Jak ta historia się zaczyna?
Malwina: Nie mogę uwierzyć, że się przeprowadzasz. I to na wieś?! Do jakiejś wioski z dala od wszystkiego.
Baśka: Ja też nie.
Malwina: Co z naszą cotygodniową kawą?
Baśka: Dam znać, jak będę się wybierać do miasta w najbliższym czasie.
Rozmowa na Messengerze, na dzień przed przeprowadzką
/27 lutego, poniedziałek/
Step. Na wpół uschnięte badyle i błotnista, nieurodzajna gleba. Dookoła i aż po horyzont. Tak wyglądała działka, którą pokazywał mi mąż. Rozpierała go duma. Chodził już tak dobrą godzinę po tym zapuszczonym gospodarstwie i wszystkim się zachwycał. Choć był to luty, temperatura była na plusie, śnieg stopniał. Nie tylko podwórko, pastwisko, ale i okoliczne drogi zmieniły się w błotne pobojowiska. Cała okolica wyglądała gorzej niż Serbinów z filmu "Noce i Dnie". Dodatkowo na sąsiedniej posesji, tuż za ogrodzeniem, piętrzyły się hałdy ziemi, gruzu i piasku. Podobno sąsiad mieszał tutaj ziemię, którą potem sprzedawał.
- Nasza ziemia, nasze miejsce na świecie - mówił mąż.
Wyglądało na to, że cieszył się tym miejscem.
A ja... Nie podzielałam jego spojrzenia, entuzjazmu ani też nie umiałam się tym zachwycić. Myślałam, co ja, u licha, tutaj robię. Było mi zimno, bo przez cały dzień padał deszcz, a ten lubiłam tylko w jednej postaci - za oknem. Nie rozumiałam też, o co chodzi w tym całym umiłowaniu ziemi - babraniu w niej, sadzeniu warzyw, pieleniu grządek. Wystarczyło mi w zupełności kupowanie ich w sklepie pozbawionych już tej całej brudnej otoczki. Podobnie rzecz się miała z kwiatami w domu. Nie miałam ich. Usychały od samego patrzenia, nieważne, czy pamiętałam o podlewaniu ich, czy nie. Urodziłam się mieszczuchem, bez miłości do ziemi, a teraz miałam się jej zacząć uczyć. Nie tylko jej zresztą. Ziemia była w pakiecie ze... stadem koni i kilkoma sztukami byków rasy bodajże hereford. Niewielki tabun koni - niespełna dwadzieścia sztuk, wtórnie zdziczałych, ważących coś po siedemset, siedemset pięćdziesiąt kilogramów zwierząt. Co do byków zaś, to były masywniejsze, ważyły koło tony. I jak to byki - niebezpieczne... choć było ich niewiele, to każdy w oddzielnym stanowisku, wzmocnionym stalowym orurowaniem. Poza tym jedne i drugie były upaprane błotem, z wianuszkiem much krążącym dookoła. Przerażały mnie. Nie miałam najmniejszej ochoty zbliżać się do nich. W przeciwieństwie do mojego męża. Wyglądał jak dziecko, które właśnie trafiło do Disneylandu. Cieszyło go wszystko, a ja czułam obrzydzenie do tego "wszystkiego".
Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie moje dorosłe, wymarzone życie.
Dwudziesty pierwszy wiek, rozwój technologii, nowe odkrycia naukowe w wielu dziedzinach, a tymczasem mnie czekał powrót do gnoju i korzeni słowiańskości, w każdym razie tych co bardziej brudnych.
Brakowało jeszcze tylko tego, żeby dom był kryty strzechą - pomyślałam i naprawdę z trudem udało mi się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem na tę myśl.
Poza tym dom od chałupy z czasów króla Ćwieczka odróżniała doprowadzona sieć elektryczna. Ujęcie wody było własne, bo ze studni głębinowej, podobno niedawno wywierconej, na środku podwórza zaś stała stara studnia z kołowrotem. Agent nieruchomości twierdził, że nie tylko była w niej woda, ale nawet nadawała się do picia, a nie co najwyżej do podlewania ogródka. Aktualne badania wody miał przesłać mailem, bo gdzieś mu się zapodziały. No, świetny początek - pokręciłam głową z oszołomienia torem, który obierała moja najbliższa przyszłość.
Kolejny nieprzyjemny odgłos mlaśnięcia skierował moją uwagę z obłoków rozmyślań w kierunku ziemi. Błoto chlupnęło niebezpiecznie wysoko, kiedy zrobiłam krok bez patrzenia, gdzie stawiam stopę. Miałam chociaż tyle rozsądku, żeby na przyjazd tutaj wygrzebać z szafy buty, w których kilka razy wybrałam się na wycieczkę po górach. No, po górach to za dużo powiedziane, ledwie po dolinach - Chochołowskiej i Kościeliskiej. Były jednak wysokie, sznurowane, na solidnej, płaskiej podeszwie i co najważniejsze, podgumowane do wysokości kostki, co na tutejsze błoto ledwie wystarczało. W tej chwili były już ubłocone aż do samej granicy podgumowania z miękką skórą cholewek. Pomyślałam o moim pozostałym obuwiu - szpilki, szmaciane trampki, espadryle, buty na koturnie. Poza gumowymi laczkami nic chyba nie nadawało się na te warunki. No, zawsze mogłam jeszcze chodzić boso. Nogi można jakoś domyć, ale zamszowe kozaki byłyby po kontakcie z tym błotem do wyrzucenia. Aż wzdrygnęłam się z obrzydzeniem.
Co mnie podkusiło, żeby zakochać się w chłopaku, który wychował się na wsi, no co?
Klata i bicepsy.
No i niejaki wpływ miał też jego dobry charakter.
Wtedy nie było jednak mowy o tym, że w pakiecie z nim i ze wspólnym życiem jest wymiana szpilek na traktor, widły i gnój.
Zachciało mi się dorosłości, decyzyjności i podejmowania wyzwań, to mam, co chciałam, albo za swoje - cóż, czas pokaże.
Pierwsze bolesne zderzenie z naturą miało nadejść już wkrótce. Już następnego dnia po przeprowadzce i o nieboskiej godzinie, bo o szóstej rano, obudził mnie hałas pił i jakiegoś silnika, możliwe, że od traktora. I to w czasie, kiedy wreszcie udało mi się jakoś rozgrzać i zasnąć. Dom był duży i od dawna nieogrzewany, mury wyziębione, miejscami zawilgocone. Kominek w tym przypadku dawał tyle ciepła co minispódniczka na zimnym wietrze. Ściany zostały zbudowane jeszcze z dawniejszej cegły. Był w tym wszystkim potencjał, lecz dom wymagał remontu od fundamentów po ściany i dach. Wyglądało na to, że pierwsi fachowcy właśnie się pojawili...
Opatulona w koce, jakby to była co najmniej polarna stacja badawcza, a nie zaniedbane gospodarstwo w wysokomazowieckim, poczłapałam do kuchni. Tam już mąż uwijał się przy starej kuchni kaflowej3 i naleśnikach. Nie wiem, jak mu się udawało na tym gotować, bo nie miała pokręteł, tylko żeliwne kręgi i zdaje się, że to ich liczbą regulowało się temperaturę. Mieszkał od dawna w Warszawie, choć możliwe, że nie zapomniał wszystkiego, czego nauczył się w latach dziecięcych. Czuł się tu nad wyraz swobodnie. Zupełnie inaczej niż ja.
- Ile naleśników chcesz? - zaświergotał.
- Nie wiem, czy w ogóle coś przełknę, jest mi strasznie zimno - burknęłam spod warstwy koców.
- Lepiej najedz się do syta, czeka nas dużo pracy. Trzeba uprzątnąć stajnię ze starej słomy i gówna. A wcześniej naszykować paszę i wodę dla zwierząt. Wolisz je nakarmić? Czy zająć się pracami w stajni?
- Że co proszę?
Aż mnie zamurowało.
- Pytałem, czy wolisz je nakarmić i zanieść wodę, czy zająć się stajnią? Bo jeśli tym pierwszym, to około dwa wiadra na głowę potrzebują... - Podrzucał kolejny naleśnik jakby nigdy nic.
- Hola, hola, hola, w tym całym pomyśle o zamieszkaniu na wsi i czerpaniu z uroków życia blisko natury nie było nic na temat zapieprzania w polu, o wstawaniu bladym świtem tym bardziej!
No tu już się zagotowałam.
- No nie było, bo nie przypuszczaliśmy, że trafi nam się gospodarstwo ze stadem hodowlanym. Zanim zorganizuje się kogoś do pomocy, trochę to potrwa. A zwierzęta czekać nie mogą. No i nie w polu, jeśli już, tylko w stajni. Byków będę doglądał sam, dopóki kogoś się nie znajdzie. Co do reszty, pokażę ci, co i jak, i pomogę. Ale jeszcze nie odpowiedziałaś, jak się podzielimy pracą dzisiaj... - Spojrzał na mnie, a ja zwiesiłam głowę.
Zaczynała do mnie docierać powaga sytuacji. Nie było tutaj nikogo więcej, wyłącznie my dwoje. Praca sama się nie zrobi, to wszystko trzeba będzie ogarniać każdego dnia, a harmonogram będzie z grubsza taki sam. Oczywiście, mogłam się "obfoszyć" i pojechać w Polskę w poszukiwaniu lepszego, a w każdym razie czyściejszego miejsca do życia, znaleźć pracę gdzieś w jakimś cieplutkim biurze w branży IT, ale tego też już nie chciałam.
No tak...
- Dobra, co jest w tej stajni do zrobienia? Zwierząt się boję. Ale pusty budynek mogę ogarnąć. - Trzęsąc się z zimna, wyciągnęłam rękę po szklankę z herbatą. To, że więcej udało mi się wypić, niż rozlać, odnotowałam jako sukces.
- Trzeba uprzątnąć starą słomę i odchody, podścielić nową. Dobrze, że przed przyjazdem tutaj odwiedziliśmy lokalny GS4. Gumiaki na tę okoliczność będą jak znalazł. A i ubierz się ciepło. - To mówiąc, postawił przed moim nosem puchate naleśniki pełne sera ze śmietaną i cukrem. - Jedzmy.
Cóż, w tym momencie nie chciałam pytać ani wiedzieć, co jeszcze będzie "jak znalazł"... Zajęłam się jedzeniem.
Mając w pamięci słowa dziadka: "Zawsze miej, dziecko, suche stopy. Jak są suche, człowieka zimno nie złapie i nie zachoruje", złapałam najgrubsze wełniane skarpety, jakie znalazłam w stosie pudeł; nierozpakowanych po przeprowadzce, bo i mebli nie było. Nie było też co dłużej zwlekać. Z tą myślą podreptałam do stajni. Mąż już tam na mnie czekał otoczony różnymi sprzętami.
- No to tu masz widły, pozbierasz nimi słomę z wierzchu. Widać, że tu od dawna nie było wybierane. Zbierali tylko z lekka i podścielali nową, więc pod tą wierzchnią warstwą będzie raczej dość mocno ubite. - Zebrał kawałek, przerzucił na taczkę. Było, jak mówił. Za chwilę widłami nie dało się już zbierać. - Ważne, przekładaj sobie co jakiś czas widły i kopacz z jednej ręki na drugą - inaczej na drugi dzień będziesz mieć mocno przeciążoną jedną stronę ciała. Raz zagarniasz, trzymając je w lewej ręce, druga podtrzymuje, raz w prawej i tak samo druga podtrzymuje. Tu masz kopacz, jak już się nie da zbierać widłami, będziesz nim zahaczać i ciągnąć, i tak po kawałku. Podścielali "żytnianką5", a ona jest tak długa, jak wysokie urośnie żyto... tworzy warstwy, o... widzisz, tak jak tutaj. O, tak.
Dobrze, że pokazywał mi w trakcie. Widły, widłami, ale tego urządzenia w życiu na oczy nie widziałam.
- Potem wszystko wieziesz taczkami na pryzmę za stajnią. Przyjdę pomóc ci, jak ogarnę karmienie i pojenie. Potem zainstaluje się automatyczne poidła. No, a na razie trzeba zapierdalać.
I tyle go widziałam. Poszedł do swojej roboty. No cóż, Augiasz nie powstydziłby się takiego bajzlu. Petunią to nie pachniało. Co to, to nie. Ze stropu zwisały pajęczyny, były nimi pokryte także okienka. Gdzieniegdzie jakieś robaczki zrobiły sobie wełniste, białe kokony. Robali się nie bałam, nie groziło mi, że wybiegnę stąd, wrzeszcząc w niebogłosy ku uciesze dekarzy i ślubnego. Zawsze to jakaś pociecha. Na dole zaś było pełno słomy i gówna. A ja tak stałam i patrzyłam na to wszystko... Tak wyglądała prawda o życiu, które wybrałam.
- Ja stąd przez tydzień nie dojadę z robotą do końca choćby tylko jednego rzędu, a jest jeszcze drugi. Dramat, po prostu dramat.
Ale nikt mnie tu nie mógł wysłuchać. Byłam wyłącznie ja. Sama ze sobą, widłami i całą resztą. Dobrze, że włożyłam ciepłe skarpety. I miał rację mój mąż, gumiaki na tę okoliczność były najbardziej odpowiednim obuwiem. Przypomniałam sobie, że dziadek mi kiedyś pokazywał, jak się owija nogi onucami, skarpet nie uznawał. A ja już teraz nie byłam małą wnusią. Byłam dorosła...
- No dobra, skoro skarpety już mam, to zacznijmy od tych wideł...
Co mi pozostawało więcej? Nic. Wzięłam się do roboty. Pracowałam tak do wieczora z przerwą na obiad. Kolację wchłonęłam już na autopilocie. Siły starczyło mi jeszcze tylko na jako takie umycie się w zimnej wodzie.
Trzeba jutro zadzwonić do Pana Piecucha, fachowca, który w okolicy zajmował się serwisem pieców i instalacji grzewczych, może wciśnie nas na wcześniejszy termin naprawy pieca CO - zdążyłam jeszcze pomyśleć, zanim zasnęłam.
3 Nie, nie chodzi tutaj o kuchnię typu westfalka - ta ma jedną dużą fajerkę. Zdarzały się też kuchnie na dwie fajerki, zwane angielkami. W tym budynku była kotlina - kuchnia kaflowa z piecem do chleba. Rozpalało się drewnem, potem podsypywało węgla. Kuchnia miała płytę i dwie fajerki, a część z piecem drzwiczki do podłożenia opału i drzwiczki do włożenia ciasta lub chleba.
4 Zwyczajowo przyjęta nazwa na określenie sklepu z zaopatrzeniem dla rolników, chociaż gminne spółdzielnie w związku z prowadzoną działalnością produkcyjno-handlowo-usługową sprzedawały wiele rodzajów towarów i to nie tylko rodzimej produkcji. W miastach ich odpowiednikiem w zakresie zaopatrzenia spożywczego były spółdzielnie "Społem" ("I za późno wstołem. Społem, bo się przepracowołem..." - od razu łezka mi się w oku kręci na wspomnienie Benefisu Zenona Laskowika, czyli z Tyłu sklepu, autorstwa Kabaretu Tey, założonego przez Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia)
5 Żytnianka - potoczna nazwa słomy z żyta. Uprzedzając pytania, a co to jest - otóż słoma to ta część rośliny, która zostaje po wymłóceniu ziaren z kłosa - najczęściej sama łodyga - na przykład z żyta, jęczmienia, pszenicy, rzadziej łodyga z liśćmi - na przykład z kukurydzy. Obecnie słomę kostkuje się maszynowo już na polu lub zwija w baloty, kiedyś proces pozyskiwania słomy wyglądał inaczej - ale o tym później.