lato
bezkształtne, rozlazłe dni,
dzikie, oklapłe, przywarły do głowy
jak mokre włosy. i trzeć je można,
wszystkimi kolorami ręczników,
je wszystkie zamoczyć, obciążyć,
ale one uparte.
i w nie lubię listy wysyłać.
do samej siebie, o snach,
co się zrodziły poprzedniej nocy.
a rankiem chłodne.
obce, jakby dojrzane przez okno sąsiada.
siedzieć i słać je
w ten mały świat.
bo mało jest rzeczy,
a mniej jeszcze takich, które ja mam.
a mniej jeszcze wśród rzeczy jest mnie.
ale ja i tak nie chcę zdobywać
wielkich nicości, skromnych tajemnic.
palcem dotykać świata i się patrzeć, jak chwiejny się trzęsie.
dużo już i tak ma,
po co mu i ja?
czasem tylko tak myślę, w wielkie poranki,
którym dorównuje słońce,
że się nie tak żyje w lato.
więc śnię o niebie, zakrytym w pół.
zalanym ogromem. rozplotłym złotem.
i spisuję to, rankiem małym.