił Jackson bez ogródek, nie kryjąc rozbawienia.
- Że co? - Brunetka spojrzała na Victorię z zainteresowaniem, po czym wyciągnęła w jej stronę rękę. - Emma jestem i już cię lubię. - Zachichotała, mrugając do niej porozumiewawczo.
- Victoria - odpowiedziała dziewczyna i uścisnęła dłoń świeżo poznanej koleżanki.
Jeszcze przez chwilę rozmawiali, po czym każdy zabrał się do pracy. Noc zleciała błyskawicznie. Muzyka już dawno ucichła, klub opustoszał i cała załoga kończyła sprzątać.
- Vicky, wyniesiesz śmieci? - zagadnęła Emma.
- Jasne, daj. - Chwyciła za cztery czarne worki. - Gdzie mam iść?
- Tamte drzwi. Pójdziesz długim korytarzem i zejdziesz po schodach na prawo. Tylko nie idź w lewo! Rozumiesz? - powiedziała poważnym tonem.
- Spoko, jeszcze umiem rozróżniać strony.
Ruszyła długim, wąskim korytarzem na zewnątrz. Kiedy dotarła do śmietników, wrzuciła worki i zatrzymała się, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Niebo powoli nabierało barw świtu, a pierwszy dzień w pracy, choć pełen przygód, wydawał się zakończony sukcesem. Nawet zbytnio nie czuła zmęczenia. Odwróciła się na pięcie i wróciła do środka.
Pomyślała, że chętnie skorzystałaby z toalety. Niestety zapomniała, które drzwi teraz powinna wybrać. Postanowiła otwierać wszystkie po kolei. Pierwsze były zamknięte. Kolejne prowadziły do magazynu pełnego zapasów. Pchnęła trzecie, w kolorze brudnej zieleni, i ruszyła pewnie przed siebie. Następnie znalazła się w dużej sali o niskim suficie. Parę jarzeniówek migotało, rzucając zimne, przytłumione światło. W centrum pomieszczenia stał ring otoczony wysoką klatką.
- Co jest, do cholery? - szepnęła zaintrygowana i ruszyła w jego stronę nieświadoma, że zaraz odkryje, co tak naprawdę się dzieje w podziemiach klubu.
Poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Wokół ringu ustawione były składane drewniane krzesła, niektóre z nich poprzewracane, jakby po ostatnim starciu ktoś prędko wyszedł. Gdzieniegdzie walały się plastikowe kubki i puste butelki po alkoholu porozrzucane tak, jakby publiczność opuściła to miejsce w ekscytacji wywołanej walką. Victoria zbliżyła się do ringu, serce biło jej mocniej. Dotknęła zimnych prętów, a wtedy jej oddech przyspieszył. Zamknęła oczy, wspominając wszystkie walki, jakie stoczyła w Tajlandii. Coś ścisnęło ją w gardle. Uświadomiła sobie, jak cholernie tęskniła za tym dreszczykiem emocji, za tą adrenaliną, za pochwałami trenera, gdy wygrywała pojedynki. Tak bardzo lubiła być przez niego doceniana, tak bardzo za nim tęskniła.
Przejechała opuszkami palców po metalowej siatce, okrążając ją powoli. Czuła chłodny, szorstki dotyk stali. Nagle za jej plecami rozległy się ciężkie kroki. Odruchowo odwróciła głowę w stronę, z której dobiegał hałas. W ciemności przemieszczała się wysoka sylwetka, która stopniowo wyłaniała się z cienia.
- Nie powinno cię tu być - odezwał się głęboki, niski głos.
- Może nie powinnam, ale jestem. I co mi teraz zrobisz? - Słowa wypadły z jej ust z lekkością, w której pobrzmiewała prowokacja. Wciąż idąc wzdłuż klatki, obserwowała, jak mężczyzna się zbliża.
Jai uśmiechnął się pod nosem i zrobił kolejny krok.
- Intrygujesz mnie.
- To źle? - zapytała, dalej obchodząc klatkę.
Stał teraz naprzeciw, po drugiej stronie.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, że to miejsce jest ci dobrze znane, choć nigdy tu nie byłaś?
- Nie miejsce, tylko ring. - Pchnęła furtkę. Metal zaskrzypiał, przyprawiając o dreszcz, na dziewczynie jednak nie zrobiło to większego wrażenia. Weszła do środka, nie spuszczając swojego towarzysza z oczu. Podeszła do niego i patrząc mu zza krat głęboko w oczy, szepnęła: - Wychowano mnie na ringu.
- Ach tak? - Przechylił delikatnie głowę na bok i ruszył powoli ku wejściu, utrzymując kontakt wzrokowy z Victorią. - To by wyjaśniało twój wcześniejszy postępek. W życiu bym się nie spodziewał, że taka kruszyna powali mnie na łopatki.
Odwróciła się i oparła plecami o klatkę, obserwując, jak Jai do niej wchodzi. Przymknął furtkę, czekając na reakcję towarzyszki. Był pewien, że dziewczyna nie okaże strachu. Nie mylił się.
Zadarła głowę, po czym oznajmiła:
- Gdy mędrzec wskazuje księżyc, głupiec patrzy na palec. - Widząc jego zdziwienie, dodała: - Jak to się mówi u was, w Ameryce? Pozory mylą.
- U nas? Nie pochodzisz stąd - skonstatował, zmniejszając odległość między nimi. Zatrzymał się przed nią i ujął palcami jej podbródek.
- Spróbuj to pojąć - odparła z delikatnym uśmiechem.
- Rzucasz buddyjskimi powiedzeniami?
- Kto wie.
- Pochodzisz z Azji?
Zawahała się. Chwyciła jego dłoń i położyła ją sobie na klatce piersiowej.
- A w sercu Tajlandia - powiedziała z żalem, który wyrwał się z jej ust niespodziewanie.
- Wojowniczka?
- Bez wątpienia.
- Tęskni za krajem? - zapytał, opierając obie ręce na kratach po bokach głowy dziewczyny. Poczuła jego ciepły oddech na twarzy. Zjechała wzrokiem na usta, które nie wiedzieć czemu miała ochotę pocałować. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz kochała się z rozkoszą, a nie w celu poradzenia sobie ze stresem.
- Bardzo. - Położyła dłoń na jego policzku. Kilkudniowy zarost połaskotał ją w palce.
Mężczyzna się nachylił i już miał musnąć jej usta, kiedy nagle przeszkodził mu kobiecy krzyk:
- Jai!
Dziewczyna, wykorzystując sytuację, wymknęła się z klatki. Jai zignorował nawoływania i odwrócił się w stronę Victorii.
- Kiedyś tu wrócę, ale powód będzie zupełnie inny - rzekła.
- Co masz na myśli?
Uśmiechnęła się, jednak nie odpowiedziała. Obróciła się do niego plecami i ruszyła w stronę drzwi. Po drodze minęła Sabrinę, która zapytała z przejęciem:
- Wszystko gra?
- Jak najbardziej. Skończyłam na dzisiaj, chyba mogę już iść?
- Jasne, do zobaczenia jutro.
***
3 Namman Muay - tajski olejek rozgrzewający stosowany przez sportowców do łagodzenia bólu mięśni i zapobiegania kontuzjom.
4 Muay thai - tajski boks.
5 Mongkon - tradycyjna opaska noszona na głowie przez tajskich bokserów symbolizująca duchowe przygotowanie, ochronę oraz szacunek dla trenera i tradycji.