1
Wizja ślepca
Arthur Street biegnie ze wschodu na zachód, długą, prostą wstęgą przez centrum w rejonie Fort William w Thunder Bay. Jest całkiem pozbawiona uroku - to ciąg restauracji drive-thru, stacji benzynowych, sklepów spożywczych i samochodów spieszących się, żeby jak najszybciej stamtąd wyjechać.
Jeśli skręcisz z Arthur na północ w Syndicate, znajdziesz się w Victoriaville Centre, źle rozplanowanym centrum handlowym w klimacie lat siedemdziesiątych. Jest pełne pustych sklepów i maruderów popijających kawę, zanim udadzą się do gmachu sądu po drugiej stronie ulicy. Niektóre pomieszczenia zostały zajęte przez poradnie zdrowia psychicznego, galerię sztuki i centrum medyczne dla rdzennych mieszkańców. Na piętrze znajduje się główne biuro administracyjne Nishnawbe Aski Nation (NAN), organizacji politycznej reprezentującej czterdzieści dziewięć społeczności Pierwszych Narodów zasiedlających dwie trzecie prowincji Ontario, czyli powierzchnię 543 897,5 kilometrów kwadratowych[1].
Jest tam tylko jedna winda, która zachowuje się jak starzec. Stęka, gdy drzwi się zamykają, trzęsie się i kołysze, wspinając się powoli w górę. Tabliczka obok przycisków głosi: "Gdy nastąpi awaria, dzwonić pod numer...". Gdy, nie jeśli.
To właśnie tam znalazłam się pewnego ponurego dnia w kwietniu 2011 roku. Miałam się spotkać ze Stanem Beardym, wielkim wodzem NAN.
Właśnie trwały wybory federalne. Znaczna część społeczności rdzennych mieszkańców nienawidziła urzędującego kandydata konserwatystów, premiera Stephena Harpera. W ciągu pięciu lat sprawowania funkcji zlikwidował ochronę środowiska i zbudował rurociągi. Konsekwentnie pozbawiał finansowania 634 Pierwszych Narodów żyjących w całej Kanadzie[2]. Toczył spór z Jackiem Laytonem, niegdysiejszym radnym Toronto i liderem lewicowej Nowej Partii Demokratycznej. Layton był grającym na gitarze socjalistą chcącym zburzyć autostrady i zastąpić je ścieżkami rowerowymi i parkami.
Recepcjonistka zaprowadziła mnie do dużej sali konferencyjnej, w której miałam czekać na Stana. Wszystko w tamtym pokoju było szare - ściany, plastikowe stoły, wykładzina. Jedyny akcent kolorystyczny stanowiła biała flaga z czerwonym owalem na środku. W owalu - dla rdzennych mieszkańców Kanady tradycyjnym symbolu życia - znajdował się Wielki Biały Niedźwiedź. Czerwone tło symbolizuje Czerwonego Człowieka. Niedźwiedź jest wyciągnięty, ma szeroko rozstawione łapy. Tylne są mocno osadzone na linii reprezentującej Ziemię. Łeb dotyka innej linii, symbolizującej jego związek z Wielkim Duchem na niebie. Kręgi składające się na kręgosłup to poszczególne społeczności, a żebra od nich odchodzące to rdzenne pieśni i legendy, kultury i tradycje, które łączą wszystkie klany.
Stan wszedł do sali i serdecznie się ze mną przywitał. Gdy zajmował miejsce, jego brązowe oczy lśniły.
Jest cichym, zamyślonym człowiekiem. Nic nie powiedział, tylko powoli i ociężale odchylił się w fotelu. Czekał, aż mu wyjaśnię, dlaczego przeleciałam 920 kilometrów z południa, z Toronto, żeby z nim porozmawiać o wyborach federalnych.
Zaczęłam tłumaczyć, o czym piszę, starałam się nie wyglądać na intruza w jego świecie, na kogoś, kto niby do niego pasuje, ale tak naprawdę wcale nie. Na tym właśnie polega przekleństwo mojej mieszanej krwi: jestem córką kobiety o korzeniach wschodnioeuropejskich i odżibwejskich, wychowanej w buszu jakąś godzinę na zachód od Thunder Bay, i pochodzącego z Winnipeg ojca polskiego pochodzenia.
Przedstawiłam Stanowi fatalne statystyki dotyczące wzorców wyborczych wśród Pierwszych Narodów w całej Kanadzie i powiedziałam, że w wielu okręgach rdzenni mieszkańcy mogliby wykorzystać to, że ich głosy - jako głosy osób niezdecydowanych - mają ogromne znaczenie, i w ten sposób wpłynąć na wynik wyborów.
Stan spokojnie mi się przyglądał.
Zaczęłam zadawać pytania, ale za każdym razem, gdy próbowałam wciągnąć go w rozmowę, opowiadał o zaginięciu piętnastoletniego chłopca, Jordana Wabassego.
Ta wymiana zdań do niczego nie prowadziła. Wyglądało to tak, jakbyśmy mówili dwoma różnymi językami.
- Rdzenni wyborcy mogliby wpłynąć na obsadzenie pięćdziesięciu miejsc w całym kraju, gdyby wyszli z domu i zagłosowali. Ale tego nie robią - powiedziałam. - Dlaczego?
- Dlaczego nie pisze pani o Jordanie Wabassem? - odpowiedział Stan.
- Stephen Harper nie był przyjaźnie nastawiony do rdzennych mieszkańców i gdyby wszyscy poszli na wybory, mogliby zmienić ich przebieg - odparłam.
- Jordana nie ma już od siedemdziesięciu jeden dni - odpowiedział.
Spróbowałam spytać o Laytona. Przekonywałam, że lewicowa Nowa Partia Demokratyczna z pewnością bardziej się skupi na sprawach rdzennych mieszkańców.
Stan powiedział:
- Nad wodą znaleziono but. Zdaniem policji mógł należeć do Jordana.
Impas trwał dobrych piętnaście minut. Wreszcie się poddałam i siedzieliśmy w ciszy. Byłam zirytowana. Wiedziałam, że wieść o zaginionym uczniu dziewiątej klasy z Thunder Bay nie będzie w Toronto żadną rewelacją.
I nagle przypomniałam sobie o dobrych manierach i o tym, gdzie jestem. Rozmawiałam z wielkim wodzem, wybranym przez 45 tysięcy ludzi, który najwyraźniej próbował mi coś powiedzieć.
- Jordan jest siódmym uczniem, który zaginął lub zginął w szkole - zaczął Stan. - Od 2000 roku zginęli: Jethro Anderson, Curran Strang, Paul Panacheese, Robyn Harper, Reggie Bushie i Kyle Morrisseau. Teraz zaginął Jordan Wabasse.
Wreszcie dotarło do mnie, co próbuje mi przekazać. Siedmioro uczniów. Siódemka jest w kulturze rdzennych mieszkańców bardzo symboliczną liczbą. Każdy członek plemienia Anishinaabe zna przepowiednię o siedmiu ogniach. Każde proroctwo określa się jako ogień. Każdy ogień reprezentuje kluczowy okres w historii mieszkańców Żółwiej Wyspy, czyli kontynentu Ameryki Północnej. Pierwsze trzy ognie to historia o tym, jak wyglądało życie przed pierwszym kontaktem z Europejczykami w 1492 roku, o spokojnej egzystencji wzdłuż wybrzeża Atlantyku i migracji na zachód w poszukiwaniu pożywienia i wody.
Czwarty ogień zapowiada nadejście jasnoskórej rasy i to, co się stanie po jej przybyciu. Proroctwo to ostrzega, że Anishinaabe będą w stanie przepowiadać przyszłość dzięki czytaniu z twarzy ludzi jasnoskórych[3]. Tak powstały kolejne dwie przepowiednie. Według pierwszej, jeśli twarz będzie należeć do człowieka, który wygląda na szczęśliwego i skłonnego do braterstwa, dla wszystkich mieszkańców Żółwiej Wyspy nadejdzie czas zmian. Dwa narody połączą się w jeden potężny naród - mający wiedzę i rozumiejący świat. Nastanie czas harmonii i pokoju.
Druga przepowiednia mówiła, że jeśli z jasnoskórych twarzy da się wyczytać mrok, Anishinaabe będą musieli zachować ostrożność. Taka twarz przyniesie ogromne cierpienie i śmierć. Z początku ten mrok może być trudno dostrzec. Druga twarz może wyglądać jak pierwsza, ale mogą się w niej kryć ciemne serca ludzi o jasnej skórze, którzy pragną jedynie zagrabić dla siebie to, co ziemia ma do zaoferowania. Taka twarz przyniesie zniszczenie, jasnoskórzy napełnią rzeki i wody truciznami i sprawią, że zwierzęta zaczną umierać.
Piąty ogień zapowiada wojnę i cierpienie. Ten, kto przyniesie rdzennym mieszkańcom radość, o ile przyjmą jego nauki, da im też obietnicę zbawienia. Ale jeśli posłuchają tego proroka, będą zgubieni na wiele pokoleń. Zapomną o swojej przeszłości i nie będą wiedzieli, co robić w przyszłości.
Według szóstego ognia jasna twarz będzie nosić maskę śmierci. Rdzenny lud zostanie oszukany. Spadną na niego choroby ducha i ciała, dzieci zostaną mu odebrane. Nauki Starszych i przeszłość zostaną zapomniane, rodziny się rozpadną. Ludzie będą zagubieni, zapomną o celu swojego życia - a "kielich życia stanie się niemalże kielichem smutku"[4].
Przed siódmym ogniem młodzi ludzie powstaną i zaczną podążać śladami przeszłości, szukając pomocy u Starszych, ale wielu Starszych zaśnie lub nie będzie w stanie im pomóc z innych powodów. Młodzi będą musieli znaleźć własną drogę, a jeśli im się uda, nastąpi odrodzenie rodu Anishinaabe. Jeśli zawiodą, wszystko się rozpadnie.
Stan powiedział mi, że tych siedmioro uczniów pochodziło ze społeczności żyjących setki kilometrów od Thunder Bay, zamieszkujących odległe rejony północnego Ontario. Szkół średnich jest tam bardzo mało. Wszyscy młodzi, którzy chcieli kontynuować naukę, zostali zmuszeni do opuszczenia swoich rezerwatów.
Ponad siedemdziesiąt pięć północnych Pierwszych Narodów z terytorium NAN i z Wielkiego Porozumienia Rad Numer 3[3*] w pobliżu granicy z Manitobą żyje w odizolowanych rezerwatach rozsianych na rozległym obszarze lasów pełnych brzóz, słodko pachnących cedrów i skał tarczy kanadyjskiej. Rdzenna ludność przeprowadza się do Thunder Bay z konieczności, aby ukończyć szkołę średnią, znaleźć pracę, uzyskać dostęp do opieki zdrowotnej i uciec od ubóstwa panującego w rezerwacie.
W mieście mieszka około 108 tysięcy ludzi, według danych Statistics Canada ponad 10 tysięcy z nich to ludność rdzenna[5]. Liczba ta jednak stale rośnie. Przewiduje się, że do roku 2030 rdzenni mieszkańcy będą stanowić 15 procent populacji Thunder Bay[6].
Miasto bardzo się różni od miejsc, które ci młodzi ludzie opuszczają. Tam, gdzie się wychowali, nie ma sygnalizacji świetlnej ani przejść dla pieszych. Żadnych McDonaldów ani supermarketów Loblaw. Z reguły jest tam tylko jeden sklep - Northern Store, w którym można kupić wszystko, od drogich artykułów spożywczych po baterie i kalosze. Wszystkie te towary są transportowane samolotami czarterowymi, a w związku z tym ceny są zaporowe - często trzy lub cztery razy wyższe niż w miastach leżących na południu.
Ale brak odpowiedniej żywności na północy to nie tylko kwestia cen. Warzywa, owoce i świeże mięso często są tak drogie, że aby mieć co jeść, ludzie kupują coś tańszego: chleb, napoje gazowane i przetworzone mięso. Takie wybory wymusza ubóstwo. Miejscowi mają w związku z tym różne problemy zdrowotne. Konsekwencją diety bogatej w węglowodany i cukier są cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, choroby serca i kłopoty z zębami. Istnieje silny nacisk na powrót do tradycyjnej żywności - takiej jak łoś, królik, ryba, kuropatwa i gęś. Ludzie próbują uniezależnić się od drogich produktów spożywczych i żywić tak jak ich przodkowie.
Społeczności te żyją na terenach zajmowanych przez największe skupisko słodkowodnych jezior na świecie, ale często nie mają dostępu do czystej bieżącej wody i kanalizacji. Jeśli nie ma prądu, woda nie jest filtrowana. Dostęp do stałych zasobów energii jest na północy poważnym problemem - wielu mieszkańców musi polegać na generatorach prądu z silnikiem Diesla emitujących dwutlenek węgla. Zimą przewody zamarzają. Niemal połowa rdzennych społeczności żyjących w Ontario musi przegotowywać wodę. Nie mogą pić tego, co płynie z kranów. Rodzice nie mają możliwości, żeby kąpać dzieci w czystej, pozbawionej bakterii wodzie. Czasami większe południowe miasta kradną im wodę. Przez niemal wiek leżące w Manitobie miasto Winnipeg przez wodociąg pobierało wodę z siedziby rdzennej społeczności Shoal Lake 40 w północno-zachodnim Ontario, aby zapewnić wodę pitną blisko 700 tysiącom mieszkańców. Woda, którą pozostawiono mieszkańcom Shoal Lake 40, jest skażona bakteriami i od prawie dwudziestu lat obowiązuje zalecenie, żeby ją przegotowywać[7].
Rdzenne społeczności praktycznie nie mają dostępu do szpitali - mogą korzystać z jednego, w Moose Factory - nie dysponują profesjonalną strażą pożarną, na ich terenach działa bardzo mało szkół. Prawie wszystkie szkoły w rezerwatach, do których można się dostać jedynie drogą lotniczą, kończą się na ósmej klasie, a tylko kilka na dwunastej. Jeśli młodzi ludzie chcą uczęszczać do szkoły średniej, muszą się przenieść do miasta, na przykład do Timmins, Sioux Lookout czy Thunder Bay.
Ostatnia szkoła rezydencjalna w Kanadzie została zamknięta w latach dziewięćdziesiątych. Za pośrednictwem Indian and Northern Affairs Canada (INAC) rząd federalny miał wówczas zacząć finansować i utrzymywać szkoły dla dzieci rdzennej ludności. Jednakże nigdzie w Kanadzie obietnica ta nie została należycie spełniona. Standardy nauczania i wyposażenia szkół w rezerwatach są bardzo zróżnicowane. Tego, co organy zarządzające szkołami uważają za podstawy, na przykład bibliotek, sal gimnastycznych czy laboratoriów naukowych, z reguły w nich nie ma.
- Dostęp do szkoły średniej jest prawem każdego kanadyjskiego dziecka - powiedział Stan. Ale te dzieci są traktowane inaczej, zapomina się o ich potrzebach w kraju, który szczyci się jednym z najlepszych systemów edukacyjnych na świecie.
Stan spojrzał na mnie.
- Zabiorę panią na przejażdżkę.
Wyszliśmy z biura NAN i wsiedliśmy do starego zdezelowanego pickupa. Stan włożył do odtwarzacza płytę z muzyką gospel. Powiedział, że słuchanie gospel zawsze go uspokajało. Gdy myśli o Bogu, czuje, że jest bliżej syna.
Daniel Beardy miał dziewiętnaście lat, kiedy znaleziono go pobitego do nieprzytomności na imprezie w Fort William First Nation. Właśnie kończył naukę w szkole średniej Dennis Franklin Cromarty (DFC) w Thunder Bay, przeznaczonej dla rdzennych uczniów i prowadzonej przez Northern Nishnawbe Education Council [Rada Edukacji Północnego Nishnawbe, NNEC]. Większość dzieci uczęszczających do Dennis Franklin pochodzi z rezerwatów oddalonych od Thunder Bay o kilkaset kilometrów. Uczniowie muszą mieszkać w pensjonatach, a ci, którzy je prowadzą, dostają za to wynagrodzenie. Sześcioro z siedmiorga dzieci, o których mowa w tej książce, chodziło do DFC.
Rodzina Beardych należy do Muskrat Dam First Nation, odizolowanej społeczności liczącej około trzystu osób, zamieszkującej odległe północne tereny Ontario. Można do nich dotrzeć tylko samolotem. Gdy Stan został wielkim wodzem, musiał się przeprowadzić do Thunder Bay. Dołączyli do niego żona Nellie i syn Daniel. Dzięki temu chłopak mógł uczęszczać do szkoły średniej i mieszkać z rodzicami.
Był jedynym synem Stana i Nellie, ich dumą i radością, towarzyskim nastolatkiem, który kochał życie, przyjaciół i hokeja. Zakochał się w tym sporcie, gdy miał pięć lat. Został drugim bramkarzem w hokejowej lidze Junior A w Ontario. Przeprowadzka do Thunder Bay oznaczała, że będzie mógł grać w bardziej profesjonalnych drużynach, z których kiedyś wyszły takie sławy NHL jak bracia Staal, Patrick Sharp i bramkarz Matt Murray.
Ale pewnego wieczoru pod koniec lipca wybito mu z głowy marzenia o NHL. 1 sierpnia 2004 roku, po trzydziestu godzinach spędzonych na oddziale intensywnej terapii, zmarł w wyniku odniesionych obrażeń.
Stan nie umie pozwolić Danielowi odejść. Nie pozwoli odejść całej siódemce. Kiedy opowiadał mi o stracie syna, wyraźnie wyczuwałam ból po śmierci siedmiorga młodych ludzi. Utrata Daniela i pozostałych oznaczała utratę nadziei, porażkę pokolenia, które nie umiało zadbać o następne. Te zaginięcia i śmierć oznaczały wszystko, co najgorsze w relacjach Kanady z jej rdzennymi mieszkańcami.
Stan parkował i opowiadał mi o Jordanie: on również był bramkarzem, jak Daniel.
Rozejrzałam się i zobaczyłam most obrotowy na James Street przecinający rzekę Kaministiquia. Zaparkowaliśmy niedaleko brzegu, za kilkoma opuszczonymi budynkami.
- Co tu robimy? - spytałam, gdy wysiadłam z trucka.
Zaczęłam się bać.
Przed nami rozpościerała się rwąca, brunatna rzeka Kam. Dopiero co puściły lody. Po drugiej stronie nabrzmiałych wiosennych wód wznosiła się Animikii-wajiw, Góra Grzmotu w języku Odżibwejów, przez ludność kolonialną nazywa Górą McKaya: cel wycieczek, z którego rozciąga się panoramiczny widok na miasto i śpiącego Nanabijou. Wznosząca się trzysta metrów nad miastem Animikii-wajiw zapewnia nie tylko malowniczy widok. To duchowe centrum Odżibwejów z Fort William First Nation.
Serce zaczęło mi bić szybciej. Poczułam, że zbiera mi się na mdłości. Doskonale znałam to miejsce. To rezerwat mojej babci, w którym moje dzieci biegały po wysokiej trawie w blasku letniego słońca i były karcone przez patrolujących teren policjantów za próby wspinania się po kruszących się łupkowych skałach na zboczu góry.
Stan kiwnął głową, a potem powiedział:
- Sądzimy, że Jordan został zapędzony do rzeki.
Ci, którzy go szukali, właśnie tam znaleźli jeden z jego butów do biegania. Rdzenni myśliwi, specjaliści od tropienia zwierząt, odkryli ślady stóp prowadzące do wody. Wyglądało na to, że to był pościg.
W wodach i zalewach, które wpadają do Jeziora Górnego, znaleziono już ciała czterech chłopców. Miesiąc później Jordan miał zostać piątym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki