10. Dylemat bioder dziewczęcych
16.5.21
Nie ma, że niedziela, senny obiadek, papucie. Namawiam do myślenia, do
filozoficznej przymuszam dysputy. Nie będą z nas drwić przyszłe
pokolenia, jak w Sieście Norah Jones przed tygodniem: He's got
muscles in his head, ain't never been used...
A zatem dylemat na dziś: Bhartrihari, poeta i myśliciel piszący w sanskrycie na przełomie VI i VII wieku, przedstawił (w tłumaczeniu
niedościgłego Ireneusza Kani) taki egzystencjalny dylemat, z pozoru nie
do rozwiązania:
Rzecz rozważywszy spokojnie i dokładnie, subtelni mędrcy: czy w górskiej żyć lepiej pustelni, czy rozkoszom bioder dziewczęcych się
oddać?
Ba.
Gdybym chciał czytać rzecz dosłownie, to zwłaszcza po samotnym tygodniu
na farmie, jeno wśród saren i puchatych lisów, skłaniałbym się ku
pustelni. No, bo da się? Da się. W istocie spokojniej, a - co
najważniejsze - taniej.
Namawiam jednak na podejście metaforyczne. Głęboko w swej mądrości
siestowe. I tak bym pytanie przeformułował: "Czy na chmurze sztuki
wysokiej się unieść, czy raczej zanurzyć w rozkosze pospolitości?".
Dwadzieścia już lat w niedzielne popołudnia namawiam, by znaleźć, jak -
nie przymierzając - Budda, drogę środka. Bacha spleść z jękami Tuaregów,
Mozarta skropić kaskadą dźwięków gitary Van Halena. W ostatnich
tygodniach prosto z plaży wchodziliśmy do opery, pospiesznie narzucając
fraki na bikini. W epoce "płynnej nowoczesności" nie ma, jak sądzę,
niczego złego w czerpaniu garściami dóbr z obu światów. Z parnasu i lupanaru kultury. Miłosza można czytać na zmianę z przygodami Garfielda,
co sprawdzam codziennie. U Allena sięgać po Forsę... i Wnętrza. Klucz
tkwi w słowie: "zarazem". Cały pomysł na nasze spotkania od lat na tym
właśnie polega.
Ale oto dziś objawia się majowy Dobry Pan: fraki i suknie mogą Państwo
zostawić, niech lgną do siebie nieskromnie na sąsiednich wieszakach, gdy
nikt nie patrzy. Dres - to, nomen omen, dress code na dzisiaj. Żadnej
opery, żadnej tam, psia mać, pokrętnej fugi. Ludowa tedy, przaśna muzyka
to propozycja na 32-lecie naszych radiowych spotkań. Fado z tawern,
country znad ogniska, bossa z plaży, guajira guantanamera prosto z Guantánamo. Może jedynie szczypta jazzu, "do smaku", jak sugeruje
etykieta niedzielnego obiadu.
I, rzecz jasna, Sinatra (lub jak chcą Japończycy: Si-Na-To-Ra), bo w końcu jakiś zerowy południk w tym chaosie mieć warto.
13. Wszystko, co kiedykolwiek zostało pomyślane
13.6.21
Jestem ciekawy drugiego człowieka. Przynajmniej od czasów Terencjusza, a więc z górą dwa tysiąclecia, oswajamy wszystko, "co ludzkie", w nadziei
na ostateczną definicję istoty człowieczeństwa.
Ponieważ przez te lata potencjalnych obiektów badań było sporo,
koncentrujemy się na maksymalnych odchyleniach krzywej. Z radością
zajrzałem tedy do wnętrza mózgu Alexa Honnolda (dostępne są wyniki jego
tomografii), by upewnić się, że sympatyczny młodzieniec ma ów organ
zbudowany ciekawiej niż reszta ludzkości. Inaczej seryjni mordercy.
Jakkolwiek barwnie prezentują się w filmach, zazwyczaj w głowach mają
pustkę i słynna teza o banalności zła przylega do nich szczelnie.
Ale ja dziś o mózgu pianisty. We środę, w filharmonii, w najwyższym
skupieniu słuchałem Piotra Anderszewskiego. Grał wybór Preludiów i Fug
Bacha z drugiego tomu "świętej księgi". Czułem, że ten z górą godzinny
wywód o niebywałej gęstości rozwiązuje ostatecznie problem podwojenia
sześcianu i jeszcze kilka innych, ale oczywiście zgubiłem myśl Mistrza w trzeciej minucie i przyszło mi dalej z pokorą, w przyklęku na jedno
kolano, obcować z Tajemnicą.
Zajrzeć w głowę pianisty wielkiego formatu, kiedy gra Barok, to jak
wstąpić w progi bezkresnej biblioteki o starannie skompletowanym
księgozbiorze. Ma się wrażenie, że oto jest nam dane doskonałe
streszczenie wszystkiego, co kiedykolwiek zostało pomyślane. Fascynujące
i przerażające zarazem.
Wierzę, że można Wielkiego Pianistę uznać za zwierciadło Absolutu i zupełnie na serio modlić się do niego (lub do niej - w przypadku Chatii
Buniatiszwili wyobrażam sobie, że spotyka ona na swej klatce schodowej
codziennie tuzin rozmodlonych panów).
Ale...
Pamiętają Państwo, jak w filmie Słodki drań Uma Thurman zachwycona
geniuszem muzycznym Seana Penna pyta:
- Ach, o czym pan myśli, kiedy gra tak wzniośle?
- Że za mało mi płacą.
Bywa i tak.
Poniekąd a propos: oba tomy pamiętników Rubinsteina spakowane już na
wakacje?
Ja myślę!
Parę słów o tej książce
A zatem stało się, jak w piosence: zdrada i kłamstwo, i grzech. I jeśli jakakolwiek miłość może to pięknie wytłumaczyć, to jedynie miłość
własna.
Tak, okłamałem, zdradziłem. I Państwa, i siebie.
Czy nie obiecywałem w ostatnim rozdziale Dali, że nigdy nie wejdę na
targowisko próżności fejsbuka, instagrama? Pychą narcyzmu nie zgrzeszę?
A tu proszę: trzy lata prężenia się (czy raczej wysmuklania) przed
obiektywem i ujawniania przy tym najbardziej intymnych myśli.
Jak to się stało? I kto temu winny?
Kto? Ci, co zawsze, the usual suspects: politycy. I piękne kobiety.
Jedna z nich zamknęła mi usta, druga przywróciła mi głos.
W zawierusze Wielkiej Choroby i Wielkiego Narodowego Podziału, po
trzydziestu paru latach odszedłem z radiowej Trójki. W maju. Tak, jak
przyszedłem. Do Trójki i na świat. Wszystko zawsze w maju.
Grupą rebeliantów dowodziła Magda Jethon, moja dawna szefowa z Myśliwieckiej 3.5.7. Dostąpiłem zaszczytu współtworzenia nowego radia,
Nowego Świata, od pierwszego dnia jego istnienia.
Gdy okrzepliśmy w nowej rzeczywistości, to Magda właśnie wystosowała
"polecenie służbowe": Chcę, żebyś w naszych mediach społecznościowych
zapowiadał w niedzielę rano każdą swoją kolejną audycję.
Magdzie się nie odmawia.
U progu wiosny 2021 roku ułożyłem pierwsze zaproszenie do wspólnego
słuchania muzyki. A po nim kolejne. Trwało chwilę, nim pojąłem, że piszę
z większą precyzją, niż mówię. Zwłaszcza gdy ogranicza mnie liczba słów.
Z czasem polubiłem tę szkołę dyscypliny. Rozpoznałem w niej wyzwanie: w epoce nadmiaru, wielosłowia, przegadania - w kilku zaledwie akapitach
powiedzieć to, co dla mnie ważne. Powściągliwie, bo każdy znak się
liczy. Jak w sonecie.
Mijały tygodnie, miesiące i lata. Państwo polubili Słowo na niedzielę,
odrobinę być może podobne do niedzielnych felietonów starca z Rzeczy o mych smutnych dziwkach. A dla mnie ta forma kontaktu stała się zarazem
cenna i z tygodnia na tydzień trudniejsza, co lubię.
Dopiero w trzecim roku pisania zbliżyłem się, w swoim mniemaniu, do
właściwej formuły. Niewykluczone, że proces dochodzenia do niej kogoś
zaciekawi. Inni z politowaniem spojrzą na pojawiające się obsesyjnie
wątki i cytaty. Zirytuje ich stały gość, "owad w bursztynie". I mnie
zdumiały jego nieustanne powroty. Najwyraźniej to ważny symbol dla
autora.
Ktoś z pewnością dostrzeże w tych tekstach zwierciadło książek, nad
którymi akurat pracowałem: O Wschodzie i Milagro. Po godzinie
zamykałem jeden, ten siestowy, a otwierałem drugi, buddyjski czy
kubański notes. Stąd echa, trudne do uniknięcia.
Innych jeszcze zajmie kontekst historyczny: korona, izolacja,
kwarantanna, wojna, dramat uchodźczy na białoruskiej granicy, Marsz
Wolności, wreszcie wielkie i ważne wybory. Choć dbałem, aby uwolnić te
teksty od grzechu doraźności, historia wślizgnęła się w nie wiele razy.
Co za czasy.
Docierały do mnie sugestie, by rozproszone zapowiedzi ułożyć w formę
książki. Nie traktowałem ich poważnie, aż usłyszałem słowa zachęty od
wielkiego mistrza literatury faktu.
Ośmielony, zdecydowałem się, po blisko dwustu tygodniach, w trzydziestą
piątą rocznicę naszego pierwszego spotkania w bezpowrotnie minionej
Trójce, zebrać większość tych felietonów, nadać im - by ułatwić
Czytelnikom orientację - tytuły i wysłać je w świat.
Przez chwilę sądziłem, że to za mało i muszę wesprzeć me kruche
drobiazgi innymi muzycznymi pismami, które publikowałem przez lata.
Dziś, kiedy po raz pierwszy przeczytałem wszystkie dawne posty, cieszę
się nadzieją, że niniejsze miniatury układają się jednak w samodzielną
opowieść, spójny świato-ogląd, kompletny autoportret.
Dziękuję za Państwa życzliwość, cierpliwość, uwagę i czułość dla
siestowej muzyki, która stała się ostatnio zagrożonym gatunkiem.
Chciałbym usłyszeć się z Wami za kolejnych trzydzieści parę lat. Nie
gaśnie we mnie ciekawość, co się wydarzy: w nas, w muzyce, na świecie.
Ale zanika wiara, że będą to zmiany na lepsze. Niech zatem tych sto
kilkadziesiąt tekstów da świadectwo, że gdzieś, kiedyś, przez chwilę,
parę osób zajmowało się sprawami ducha.
Najserdeczniej, Marcin
Chez L'habitant Boueden, Fez, maj 2024
18. Talibowie w Wenecji
22.8.21
Całe zło świata bierze się stąd, że nie każdy z nas ma w życiu
szczęście, by w odpowiedniej chwili spotkać na swojej drodze mądrego
nauczyciela.
Czy takim przewodnikiem, mentorem, obok (lub zamiast) pojedynczego
człowieka, mogłoby być miasto? - zastanawiam się. Przychodzi wizja,
zarazem brawurowa i niepokojąca: talibowie w Wenecji. Z brodami,
kałachami, zawinięci w te swoje szmaty; pachną dymem ognisk i ostrą
wonią zwierząt. Z mściwym, ponurym obliczem stają na placu Świętego
Marka i patrzą na przedwieczne fasady, wchodzą do świątyni. Czy jedno z najwyższych uniesień naszej cywilizacji cokolwiek w nich zmienia? Czy
doświadczenie ostatecznego piękna śródziemnomorskiej kultury sączy w ich
lodowate serca dobro? Czy ich wewnętrznie rozświetla?
Próbuję współodczuwać. Ich domy to zimne, górskie jaskinie.
Indoktrynowani, karmieni pogardą i nienawiścią od niemowlęctwa. Jak
niewiele brakowało, by wielu spośród nas było na ich miejscu. To tylko
niepojęte przetasowanie dusz: jedne spływają wprost w ciała weneckich
arystokratów, gdy dzisiejsza pełnia księżyca łagodnie pieści konchę
Santa Maria della Salute, inne w tym samym momencie lądują w stajenkach
Afganistanu, w eksplozji pocisków. Kosmiczna loteria.
Myślę o tych chłopcach, jak dorastają na wojnie, w surowym pejzażu, z obojętnym niebem nad głową jako jedyną świątynią. I oto wchodzą do
weneckiej bazyliki. Co czują? Jakimi ścieżkami biegną ich myśli? Czy w swoim języku znajdują słowa, by objąć nimi i nazwać świat, który ich
teraz otacza? Wreszcie: czy to spotkanie czyni ich lepszymi ludźmi? Czy
zaczynają nagle widzieć jasno w zachwyceniu? Czy kruche piękno
ażurowego miasta na wodzie łagodzi ich pustynne obyczaje?
Takie i inne refleksje przychodzą mi do głowy, gdy wracam do Wenecji.
Odkąd przyjechałem tu z rodzicami, dwunastoletni, ona wciąż mnie
przywołuje szeptem fal laguny.
Każdy z nas ma dwa rodzinne miasta i jednym z nich jest Wenecja -
pisał Sándor Márai. Miał, jak sądzę, na myśli, że ta olśniewająca
akwarela jest dla każdego człowieka Zachodu punktem odniesienia,
łączącym nas znakiem kulturowego przymierza, archetypem europejskiej
sztuki. Ostatnio byłem tu w dniu pięćdziesiątych urodzin.
- Słusznie! - skomentował życzliwie przyjaciel. - To umarłe miasto! I ty
już od dziś jesteś jedną nogą po drugiej stronie.
Postrzegam ją inaczej. Nie jako symbol przemijania, a przeciwnie:
niezmienności, trwania, istnienia poza czasem. Wenecja niesie nadzieję,
że prawdziwe piękno i tożsame z nim dobro powinny trwać wiecznie.
Czy talibowie będą podobnego zdania, czas pokaże. Zalecałbym w tej
kwestii umiarkowany pesymizm.