"CHCEMY WAM ZOSTAWIĆ MAŁY UPOMINEK"
Pewnego sierpniowego poranka 1942 r. do obozu chińskich jeńców
wojennych, w którym przebywało pawie dwa tysiące osób, zajechała
japońska wojskowa ciężarówka, z za nią dwie limuzyny.
Na placu apelowym zgromadzeni byli właśnie wszyscy jeńcy, oczekujący na
wymarsz do pracy. Z limuzyny wysiadł chudy i drobny cywil w okularach,
podszedł do komendanta obozu, chwilę z nim rozmawiał, pokazywał jakiś
dokument, po czym zwrócił się do wyprężonych na baczność podoficerów.
Wybrał jednego z nich na tłumacza i przemówił do tłumu:
- Przyjechaliśmy tu do was w imieniu Japońskiej Organizacji Pomocy
Więźniom. Chcemy wam zostawić mały upominek. Regulamin obozu zabrania
dostarczania dodatkowej żywności, sprawę jednak zdołaliśmy załatwić u władz wyższych, od których otrzymaliśmy pozwolenie. Zostawiamy wam do
podziału transport świeżych pszennych bułek. Rozdzielcie je
sprawiedliwie, tak aby każdy dostał jedną. Życzę smacznego.
Na chwilę zapadło milczenie. Zdumieni jeńcy z niedowierzaniem wpatrywali
się w swego dobroczyńcę.
Pszenne bułki?
- Być może wojska japońskie wkrótce opuszczą ten teren - mówił dalej
gość - obóz zostanie zlikwidowany, a wy wrócicie do swoich domów, do
swoich żon i dzieci. Pamiętajcie o wspaniałomyślności Jego Cesarskiej
Mości Cesarza Japonii Hirohito. Banzai1!
Przez długą chwilę na placu panowało milczenie.
To, co więźniowie usłyszeli, było tak nieprawdopodobne, że wydawało się
snem. Wiele już razy Japończycy czynili różne obietnice, jak dotąd
jednak nigdy ich nie dotrzymywali. Teraz wszakże po raz pierwszy mówią o zwolnieniu, o rozpuszczeniu do domów. Czy to tylko nowa gołosłowna
obietnica, czy rzeczywiście... A może jakiś podstęp?
Ale oto do ciężarówki zaczęto znosić kosze, a żołnierze wyładowywali w nie sterty bułek - przysmaku, o którym w Chinach dawno już zapomniano.
Bułki były rumiane, pachnące i jakże apetyczne!
A więc pierwsza część obietnicy została spełniona. Co będzie z drugą?
Tymczasem w gabinecie komendanta obozu cywil z rzekomej Organizacji
Pomocy Więźniom ostrzegał:
- Pod żadnym warunkiem nikt z Japończyków nie powinien dotykać bułki.
Każda bułka zawiera wewnątrz ładunek bakterii tyfusu brzusznego. Z polecenia dowództwa Armii Kwantuńskiej bułki są przeznaczone do
wywołania epidemii wśród cywilnej ludności chińskiej, a w dalszej
kolejności również wśród wojska chińskiego, które spodziewane jest tu w ciągu najbliższego tygodnia. Jak już powiedziałem i jak panu wiadomo z tajnego rozkazu, wszyscy jeńcy będą zwolnieni.
Komendant obozu patrzył na przybysza lekko zdziwiony, niezupełnie
rozumiejąc jego słowa.
- Nie, nie jest to dowód naszej wielkoduszności, choć na to wygląda -
kontynuował gość. - Idzie tylko o lepsze wyniki akcji. Ci wszyscy
więźniowie powinni zachorować na tyfus. Gdyby jednak zostali w obozie,
mała byłaby dla nas korzyść. Oni powinni roznieść tyfus wśród ludności i spowodować liczne ogniska epidemii. Epidemia musi wprowadzić na tych
terenach chaos, a kiedy zjawią się wojska chińskie, powinna uderzyć w nie całą siłą. Proszę o dopilnowanie ścisłego przeprowadzenia całej
akcji. Jeszcze raz zaznaczam, że nikt z Chińczyków nie może dowiedzieć
się o właściwym jej celu.
Komendant obozu, starszy już wiekiem major, spokojnie słuchał swego
rozmówcy, nie okazując najmniejszym drgnieniem wstrętu, który go
opanował. Zmuszono go do objęcia stanowiska komendanta, choć z tytułu
wieku miał prawo do emerytury i pozostania w domu. Był oficerem starej
daty, cenił uczciwość, szlachetność i wierność tradycjom samurajów. Ale
ta wojna, rozpętana przez fanatycznych wyznawców imperializmu, była
daleka od tego, do czego stary oficer przyzwyczaił się w ciągu swego
długiego życia. Musiał jednak wykonywać rozkazy, opanowywać wiele razy
niechęć i oburzenie, działać wbrew swoim przekonaniom. To, co usłyszał
teraz, przekroczyło wszelkie granice. Przez długą chwilę namyślał się,
czy ulżyć sobie jakąś ironiczną uwagą, albo wręcz odmówić wykonania
zbrodniczego rozkazu. Nie znalazł na to jednak siły. Powiedział
służbiście:
- Może pan być spokojny, rozkaz zostanie wykonany.
Tymczasem na placu apelowym wrzało. Po pierwszym odruchu niedowierzania
tłum więźniów dał się porwać fali entuzjazmu. Twarze, nieznające
uśmiechu od wielu już miesięcy, teraz promieniały. Wszyscy z ożywieniem
rozprawiali, co normalnie na placu apelowym było nie do pomyślenia.
Przed każdą grupą więźniów, uszeregowanych według baraków, postawiono
kosz, a blokowi zaczęli rozdawać po jednej bułce. Między grupami uwijali
się dwaj fotoreporterzy, nakręcając filmy i wyszukując sceny, w których
radość więźniów była szczególnie uderzająca.
Rozkaz japońskiego dowództwa został skrupulatnie wykonany. Cały obóz
rozwiązano po trzech dniach, a wszyscy jeńcy rozjechali się do domów
uszczęśliwieni i chwalący wielkoduszność Japończyków. Radość ich
zgasłaby jednak natychmiast, gdyby wiedzieli, że za kilka dni zaczną
cierpieć, chorować i umierać. Nie tyko zresztą umierać sami, ale zakażać
swoich najbliższych - rodziców, żony, dzieci.
Ten perfidny sposób niszczenia ludności nie był jedyny. Japońskie grupy
dywersyjne stosowały jeszcze inne.
W bazie jednej z grup ekspedycyjnych porucznik Tokatsu dawał ostatnie
polecenia pięciu grupom dywersyjnym:
- Waszym zadaniem jest rozsiewanie bakterii na tyłach naszej wycofującej
się armii. Bakterie tyfusu, cholery i paratyfusu znajdują się wewnątrz
tych oto bułeczek. - Tu wskazał na kilkanaście tac ustawionych jedna na
drugiej. - Każdy dostanie do plecaka czy walizki dwadzieścia bułeczek.
Będziecie nimi częstować Chińczyków, najlepiej dzieci, bo te są
najbardziej łakome. Możecie też zostawiać bułki w chińskich chatach,
niby przypadkiem, przez zapomnienie. Dostaniecie też po pudełku
czekoladek. Każda z nich zawiera ładunek tych bakterii. Przypominam, że
obowiązuje najściślejsza tajemnica, a także ostrożność. Jesteście
zaszczepieni, ale może się zdarzyć, że nieostrożne obchodzenie się z bakteriami spowoduje i u was chorobę. A teraz w drogę.
Tak rozpoczęła się groźna epidemia. Już w trzy tygodnie później gazety
chińskie donosiły o tysiącach zachorowań i masowych zgonach wśród
znękanej wojną ludności; pisały o nieznanych źródłach epidemii tyfusu
brzusznego i paratyfusu. Chińskie ekipy sanitarne usiłowały opanować
epidemię, izolowały chorą ludność w obozach kwarantanny, a jednocześnie
gorączkowo szukały źródła zakażeń. Niestety, nie udało się go wówczas
wykryć. Wybuch epidemii kładziono na karb prymitywnych warunków
mieszkaniowych, braku elementarnej higieny i małej odporności
wycieńczonego nędzą organizmu.
Prawda wyszła na jaw dopiero po wojnie, w toku procesu japońskich
przestępców wojennych, który odbył się w Chabarowsku w końcu 1949 r.
BROŃ MASOWEJ ZAGŁADY
Aby zrozumieć, jak doszło do tych wydarzeń, cofnijmy się do roku 1936,
kiedy w wielkiej sali konferencyjnej japońskiego ministra wojny w Tokio
zebrało się około 60 osób, reprezentujących siły zbrojne Japonii, rząd i sfery naukowe.
- Wielce szanowni panowie! - otworzył zebranie tęgi i niski gen.
Bushikawa. - Mam zaszczyt powitać was w imieniu Jego Cesarskiej Mości i otworzyć zebranie, którego wyniki mogą mieć dla naszego kraju doniosłe
znaczenie. Od początku prób, jakie na zlecenie Jego Cesarskiej Mości
były podejmowane dla zbadania możliwości użycia bakterii w walce z naszymi odwiecznymi wrogami, jest to pierwsze tak liczne zgromadzenie.
Na sali nastąpiło lekkie ożywienie, rzecz wydawała się wszystkim nader
ciekawa.
- Próby rozpoczęliśmy już kilka lat temu - kontynuował Bushikawa. -
Zrazu w skromnym co prawda zakresie, ale to, co uzyskaliśmy, utwierdziło
nas w przekonaniu, że Japonia powinna rozbudować jak najszerzej badania
w tym kierunku. Dotychczas badania prowadziliśmy w jednym tylko ośrodku,
na małej wyspie, odizolowanej całkowicie od otoczenia. Stworzyliśmy tam
naszym naukowcom warunki, w których do życia i pracy naukowej w wytyczonym kierunku nie brakowało im niczego. Pierwszy etap tej pracy
został już zakończony z pomyślnym wynikiem. - Mówca powiódł wzrokiem po
twarzach zdradzających najwyższe zainteresowanie. - Obecnie stoimy u progu etapu drugiego. W związku z tym właśnie pozwoliliśmy sobie panów
tu zaprosić. Musimy bowiem przedyskutować możliwość szerokiego rozwoju
badań, które pozwolą nam na masowe wykorzystywanie bakterii jako
potężnego środka niszczenia wrogów i które przyczynią się do
powiększenia chwały naszego władcy, Jego Cesarskiej Mości. Oddaję teraz
głos panu majorowi Ishii Shir?, doktorowi medycyny i bakteriologowi,
który ze światowymi wynikami badań w swojej dziedzinie wiedzy zapoznał
się dokładnie podczas długiej podróży po Ameryce Północnej i krajach
Europy, a obecnie od kilku lat intensywnie pracuje nad zagadnieniem
wojny bakteriologicznej.
Dr Ishii wstał i ściskając pod pachą gruby plik papierów podszedł do
mównicy, starannie umieścił swój bagaż, włożył okulary i zaczął mówić
cichym, monotonnym głosem.
Po kilkunastu minutach przez piękną, rozjarzoną setkami lamp salę
powiało nudą.
- Ten nas zamęczy - westchnął jeden za słuchaczy w mundurze pułkownika.
- Że też diabli nadali tu naukowca - szepnął drugi. - Jeżeli on chce to
wszystko przeczytać, co przed nim leży, posiedzimy tu ładne kilka
godzin.
Ludzie ci mylili się jednak. Wprawdzie mówca rzeczywiście nie odznaczał
się błyskotliwością, lecz to, co mówił, było tak niezwykłe, że słuchacze
po pierwszym odruchu zniecierpliwienia zaczęli się uważnie
przysłuchiwać, a wkrótce byli bez reszty pochłonięci referowanym
zagadnieniem.
Młody doktor mówił o niewykorzystanym dotychczas obiecującym orężu,
jakim mogą stać się zarazki; o tym, że badania w tym kierunku są już
prowadzone w kilku krajach na świecie i że nowa broń może przynieść
Krajowi Wschodzącego Słońca niezwykłe korzyści.
- Możemy z bakterii stworzyć potężną armię naszych sojuszników - mówił.
- Możemy zaprząc je do akcji tak niszczycielskiej, jakiej nie byłaby w stanie dokonać żadna inna broń. Najbardziej niszczące bomby, zrzucane z tysięcy samolotów, nie są w stanie dokonać wśród ludzi, zwierząt i roślin takiego zniszczenie, jak bakterie. Możemy zabijać ludzi masowo,
możemy ich głodzić przez zniszczenie ich źródeł żywności, a więc
zwierząt i roślin. Nieprzyjacielscy żołnierze mogą ginąć bezpośrednio
wskutek ciężkich chorób lub też mogą być zdezorganizowani przez głód i strach. Ostatni etap prowadzonych przez nas badań wykazał, że istnieją
ogromne możliwości zastosowania bakterii jako broni masowej zagłady. W szczególności idzie tu o bakterie dżumy, znanej szeroko pod nazwą
"czarnej śmierci", dalej cholery, tyfusu brzusznego i paratyfusu, te
bowiem działają również szybko i radykalnie, a ponadto dają się łatwo
rozsiewać, co jest również niezwykle ważne. Interesująca jest też grupa
chorób zwierzęcych, takich jak wąglik czy nosacizna, te bowiem nie tylko
atakują same zwierzęta, lecz i ludzi, powodując szybkie wyczerpanie i śmierć.
Dalej dr Ishii przytaczał liczne przykłady, sypiąc cyframi dziesiątków i setek tysięcy ofiar pochłanianych przez zarazy, przewalające się przez
Europę i Azję.
Działanie zarazków miało w historii - jak wynikało z tych wywodów -
większy wpływ na przebieg wojen niż najbardziej nawet wymyślne plany
generałów. Fale epidemii dżumy, ospy, cholery, malarii, żółtej febry,
tyfusu, dyzenterii, grypy - niszczyły ludność, dziesiątkowały armie i zmieniały przebieg wojen.
"Czarna śmierć" była postrachem Europy w średniowieczu, szczególnie w czternastym wieku. W ciągu zaledwie trzech lat zabiła wówczas czwartą
część całej ludność Europy zachodniej, wyludniając wsie i miasta.
Oprócz dżumy przewalały się przez Europę - nie mówiąc już o Azji czy
Afryce - fale równie strasznych epidemii cholery, tyfusu, ospy, kiły,
zabijając wielokrotnie więcej ludzi niż wszystkie ówczesne wojny.
- Z historii pierwszej wojny światowej wiemy - mówił doktor - jakie
spustoszenia wśród żołnierzy w Europie czyniły zarazki grypy, tyfusu i dyzenterii. Wystarczy wspomnieć, że epidemia grypy hiszpanki, która
przewaliła się przez Europę tuż po zakończeniu wojny, zniszczyła
znacznie więcej ludzi niż mordercze działania wojenne w ciągu długich
pięciu lat. Jeżeli będziemy rozpatrywać zjawiska w skali światowej, to
jeszcze dziś stwierdzamy choroby, które powodują większe katastrofy
wśród ludności niż jakiekolwiek inne kataklizmy. Mam tu na myśli
malarię, która co roku zabija ogromną liczbę ludzi. Można więc śmiało
powiedzieć, że właśnie zarazki mogą stać się znakomitą bronią masowej
zagłady. Trzeba tylko umiejętnie je wykorzystać.
Rzecz stawała się coraz bardziej ciekawa. Niejeden z uczestników
zebrania po raz pierwszy dowiadywał się o faktach dla siebie wręcz
rewelacyjnych.
- Zastanówmy się teraz, jakie są możliwości wykorzystania zarazków
podczas wojny - rzucił dr Ishii kolejne zagadnienie, po czym rozwinął
przed słuchaczami wizję ataków z powietrza, ziemi i morza,
przeprowadzanych przy pomocy owadów zarażonych mikrobami. Owady takie
napadałyby na ludzi i zwierzęta, wprowadzałyby im pod skórę zarazki i w ten sposób powodowały epidemie.
Pełen morderczych pomysłów naukowiec nie ograniczał się do samych
zarazków, rozwijał również myśl stosowania silnych jadów do masowego
zatruwania rzek, jezior i studzien.
Na zakończenie zwrócił jeszcze uwagę, że broń bakteriologiczna jest
najtańsza, w warunkach zaś japońskich - najbardziej dostępna i ekonomiczna.
- Jeżeli chcemy panować nad Azją - mówił - musimy mieć do dyspozycji
broń masowej zagłady. Nie mamy zbyt wiele surowców potrzebnych do
produkowania dział, czołgów, samolotów i okrętów, mamy jednak
nieograniczone możliwości produkowania zarazków. Z tych więc względów
wydaje mi się ważne zwrócić uwagę moich wielce szanownych słuchaczy na
pilną konieczność znacznego rozszerzenia badań w zakresie przygotowania
broni bakteriologicznej.
Skończywszy, skłonił się z szacunkiem, starannie pozbierał notatki i odszedł na swoje miejsce. Na sali przez długą chwilę panowała cisza.
Przytaczane przez mówcę argumenty były silne i przekonywające, można
więc było przypuszczać, że myśli dr Ishii znajdą wśród zgromadzonych
specjalistów wojskowych pozytywny oddźwięk. Istotnie bowiem, jeśli można
niszczyć wrogów masowo, radykalnie i tanio, to nie pozostaje nic innego,
jak tę znakomitą broń jak najszybciej wykorzystać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki