Siesta. Miniatury muzyczne - Marcin Kydryński

Kup ebooka

39.90 zł
33.48 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

10. Dylemat bioder dziewczęcych

16.5.21

Nie ma, że nie­dziela, senny obia­dek, papu­cie. Nama­wiam do myśle­nia, do filo­zo­ficz­nej przy­mu­szam dys­puty. Nie będą z nas drwić przy­szłe poko­le­nia, jak w Sie­ście Norah Jones przed tygo­dniem: He's got musc­les in his head, ain't never been used...

A zatem dyle­mat na dziś: Bhar­tri­hari, poeta i myśli­ciel piszący w san­skry­cie na prze­ło­mie VI i VII wieku, przed­sta­wił (w tłu­ma­cze­niu nie­do­ści­głego Ire­ne­usza Kani) taki egzy­sten­cjalny dyle­mat, z pozoru nie do roz­wią­za­nia:

Rzecz roz­wa­żyw­szy spo­koj­nie i dokład­nie, sub­telni mędrcy: czy w gór­skiej żyć lepiej pustelni, czy roz­ko­szom bio­der dziew­czę­cych się oddać?

Ba.

Gdy­bym chciał czy­tać rzecz dosłow­nie, to zwłasz­cza po samot­nym tygo­dniu na far­mie, jeno wśród saren i pucha­tych lisów, skła­niał­bym się ku pustelni. No, bo da się? Da się. W isto­cie spo­koj­niej, a - co naj­waż­niej­sze - taniej.

Nama­wiam jed­nak na podej­ście meta­fo­ryczne. Głę­boko w swej mądro­ści sie­stowe. I tak bym pyta­nie prze­for­mu­ło­wał: "Czy na chmu­rze sztuki wyso­kiej się unieść, czy raczej zanu­rzyć w roz­ko­sze pospo­li­to­ści?".

Dwa­dzie­ścia już lat w nie­dzielne popo­łu­dnia nama­wiam, by zna­leźć, jak - nie przy­mie­rza­jąc - Budda, drogę środka. Bacha spleść z jękami Tuare­gów, Mozarta skro­pić kaskadą dźwię­ków gitary Van Halena. W ostat­nich tygo­dniach pro­sto z plaży wcho­dzi­li­śmy do opery, pospiesz­nie narzu­ca­jąc fraki na bikini. W epoce "płyn­nej nowo­cze­sno­ści" nie ma, jak sądzę, niczego złego w czer­pa­niu gar­ściami dóbr z obu świa­tów. Z par­nasu i lupa­naru kul­tury. Miło­sza można czy­tać na zmianę z przy­go­dami Gar­fielda, co spraw­dzam codzien­nie. U Allena się­gać po Forsę... i Wnę­trza. Klucz tkwi w sło­wie: "zara­zem". Cały pomysł na nasze spo­tka­nia od lat na tym wła­śnie polega.

Ale oto dziś obja­wia się majowy Dobry Pan: fraki i suk­nie mogą Pań­stwo zosta­wić, niech lgną do sie­bie nie­skrom­nie na sąsied­nich wie­sza­kach, gdy nikt nie patrzy. Dres - to, nomen omen, dress code na dzi­siaj. Żad­nej opery, żad­nej tam, psia mać, pokręt­nej fugi. Ludowa tedy, prza­śna muzyka to pro­po­zy­cja na 32-lecie naszych radio­wych spo­tkań. Fado z tawern, coun­try znad ogni­ska, bossa z plaży, guajira guan­ta­na­mera pro­sto z Guantánamo. Może jedy­nie szczypta jazzu, "do smaku", jak suge­ruje ety­kieta nie­dziel­nego obiadu.

I, rzecz jasna, Sina­tra (lub jak chcą Japoń­czycy: Si-Na-To-Ra), bo w końcu jakiś zerowy połu­dnik w tym cha­osie mieć warto.

13. Wszystko, co kiedykolwiek zostało pomyślane

13.6.21

Jestem cie­kawy dru­giego czło­wieka. Przy­naj­mniej od cza­sów Teren­cju­sza, a więc z górą dwa tysiąc­le­cia, oswa­jamy wszystko, "co ludz­kie", w nadziei na osta­teczną defi­ni­cję istoty czło­wie­czeń­stwa.

Ponie­waż przez te lata poten­cjal­nych obiek­tów badań było sporo, kon­cen­tru­jemy się na mak­sy­mal­nych odchy­le­niach krzy­wej. Z rado­ścią zaj­rza­łem tedy do wnę­trza mózgu Alexa Hon­nolda (dostępne są wyniki jego tomo­gra­fii), by upew­nić się, że sym­pa­tyczny mło­dzie­niec ma ów organ zbu­do­wany cie­ka­wiej niż reszta ludz­ko­ści. Ina­czej seryjni mor­dercy. Jak­kol­wiek barw­nie pre­zen­tują się w fil­mach, zazwy­czaj w gło­wach mają pustkę i słynna teza o banal­no­ści zła przy­lega do nich szczel­nie.

Ale ja dziś o mózgu pia­ni­sty. We środę, w fil­har­mo­nii, w naj­wyż­szym sku­pie­niu słu­cha­łem Pio­tra Ander­szew­skiego. Grał wybór Pre­lu­diów i Fug Bacha z dru­giego tomu "świę­tej księgi". Czu­łem, że ten z górą godzinny wywód o nie­by­wa­łej gęsto­ści roz­wią­zuje osta­tecz­nie pro­blem podwo­je­nia sze­ścianu i jesz­cze kilka innych, ale oczy­wi­ście zgu­bi­łem myśl Mistrza w trze­ciej minu­cie i przy­szło mi dalej z pokorą, w przy­klęku na jedno kolano, obco­wać z Tajem­nicą.

Zaj­rzeć w głowę pia­ni­sty wiel­kiego for­matu, kiedy gra Barok, to jak wstą­pić w progi bez­kre­snej biblio­teki o sta­ran­nie skom­ple­to­wa­nym księ­go­zbio­rze. Ma się wra­że­nie, że oto jest nam dane dosko­nałe stresz­cze­nie wszyst­kiego, co kie­dy­kol­wiek zostało pomy­ślane. Fascy­nu­jące i prze­ra­ża­jące zara­zem.

Wie­rzę, że można Wiel­kiego Pia­ni­stę uznać za zwier­cia­dło Abso­lutu i zupeł­nie na serio modlić się do niego (lub do niej - w przy­padku Cha­tii Bunia­tisz­wili wyobra­żam sobie, że spo­tyka ona na swej klatce scho­do­wej codzien­nie tuzin roz­mo­dlo­nych panów).

Ale...

Pamię­tają Pań­stwo, jak w fil­mie Słodki drań Uma Thur­man zachwy­cona geniu­szem muzycz­nym Seana Penna pyta:

- Ach, o czym pan myśli, kiedy gra tak wznio­śle?

- Że za mało mi płacą.

Bywa i tak.

Ponie­kąd a pro­pos: oba tomy pamięt­ni­ków Rubin­ste­ina spa­ko­wane już na waka­cje?

Ja myślę!

Parę słów o tej książce

A zatem stało się, jak w pio­sence: zdrada i kłam­stwo, i grzech. I jeśli jaka­kol­wiek miłość może to pięk­nie wytłu­ma­czyć, to jedy­nie miłość wła­sna.

Tak, okła­ma­łem, zdra­dzi­łem. I Pań­stwa, i sie­bie.

Czy nie obie­cy­wa­łem w ostat­nim roz­dziale Dali, że ni­gdy nie wejdę na tar­go­wi­sko próż­no­ści fejs­buka, insta­grama? Pychą nar­cy­zmu nie zgrze­szę? A tu pro­szę: trzy lata prę­że­nia się (czy raczej wysmu­kla­nia) przed obiek­ty­wem i ujaw­nia­nia przy tym naj­bar­dziej intym­nych myśli.

Jak to się stało? I kto temu winny?

Kto? Ci, co zawsze, the usual suspects: poli­tycy. I piękne kobiety.

Jedna z nich zamknęła mi usta, druga przy­wró­ciła mi głos.

W zawie­ru­sze Wiel­kiej Cho­roby i Wiel­kiego Naro­do­wego Podziału, po trzy­dzie­stu paru latach odsze­dłem z radio­wej Trójki. W maju. Tak, jak przy­sze­dłem. Do Trójki i na świat. Wszystko zawsze w maju.

Grupą rebe­lian­tów dowo­dziła Magda Jethon, moja dawna sze­fowa z Myśli­wiec­kiej 3.5.7. Dostą­pi­łem zaszczytu współ­two­rze­nia nowego radia, Nowego Świata, od pierw­szego dnia jego ist­nie­nia.

Gdy okrze­pli­śmy w nowej rze­czy­wi­sto­ści, to Magda wła­śnie wysto­so­wała "pole­ce­nie służ­bowe": Chcę, żebyś w naszych mediach spo­łecz­no­ścio­wych zapo­wia­dał w nie­dzielę rano każdą swoją kolejną audy­cję.

Mag­dzie się nie odma­wia.

U progu wio­sny 2021 roku uło­ży­łem pierw­sze zapro­sze­nie do wspól­nego słu­cha­nia muzyki. A po nim kolejne. Trwało chwilę, nim poją­łem, że piszę z więk­szą pre­cy­zją, niż mówię. Zwłasz­cza gdy ogra­ni­cza mnie liczba słów. Z cza­sem polu­bi­łem tę szkołę dys­cy­pliny. Roz­po­zna­łem w niej wyzwa­nie: w epoce nad­miaru, wie­lo­sło­wia, prze­ga­da­nia - w kilku zale­d­wie aka­pi­tach powie­dzieć to, co dla mnie ważne. Powścią­gli­wie, bo każdy znak się liczy. Jak w sone­cie.

Mijały tygo­dnie, mie­siące i lata. Pań­stwo polu­bili Słowo na nie­dzielę, odro­binę być może podobne do nie­dziel­nych felie­to­nów starca z Rze­czy o mych smut­nych dziw­kach. A dla mnie ta forma kon­taktu stała się zara­zem cenna i z tygo­dnia na tydzień trud­niej­sza, co lubię.

Dopiero w trze­cim roku pisa­nia zbli­ży­łem się, w swoim mnie­ma­niu, do wła­ści­wej for­muły. Nie­wy­klu­czone, że pro­ces docho­dze­nia do niej kogoś zacie­kawi. Inni z poli­to­wa­niem spoj­rzą na poja­wia­jące się obse­syj­nie wątki i cytaty. Ziry­tuje ich stały gość, "owad w bursz­ty­nie". I mnie zdu­miały jego nie­ustanne powroty. Naj­wy­raź­niej to ważny sym­bol dla autora.

Ktoś z pew­no­ścią dostrzeże w tych tek­stach zwier­cia­dło ksią­żek, nad któ­rymi aku­rat pra­co­wa­łem: O Wscho­dzie i Mila­gro. Po godzi­nie zamy­ka­łem jeden, ten sie­stowy, a otwie­ra­łem drugi, bud­dyj­ski czy kubań­ski notes. Stąd echa, trudne do unik­nię­cia.

Innych jesz­cze zaj­mie kon­tekst histo­ryczny: korona, izo­la­cja, kwa­ran­tanna, wojna, dra­mat uchodź­czy na bia­ło­ru­skiej gra­nicy, Marsz Wol­no­ści, wresz­cie wiel­kie i ważne wybory. Choć dba­łem, aby uwol­nić te tek­sty od grze­chu doraź­no­ści, histo­ria wśli­zgnęła się w nie wiele razy.

Co za czasy.

Docie­rały do mnie suge­stie, by roz­pro­szone zapo­wie­dzi uło­żyć w formę książki. Nie trak­to­wa­łem ich poważ­nie, aż usły­sza­łem słowa zachęty od wiel­kiego mistrza lite­ra­tury faktu.

Ośmie­lony, zde­cy­do­wa­łem się, po bli­sko dwu­stu tygo­dniach, w trzy­dzie­stą piątą rocz­nicę naszego pierw­szego spo­tka­nia w bez­pow­rot­nie minio­nej Trójce, zebrać więk­szość tych felie­to­nów, nadać im - by uła­twić Czy­tel­ni­kom orien­ta­cję - tytuły i wysłać je w świat.

Przez chwilę sądzi­łem, że to za mało i muszę wes­przeć me kru­che dro­bia­zgi innymi muzycz­nymi pismami, które publi­ko­wa­łem przez lata. Dziś, kiedy po raz pierw­szy prze­czy­ta­łem wszyst­kie dawne posty, cie­szę się nadzieją, że niniej­sze minia­tury ukła­dają się jed­nak w samo­dzielną opo­wieść, spójny świato-ogląd, kom­pletny auto­por­tret.

Dzię­kuję za Pań­stwa życz­li­wość, cier­pli­wość, uwagę i czu­łość dla sie­sto­wej muzyki, która stała się ostat­nio zagro­żo­nym gatun­kiem.

Chciał­bym usły­szeć się z Wami za kolej­nych trzy­dzie­ści parę lat. Nie gaśnie we mnie cie­ka­wość, co się wyda­rzy: w nas, w muzyce, na świe­cie. Ale zanika wiara, że będą to zmiany na lep­sze. Niech zatem tych sto kil­ka­dzie­siąt tek­stów da świa­dec­two, że gdzieś, kie­dyś, przez chwilę, parę osób zaj­mo­wało się spra­wami ducha.

Naj­ser­decz­niej, Mar­cin Chez L'habi­tant Boueden, Fez, maj 2024

18. Talibowie w Wenecji

22.8.21

Całe zło świata bie­rze się stąd, że nie każdy z nas ma w życiu szczę­ście, by w odpo­wied­niej chwili spo­tkać na swo­jej dro­dze mądrego nauczy­ciela.

Czy takim prze­wod­ni­kiem, men­to­rem, obok (lub zamiast) poje­dyn­czego czło­wieka, mogłoby być mia­sto? - zasta­na­wiam się. Przy­cho­dzi wizja, zara­zem bra­wu­rowa i nie­po­ko­jąca: tali­bo­wie w Wene­cji. Z bro­dami, kała­chami, zawi­nięci w te swoje szmaty; pachną dymem ognisk i ostrą wonią zwie­rząt. Z mści­wym, ponu­rym obli­czem stają na placu Świę­tego Marka i patrzą na przed­wieczne fasady, wcho­dzą do świą­tyni. Czy jedno z naj­wyż­szych unie­sień naszej cywi­li­za­cji cokol­wiek w nich zmie­nia? Czy doświad­cze­nie osta­tecz­nego piękna śród­ziem­no­mor­skiej kul­tury sączy w ich lodo­wate serca dobro? Czy ich wewnętrz­nie roz­świe­tla?

Pró­buję współ­od­czu­wać. Ich domy to zimne, gór­skie jaski­nie. Indok­try­no­wani, kar­mieni pogardą i nie­na­wi­ścią od nie­mow­lęc­twa. Jak nie­wiele bra­ko­wało, by wielu spo­śród nas było na ich miej­scu. To tylko nie­po­jęte prze­ta­so­wa­nie dusz: jedne spły­wają wprost w ciała wenec­kich ary­sto­kra­tów, gdy dzi­siej­sza peł­nia księ­życa łagod­nie pie­ści kon­chę Santa Maria della Salute, inne w tym samym momen­cie lądują w sta­jen­kach Afga­ni­stanu, w eks­plo­zji poci­sków. Kosmiczna lote­ria.

Myślę o tych chłop­cach, jak dora­stają na woj­nie, w suro­wym pej­zażu, z obo­jęt­nym nie­bem nad głową jako jedyną świą­ty­nią. I oto wcho­dzą do wenec­kiej bazy­liki. Co czują? Jakimi ścież­kami bie­gną ich myśli? Czy w swoim języku znaj­dują słowa, by objąć nimi i nazwać świat, który ich teraz ota­cza? Wresz­cie: czy to spo­tka­nie czyni ich lep­szymi ludźmi? Czy zaczy­nają nagle widzieć jasno w zachwy­ce­niu? Czy kru­che piękno ażu­ro­wego mia­sta na wodzie łago­dzi ich pustynne oby­czaje?

Takie i inne reflek­sje przy­cho­dzą mi do głowy, gdy wra­cam do Wene­cji. Odkąd przy­je­cha­łem tu z rodzi­cami, dwu­na­sto­letni, ona wciąż mnie przy­wo­łuje szep­tem fal laguny.

Każdy z nas ma dwa rodzinne mia­sta i jed­nym z nich jest Wene­cja - pisał Sándor Márai. Miał, jak sądzę, na myśli, że ta olśnie­wa­jąca akwa­rela jest dla każ­dego czło­wieka Zachodu punk­tem odnie­sie­nia, łączą­cym nas zna­kiem kul­tu­ro­wego przy­mie­rza, arche­ty­pem euro­pej­skiej sztuki. Ostat­nio byłem tu w dniu pięć­dzie­sią­tych uro­dzin.

- Słusz­nie! - sko­men­to­wał życz­li­wie przy­ja­ciel. - To umarłe mia­sto! I ty już od dziś jesteś jedną nogą po dru­giej stro­nie.

Postrze­gam ją ina­czej. Nie jako sym­bol prze­mi­ja­nia, a prze­ciw­nie: nie­zmien­no­ści, trwa­nia, ist­nie­nia poza cza­sem. Wene­cja nie­sie nadzieję, że praw­dziwe piękno i toż­same z nim dobro powinny trwać wiecz­nie.

Czy tali­bo­wie będą podob­nego zda­nia, czas pokaże. Zale­cał­bym w tej kwe­stii umiar­ko­wany pesy­mizm.