Sielanka - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Na Saskiej Kępie w niedzielę. "Pod Dębem" rojno i ludno, jak na jarmarku. Pełno ludzi w ogrodzie przy białych stolikach, pełno na huśtawkach, pełno na karuzelach, pełno przy kręgielni, pełno przy altanach, skrytych jaśminami rozkwitłemi, i pełno w sali, gdzie tańczono mazura. Stary fortepian brzęczał jakby szkłem potłuczonem, flet gwizdał, niby kos schrypnięty, skrzypce jęczały zmęczone, a rożek łkał jakby przez pijacką czkawkę, a wtórowały im tupania siarczyste, pokrzyki dyszące, śpiewy, szczęki kufli, ostre głosy moździerzy, w które dzwoniono w kuchni, że "gotowe", i krzyki dzieci, i strzały w strzelnicy, i popsute głosy katarynki przy karuzelach, i głuchy gruchot kul w kręgielni, i dalekie, głębokie szumy Wisły. W ogromnej izbie, przyciemnionej mocno, bo drzewa zaglądały do okien, tańczono zapamiętale, podłoga skrzypiała i gięła się pod nogami, niby klawisze, sufit czarny, popękany zdawał się leżeć na głowach tej zbitej, splątanej gęstwy ludzkiej, kręcącej się zapamiętale wkółko. Kilkadziesiąt osób stało pod ścianami, a drugie tyle tańczyło w pośrodku. Tupot był ogłuszający, tumany kurzu pokrywały szarym obłokiem całe wnętrze, że tylko czerwone twarze migotały, białe sukienki, koszule tancerzy i niewyraźne zarysy rąk i nóg. Jakiś ogromny chłop bez surduta, z czerwoną głową, tańczył na przodzie, porywając za sobą tłustą dziewczynę. Machał serwetą i schrypłym głosem, przytupując ogniście, ryczał: - Mazur, wszystkie pary, mazurr!... Rżał jak źrebiec i z pasją szaloną rzucał się po sali, przebiegał, bił obcasami w podłogę, zakręcał, przestawał, a co chwila wołał: - Z życiem, panowie! Z życiem! Rum, rum! Dyź! dyź! dyź! I znowu biegł, a za nim waliła ciżba ludzka, niby ogromna fala, przelewała się z końca w koniec sali, porwana muzyką, której szalony, pijacki rytm z dziką siłą porywał w wir, w zapamiętanie, w szał. Widzowie z pod ścian, ze drzwi, z okien, z ogrodu nawet pomagali tańczącym głosami, przytupywaniem, śpiewami. Aż naraz ciżba zatrzymała się tak gwałtownie, że kilka par poleciało wbok, na ściany i na bufet, bo rudy pan zatrzymał się na czele i zaśpiewał:

Uciekła mi przepióreczka w proso, A ja za nią nieboraczek boso!

Tłum się rozłamał na dwoje i uformował dwie groble wzdłuż sali, a środkiem przelatywał pan z czerwoną głową i gonił tancerkę. Fortepian przycichł, tylko skrzypce, do spółki z fletem, zaczęły przyśpiewywać jakby młodemi głosami dziewczyn... igrać swawolnie... przekomarzać się... to uciekały, to zdawały się rwać... to słaniały się jakby zmęczone... to znowu wybuchały kaskadą tonów pełnych radości... a gwaru... a śmiechu...

Trzeba mi się pani matki spytać, Czy pozwoli przepióreczkę schwytać?

Śpiewali wszyscy, i po tych pojedyńczych, solowych zapędach znowu wir porywał wszystkich, fortepian dał pobudkę, a rożek grzmiał fanfarą triumfalną, tłum się rozszedł, i taniec już szedł dziki, zadyszany, bezładny, a ognisty... - Z życiem panowie! Dyź! dyź! dyź! Dom drżał w posadach, szyby brzęczały, bufet dygotał, pot zalewał twarze, kurz przysłonił wszystkich, zmęczenie obezprzytomniało, ale tańczono wciąż, tańczono bez odpoczynku... do upadłego... po polsku... - Dyź! dyź! dyź! - ryczał pan z czerwoną głową. Obok sali, w małym pokoju o jednem oknie, stała para ludzi, tak zatopiona w sobie, że prawie nie słyszeli tańca. - Odprowadzę panią do domu, dobrze? - Musiałby pan długo czekać, do zamknięcia. - Zaczekam. - Panienko! Cztery piwa! - Zaraz! A przytem... odprowadza mnie zawsze... ktoś... - Ten rudy, wiem. Niech pani zapomni, że on istnieje. - Dobrze, już nie pamiętam, jeśli pan chce tego - szepnęła miękko. - Zośka! Do pani, prędzej! - krzyknął ktoś z drzwi bocznych. - Zaraz! Co się stało, że pan dzisiaj przemówił?... - Chciała pani tego? - Czekałam... tak czekałam... - dodała cicho, z naciskiem, pochylając się ku niemu - pocałował ją namiętnie w rękę. Cofnęła się prędko... bladą matową jej twarz powlókł różowy cień; bezwiednie poprawiła ciemnych, puszystych włosów i przejrzała się w lustrze, wiszącem na ścianie. Radosne zakłopotanie ją przejęło, i pełna pomieszania rozkosznego i trwogi zarazem, trwogi denerwującej, szepnęła: - Czekałam dawno, od Nowego Roku, jeszcze tam... "pod Gwiazdą"! Spojrzał na nią tak dziękczynnie, miłość buchnęła z jego ogromnych niebieskich oczu i taki żar, że dziewczyna sponsowiała. - Muszę iść, bo gospodyni mnie zwymyśla. - Ale zajrzy pani do mnie? - Niech pan siądzie na werandzie, tam będę mogła prędzej przylecieć, albo chociaż zdaleka zobaczę pana... - Dobrze... ale... czy ten rudy - to może narzeczony?... - I... chciał nim zostać, ale jest tylko takim tańcusiem do odprowadzania... Przyczepił się i pozbyć się go nie mogę. Głupi facet, myśli, że za pudry i perfumy to u mnie co wskóra! - zaśmiała się cynicznie i pobiegła, zbierając po drodze ze stolików próżne kufle. Zapiął mundur i przeniósł się na werandę, pokrytą starym, spróchniałym dachem, przez który, niby przez gęste sito, przesiewały się słoneczne blaski na tłum, rozsiadły przy stolikach. Nie mógł się skupić, drżał jeszcze wewnętrznie od wrażenia tej sceny z Zośką. Po całym roku zdecydował się przemówić do niej... i teraz czuł, że obcym ani obojętnym dziewczynie nie jest. Z radością głęboką chwytał teraz jej spojrzenia, przesuwała się między stolikami, przez werandę; to widział ją w ogrodzie, to wychylała się za nim z sali, której okno wychodziło tuż przy nim. - Niech pani odpocznie trochę... - prosił cicho. - Nie, nie można, jutro mam odpoczynek. - Ma pani dzień wolny, co? - Cały dzień, aż nie wiem, co z nim zrobię... - Pomogę pani! - Hej! panno, piwo! - krzyknął ktoś, więc pobiegła. A on pozostał przy nietkniętem piwie, gonił ją wzrokiem, ale zapadał w jakieś głębokie odrętwienie, w dziwny spokój, płynący z nerwowego wyczerpania.

Restauracja wrzała krzykami i muzyką, a z całej wyspy, ze wszystkich stron, dolatywały głosy śpiewów, muzyk, katarynek, krzyków, parowce co pewien czas darły świstami powietrze, widział ich czarne, postrzępione dymy na tle czystego, bezchmurnego nieba. Wzgórza warszawskie, obsiadłe szeregami domów, wież, dachów, lśniących kopuł i ogrodów, majaczyły blado w rozprażonem, upalnem powietrzu. Drzewa stały bez ruchu, piły słońce i ten kurz szalony, który bił z dróg i z placów i zacieniał kępę, niby mgła. Upał się kończył, bo słońce już zsuwało się za Pragę i świeciło skośnie, ale natomiast podnosił się "pod Dębem" coraz większy gwar i krzyk. Spocone "bawarki", garsoni w brudnych koszulach i poplamionych frakach biegali jak opętani wśród gości.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.