Siedem nocy z rozpustnikiem - Anna Campbell

Reflow text when sidebars are open.
Wybrzeże South Devon, listopad 1826
W noc, gdy Sidonia Forsythe zmierzała ku swej zagładzie, niebo rozszczepiały błyskawice burzy.
Konie dziko zarżały, gdy sfatygowany powóz gwałtownie się zatrzymał. Wichura była tak silna, że powóz, nawet stojąc, wciąż kiwał się na boki. Sidonia miała tylko kilka sekund, żeby zebrać się w sobie, zanim woźnica, cień w ociekającym wodą płaszczu, wychynął z ciemności i szarpnięciem otworzył drzwiczki.
- Zamek Craven, panienko! - zawołał, przekrzykując łomot ulewy.
Przez sekundę przerażenie tym, co ją czekało, trzymało Sidonię w kleszczach paraliżu.
- Konie nie mogą długo tu stać, panienko. Wysiada panienka? - dopytywał się woźnica.
Sidonia, wciąż zesztywniała z przerażenia, pomyślała, że poprosi woźnicę, żeby ją odwiózł z powrotem do Sidmouth. Mogła jeszcze odjechać bez uszczerbku na honorze. Nikt by się nie dowiedział, że tu była.
Ale co wtedy stanie się z Robertą i jej synami?
Wspomnienie tragicznej sytuacji siostry zmobilizowało ją do gorączkowych ruchów. Chwyciła walizkę i wysiadła z powozu. Natychmiast uderzył w nią tak silny wiatr, że aż się zachwiała. Ostrożnie stąpając po śliskim bruku, spojrzała w górę na wysoko się wznoszącą ciemną budowlę przed nią.
Sądziła, że marzła w powozie, ale na zewnątrz temperatura była arktyczna. Skuliła się, bo wiatr przedzierał się przez jej wełniany płaszcz z łatwością noża tnącego masło. Jakby na potwierdzenie, że wkroczyła do królestwa gotyckiego horroru, niebo przeszyła błyskawica. Następujący po niej grzmot sprawił, że konie w zaprzęgu zaczęły się niespokojnie szarpać.
Mimo zrozumiałego pragnienia szybkiego powrotu do cywilizacji woźnica nie odjeżdżał.
- Jest panienka pewna, że ktoś tam na panienkę czeka?
Nawet pomimo wycia wiatru Sidonia usłyszała ton obawy w głosie woźnicy. Odzwierciedlał to, co sama czuła. Nie zważając na szarpiące podmuchy wichury, dumnie się wyprostowała.
- Tak, dziękuję, panie Wallis.
- W takim razie życzę wszystkiego dobrego. - Woźnica wskoczył na kozioł i trząsnąwszy z bata, zmusił konie do odjazdu.
Sidonia dźwignęła walizkę i po niewysokich schodach szybko wspięła się do ciężkich drzwi wejściowych. Spiczasty daszek nad nimi oferował jakie takie schronienie. W blasku kolejnego pioruna udało jej się zlokalizować żelazną kołatkę w kształcie lwiej głowy. Zastukała nią w drzwi, ale odgłos zginął w ryku wiatru.
Jej naglące wezwania nie doczekały się szybkiej odpowiedzi. Wydawało się, że gdy tak tam stała, chowając się przed siekającym deszczem pod daszkiem, temperatura powietrza obniżyła się o kolejne dziesięć stopni.
Co ona, na Boga, pocznie, jeśli się okaże, że w zamku nikogo nie ma?
Kiedy wreszcie, głośno skrzypiąc, drzwi się uchyliły i stanęła w nich starsza kobieta, Sidonia szczękała zębami i trzęsła się, jakby miała malarię. Targany podmuchami wiatru płomień pojedynczej świecy w dłoniach starszej kobiety nierówno migotał.
- Dzień dobry, ja... - zaczęła Sidonia podniesionym głosem, żeby przekrzyczeć burzę, ale nie skończyła, gdyż kobieta zwyczajnie się odwróciła i odeszła. Zaszokowana Sidonia weszła za kobietą do środka domu.
Znalazła się w przestronnym obleczonym mrokami holu. Z wysokich kamiennych ścian zwisały ponure brązowe gobeliny. Dalej był masywny kominek. Nie paliło się w nim, przez co atmosfera miejsca wydawała się jeszcze bardziej nieprzyjazna. Sidonia zadrżała, kiedy od kamiennej posadzki pod jej stopami powiało chłodem. W tym samym momencie ciężkie drzwi za nią zatrzasnęły się z głośnym hukiem - złowieszczy odgłos nadchodzącej zagłady. Przestraszona, szybko się odwróciła i ujrzała następnego domownika, tym razem mężczyznę, który przekręcał duży klucz w zamku. Mężczyzna był w równie podeszłym wieku co kobieta, która ją wpuściła.
Co ja, na litość boską, sobie myślałam, przyjeżdżając do tego zapomnianego przez wszystkich miejsca?
Po zamknięciu drzwi w holu zapanowała cisza, o wiele bardziej złowroga niż ryki huraganowej burzy na dworze. Jedynym słyszalnym odgłosem było kapanie wody z przesiąkniętego deszczem płaszcza Sidonii. Strach, wierny kompan, który jej towarzyszył od chwili, gdy Roberta zwierzyła się jej ze swojego tragicznego położenia, ciężko jak ołów osadził się na dnie żołądka. Kiedy zgodziła się pomóc siostrze, zakładała, że udręka, choć odrażająca, szybko się skończy. Ale gdy tak stała w środku tej posępnej twierdzy, naszło ją straszliwe przeczucie, że już nigdy więcej nie ujrzy świata na zewnątrz.
Pozwalasz, żeby ponosiła cię wyobraźnia. Natychmiast z tym skończ.
Te rozsądne słowa nie zmniejszyły jednak narastającej w niej paniki. Krocząc ze ściśniętym ze strachu gardłem za wciąż milczącą gospodynią, miała wrażenie, że w każdym ciemnym rogu holu czai się złowrogi duch. Zacisnęła mocniej palce na rączce walizki i przypomniała sobie, jakie katusze czekają Robertę, jeśli sprawi jej zawód.
Jakoś dam radę.
Jednak oczywistą prawdą było to, że choć dotarła aż tutaj, wciąż istniała możliwość, że nie zdoła wykonać misji. Mając na względzie fakt, że przybyła do zamku sama i bezbronna, Sidonia nie mogła się oprzeć przekonaniu, iż plan wymyślony w Barstowe Hall był bardzo słaby, a nawet graniczący z szaleństwem. Tylko cóż z tego, skoro mimo wszystkich wątpliwości nie potrafiła wymyślić alternatywnego sposobu na ratowanie siostry.
Starsza kobieta przed nią nadal człapała przez hol. Sidonia, odrętwiała z zimna, ledwie za nią nadążała. Mężczyzna, który zamykał drzwi, nie zaproponował, że odbierze od niej płaszcz i walizkę. Kiedy się obejrzała, nigdzie go nie zauważyła - zniknął bezszelestnie, jakby był jednym z mieszkających w zamku duchów.
Wreszcie Sidonia i jej małomówna eskorta dotarły do drzwi w przeciwległej ścianie, równie imponujących co drzwi wejściowe. Kiedy starsza kobieta je pchnęła, otworzyły się lekko na dobrze naoliwionych zawiasach. Zebrawszy się w sobie, Sidonia dała krok w łunę światła i ciepła.
W środku, drżąc ze zdenerwowania, zatrzymała się przy szczycie długiego stołu, przy którym po obu stronach stały ciężkie pociemniałe od starości dębowe krzesła. Pokój był przestronny, mogło się w nim zmieścić liczne towarzystwo, jednak gdy Sidonia wolno się po nim rozejrzała, stwierdziła, że oprócz podstarzałej przewodniczki obecna w nim jest jeszcze tylko jedna osoba.
Jonas Merrick.
Nieślubne dziecko skandalu. Bogaty jak sam Krezus. Szara eminencja możnowładców. I rozpustnik, który tej nocy użyje jej ciała.
- Jest tu jakaś dama, jaśnie panie.
Merrick, który niedbale przygarbiony siedział przy drugim dalekim krańcu stołu, wolno podniósł głowę.
Na widok jego twarzy oddech uwiązł Sidonii w gardle. Jej zdrętwiałe z przerażenia palce wypuściły rączkę walizki. Żeby ukryć zaszokowanie pod obrzeżem kaptura, szybko spuściła głowę.
Roberta ją ostrzegała. William, jej szwagier, również w bezlitosny sposób opisywał charakter i wygląd Merricka. I oczywiście, jak wszyscy inni, Sidonia słyszała plotki.
Jednak nic jej nie przygotowało na widok tej okaleczonej fizjonomii.
Tak mocno przygryzła wargę, że poczuła krew na języku. Walczyła z pragnieniem ucieczki, ale nie mogła uciec. Od tego, czy pozostanie, zbyt wiele zależało. W dzieciństwie Roberta była jej jedyną opiekunką. Teraz to ona musi ratować siostrę, nie oglądając się na koszta.
Podniosła niepewne spojrzenie na swojego szczycącego się złą sławą gospodarza. Merrick miał na sobie bryczesy i białą rozpiętą pod szyją koszulę. Sidonia oderwała wzrok od widocznego w szczelinie skrawka muskularnej piersi i zmusiła się, żeby spojrzeć na twarz. Może dopatrzy się na niej wyłomu w determinacji Merricka, oznaki litości, która odwiedzie go od przeprowadzenia bulwersującego planu.
Bliższa inspekcja dowiodła jednak, że jej nadzieje są płonne. Ktoś aż tak okrutny, żeby zaproponować podobnie diabelski układ, nie ustąpi, mając nagrodę w swoim zasięgu.
Gęste, czarne jak węgiel włosy, dłuższe niż nakazywała moda, opadały w nieładzie na wysokie czoło Merricka. Uwagę przyciągały wydatne kości policzkowe i sugerująca dużą pewność siebie kwadratowa szczęka. Głęboko osadzone oczy przepełniał wyraz znudzenia, co dla Sidonii było bardziej przerażające, niż gdyby w oczach dostrzegła błysk pożądliwości.
Merrick nigdy nie był przystojny, nawet zanim nieznany oprawca z jego tajemniczej przeszłości pociął mu nożem orli nos i gładkie policzki. Szeroka jak kciuk Sidonii szrama biegła od ucha do kącika ust. Druga, węższa, przecinała jedną z aroganckich czarnych brwi.
Pełnym gracji gestem Merrick zamknął palce bladej dłoni na nóżce ciężkiego kryształowego kielicha. W blasku świecy złowieszczo zamigotał rubinowy sygnet. Sidonia zauważyła, że wino w kielichu i sygnet są koloru krwi. Przeszył ją dreszcz trwogi.
- Spóźniłaś się. - Głos Merricka był niski i przepełniony takim samym znudzeniem jak jego zachowanie.
Sidonia spodziewała się, że będzie się bała, ale nie przypuszczała, że poczuje też gniew. Merrick był tak jawnie niezainteresowany swoją ofiarą, że zalała ją fala furii.
- Podróż trwała dłużej, niż sądziłam. - Czuła taką wściekłość, że jej dłonie, gdy ściągała kaptur, były zupełnie zdrętwiałe. - Pogoda nie sprzyja pańskiemu nikczemnemu przedsięwzięciu, panie Merrick.
Kiedy już się pozbyła kaptura, z ponurą satysfakcją przyglądała się, jak nuda znika z oblicza Merricka i zastępują ją zdumienie i ciekawość. Merrick się wyprostował i przed długość stołu posłał jej wściekłe spojrzenie.
- A kim pani jest, do diabła?
Dziewczyna, kimkolwiek u licha była, nawet nie drgnęła, kiedy zadał krewkie pytanie. Pod potarganymi włosami koloru kawy kryła się twarz blada, ale piękna - w zmysłowy, ponętny sposób.
Jonas był pod wielkim wrażeniem. Dziewczyna musiała być przerażona i zmarznięta na kość, a mimo to stała tam niczym marmurowy posąg.
No niezupełnie. Kiedy się lepiej przyjrzał, na policzkach dostrzegł lekkie rumieńce. A więc nie jest tak odważna, na jaką chciałaby wyglądać.
Za to była młoda. Zbyt młoda, żeby się zadawać z takim cynicznym, samolubnym łotrem jak on.
- Dziękuję, pani Bevan. - Nie odrywając oczu od gościa, Jonas machnął dłonią w stronę gospodyni. Powinien być zły, że pierwotna ofiara wymknęła mu się z sideł, ale ciekawość przeważyła nad gniewem. - Proszę nas zostawić.
- A ta druga dama? Mamy się spodziewać jej odwiedzin?
Usta Jonasa wykrzywił ironiczny uśmieszek.
- Nie sądzę. - Przesunął oceniającym spojrzeniem po sylwetce milczącej dziewczyny. - Zadzwonię, jeśli będę pani potrzebował, pani Bevan.
Gospodyni, mamrocząc pod nosem, opuściła pokój. Jonas został sam na sam ze swoim gościem.
- Rozumiem, że rozkoszna Roberta była zajęta - rzucił jedwabistym głosem.
Pełne usta dziewczyny mocno się zacisnęły. Pewnie szramy na jego twarzy wzbudzały w niej odrazę - we wszystkich wzbudzały - ale poza tym, że zaraz po wejściu lekko się usztywniła, jej opanowanie budziło podziw. Rozkoszna Roberta znała go od wielu lat, a mimo to wciąż przy każdym spotkaniu reagowała przerażeniem.
Poczuł przypływ mrocznej złości. Wolałby, żeby przed nim stała żona kuzyna. To ją chciał nauczyć przebywania z nim bez odczuwania wstrętu. Pojawienie się tej porywczej piękności zniszczyło te nadzieje. Ciekawe, czy dziewczyna będzie wystarczającą rekompensatą za zawód, jakiego doznał. Trudno powiedzieć. Niewiele było widać pod zniszczonym płaszczem, który był tak mokry, że wokół stóp właścicielki utworzyła się kałuża.
- Nazywam się Sidonia Forsythe. - Po tej oschłej prezentacji dziewczyna dumnie zadarła brodę. Siedział zbyt daleko, żeby dostrzec, jakiego koloru ma oczy, ale widział, że iskrzyły się niechęcią. Ocienione delikatnymi brwiami były duże i skośne, nadając twarzy egzotyczny wygląd. - Jestem młodszą siostrą lady Hillbrook.
- Moje kondolencje - mruknął oschle. Och, teraz już wiedział, kto przed nim stoi. Słyszał, że niezamężna siostra Forsythe mieszka w Barstowe Hall, rodzinnej posiadłości kuzyna, choć nigdy osobiście jej nie spotkał.
Uważniej przyjrzał się przybyłej, szukając podobieństwa do siostry, lecz go nie znalazł. Robertę, wicehrabinę Hillbrook, uważano za piękność, jednak jej uroda należała do typu konwencjonalnych. Ta dziewczyna, z jej ciemnymi włosami i emanującą od niej aurą jeszcze nietkniętej zmysłowości, to zupełnie inna klasa. Był nią coraz bardziej zainteresowany, jednak pilnował się, żeby jego głos tego nie zdradzał. Mówił znudzonym tonem, jakby przybycie dziewczyny specjalnie go nie poruszyło.
- A gdzie się podziewa Roberta w tę piękną noc? Jeśli się nie mylę, umówiliśmy się, że od dzisiaj spędzimy razem uroczy tydzień.
Przez twarz dziewczyny przemknął cień triumfu; mimo ciemnych włosów pojaśniała jak pochodnia.
- Moja siostra pozostaje poza pańskim zasięgiem, panie Merrick.
- Ale nie pani. - Okrasił uśmiech cieniem groźby.
Dziewczyna z miejsca straciła pewność siebie.
- Nie.
- Domyślam się, że chce pani zaoferować siebie w zamian za siostrę. Piękny gest, choć to nieco aroganckie zakładać, że dowolna kobieta zaspokoi moje wymagania. - Niedbale upił wina, chcąc tym gestem rozdrażnić tę zarozumiałą dziewczynę, która mu zepsuła jego podstępny plan. - I choć jestem przekonany, że jest pani ogromnie czarująca, jednak obawiam się, że nie może pani spłacić długu za siostrę. To ona go zaciągnęła, nie pani.
Jej smukła szyja zadrżała, gdy dziewczyna przełknęła ślinę. Tak, pod przykrywką brawury zdecydowanie była wystraszona. Ale on nie miał aż tak czułego serca, żeby pożałować tej dzielnej osóbki. Choć na jedną krótką chwilę coś się w nim jednak poruszyło, jakieś ludzkie uczucie. Też był kiedyś młody i wystraszony. Wciąż pamiętał, jak to jest, gdy się udaje odważnego, choć w rzeczywistości serce kurczy się człowiekowi z przerażenia.
Z nieugiętą zawziętością zepchnął niemile widziane współczucie do mrocznego dołu, w którym zakopywał wszystkie złe wspomnienia z przeszłości.
- Ja jestem pańską zapłatą, panie Merrick. - Jej głos przepełniał teraz imponujący chłód. Brava, incognita. - Jeśli mnie pan odtrąci, uznamy, że dług został spłacony.
- Zdaniem Roberty.
- Honor nie pozwala...
Wybuchnął ochrypłym śmiechem, stwierdzając, że dziewczyna wreszcie się przelękła jego kpiny, a nie przerażającej twarzy.
- W tym domu honor nie ma najmniejszego znaczenia, panno Forsythe. Jeśli pani siostra nie może spłacić długu swoim ciałem, będzie musiała to zrobić w bardziej konwencjonalny sposób.
Jej głos stwardniał.
- Dobrze pan wie, że siostra nie ma pieniędzy.
- To już jej problem nie mój.
- Podejrzewam, że wiedział pan o tym, kiedy namówił ją do gry na tak wysokie stawki. Wykorzystuje pan Robertę, żeby dogryźć lordowi Hillbrookowi.
- Och, cóż za okrutne oskarżenie - obruszył się, udając osłupienie, mimo że zarzut nie mijał się z prawdą. Tamtego wieczoru nie planował wciągnąć Roberty w pułapkę, jednak okazja skusiłaby nawet kogoś o szlachetniejszym sercu niż jego. Zwłaszcza że od dawna wiedział, iż pogarda, jaką Roberta do niego żywiła, zawierała niezdrową dozę fascynacji. - Oferowanie siebie jako zamienniczki to diabelsko drastyczna demonstracja siostrzanego oddania.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wstał i przemierzył długość pokoju.
- Jeśli mam się zgodzić na tę zamianę, muszę zobaczyć, co dostaję. Roberta ma wprawdzie ptasi móżdżek, ale za to jest diabelnie atrakcyjna.
- Roberta wcale nie ma ptasiego móżdżku. - Panna Forsythe zaczęła się cofać, ale nagle się zatrzymała i zapytała: - Co pan robi, panie Merrick?
Jonas nadal się zbliżał.
- Chcę rozpakować mój prezent, panno Forsythe.
- Rozpako...? - Tym razem nie próbowała już kryć się z tym, że się wycofuje. - Nie, nie, nie zgadzam się.
Jego usta wygięły się w uśmiechu kpiącego rozbawienia.
- Mam rozumieć, że chce pani spędzić cały wieczór w tym mokrym płaszczu?
Rumieńce na jej policzkach stały się wyraźniejsze. Naprawdę była ładna z tą kremową cerą i pełnymi ustami. Teraz, kiedy stał na tyle blisko, że mógł jej zajrzeć w oczy, przekonał się, że są przepastne, aksamitnobrązowe, jak płatki fiołków. Poczuł drgnienie zmysłowego zainteresowania. Nic tak silnego jak podniecenie, ale jednak była to ciekawość, która wkrótce mogła się przeobrazić w głód pożądania.
- Tak, to znaczy nie. - Uniosła drżącą dłoń osłoniętą czarną skórzaną rękawiczką. - Próbuje mnie pan onieśmielić.
Wciąż się uśmiechał.
- Jeśli nawet, to wydaje się, że osiągnąłem swój cel.
Dumnie się wyprostowała. Była wysoka, jednak dużo jej brakowało do jego metra osiemdziesięciu.
- Wyjaśniłam już, dlaczego przyjechałam. Nie będę się panu opierała, więc proszę nie odgrywać łotra z opery. To zbyteczne.
- Zniesie pani moje odpychające pieszczoty, ale nie pozwoli rozdziać się z płaszcza? To niedorzeczne.
Zatrzymała się, ale tylko dlatego, że wpadła na kamienną ścianę za nią. Jej oczy od gniewu zapłonęły złotym blaskiem.
- Proszę ze mnie nie kpić.
- A niby czemu? - zapytał leniwie i wyciągnął rękę do troczków przy kołnierzu.
Panna Forsythe przycisnęła plecy do ściany w daremnej próbie umknięcia przed jego dotykiem.
- Bo mi się to nie podoba.
- Przywyknie pani. - Przesunął dłońmi po jej ramionach, czując, że drżą pod nasiąkniętą wodą materią płaszcza. - Zanim skończymy, zaakceptuje pani wiele rzeczy.
Jej twarz stwardniała od tej ponurej prawdy.
- Cóż, pewnie ma pan rację.
- Chyba pani wie, że Roberta nie jest tego warta - rzekł już poważniejszym tonem.
Dziewczyna - panna Forsythe, Sidonia - spojrzała mu prosto w oczy.
- Jest, tylko pan tego nie rozumie.
- Obawiam się, że rzeczywiście nie. - Jeśli dziewczyna chce działać na własną zgubę, kim jest, żeby ją od tego odwodzić? Zwłaszcza że tak słodko pachniała - deszczem i lekkim sugestywnym aromatem kobiety. Kiedy zsunęła płaszcz, pozwalając, by opadł na podłogę, ujrzał sylwetkę pełną zachęcających krzywizn.
- Jestem gotowa - rzekła i chociaż wciąż wyraźnie drżała, wojowniczo zacisnęła szczękę.
- Wątpię w to, bella. - Uważniej przyjrzał się jej sukni i z udawanym przerażeniem zakrzyknął: - A co to jest, na Boga? Cóż to za suknia?
Spojrzenie, jakie mu posłała, wyrażało jadowitą antypatię.
- A co jest nie tak z moją suknią?
Obrzucił krytycznym spojrzeniem białe koronki. Suknia pasowałaby osobie znacznie młodszej, poza tym, jak na tak zimną noc, była stanowczo zbyt lekka. No i, co nie mniej ważne, jej krój już dawno wyszedł z mody.
- Cóż, jest w porządku, jeśli tylko założyła ją pani, bo chciała odegrać dziewiczą męczennicę.
- A gdyby nawet, to co? - rzuciła zaczepnie panna Forsythe, odzyskując ducha walki. - W końcu przecież jestem dziewicą.
Przewrócił oczami.
- To akurat oczywiste, choć każe mi zapytać, dlaczego narzuca mi się pani z tym swoim dziewictwem, zamiast pozwolić, żeby pani niemądra siostra sama posprzątała swój bałagan.
- Pan obraża mnie i moją siostrę, sir.
Zdusił śmiech. Okazywało się, że Sidonia jest o wiele zabawniejsza od Roberty, która do tego momentu poczęstowałaby go w najlepszym razie atakiem histerii. Natomiast jej siostra, ta groźna bogini, na pewno nigdy na coś takiego by sobie nie pozwoliła. A więc może ta noc to jednak jego szczęśliwa noc. Poczuł, że narastająca frustracja wywołana manipulacjami Roberty słabnie. Był zafascynowany buńczucznością jej siostry. Zastawienie sideł na Robertę nie stanowiło dla niego specjalnie trudnego wyzwania, choć oczywiście perspektywa uwiedzenia żony znienawidzonego kuzyna jawiła mu się, jako coś ogromnie kuszącego. Jednak w przypadku Sidonii Forsythe sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
- To moja najlepsza suknia - oznajmiła wyniośle.
- Może i była najlepsza, gdy miała pani piętnaście lat - mruknął kpiąco, trącając palcem falbankę przy dekolcie. Potem jego wzrok stwardniał. - A tak przy okazji, ile pani ma lat?
- Dwadzieścia cztery - rzuciła niepewnie. - A pan?
- Jestem dla pani stanowczo za stary. - Miał trzydzieści dwa lata. To wcale nie tak duża różnica, jednak ogromna, jeśli wziąć pod uwagę zdobyte doświadczenie. A on nie przeżył tych długich lat mądrze.
Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz nagłej nadziei.
- Czy to znaczy, że pozwoli mi pan odejść?
Tym razem już otwarcie się roześmiał.
- Ani mi się śni.
Jej coraz silniejszy strach mógł ją zmusić do ucieczki, więc, żeby ją przed tym powstrzymać, położył jej dłoń na ramieniu, nagim pod cienkim materiałem rękawa. Pod wpływem kontaktu coś niewytłumaczalnego przeskoczyło między nimi. Kiedy zaskoczone atłasowe oczy uniosły się, żeby na niego spojrzeć, z miejsca utonął w ich miękkiej brązowej toni. Złagodził uścisk i przesunął dłoń w dół ramienia. Czuł, że dziewczyna drży.
- Na co pan czeka? - wycedziła przez zesztywniałe wargi.
Należały mu się cięgi za to, że tak ją dręczył, ale ciekawość, jaką odczuwał, wciąż była bardzo intensywna. Wolną dłonią objął twarz dziewczyny. Z tak bliska widział każdą pojedynczą rzęsę i złote prążki w poszerzonych źrenicach. Płatki nosa rozdymały się, jakby Sidonia starała się poczuć jego zapach.
Albo może była aż tak wystraszona, że musiała walczyć o oddech.
- Zostaje tylko pytanie, czy zdeprawowanie szwagierki wroga, to to samo, co uwiedzenie jego żony - wymamrotał.
- Łajdak - sapnęła, owiewając mu twarz gorącym oddechem.
Widząc błysk przerażenia w jej oczach, uśmiechnął się.
- Masz świętą rację, belladonna.
Wolno się pochylił i gdy owiał go zapach Sidonii - świeży jak deszcz - poczuł dreszcz podniecenia. Nie odsunęła się, ale wargi miała mocno zaciśnięte. Mimo to bijące od niej satynowe ciepło podziałało na niego odurzająco.
Lekko musnął jej usta, co było bardziej zapowiedzią pocałunku niż nim samym. Mimo że tętniące w nim pożądanie namawiało, żeby posiadł dumną dziewczynę, że właśnie po to się u niego zjawiła, pilnował, żeby kontakt był delikatny. Nie wzmocnił też uścisku dłoni na ramieniu. Napięcie, jakie odczuwał, było zarówno agonią, jak i rozkoszą. Sądził, że Sidonia wyrwie się i wyzwie go od łajdaków, ale ona pozostała nieruchoma niczym figurka z porcelany. Tylko że delikatne ciepło pod jego ustami emanowało od kobiety, a nie od nieożywionej materii.
Po około sekundzie uniósł głowę. Zadziwiające, jak niechętnie kończył ten niedający satysfakcji pocałunek. Wziął nierówny oddech, walcząc z pragnieniem, żeby pocałować pannę Forsythe jak należy. Przespanie się ze szwagierką lorda Hillbrooka może nie dać mu wielu zysków, ale miał ponure przeświadczenie, że to go nie zatrzyma.
Popatrzył pannie Forsythe w oczy i zobaczył, że są szeroko otwarte i pociemniałe z zaszokowania. Dlatego że jej nie pocałował? Czy może, bo przez ulotną chwilę podobało jej się to, co z nią robił?
- Skąd to wahanie? - Jej głos brzmiał ostro. - Niech pan kończy i miejmy to za sobą.
Wskazującym palcem postukał ją w policzek.
- Jeszcze nie jadłem kolacji - rzekł beztrosko i puścił ramię dziewczyny.
Zachwiała się, ale bardzo szybko odzyskała równowagę. Oddech wydobywał się z jej rozchylonych ust w nierównych sapnięciach. Wolał, żeby była wściekła niż okazywała bezbronność. To kruszyło jego bezwzględność zupełnie jak rdza kruszy metal.
- Dołączy pani do mnie?
Obrzuciła go spojrzeniem pełnym zasłużonej nienawiści.
- Nie jestem głodna.
- Szkoda. Będzie pani potrzebowała sił.
Pozwalając, by te słowa zapadły jej głęboko w pamięć, wrócił do stołu, usiadł i potrząsnął dzwoneczkiem. Pani Bevan pojawiła się zaskakująco szybko. Pewnie podsłuchiwała pod drzwiami.
- Może pani podawać kolację, pani Bevan - oznajmił tak radosnym głosem, że gospodyni obrzuciła go zaintrygowanym spojrzeniem.
- Tak jest, panie. Dama też będzie jadła?
Panna Forsythe wciąż stała w tym samym miejscu w głębi pokoju. Wyglądała tam jak marmury posąg, ale teraz, gdy już jej dotknął, Jonas wiedział, że jest jak najbardziej kobietą z krwi i kości.
- Kolacja dla dwojga?
Dziewczyna nie zareagowała. Dobry Boże, czyżby pocałunek na zawsze uciszył jej przekorny języczek? Miał nadzieję, że zdoła ją skusić, żeby użyła go ponownie. Ale nie do próżnej rozmowy.
Zwrócił się do pani Bevan.
- Tylko dla mnie. I proszę odprowadzić panią do jej pokoju. Kolację może podać pan Bevan.
- Aye, panie. - Gospodyni, szurając stopami, wyszła z pokoju. Dziewczyna zebrała swój lichy bagaż i podążyła za nią.
Jonas bardzo chciałby być przy tym, kiedy Sidonia odkryje, że w tej rozpadającej się ruinie jej pokój to również jego pokój.
Koniec wersji demonstracyjnej.