Roz
Rossana Lacertosa nie znosiła tłumów.
Nienawidziła denerwującego poczucia anonimowości, kiedy przedzierała się pomiędzy ludźmi, popychając ich, gdy nie schodzili jej z drogi wystarczająco szybko. Tłumy były tak irytująco powolne, a Roz niczego nie robiła wolno.
Rozejrzała się po kolorowym nocnym targu, który wylewał się poza plac, na boczne uliczki. Apostołowie poruszali się grupami wśród straganów, a nocne powietrze wypełniały dźwięczące ekscytacją głosy. Odbywające się w każdy weekend od zmierzchu do świtu Mercato było jedną z wielu w Ombrazii imprez przeznaczonych wyłącznie dla apostołów. Można było tam kupić magiczne towary: szaty zaklęte tak, by ogień się ich nie imał, noże, których nie trzeba było nigdy ostrzyć, zamki, które otwierały się tylko pod wpływem dotyku określonej osoby. To ostatnie było czymś, nad czym sama Roz pracowała z przerwami od tygodni. Biorąc pod uwagę niedawną działalność buntowników, takie zamki były bardzo potrzebne, więc ona i inni apostołowie Cierpliwości oderwali się na chwilę od tworzenia wojennych zaopatrzeń, aby się tym zająć.
Według Roz to oczekiwanie, że będzie spędzać dużo czasu na tworzeniu magicznych przedmiotów, stanowiło największą wadę bycia apostołem. Nie interesowało jej wykorzystywanie zdolności do pracy z metalem w celu wspierania już kwitnącej gospodarki Ombrazii. W rzeczywistości w ogóle mało ją obchodziła ekonomia. Nie wtedy, gdy korzystała na niej tylko część populacji.
Zacisnęła szczękę, przepychając się przez kolejną grupę ludzi. Na Mercato nie sprzedawano wyłącznie magicznych towarów. Można tam było znaleźć także zwykłe przedmioty: broń i drogie dywany, ręcznie rzeźbione statuetki i ziołowe eliksiry. Wszystko, co apostołowie mogli stworzyć w mniej niż połowę czasu, którego potrzebował na to ktoś bez magicznych zdolności. I wszystkie te rzeczy, eksportowane, osiągały niezłą cenę.
Piękna była ta część Ombrazii, gdzie światło księżyca srebrzyło płyty chodnikowe w miejscach, do których blask lamp nie docierał. Gdzie potomkowie świętych mogli udawać, że w mieście nie ma żadnych gorszych dzielnic.
Naprzeciwko siebie Roz zobaczyła apostołkę Przebiegłości, stojącą za wystawą fiolek, w których wirował nieprzejrzysty czarny płyn. Dotarł do niej silny zapach cukru i żelaza. Podążyła za nim, stukając obcasami o bruk, i uśmiechnęła się nieszczerze do sprzedawczyni.
- To, co zwykle.
Oczy rudowłosej apostołki spoczęły na nachmurzonym mężczyźnie, przed którym stanęła Roz - mężczyźnie, który powinien być następny w kolejce. Ale nie kłóciła się, gdy sięgała po fiolkę połyskującego płynu. Roz wzięła ją i zapłaciła.
- Dziękuję. - Zatrzepotała rzęsami, zerkając na stojącego za nią wściekłego mężczyznę, i powiedziała: - Przepraszam, signore. Spieszę się.
Nie spieszyła się, ale gdy zwróciła się do niego bezpośrednio, wyprostował się, nieco udobruchany.
- Nieważne.
Chyba miał nadzieję, że powie coś więcej, ale Roz posłała mu jedynie kolejny uśmiech i odwróciła się na pięcie. Wsunęła fiolkę do kieszeni kurtki, przesuwając palcem po laku.
Gdy mijała stragan obsługiwany przez kilku apostołów Cierpliwości, kątem oka dostrzegła ogień. Otaczał ich znajomy metaliczny zapach ich magii, a Roz przyspieszyła kroku, bo nie chciała, żeby ją zauważyli. Dostrzegłszy dwóch strażników na skraju placu, zwolniła i udała, że zainteresowała ją wystawa jedwabnych szlafroków. Gdy starała się podsłuchać ich rozmowę, dołączył do nich trzeci oficer, ciągnący za sobą młodzieńca. Chłopak był mniej więcej w wieku Roz, miał burzę rudych włosów i zadarty nos. Jego ubranie było tak zakurzone, że wyglądało na szare. Strażnicy ignorowali jego przekleństwa, gdy szarpał się w kajdankach wykonanych przez apostołów Cierpliwości, próbując się uwolnić.
Głupiec, pomyślała Roz. Powinien wiedzieć równie dobrze jak inni, że kajdanek nie otworzy nikt poza oficerem, któremu zostały przydzielone.
- Masz pięć sekund na odpowiedź - warknął trzeci strażnik.
Roz zaryzykowała ukradkowe spojrzenie. Był wysokim mężczyzną, poważnym, z burzą czarnych włosów. Bez wątpienia były żołnierz. Jak większość straży Palazzo.
To nie był jednak on i Roz nieco się rozluźniła.
Wiedziała, że Damian Venturi był w okolicy - mignął jej w oddali kilka razy w ciągu ostatniego roku - ale na myśl, że miałaby na niego wpaść, serce zawsze zaczynało jej bić szybciej. Zastanawiała się, co inni strażnicy sądzą o Damianie jako swoim dowódcy. Czy boją się go tak samo, jak ludzie bali się jego ojca. Nie miała wątpliwości, że chłopak, w którym kochała się w dzieciństwie, poszedł w krwawe ślady Battisty Venturiego.
Brudny zatrzymany wyszarpnął się strażnikom.
- Co, nie będziecie próbowali się bawić w złego i dobrego glinę?
Roz uśmiechnęła się szeroko, patrząc na sukienki, podczas gdy strażnik wykrzywił usta, ale nie raczył odpowiedzieć.
- Po co kręcisz się po Mercato?
- Nie kręciłem się!
- Dla mnie tak to wyglądało. - Oficer urwał, by pokłonić głowę przed przechodzącym apostołem Miłosierdzia, po czym z powrotem skupił się na chłopaku. - Nie masz pierścienia, nie możesz tu wchodzić.
Roz automatycznie zerknęła na wąską obrączkę na palcu wskazującym, która zdradzała, że była apostołką. Jak zwykle skrzywiła się na jej widok. Odkryła swoje zdolności później niż inni - kiedy ona i Damian byli razem testowani w wieku trzynastu lat, żadne z nich nie wykazało oznak magii. Jej związek z metalem rozwinął się dopiero trzy lata później. Nim do tego doszło, Damian wyruszył na linię frontu, a jej ojciec został zabity za dezercję. Roz mogła ukryć to, kim była, ale bez skromnego żołdu Jacopa Lacertosy gildia Cierpliwości pozostawała jej jedyną opcją. Mogła nienawidzić tego, kim była, ale przynajmniej dzięki temu potrafiła utrzymać siebie i matkę. Żaden apostoł - nawet jeśli jego ojciec okazał się zdrajcą - nie umierał z głodu.
Głos strażnika znów zwrócił jej uwagę. Mężczyzna spytał chłopaka:
- Co wiesz o buncie?
O, to coś nowego. Roz zastygła w nienaturalnym bezruchu, adrenalina buzowała w jej żyłach. Z tego, co było jej wiadomo, naczelny sędzia i Palazzo nie traktowali poważnie groźby buntu.
- Nic nie wiem - odparł chłopak.
Strażnik zmierzył go wzrokiem, mrużąc oczy.
- Hmm. - W końcu ustąpił. - Zapłać grzywnę i możesz spadać.
Zamiast westchnąć z ulgą, chłopak jeszcze bardziej się spiął.
- N-nie mam żadnych pieniędzy.
Nim strażnik zdołał odpowiedzieć, Roz odwróciła się i podeszła, ściągając kaptur kurtki. Ciemny kucyk opadł na jej klatkę piersiową. Uśmiechnęła się do trzech strażników w rozbrajający sposób.
- Mimowolnie usłyszałam waszą rozmowę. Z chęcią zapłacę grzywnę, jeśli dzięki temu on stąd zniknie. - Ostentacyjnie zmarszczyła nos, mając jednak nadzieję, że chłopak nie weźmie tego do siebie. Zupełnie jakby nie robiła tego wcześniej. - Ile?
Grymas strażnika został zastąpiony wymuszonym uśmiechem. Mężczyzna odsunął się od chłopaka, gdy jego wzrok padł na dłoń Roz.
- Nieważne, signora. Nie musisz się tym przejmować.
Prawdopodobnie chciał być uprzejmy, ale zabrzmiał bardziej uspokajająco, co nie przypadło do gustu Roz. Przechyliła głowę, spoglądając na strażnika z pogardą.
- Powiedział, że nie ma żadnych pieniędzy. Więc albo zgódź się na moją ofertę, albo go puść.
Coś w jej tonie musiało go przekonać, bo rozkuł chłopaka i niemalże wypchnął go z placu.
Roz uśmiechnęła się po raz kolejny, tym razem mniej miło.
- Mówią, że miłosierdzie to oznaka honoru.
Nie wspomniała, że nie ma go zbyt wiele.
Strażnicy tylko się gapili, gdy założyła ponownie kaptur i wtopiła się w ciemność.
W miarę jak oddalała się od placu, solidne filary i akcenty z kutego żelaza ustępowały miejsca ponurej architekturze i lichym drewnianym bramom. Powietrze stało się gryzące. Nie było tu latarni ulicznych, a ciemność rozciągała się, zajmując każdą przestrzeń, do której nie docierało światło księżyca. Ombrazia została podzielona na sześć sektorów na cześć pozostałych pierwotnych świętych. Dla nieuprzywilejowanych nie zostało wiele miejsca, w związku z czym postanowili przejąć opuszczony sektor, który kiedyś należał do siódmego świętego.
Każdy apostoł pochodził od jednego z pierwotnych świętych: Siły, Cierpliwości, Przebiegłości, Łaski, Miłosierdzia, Śmierci i Chaosu. Od czasu do czasu rodził się jednak apostoł, którego moc dorównywała mocy pierwotnych świętych. Kiedy tak się działo, uważano go za reinkarnację świętego - niemalże bóstwo na swoich własnych prawach.
Roz wiedziała, że historia udowodniła już, iż święty chodzący po ziemi jest niebezpieczny. Siedemdziesiąt lat temu istniały jednocześnie dwie reinkarnacje: Siły i Chaosu. Walcząc o władzę, podzieliły kraj na dwie części. Północna strona - obecnie niezależne miasto-państwo o nazwie Brechaat - poniosła straszliwą klęskę. Zjednoczyli się, by walczyć z Chaosem, a on upadł, jak każdy z jego poprzedników od początków czasu. Wszyscy twierdzili, że tak będzie najlepiej: apostołowie Chaosu byli iluzjonistami zdolnymi do manipulacji umysłem i byli po prostu zbyt potężni. Nie można było ryzykować narodzin kolejnej jego reinkarnacji. I dlatego jego ocalali apostołowie zostali zniszczeni, a podobiznę upadłego świętego usunięto ze wszystkich przedstawień panteonu. W Ombrazii - po południowej, zwycięskiej stronie - samo wspomnienie o Chaosie było uważane za herezję.
Tak wyglądała Pierwsza Wojna Świętych. Teraz toczyła się druga.
Mimo mniej przyjemnej scenerii nieprzyjaznego terytorium Roz poczuła, że się rozluźnia. Jej kroki odbijały się echem od kamienia. Dwóch mijających ją wyrostków posłało jej ukradkowe spojrzenia. Ich ubrania były wysłużone, a miny zdradzały strach. Roz zastanawiała się, czy udało im się uniknąć poboru do wojska, czy też ich czas jeszcze nie nadszedł. Kiwnęła im głową, ale żaden z nich nie odwzajemnił tego gestu.
- Na waszym miejscu nie wychodziłabym tak późno. - Roz starała się, by jej ciche słowa nie brzmiały jak groźba, ale nie była pewna, czy jej się to udało. - Zakładam, że wiecie, co się stało z Amélie Villeneuve.
Jeden z młodzieńców zbladł, podciągając kołnierz kurtki. Jednak odważniejszy z nich posłał jej oskarżycielskie spojrzenie.
- Ty tu jesteś, mimo że już późno.
Musiał mieć jakieś trzynaście lat. W tym samym wieku była Amélie. Roz odpowiedziała śmiechem i chłopak cofnął się o krok.
- Tak - przyznała. - Ale cóż, mnie o wiele trudniej zabić niż resztę.
Twarz chłopca wykrzywiła się, a jego towarzysz bez słowa szarpnął go za ramię. Oczywiście, że słyszeli o Amélie - kto nie słyszał? Jej ciało zostało znalezione dwa miesiące temu, zimne i porzucone, w nieoświetlonej uliczce niedaleko jej domu.
I nikt nic z tym nie zrobił.
- Wynoście się stąd - nakazała Roz chłopakom, którzy teraz wydawali się nieźle wystraszeni. - Idźcie do domu.
Ulegli i niemal puścili się biegiem. Obserwowała ich, dopóki nie zniknęli za rogiem na końcu ulicy. W brzuchu czuła pustkę.
Głupcy. Ledwie pochowano Amélie, a ludzie już zapominali o ostrożności. A nie była nawet jedyną ofiarą - pewnego dnia na brzegu rzeki poza sektorem Cierpliwości znaleziono martwego chłopaka, którego tożsamość nie została ustalona. Nie było powodu, by sądzić, że te dwa incydenty są ze sobą powiązane, ale Roz siłą rzeczy dostrzegała, jak mało wysiłku włożono w wytropienie sprawców. W rzeczywistości przedstawiciele Palazzo nie odnieśli się jeszcze publicznie do tych śmierci.
Nie byli apostołami, więc się nie liczyli, pomyślała Roz i splunęła na ulicę. Gdyby była kolejną ofiarą, jak zostałaby potraktowana? Czy informacja o jej śmierci trafiłaby na pierwsze strony gazet i wprawiła Ombrazię w szał? A może Palazzo uznałoby ją za córkę zdrajcy i nie przejęło się jej śmiercią?
Zwolniła, zbliżając się do zrujnowanej tawerny U Bartolo, nieoznaczonej w żaden sposób. Przed budynkiem siedziało troje dzieci - ulicznych urwisów, których rodzice zostali bez wątpienia powołani do wojska - mających nadzieję, że właścicielka tawerny da im trochę jedzenia. Ogromnymi oczami odcinającymi się na zapadłych twarzach odprowadzały Roz do drzwi.
Z wnętrza tawerny dobiegały głosy, bełkotliwe i wrzaskliwe. Roz sięgnęła do klamki, przygotowana na falę hałasu, ale znalazła się twarzą w twarz z wychodzącym pijakiem.
Mężczyzna gwizdnął, gdy przyjrzał się jej szklistymi od alkoholu oczami.
- No, no. Dobry wieczór.
Chciał położyć rękę na jej biodrze, ale Roz złapała go za nadgarstek, zanim jej dotknął. Był niższy od niej - jak wiele osób - i zbyt drobny, by stanowić realne zagrożenie.
- Patrzeć możesz za darmo - powiedziała zimno, jednym płynnym ruchem wyciągając nóż. - Ale dotyk będzie kosztował cię palec.
Facet cofnął się, jego rumiana twarz jeszcze bardziej poczerwieniała, i niemal potknął się o własne stopy.
- Brudna zdzira - wybełkotał.
- Powinnam zamiast tego odciąć ci język? - zapytała.
Kiedy wyciągnął własny nóż, zrobił to tak nieudolnie, że nie udało jej się powstrzymać śmiechu. Czy w tym zapomnianym przez świętych mieście nie było ani jednego miejsca, gdzie mogłaby iść i nie spotkać żadnego faceta, któremu wydawało się, że ma do niej prawo?
Ten był jednak zbyt pijany, by Roz zawracała sobie głowę prawdziwą walką. Wyciągnęła go więc za kołnierz na ulicę, a potem kopnęła w brzuch. Wypuścił powietrze, robiąc chwiejny krok do tyłu, po czym wylądował na tyłku.
Roz zostawiła go tam i zatrzasnęła za sobą drzwi tawerny.
Weszła do jasnego i głośnego pomieszczenia. Zamglone powietrze było gęste od dymu i smrodu różnych trunków. U Bartolo często było tłoczno, szczególnie w weekendy. Roz zamrugała i przepchnęła się między klientami do baru, gdzie czekała ciemnowłosa dziewczyna.
- Nasim. - Roz podniosła głos, by przekrzyczeć zgiełk. Szczera i zawsze lojalna Nasim Kadera była jedną z niewielu osób, które zaliczała do grona swoich przyjaciół. - Gdzie Dev?
Nasim westchnęła niesłyszalnie, kiwając głową w stronę środka pomieszczenia, gdzie siedział samotny blondyn.
Devereux Villeneuve, pogrążony w żałobie starszy brat Amélie, siedział zgarbiony na krześle. Na widok stołu zastawionego pustym szkłem Roz poczuła nieprzyjemne ukłucie w piersi. Bez wątpienia tkwił tam cały dzień, podobnie jak wczoraj i przedwczoraj. Patrzenie na niego bolało. To on znalazł na chodniku Amélie, zimną i niewykazującą żadnych oznak życia, i od tamtej pory nikt nie widział, by się uśmiechał.
- Ech, kurwa.
Roz oparła łokcie o bar, pokazując stojącemu za nim mężczyźnie, by przyniósł jej drinka. Zrobił to bez przyjmowania zamówienia.
- Ta - zgodziła się Nasim, stukając się z Roz szkłem. - No to na zdrowie.
Roz upiła łyk. Wino smakowało bardziej gorzko niż zwykle.
- O której zaczął dziś pić?
- Za wcześnie.
- Tuż przed południem - wtrącił szorstko barman, który podsłuchiwał ich rozmowę, przesuwając brudną szmatą po blacie. - Stale powiększa rachunek.
Tym razem to Roz westchnęła. Nasim wróciła spojrzeniem do Deva, przygryzając dolną wargę.
- Nadal nie chce z nikim rozmawiać.
- Dziwisz mu się? - zapytała Roz.
Pamiętała wieczór, w trakcie którego poznała Deva. Podszedł do niej, gdy po zmroku rzucała nożami za tawerną, i oparł się o ścianę z paskudnym uśmieszkiem. Bała się, że będzie próbował zalotów, ale on powiedział: Powinnaś celować w coś bardziej miękkiego, jeśli mają trzymać się celu. Kiwnął głową w kierunku faceta wychodzącego z budynku. Może w niego?
Roz roześmiała się na te słowa i od tamtej pory się przyjaźnili. Beztroski, psotny Dev, za nic miał powagę.
Aż do teraz.
Poprosił o czas na żałobę, a Roz mu go dała. Ale jego stan się nie poprawiał i niech ją szlag, jeśli miała tu siedzieć i patrzeć, jak każdego dnia upija się do nieprzytomności.
Chwyciła swojego drinka nieco zbyt gwałtownie.
- Chodź - rzuciła do Nasim, która zaśmiała się bez humoru.
- Może sama powinnaś z nim porozmawiać. - Nasim przełożyła szklankę z ręki do ręki, unikając spojrzenia Roz. - Wcześniej nie chciał mieć ze mną do czynienia.
- Jestem pewna, że to nieprawda.
Nasim zerknęła na nią spod rzęs.
- Potrafię się zorientować, kiedy ktoś nie życzy sobie mojego towarzystwa, Roz. Nie mam z tym problemu.
Problem jednak był. Roz widziała, jak Nasim i Dev zbliżali się do siebie w sposób, który pozostawał poza jej zasięgiem. Małostkowa, samolubna część niej czuła się przez to nieswojo. W końcu miała tylko ich dwoje.
Ostatnio jednak nieszczęście Deva wydawało się stawać czymś zaraźliwym. Jego znajomości się rozpadały, a Nasim pozwoliła mu się odsunąć.
Roz nie była tak wspaniałomyślna.
Manewrowanie między stolikami i klientami wymagało sporej zręczności. Po drodze w głąb tawerny nadepnęła na więcej niż jedną stopę. Pomimo hałasu i wszechobecnego smrodu czuła się w tym miejscu spokojna. Pamiętała każdą plamę na drewnianych stołach i za każdym razem, gdy Piera wymieniała obrazy na ścianach, zwracała na to uwagę.
- Dev - rzuciła Roz na powitanie, kiedy w końcu do niego dotarła. - Mogę się dosiąść?
Chłopak wzruszył ramionami.
Tyle wystarczyło jej za przyzwolenie. Opadła na krzesło naprzeciwko niego, odsuwając na bok puste szklanki, i odstawiła swoją własną.
- Nie możesz dalej się tak zachowywać.
Dev zignorował jej oświadczenie. Włosy miał w nietypowym dla niego nieładzie, a oczy na wpół przymknięte.
- Nasim przysłała cię, żebyś mi przeszkadzała?
- Nasim nigdzie mnie nie wysyłała. - Roz złożyła ręce na blacie i od razu przeszła do rzeczy. - Żadna ilość alkoholu nie przywróci Amélie życia, wiesz?
- Co ty nie powiesz - wycedził Dev, unosząc szklankę do ust. Wtedy zdał sobie sprawę, że była pusta. - W takim razie pewnie powinienem przestać pić w celach nekromanckich. Od teraz będę robił to wyłącznie dla zabawy. Przepraszam! - Wyciągnął palec, próbując zwrócić na siebie uwagę barmana.
Roz opuściła jego rękę.
- Wiem, co robisz.
Popatrzył na nią smętnie.
- Niby co?
- Wydaje ci się, że jeśli nie wytrzeźwiejesz, nie będziesz musiał mierzyć się z tym, co się stało. - Roz zdawała sobie sprawę z tego, że była nieprzyjemna, ale od tygodni nie widziała przyjaciela trzeźwego. - Wydaje ci się, że to twoja wina, bo nie było cię przy niej, by ją ochronić. Powiedz, że się mylę.
- Przestań - rzucił Dev cicho. - Nie rozu...
- Ja nie rozumiem? - Roz zaśmiała się z niedowierzaniem. Walnęła pięścią w stół, zmuszając przyjaciela, by spojrzał jej w oczy. - Wiesz, co stało się z moim ojcem. Myślisz, że nie chciałam utonąć w żalu po tym, jak znaleźliśmy na progu jego głowę? Albo kiedy moja matka niemal przez to oszalała? - Jej głos przypominał syk i musiała się wysilić, by pohamować frustrację.
Dev wyglądał, jakby zapadł się w sobie, gdy kulił chude ramiona. Kiedy się odezwał, w jego słowach brzmiał jad, który Roz doskonale znała.
- Oni nic nie zrobili, Roz. Wiem, że przeprowadzono sekcję, ale ani moim rodzicom, ani mnie nie pozwolono zobaczyć raportu. Nadal nie mamy pojęcia, jak umarła. - Wygiął palce, żyły przebijały się przez bladą skórę. - Żaden strażnik z Palazzo nie został przypisany do tej sprawy. Nikt nie rozmawiał z potencjalnymi świadkami. Amélie nie była apostołką, więc... - Dev przełknął ślinę. - Zupełnie jakby w ogóle się nie liczyła. Ty przynajmniej wiesz, kto zabił twojego ojca.
Roz wypuściła powietrze, pozwalając, by wraz z oddechem opuścił ją gniew.
- Masz rację. Wiem. Ale jaką to robi różnicę? Krąży dumnie po Palazzo, stale chroniony, i nigdy nie poniósł żadnych konsekwencji.
Generał Battista Venturi - ojciec Damiana - wydał rozkaz wytropienia i zarżnięcia Jacopa jak zwierzęcia po jego ucieczce z linii frontu.
W akwamarynowym spojrzeniu Deva pojawił się cień. Z namysłem przeciągnął palcem wskazującym po krawędzi najbliższej szklanki.
- Jaki to wszystko ma sens, Roz, jeśli nie możemy uzyskać sprawiedliwości nawet dla tych, którzy są nam najbliżsi?
I wtedy pękł. Ukrył twarz w dłoniach, a jego ramiona drżały, gdy oddychał coraz głośniej. Roz nie próbowała go pocieszać pustymi słowami; wiedziała, że nie chciał ich słyszeć. Po prostu siedziała z nim, czekając, aż skończy.
- Uzyskamy sprawiedliwość - powiedziała Roz cicho. - Dla mojego ojca. Dla Amélie.
Gdy ich spojrzenia się spotkały, dostrzegła, że oczy Deva były suche. To znaczyło, że jeszcze go nie straciła. Stanowili dwie strony tej samej monety: oboje zmienili swoje nieszczęście w coś bezwzględnego. Musiała mu tylko przypomnieć, że zemsta była lepsza niż pogoń za duchami.