Siedziałem w więzieniu. Prawdziwa historia - pseudonim Grek

-
Proszę czekać
Od redakcji
 

Kiedy czytam o więzieniu, od razu nasuwają mi się cytaty: "Tu był własny, osobliwy świat, niepodobny do niczego innego; tu były własne, osobliwe prawa, osobliwa odzież, osobliwe zwyczaje i obyczaje, i martwy za życia dom, i życie jak nigdzie indziej, i szczególniejsi ludzie."[1] "[...] jeżeli na pierwszym planie [...] jest gilotyna i jesteśmy tym zachwyceni, to dlatego że najłatwiej jest odrąbywać głowy, a najtrudniej mieć poglądy?"[2] To Dostojewski.

W książce, którą trzymacie w rękach, nie znajdziecie jednak podobnie sformułowanych myśli. Nie będzie przesadnie skomplikowanych zdań o wyszukanej budowie i pięknej składni. Wyrafinowanej kuchni słowa w tej restauracji nie uświadczycie. Co w zamian? Czarny chleb i czarna kawa, a w przerwach solidny wpie***l. Słowem, będzie to, co w powyższych cytatach się kryje, ale podane wprost. Jak silnym ciosem w szczękę. Znienacka i bez ceregieli. Prosto i na temat. Prawda bowiem bywa podła, brzydka i niesmaczna. A świat Greka taki właśnie jest. Nie ma tematów tabu i przemilczanych faktów. Grek jedzie po bandzie, a to nie jest niedzielna przejażdżka. To ostra jazda na całego po brudnej autostradzie życia. Życia kryminalisty.

Książek o więzieniach jest sporo. Czym zatem ta książka różni się od setek innych? Tym, że faktycznie i samodzielnie napisał ją były więzień.

O tym, jaki jest Grek, możemy się dowiedzieć z jego poprzednich publikacji: Byłem gangsterem. Prawdziwa historia i Napadałem na banki. Prawdziwa historia. Na kartach tej książki pojawia się wspomnienie o Kwadracie, dawnym wrogu, który porwał Grekowi syna, a także o Bokserze, byłym wspólniku, patologicznie skąpym bossie mafii okradającym własnych żołnierzy. Jest obecny również Hydraulik, niezbyt rozgarnięty i myślący zdecydowanie zbyt powoli przestępca, z którym Grek miewał wielokrotnie do czynienia. Jest wreszcie Beata, żona Greka, do której określenie "kobieta mafii" pasuje w dwójnasób; jej uroda dorównywała bezwzględności, a chciwość pewności siebie. To za namową Beaty Grek zaczął grypsować, co wydaje się zupełnie niemożliwe w świetle wszystkich opowieści czy to filmowych, czy książkowych o pobycie w więzieniu, ponieważ kobiety do takich rzeczy nie namawiają (prawie) nigdy. Na szczęście, autor nie opowiada o fikcyjnych wydarzeniach, ale streszcza to, co wydarzyło się naprawdę. A prawda bywa złożona. Bywa również banalna. Jedną jej częścią jest brutalna walka o przetrwanie i brudne porachunki gangsterów, a drugą - prozaiczność tak zwanych realiów prawdziwej odsiadki.

Jak się okazuje, pobyt w więzieniu nie ma nic wspólnego z wizjami wykreowanymi w literaturze czy filmach. Grek nie jest żadnym szlachetnym Andym Dufresne'em (bohater Skazanych na Shawshank) czy złorzeczącym Bogu i światu w swojej zatęchłej celi Konradem vel Gustawem z Mickiewiczowskich Dziadów. No może poza jednym małym podobieństwem do tego ostatniego, mianowicie - skłonnością do improwizacji.

Grek jest gangsterem. Pamiętajmy o tym. Po prostu wpadł i trafił do więzienia, gdzie miał spędzić kilka lat. Musiał się przyzwyczaić do nowych realiów. Nauczyć się zasad, nowego języka, hierarchii i swoistych obyczajów. Musiał się dostosować. A w więzieniu, jak się okazało, można nieźle żyć, pod warunkiem że ma się pieniądze. Ba, można żyć całkiem dobrze, organizować imprezy, brać śluby, popijać whisky, tłuc współwięźniów, a także sprowadzać panienki i korumpować prokuratora; wszystko to zza krat, za cichym przyzwoleniem strażników. Opłaconych strażników, dodajmy.

Jednak więźniowie mają różny status. Istnieje coś, co się nazywa kategorią N, są to więźniowie szczególnie niebezpieczni. Ci wybrańcy nie trafiają do zwykłej wieloosobowej celi, ale do jednoosobowej klitki, w której nie można rozprostować nóg. Są skuci i gadają do siebie, bo dojmująca samotność, brutalność klawiszy, a także zwyczajna nuda prowadzi ich na skraj psychicznej zapaści. Robią rachunek sumienia, rozmyślają o swoich uczynkach i o naturze zła. Grek przerobił i to.

W tej części swej opowieści przekonuje: "Patrzcie, tak kończą tacy jak ja. Jeśli jesteś dręczycielem, socjopatą, despotą czy innym popaprańcem, kończysz albo na enkach albo w trumnie. A najgorszy jest moment, kiedy ta prawda do ciebie dociera. Jesteś z nią sam na sam w celi i nic nie możesz zrobić. Jesteś jak superbohater, który nagle utracił całą swoją moc". Grek opowiada o tym konkretnie, nie siląc się na fałszywą pozę mędrca, którym nie jest. Bo wprawdzie jest to opowieść o pobycie w więzieniu we wszystkich niemal jego aspektach i o przestępczym życiu albo raczej o jego konsekwencjach, jednak, co istotne, nie uderza w patetyczne tony skruchy i pokutowania za winy.

Za tę szczerość dziękowali mu czytelnicy jego dwóch poprzednich książek i zapewne podziękują mu i tym razem. Jemu, byłemu przestępcy, który "kradł, zabijał i porywał ludzi". Oto dlaczego ta książka różni się od setek innych.

A czy "człowiek jest z natury despotą i lubi być dręczycielem"[3]? - chciałoby się zapytać za klasykiem, specjalistą od badania ludzkiej duszy. Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Każdy powinien poszukać jej sam, między innymi w tej książce.

 

Patryk Młynek

Wydawnictwo Dolnośląskie

 
Rozdział 1
 
Za bramą
 

Stałem przed bramą zakładu karnego gdzieś na wschodzie Polski. Wcześniej wiele razy zastanawiałem się, jak się będę czuł, wychodząc z więzienia. Czy będę skakał z radości, czy się rozpłaczę? Teraz czekałem, aż brama się otworzy i będę wolny po ośmioletniej odsiadce. Nie czułem nic! Żadnych emocji, stałem i czekałem, aż ta pierdolona brama się otworzy. Usłyszałem cichy szum przesuwanych ciężkich metalowych drzwi. Spojrzałem w górę na wieżę strażniczą. Klawisz patrzył na mnie obojętnym wzrokiem. Machnął do mnie ręką, idź... Stanąłem po drugiej stronie. Nie oglądałem się za siebie. Spojrzałem na ludzi idących po chodniku. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Kilka aut przejechało ulicą. Stałem w swoich nowych ciuchach z torbą, w której trzymałem resztę rzeczy osobistych z pudła. W kieszeni spodni miałem około sześciu tysięcy złotych. Majątek jak na więźnia. Mama wpłacała mi moje pieniądze na konto wypiskowe[4] i tzw. żelazną kasę. Jak więzień ma kogoś, kto wpłaci mu jakieś pieniądze do zakładu karnego, to część z nich jest zabierana przez zakład karny na żelazną kasę. To są pieniądze przechowywane przez administrację i wręczane skazanemu, gdy wychodzi na wolność, a za resztę może sobie z reguły raz na dziesięć dni zrobić zakupy w więziennym sklepiku. Kupić można praktycznie wszystko - od papierosów po jedzenie, na czajniku elektrycznym kończąc. Ceny naturalnie są o wiele wyższe od tych za murami i czasami jedzenie w tych sklepikach lub kantynach nie ma daty ważności. Ale przecież wszyscy chcą zarobić. To dobry biznes. Umiem liczyć i wiem, że ajenci kantyn zarabiali ogromne pieniądze. W zakładach karnych, w których ja siedziałem, było zawsze około dwóch tysięcy skazanych. Łatwo policzyć. Naturalnie nie wszyscy mieli pieniądze. Większość więźniów była pozostawiona sama sobie. Nie mieli rodziny ani przyjaciół. Na ogół zasłużyli sobie na taki los. Znęcali się nad rodziną lub po prostu byli zwykłymi skurwielami dla bliskich.

Stałem na ulicy kilka minut i powoli docierało do mnie, że jestem wolny. Skierowałem się w lewo. Szukałem taksówki, ale najpierw chciałem zjeść gorącą pizzę i wypić setkę dobrej whisky. Mamę powiadomiłem, że wychodzę zaraz po wokandzie, bo sędzia przyznał mi warunkowe. Zadzwoniłem do niej z telefonu na peronce[5] półotwartego zakładu karnego, w którym siedziałem przez ostatnie dwa miesiące.

- Mamo, cześć to ja...

- Cześć, synku, i co? Wrócisz do mnie? Zjemy w końcu razem obiad.

Mama przestała już wierzyć, że wyjdę przed końcem wyroku. O warunkowe starałem się kilkanaście razy.

- Właśnie idę się pakować, matulu, i wracam do ciebie, kochana moja.

Mama się rozpłakała. Mnie też łzy pociekły. Nie chciałem, żeby inni więźniowie zobaczyli mnie w takim stanie.

- Kiedy będziesz, kiedy? Wracaj szybko. Kiedy będziesz, no mów.

- Muszę się spakować, odebrać wszystkie swoje rzeczy z magazynu i wychodzę. Potem wezmę jakąś taksówkę i jadę do ciebie. Nie będę przecież wracał pociągiem, bo za dwa dni bym się zjawił. Czekaj na mnie i się nie denerwuj. W końcu jestem wolny.

- Szybko, synku, szybko wracaj.

Rozłączyłem się. Starłem z policzków łzy, rozejrzałem się, czy nikt nie widzi, że się rozkleiłem, i skierowałem się do pokoju wychowawcy. Pożegnałem się i poszedłem za klawiszem, który na mnie czekał. Nie żegnałem się z więźniami. W tym półotwartym zakładzie siedzieli sami alimenciarze i alkoholicy, którzy zabili kogoś samochodem pod wpływem. Od dawna już nie szukałem kumpli w puszce, bo tam ich nie ma... dziewięćdziesiąt dziewięć procent to zwykłe frajerstwo czyhające na ofiarę, naturalnie słabszą od siebie. Mnie na szczęście wszyscy się bali. Po cichu się ewakuowałem, nie mówiąc nikomu "cześć". To więzienie było jak sanatorium. Słowo.

Czułem się w nim jak na koloniach. Później opiszę, jakie tam panowały warunki. Nigdy bym nie uwierzył, że są takie kryminały, gdybym do takiego nie trafił. Na zawsze zapamiętam wcześniejsze miejsca odosobnienia... w tym enki. Lochy i kazamaty to dobre określenie.

 

[...]

Projekt okładki
www.designpartners.pl
 
Fotografie na okładce
? ArturVerkhovetskiy/depositphotos.com
? 3dmentat/depositphotos.com
 
Koordynacja projektu
PATRYK MŁYNEK
 
Redakcja
JACEK RING
 
Korekta
ANNA KURZYCA
 
Skład
LOREM IPSUM - RADOSŁAW FIRDOSICHIN
 
Polish edition ? Publicat S.A., Grek, MMXIX (wydanie elektroniczne)
 
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
 
Wydanie elektroniczne 2019
 
ISBN 978-83-245-8376-8

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

 

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

 

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej