Czarownica. Czarownica. Czarownica. Z każdym moim krokiem słyszę nienawiść w głosie Roze'a, gdy szeptał do mojego ucha to potępiające słowo.
Może mogę się z nim targować. Kłóci się to z wszystkimi moimi zasadami etycznymi, ale być może nie pozostawi mi wyboru. Istnieje los o wiele gorszy niż śmierć, na który królowa może skazać dziewczynę z magią krążącą w żyłach i bez rodziny, która by ją chroniła.
Tak naprawdę mam rodzinę, ale nie widziałam ich, odkąd zostawili mnie w sierocińcu, gdy miałam pięć lat. Wciąż żyją gdzieś głęboko w jaskiniach wykutych w zboczu góry za Zamkiem Aragoi.
Gdy przybyły Mgły, nie było za wiele czasu, żeby zaplanować odpowiednie mieszkania dla prawie siedemnastu setek ludzi stłoczonych w zamkowych murach. Mieszkańcy miasta pognali do zamku, chronieni łaską świętych, gdy jednak bramy zamknięto, wielu wciąż znajdowało się na zewnątrz. Zostali tam, by połykać truciznę, która pożarła ich od środka.
Kiedy stało się jasne, że Mgły nie znikną w niedługim czasie, klasa rządząca odizolowała wszystkich plebejuszy w pomieszczeniach dla służby. Setki ludzi żyły jeden na drugim jak karaluchy. Dlatego pospólstwo opracowało własny plan - górnicy wykuli drogę w zboczu góry, żeby stworzyć więcej miejsca.
To nie było idealne rozwiązanie. Jaskinie były ciemne i szerzyły się w nich choroby, ale królowa i arystokraci postanowili zostawić tych ludzi samym sobie.
Mimo to święci mi pobłogosławili i dostałam się do Vandenberghe, gdzie miałam okna i prawdziwe łóżko do spania. Tak niewiele nisko urodzonych dzieci zostaje przyjętych i musimy zapracować sobie na miejsce, podczas gdy arystokratom, takim jak Roze, podaje się wszystko na tacy. Większość uczniów pochodzi z arystokratycznych rodzin, które wymagają, żeby uczęszczali do tej szkoły i kontynuowali setki lat tradycji, tak jakby społeczeństwo nie rozpadało się wokół nas, Mgły nie wirowały tuż za drzwiami, a ludzie nie skakali sobie do gardeł. Kiedyś Vandenberghe było klejnotem koronnym nauki na kontynencie i uczęszczali tu tylko najbardziej obiecujący uczniowie z każdego kraju - oraz naturalnie ci, w których krwi płynęło wystarczająco dużo bogactwa. Moi profesorowie mówią, że teraz szkoła jest cieniem samej siebie.
W końcu wchodzę do biblioteki, oddycham głęboko i wyciągam szyję w stronę łuków przyporowych nade mną. Trzy kondygnacje książek - cudownych, wspaniałych książek - okrążają czytelnię znajdującą się na środku. Wysoki sufit zbliża się do otwartego nieba, ale po zachodzie słońca ledwo mogę je zobaczyć. Lampy gazowe nie przenikają cieni o tej porze nocy.
Podążam ciemnym korytarzem za recepcją i znajduję biuro profesorki Borges.
Pukam do drzwi i słyszę gardłowy głos, która woła:
- Wejdź.
- Dobry wieczór, pani profesor - mówię, gdy przekraczam próg.
Profesorka Borges jest niemal niewidoczna za ogromnym dębowym biurkiem i na krześle z wysokim oparciem. Zerka na mnie znad okrągłych okularów, a jej siwe włosy swobodnie opadają na ramiona.
Jej biuro jest duże, ale tak zagracone, że wydaje się niewielkie - stosy książek i papierów zaśmiecają podłogę w każdym kącie, a półki są pełne książek, fiolek i innych dziwnych przedmiotów. Dostrzegam tu gnijące ząbki czosnku, ogromną czaszką konia i coś, co wygląda jak zaschnięte truchło kota. Nigdy nie pytałam o żaden z nich. Chyba bezpieczniej tego nie robić.
- Violu. Chciałam z tobą pomówić o... - przerywa, a jej oczy wędrują w stronę drzwi. - Twoim ostatnim egzaminie.
Marszczę brwi, gdy siadam przy jej biurku.
- Och. - To jedyna odpowiedź, która przychodzi mi do głowy.
Naprawdę wezwała mnie tu w tej sprawie?
Przegląda papiery patykowatymi palcami, aż znajduje moją pracę i mi ją podaje.
- Twoja praca jest skrupulatna, ale tłumaczenia sztywne - mówi, odchylając się i składając dłonie na kolanach.
Najeżam się. Moje tłumaczenia były idealne. Sprawdzałam trzy razy.
- Sztywne - powtarzam, starając się brzmieć uprzejmie.
- Zbyt dosłowne.
Wiem, co oznacza słowo "sztywne".
- Ja... Przepraszam. Nie rozumiem. Czy są niepoprawne?
- Nie, teoretycznie nie - mówi profesorka. - Ale poprawność nie wystarczy. Brakuje im duszy.
Duszy. Gryzę się w język, żeby nie powiedzieć tego, o czym myślę.
- Czy nie powinnam dosłownie przedstawiać znaczenia tekstu?
Profesorka zaciska usta.
- Z każdym tłumaczeniem wiąże się interpretacja, panno Sinclair. Dałam ci szansę, której nie otrzymał żaden inny uczeń, pozwalając ci pracować nad hiverniańskim projektem, a jakość twojej pracy powinna odzwierciedlać ten przywilej.
- Oczywiście - zgadzam się.
W wolnym czasie pomagałam profesorce z projektem dla korony - to tłumaczenie starożytnych run, które kiedyś były pierwszym pisanym językiem Hivernii. Tak nazywał się półwysep teraz zajmowany przez królestwa Aragoi i Castelle.
Profesorka rzetelnie szukała zaginionej Księgi Losu, starożytnego tekstu, który zaginął przed wiekami. Jednak niedawno zainteresowanie nią odrodziło się z powodu Mgieł. Wszystkie książki na temat magii zostały zniszczone na koniec wojny aragoańsko-castelliańskiej, przez co królestwo było całkowicie bezsilne w starciu z gęstą jak smoła trującą mgłą, która napierała na zamek. Gdy więc pani Borges odkryła podczas swoich badań, że w Księdze Losu opisano, jak rozproszyć Mgły, udała się z tym odkryciem prosto do króla i królowej. Udzielili jej pozwolenia na odszukanie tekstu, wiedzieli jednak, że księga została napisana hiverniańskimi runami. Przez tysiąclecia nikt nie zdołał ich przetłumaczyć, dopóki nie zajęła się tym profesorka, która zaprosiła mnie do wspólnej pracy. Mówiła, że robimy to, byśmy mogły wydostać się z tego zamku, znowu hodować plony, podróżować, ponownie żyć pod słońcem. Nie było nic ważniejszego.
Teraz pani Borges znowu zerka na drzwi, a potem kieruje uwagę na mnie i stuka w moją pracę długim palcem. Mrugam, patrząc na kartkę - raz i drugi.
- Przepraszam. Wciąż nie rozumiem, co tu jest nie tak.
Obrusza się, odsuwa papier, poprawiając okulary, i zaczyna czytać:
- Serce jest dominium zła.
Kiwam głową. To wers z bardzo starego aragoiskiego wiersza. A to jest jego wierne tłumaczenie.
- Myślisz, że to jest najlepszy przekład? - pyta, patrząc na mnie znad oprawek okularów.
Nawet jeśli wiem, że tłumaczenie jest poprawne, wyraz jej twarzy sprawia, że zaczynam w siebie wątpić. Mruży oczy i wpatruje się we mnie z taką intensywnością, że wydaje się, jakbym miała zrozumieć coś istotnego, co jest tuż w zasięgu ręki, a mimo to mi się wymyka.
Nauczycielka wypuszcza powietrze przez nos i kręci głową.
- Błyskotliwa dziewczyna. Twój umysł jest wybitny, Violu.
- Dzięku...
- Ale serce głupie.
Rozdziawiam usta.
- Proszę pani...
- Mam coś dla ciebie - mówi, jakby nie zauważyła, że mi przerwała.
Sięga do szuflady biurka i wyciąga małą książkę oprawioną w czarną skórę. Kładzie ją na blacie.
Na przedzie widnieje srebrna pieczęć - lew w koronie - znajomy symbol królestwa Aragoi. Lwa oplata jednak nieznany mi smok, którego oczy lśnią jak diamenty i który trzyma berło w sękatych szponach. Biorę książkę do rąk i przyglądam się dokładniej. Pieczęć otacza coś, co przypomina pnącza, a pod liśćmi są ukryte cztery symbole wplecione w kunsztowny wzór węzłów - hiverniańskie runy. Cała kompozycja jest dziwnie... brutalna, niepokojąca, nieodpowiednia. Serce mi się ściska na ten widok, jakbym wpatrywała się w paszczę drapieżnika.
Nie, nie. To tylko książka. Nic żywego.
- Może wydać ci się interesująca - mówi profesorka. - Sama przekonałam się, że odpowiada na wiele moich pytań.
Unoszę wzrok.
- Czy jest związana z Księgą Losu?
- Czy tak powiedziałam?
Nie rozumiem. Zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę jestem tutaj, żeby omówić mój egzamin, czy może dzieje się coś osobliwszego. Zaczynam czuć swędzenie na karku.
- Pani profesor...
Rozlega się tak głośne uderzenie w drzwi, że aż podskakuję.
- Wejść. - Ton głosu nauczycielki jest szorstki, a gdy obracam się, żeby spojrzeć na jej twarz, oczy ma przymrużone i pozbawione emocji.
Drzwi się otwierają, a ja się odwracam. Stoi w nich mężczyzna tak ogromny, że wypełnia całą framugę - ma szerokie ramiona, srogi wyraz twarzy i krótko przyciętą brodę. Wpatruję się w jego bordowo-złoty mundur z pieczęcią monarchii na piersi. To kapitan straży.
- Czy to ona? - pyta profesorkę, nie patrząc na mnie.
- Tak - odpowiada kobieta.
Odwracam się do niej z szeroko otwartymi oczami.
- Co się tu dzieje?
- Chodź ze mną, dziewczyno. - Strażnik chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie za sobą.
Zaczynam panikować - musieli dowiedzieć się o moim sekrecie. A może Roze powiedział im, co widział? Próbuję się uwolnić, ale wtedy zaciska dłoń jeszcze mocniej.
Patrzę na profesorkę - moją doradczynię, moją mentorkę - ale wyraz jej twarzy jest zimny.
- Proszę - szepczę.
Pani Borges zaciska szczękę i porusza się ku mnie. Chwyta moją drugą rękę, jakby pomagała strażnikowi, ale zamiast tego odbiera mi książkę i chowa mi ją do kieszeni, tak żeby nie zauważył.
- Poddaj się koronie, panno Sinclair - szepcze. - Król posiada odpowiedzi. Przy królu znajduje się zbawienie.
Łapię jej wzrok. Spojrzenie ma twarde, a ja staram się coś z niego odczytać. Cokolwiek stara się mi przekazać, nie potrafię tego pojąć.
- Nie rozumiem - błagam.
Strażnik ciągnie mnie za przedramię i wywleka z pomieszczenia.