ROZDZIAŁDRUGI
CO TU ROBISZ? - ZAPYTAŁ MĘŻCZYZNA.
- Piję, a co? - odpowiedziała między kolejnymi łykami.
- A co robiłaś na dachu? - mówił spokojnym, monotonnym, niemalże pozbawionym emocji tonem.
"Nie daj się nabrać. To oznacza tylko, że nie potrafisz odczytać jego emocji, a nie, że ich nie ma".
- Szukałam kogoś. - Wyprostowała się i wytarła brodę. Miała wrażenie, że jest umorusana rudawym osadem. Celowo unikała patrzenia prosto w jego stronę, starając się zyskać na czasie, by coś wymyślić, nie zdradzając się przy tym spojrzeniem.
- Na dachu?
"Uważaj, to pułapka".
- Owszem. - Odsuwała jedynie nieuniknione. Nie miało znaczenia, co powie, a to sprawiało, że czuła się wolna. Śmiała. - A pan? Po co pan obserwował ten sterowiec?
- To ja tu zadaję pytania. - Najmniejszego śladu napięcia. Nawet cienia złości.
- Racja, pan zadaje. - Sara przechyliła buńczucznie głowę i czekała. Mężczyzna był ubrany na czarno, na głowie miał wełniany kapelusz, ciemny plecak przewieszony przez ramię i brudną twarz. Niezupełnie tego się spodziewała. Przyglądał się jej, jakby próbował zrozumieć, z kim ma do czynienia. Sara pomyślała, że może jednak udałoby jej się wykpić z tej sytuacji. - No dobrze, w takim razie nie będę zajmowała panu więcej czasu...
Mężczyzna pchnięciem zamknął za sobą drzwi i dalej patrzył na nią bez słowa. Sara cofnęła się o krok. Nieznajomy oparł się o framugę i skrzyżował ręce na piersi.
- A ty dokąd się wybierasz? - Chłodniejszy ton. Niemalże lodowaty. Sara prawie zadrżała.
- Do domu. Szukałam... ojca. Pracuje w porcie.
- Dlaczego go szukałaś? - Dziewczyna nie miała wątpliwości, że to przesłuchanie.
- Żeby mu powiedzieć, że obiad jest gotowy.
- O czwartej nad ranem?
- Pracuje na nocnej zmianie.
- Na dachu?
- Szukałam wszędzie, gdzie się dało.
- Co ci się stało w twarz?
Sara odruchowo uniosła dłoń i dotknęła nosa. Ukłucie bólu było silne i gwałtowne jak mocny policzek. Coś dziwnego przywarło do jej palców. Spuściła wzrok, by przyjrzeć się, co to jest. Dopiero wtedy zauważyła, że cały przód jej jasnobrązowej sukienki pokrywały rdzawoczerwone plamy. Opuszki palców miała umazane krzepnącą krwią.
- To... wpadłam na coś po ciemku - chciała wyjaśnić, lecz nie zdołała wypowiedzieć ani słowa, bo zakrztusiła się i zaniosła kaszlem, a na koniec spróbowała siąknąć nosem i skrzywiła się z bólu. Mężczyzna się roześmiał, lecz w jego śmiechu próżno było szukać rozbawienia. Raczej pogardę. Sara odniosła wrażenie, że gdzieś w jej wnętrzu wybiło źródełko złości i niechęci. Spojrzała nieznajomemu prosto w oczy; dorastająca dziewczyna, cała pokryta zaschniętą krwią, rdzą, pleśnią i gnijącymi liśćmi. "Zachowuj się jak dama, kochanie" - odezwał się jej wewnętrzny głos. Głos jej matki. - "Ty jesteś na scenie, oni nie. Możesz im rozkazywać i nimi kierować. Chcą być zwodzeni. Więc zwódź ich".
- Dokładnie tak było. Zgubiłam się i wpadłam po ciemku na zerwaną rynnę. Mam panu pokazać gdzie?
Nieznajomy miał wodnistoniebieskie źrenice z ciemniejszymi obwódkami. "Nie mrugaj" - skarciła się.
- Jak masz na imię? - zapytał delikatniejszym już tonem. Zmarszczki w kącikach jego oczu wydawały się delikatnie uśmiechać. Miał dziwny, nieoczywisty akcent. W pierwszej chwili pomyślała, że ma do czynienia z Bawarczykiem, jednak niektóre słowa brzmiały w jego ustach inaczej...
- Sara. Sara Gold... - Myśl! - G... Elsengrund.
"Dumme Schlampe". Sara zgarbiła się i oparła o zlew. Mężczyzna znów się zaśmiał, choć tym razem już nie tak głucho.
- Proszę, proszę, a tak dobrze ci szło. Będziesz musiała jeszcze trochę popracować nad tym elementem, Saro Goldberg, Goldstein, Goldschmitt... czy jak tam się nazywasz.
Sara zaczęła obmywać twarz, mając nadzieję, że w ten sposób ukryje łzy zbierające się w kącikach oczu. Mężczyzna podszedł bardzo blisko i przysiadł na brzegu zlewu. Kiedy się odezwał, mówił bardzo szybko:
- Doprowadź sukienkę do porządku, zmyj te plamy, nawet jeśli miałaby zostać mokra. To w niczym nie przeszkadza... i strzepnij brud z płaszcza. Pochodzisz z Elsengrundu, tak? - Sara przytaknęła. - To dobrze, tego się trzymaj... i wybierz sobie jakieś inne imię, Ursula czy jakoś tak. Sara... chyba nie da się bardziej żydowsko, co? Masz dokąd pójść?
Sara pokręciła głową. Została pokonana, a teraz na dodatek nie miała pojęcia, co się dzieje.
- Domyślam się, że papierów też nie masz, ale to nie szkodzi. Gdybyś miała wszystkie stemple i tak nie przedostałabyś się do Szwajcarii. Prom to twoja jedyna szansa. Scenka z zagubioną dziewczynką, która miała być na pokładzie. Poczekaj do rana, ale nie tutaj. Najlepiej na dachu, obojętnie którym - przerwał. - I jeszcze jedna sprawa... - Chwycił ją gwałtownie za twarz i ścisnął palcami jej nos. Sara zdążyła złapać go za nadgarstek, lecz było już za późno. Pociągnął mocno, zanim mu przeszkodziła. Pisnęła mimo przerażenia. Ból był zbyt przenikliwy. Rozległ się nieprzyjemny trzask i nagle było po wszystkim. Zatoczyła się w tył, zbyt przestraszona, by dotknąć twarzy.
- Lepiej zostaw teraz nos w spokoju... przynajmniej jest prosty. I mniej rzuca się w oczy. - Wytarł dłonie w spodnie. - Nie wiedziałaś, że jest złamany?
Sara stała z uniesionymi i trzęsącymi się dłońmi. Powoli nabrała powietrza przez nos. Bolało, ale była w stanie oddychać. Głos w jej głowie zamilkł. Podniosła wzrok i rozejrzała się, akurat w porę, by zobaczyć, jak nieznajomy odchodzi.
- I nikomu nie ufaj. Powodzenia, Saro z Elsengrundu.
Potem zniknął.
Sara obserwowała swoje dłonie. Potrzebowały pełnej minuty, by przestać drżeć.
Poranek nadszedł chłodny i szary. Po spokojnej bezchmurnej nocy znad jeziora nadciągnęły brudne chmury i zmieniły wschód słońca w wyblakłą fotografię. Sara stała w cieniu, mokra sukienka kleiła jej się do nóg jak lepkie od pleśni zasłony. Materiał drażnił zadrapania na kolanach i łydkach, aż ból stał się jedyną rzeczą, o jakiej mogła myśleć. Nie walczyła z nim, bo całkowicie zagłuszał głos, który wcześniej rozlegał się w jej głowie. A on był teraz ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała.
Większość krwi udało jej się zmyć, lecz na sukience pozostała paskudna plama. Żeby ją ukryć, zapięła pod samą szyję ciemny płaszcz. Szyję owinęła kawałkiem płótna, które można było wziąć za szalik. Materiał pachniał zsiadłym mlekiem, lecz posiadał tę zaletę, że nie był mokry. To była jedyna sucha rzecz, jaką miała na sobie. Doprowadziła włosy do jako takiego porządku, wykorzystując jedyną wsuwkę, jaka jej się ostała, a z tyłu głowy zaplotła coś na kształt warkocza, po czym związała go kawałkiem przewodu. Z daleka można było uznać, że wygląda przyzwoicie, lecz z bliska nikogo nie mogłaby zmylić, bo bardziej niż dziewczynę przypominała stracha na wróble.
Źle spała. Za każdym razem, kiedy zamykała oczy, widziała krew i goniące ją psy. Na jawie była w stanie kontrolować swoje emocje, lecz ledwie zasypiała, bestie ją doganiały i rzucały się na nią. Obudziła się tak zapłakana, że ledwie była w stanie oddychać. Kiedy nie spała, mogła przynajmniej skupić się na tym, co ją czekało.
Rozległ się sygnał syreny promu. Na ten moment czekała. Wyszła z cienia i ignorując piekący ból nóg, ruszyła podskokami drogą w kierunku nabrzeża. Mimo że miała piętnaście lat, bez trudu mogła uchodzić za jedenastolatkę, ba, nawet młodszą dziewczynkę, pod warunkiem że odpowiednio się zachowywała. Sara nigdy nie wyglądała na swój wiek, a lata biedy i niedożywienia tylko to pogłębiły. Wcielała się teraz w rolę, którą niejeden już raz odgrywała: małego, niepozornego dziecka. Miasteczko budziło się do życia, a jego mieszkańcy ruszali do pracy brukowanymi uliczkami, ze wzrokiem wbitym pod nogi lub pedałując obok niej na skrzypiących rowerach. Zmęczeni, niezadowoleni i przede wszystkim niezainteresowani. Sara poruszała się w jednostajnym rytmie, walcząc z pragnieniem, by rzucić się biegiem. Żeby się uspokoić, zaczęła nucić pod nosem piosenkę, którą śpiewał Bund Deutscher Mädel, Związek Niemieckich Dziewcząt. W głowie czuła jej rytm i czerpała siłę z jej taktów, podekscytowana faktem, że przejmuje ją na własny użytek.
- Uns're Fahne coś tam, coś tam, uns're Fahne, coś tam, Zeit!... - Gorączkowo szukała w głowie brakujących słów. Sztandar coś tam. Już niemal dotarła do wejścia.
- Und die Fahne führt uns coś tam, coś tam... - Rany, co było dalej? Tak, tak... nasz sztandar... sztandar?
- Nasz sztandar znaczy więcej niż śmierć! - ryknął żołnierz, który niespodziewanie wyrósł tuż przed nią.
Sara wpadła na niego, pisnęła i odskoczyła przestraszona. Poczuła zapach potu i wyprawionej skóry. Stanął i spojrzał na nią z góry, szary potwór owinięty brązowymi skórzanymi paskami.
- Naprawdę nie rozumiem, jak oni was uczą tych piosenek! - Patrzył na nią z rękoma wspartymi na biodrach i karabinem przewieszonym przez plecy, kręcąc z dezaprobatą głową. Był młody, miał może dwadzieścia lat i z teatralnym niezadowoleniem marszczył brwi. Sara uśmiechnęła się; tak długo zmuszała kąciki ust, by się uniosły, że zaczęły ją boleć policzki.
- ...więcej niż śmierć... niż śmierć! - odkrzyknęła i zachichotała niemal histerycznie. - Dobrze nas uczą, naprawdę! I przepraszam! - rzuciła przez ramię i szybko pomachała żołnierzowi. Zobaczyła jeszcze, że się do niej uśmiecha, po czym odwraca się i idzie dalej.
- Śmierć.. śmierć... - odetchnęła, starając się uspokoić walące dziko serce. Czekała spięta, aż czyjeś mocarne ręce zacisną się na jej ramionach, lecz nic takiego nie nastąpiło.
"Uspokój się... przecież nikt cię nie szuka" - wyjaśnił głos w jej głowie.
"W takim razie co oni tu w ogóle robią?".
"Uśmiechaj się. Cały czas się uśmiechaj". - Głos zmienił temat. - "Grasz swoją rolę przez cały czas, nawet kiedy schodzisz ze sceny i idziesz do garderoby. Nie wychodzisz z roli do chwili, kiedy opadnie kurtyna".
Prom siłą rozpędu zbliżał się do nabrzeża, a dalej, przed jego dziobem, widać było lekko zamglony horyzont i postrzępione zarysy szczytów po drugiej stronie jeziora, gór, które oznaczały...
Wolność? Bezpieczeństwo? Sara nie do końca wiedziała, co miałaby zrobić, nawet gdyby udało jej się dostać na prom do Szwajcarii.
"Skup się na swojej roli. To teraz najważniejsze. Wszystko inne - przyjęcia i sława - to kwestia przyszłości, nie teraźniejszości. Jesteś na scenie, żeby je zdobyć".
Po prawej stronie pasażerowie ustawiali się w kolejce. Po lewej zobaczyła konia z wozem. Zwierzę też czekało na prom. Poza tym dookoła roiło się od żołnierzy i policji; sprawdzali, wypytywali, pilnowali i czuwali.
Sara zwolniła kroku. Musiała trafić na idealny moment. Prom się zatrzymał, cumy zostały rzucone na nabrzeże, a kilku pasażerów zeskoczyło z trapu. Trzeba zaczekać. Kolejka małymi kroczkami przesuwała się w stronę rampy, koń szarpnął wóz. Chaos i zamieszanie...
"Płacz, moja kochana, to prawdziwa sztuka. Powstrzymywanie łez nią nie jest - to potrafi każdy głupiec. Zamykać je w sobie i gromadzić do czasu, kiedy będą potrzebne - to sekret znany nielicznym. Żadnych pojedynczych kropelek, od razu kaskada... i koniec, kiedy już nie są potrzebne".
"Mam się rozpłakać?".
"Przypomnij sobie chwile, kiedy naprawdę się bałaś i je wykorzystaj".
Wzdrygnęła się. Ujrzała obraz matki w samochodzie, tuż obok niej. Odsuwała go od siebie aż do teraz.
"Nie".
"Tak" - upierał się głos.
"Nie, to boli".
"I ma boleć. O to chodzi. Zajrzyj do auta. Już".
- Nie, Mutti, nie... - błagała Sara.
"Zajrzyj do tego cholernego samochodu, dumme Schlampe!".
Krew.
"No właśnie" - szepnął głos.
Tyle krwi...
Łzy same popłynęły jej po twarzy. Zaczęło jej się robić niedobrze. Poczuła, że nadpływa fala wymiocin, ale szybko je przełknęła.
Teraz.
Rzuciła się biegiem wzdłuż kolejki czekających pasażerów. Krzyczała, ze złością i strachem.
- Vati! Vati! Tato! Tatusiu! Gdzie jesteś, Vati?! - Ludzie zaczęli się odwracać niepewnie i spoglądali jedni na drugich. Sara przyspieszyła, pędząc w stronę rampy.
- Vati!
- Hola! Stać! Fräulein! Panienko, proszę się zatrzymać! - Sierżant cofnął się, przez chwilę rozważał sięgnięcie po broń, jednak znieruchomiał zmieszany. Sara zatrzymała się ze ślizgiem i skryła twarz w dłoniach.
- Gdzie jest Vati? Powiedział, że mam tu na niego czekać! - zawyła zrozpaczona i zacisnęła powieki. - On tu musi być... Vati!
Uniosła wzrok i szeroko otwartymi, zapłakanymi oczyma spojrzała na sierżanta, pociągając nosem. Lepka wydzielina spłynęła z niego na jej roztrzęsione usta.
- Czeka na pokładzie? Tam się umówiliście?... Tylko że... - Mężczyzna rozejrzał się bezradnie. Jego podwładni przyglądali się całej scenie z głupkowatymi minami. Żołnierz donośnym głosem zawołał do policjanta po drugiej stronie trapu.
- Wachmeister! Potrzebujemy pana tutaj!
- Vati! - zawyła Sara. - Czy tata jest już na pokładzie?
- Ta, już lecę. Nie jestem służącym, Scharführer! - odkrzyknął policjant.
Sierżant zwrócił się do Sary:
- Co z biletem? Gdzie są twoje dokumenty?
- U taty... - "No dalej, nie przestawaj! Płacz, rycz, wrzeszcz!"
- Ale...
- Halo, możemy już wchodzić? - Uprzejme dotąd głosy pobrzmiewały nutką irytacji.
- TATUSIU!
- Dobra, leć, idź poszukaj taty... - Żołnierz uniósł ramiona i dał jej znak, że ma zmiatać.
Sara nie czekała, aż zmieni zdanie, ruszyła biegiem i wspięła się na pokład. Tylko raz się obejrzała i zobaczyła, że zasłonił ją koń z wozem. Poczekała chwilę, a potem podbiegła do klatki schodowej prowadzącej na górny pokład i nie zatrzymując się, wytarła rękawem zasmarkany nos i usta.
"Świetnie się spisałaś. Przepraszam. Wcale nie jesteś głupia".
Nie chciała słuchać. Odsunęła od siebie wspomnienie wypadku i myśl o braku matki, zamknęła głęboko w sobie, w ciemności, i odzyskała kontrolę. Weszła na dziób promu i wcisnęła się za koło ratunkowe, z dala od przypadkowych spojrzeń.
Wychyliła się odrobinę i spojrzała na port. Wypełniało ją poczucie ogromnego tryumfu. To, co zrobiła, było lepsze niż zdobycie medalu olimpijskiego, lepsze niż wołanie o bis i lepsze niż powrót do domu bez konieczności słuchania wyzwisk. W końcu po tym okropnym czasie niekończącego się głodu, dręczenia i ataków mała, przeklęta Żydówka Sara została Königin, królową, szefową! Narodowi socjaliści ze swoimi marszami, wybijaniem okien wystaw i pałającą nienawiścią mogli jej naskoczyć. Chciało jej się krzyczeć z radości, wtórować mewom i razem z nimi wzbić się w powietrze.
Smak zwycięstwa, surowej, wszechogarniającej satysfakcji nie trwał niestety długo. Kiedy słaby strumyk emocji wysechł, Sara poczuła się dziwnie pusta, jak pudełko, z którego ktoś wyjadł wszystkie czekoladki, a potem zapakował, żeby nic nie było widać.
Przesunęła wzrokiem po dachach budynków i spojrzała na bliźniacze kościelne wieże na zachodzie. Spoglądała na swój kraj. Jej kraj. Od tak dawna przemykała ulicami, kuląc się ze strachu, że zdążyła już zapomnieć, przed czym tak uciekała. To było jej miejsce. Tutaj należała. Nie była głupią pieczątką "Jude" w dokumentach. Była Niemką. A oni zmuszali ją, by opuściła swój kraj, tak samo jak wcześniej zmusili ją do opuszczenia rodzinnego domu w Elsengrundzie i mieszkania w Berlinie, a potem, kiedy uciekły z matką do Austrii, przepędzili je również stamtąd.
W takim świetle zwycięstwo miało smak żółci, a towarzyszyły mu strach i zwątpienie.
Siąknęła nosem i splunęła nad relingiem. Jeden z pasażerów popatrzył na nią z wyraźną dezaprobatą, lecz Sara się tym nie przejęła. Teraz nie mogli jej już nic zrobić.
A może jeszcze mogli? Spojrzała uważnie na nabrzeże. Żołnierze wydawali się zajęci sobą, zdezorganizowani i nieuważni. Dwóch schowało się za murkiem, paląc papierosa. Sierżant kłócił się z policjantem. Nikt nie dowodził, jakby nie wiedzieli, kogo, albo czego, szukali.
A może naprawdę nie mieli pojęcia, kogo szukają? Małej dziewczynki, uciekającej im Żydówki, co ciekawe, blond Żydówki, której matka spanikowała na widok punktu kontrolnego i staranowała szlaban, bo wszystko, czego się tknęła, obracało się w katastrofę? Dlaczego wcześniej jej nie złapali? Chyba że... czy to możliwe, że nie jej szukali?
Obserwowała jak kilku spóźnialskich wspina się po trapie na pokład, a potem zobaczyła jakiegoś mężczyznę biegnącego nabrzeżem. Miał długi czarny płaszcz i torbę podróżną przewieszoną przez plecy. Sierżant zastąpił mu drogę i rozłożył szeroko ramiona. Palacze zdusili niedopałki i wrócili na rampę.
Punkt kontrolny, który staranowała jej matka, był czymś zupełnie nieoczekiwanym. Poza tym cała reszta udała się przecież zgodnie z planem. Tylko czy w ogóle istniał jakiś plan? Dostały się w pobliże granicy samochodem, który nie był ich, a co potem?
Możliwe, że matka przedstawiła jej plan w najdrobniejszych szczegółach, ale Sara nie słuchała. Była zła na narodowych socjalistów, ale także na pozostałych Żydów za to, że na to wszystko pozwolili, lecz najgłębszy, najbardziej palący i przejmujący żal czuła do matki; za jej problemy z piciem, za jej porażki i za jej nieudaczność. Najgorsze były te niekończące się pokłady wyimaginowanych rozwiązań i ułudy. Rozbicie samochodu na punkcie kontrolnym i wystawienie się na odstrzał - tego nie można było się po niej spodziewać!
Jednak jeśli blokada nie została ustawiona na drodze ze względu na nie... jeśli to nie one były celem poszukiwań... to czego szukali żołnierze? Kogo? Może w innych miejscach również znalazły się punkty kontrolne, nie tylko tutaj...
Nie chcieli wpuścić ostatniego pasażera na pokład. Sara wychyliła się nad relingiem, żeby lepiej widzieć, co się dzieje. Dopiero teraz policjant zainteresował się maruderem. Mężczyzna zdjął kapelusz i przeczesał palcami blond włosy. Marynarze zaczęli odwiązywać cumy i wyglądali niecierpliwie, co dalej. Żołnierze stali naprzeciwko po obu stronach spóźnialskiego. Mężczyzna cofnął się kawałek i coś tłumaczył, wskazując w stronę miasta. Chciał odebrać swoje dokumenty, jednak sierżant odsunął je tak, by znalazły się poza jego zasięgiem. Sara obserwowała plecy jednego z żołnierzy. Szorstki materiał munduru napiął się, kiedy chłopak sięgnął po broń i przesunął ją pod prawe ramię.
Sara odwróciła głowę i popatrzyła naprzód, w kierunku wskazywanym przez dziób promu, na góry po drugiej stronie jeziora. Na bezpieczeństwo. Prawdopodobnie. Nie miała wizy, znajomych, pieniędzy i matki - a Szwajcaria wcale nie witała żydowskich uchodźców z otwartymi ramionami, więc tam też będzie musiała być bardzo ostrożna. Ale nie miała wyboru...
Potem znów spojrzała na prom. Nagle uświadomiła sobie, że właśnie ten mężczyzna musiał być przyczyną ustawienia dodatkowych punktów kontrolnych i wysłania żołnierzy do portu. Ścigany. A ona jak mało kto wiedziała, co to znaczy być ściganą.
Policjant zatrzymał się dziesięć metrów za mężczyzną, odcinając mu drogę ucieczki. Marynarze z promu głośno pospieszali żołnierzy. Robiło się późno. Sierżant spojrzał na nich i coś odkrzyknął. W tej samej chwili nieznajomy uniósł głowę i popatrzył w górę. Sara dostrzegła jego jasnoniebieskie oczy i momentalnie go rozpoznała. Miał wyraz twarzy zwierzęcia zapędzonego w narożnik, bez wyjścia, tak zupełnie inny niż mina, z którą rozmawiał z nią wczorajszej nocy. Samotny. Pozbawiony wyboru.
Rozległ się gwizd syreny zamontowanej na nadbudówce promu.
Zanim dźwięk przebrzmiał, Sara była przy schodach. Trzymając się dłońmi poręczy, zjechała na sam dół, wylądowała na nogach i nie zwalniając, pognała dalej. Nie myślała o piekącej skórze na rękach. Rampa została podniesiona, więc wybiła się i przeskoczyła nad nią. W locie dostrzegła refleksy światła odbijające się od brudnej wody przy nabrzeżu. Chwilę później stała na betonie.
- Vati! Vati! Tata! - wrzasnęła i popędziła w stronę żołnierzy. W jasnoniebieskich oczach dostrzegła błysk zaskoczenia, kiedy ją rozpoznał. Padła mu w ramiona. Zatoczył się pod jej ciężarem, po czym uniósł ją i oparł na biodrze, a ona objęła go nogami.
- Vati! Tatusiu! - płakała ze szczęścia.
- Ursula! A tak długo cię szukałem! No już, spokojnie, jesteś bezpieczna - mruknął, po czym spojrzał na żołnierzy. - Chciałem tylko...
- Vati! Chodźmy już do domu! - zaszlochała Sara.
- Czy mogę zabrać małą do domu? - zapytał mężczyzna i wyciągnął dłoń po dokumenty. - Bardzo proszę. Mam za sobą naprawdę paskudny poranek.
Sara wpatrywała się w ramię mężczyzny i powtarzała w myślach, by nie podnosić wzroku. Pachniał drogim mydłem. Nie używał wody kolońskiej. Po raz kolejny rozległa się syrena promu.
- Niezależnie od tego, dokąd się pan wybiera, wszystkie papiery muszą być w porządku. Inaczej marnuje pan nasz czas. Nawet jeśli przyszedł pan tylko szukać tej smarkuli, o czym zapomniał pan wspomnieć.
- Dziękuję i przepraszam. Naprawdę. - Mężczyzna odebrał swoje dokumenty i odwrócił się.
- I kup bilet, sknero! - prychnął jeden z żołnierzy. Pozostali wybuchnęli śmiechem.
- Oczywiście, kupię. Przepraszam za zamieszanie - powiedział i ruszył przed siebie. - A ty, moja panno, może mi wyjaśnisz, gdzie się podziewałaś? Umówiliśmy się przecież na dworcu.
- Przepraszam, Vati.
Potem milczał, aż minęli wejście do portu i wspięli się do połowy wzgórza.
- To było niewiarygodnie głupie. - Odetchnął ciężko.
- Zwykłe "dziękuję" by wystarczyło... - mruknęła Sara.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki