Rozdział 2. Czarna Wanda
Państwowy Dom Dziecka nr 1 im. Pionierów Szczecina,
ul. Arkońska 3, Szczecin, 17 czerwca 1975 roku
Nie musiała brać tej sprawy. To wszystko brzmiało nieprawdopodobnie. Basia znała sierociniec od podszewki, spędziła tam dzieciństwo. Nie mogła o tej sprawie zapomnieć, bo poczuła sierocą więź i zaczęła Irenie współczuć? Bo wiedziała, jak czuje się dziewczynka pozostawiona w domu dziecka? Otoczona uśmiechającymi się, ale obojętnymi ludźmi, którzy pracują do osiemnastej i potem wychodzą do swoich rodzin. Sypiająca w wielkiej sali razem z dwudziestoma innymi dziećmi. Kładąca się co wieczór na hasło i na hasło budząca się, odchodząca od stołu, odrabiająca lekcje w świetlicy. I tak dzień w dzień. Wszystko wspólne. Jedyne, co należało do niej, to małe tekturowe pudełko po butach pod łóżkiem, a w nim kolorowe szkiełka, lalka z doszytą główką, znaleziona na wysypisku śmieci, trzy szklane kulki, zdjęcie z chrztu - jeszcze z całą rodziną... A może po prostu Basia użalała się nad sobą? Może sprawa tej Irenki była odreagowaniem jej smutnego dzieciństwa?
Wcisnęła pedał gazu. Wszystkich Świętych była niemal pusta. Ulica widmo, pomyślała, i z trudem otworzyła okno. W służbowym fiacie 125p panował skwar. Koszula przyklejała jej się do ciała. To nie był dobry dzień na chodzenie w mundurze, ale była oficerem Milicji Obywatelskiej i musiała odpowiednio wyglądać. Biała koszula, granatowy krawat i spódniczka w tym samym kolorze. Inni śledczy z kryminalnej, którzy na co dzień przychodzili po cywilnemu, nieraz spoglądali na nią jak na dziwaczkę. Nie komentowali. Wiedzieli, że jest rasowym psem. Formalistka znająca na pamięć regulamin oraz kodeks karny, ale lojalna wobec kolegów i uczciwa wobec spraw, za które się zabiera. Znali jej przeszłość. Wszyscy na komendzie słyszeli o sekcie ze Wzgórza Kupały czy Bractwie Sprawiedliwych. Wiedzieli, co zrobiła, i nikt nie miał wątpliwości, że zasłużyła na awans.
Budynek domu dziecka dostrzegła z daleka. Był otoczony wysokimi dębami i zapuszczonymi platanami. Do posesji dojeżdżało się od ulicy Arkońskiej szutrową drogą. Stara, zdobiona, metalowa brama wjazdowa już dawno przestała spełniać swoją funkcję. Mocowania skorodowały, jedno ze skrzydeł po prostu się oberwało i nikt go nie naprawił. Okalający teren mur też czasy świetności miał już za sobą. Pruska cegła była w cenie, zatem w dużej części został rozebrany przez szabrowników. Resztę dopełniła sama natura. Otulina z bluszczu skutecznie ukrywała sypiące się ogrodzenie.
Basia wjechała na podjazd z betonowych płyt i zatrzymała się tuż przed głównym wejściem. To był poniemiecki, wielki, dwupiętrowy dom z poddaszem, zbudowany na planie o kształcie litery T. Zdobione czerwone cegły wokół wysokich okien kontrastowały z kratami na pierwszym i drugim piętrze. Do otwartych na oścież drzwi prowadziły szerokie schody. Weszła do środka. Minęła ją dziewczyna, może szesnastoletnia, ubrana w białą koszulę z krótkim rękawem i krótką sukienkę w kratę na szelkach. Uśmiechnęła się do niej i dygnęła na powitanie.
- Przepraszam, gdzie znajdę dyrektorkę? - zapytała Basia.
- Następne drzwi w korytarzu po prawej. - Dziewczyna wskazała białą plamę kilka metrów dalej.
- Dziękuję.
Kraty w oknach nie pasowały do tego budynku. Dziewczyna, która udzieliła jej informacji, poruszała się swobodnie, a główne wejście stało otworem.
Milicjantka zatrzymała się przed drzwiami. Na tabliczce umieszczonej obok nich widniał napis: Dyrektor Wanda Sierp. Romanowska zapukała, ale nie czekała na pozwolenie, pchnęła drzwi przed siebie. W środku było ciemno. Za drewnianym, solidnym biurkiem siedziała chuda kobieta pod pięćdziesiątkę. Ubrana była w czarną, długą sukienkę zakrywającą ramiona i szyję, na której wisiał złoty łańcuszek zwieńczony sporych rozmiarów krzyżem. Miała pociągłą twarz z widocznymi zmarszczkami. Jej wąskie usta sprawiały wrażenie, jakby pod rzymskim, posągowym nosem przebiegała tylko czerwona kreska. Ale tym, co szczególnie zwróciło uwagę Basi, była długa, starta blizna biegnąca od czoła w kierunku policzka, z niewielkim martwym odcinkiem w ciemnej krzaczastej brwi. Kobieta nie dbała o siebie, nie miała nawet makijażu. Wbiła wzrok w nieproszonego gościa.
Basia poczuła na sobie też inne lodowate spojrzenie. Dopiero teraz zauważyła, że kobieta nie była sama. Na krzesełku tuż przed dyrektorką siedział jakiś mężczyzna z kitką na głowie. Obrócił się, gdy weszła. Wstał i lekko zmieszany, czy to na widok munduru, czy też atrakcyjnej kobiety, wyszedł z gabinetu.
W pomieszczeniu było całkiem chłodno. Tuż za dyrektorką znajdowało się wielkie okno zasłonięte ciemnymi, ciężkimi zasłonami. Musiało być otwarte, bo od czasu do czasu materiał poruszał się, jakby targany podmuchami wiatru. Po lewej stronie, w centralnej części ściany wisiał obraz pierwszego sekretarza PZPR Władysława Gomułki. Dziwne, pomyślała, facet od pięciu lat już nie rządzi, a po masakrze stoczniowców w Gdańsku nawet konserwatywni partyjniacy wstydzili się wieszać jego zdjęcie. Jeszcze bardziej zdumiała się, gdy obok zdjęcia niesławnego przywódcy partii komunistycznej zobaczyła krucyfiks. Porządny, duży kawał jakiegoś egzotycznego drewna z wielkim, przybitym do niego Jezusem Chrystusem. Subtelny sojusz, przeszło jej przez myśl.
- Proszę usiąść. - Dyrektorka wskazała jej miejsce, które przed chwilą zajmował mężczyzna z kitką. Nie wstała, by się przywitać. - Co towarzyszkę do nas sprowadza?
Grymas, który pojawił się na ustach kobiety, trudno było nazwać uśmiechem.
- Nie chciałabym zaburzać pracy państwa instytucji, a przychodzę w tak drobnej sprawie, że uznałam, że nie byłoby wskazane fatygować panią na komendę.
Basia spojrzała w oczy Sierp. Dyrektorka sięgnęła do szuflady i wyjęła papierosy. Rozpakowała je i wyciągnęła dłoń z otwartą paczką w kierunku swojego gościa. Milicjantka rozpoznała je od razu po szarej, przypominającej papier toaletowy etykiecie. To były sporty - najtańsze papierosy klasy robotniczej.
- Nie, dziękuję. Nie palę. - Wyjęła notatnik z ołówkiem. - A wie pani, jak się mówi na sporty?
Dyrektorka nie sprawiała wrażenia zainteresowanej. Zapaliła. Smród starego tytoniu rozszedł się po pomieszczeniu.
- "Stalin powiedział: Odebrać robotnikom tytoń". - Basia uśmiechnęła się pod nosem, nie podnosząc głowy.
Dyrektorka nie zareagowała, wypuściła tylko z siebie dym.
- To jaka to drobna sprawa panią tu do nas przywiała?
Basia odchrząknęła.
- Pamięta pani Irenę Kumoch?
Podniosła wzrok, by zobaczyć reakcję kobiety. Sierp zaciągnęła się głęboko sportem, jakby chciała dać sobie czas na przemyślenie odpowiedzi.
- Oczywiście. - Wypuściła dym z płuc. - Pamiętam każdą naszą podopieczną.
Basia zdała się na instynkt. Miała do wyboru gmatwanie, gierkę słowną, zapytanie o coś zupełnie innego i powolne dochodzenie do celu albo uderzenie prosto w podbródek. Tak pewnie zrobiłby Galant, pomyślała. Wybrała jego opcję.
- Otóż pani Kumoch twierdzi, że przebywała w ośrodku ze swoją młodszą siostrą... - Basia zerknęła do notatnika na czystą niezapisaną kartkę papieru i przez chwilę jakby szukała tego nazwiska. - Zofią Kumoch.
- Tak. Małą Zosią - potwierdziła dyrektorka. - Została adoptowana przez rodzinę z Pomorza.
- Czy mogę zobaczyć dokumenty adopcyjne?
- Oczywiście. Proszę chwilę zaczekać.
Kobieta wstała i podeszła do ogromnej szafy. Sięgnęła po mały kluczyk zawieszony na skórzanym rzemyku na szyi. Po chwili otworzyła jedno ze skrzydeł. Basia zajrzała jej przez ramię. Mebel od góry do dołu wypełniony był ustawionymi alfabetycznie pudełkami. Na każdym widniała jedna litera.
- Nie wiem, czy towarzyszka zdaje sobie sprawę, ale po wojnie ponad dwadzieścia procent dzieci to były sieroty - mówiła powoli Sierp, nie odwracając się do Basi. - Nasz dom dziecka był w awangardzie nowoczesnych placówek, które w duchu pedagogiki Antona Makarenki tworzyły nowego człowieka.
Dyrektorka wyjęła pudełko z literą K i chwilę w nim wertowała. Sięgnęła po teczkę, na której drukowanymi literami było napisane "Zofia Kumoch ARh+". Na cholerę im ta grupa krwi? - przeszło Basi przez głowę. Kobieta zamknęła szafę, schowała kluczyk pod sukienkę i usiadła.
- W naszym domu dziecka jest wyjątkowo kompetentna kadra. Najlepsi z najlepszych. Nauczyciele i wychowawcy nie tylko wychowują, lecz także wpajają naszym podopiecznym materialistyczno-dialektyczny światopogląd, proletariacki patriotyzm, internacjonalizm i socjalistyczny stosunek do własności oraz kształtują odpowiednio wolę i charakter dzieci. Nie zapominamy jednocześnie o modlitwie. Nasze podopieczne w każdą niedzielę uczestniczą we mszy świętej.
Dziwne, pomyślała milicjantka. Z jednej strony komunizm i materializm, z drugiej Bóg. Pani dyrektor najwyraźniej nie chce zadzierać z żadną władzą. Ani tą ziemską, ani niebiańską. Polska specjalność: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Uśmiechnęła się pod nosem.
Kobieta rozwiązała wstążkę tekturowej teczki.
- Dwudziestego lutego 1960 roku do naszego zakładu zgłosiła się rodzina zainteresowana adopcją Zofii Kumoch. Poinformowaliśmy o tym fakcie prawnego przedstawiciela dziecka, czyli towarzysza Władysława Kumocha, który wyraził zgodę na adopcję małoletniej, a Wojewódzką Poradnię Ochrony Macierzyństwa i Zdrowia Dziecka o wnioskodawcach oraz ich pochodzeniu społecznym. - Sierp nie zmieniała intonacji głosu. - Przedstawiciel poradni przeprowadził wywiad z kandydatami i wydał pozytywną opinię. Sąd na tej podstawie orzekł o przysposobieniu małoletniej Zofii Kumoch przez nową rodzinę. Naszej instytucji pozostało tylko dostarczyć dziewczynkę całą i zdrową. Siedemnastego kwietnia 1960 roku małoletnia Kumoch została przekazana nowym rodzicom. System zadziałał. Wszyscy byli zadowoleni. Amen.
Dyrektorka zamknęła teczkę i spojrzała swymi małymi świdrującymi oczkami w wielkie brązowe oczy Basi. Irenka jednak fantazjowała, pomyślała milicjantka. Czemu tak łatwo dała się jej wrobić?
- Dobrze. Czy mogę prosić o nazwisko rodziny adopcyjnej?
- Nie. Zgodnie z obowiązującym w tym kraju prawem mogę je przekazać prokuratorowi, a jeżeli dobrze zrozumiałam, to nie prowadzicie żadnego postępowania sprawdzającego. Nieprawdaż?
- Oczywiście. - Basia podniosła się z miejsca i już miała się żegnać, gdy postanowiła zadać jeszcze jedno pytanie. - Dlaczego właściwie ojciec nie chciał zająć się córkami?
Dyrektorka zmierzyła ją wzrokiem i lekko uśmiechnęła się pod nosem.
- Jak długo jest towarzyszka w służbie? Zresztą... - Podeszła do szafy i otworzyła ją, chowając teczkę do pudełka. - Gdyby każdy w tym kraju wypełniał funkcję, która została mu przydzielona przez państwo i Boga, to bylibyśmy krajem miodem i mlekiem płynącym.
Kobieta wróciła za biurko, oparła się obiema dłońmi o blat i spojrzała na zdjęcie wiszące na ścianie.
- Szanowna towarzyszko, zgodnie z okólnikiem Ministerstwa Zdrowia z 7 grudnia 1950 roku zgłoszenia od kandydatów na rodziców adopcyjnych dzieci najmłodszych i kontaktowanie ich z prawnym przedstawicielem dziecka należy do kierowników domów małego dziecka oraz domów matki i dziecka. Czyli do mnie. Kierownik, czyli ja, ma każdorazowo zawiadamiać o wnioskodawcach oraz o ich pochodzeniu społecznym. Tylko tyle i aż tyle... Odprowadzić towarzyszkę do wyjścia?
- Nie, dziękuję, sama trafię.
Basia odruchowo chciała podać kobiecie rękę na pożegnanie, ale zrezygnowała. Gdy zamknęły się za nią drzwi, odetchnęła głęboko. Cóż, trzeba było to zrobić, przeszło jej przez myśl. Może to i dobrze. Zbyt emocjonalnie podchodziła do tej sprawy. Choć właściwie... do jakiej sprawy? Przecież tu nic nie było. Mogła dopytać jeszcze o tego ojca i o to, dlaczego dyrektorka zawiozła Irenę do niego tuż przed osiemnastką, zamiast poczekać, aż będzie pełnoletnia, ale zapewne okazałoby się, że dziewczyna coś wymyśliła.
Na zewnątrz poczuła uderzenie fali ciepła. Spojrzała na zegarek. Minęło południe. Zbiegła po schodach i dopiero po chwili zorientowała się, że znajduje się po drugiej stronie budynku. Zatopiona w myślach musiała wyjść tylnymi drzwiami. Mimowolnie spojrzała na ogród. Kilkadziesiąt metrów dalej stał niewielki budynek. Otaczały go pergole, na których wiły się różne gatunki róż. Coś niesamowitego, pomyślała Basia. W tym momencie otworzyły się drzwi domku. Stanął w nich ten sam mężczyzna z kitką, którego wcześniej widziała u dyrektorki. Za nim wyszła dziewczynka. Miała może z dziesięć lat. Jej kraciasta sukieneczka powiewała na wietrze. Dziecko w ręku trzymało wielki, okrągły lizak, uśmiechało się. Mężczyzna zatrzasnął kłódkę na wielkim mosiężnym łańcuchu i spojrzał na Basię. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Znała to spojrzenie. Wyrażało strach i poczucie winy.