Rozdział I
Dziewczyna siedząca w rogu pubu zwróciła jego uwagę. Z początku kątem oka zauważył jedynie jej blond włosy kontrastujące z ciemnym otoczeniem. Gdy usiadł przy swoim stoliku i wziął pierwszy łyk piwa, skierował wzrok znad kufla prosto w tamtą stronę. Było ich czterech. Dwóch siedziało na narożnikowej kanapie po obu stronach dziewczyny, dwóch następnych na krzesłach przy stole naprzeciw niej. Każdy z nich miał już mocno w czubie, a ich pijacki rechot zaczynał powoli przekraczać liczbą decybeli granicę tolerancji przeciętnego zjadacza chleba, a raczej w tym przypadku - smakosza chmielowego napitku. Omiótł ich wzrokiem jednego po drugim udając, że patrzy gdzie indziej. Ci przy stoliku mieli na sobie ciemne kurtki, z kieszeni których wystawały końcówki szalików z emblematami miejscowej drużyny piłkarskiej. Pod spodem ubrani byli w szare bluzy z kapturami zwisającymi luźno na plecach i gotowymi w każdej chwili zakryć twarze swych właścicieli. Z tyłu wyglądali jak para bliźniaków, z takimi samymi wygolonymi łbami, szerokimi barami, ubranych tak samo. Ci z kanapy natomiast zdecydowanie różnili się od siebie. Ten z lewej strony dziewczyny był mały, drobny, nosił okulary i sprawiał wrażenie rozkojarzonego. Cały czas bawił się trzymaną w dłoniach pustą szklanką przekładając ją z ręki do ręki. Przewracał przy tym oczami na wszystkie strony i mamrotał coś pod nosem. Ten dla odmiany miał na sobie ciemnoczerwoną bluzę, a jego kurtka leżała obok niedbale przerzucona przez oparcie kanapy. Drugi z nich był wysoki, na pewno mógł mieć sporo powyżej metra osiemdziesięciu i już z daleka wyglądał na stałego bywalca siłowni. Cały był ubrany na czarno, od koszuli poprzez spodnie do sportowych butów. Co chwilę przesuwał rękę w stronę leżącej obok niego niebieskiej kurtki, jakby się bał, że może mu ją ktoś ukraść. Drugą rękę trzymał wyciągniętą na oparciu tuż za głową dziewczyny i coraz mocniej przechylając się w jej stronę mówił coś do niej taksując ją bezczelnie błędnym wzrokiem. Grzegorz zauważył jej delikatny ruch w przeciwną stronę i oczy wbite w przeciwległy kąt lokalu. Zrozumiał, że nie chce zbyt ostentacyjnie okazywać niechęci, aby nie sprowokować ich do czegoś gorszego. Rozejrzał się po sali, oprócz nich zajęte były jeszcze dwa stoliki pod oknem. Przy jednym siedziały dwie smarkule nie wyglądające na więcej niż szesnaście lat, przy drugim jakaś parka nie widząca świata poza sobą. Ponownie zerknął w stronę dziewczyny o blond włosach i napotkawszy jej wzrok natychmiast uciekł z oczami przeklinając się za to w duchu, bo była to jedna z tych wielu rzeczy, których szczerze w sobie nienawidził. Przechylił kufel upijając spory haust piwa i znowu odwrócił głowę. Cały czas patrzyła na niego, ale tym razem wytrzymał jej spojrzenie wyczytawszy w nim nieme błaganie. Odstawił opróżnione do połowy naczynie i poczuł falę gorąca jak zwykle, gdy przychodził mu do głowy jakiś pomysł. Po chwili odsunął krzesło, nie spiesząc się wstał i powoli udał się do sąsiedniej sali, z której było wejście do łazienki. Po mniej więcej trzech minutach wrócił, stanął w przejściu i usiłując nadać głosowi jak najbardziej dramatyczny ton zawołał w kierunku czwórki typków:
- Panowie, w kiblu jakichś trzech warszawiaków bije naszego! Potrzebna pomoc!
Zerwali się wszyscy, nawet okularnik popędził przed siebie przewracając w zamieszaniu stołki. Grzegorz bał się, że któryś może zostać i nie miał na tę okoliczność przygotowanego planu "B", ale szczęśliwie nie musiał się już nad tym zastanawiać. Kiedy ostatni z nich mijał go biegnąc w kierunku łazienki, skinął ręką na dziewczynę odzywając się po angielsku:
- Szybko! Nie mamy dużo czasu.
Nie wiedział dlaczego użył obcego języka, ale czuł, że postępuje właściwie. Chwyciła torebkę oraz kurtkę, którą cały czas trzymała na kolanach i biegiem ruszyła w stronę drzwi, które Grzegorz w międzyczasie otworzył i przytrzymał przepuszczając ją przodem. Mimo późnej pory na ulicy było sporo ludzi, w końcu to sobota, centrum miasta.
- Tędy - pociągnął ją w najbliższą poprzeczną uliczkę starając się biec tak, aby mogła dotrzymać mu kroku. O dziwo, szło jej całkiem nieźle pomimo butów na obcasach. Przed jednym z pubów stała liczna grupa przynajmniej kilkunastu osób. Wmieszali się w tłum i zwolnili, żeby się nie wyróżniać. Grzegorz nerwowo spojrzał przez ramię za siebie, ale na szczęście nie zauważył niczego podejrzanego. Zbliżali się właśnie do jedynej na tej ulicy bramy z wejściem do kamienicy. Drzwi były uchylone, prawdopodobnie nie działał domofon.
- Wejdź tutaj - zwrócił się do dziewczyny popychając ją lekko w kierunku bramy. - Schowaj się za drzwiami i nie ruszaj się. Pójdę po samochód i za pięć minut przyjadę po ciebie. W porządku? - Kiwnęła głową.
- Nie wychodź stąd, za parę minut jestem - powtórzył, by dodać jej otuchy i przymknął za sobą drzwi zostawiając szparę, przez którą mogła obserwować ulicę. Z miejsca ruszył biegiem, by jak najszybciej dotrzeć do auta, które zostawił parę przecznic stąd.
Zobaczył ich pokonując ostatni zakręt z zamiarem podjechania pod miejsce, w którym zostawił dziewczynę. Wszyscy czterej szli całą szerokością ulicy uważnie lustrując napotkane twarze. Zatrzymał się kilkanaście metrów przed bramą, którą oni właśnie mijali zbliżając się w jego kierunku. Przez ułamek sekundy przez myśl przebiegły mu dziesiątki możliwych wyjść z sytuacji, od gwałtownego dodania gazu po schylenie się i udawanie, że szuka czegoś w schowku. Ostatecznie zdecydował się w ogóle nie ruszać licząc na to, że przez szyby samochodu odbijające wszystkie okoliczne światła nie powinno być widać osób siedzących w środku. Z duszą na ramieniu obserwował zakazane gęby obskurnych typów, z których każdy pewnie w pojedynkę dałby sobie z nim radę. No, może oprócz małego, chociaż kto wie, zapewne po kieszeniach nie nosili wyłącznie powietrza. Minęli auto nie interesując się nim wcale. Śledził ich ruch w lusterkach tak długo, dopóki nie zniknęli za rogiem. Podjechał pod bramę i uchylił drzwi od strony pasażera. Wyszła pewnym krokiem i z gracją zajęła miejsce puszczając drzwi w odpowiednim momencie tak, aby zamknęły się same z lekkim tylko trzaśnięciem. Ruszył powoli ostrożnie manewrując po zatłoczonych uliczkach śródmieścia. Nie powiedziała dokąd ma jechać, a on nie pytał mając jednocześnie pewność, że jedzie we właściwym kierunku.
Zatrzymując się w zatoczce przed wejściem do hotelu odwrócił głowę w jej stronę. Widok za szybą wypełniały jasno oświetlone szklane drzwi wejściowe z wielkim "S" w samym środku wieńca laurowego. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się odsłaniając rząd białych, równych zębów. Jej szare oczy błyszczały.
- Dziękuję - odezwała się po raz pierwszy dźwięcznym głosem, którego barwa sprawiła, że Grzegorz zadrżał. Odwróciła się, wysiadła z samochodu i po chwili zniknęła w gmachu pięciogwiazdkowego hotelu.
Chciał włączyć się do ruchu, ale nagle zorientował się, że jest zupełnie ciemno, mimo iż wytrzeszczał oczy jak tylko się dało. Poczuł też, że leży na plecach i to wcale nie w samochodzie, a... w łóżku. Przez moment spoczywał nieruchomo jak kłoda usiłując pojąć, co właściwie się stało. Po chwili to do niego dotarło. To był sen.
Przekręcił się na bok i wyciągnąwszy rękę sięgnął po pilota od radia leżącego na półce. Wyświetlacz zajaśniał bursztynowymi cyframi pokazując czwartą dwadzieścia pięć. Zrezygnowany opadł ponownie na wznak. Skoro obudził się o tej godzinie, to znaczy, że o reszcie nocnego wypoczynku mógł już zapomnieć. Jak zwykle będzie się przewracał z boku na bok usiłując ponownie zasnąć, co faktycznie mu się uda, ale dopiero wtedy, kiedy trzeba będzie wstawać. Powrócił myślami do snu ze zdumieniem stwierdzając, że pamięta go w całości, co zdarzało mu się niezwykle rzadko. Jeszcze rzadsze było to, że nie był to koszmar. Koszmary też nieczęsto pamiętał, ale był pewien, że je śni, gdyż dominującym odczuciem, którego zwykle doznawał po przebudzeniu był strach. Motyw przewodni tych, które zapamiętywał był zawsze ten sam. Różniły się, jeśli można to tak nazwać, "fabułą", występowały w nich różne miejsca i ludzie, ale chodziło zawsze o to samo. Wykonywał w nich coś pod ogromną presją czasu i otoczenia, coś czego nie mógł skończyć, gdyż wciąż i wciąż pojawiały się niespodziewane trudności uniemożliwiające mu zrealizowanie zadania. Czuł się jakby uciekał przed jakąś groźną bestią, która z każdym krokiem jest coraz bliżej, a on widząc przed sobą bezpieczne schronienie, w żaden sposób nie jest w stanie do niego dobiec, bo choćby nie wiem jak szybko biegł, ono oddala się z tą samą prędkością. A najgorsze w tym wszystkim było to, że trwało to całą wieczność, czas rozciągał się w nieskończoność, wydawało mu się, że mijają długie godziny narastającego strachu, choć przytomniejąc wiedział, że koszmar musiał trwać zaledwie kilka bądź kilkanaście minut, gdyż śnił go zwykle podczas powtórnego, krótkotrwałego zasypiania nad ranem. Budził się wtedy z walącym sercem, w stanie paraliżującego przerażenia i przez dłuższy czas nie mógł dojść do siebie.
Przypomniał sobie pewną książkę, którą czytał w dzieciństwie. Pozaziemska cywilizacja usiłowała w niej nawiązać kontakt z ludźmi. Kosmici nie przybierali żadnej materialnej formy, lecz występowali jedynie w postaci nieznanej siły, czy energii. Podobnie nie byli w stanie zarejestrować przejawów ludzkiej bytności poza jednym. Wyczuwali fale mózgowe wysyłane przez ludzi w trakcie przeżywania przez nich silnych emocji. A jako że stwierdzili, iż największe natężenie fal występuje, gdy ludzie odczuwają lęk i przerażenie, doprowadzali posiadaną przez siebie mocą do sytuacji, w których obserwowane istoty umierają w straszliwych katastrofach mając pełną świadomość nieuchronnego końca. Kosmici nie zdawali sobie sprawy, że zadają śmierć, odbierali jedynie najsilniejsze impulsy aktywności przedstawicieli obcej cywilizacji jakie mogli zarejestrować, nie wiedząc, że są one związane z ich agonią.
Koszmary Grzegorza nigdy nie prowadziły do żadnego końca. Ani nie udawało mu się osiągnąć w nich zamierzonego celu, ani nie kończyły się fiaskiem, czy rezygnacją z niego. Chodziło tylko o to, aby przez cały czas być w jakimś przeklętym zawieszeniu, jakby z głową na katowskim pniu w niekończącym się oczekiwaniu na świst topora. Gdy się budził, miał wrażenie, jak gdyby obca siła z tamtej książki usiłowała nawiązać z nim kontakt.
Sny przyjemne śniły mu się incydentalnie. Raz na kilka lat, może raz na pięć, nie częściej. Po przebudzeniu zwykle długo nie otwierał oczu pławiąc się w resztkach marzeń sennych, nurkując w nich jak w błękitnych i ciepłych wodach raf koralowych. Tematyka tych snów też zwykle była niezmienna. Wiązała się z pozytywnymi emocjami wywołanymi przez wspomnienia porywów serca, których adresatki w ten, czy inny sposób były kiedyś Grzegorzowi bliskie. I nie chodzi wcale o marzenia erotyczne. Występowały w nich przelotne spojrzenia, gesty, wymiana kilku słów, wyraz oczu, zapach. Czy można śnić zapach? Był pewien, że tak, w końcu tego doświadczał. No i najważniejsze: niebywale przyjemne uczucie błogostanu, wręcz euforii, czy ekscytacji jakże odmiennej od upiornych stanów po koszmarach.
Dzisiejszy sen niewątpliwie należał do tej drugiej kategorii. Choć był inny. Inny i dziwny. Nie znał dziewczyny, która mu się śniła. Nie wiedział dlaczego mówił do niej po angielsku. Czy była cudzoziemką? Nie miewał nigdy snów zupełnie fikcyjnych, zawsze - choć zdarzały się niebywale pokręcone - odnosiły się do realnych miejsc, zdarzeń i ludzi. A tej kobiety nie mógł umiejscowić w niczym rzeczywistym.
Przypomniał sobie to, co zrobiło na nim największe wrażenie. Zawsze u kobiet podobał mu się niższy głos. Nie jakiś męski bas, czy chrypa, ale melodyjny, przyjemnie brzmiący, trochę tylko obniżony niż przeciętne żeńskie głosy. Jeszcze raz ciarki mu przeszły po plecach, gdy przywołał z pamięci wypowiedziane przez nią to jedno, a właściwie dwa słowa - wszak były po angielsku.
- Thank you - zaakcentowała wyraźnie i oddzielnie każde z nich, a te dwa dźwięki zdały się być niebiańską sonatą zagraną na harfie jego wrażliwej na muzykę duszy.
- Dobra, zostawmy to - rzucił na głos w stronę jasnej plamy sufitu i dźwignął się z łóżka usiłując powrócić na dobre ze świata sennych mar do rzeczywistości. Poczłapał do kuchni i otworzywszy lodówkę nalał sobie soku, w którym utopił smak i zapach trupa w ustach. Za oknem trwała styczniowa noc, a nieliczne jeszcze światła aut z rzadka przecinały puste ulice.
Rozdział III
Nazywanie tego miejsca lasem było grubą przesadą. Był to raczej miejski zagajnik, który kiedyś znajdował się na skraju miasta, zaś obecnie był coraz ciaśniej otaczany zabudową mieszkaniową. Stał się czymś w rodzaju parku, miejsca spacerów i joggingu dla okolicznych mieszkańców. W soboty i niedziele na głównych alejkach panował spory ruch, mijali się rowerzyści, matki z wózkami, emeryci z pieskami. Ciężko było znaleźć miejsce, w którym nie byłoby słychać krzyków dzieci lub szczekania czworonogów. Dlatego w weekendy i święta Grzegorz już tam nie zaglądał. Natomiast w zwykłe, powszednie dni chętnie odwiedzał lasek szukając w nim samotności i wyciszenia. Znajdował je zwłaszcza taką porą jak teraz. Zimowe popołudnie, powoli gęstniejąca szarość, powietrze przepełnione wilgocią, uginające się pod stopami mokre, zeszłoroczne liście. Taka aura skutecznie odstraszała większość amatorów leśnych spacerów, dzięki czemu miał dla siebie więcej przestrzeni i komfortu.
Ptak smętnie siedzi na drzewie, leniwie pióra wygładza - zaśpiewał bezgłośnie na widok sikorki przyglądającej mu się z pobliskiej gałęzi.
Lubił to miejsce. I lubił przyrodę, naturę. Tutaj nieodmiennie czuł się jej częścią, doświadczał więzi łączącej go z każdym drzewem, liściem, źdźbłem trawy, ptakiem, czy owadem. Postrzegał otaczający go świat pozostałych żywych istot jak swoich bliskich będących jedynie innymi gałęziami wyrastającymi z tego samego wielkiego pnia życia.
- Trrr, trrr, trrr - zadarł głowę do góry. Na czubku wysokiej sosny siedział kruk i zdawał się go pozdrawiać swoim chrapliwym powitaniem. Para kruków osiedliła się w lesie przed paroma laty. Grzegorz wypatrzył na którym drzewie mają swoje gniazdo i zawsze sprawiały mu przyjemność ich charakterystyczne pokrakiwania, które odbierał jako swoiste "dzień dobry" rzucane na jego widok. Wydawało mu się, że te ptaki go poznają, i że nawiązał się między nimi jakiś rodzaj międzygatunkowej przyjaźni. Potrafił nieraz wałęsać się godzinami wzdłuż i wszerz lasu, by wreszcie usłyszeć głęboki szum skrzydeł przelatującego któregoś z nich, lub krótkie kraknięcie sygnalizujące, że gdzieś tam w ukryciu siedzą i już go widzą. Ptaki nie były jedynymi zwierzętami, które napotykał w lasku. Zimą można było się natknąć na dziki i sarny, które w poszukiwaniu pożywienia coraz odważniej zapuszczały się w pobliże ludzkich siedzib. W pobliżu oczek wodnych pomykały zaskrońce, raz dostrzegł nawet małą jaszczurkę, ale nie zdążył się jej przyjrzeć, bo błyskawicznie czmychnęła, gdy tylko się do niej zbliżył.
Miał swoją ulubioną trasę prowadzącą mniej uczęszczanymi ścieżkami i zataczającą pętlę wokół kilku specyficznych lokacji, którym ponadawał własne nazwy. Były tam więc: Brodate Uroczysko, Skrzyżowanie Pięciu Dróg, Moczary, czy Aleja Kalekich Brzóz. Ale najważniejsze miejsce znajdowało się mniej więcej w połowie drogi, niedaleko Moczarów, przy których należało zboczyć ze ścieżki i przedrzeć się przez pas zarośli wychodząc na niewielką polanę. Na jej środku rosło Drzewo. Było największe i prawdopodobnie najstarsze w całym lesie. Grzegorz nie wiedział jaki to gatunek, ale nie było to dla niego specjalnie istotne. Wyglądało jak uosobienie pogańskiego bóstwa czczonego przed wieloma wiekami w świętych gajach. Miało potężny pień, do którego objęcia potrzebnych byłoby kilka osób, wielkie konary tworzące rozłożystą koronę sięgającą, hen, ponad wierzchołki pozostałych drzew. Jego ciemnobrązowa kora wyrzeźbiona była w nieregularne, chropowate, mniejsze lub większe rowki. Gdy jej dotykał, zawsze doznawał nieodpartego wrażenia, że wyczuwa krążące wewnątrz soki, pulsującą przedwieczną energię, która od zawsze wypełnia wszystko, co żyje.
Lubił tu przychodzić, podziwiać pomnikową potęgę Drzewa, które o każdej porze roku imponowało swym majestatem roztaczając wokół jakąś magiczną aurę tajemniczej mocy. Wydawało mu się, że przebywając w pobliżu pozyskuje część tej siły, która pobudza go do intensywniejszego życia, aktywuje jego potencjał do działania na najwyższych obrotach.
Dzisiaj spacerował powoli, napawając się ciszą i odizolowaniem od miejskiego gwaru, dzięki czemu niczym nie skrępowane myśli mogły podróżować we wszystkich kierunkach z prędkością światła. A miał o czym rozmyślać zważywszy na dzisiejsze wydarzenia w firmie. Uwolniona z łańcucha wyobraźnia pogalopowała w kierunku południowej półkuli produkując mniej lub bardziej fantastyczne scenariusze nowozelandzkiej przygody. Łaził po podmokłych ścieżkach omijając wystające śliskie korzenie i zagłębienia błotnistej mazi, a jednocześnie duchem przebywał gdzie indziej wyobrażając sobie, że przemierza połacie wyspiarskiego kraju z antypodów. Tak się w tym zapamiętał, że stracił poczucie czasu i gdy w końcu zakończył pętlę wyszedłszy na brzeg lasu, wydawało mu się, iż uczynił to w jakimś rekordowym tempie. Tymczasem zapadał już zmierzch, więc chcąc nie chcąc skierował kroki w stronę domu.
- Trr - przystanął i odwrócił się. Kruk siedział na szczycie wysokiej, stalowej konstrukcji linii wysokiego napięcia. Wyglądał niczym zaklęty strażnik czarnoksięskiego rewiru sprawujący pieczę nad tajemnicami znanymi tylko im obu. Grzegorz na pożegnanie machnął ręką w jego kierunku i przyspieszył kroku marząc już o codziennym rytuale popołudniowej kawy.
Mieszkanie w bloku odziedziczone po ojcu miało właściwie tylko jedną zaletę. Było stosunkowo tanie. Poza tym charakteryzowało się wszystkimi niedogodnościami reprezentatywnymi dla tego typu lokali, mimo to Grzegorz przyzwyczaił się do niego i nie myślał na razie o żadnej zmianie. Sąsiedzi nie należeli do zbytnio uciążliwych, a odgłosy windy, lejącej się wody, ubijanych kotletów, pracujących odkurzaczy, wirujących pralek i tym podobnych przejawów zwykłego życia przyjmował z cierpliwością pogodzonego z losem stoika. Cisza w bloku była pojęciem względnym, sam zresztą pożądał jej jedynie w czasie snu, natomiast w ciągu dnia nie wyobrażał sobie, by przebywać w czterech ścianach nie wypełnionych muzyką. Różną muzyką, najważniejsze, żeby budziła emocje, poruszała od wewnątrz, pozwalała się w sobie zanurzyć i płynąć na swoich falach w nieznane. Warunki te spełniał zarówno Czajkowski jak i U2.
Kiedy już wygodnie ułożył się w głębokim fotelu, wziął pierwszy łyk kawy, takiej jak lubił, gorącej, słodkiej i z dużą ilością śmietanki oraz skosztował kawałek delikatnego sernika, przymknął oczy i zamruczał z lubością. Z głośników popłynęły niebiańskie dźwięki gitary Carlosa Santany i Grzegorz sam poczuł się jak w niebie. Sprawiało mu przyjemność celebrowanie takich chwil jak ta, wypełnionych zwykłymi, drobnymi przyjemnościami. Mógł to być smak kawy, szum drzew na wietrze, "rozmowa" z krukiem, albo gapienie się na chmury, kiedy przemierzając na rowerze okoliczne pola kładł się na rżysku z rękami pod głową, by wydyszeć zmęczenie. Nauczył się czerpać z takich momentów jak najwięcej i choć nie lubił używać wielkich słów, mógłby powiedzieć, że składa z tych okruchów własne szczęście. Akurat dzisiaj poczucie szczęścia trwało zdecydowanie dłużej niż krótka chwila i zapragnął się nim z kimś podzielić. Chwycił telefon i wybrał numer.
- Cześć Alex.
- Cześć - odpowiedział ciepły, choć trochę metaliczny głos po drugiej stronie. - Poczekaj chwilę...
Poczekał.
- No, jestem, co tam u ciebie?
- Łał, nie uwierzysz, sam zresztą wciąż chyba nie dowierzam - zapowietrzył się i trochę go przytkało, jak zwykle, gdy chciał za dużo powiedzieć w zbyt krótkim czasie.
- To może przejdź na Messengera, nie jestem sama w domu - zniżyła głos.
- Okay - rozłączył się.
Gdy mąż był w pobliżu, Alex wolała raczej pisać niż rozmawiać. Napisał jej zwięźle o swoim wyjeździe do Nowej Zelandii, po czym przeczytał, że "super, bardzo się cieszę i zazdroszczę, i że pogadamy jak się spotkamy i wtedy mi wszystko opowiesz." No i to tyle jeśli chodzi o dzielenie się radością na tę chwilę. Zastanowił się jeszcze przez moment, czy nie zadzwonić do matki, ale po namyśle odłożył telefon. I tak ma kłopoty z zasypianiem, po co dawać jej kolejny powód do nieprzespania nocy. Resztę dnia i wieczór przesiedział w Internecie przeglądając oferty kursów, które umożliwiłyby mu ćwiczenie angielskiego i podniesienie umiejętności konwersacyjnych na akceptowalny przez siebie poziom. Przez tych parę miesięcy musi nauczyć się swobodnie dyskutować na każdy temat. Gdy po paru godzinach zaczęły go szczypać oczy od ciągłego gapienia się w ekran, miał już wypisanych kilka numerów telefonów do różnych szkół językowych, z którymi jutro od samego rana zamierzał się kontaktować. Zaburczało mu w brzuchu, więc przygotował sobie szybką kolację i zasiadł przed telewizorem przełączając kanały w tempie szybkostrzelnego karabinu. Zatrzymał się na jakimś filmie, w którym czarnowłosa dziewczyna biegała z łukiem po lesie. Przez chwilę oglądał, ale że nie mógł się skupić, wyłączył odbiornik i poszedł do kuchni pozmywać naczynia. Przed snem wyszedł na balkon schłodzić trochę emocje minionego dnia. Podniósł głowę z płonną nadzieją ujrzenia choćby najmniejszej oznaki przejaśniającego się nieba. Nic z tego, zapowiadał się ciąg dalszy typowej polskiej zimy. Mokrej, burej, mglistej, smętnej. Z rezygnacją wzruszył ramionami i cofnął się do pokoju. A może dziś przyśni mu się Nowa Zelandia?
Rozdział V
- A jeśli tak ci się spodoba, że nie będziesz chciał wracać?
- To całkiem prawdopodobne - marzycielsko przymknął oczy. - To, że mi się spodoba jest chyba więcej niż pewne. Wrócić, wrócę, ale gdyby udało mi się zdobyć tam jakieś przyczółki, nawiązać znajomości, kontakty, poznać możliwości, dzięki którym dostrzegłbym chociaż cień szansy na ewentualne zarzucenie tam kotwicy, to przypuszczalnie długo bym się nie zastanawiał. Zwłaszcza, że tutaj powoli zaczyna mi się odechciewać wszystkiego. Chociaż - skrzywił się - znając siebie, równie dobrze mógłbym zatrzymać się w pół kroku i stchórzyć.
Tak jak zdarzało mi się to już tyle razy - pomyślał niemal z niechęcią do samego siebie.
Zamerdał parę razy słomką w stojącej przed nim szklance wypełnionej mojito i upił łyk pozwalając kubkom smakowym na delektowanie się smakiem drinka. "Czerwony żar" był niewielką knajpką, którą przypadkowo odkrył kilka lat temu. Położona w pewnym oddaleniu od centrum nie przyciągała wielkich tłumów gości, a Grzegorza ujęła kameralnością i wystrojem w klimacie muzycznym lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Na ścianach wisiały stare winyle i czarnobiałe fotografie polskich artystów z tamtych lat na przemian z fragmentami tekstów ich największych przebojów. Niedaleko wejścia stała stara szafa grająca, a półki na ścianie przy barze prezentowały imponującą kolekcję kilkudziesięcioletnich gramofonów. Siedzieli naprzeciwko siebie zanurzeni w głębokich, karmazynowych fotelach przy małym, okrągłym stoliku z imitacji czarnego marmuru. Krwiste świece w srebrzystym kandelabrze chybotliwym blaskiem uruchamiały grę świateł współgrających ze sobą barw czerni, srebra i czerwieni. Alex ubrana w czarny kostium i białą bluzkę kolorystycznie idealnie komponowała się z otoczeniem, a jej atramentowe, długie włosy i szkarłatna szminka na ustach dopełniały wrażenia estetycznej harmonii.
- Zdecydowałbyś się zostać tam na stałe, gdybyś miał taką okazję? - zapytała.
Zastanowił się przez chwilę przyglądając się z uwagą listkom mięty zanurzonym w szklance.
- Jeszcze kilka lat temu udzieliłbym na to pytanie przeczącej odpowiedzi. Kiedyś nie wyobrażałem sobie w ogóle, że mógłbym opuścić Polskę. Przepełniony byłem wzniosłymi ideami patriotyzmu, miłości ojczyzny, martyrologią ojców i dziadów walczących za wolność naszą i waszą. Miałem przed oczami Bogumiła Niechcica klękającego na polu i chwytającego w dłonie jak największą świętość skiby ziemi, tej ziemi...
Wydawało mi się, że korzenie mam zapuszczone tutaj tak głęboko, że po ich wyrwaniu będę usychał z tęsknoty do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych... Ale teraz czuję, że znajdują się one tuż pod powierzchnią przysypane zwykłym, luźnym piachem i odsłaniają się coraz bardziej pod wpływem bezustannych podmuchów wiatru.
Wziął jeszcze jeden łyk trunku.
- Nie wiem. Z jednej strony chciałbym, aby coś zmieniło się w moim życiu, a z drugiej... Nie wiem, na razie nie ma co gdybać, będę się zastanawiać, gdy przyjdzie na to czas.
Podniósł oczy znad szklanki i spojrzał na Alex uświadamiając sobie, że chyba powinien rozmawiać z nią trochę innym językiem.
- Dobra, zostawmy to - machnął ręką i uśmiechnął się do niej.
Poznali się dobrych kilkanaście lat temu, pracując wtedy razem i można chyba zaryzykować stwierdzenie, że coś wówczas zaiskrzyło między nimi.
- Pamiętasz nasze wyprawy do Karpacza? - zagadnął wracając pamięcią do wyjazdów integracyjnych i szkoleń w Karkonoszach, w których kilkakrotnie uczestniczyli.
- Dawne dzieje. Ale nie zapomina się takich rzeczy - filuternie przekrzywiła głowę.
W wolnych chwilach wypuszczali się często we dwójkę, aby połazić po górach. Pewnego razu, gdy się zmęczyli, Alex przysiadła na trawie podciągając kolana pod brodę i obejmując je rękoma, a on szwendał się naokoło i zrywał rosnące opodal kwiaty, najpewniej wszystkie chronione, czym niespecjalnie się wtedy przejmował. Przykucnął za nią i wplatał je w jej włosy nie bardzo wiedząc, czy bardziej odurza go ich zapach, czy uplecionego naprędce kwietnego bukietu. Gdy odchyliła do tyłu głowę, miała przymknięte oczy i rozchylone usta. Kiedy złączył je ze swoimi poczuł mrowienie w palcach i gęsią skórkę na całym ciele, a serce chciało mu wyskoczyć z piersi i pogalopować sobie po okolicznych wzgórzach. Do wieczora siedzieli opierając się o siebie plecami i gadali o wszystkim i o niczym albo w milczeniu sycili oczy malowniczymi widokami. Znajomi z firmy uważali ich za parę, chociaż Grzegorz mniej lub bardziej świadomie powstrzymywał się od kroków mogących skutkować daleko idącymi konsekwencjami, a i Alex nie traktowała ich relacji jakoś śmiertelnie poważnie. Zresztą niedługo później Grzegorz zmienił pracę, jakiś czas potem ona zrobiła to samo, a ich zażyłość samoistnie wygasła. Odnaleźli się po latach na Facebooku, ona jako żona i matka dorastającej córki, a on jako trochę wycofany indywidualista wmawiający sobie, że jest wiecznie młodym singlem z wyboru. Nie zmieniła się wiele, Grzegorz umiał docenić zadbane piękno dojrzałej kobiety, ale choć przyglądał jej się z dużą przyjemnością, w żaden sposób nie chciały do niego wrócić tamte drgania duszy z przeszłości. Gdy wstała od stolika, aby pójść do toalety, odprowadził ją wzrokiem z satysfakcją wodząc oczami po linii bioder i nóg. Dzwoneczki namiętności odezwały się tam, gdzie powinny, ale ze zwęglonej kupki popiołów w miejscu serca nie narodził się nowy feniks.
Spostrzegł, że opróżniła już swojego drinka, więc podsunął jej kartę.
- Wybierz sobie jakiś numerek - zaproponował.
- Może być szybki? - prędko złapała kontekst unosząc wargi w znaczącym uśmiechu i otworzyła menu.
- A lubisz?
- Czasami, pod wpływem chwili. A ty?
- A ja lubię przedłużać chwilę w nieskończoność. Celebrować i rozsmakowywać się w niej.
- Mmm, brzmi interesująco.
- I tak też jest. A oprócz tego ekscytująco, zmysłowo i obiecująco.
- Zaciekawiasz mnie. Aż bym chciała spróbować.
- Polecam się.
- Skoro tak, to chyba się skuszę - przesunęła listę drinków w jego stronę i karminowym paznokciem wskazała wybraną przez siebie pozycję. Pochylił się, żeby dojrzeć nazwę w drżącym świetle świec.
- Sex on the beach - przeczytał. - Doskonały wybór, dokładnie coś takiego miałem na myśli.
- Więc mam nadzieję, że się przyłączysz.
- Mam jeszcze - wskazał na resztkę mojito.
- Więc mam zakosztować go sama? - skrzywiła się. - Też lubię, ale skoro można smakować we dwoje, to wolę tak.
- A mnie wyobraźnia właśnie zaczęła podpowiadać jak samodzielnie odkrywasz wszystkie smaki i muszę przyznać, że taka myśl może rozpalić do czerwoności - na twarzy wykwitł mu figlarny uśmieszek.
- To musisz uważać, żeby nie spłonąć - kąciki jej ust powędrowały w górę.
- Myślę, że razem ugasilibyśmy jakoś ten pożar - odpowiedział i zanucił fragment piosenki będącej źródłem nazwy knajpki, w której tak miło spędzali czas.
- W czerwonym żarze rzewnych żądz płoniemy jak pochodnie... - zawiesił głos w nadziei, że Alex podejmie dalszy ciąg, ale przeliczył się. Chyba nie skojarzyła albo w ogóle nie znała. Wstał od stolika i podszedł do baru zamówić drinki.
- Jeszcze trochę tego smakowania i nie wyjdziemy stąd na własnych nogach - rzekł stawiając przed nią pucharek z pomarańczowożółtą zawartością.
- Powiedziałeś, że lubisz rozciągać tę chwilę w nieskończoność - chwyciła go za słówko.
- Nieskończoność się skończy, gdy w końcu urwie mi się film - mruknął kosztując nowego koktajlu.
- Taką masz słabą głowę? - spojrzała na niego znad szklanki przygryzając słomkę.
- To twoja obecność działa na mnie jak katalizator. Alkohol w moich żyłach zyskuje dodatkowej mocy. Taki odjazdowy turbo-dopalacz skutkujący podróżą w inne wymiary rzeczywistości - Grzegorz poczuł, że zaczyna się rozkręcać, w czym była niewątpliwa zasługa pojawiającego się przyjemnego szmeru pod czaszką.
- No proszę, nie wiedziałam, że mam takie magiczne właściwości. Jakoś wcześniej nie zauważyłam, abym tak na ciebie wpływała.
- Widocznie uaktywniły się z czasem, a być może, że i moja odporność osłabła - zastanowił się mrużąc oczy i kontemplując smukłość jej dłoni obejmującej szklankę.
- Hm, ciekawe jak tam jest, w tych innych wymiarach, może mi je pokażesz? - tajemniczy półuśmiech na twarzy Alex zdawał się być obietnicą spełnienia nienazwanej pokusy.
- Może... - popatrzył jej głęboko w oczy próbując dociec dokąd ich ta rozmowa zaprowadzi. - Pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Że nie zadasz mi tego okropnego pytania, po którym nic już nie będzie takie samo.
- To znaczy? - rzuciła mu zaciekawione spojrzenie.
- Co z nami będzie...? - kpiąco wydął wargi.
Prychnęła śmiechem.
- Ha, ha, ja dawno przestałam takie pytania zadawać. Nie mam już takiej potrzeby.
- To duży plus.
- Często musiałeś na nie odpowiadać?
- O tyle miałem pecha, że zawsze zbyt szybko padały - starał się utrzymać ton ironicznego prześmiewcy tylko w takim stopniu, aby nie było wiadomo, czy żartuje, czy mówi poważnie. - Co niestety oznaczało najwyższą porę na ewakuację.
- Innymi słowy spieprzałeś przed odpowiedzialnością gdzie pieprz rośnie.
- Skądże znowu - oburzył się - wręcz przeciwnie. Wykazywałem się niezwykle racjonalną i odpowiedzialną dojrzałością nie chcąc skazywać drugiej osoby na spędzenie reszty życia z kimś takim jak ja. Przecież to byłby koszmar.
- I oczywiście wszystkie twoje byłe niedoszłe powinny być ci wdzięczne z tego powodu - pokiwała głową.
- No cóż, nie wymagajmy zbyt wiele. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że przez całe życie jestem niezrozumiany.
- Tylko mi się tu nie użalaj.
- Nie mam zamiaru, bo nie mam na co - podniósł do ust szklankę - Za każde wspomnienie, co żyje w nas. Niech żyje jeszcze przez chwilę.
Stuknęli się szklaneczkami, a Grzegorz ruchem głowy wskazał jej okno. Na dworze zaczynała szaleć zadymka. Tumany drobniutkich śnieżnych igiełek wirowały na wietrze w świetle ulicznych latarni. Świat powoli zaczął pokrywać się białym całunem. Przygarbieni przechodnie szczelnie opatuleni w kaptury i czapki przemykali chodnikiem wtulając twarze w szale i kołnierze. Śnieg w mieście nawet w środku zimy był dużą rzadkością, dlatego zapatrzyli się przez chwilę na to niecodzienne zjawisko. Czas upływał im przyjemnie, ale i nieubłaganie, więc nadszedł wreszcie moment, kiedy sielsko-anielska atmosfera musiała osiągnąć swój kres. Wracając przystanęli na rogu czekając na taksówkę, którą przed chwilą dla niej zamówił. Podmuchy dokuczliwego wiatru zwiększały odczucie chłodu, więc ukrył jej dłonie w kieszeniach swojej puchowej kurtki i przytrzymał dzieląc się swoim ciepłem. Obłoki ich oddechów na ułamek sekundy łączyły się ze sobą, by po chwili rozpłynąć się w lodowatej nicości.
- Dziękuję za miły wieczór - powiedział.
- To ja dziękuję - odparła - było bardzo sympatycznie.
Taksówka zatrzymała się kilka metrów od nich. Alex pocałowała go w policzek i szybkim krokiem podeszła do samochodu. Odprowadził auto wzrokiem dopóki nie zniknęło za zakrętem i zostawiając dziewicze ślady na świeżym puchu wolnym krokiem udał się w stronę przystanku.
Rozdział VI
Zimowa aura nie utrzymała się długo. Dodatnie temperatury w ciągu dnia szybko rozprawiły się z baśniowym krajobrazem przywracając miastu tradycyjny o tej porze roku wygląd. Brudna, błotnista breja zmieszana z piachem i solą przylepiała się do butów, a zgniłe opary o smogowym posmaku wypełniały płuca przy każdym oddechu. Jedynie w lesie śnieg zagościł na trochę dłużej. Nagie gałęzie niechętnie pozbywały się swoich białych okryć, które mimo wszystko konsekwentnie zsuwały się z ich grzbietów opadając na ziemię z cichym szelestem. Trójpalczaste tropy ptaków tworzyły skomplikowaną mozaikę rozciągającą się u podnóża drzew i krzewów. Warstwa ubitego, mokrego śniegu wzdłuż ścieżek zaczynała z wolna przybierać coraz bardziej siną barwę upstrzoną gdzieniegdzie żółtymi świadectwami obecności najlepszych przyjaciół człowieka. Za kilka dni i te oznaki zimy będą musiały opuścić ostatnią enklawę jej pobytu. Tak więc wszystko miało powrócić do normy wyznaczającej podobne do siebie jak dwie krople wody posępne dni.
Zmiana nadeszła dopiero w połowie lutego. Temperatura mocno spadła, a oczy zaczął cieszyć widok błękitnego nieba i słońca coraz bardziej opóźniającego moment ukrycia się za horyzontem. Żadne jednak znaki na czystym niebie nie wskazywały, że zwrot może nastąpić nie tylko w pogodzie.
- O jakie ładne, bardzo w nich pani do twarzy - ujrzawszy panią Zosię Grzegorz nie omieszkał sprawić jej komplementu. Nowe, niebieskie okulary przykuwały wzrok stanowiąc niezwykły kontrast na tle marchewkowej burzy włosów. Wystudiowanym ruchem dłoni poprawiła oprawki na nosie prezentując paznokcie w tym samym kolorze.
- Ty jeden, Grzesiu, znasz się na rzeczy. Inni nawet nie raczyli zauważyć - machnęła lekceważąco ręką w nieokreślonym kierunku po czym obróciła głowę w prawo i w lewo sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu.
- Będziemy mieć nowego dyrektora - poinformowała go dramatycznym szeptem tym razem przykładając dłoń do ust.
- Dyrektora? - zdziwił się. - Zamiast Iwony?
- Regionalnego. Nad Iwoną - oznajmiła wszechwiedzącym tonem.
- Nigdy nie było żadnego dyrektora regionalnego.
- Bo to nowe stanowisko, dopiero co został powołany.
- Ach tak - Grzegorz pokiwał ze zrozumieniem głową. - Krewni i znajomi królika, co?
- Psst, nic więcej nie wiem, w przyszłym tygodniu ma nas nawiedzić, więc przekonamy się, co to za jeden.
Zamilkła, bo w głębi korytarza pojawił się Marek, który podszedł do nich uśmiechając się szeroko.
- Cześć - serdecznym tonem przywitał się z Grzegorzem wyciągając ku niemu rękę. - Jak leci?
- Dziękuję - zaskoczony machinalnie uścisnął mu dłoń. - Nie narzekam.
- Pani Zosiu, nie będę już potrzebował tego zestawienia - Markowi banan nie znikał z twarzy. - Znalazłem je sam i wydrukowałem. Dziękuję za pomoc.
Odchodząc odwrócił się na pięcie.
- Aaa, przy okazji, bardzo gustowne okulary, wygląda w nich pani niesamowicie elegancko. Miłego dnia.
- A jemu co się stało? - zapytał Grzegorz nie mogąc wyjść z osłupienia.
- No właśnie nie bardzo wiadomo. Podobno od rana tak się zachowuje. Zwariował, czy jak?
- Może chory?
- Jeśli tak, to trzeba mu powiedzieć, żeby się z tego, broń Boże, nie leczył - podsunęła myśl pani Zosia.
- Ja mu tego nie powiem - oświadczył na odchodnym udając się do swego pokoju. - Reakcja może być nieprzewidywalna. Zwłaszcza w tym stanie.
Dyrektora regionalnego faktycznie poznali kilka dni później. Niewysoki, szczupły trzydziestokilkulatek z pokolenia milenialsów o prezencji biznesowego wymoczka. Idealnie dopasowany garnitur leżał na nim niczym na modelu ze światowych wybiegów, a całości wizerunku bez skazy dopełniała fryzura typu pompadour model wiosna/lato 2019 oraz zadbany kilkudniowy zarost. Przyjechał przed południem i od kilkudziesięciu minut przesiadywał w gabinecie Iwony, co nie było niczym nadzwyczajnym. Natomiast zaskoczeniem dla wszystkich okazała się być jego zażyła znajomość z Markiem. Już w korytarzu powitali się jak serdeczni przyjaciele poklepując się po plecach i wymieniając luźne uwagi, z których mogło wynikać, że nie jest to spotkanie po latach, a ich kontakty są utrzymywane na bieżąco. Wkrótce wzmożoną działalność rozpoczęła poczta pantoflowa, a mniej lub bardziej sprawdzone pogłoski zaczęły żyć własnym życiem krążąc od ucha do ucha zainteresowanych. Podobno Marek z dyrektorem znali się ze studiów, podobno kończyli to samo liceum, podobno grali w piłkę na tym samym podwórku, podobno byli jednak daleką rodziną i tak dalej, i tak dalej.
Po trzynastej zebrali się wszyscy w salce konferencyjnej, gdzie miała nastąpić oficjalna prezentacja nowego zwierzchnika. Grzegorz przewidując nudne monologi w korpomowie usiadł z tyłu sali, aby z ziewaniem nie rzucać się za bardzo w oczy. Po dłuższej chwili drobnego rozgardiaszu związanego z zajmowaniem miejsc wszyscy umilkli i z większym lub mniejszym zainteresowaniem spoglądali w stronę dyrektora siedzącego naprzeciwko pod białą tablicą, wyjątkowo dzisiaj wyczyszczoną z różnokolorowych wykresów i rzędów liczb. Siedząca obok Iwona wstała z miejsca na znak, że pierwsza zabierze głos. Wydała się Grzegorzowi jakaś zmieniona, z kamienną, trochę bledszą niż zwykle twarzą zaprezentowała gościa jako Krzysztofa Żurawskiego, który przedstawi plany i wizję rozwoju firmy na najbliższe miesiące. Grzegorz zjechał lekko w dół na krześle i przesunął się trochę w lewo chowając się za osobę siedzącą przed nim. Spoglądając w stronę okna ujrzał Marka, który jako jedyny nie siedział, tylko opierając się o parapet bez zażenowania przesuwał kciukiem po ekranie smartfona. Dyrektor podziękował Iwonie i przez kilka minut nie wychodził poza rutynowe komunały nie różniące się praktycznie niczym od słyszanych wielokrotnie wcześniej oklepanych sloganów i frazesów. Pierwsze rzędy słuchały z uwagą lub, co bardziej prawdopodobne, stwarzały takie wrażenie, z tyłu specjalnie nikt się nie wysilał, żeby chociaż pozorować zainteresowanie. Na moment w expose nastąpiła przerwa, gdy jego autor napełnił sobie szklankę wodą i przez chwilę popijał ją małymi łykami. Ostre, zimowe słońce zajrzało do środka układając się jasnymi prostokątami na posadzce i ciesząc oczy energią życia, której tak brakowało w ostatnich tygodniach. Nie wszyscy jednak byli z tego zadowoleni, bo dyrektor oślepiony słonecznymi promieniami dał znak Markowi, aby ten zasłonił żaluzje. Jarzeniówki zabrzęczały cicho zalewając salę zimnym, białym światłem. Nastąpił ciąg dalszy prelekcji, której treść zaczynała powoli zajmować coraz większą liczbę słuchaczy. Po chwili nie było już osoby, która nie spoglądałaby na przemawiającego nie tyle z zainteresowaniem, co wręcz z rosnącym niepokojem. Ogólne poruszenie wzbudziły sformułowania o zmieniającym się rynku, o elastyczności i umiejętności szybkiego dostosowywania się do tych zmian, o reorganizacji, przeprofilowaniu, ograniczaniu kosztów, łączeniu stanowisk i optymalizacji zatrudnienia.
- W najbliższych dniach - ciągnął dyrektor - we wszystkich oddziałach przeprowadzony zostanie audyt, który da nam odpowiedź na pytanie, w jakim kierunku zmierzamy, z jaką prędkością, i czy aby na pewno do właściwego celu. Wprowadzone zostaną niezbędne korekty, a tam gdzie to będzie potrzebne wdrożymy stosowne plany naprawcze.
Wypowiadał się w tym tonie jeszcze przez kilka minut, po czym grzecznie podziękował za uwagę dając jednocześnie do zrozumienia, że nie oczekuje żadnych pytań oraz nie zamierza udzielać szczegółowych wyjaśnień.
Rozchodzili się w milczeniu po kolei znikając za drzwiami własnych pokoi i gabinetów. Nawet jeśli Grzegorza trochę zdziwiły nowiny, to specjalnie się nimi nie przejął. Zmiany? No cóż, podobno jedyna stała rzecz w życiu. Może nie zawsze je lubił, ale potrafił się do nich dopasować i szybko przestawić na nowe tory aktywności, które wyzwalały w nim dodatkowe pokłady adrenaliny związanej z podejmowaniem kolejnych wyzwań. Przez jakiś czas jeszcze trochę sobie o tym podumał, ale gdy po pracy zajadał się porcją ruskich w ulubionej pierogarni, praktycznie zapomniał już o wizycie nowego dyrektora i jego zapędach reorganizacyjnych.
Wracając do domu już z daleka zobaczył stojącego przed wejściem sąsiada z trzeciego piętra - Walczaka. Zwolnił kroku starając się posuwać noga za nogą, żeby tylko się na niego nie natknąć. Starszy, zażywny jegomość, od paru lat na zasłużonej emeryturze słynął w okolicy z dość kontrowersyjnych poglądów na niemal każdy temat, co jeszcze samo w sobie nie byłoby niczym złym, gdyby nie to, że z kimkolwiek by się nie spotkał, temu usiłował przedstawiać swoje doktryny niezależnie, czy ktoś ich chciał słuchać, czy nie. Kiedyś w korytarzu przytrzymał Grzegorza przez kilkanaście minut próbując mu udowodnić jakim to zamachem na wolności obywatelskie jest obowiązek zapinania pasów w samochodzie. Niestety Walczak też już go ujrzał i wyraźnie czekał na niego przy drzwiach. Grzegorz zaklął w duchu i chcąc nie chcąc doczłapał w końcu do wejścia.
- Witam, cześć, cześć. Plecaczek nosisz? Ja też lubię, wygodnie - Walczak chyba ze wszystkimi był na "ty". Otworzył drzwi najszerzej jak się dało i wielkopańskim gestem przepuścił go do środka. Grzegorz przystanął przy skrzynce na listy opróżniając ją z niechcianych reklam i ofert kupna jego mieszkania mając złudną nadzieję, że Walczak tym razem odstąpi od wygłoszenia swojej pogadanki. Gdzie tam.
- Ładny dzień, prawda? Rześko, ale słonecznie, chce się żyć. Choć mnie tam żadna pogoda nie przeszkadza. To jedna, wielka bzdura, że aura ma wpływ na samopoczucie. To od człowieka zależy, jaki ma nastrój, jak postrzega świat wokół, a nie od tego, czy pada deszcz, czy świeci słońce.
Grzegorz potakująco pokiwał głową, bo w istocie rzeczy uważał tak samo.
- Grunt to się nie przejmować i trzymać z dala od ludzi - Walczak przyłożył dłoń do ust i zniżył głos. - Mówię ci to w zaufaniu, bo widzę, że też sam chodzisz tak jak ja, więc mnie zrozumiesz. Z własnego doświadczenia i z obserwacji innych doszedłem do przekonania, że ogromna większość, zdecydowanie ogromna większość problemów, które mają ludzie wynika z ich relacji z innymi ludźmi. Weźmy na przykład stosunki rodzinne z bliższą i dalszą rodziną. Kłopoty z małżonkami, dziećmi, awantury, ciche dni i tak dalej, i tak dalej... Nie na darmo mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Skoro o rodzinie, to może i szerzej, o kontaktach uczuciowych, damsko-męskich. Kłótnie, rozstania, powroty, zdrady, podejrzliwość, brak zrozumienia, nieszczerość, kłamstwa... Czy znajdzie się chociaż jedna osoba, która tego nie doświadczyła? Dalej tak zwani "przyjaciele" i "znajomi", którzy zgodzą się z tobą ze wszystkim, by za chwilę za plecami skrytykować cię z kretesem.
Podeszli do windy i Grzegorz wcisnął przycisk z rezygnacją stwierdzając, że kabina zjeżdża z ostatniego piętra skazując go na maksymalnie długie przebywanie w obecności gadatliwego sąsiada. Na dole zaskrzypiały drzwi wejściowe i po chwili ukazała im się sylwetka znajomego taksówkarza z ósmego piętra. Gdy ten ujrzał ich czekających na windę, bąknął pod nosem "dzień dobry" i przeskakując po dwa stopnie czmychnął szybko na górę piechotą. Grzegorz pożałował, że też tego nie zrobił. Tymczasem Walczak kontynuował.
- Dodajmy do tego sąsiadów, przełożonych w pracy, kierowców na ulicach, i tak dalej i tak dalej, no i wszechobecną hipokryzję, zakłamanie oraz obłudę. Kontaktując się z tymi ludźmi, wchodząc z nimi w relacje nieustannie będziemy narażać się na kłopoty z tych kontaktów wynikające.
- No, wie pan - Grzegorz postanowił przestać grać niemowę i upozorować choćby cień zainteresowania tą gadaniną. - Nie żyjemy jednak na bezludnej wyspie. Nie da się tak zupełnie odciąć od ludzi, a poza tym jeżeli już, to odcinajmy się od tych, którzy czynią nasze życie toksycznym, a otaczajmy tymi, którzy dodają życiu wartości.
- Dziś dodają życiu wartości, a jutro je zatrują - Walczak lekceważąco machnął ręką. - Młody jeszcze jesteś, naiwny, sparzysz się raz, drugi, dziesiąty, to wtedy przyznasz mi rację.
W międzyczasie wsiedli do windy i Grzegorz w duchu dziękował losowi, że trzecie piętro jest tak blisko. Starszy pan jednak nie zamierzał tak szybko pozbawiać go swego towarzystwa. Otworzył kabinę i zablokował ją stojąc w przejściu.
- Jeśli większość problemów jest konsekwencją naszych relacji z innymi ludźmi, wystarczy zmniejszyć zbiór osób, z którymi się kontaktujemy, a tym samym spadnie i liczba kłopotów. Po prostu - matematyka. Ja staram się ograniczyć ten zbiór do absolutnie koniecznego minimum i zapewniam cię, że dobrze na tym wychodzę. Odpukać, nie mam jakichś ważkich problemów egzystencjalnych, finansowych, rodzinnych, sercowych, międzyludzkich itp. Przeciąłem je mieczem jak Aleksander przeciął węzeł gordyjski. I cieszę się życiem bez trosk.
- Gratuluję. Szczęściarz z pana - Walczak chyba nie odczytał ironii. Gdzieś z głębi szybu dało się słyszeć niecierpliwe walenie w blaszane drzwi windy.
- Życie wyglądać będzie tak, jak sam je ukształtujesz - sąsiad na zakończenie obdarował go złotą myślą i wreszcie skierował się w stronę swego mieszkania. - Cześć, do miłego.
Po wejściu do siebie Grzegorz rzucił plecak na półkę w przedpokoju, ściągnął kurtkę, buty i spojrzał w lustro. Zastygł bez ruchu analizując dopiero teraz to wszystko, o czym mówił Walczak. Dotarło do niego, że może trochę przesadzał i przejaskrawiał, ale w gruncie rzeczy było w tych rozważaniach sporo racji. A on sam? Czy unikał ludzi? Odwracał się od nich? Nie chciał ich towarzystwa? I tak i nie. Był nieufny, długo przekonywał się do ludzi, wolał gadać do Drzewa niż otwierać się przed innymi. Ale w grupie był raczej towarzyski, wydawało mu się, że wykazuje się poczuciem humoru, być może specyficznym, nie dla wszystkich zrozumiałym i akceptowalnym. To, co on postrzegał jako ironię i sarkazm, niektórzy odbierali jako złośliwości, co często prowadziło do tego, że gryzł się w język i wolał milczeć uśmiechając się najwyżej znacząco. Najgorzej wychodziły mu kontakty jeden na jeden, zwłaszcza z płcią przeciwną. Zapowiedziane przez Walczaka poparzenia miał już dawno za sobą. Z biegiem lat zaczął stopniowo zamykać się w szczelnej skorupie najeżonej kolcami, którymi kłuł każdego, kto zbliżył się na niebezpiecznie bliską odległość.
- Dobra, zostawmy to - poinformował swojego sobowtóra w lustrze. Nie miał ochoty po raz kolejny roztrząsać przeszłości i dzielić włosa na czworo. - Życie wyglądać będzie tak, jak sam je ukształtujesz.
Rozdział VIII
Zerknął na kartkę leżącą przed nim na stole i poczuł jak oblewa się zimnym potem. Plątanina liczb i symboli kłębiła mu się przed oczami niczym gąszcz nieprzebytej dżungli. Nie miał zielonego pojęcia w jaki sposób i od której strony miałby zacząć się przez nią przedzierać. Rozejrzał się wokół stwierdzając, że wszyscy pracowicie pochyleni nad swoimi zadaniami rozpoczęli już pierwsze obliczenia. Jeszcze raz dokładnie przyjrzał się swojej pracy. Nic, zero, nul, żadnego punktu zaczepienia. Zaczęła ogarniać go panika, rękawy pod pachami zwilgotniały i miał już pewność, że zaczyna śmierdzieć strachem, którą to woń wkrótce poczują wszyscy i zaczną obrzucać go znaczącymi spojrzeniami. Ta świadomość jeszcze bardziej go zablokowała, nie miał nawet odwagi spojrzeć przez ramię sąsiadom w nadziei podejrzenia jakiejś podpowiedzi. Uniósł głowę, wskazówki wielkiego zegara wiszącego na ścianie nad tablicą niewzruszenie przesuwały się do przodu. Zostawało coraz mniej czasu, a on nie był w stanie nawet na milimetr zbliżyć się do znalezienia rozwiązania jakiegokolwiek z równań. Wyczuł na sobie wzrok nauczyciela, czy też osoby nadzorującej lub pilnującej spokoju i porządku. Kimkolwiek był, patrzył wprost na niego mając na twarzy złośliwy i kpiący uśmiech. Grzegorzowi wydawało się, że go zna, ale za nic nie mógł sobie uświadomić skąd. Zaczęło go przenikać dojmujące przeświadczenie, że jest kimś gorszym, że nie jest w stanie podołać temu, co innym przychodzi z łatwością, że się do niczego nie nadaje, że czegokolwiek się tknie, to wszystko zepsuje narażając się na śmieszność i przygniatające poczucie wstydu. Ogarnęło go przerażenie, gdy kątem oka dostrzegł nauczyciela stojącego tuż obok i rechoczącego z niego bez żadnego skrępowania. Nie śmiał podnieść oczu wbijając je w pustą kartkę i wiedząc, że niczym już jej nie zapełni. Z utęsknieniem czekał na dzwonek, który zakończy te męki, ale im bliżej było końca lekcji, tym dłużej na niego czekał. Niech to się już wreszcie skończy. Niech się skończy!
Nerwowo rzucił całym ciałem. Było mu strasznie gorąco. Gwałtownym ruchem odrzucił kołdrę i spuścił stopy na podłogę.
- Kurwa!!
Wstał i zgarbiony chwycił się ściany. Nogi mu się trzęsły i czuł zmęczenie jak po solidnym biegu. Nie wiedzieć czemu każdego ranka miast wstawać wypoczętym odczuwał wyczerpanie, które przechodziło dopiero po kilku minutach spędzonych w pozycji siedzącej na odzyskiwaniu sił i przestawieniu się organizmu na tryb dziennej aktywności. I jeszcze te cholerne sny. Dopiero teraz dotarło do niego kim był facet, który się z niego śmiał. Mimo, że we śnie nie kojarzył jego twarzy i w ogóle nie zapisała mu się w pamięci, to obecnie był w pełni świadom i bez żadnych wątpliwości mógł zidentyfikować tę osobę. To był Marek.
- Kurwa - jęknął zaciskając bezsilnie palce na framudze drzwi od pokoju.
W łazience stał nieruchomo pod prysznicem czekając, aż gorąca woda wypłucze z ciała zmęczenie, a z umysłu resztki koszmaru. Z głową pochyloną ku dołowi obserwował jak strumyki cieczy znikają w wirze odpływu i wyobraził sobie, że przechodzi jakąś specyficzną reinkarnację i wyjdzie z kabiny jako ktoś zupełnie inny. Gdy narzucił na siebie ręcznik i przez dłuższą chwilę z całych sił tarmosił nim głowę, poczuł się dużo lepiej. Z lustra spojrzał na niego wyjątkowo w tej chwili kudłaty łeb i znajoma gęba, której centralny punkt zajmował trochę zbyt kulfoniasty nos, zdecydowanie za szybko lubiący przybierać czerwoną barwę pod wpływem promieni słonecznych i para stalowych (czytaj: szarych) oczu. Mrugnął do niej okiem. Gęba odwzajemniła się tym samym.
Po śniadaniu wybrał się do lasu, żeby przemyśleć sprawy, a nigdzie indziej nie rozmyślało mu się lepiej niż tam. Nie pamiętał już kiedy przebywał tam o takiej porze. Zwykle były to popołudnia i wieczory, ale być może od teraz to się zmieni. Ludzi na pewno było mniej, chociaż na pierwszy rzut oka wydało mu się, że napotyka więcej oryginałów. Na przykład pies wyprowadzający swego pana na spacer. Grzegorz do tej pory był przekonany, że zwykle to bywa odwrotnie, gdy jednak zobaczył coś na kształt jamnika szorstkowłosego (nie był mocny w rozpoznawaniu ras) ciągnącego za sobą na smyczy jegomościa w staroświeckiej jesionce, musiał przewartościować swoje poglądy na temat tych czworonogów. Pies najwyraźniej prowadził wybierając trasę, która mu najbardziej odpowiadała. Gdy przyspieszał przechodząc w rachityczny trucht, jego pan ruszał za nim ciężkim kłusem od czasu do czasu przechodzącym w galop. Na przecięciu dwóch ścieżek jamnik zdecydował się na mały odpoczynek kładąc się wygodnie na środku drogi. Grzegorz już myślał, że obok psa położy się i człowiek, ale jednak nie. Akurat ich mijał i usłyszał jak nieznajomy przez cały czas przemawia do zwierzęcia.
- Tu już byliśmy, poznajesz? Chodź, pójdziemy na plac zabaw, popatrzysz sobie jak się bawią dzieci.
Jamnik w ogóle na niego nie patrzył, a minę przy tym miał tak znudzoną, jakby słyszał te paplaninę tysięczny raz. Grzegorz za zakrętem schował się za najbliższym drzewem i rozbawiony z ukrycia obserwował tę scenę. Jegomość w dalszym ciągu perorował włączając dodatkowo gestykulację, a pies w dalszym ciągu nic sobie z tego nie robił. Wreszcie chcąc nie chcąc dżentelmen w jesionce wziął psinę na ręce i ruszył w dalszą drogę. Po kilkunastu krokach psisko zeskoczyło na ziemię i pociągnąwszy pana za sobą pobiegło w swoją stronę. Grzegorz wychynąwszy zza drzewa zdążył jeszcze zobaczyć jak pędzą klucząc między drzewami i przeskakując nad wystającymi korzeniami. Kilkadziesiąt metrów dalej natknął się na kolejnego dziwnego osobnika. Starszy, łysy, przygarbiony, w dresowych spodniach, starych adidasach i znoszonej, beżowej kurtce, szedł szybkim krokiem trzymając przed sobą splecione dłonie. Gdy się mijali, dało się zauważyć, że mamrocze cały czas do siebie coś na kształt modlitwy. Łagodnie się uśmiechając skinął Grzegorzowi głową nie zwalniając kroku. Grzegorz przystanął, odwrócił się i uniósłszy dłoń w geście udawanego błogosławieństwa wyszeptał w kierunku prędko oddalających się pleców spacerowicza:
- Nadaję ci imię Modlitewnik - prychnął śmiechem postanawiając opatrzyć imionami wszystkich dziwaków, których dzisiaj spotka. Tym sposobem jamnik został Reksiopsem, a jesionkowy gość Reksiopanem, choć kto wie, czy Reksiopies nie zaprotestowałby uważając, że powinno być odwrotnie.
W pobliżu Moczarów do uszu Grzegorza doleciał osobliwy hałas ni to terkoczącej nieznanej maszyny, ni to charkotu przedpotopowego zwierzęcia. Gdy zza krzewów wyłoniła się samotna ławka, ujrzał siedzącego na niej dziadka pociągającego solidny łyk piwa z trzymanej w ręce puszki. Siwy staruszek nie zwrócił wcale uwagi na przechodzącego Grzegorza, tylko odłożywszy puszkę wyjął z kieszeni wielką, kraciastą chustkę i przyłożył ją do pokaźnych rozmiarów nosa. Trąbiący dźwięk, od którego zadrżały drzewa rozległ się po lesie niczym pogłos trąb jerychońskich.
A ty, dziadku, od dzisiaj zwał się będziesz Trąbofonem - akt chrztu dokonał się po raz trzeci.
Ciekawe, czy będę ich tu spotykał częściej, wyglądają na stałych bywalców.
Gdy stanął przed Drzewem i przyłożył dłoń do jego pnia, przez głowę przebiegła mu myśl za jakiego dziwoląga jego by uznano i jakie mógłby otrzymać imię.
Może Kopulujący z Drzewami?
Roześmiał się.
- Trr, tr - rozległo się gdzieś w górze.
- Cześć, przyszedłem pomyśleć, a zajmuję się głupotami - kruk spoglądał na niego z wysoka przekrzywiając dziób raz w prawo, raz w lewo.
Rozłożył ręce obejmując pień na tyle, na ile się dało i przywarł do niego opierając policzek o szorstką korę. Wziął głęboki wdech wypełniając płuca zapachem wilgoci. Zamknął oczy i stał tak przez chwilę wnikając do środka i czując jak jego skóra grubieje i twardnieje, ramiona wydłużają się i pokrywają nabrzmiałymi pąkami, które już niedługo napojone świeżymi sokami eksplodują nowym życiem. Otworzył oczy i rozejrzał się. Głowę miał teraz niemal w chmurach. Dookoła było widać czubki drzew kołysane łagodnymi podmuchami wiatru. Dalej wyrastały pudełka domów i wyglądające jak zbudowane z klocków osiedla mieszkaniowe. Za nimi rozciągały się bure pola stykające się z niebem na granicy horyzontu. Poruszył rękoma czochrając grzywy najbliżej rosnących sosen. Kępki miękkich igieł delikatnie pieściły mu dłonie. Coś połaskotało go w łokieć. Wiewiórka wdrapała mu się na rękę muskając go puszystym ogonem. Zaintrygowana przez chwilę przyglądała mu się ciekawie, po czym przebiegła mu po plecach na drugą rękę i przeskakując po gałęziach zniknęła mu z oczu. Poczuł ukłucie w okolicach kolana. Zerknął w dół i wytężył wzrok. Dzięcioł podskakiwał mu po nodze i sondującymi uderzeniami dzioba sprawdzał grubość skóry.
Ej, nie mam robaków, nie musisz mi robić punkcji.
Zdecydował, że pora wracać. Powoli obsunął się ku ziemi i oderwał od pnia. Kruk poderwał się z gałęzi i z szumem skrzydeł odleciał w swoją stronę. Grzegorz podobnie. Opuszczając las miał już podjętą decyzję, co do najbliższej przyszłości.