Siedem głazów przeznaczenia - Diana Gabaldon

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Jeśli chwyciliście tę książkę z błędnym przekonaniem, że to dziewiąta część serii Obca, to przepraszam.
Zatem, czym ta książka w zasadzie jest? Cóż, to zbiór siedmiu... hmm... form literackich, różniących się długością i treścią, ale wszystkie mają związek z serią Obca. Co do tytułu: redaktorce nie spodobał się zaproponowany przeze mnie Salmagundi1, a gdy pochyliłam się nad jej argumentacją... W każdym razie, za pośrednictwem mojego agenta zostałam poproszona o coś bardziej "rezonującego i poetyckiego", na modłę książek z głównej serii.
Nie wchodząc zbyt głęboko w towarzyszący mi proces myślowy (w pewnym momencie do głowy przychodziły mi stwierdzenia pokroju "smażenie kiełbasek" i "szlifowanie kamieni"), chciałam znaleźć tytuł, który przynajmniej zasugerowałby zbiór elementów (stąd "siedem"), więc Siedem głazów pojawiło się naturalnie i dobrze się wpasowywało ("głaz" to zawsze słowo wielkiej wagi), ale nie była to jeszcze kompletna myśl poetycka. Zastanawiałam się wciąż i w końcu wymyśliłam "przeznaczenie", które brzmi poważnie.
Później musiałam przeanalizować nowy tytuł, żeby wymyślić, co ma, u licha, znaczyć. Kiedy siedzi się nad czymś dość długo, to można we wszystkim dostrzec sens. W tym przypadku "przeznaczenie" odnosi się do ludzi, którzy muszą radzić sobie z żalem i przeciwnościami losu. Mianowicie, jeśli nie zginąłeś od razu, masz wybór, jak potoczy się reszta twojego życia: możesz stać prosto mimo ran i ponurych doświadczeń, służąc jako podpora i drogowskaz dla innych, lub upaść i pozwolić, by pochłonęła cię ziemia, ustępując tym, którzy przyjdą po tobie.
* * *
Ale do rzeczy. W środku znajdziecie (jak podpowiada okładka) zbiór siedmiu nowel (forma krótsza od powieści, ale dłuższa niż krótkie opowiadanie), a każda z nich jest częścią świata Obcej i bezpośrednio łączy się z serią.
Pięć z nich napisałam dla różnych antologii pojawiających się w ostatnich latach, a dwie są całkowicie nowe i nigdy wcześniej niepublikowane. To Ulotna zieleń oraz Oblężenie.
Biorąc pod uwagę różnicę pomiędzy wydawnictwami w poszczególnych krajach, niektóre z wcześniej znanych nowel mogły zostać opublikowane w formie zbiorowej (Wielka Brytania, Niemcy) lub jako pojedyncze ebooki (Stany Zjednoczone). Siedem głazów przeznaczenia to kompletna, drukowana kolekcja dla tych czytelników, którzy lubią czuć książkę w dłoni, zawierająca dwa niepublikowane wcześniej opowiadania.
Ponieważ nowele wpisują się w różne punkty głównej historii (podobnie jak bohaterowie), poniżej znajduje się chronologia książek z serii Obca, by wyjaśnić wszystkim kto, co i kiedy.
Seria Obca jest napisana w trzech różnych formatach:
Ogromne księgi głównej serii, które nie wpisują się w żaden gatunek literacki (albo zawierają je wszystkie).
Krótsze, łatwiejsze do wpisania w ramy opowiadania są w większym lub mniejszym stopniu kryminałami historycznymi (chociaż podejmowany jest w nich także temat wojen, węgorzy i różnorakich praktyk seksualnych).
Oraz
Nowelki - krótkie formy literackie, które wypełniają historie znane z głównej serii, tak jak ofiara wypełnia pusty żołądek ogromnego węża. Skupiają się głównie (ale nie jedynie) na pobocznych bohaterach, poprzedzają wydarzenia lub dzieją się po wydarzeniach z głównej serii i/lub zapełniają luki w fabule.
Duże księgi opowiadają historię Claire i Jamesa Fraserów. Opowiadania skupiają się na przygodach lorda Johna Greya, ale ich fabuła łączy się z tą przedstawioną w głównej serii (na przykład The Scottish Prisoner to łączona historia lorda Johna i Jamiego Frasera). W nowelkach pojawiają się bohaterowie dużych ksiąg, włącznie z Jamiem i Claire. Opis poniżej wyjaśnia, których bohaterów spotkacie w poszczególnych opowiadaniach.
Większość opowiadań i noweli których głównych bohaterem jest lord John, wypełnia wielką lukę w latach 1756-1761, powstałą w powieści Podróżniczka. Część pozostałych nowelek również wpasowuje się w ten okres.
Dla wygody czytelników zamieszczona tu lista przedstawia sekwencję ważniejszych wydarzeń. Chociaż warto wspomnieć, że krótsze formy literackie są napisane w taki sposób, żeby można było je czytać oddzielnie, nie znając fabuły głównej serii. Czasem ma się ochotę na literacką przekąskę, a nie dziewięciodaniowy posiłek z dobrym winem i zakończony deserem.
(Dla jeszcze większej wygody opis każdej historii zawiera ramy czasowe - jeśli w różnych krajach książki będą wydawane w innej kolejności, daty i oryginalne tytuły publikacji również są zawarte poniżej. Ta informacja będzie najbardziej doceniona przez kolekcjonerów i zagorzałych bibliofilów. Próbujemy zadowolić jak najwięcej ludzi).
Virgins (nowela), wydanie polskie Dziewice - rok 1740, Francja. Jamie Fraser (lat dziewiętnaście) i jego przyjaciel Ian Murray (lat dwadzieścia) zostają młodymi najemnikami. [Oryginalnie opublikowana w antologii Dangerous Women pod redakcją George'a R.R. Martina i Gardnera Dozoisa, 2012].
Outlander, wydanie polskie Obca (powieść) - swoją przygodę z serią proponuję zacząć w tym miejscu. Jeśli nie jesteście przekonani, otwórzcie książkę na jakimkolwiek fragmencie i przeczytajcie trzy strony. Zapłacę dolara, jeśli po tym odłożycie ją na dobre (1946/1743).
Dragonfly in Amber, wydanie polskie Uwięziona w bursztynie (powieść) - historia nie zaczyna się tam, gdzie myślisz i kończy też w niespodziewanym miejscu. Po prostu czytaj; będzie dobrze (1968/1744-1746).
A Fugitive Green, wydanie polskie Ulotna zieleń (nowela) - akcja rozgrywa się w latach 1744-1745 w Paryżu, Londynie i Amsterdamie. Głównymi bohaterami noweli są starszy brat lorda Johna, Hal (Harold, hrabia Meldon i książę Pardloe) oraz jego (przyszła) żona Minnie - w tamtym momencie siedemnastoletnia handlarka rzadkimi księgami, dorabiająca sobie na boku fałszowaniem papierów, szantażem i kradzieżami. W noweli pojawia się również Jamie Fraser.
Voyager, wydanie polskie Podróżniczka (powieść) - zdobyła nagrodę magazynu "EW" za "najlepsze otwarcie". (Żeby zaoszczędzić wam czasu na poszukiwaniu egzemplarza, brzmiało ono tak: "Nie żył. W nosie czuł jednak bolesne pulsowanie. Uznał to za bardzo dziwne."). Jeśli czytasz serię w kolejności, a nie wyrywkowo, najlepiej będzie przeczytać tę powieść przed zabraniem się do nowel (1968/1746-1767).
Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Hellfire Club (krótkie opowiadanie) - żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, Lord John and the Hand of Devils to zbiór składający się z trzech nowel. Akcja pierwszej Lord John and the Hellfire Club rozgrywa się w Londynie w 1756 roku. Mężczyzna o rudych włosach błaga lorda Johna Greya o pomoc, po czym umiera na jego oczach. [Oryginalnie opublikowana w antologii Past Poisons pod redakcją Maxima Jakubowskiego, 1998].
Lord John and the Private Matter, wydanie polskie Lord John i sprawa osobista (powieść) - Londyn, 1757 rok. Kryminał historyczny przesiąknięty krwią i innymi jeszcze bardziej makabrycznymi substancjami. W skrócie, lord John poznaje lokaja, zdrajcę, aptekarza twierdzącego, że ma sprawdzony lek na syfilis, przemądrzałego Niemca i niemającego skrupułów magnata handlowego.
Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Succubus (nowela) - w drugiej noweli z serii Hand of Devils spotykamy lorda Johna w Niemczech w 1757 roku. Bohater ma niepokojące sny o Jamiem Fraserze, przeżywa dość dziwne spotkania z saksońskimi księżniczkami, nocnymi wiedźmami oraz czeka go bardzo specyficzne zetknięcie z dużym blond hrabią hanowerskim. [Oryginalnie opublikowana w antologii Legends II pod redakcją Roberta Silverberga, 2003].
Lord John and the Brotherhood of the Blade, wydanie polskie Lord John i Bractwo Ostrza (powieść) - druga powieść o przygodach lorda Johna (pojawia się w niej również Jamie Fraser), której akcja rozgrywa się w 1758 roku i traktuje o trwającym od dwudziestu lat rodzinnym skandalu. Lord John zalicza bliskie spotkanie z armatą i musi sobie radzić z burzliwymi uczuciami.
Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Haunted Soldier (nowela) - trzecia nowela z tej serii. Rok 1758, Londyn, Royal Arsenal w Woolwich. Lord John musi zmierzyć się z komisją śledczą w sprawie wybuchu armaty i uświadamia sobie, że na świecie istnieją bardziej śmiercionośne rzeczy niż proch strzelniczy.
The Custom of the Army, wydanie polskie Zwyczaje armii (nowela) - rok 1759. Jego lordowska mość melduje się na przyjęciu w Londynie, którego główną atrakcją jest węgorz elektryczny, a ostatecznie bierze udział w bitwie na Równinie Abrahama. Po prostu taki z niego typ człowieka. [Oryginalnie opublikowana w antologii Warriors pod redakcją George'a R.R. Martina i Gardnera Dozoisa, 2010].
The Scottish Prisoner (powieść) - akcja tej powieści rozgrywa się w 1760 roku w Krainie Jezior, Londynie oraz Irlandii. Jest to swego rodzaju "powieść hybrydowa" rozdzielona po równo między dwóch bohaterów - lorda Johna i Jamiego Frasera - i przedstawiająca ich przemyślenia na temat polityki, korupcji, morderstw, snów po zażyciu opium, koni oraz nieślubnych synów.
A Plague of Zombies, wydanie polskie Plaga zombie (nowela) - rok 1761, Jamajka, gdzie lord John zostaje wysłany, żeby przejąć dowodzenie nad batalionem mającym stłumić bunt niewolników, a przy okazji odkrywa w sobie upodobanie do węży, karaluchów i żywych trupów. [Oryginalnie opublikowana w antologii Down These Strange Streets 2 pod redakcją George'a R.R. Martina i Gardnera Dozoisa, 2011].
Drums of Autumn, wydanie polskie Jesienne werble (powieść) - czwarta powieść głównej serii, której akcja rozpoczyna się w 1767 roku w Nowym Świecie, gdzie Jamie i Claire osiedlają się Karolinie Północnej, a ich córka Brianna dowiaduje się wielu niespodziewanych rzeczy, gdy za sprawą wycinka z gazety rusza na poszukiwania rodziców (1969-1970/1767-1770).
The Fiery Cross, wydanie polskie Ognisty krzyż (powieść) - tłem historycznym dla piątej powieści głównej serii jest wojna regulacyjna na terenach Karoliny Północnej (1767-1771), czyli w mniejszym lub większym stopniu próba generalna przed nadchodzącą rewolucją. Jamie Fraser staje się - choć nie bez oporu - rebeliantem, jego żona Claire wybiera drogę lekarki, a ich wnuk Jeremiah upija się cherry bounce. Ponadto coś bardzo złego przytrafia się mężowi Brianny, Rogerowi, ale nie powiem co. Powieść zdobyła kilka nagród za "najlepsze zamknięcie". Tym razem go tu nie umieszczę (1770-1772).
A Breath of Snow and Ashes, wydanie polskie Tchnienie śniegu i popiołu (powieść) - szósta powieść głównej serii, które zdobyła w 2006 roku nagrodę literacką Corine w kategorii beletrystyka oraz Quill Award (pokonując powieści autorstwa George'a R.R. Martina i Stephena Kinga, co jest dla mnie nie lada gratką. W końcu jak często można się pochwalić takim wyróżnieniem?). Wszystkie książki jawią mi się jako obrazy, kiedy nad nimi pracuję. Ta wyglądała jak drzeworyt Hokusaia, noszący tytuł Wielka fala w Kanagawie. Chociaż, może bardziej jak tsunami. Albo dwa.
An Echo in the Bone, wydanie polskie Kość z kości (powieść) - akcja siódmej powieści głównej serii rozgrywa się w Ameryce, Londynie, Kanadzie i Szkocji. Ilustracja na anglojęzycznej okładce doskonale oddaje kształt powieści: a widnieje na niej kolczatka. Stara wojskowa broń, która wygląda jak bączek z naostrzonymi końcami. Rzymianie używali ich do odstraszania słoni, a patrole na autostradach wciąż zatrzymują za pomocą tego wynalazku pędzących przestępców. W tej książce znajdziecie cztery główne wątki: Jamiego i Claire, Rogera i Brianny (oraz ich rodziny), lorda Johna i Williama oraz młodego Iana, przecinające się w czasie rewolucji amerykańskiej. Każdy z wątków ma ostre końce (1776-1778/1980).
Written in My Own Heart's Blood, wydanie polskie Spisane własną krwią (powieść) - ósma powieść głównej serii zaczyna się w momencie, w którym skończyła się akcja poprzedniej: w lecie 1778 roku (oraz na jesieni 1980). Rewolucja amerykańska rozkręciła się na dobre, a w 1980 roku w Szkocji również rozgrywają się dość przerażające wydarzenia.
A Leaf on the Winds of All Hallows, wydanie polskie Liść na zaduszkowym wietrze (krótka opowieść - naprawdę) - akcja rozgrywa się (głównie) w latach 1941-1943. Dowiadujemy się, co naprawdę stało się z rodzicami Rogera MacKenziego. [Oryginalnie opublikowana w antologii Songs of Love and Death pod redakcją George'a R.R. Martina i Gardnera Dozoisa, 2010].
The Space Between, wydanie polskie Przestrzeń pomiędzy czasami (nowela) - rok 1778, głównie Paryż. Fabuła kręci się wokół Michaela Murraya (starszego brata młodego Iana), Joan MacKimmie (młodszej siostry Marsali), hrabiego St. Germain (który jednak żyje), matki Hildegardy i kilku innych osób zamieszanych w sprawę. Nasuwa się pytanie, przestrzeń pomiędzy czym? To zależy z czyjej perspektywy. [Oryginalnie opublikowana w antologii The Mad Scientist's Guide to World Domination pod redakcją Johna Josepha Adamsa, 2013].
Besieged, wydanie polskie Oblężenie (nowela) - akcja noweli rozgrywa się w 1762 roku na Jamajce i w Hawanie. Lord John, pełniący funkcję tymczasowego gubernatora wojskowego Jamajki i mający wkrótce opuścić swój dotychczasowy posterunek, dowiaduje się, że jego matka przebywa w Hawanie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że brytyjska marynarka planuje oblężenie miasta. W towarzystwie swojego lokaja Toma Byrda, byłego żywego trupa imieniem Rodrigo i jego wybitnie pokręconej żony Azeel lord John wyrusza na ratunek niegdysiejszej księżnej Pardloe, zanim statki dotrą na miejsce.
Pamiętajcie...
Opowiadania i nowele możecie czytać pojedynczo i w dowolnej kolejności, ale do dużych ksiąg proponuję brać się w dobrej kolejności. Mam nadzieję, że wam się spodobają!
Przeł. Szymon Kołodziejski
Wstęp
Jedną z największych przyjemności przy pisaniu powieści historycznej jest to, że najlepsze fragmenty nie są zmyślone. Na pomysł tego opowiadania wpadłam po przeczytaniu doskonałej biografii doktora Johna Huntera pod tytułem Chirurg, popełnionej przez Wendy Moore - przy okazji czytając równocześnie krótką książkę wydaną przez amerykańską Służbę Parków Narodowych, w której zawarte były regulacje dotyczące armii brytyjskiej podczas wojny o niepodległość.
W żadnej z tych książek nie szukałam niczego szczególnego. Czytałam je dla kontekstu historycznego i ogólnych informacji o tamtym okresie, z nadzieją, że natrafię na coś wybitnie fascynującego, jak londyńskie przyjęcia z udziałem węgorzy elektrycznych3 (przyjęcia i postać doktora Huntera - który zalicza krótki epizod w opowiadaniu - to fakty historyczne).
Wracając do regulacji dla brytyjskiej armii, niewiele z nich trafiło do opowiadania. Jako autorka musiałam powstrzymywać się od zarzucania czytelników suchymi faktami, chociaż w książce jest ich kilka, na przykład informacja, że słowo "bomba" było powszechnie używane w osiemnastym wieku i odnosiło się (oczywiście oprócz standardowego znaczenia) do prowizorycznych pocisków zalanych smołą i wypełnionych odłamkami, którymi strzelało się z armaty (chociaż nie można stosować słowa "szrapnel", bo to wzięło się od nazwiska porucznika brytyjskiej artylerii Henry'ego Shrapnela, który ulepszył oryginalny koncept "bomby" i stworzył pocisk wypełniony odłamkami i prochem strzelniczym wybuchający już w powietrzu. Niestety dokonał tego dopiero w 1784 roku, a miło by było móc go używać, pisząc opowiadanie wojenne).
Jeśli chodzi o inne ciekawostki, to zaskoczył mnie krótki opis jednej z procedur dla sądów wojennych: "Zwyczajem armii jest, aby sąd wojenny prowadził starszy oficer, przy udziale takiej liczby innych oficerów, która może działać jako rada, co zazwyczaj oznacza czterech członków lub więcej, ale nie mniej niż trzech... Oskarżona osoba musi mieć prawo do wezwania świadka w swojej obronie, a rada powinna przesłuchać go i inne osoby według uznania i ustalić możliwe fakty, a jeśli dojdzie do skazania, nałożyć karę".
I to tyle. Żadnych szczegółowych procedur, żeby znaleźć dowody, żadnych wytycznych dotyczących kar, żadnych reguł, za co można być skazanym ani dyrektyw, kto może stać się "radnym" w sądzie wojennym - liczą się tylko "zwyczaje armii". To dlatego ta fraza tak mocno wryła mi się w głowę.
Biorąc pod uwagę wszystkie fakty, prawdopodobnie była to wina elektrycznego węgorza. John Grey mógł - i przez jakiś czas tak właśnie czynił - winić również czcigodną Caroline Woodford. I chirurga. A już na pewno tego cholernego poetę. A jednak była to wina węgorza.
Przyjęcie odbywało się w domu Lucindy Joffrey. Sir Richard nie przyszedł - dyplomata jego kalibru nie mógł być kojarzony z czymś tak frywolnym jak przyjęcia z udziałem węgorzy elektrycznych, które stały się nową modą w Londynie, chociaż, biorąc pod uwagę niedostatek tych stworzeń, prywatne przyjęcia były rzadkością. Większość tych specyficznych spotkań organizowano w teatrach, a nielicznych zapraszano na scenę, żeby na własnej skórze doświadczyli porażenia przez węgorza, ku uciesze zebranej publiczności.
- Rekord wynosi czterdzieści dwie osoby za jednym razem! - powiedziała mu Caroline, otwierając szeroko oczy i unosząc głowę znad zbiornika, w którym pływała kreatura.
- Naprawdę? - Grey po raz pierwszy widział tak osobliwe stworzenie, chociaż nie wyglądało jakoś wybitnie imponująco. Potężne cielsko o długości prawie jarda, głowa, która wyglądała jakby była ulepiona z gliny przez niewprawnego rzeźbiarza, i małe oczka przypominające korale z matowego szkła. Węgorz miał niewiele wspólnego ze swoimi smukłymi i zwinnymi kuzynami, widywanymi na targach rybnych - a już na pewno nie wyglądał jak kreatura, zdolna powalić czterdzieści dwie osoby naraz.
To coś nie miało w sobie ani krzty wdzięku, z wyjątkiem małej, cienkiej płetwy, która biegła wzdłuż dolnej części ciała i falowała niczym zasłona na wietrze. Lord John podzielił się tą obserwacją z czcigodną Caroline, a ta w odpowiedzi oskarżyła go o bycie zbyt poetyckim.
- Poetyckim? - rozległ się za nimi rozbawiony głos. - Czy jest coś, czego nasz mężny major nie potrafi?
Lord John odwrócił się z wymuszonym uśmiechem i ukłonił Edwinowi Nichollsowi.
- Nie śmiałbym zabierać się za pańską dziedzinę, panie Nicholls - odpowiedział grzecznie. Nicholls popełnił obrzydliwy wiersz, traktujący głównie o miłości, który znalazł uznanie wśród młodych kobiet o specyficznym sposobie myślenia. Czcigodna Caroline nie należała do tej grupy - ta w bardzo bystry sposób sparodiowała styl jego wiersza, chociaż Nicholls o tym nie słyszał. A przynajmniej Grey miał taką nadzieję.
- Och, naprawdę? - Nicholls uniósł brew w kolorze miodu i zerknął krótko, acz bardzo wymownie na panią Woodford. Jego ton był radosny, ale mina zdecydowanie nie, a Grey zastanawiał się, ile już wypił. Miał czerwone policzki, jego oczy się skrzyły, ale to mogła być wina duchoty panującej w pokoju i ekscytacji spowodowanej przyjęciem.
- Myślisz o skomponowaniu ody o naszym przyjacielu? - zapytał Grey, ignorując aluzję Nichollsa i wskazując na duży zbiornik, w którym znajdował się węgorz.
Nicholls zaśmiał się zdecydowanie za głośno - na pewno sobie wypił - i machnął lekceważąco dłonią.
- Nie, majorze. Jak mógłbym marnować wenę na tę paskudną i nieistotną kreaturę, kiedy otaczają mnie tak zachwycające i inspirujące anioły? - Spojrzał kątem oka, a Grey również mimowolnie to uczynił, na panią Woodford, która uśmiechnęła się, nie otwierając ust, i stuknęła go w geście reprymendy wachlarzem trzymanym w dłoni.
Grey zastanawiał się, gdzie jest wuj Caroline. Simon Woodford podzielał zainteresowanie bratanicy historią naturalną i na pewno towarzyszyłby jej... Och, tam. Simon Woodford był zaangażowany w dyskusję z doktorem Hunterem, znanym chirurgiem - co kierowało Lucindą, kiedy go zapraszała? Potem zerknął na Lucindę, która obserwowała doktora Huntera z przymrużonymi oczami zza wachlarza i zdał sobie sprawę, że to nie ona go zaprosiła.
John Hunter był sławnym chirurgiem - lecz niesławnym anatomem. Plotka głosiła, że nic nie powstrzyma go przed zdobyciem ciała, na które ostrzy zęby - ludzkiego, zwierzęcego, nieważne. Bywał na salonach, ale raczej nie w kręgach Joffreyów.
Lucinda Joffrey była posiadaczką najbardziej wyrazistych oczu. Piękne, w kształcie migdałów i o szarym kolorze. Potrafiła wysyłać swoim spojrzeniem jasne sygnały przez całą długość zatłoczonego pokoju.
Chodź tu! - dawała znać wzrokiem. Grey uśmiechnął się i uniósł w jej stronę kieliszek, ale ani drgnął. Lucinda zmrużyła groźnie lśniące oczy, po czym szybko kiwnęła głową w kierunku chirurga, który zmierzał w stronę akwarium z ciekawską miną.
Kobieta znów spojrzała na Greya.
Pozbądź się go! - mówiły jej oczy.
Grey zerknął na panią Woodford. Pan Nicholls chwycił ją za rękę i wyglądało na to, że o czymś jej opowiada. Kobieta chyba wolałaby wyrwać się z uścisku. Grey spojrzał z powrotem na Lucindę i wzruszył ramionami, wskazując na tył kamizelki Nichollsa w kolorze ochry. Wyraził w ten sposób ubolewanie, że społeczna odpowiedzialność uniemożliwiła mu wykonanie jej prośby.
- Nie dość, że twarz anioła - mówił Nicholls, ściskając palce Caroline z taką siłą, że ta aż zapiszczała - to jeszcze anielska skóra. - Pogłaskał ją po dłoni, a jego spojrzenie stało się bardziej pożądliwe. - Ciekawi mnie, jak anioły pachną o poranku?
Grey zmierzył go wzrokiem. Jeszcze jedna uwaga tego typu i będzie zmuszony poprosić wysokiego, dobrze zbudowanego i cięższego od niego o kilka funtów pana Nichollsa, który do tego miał opinię buńczucznego, żeby wyszedł z nim na zewnątrz. Najlepiej spróbować złamać mu nos - myślał Grey, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę - a potem wrzucić go w żywopłot. W takim stanie nie wróci na przyjęcie.
- Na co patrzysz? - Nicholls odezwał się nieprzyjemnym tonem, czując na sobie wzrok Greya.
Przed udzieleniem odpowiedzi uratowały majora rozbrzmiewające brawa - właściciel węgorza oficjalnie rozpoczął przyjęcie. Pani Woodford wykorzystała chwilę nieuwagi i wyrwała dłoń z uścisku, a jej policzki płonęły. Grey podszedł do niej i wziął ją pod rękę, przy okazji rzucając Nichollsowi chłodne spojrzenie.
- Proszę ze mną, pani Woodford - powiedział. - Znajdźmy dobre miejsce do podziwiania tego wydarzenia.
- Podziwiania? - odezwał się głos za nim. - Chyba nie to miał pan na myśli, sir? Nie chce pan na własnej skórze spróbować tego fenomenu?
Hunter, we własnej osobie, szczerzył się do Greya. Jego gęste włosy były niechlujnie związane, chociaż miał na sobie wspaniały, śliwkowo-czerwony strój. Szerokie barki i solidna budowa ciała robiły wrażenie, ale był dość niski - ledwie pięć stóp i dwa cale w porównaniu do pięciu stóp i sześciu cali, którymi mógł pochwalić się Grey. Doktor musiał zauważyć wymianę spojrzeń Greya i Lucindy.
- Och, myślę... - zaczął Grey, ale Hunter chwycił go za ramię i poprowadził w stronę tłumu, który zbierał się przy zbiorniku. Caroline zerknęła na łypiącego spode łba Nichollsa i szybko ruszyła za nimi.
- Jestem bardzo ciekawy pańskiej opinii w tym zakresie - kontynuował Hunter. - Niektórzy mówią o niezwykłej euforii, chwilowej dezorientacji... płytkim oddechu czy zawrotach głowy, a czasem bólu w klatce piersiowej. Mam nadzieję, że nie ma pan problemów związanych z sercem, majorze? Pani Woodford również?
- Ja? - Caroline wyglądała na zaskoczoną.
Hunter nisko się ukłonił.
- Interesuje mnie również opinia szanownej pani - stwierdził pełnym szacunku głosem. - Niewiele kobiet ma w sobie na tyle odwagi, żeby przeżyć taką przygodę.
- Pani tego nie chce - wtrącił szybko Grey.
- Cóż, może jednak chcę - zaoponowała i lekko zmarszczyła brwi, a następnie spojrzała na akwarium i znajdujące się w nim długie, szare cielsko. Zadrżała prawie niewidocznie - ale Grey to zauważył, gdyż znali się bardzo długo - i to bardziej z ekscytacji niż z odrazy.
Nie uszło to również uwagi doktora Huntera. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i ponownie ukłonił, po czym wziął panią Woodford pod rękę.
- Zajmę szanownej pani miejsce.
Grey i Nicholls próbowali go powstrzymać, ale wpadli na siebie z grymasem na twarzach, a w tym czasie doktor Hunter doprowadził Caroline do zbiornika i zapoznał ją z właścicielem węgorza - niską i mroczną postacią imieniem Horace Suddfield.
Grey odepchnął Nichollsa i ruszył w tłum, przebijając się łokciami. Hunter go zauważył i szeroko się uśmiechnął.
- Ma pan jakieś resztki metalu w klatce piersiowej, majorze?
- Że co?
- Resztki metalu - powtórzył Hunter. - Arthur Longstreet opisał mi szczegóły operacji, podczas której usunął trzydzieści siedem kawałków metalu z pańskiej klatki piersiowej. Niezwykle imponujące. Jeśli natomiast jakieś resztki się tam ostały, muszę pana przestrzec przed spotkaniem z węgorzem. Widzi pan, metal przewodzi elektryczność i wzrasta ryzyko poparzeń...
Nicholls również przebił się przez tłum i słysząc to, wybuchnął niegrzecznie śmiechem.
- Dobra wymówka, majorze - rzucił drwiącym tonem. Co prawda, był bardzo pijany, jak pomyślał major, ale wciąż...
- Nie mam - odrzekł Grey bez wahania.
- Wspaniale - powiedział grzecznie Suddfield. - Rozumiem, że jest pan żołnierzem, sir? A do tego śmiałym dżentelmenem. Od kogo zaczniemy?
Zanim Grey zdążył cokolwiek powiedzieć, stał już przy akwarium, trzymając za rękę Caroline Woodford, której drugą dłoń chwycił łypiący groźnie Nicholls.
- Panie i panowie, czy wszyscy są gotowi?! - zawołał Suddfield. - Dobbs, ile?
- Czterdzieści pięć! - krzyknął jego asystent z drugiego pokoju, z którego ciągnął się sznur ochotników. Trzymali się za ręce i drżeli z podniecenia, podczas gdy reszta uczestników przyjęcia zrobiła krok w tył.
- Wszyscy się dotykają? Wszyscy się dotykają?! - darł się dalej Suddfield. - Mocno ściśnijcie swoich towarzyszy, proszę! Mocny chwyt! - Odwrócił rozpromienioną twarz w stronę Greya. - Śmiało, sir! Proszę mocno chwycić, o tu, tuż przed ogonem!
Schowawszy zdrowy rozsądek i trzeźwą ocenę sytuacji do kieszeni, Grey zacisnął szczęki i włożył rękę do wody.
Spodziewał się, że po chwyceniu oślizgłej kreatury poczuje lekki trzask, jak po dotknięciu butelki lejdejskiej. Nic bardziej mylnego. Prąd odrzucił go w tył i spiął mięśnie. Major upadł na podłogę, miotając się niczym ryba wyrzucona na brzeg i głośno dyszał, próbując przypomnieć sobie, jak łapie się oddech.
Chirurg, pan Hunter, ukucnął obok niego i przypatrywał mu się z ciekawością.
- Jak się pan czuje? - zapytał. - Ma pan zawroty głowy?
Grey pokręcił głową, co chwila otwierając i zamykając usta niczym złota rybka, następnie z wielkim wysiłkiem poklepał się po klatce piersiowej. Pan Hunter nachylił się nad wskazanym miejscem, rozpiął kamizelkę Greya i przytknął ucho do koszuli. Cokolwiek usłyszał - albo czego nie usłyszał - wyraźnie go zmartwiło. Podniósł się, zacisnął pięści i przywalił nimi w klatkę Greya z taką siłą, że ten poczuł to w kręgosłupie.
Uderzenie przywróciło płuca do poprawnego funkcjonowania. W mgnieniu oka wypełniły się powietrzem, a major przypomniał sobie, jak się oddycha. Jego serce zaczęło bić. Usiadł, osłonił się przed kolejnym uderzeniem pana Huntera i aż zamrugał, kiedy zobaczył masakrę wokół siebie.
Na podłodze leżało mnóstwo ludzi. Niektórzy wciąż się wili, inni leżeli nieruchomo z szeroko rozłożonymi kończynami, a reszta już się pozbierała i znajomi pomagali im stanąć na nogi. Po pokoju rozniosły się podekscytowane okrzyki, a Suddfield stanął obok swojego węgorza z dumną miną i przyjmował gratulacje. Samo zwierzę wyglądało na poirytowane - pływało, robiąc okręgi i wściekle zmieniając kierunki.
Grey zauważył, że Edwin Nicholls kuca, podpierając się dłońmi, i powoli próbuje wstać. Major zaoferował Caroline Woodford swoje ramię, żeby pomóc jej się podnieść. Udało się, ale na tyle niezgrabnie, że kobieta straciła równowagę i runęła na pana Nichollsa. On również stracił równowagę i usiadł ciężko na ziemi, a czcigodna Caroline na nim. Czy to przez porażenie, poczucie ekscytacji, upojenie alkoholowe, czy zwykły brak wychowania Nicholls chwycił okazję - oraz Caroline - i pocałował kobietę prosto w usta, ku jej ogromnemu zaskoczeniu.
To, co wydarzyło się później było nieco pogmatwane. Major miał wrażenie, że złamał Nichollsowi nos - a na knykciach jego prawej dłoni pojawiły się zaczerwienienia, które potwierdzały te przypuszczenia. Wokół panował straszny hałas, a Grey nie do końca czuł, że ma spójne ciało, jakby niektóre jego części odłączały się i rozpływały w powietrzu.
Te, które w nim pozostały, wydawały dziwne pobrzękiwanie. Słuch - uszkodzony kilka miesięcy wcześniej od strzału z armaty - całkowicie odmówił posłuszeństwa pod wpływem elektrycznego wstrząsu. To, co słyszał, nie miało absolutnie żadnego sensu. Przypadkowe słowa docierały do niego mimo donośnych brzęków, ale nie potrafił przyporządkować ich do poruszających się ust ludzi stojących wokół niego. Nie był nawet pewien, czy on sam wypowiada na głos to, co chce.
Otaczały go głosy i twarze, tworzące morze dźwięków i gorączkowych ruchów. Ludzie go dotykali, ciągnęli i popychali. Wyrzucił przed siebie ramię, bardziej żeby sprawdzić, czy wciąż je ma, niż kogokolwiek uderzyć, ale poczuł opór ludzkiego ciała. Jeszcze donioślejszy hałas. Od czasu do czasu pojawiały się twarze, które rozpoznawał: Lucinda - zszokowana i wściekła. Caroline - zrozpaczona, a jej rude włosy rozczochrane, nie mówiąc już o startym pudrze.
Major nie był pewien, czy to on wyzwał Nichollsa, czy na odwrót. Nie, to na pewno ta druga opcja. Jak przez mgłę pamiętał Edwina przykładającego sobie do nosa zakrwawioną chustkę i jego wściekłe spojrzenie zza przymrużonych powiek. Chwilę później stał już w małym parku znajdującym się przed domem Joffreyów, w samej koszuli z zakasanymi rękawami i z pistoletem w dłoni. Gdyby to on decydował, nie wybrałby pojedynku w takim stylu, prawda?
Może Nicholls go obraził, a on, nie będąc do końca świadomy, wyzwał poetę na pojedynek?
Wcześniej padało, więc na zewnątrz było chłodno. Wiatr smagał koszulę majora. Wyglądało na to, że węch jako jedyny zmysł działał całkowicie poprawnie, bo czuł wszystko bardzo wyraźnie: dym wydobywający się z komina, wilgotną trawę i zapach własnego potu, który wydawał się dziwnie metaliczny. I jeszcze coś obrzydliwego, przypominającego odór błota i mułu. Odruchowo potarł o spodnie dłoń, którą dotknął wcześniej węgorza.
Ktoś coś do niego mówił. Z trudnością odwrócił się do stojącego obok pana Huntera, na którego twarzy wciąż malowała się ta przenikliwa ciekawość. Oczywiście. Chirurg jest potrzebny, pomyślał major. Trzeba mieć chirurga podczas pojedynku.
- Tak - powiedział, gdy zobaczył, że Hunter unosi brwi, oczekując odpowiedzi. Chwilę później ogarnął go strach, że mógł obiecać chirurgowi swoje ciało, gdyby zginął, i chwycił płaszcz Huntera wolną ręką.
- Nie... dotykaj... mnie - ostrzegł. - Żadnych... noży. Upiorze - dodał dla większego efektu, w końcu przypominając sobie słowo, o które mu chodziło. Hunter skinął głową. Wyglądało na to, że nie poczuł się urażony.
Niebo było zachmurzone, a za jedyne źródło światła służyły pochodnie znajdujące się przy wejściu do domu. Sylwetka Nichollsa majaczyła gdzieś w oddali, ale mężczyzna szybko się do niego zbliżał.
Ktoś chwycił Greya i siłą go obrócił. Major stał teraz zetknięty plecami z Nichollsem i czuł ciepło bijące od wyższego od siebie mężczyzny.
Jasna cholera, pomyślał. Czy on w ogóle ma do tego papiery?
Ktoś krzyknął i major ruszył wolnym krokiem przed siebie - a przynajmniej tak mu się wydawało - dopóki nie natknął się na czyjeś wyciągnięte ramię. Potem odwrócił się, gdy zauważył człowieka, który gorączkowo wskazywał palcem za niego.
Do diabła z tym, pomyślał znużony, widząc jak Nicholls opuszcza ramię. Mam to w nosie.
Zamrugał przy wystrzale ze skierowanej w niego lufy - westchnięcie zebranego tłumu zagłuszyło huk - i stał przez chwilę w bezruchu, zastanawiając się, czy przeciwnik go postrzelił. Nic na to nie wskazywało, a ktoś stojący w pobliżu namawiał go, żeby odpowiedział ogniem.
Przeklęty poeta, pomyślał. Przestrzelę i tyle z tego będzie. Chcę wrócić do domu.
Major uniósł ramię, celując w powietrze, ale ręka nie do końca chciała słuchać się mózgu i zadrżał mu nadgarstek. Grey go ustabilizował i zacisnął palec na spuście. Miał niewiele czasu, żeby pokierować lufę w bok, bo po chwili broń wystrzeliła.
Ku zaskoczeniu majora Nicholls przez moment słaniał się na nogach, po czym upadł na trawę. Siedział, podpierając się jedną ręką, drugą przyciskał do ramienia, a głowę odrzucił dramatycznie w tył.
Nagle dość mocno się rozpadało. Grey strząsnął krople z rzęs i pokręcił głową. Powietrze miało metaliczny posmak, a major przez chwilę miał wrażenie, że wokół pachnie... purpurą.
- Coś tu nie gra - powiedział na głos i zauważył, że zdolność mówienia powróciła. Odwrócił się, żeby pomówić z Hunterem, ale chirurg, jak na lekarza przystało, podbiegł do Nichollsa i zaglądał za kołnierzyk koszuli poety. Grey dostrzegł na kołnierzyku krew, lecz Edwin nie chciał się położyć i energicznie gestykulował wolną ręką.
- Chodźmy, sir - stwierdził cicho ktoś stojący obok niego. - To nie przysłuży się reputacji lady Joffrey.
- Co? - Major spojrzał w bok i ku swojemu zaskoczeniu zobaczył Richarda Tarletona, który służył pod nim jako chorąży w Niemczech, a teraz był ubrany w mundur porucznika lansjerów. - Och. Tak, racja.
W Londynie pojedynki były nielegalne. Gdyby policja aresztowała gości Lucindy w parku przed jej domem, odbiłoby się to szerokim echem, co nie uradowałoby jej męża, sir Richarda.
Tłum już się rozpłynął, jakby był zrobiony z cukru. Pochodnie przy drzwiach wygaszono. Hunter i jakiś człowiek pomagali Nichollsowi człapać w coraz intensywniejszym deszczu. Grey zadrżał. Cholera wie, gdzie był jego płaszcz czy peleryna.
- Chodźmy - stwierdził.
* * *
Grey otworzył oczy.
- Coś mówiłeś, Tom?
Tom Byrd, lokaj Greya, zakaszlał jak stary palacz kilkanaście cali od ucha majora. Widząc, że zyskał uwagę swojego pracodawcy, wysunął ramiona, w których trzymał nocnik.
- Jego książęca mość czeka na dole, milordzie. Wraz ze swoją jaśnie panią.
Grey spojrzał na okno za Tomem i zamrugał na widok deszczowego porannego krajobrazu.
- Jaśnie panią? Czyli co, z księżną? - Coś się wydarzyło? Nie było nawet po dziewiątej. Jego bratowa nigdy nie pojawiała się z wizytą przed południem i nie słyszał o sytuacji, w której pokazywałaby się z jego bratem za dnia.
- Nie, milordzie. Z maleństwem.
- Maleństwem... och. Moją córką chrzestną? - Usiadł. Czuł się dobrze, ale jakoś dziwnie. Odebrał naczynie od Toma.
- Tak, milordzie. Jego książęca mość powiedział, że chce porozmawiać z panem o wydarzeniach z zeszłej nocy. - Tom podszedł do okna, a następnie spojrzał krytycznym wzrokiem na zniszczoną koszulę oraz spodnie ubrudzone trawą, błotem, krwią i prochem strzelniczym, przewieszone niedbale przez oparcie krzesła. Popatrzył karcąco na Greya, który zamknął oczy i spróbował przypomnieć sobie dokładny przebieg wczorajszego wieczoru.
Poczuł się co najmniej nieswojo. Nie był pijany. Nie bolała go głowa ani nie miał problemów żołądkowych...
- Z zeszłej nocy - powtórzył niepewnie. Zeszła noc była dziwna, ale pamiętał ją. Przyjęcie z węgorzem. Lucinda Joffrey, Caroline... Z jakiej racji Hal martwił się... co, pojedynkiem? Dlaczego jego brat miałby przejmować się tak błahą sprawą. A nawet jeśli, to po co pojawiać się w domu Greya o poranku z sześciomiesięczną córeczką?
Bardziej niezwykła wydawała się pora, a nie obecność dziecka. Jego brat często zabierał ze sobą córeczkę pod pretekstem, że mała potrzebuje świeżego powietrza. Żona oskarżała go o popisywanie się - dziewczynka rzeczywiście była śliczna - ale Grey podejrzewał coś bardziej trywialnego. Jego zaciekły i nieznoszący sprzeciwu brat - dowodzący własnym pułkiem i siejący postrach zarówno wśród wrogów, jak i własnych żołnierzy - całym sercem pokochał swoją córeczkę. Pułk miał w przeciągu miesiąca udać się na nowy posterunek. Hal po prostu nie mógł znieść tego, że ona będzie poza zasięgiem jego wzroku.
Major znalazł księcia Pardloe siedzącego w salonie z lady Dorotheą Jacqueline Benedictą Grey na rękach, która obgryzała sucharek przytrzymywany przez ojca. Jej zmoknięta jedwabna czapeczka, malutkie okrycie z króliczego futra i dwa listy - jeden otwarty, drugi wciąż zamknięty - leżały na stoliku przy łokciu księcia.
Hal zerknął na brata.
- Zamówiłem ci śniadanie. Przywitaj się z wujkiem Johnem, Dottie. - Odwrócił delikatnie dziecko w stronę brata. Mała nie oderwała się od sucharka, ale radośnie zaszczebiotała.
- Witaj, kochanie. - John nachylił się i pocałował ją w czoło zakryte delikatnymi, wilgotnymi blond włoskami. - Podobał ci się wypad z tatą w deszczu?
- Mamy coś dla ciebie. - Hal podał mu otwarty list i uniósł brew.
Grey również to zrobił i zabrał się do czytania.
- Co? - Zerknął znad kartki papieru z szeroko otwartymi ustami.
- Zareagowałem dokładnie tak samo - przytaknął serdecznie Hal - kiedy dostarczono mi list tuż przed świtem. - Sięgnął po drugi, zapieczętowany, mocno przytrzymując niemowlę. - Masz, ten jest do ciebie. Przyszedł tuż po świcie.
Grey upuścił pierwszy list, jakby ktoś przed chwilą go podpalił, i zerwał pieczęć z drugiego.
Och, John - rozpoczynał się bez żadnego wstępu - wybacz mi, nie potrafiłam go powstrzymać, naprawdę, tak mi przykro. Mówiłam mu, ale nie słuchał. Uciekłam i nie mam dokąd pójść. Proszę, proszę, zrób coś! - Nikt się nie podpisał, ale nie było takiej potrzeby. Rozpoznał niestaranne i chaotyczne pismo czcigodnej Caroline. Papier był poplamiony i pomarszczony - czyżby przez łzy?
Gwałtownie pokręcił głową, jakby chciał ją oczyścić, i znowu chwycił pierwszy list. Od poprzedniego czytania nic się nie zmieniło - formalne żądanie satysfakcji autorstwa Alfreda, lorda Enderby, skierowane do jego książęcej mości księcia Pardloe, w związku ze skazą na honorze, której doznała siostra tego pierwszego, czcigodna Caroline Woodford, za sprawą brata jego książęcej mości, lorda Johna Greya.
Grey zerkał to na jeden, to na drugi dokument, po czym spojrzał na brata.
- Co u licha?
- Wnioskuję, że miałeś pracowity wieczór - stwierdził Hal i cicho stęknął, kiedy schylał się po sucharek, który Dottie upuściła na dywan. - Nie, kochanie, tego już nie dostaniesz.
Dottie gwałtownie zaprotestowała, ale wuj John odwrócił jej uwagę, biorąc ją na ręce i delikatnie dmuchając w uszko.
- Pracowity - powtórzył. - Tak, można to tak nazwać. Ale Caroline Woodford nic nie zrobiłem, oprócz tego, że trzymałem ją za rękę podczas porażenia przez węgorza elektrycznego, przyrzekam. Gleeglgleeglgleegl-pppppssssszzzzz - zwrócił się do Dottie ku jej uciesze. Znowu uniósł wzrok i zauważył, że Hal mu się przypatruje.
- Przyjęcie u Lucindy Joffrey - rozwinął. - Na pewno byliście z Minnie zaproszeni.
Hal chrząknął.
- Och tak, dostaliśmy zaproszenie, ale miałem już zobowiązania na wieczór. Minnie nie wspominała o węgorzu. O co chodzi z tym pojedynkiem na pistolety o dziewczynę?
- Co? To nie... - John przerwał i zastanowił się. - Cóż, to mogło tak wyglądać, kiedy teraz o tym myślę. Nicholls, wiesz ta świnia, która napisała odę do stóp Minnie, pocałował panią Woodford, chociaż sobie tego nie życzyła, więc go uderzyłem. Kto powiedział ci o pojedynku?
- Richard Tarleton. Pojawił się wczoraj w pokoju gier White'a i oświadczył, że przed chwilą się z tobą widział.
- Cóż, w takim razie wiesz tyle samo, co ja. Och, życzysz sobie wrócić do tatusia? - Przekazał Dottie bratu i starł ślinę dziecka z rękawa żakietu.
- Podejrzewam, że o to chodzi Enderby'emu. - Hal kiwnął głową w stronę listu od hrabiego. - Publicznie uwłaczałeś cnocie biednej dziewczyny, tocząc o nią skandaliczny pojedynek. Chyba ma trochę racji.
Dottie ssała knykcie ojca, cicho pomrukując. Hal wyciągnął z kieszeni srebrny gryzak i zaoferował dziewczynce w zamian za swój palec, patrząc przy tym z ukosa na Greya.
- Nie chcesz ożenić się z Caroline Woodford, prawda? Stąd żądania lorda Enderby.
- Boże, oczywiście, że nie. - Caroline była dobrą znajomą: bystrą, piękną i gotową na szalone wyskoki. Ale ślub?
Hal kiwnął głową.
- Urocza dziewczyna, ale w ciągu miesiąca skończyłbyś w Newgate albo Bedlam.
- Albo martwy - dodał Grey, delikatnie szarpiąc za bandaż, którym Tom opatrzył jego kostki. - Wiesz, jak miewa się Nicholls?
- Ach. - Hal zakołysał się do tyłu i wziął głęboki oddech. - Cóż, nie żyje. Dostałem raczej niegrzeczny w swym wydźwięku list od jego ojca, w którym oskarża cię o morderstwo. List przyszedł podczas śniadania, nie pomyślałem, żeby go wziąć. Chciałeś zabić Nichollsa?
Grey ciężko usiadł. Cała krew odpłynęła mu z głowy.
- Nie - szepnął. Zarówno usta, jak i ręce miał zdrętwiałe. - Och, Jezu. Pewnie, że nie.
Hal natychmiast wyciągnął z kieszeni tabakierę, wyjął z niej fiolkę z solami trzeźwiącymi i podał bratu. Grey był mu wdzięczny - co prawda, nie zemdlałby, ale opary amoniaku były dobrą wymówką dla napływających do oczu łez i zapchanego nosa.
- Jezu - powtórzył i kilkakrotnie kichnął. - Nie strzelałem, żeby zabić... przysięgam, Hal. Specjalnie spudłowałem. A w każdym razie miałem taki zamiar - dodał szczerze.
Treść listu lorda Enderby powoli nabierała sensu, podobnie jak obecność Hala. Coś, co miało być jedynie niewinną sprzeczką, o której każdy zapomni następnego ranka, zmieniło się - a przynajmniej istniała taka szansa, gdyby plotka się rozeszła - w coś o wiele gorszego niż skandal. Major mógł zostać aresztowany za morderstwo. Wzorzysty dywan pod jego stopami zionął niczym otchłań, do której mógł wpaść i stracić życie.
Hal kiwnął głową i podał mu chusteczkę.
- Wiem - powiedział cicho. - Czasem... tak bywa. Nie miałeś zamiaru czegoś zrobić i... oddałbyś wszystko, żeby cofnąć czas.
Grey wytarł twarz i zerknął ukradkiem na brata.
Hal nagle wydawał się starszy, a na jego twarzy malowało się coś więcej niż zwykła troska o brata.
- Masz na myśli Nathaniela Twelvetreesa? - Normalnie nie poruszałby tej kwestii, ale obaj się odsłonili.
Hal rzucił mu ostre spojrzenie, po czym odwrócił wzrok.
- Nie, nie Twelvetreesa. W tamtej sprawie nie miałem żadnego wyboru. I nie chciałem go zabić. Chodziło mi... o to, co doprowadziło do pojedynku. - Na jego twarzy pojawił się grymas. - "Co nagle, to po diable". - Zerknął na kartkę papieru leżącą na stole i pokręcił głową, po czym pogłaskał Dottie. - Nie pozwolę, żebyś powtarzał moje błędy, John - dodał szeptem.
Grey bez słowa kiwnął głową. Nathaniel Twelvetrees uwiódł pierwszą żonę Hala. Niezależnie od błędów brata, major nigdy nie planował małżeństwa.
Hal uniósł brew i postukał złożonym listem o stół. Nagle zerknął na Johna i westchnął. Odłożył kartkę, sięgnął do kieszeni i wyjął dwa dokumenty. Jeden, sądząc po pieczęci, był oficjalny.
- Twoja nominacja - stwierdził, podając go majorowi. - W uznaniu za Crefeld - dodał i ponownie uniósł brew na widok skonsternowanej miny brata. - Dostałeś awans na podpułkownika. Nie pamiętasz?
- Ja... cóż. Nie za bardzo. - Miał wrażenie, że ktoś, prawdopodobnie Hal, powiedział mu o tym tuż po Crefeld, ale ciężko ranny Grey nie był w stanie zajmować się sprawami armii, a już na pewno cieszyć się awansem. Później...
- Czy nie było z tego powodu jakiegoś zamieszania? - Grey odebrał dokument, otworzył go i zmarszczył brwi. - Myślałem, że się rozmyślili.
- A jednak pamiętasz - powiedział Hal, wciąż z uniesioną brwią. - Generał Wiedman nominował cię tuż po bitwie. Z oficjalnym potwierdzeniem trzeba było zaczekać do zakończenia śledztwa w sprawie wybuchu armaty i... ech... zamieszania z Adamsem.
- Och! - Grey wciąż był w szoku po usłyszeniu wiadomości o śmierci Nichollsa, ale na wspomnienie Adamsa jego umysł znowu zaczął poprawnie funkcjonować. - Adams. Hmm. Czyli Twelvetrees wstrzymał nominację? - Pułkownik Reginald Twelvetrees z Królewskiego Pułku Artylerii. Brat Nathaniela i kuzyn Bernarda Adamsa, zdrajcy, oczekującego na proces w londyńskiej Tower dzięki staraniom Greya zeszłej jesieni.
- Tak. Sukinsyn - stwierdził całkiem obiektywnie Hal. - Któregoś dnia pożrę go na śniadanie.
- Mam nadzieję, że nie z mojego powodu - odparł oschle Grey.
- Och, nie - zapewnił go Hal i delikatnie potrząsnął córeczką, żeby ją uspokoić. - Z czysto osobistych pobudek.
Grey uśmiechnął się, mimo niepokoju, który odczuwał, i odłożył dokument z nominacją.
- Dobra - powiedział, zerkając na zwinięty, czwarty list leżący na stole. Wyglądał na oficjalny i miał zerwaną pieczęć. - Propozycja ożenku, oskarżenie o morderstwo, nominacja. A to co, do cholery? Rachunek od krawca?
- Ach, tego nie miałem ci pokazywać - odpowiedział Hal, nachylając się i podając mu list. - Ale biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności...
Hal czekał cierpliwie, aż Grey przeczyta list. Była to prośba - albo rozkaz, zależy jak do tego podejść - do majora lorda Johna Greya o stawienie się w roli świadka na sądzie wojennym w sprawie niejakiego kapitana Charlesa Carruthersa, odbywającym się w...
- Kanadzie? - Uniesiony głos Johna przestraszył Dottie, która wykrzywiła buzię w grymasie płaczu.
- Ciii, kochanie. - Hal potrząsał nią energiczniej i poklepywał po pleckach. - Wszystko w porządku. Tylko wuj John zachowuje się jak głupek.
Grey zignorował uwagę i pomachał listem przed nosem brata.
- Za co, do cholery, Charlie Carruthers odpowiada przed sądem wojennym? I z jakiej racji mam stawić się w roli świadka?
- Niemożność stłumienia buntu - wytłumaczył Hal. - A jeśli chodzi o ciebie... to jego osobista prośba. Oskarżony oficer ma prawo wezwać własnych świadków. Wiedziałeś o tym?
Grey kojarzył taki przepis, ale tylko w teorii. Sam nigdy nie brał udziału w sądzie wojennym. Takie postępowania nie były czymś częstym i major nie za bardzo miał pojęcie, jak wyglądają. Zerknął kątem oka na brata.
- Dlaczego nie chciałeś mi tego pokazywać?
Hal wzruszył ramionami i dmuchnął delikatnie nad głową córeczki. Jej krótkie blond włosy zafalowały jak pszenica na wietrze.
- Nie było sensu. Miałem zamiar odpisać, że jako twój oficer dowodzący potrzebuję cię tutaj. Dlaczego miałbyś być oddelegowany do kanadyjskiej dziczy? Ale biorąc pod uwagę twoją chęć do stawiania się w niezręcznych sytuacjach... Jak było? - zapytał ciekawskim tonem.
- Ale co... ach, węgorz. - Grey przyzwyczaił się, że jego brat szybko zmienia tematy rozmów i od razu zrozumiał, o co mu chodzi. - Cóż, dość szokująca sprawa.
Zaśmiał się niepewnie na widok groźnego spojrzenia Hala, a Dottie powierciła się w ramionach ojca i po chwili wyciągnęła pulchne rączki w stronę wuja.
- Flirciara - powiedział do bratanicy i odebrał ją od Hala. - A tak naprawdę, było niesamowicie. Znasz to uczucie, kiedy łamiesz kość? Zanim poczujesz ból, doznajesz wstrząsu, który na chwilę cię oślepia, a ty wrażenie, jakby ktoś przejeżdżał ci gwoździem po brzuchu? Coś w tym rodzaju, tylko o wiele mocniej i dłużej. Zatkało mnie - przyznał. - I to dosłownie. Chyba przestało mi bić serce. Doktor Hunter, wiesz, ten anatom, walnął mnie w klatkę piersiową, żeby ponownie ruszyło.
Hal słuchał tego wszystkiego z zainteresowaniem, zadając kilka pytań, na które Grey odpowiadał automatycznie, ponieważ myślami był przy ostatniej wiadomości przekazanej mu przez brata.
Charlie Carruthers. Razem zaczynali karierę jako młodzi oficerowie, chociaż w innych pułkach. Walczyli ramię w ramię w Szkocji i wspólnie udali się do Londynu na następnej przepustce. Łączyło ich, cóż... trudno nazwać to romansem. Trzy lub cztery krótkie zbliżenia gdzieś w ciemnych alejkach, pełne potu i płytkich oddechów, trwające nie dłużej niż piętnaście minut. Następnego dnia łatwo było o nich zapomnieć i zrzucić wszystko na upojenie alkoholowe. Żaden z nich nigdy o tym nie wspominał.
To był trudny czas, te kilka lat po śmierci Hectora. Grey szukał zapomnienia na różne sposoby - i najczęściej je znajdował - aż w końcu doszedł do siebie.
Prawdopodobnie nie pamiętałby Carruthersa, gdyby nie jedna... rzecz.
Otóż Carruthers urodził się z ciekawą deformacją - miał podwójną dłoń. Z nadgarstka prawej ręki, która była zwyczajna i działała całkiem normalnie, zwisała dodatkowa, skarłowaciała dłoń. Doktor Hunter pewnie zapłaciłby za nią mnóstwo pieniędzy, pomyślał Grey i ścisnęło go w żołądku.
Karłowata dłoń miała tylko dwa krótkie palce i gruby kciuk, ale Carruthers mógł ją zamykać i otwierać, chociaż w tym samym czasie musiał to robić również większą. Szok, którego doznał Grey, kiedy Carruthers zacisnął podwójną dłoń na jego kutasie, był porównywalny tylko z porażeniem węgorza.
- Jeszcze nie pochowano Nichollsa, prawda? - zapytał nagle na wspomnienie przyjęcia i doktora Huntera, przerywając jakąś wypowiedź brata.
Hal wyglądał na zaskoczonego.
- Na pewno nie. A co? - Zmrużył oczy, spoglądając na Greya. - Chyba nie masz zamiaru pojawić się na pogrzebie?
- Nie, nie - odrzekł szybko Grey. - Myślałem o doktorze Hunterze, który cieszy się... wątpliwą reputacją. Po pojedynku Nicholls odszedł właśnie z nim.
- Jaką reputacją, na litość boską? - Hal żądał natychmiastowych wyjaśnień.
- Osoby skupującej zwłoki - wypalił Grey.
Zapadła cisza, a Hal chyba połączył fakty. Zrobił się blady.
- Chyba nie myślisz, że... Nie! Jak tak można?
- Eee... Ehm... wypełnienie trumny centnarem kamieni tuż przed zabiciem wieka to całkiem powszechna metoda, a przynajmniej tak słyszałem - rzucił Grey, gdy Dottie trącała go piąstką w nos.
Hal głośno przełknął ślinę. Grey dostrzegł, że brata przeszły ciarki.
- Zapytam Harry'ego - stwierdził Hal po chwili ciszy. - Nie mogli jeszcze zorganizować pogrzebu, a jeśli...
Obaj bracia odruchowo zadrżeli, wyobrażając sobie minę członka rodziny Nichollsa, który naciskałby na otwarcie trumny i zobaczyłby...
- Lepiej nie - rzekł Grey, przełykając ślinę. Dottie zrezygnowała z prób urwania mu nosa i teraz poklepywała małą rączką usta wujka, gdy ten próbował coś powiedzieć. Ta mała rączka dotykająca jego skóry...
Ostrożnym ruchem oddał dziewczynkę w ręce ojca.
- Nie wiem, dlaczego Charles Carruthers uważa, że będę przydatny, ale dobrze, pojadę. - Zerknął na list od lorda Enderby i zmięty list od Caroline. - W końcu są gorsze rzeczy niż ryzyko oskalpowania przez czerwonoskórych.
Hal spokojnie kiwnął głową.
- Załatwiłem ci transport. Jutro wypływasz. - Wstał i uniósł Dottie. - Chodź skarbie, ucałujesz wuja Johna na pożegnanie.
* * *
Miesiąc później Grey wraz z Tomem Byrdem gramolili się ze statku "Harwood" do jednej z mniejszych łodzi, które miały zabrać ich i towarzyszący im batalion z Louisbourga na dużą wyspę w pobliżu ujścia Rzeki Świętego Wawrzyńca.
Grey nigdy w życiu czegoś takiego nie widział. Sama rzeka była ogromna, miała ponad pół mili szerokości. W słońcu mieniła się na czarno i niebiesko. Wzdłuż obu brzegów ciągnęły się ogromne klify i tak gęsto zalesione pagórki, że ledwo dało się dostrzec leżące poniżej skały. Było gorąco, a rozpościerające się nad nimi przepiękne niebo wydawało się większe i pogodniejsze niż te, które dotychczas widział. Z bujnej roślinności dochodziły do nich różne dźwięki - owadów, jak podejrzewał Grey, ptaków i rwących potoków, chociaż miał wrażenie, że dzicz śpiewa dla samej siebie, głosem słyszalnym tylko w jego umyśle. Siedzący za nim Tom drżał z podekscytowania i rozglądał się uważnie, żeby niczego nie przegapić.
- Czy to czerwonoskóry? - wyszeptał, nachylając się do Greya.
- Wszystko na to wskazuje - odpowiedział John, patrząc na mężczyznę ubranego jedynie w przepaskę na biodra, pasiasty koc przewieszony przez jedno ramię i wysmarowanego - biorąc pod uwagę, jak lśniły się jego kończyny - jakiegoś rodzaju tłuszczem.
- Myślałem, że są bardziej czerwoni - stwierdził Tom, przez przypadek wypowiadając na głos przemyślenia Greya. Indianin miał ciemniejszą skórę, to fakt, ale raczej delikatnie brązową, przypominającą barwą zeschnięte liście dębu. Mężczyzna przypatrywał im się z podobną ciekawością, jak oni jemu. Wyglądało na to, że wyjątkowo intensywnie przyglądał się Johnowi.
- To przez włosy, milordzie - szepnął Tom do ucha Greya. - Mówiłem, żeby włożyć perukę.
- Bredzisz, Tom - odpowiedział John, ale jednocześnie poczuł dziwny dreszcz przeszywający go od karku po czubek głowy. Dumny ze swoich gęstych blond włosów rzadko nosił perukę. Na oficjalne okazje wolał najzwyczajniej przypudrować i związać własną czuprynę, a obecna sytuacja nie była w żadnym stopniu oficjalna. Wraz z pojawieniem się świeżej wody na pokładzie tego ranka Tom nalegał, żeby umyć włosy, które wciąż opadały luźno na ramiona Greya, chociaż dawno już wyschły.
W końcu dobili do kamienistego brzegu. Indianin zrzucił koc i pomógł mężczyznom wyjść z łodzi. Grey stanął obok obcego, na tyle blisko, że czuł jego zapach. Mężczyzna pachniał zupełnie inaczej niż ktokolwiek, z kim John miał do czynienia wcześniej: dzikimi zwierzętami - przy okazji zastanawiał się z dreszczykiem emocji, czy tłuszcz, którym wysmarował się mężczyzna to niedźwiedzie sadło - ale z wyrazistą nutą ziół i świeżo skrawanej miedzi.
Prostując się znad górnej krawędzi nadburcia, Indianin dostrzegł ciekawskie spojrzenie Greya i szeroko się uśmiechnął.
- Uważaj, Angliku - powiedział z wyraźnym francuskim akcentem i przejechał delikatnie palcami po kosmykach włosów Johna. - Twój skalp dobrze by się prezentował u pasa Hurona.
Żołnierze z łódki wybuchnęli śmiechem, a Indianin odwrócił się do nich, cały czas mając uśmiech na ustach.
- Pracujący dla Francuzów Abenakowie nie są tacy wybredni. Skalp to skalp, a Francuzi dobrze za nie płacą, bez względu na kolor. - Kiwnął głową w stronę grenadierów, którzy natychmiast zamilkli. - Za mną.
* * *
Na wyspie znajdował się już mały obóz, rozbity przez oddział piechoty pod dowództwem kapitana Woodforda - jego nazwisko odrobinę zmartwiło Greya, ale dzięki Bogu okazało się, że lord Enderby nie jest z nim spokrewniony.
- Po tej stronie wyspy jesteśmy względnie bezpieczni - przekazał Greyowi, gdy siedzieli po kolacji przed namiotem kapitana, podając mu piersiówkę z brandy. - Jednak drugą Indianie najeżdżają regularnie. W zeszłym tygodniu straciłem czterech ludzi. Trzech zginęło, a jeden dostał się w niewolę.
- Ale masz zwiadowców? - zapytał Grey, trzaskając dłonią pojawiające się o zmierzchu komary. Więcej nie zobaczył Indianina, który ich tu przywiódł, lecz w obozie znajdowało się kilku innych. Większość siedziała przy własnym ognisku, tylko jeden czy dwóch przykucnęło wśród grenadierów z Louisbourga, z którymi Grey płynął na "Harwoodzie", i bacznie obserwowało, co się dzieje.
- Tak, raczej godnych zaufania - stwierdził Woodford, przy okazji odpowiadając na kolejne pytanie, które chciał zadać John. Potem zaśmiał się, chociaż nie dlatego, że było mu do śmiechu. - A przynajmniej taką mam nadzieję.
Po posiłku rozegrali partyjkę w karty, podczas której Grey przekazał kapitanowi informacje, jak wygląda sytuacja w Anglii, w zamian za nowiny dotyczące bieżących działań.
Generał Wolfe spędził mnóstwo czasu w Montmorency niedaleko miasta Quebec, ale nie czekało go nic oprócz rozczarowania, więc opuścił tamtejszy posterunek i przeniósł główne siły armii kilka mil od cytadeli. Na razie twierdza wydawała się nie do zdobycia. Była uzbrojona w armatę i znajdowała się na szczycie klifu, co pozwalało kontrolować równiny i odcinek rzeki na zachód, dlatego angielskie okręty musiały przemykać pod osłoną nocy - ale i tak nie zawsze kończyło się to powodzeniem.
- Teraz, gdy przypłynęli grenadierzy, Wolfe będzie się niecierpliwił - przewidywał Woodford. - Pokłada w nich ogromne nadzieje, bo walczył u ich boku w Louisbourgu. Pożerają cię żywcem, pułkowniku, proszę wysmarować tym twarz i ręce. - Sięgnął do szuflady, wyjął pojemnik z mazią wydzielającą silny zapach i podsunął mu przez stół. - Niedźwiedzie sadło i mięta - wyjaśnił kapitan. - Indianie używają tego lub smarują się błotem.
Grey skorzystał bez wahania. Maź nie pachniała tak samo jak ta, którą był wysmarowany Indianin spotkany na brzegu, chociaż bardzo podobnie. Kiedy się smarował, towarzyszyło mu dziwne poczucie niepokoju, ale specyfik rzeczywiście odstraszył insekty.
Grey nie trzymał w tajemnicy celu swojej obecności i teraz otwarcie zapytał o Carruthersa.
- Wiesz, gdzie go trzymają?
Woodford zmarszczył brwi i nalał kolejkę brandy.
- Nie trzymają. Dostał warunkowe zwolnienie. Ma kwaterę w mieście, w którym znajduje się sztab Wolfe'a.
- Co? - Grey był zaskoczony. Chociaż właściwie Carruthersa nie oskarżono o bunt, tylko niemożność jego powstrzymania. Rzadki zarzut. - Znasz szczegóły sprawy?
Woodford otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili westchnął, pokręcił głową i wypił brandy. Grey wywnioskował, że wszyscy znali szczegóły, lecz sprawa prawdopodobnie była naciągana. Cóż, dobrze się składa. Dowie się o niej od samego Carruthersa.
Rozmowa zeszła na błahe tematy. Po jakimś czasie Grey życzył kapitanowi dobrej nocy i wyszedł. Grenadierzy nie próżnowali: wokół istniejącego obozu pojawiły się nowe namioty z grubego płótna, a w powietrzu unosił się przyjemny zapach pieczonego mięsa i parzonej herbaty.
Tom niewątpliwe rozbił namiot gdzieś niedaleko, ale Grey nie spieszył się ze znalezieniem go. Delektował się samotnością i twardym gruntem pod nogami po kilku tygodniach spędzonych na zatłoczonym statku. Szedł za równymi rzędami namiotów, gdzie nie dochodziło już światło ognisk. Czuł się niewidoczny, lecz wciąż bezpieczny - a przynajmniej taką miał nadzieję. Od lasu dzieliło go ledwie kilka jardów, zarysy drzew i krzewów wciąż były widoczne, ponieważ nie zapadła jeszcze całkowita ciemność.
Jego uwagę przyciągnęła dryfująca w powietrzu zielona iskierka. Zachwycił się. Potem pojawiła się kolejna... i jeszcze jedna... dziesiąta, dwunasta. Nagle miał przed oczami mnóstwo świetlików. Zielone iskierki delikatnie migotały niczym malutkie świeczki rozstawione na ciemnym listowiu. Widział już te owady wcześniej, w Niemczech, ale nigdy w takiej liczbie. Magiczne doświadczenie. Urocze jak blask księżyca.
Nie potrafił stwierdzić, jak długo im się przypatrywał, przechadzając się powoli wzdłuż obozowiska, jednak w końcu westchnął i ruszył w stronę namiotów, najedzony, przyjemnie zmęczony i bez niecierpiących zwłoki obowiązków. Nie miał pod sobą żołnierzy, nie musiał sporządzać raportów... nic do roboty, dopóki nie dotrze do Gareon i Charliego Carruthersa.
Westchnął z ulgą, zamknął poły namiotu i zdjął wierzchnie odzienie.
Ze snu wyrwały go krzyki. Usiadł jak rażony piorunem. Tom, leżący w śpiworze na ziemi, oparł się na dłoniach i kolanach jak żaba i gwałtownie poszukiwał pistoletu oraz naboi.
Grey bez wahania złapał sztylet, który przed pójściem spać zawiesił na kołku, odsunął poły namiotu i wyjrzał na zewnątrz. Ludzie biegali w kółko, obijając się o namioty, wykrzykując rozkazy lub wołając o pomoc. Na niebie widać było iluminację, a nisko nad ziemią zbierały się czerwonawe chmury.
- Brandery! - krzyknął ktoś. Grey włożył buty i dołączył do tłumu biegnącego w stronę wody.
Na środku szerokiej, ciemnej rzeki pływał zakotwiczony "Harwood". Powoli zbliżały się do niego trzy płonące obiekty. Tratwa zapełniona łatwopalnymi odpadkami i oblana olejem stała cała w ogniu. Mała łódka z masztem i żaglami także cała w płomieniach. Coś jeszcze - chyba indiańskie kanu z podpaloną stertą trawy i liści? Na razie było za daleko, ale wciąż się zbliżało.
Zerknął na statek i zobaczył ruch na pokładzie - nie widział pojedynczych ludzi, ale wyraźnie coś się tam działo. Nie dało się po prostu podnieść kotwicy i odpłynąć, nie w tak krótkim czasie, dlatego spuszczano szalupy z marynarzami, którzy mieli za wszelką cenę trzymać brandery z dala od "Harwooda".
Przejęty tą scenerią nie zwrócił uwagi na wrzaski i krzyki dochodzące z drugiej części obozu. Teraz, pośród ludzi, którzy wcześniej w milczeniu obserwowali płonące łodzie, zapanował zamęt. Zdali sobie sprawę, że coś zbliża się na lądzie.
- Indianie! - krzyknął nagle mężczyzna stojący obok Greya, a wokół rozległo się piskliwe wycie. - Indianie!
Ludzie podchwycili ostrzeżenie i ruszyli w odwrotnym kierunku.
- Stop! Stać! - Grey wyciągnął ramię, na które nabił się i upadł mężczyzna biegnący w jego stronę. John podniósł głos, mając nadzieję, że powstrzyma ten chaos. - Ty! Ty i ty. Chwycić sąsiada i za mną! - Facet, którego przewrócił, wstał. Jego oczy błyszczały w świetle gwiazd.
- To może być pułapka! - wrzasnął Grey. - Zostać! Zostać na miejscu!
- Stać! Stać! - Niski dżentelmen ubrany w koszulę nocną zrozumiał rozkaz i ryczał wraz z Greyem, dodatkowo podnosząc suchą gałąź z ziemi i wymachując nią przed ludźmi, którzy próbowali minąć go w drodze do obozu.
Na rzece pojawiły się dwie nowe iskierki - kolejne brandery. Szalupy z marynarzami już zwodowały i w ciemności jawiły się jako niewyraźne kropki. Gdyby udało im się odeprzeć atak, może uratowaliby "Harwooda" przed natychmiastowym zniszczeniem. Grey obawiał się, że wydarzenia na tyłach obozu miały odciągnąć ludzi od brzegu i pozostawić statek chroniony jedynie przez marynarzy. To pozwoliłoby Francuzom wysłać barkę wypełnioną materiałami wybuchowymi albo dokonać abordażu, unikając wykrycia, bo angielskie siły byłyby zajęte branderami i najazdem na obóz.
Pierwsza brandera dopłynęła na dalszy brzeg i wypalała się na piasku, co nocą wyglądało olśniewająco. Niski mężczyzna obdarzony silnym głosem - na pewno jest sierżantem, pomyślał Grey - zdołał zebrać grupkę żołnierzy, których zaprezentował pułkownikowi i energicznie zasalutował.
- Czy żołnierze mają przynieść swoje muszkiety, sir?
- Tak - odpowiedział Grey. - I to szybko. Idź z nimi, sierżancie. Bo rozmawiam z sierżantem, prawda?
- Sierżant Aloysius Cutter, sir - odrzekł niski dżentelmen i kiwnął głową. - Dobrze spotkać oficera, który nie jest niespełna rozumu.
- Dziękuję, sierżancie. I zatrzymajcie po drodze tak dużo ludzi, jak się da. Najlepiej z pewnymi rękami. Jednego lub dwóch karabinierów, jeśli się takowi znajdą.
Sierżant zabrał się do roboty, a Grey ponownie skupił uwagę na rzece, na której załoga dwóch szalup z "Harwooda" odpychała jedną z brander od statku, okrążając ją i wzburzając wodę wiosłami. John słyszał pokrzykiwania marynarzy.
- Milordzie?
Usłyszawszy za sobą głos, aż podskoczył. Odwrócił się, gotowy dać reprymendę Tomowi, że zdecydował się wyjść na ten chaos, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, jego młody służący zatrzymał się przed nim, trzymając coś w dłoniach.
- Przyniosłem pańskie spodnie, milordzie - powiedział Tom drżącym głosem. - Pomyślałem, że może ich pan potrzebować podczas bitwy.
- Bardzo miło z twojej strony, Tom - pochwalił służącego Grey, powstrzymując się od śmiechu. Wciągnął spodnie i włożył w nie koszulę. - Wiesz, co działo się w obozie?
Usłyszał, jak Tom przełyka głośno ślinę.
- Indianie, milordzie - odpowiedział służący. - Wpadli z krzykiem między namioty i podpalili jeden lub dwa. Widziałem, jak zabili człowieka i... oskalpowali go. - Powoli wymawiał słowa, jakby miał zaraz zwymiotować. - Coś okropnego.
- Spodziewam się. - Noc była ciepła, ale Grey poczuł ciarki na ramionach i karku. Mrożące krew w żyłach okrzyki zamilkły i chociaż w obozie wciąż panował harmider, to zupełnie innego rodzaju: żadnych ryków, jedynie rozkazy wypowiadane przez oficerów, sierżantów i kaprali. Przyszedł czas, by zewrzeć szeregi i policzyć straty w ludziach oraz wyposażeniu.
Tom, chwała Bogu, przyniósł pistolet Greya, torbę ze śrutem i proch oraz płaszcz i długie skarpety. Zdając sobie sprawę, że jego lokaj musiałby iść długą i wąską ścieżką przez ciemny las, żeby dojść z wybrzeża do obozu, polecił mu tylko, aby trzymał się z dala, gdy sierżant Cutter - który, zapewne kierując się swoim wojskowym instynktem, włożył spodnie - podszedł do Johna w towarzystwie uzbrojonych rekrutów.
- Wszyscy obecni, sir - powiedział i zasalutował. - Do kogo mam honor się zwracać, sir?
- Podpułkownik Grey. Sierżancie, ustawcie swoich ludzi tak, żeby obserwowali statki. Niech zwrócą szczególną uwagę na ten płynący w dół rzeki. Potem tu wrócić z raportem na temat tego, co wydarzyło się w obozie.
Cutter ponownie zasalutował i oddalił się, pokrzykując do żołnierzy:
- Ruchy, wy kupo gówna! Żwawiej! Żwawiej!
Nagle Tom wydał z siebie stłumiony krzyk. Grey odwrócił się, odruchowo wyciągając sztylet, i zobaczył ciemną sylwetkę.
- Nie zabijaj mnie, Angliku - powiedział Indianin, który doprowadził ich do obozu. W jego głosie słychać było lekkie rozbawienie. - Le capitaine wysłał mnie, żebym cię znalazł.
- Po co? - zapytał krótko Grey. Jego serce wciąż waliło. Nie lubił być zaskakiwany, a jeszcze bardziej nie podobało mu się to, że mężczyzna mógł z łatwością pozbawić go życia, jeszcze zanim John go zauważył.
- Abenakowie podpalili twój namiot; podejrzewał, że mogli zabrać ciebie i twojego sługę do lasu.
Tom rzucił wyjątkowo ordynarne przekleństwo i wykonał ruch, jakby chciał pobiec w stronę lasu, ale Grey położył mu dłoń na ramieniu.
- Zostań, Tom. Nie ma sensu.
- Jak to, do cholery jasnej! - krzyknął wzburzony lokaj. Przez emocje zapomniał o manierach. - Śmiem twierdzić, że udałoby mi się znaleźć pańską bieliznę, chociaż nie bez problemów. Ale przede wszystkim, co z obrazkiem z wizerunkiem pańskiej kuzynki i dziecka, który przesłała dla kapitana Stubbsa? Co z pańskim kapeluszem ze złotą lamówką?!
Grey poczuł niepokój - jego młoda kuzynka Olivia przysłała miniaturę przedstawiającą siebie i nowo narodzonego syna, polecając, by John przekazał ją kapitanowi Malcolmowi Stubbsowi, jej mężowi, który obecnie przebywał z wojakami Wolfe'a. Podpułkownik poklepał się po kieszeni i z ulgą wyczuł, że przedmiot o owalnym kształcie cały czas się w niej znajduje.
- Spokojnie, Tom. Mam go. Co do kapelusza... pomyślimy o tym później. Przepraszam, jak panu na imię? - zapytał Indianina, nie chcąc ciągle zwracać się do niego per ty.
- Manoke - odpowiedział wciąż rozbawiony Indianin.
- Zaiste. Zabierzesz mojego lokaja z powrotem do obozu? - zapytał John, widząc zbliżającego się sierżanta Cuttera. I lekceważąc protesty Toma, oddał swojego służącego pod opiekę Indianina.
* * *
Wszystkie pięć brander odpłynęło lub zdołano je odepchnąć od "Harwooda". Na rzece pojawiło się coś, co mogło być - chociaż nie musiało - jednostką abordażową, ale zorganizowanej na poczekaniu grupie Greya udało się ją odstraszyć salwami z broni, mimo że ich zasięg nie pozwalał trafić wroga.
W każdym razie "Harwood" był bezpieczny, ale w obozie zapanowała napięta atmosfera. Grey spotkał się na krótko z Woodfordem po powrocie kapitana tuż przed świtem i usłyszał, że najazd zakończył się śmiercią dwóch ludzi i wzięciem do niewoli trzech kolejnych. Trzech indiańskich najeźdźców zabito, jednego raniono - Woodford chciał go przesłuchać, ale mężczyzna zmarł. Kapitan i tak podejrzewał, że nie wyciągnąłby z niego żadnych przydatnych informacji.
- Nigdy nie puszczają pary z gęby - stwierdził, trąc czerwone od dymu oczy. Na jego spuchniętej twarzy malowało się zmęczenie. - Zamykają oczy i nucą te swoje przedśmiertne pieśni. Nie ma znaczenia, co im robisz. Tylko śpiewają.
Grey usłyszał pieśń, a przynajmniej tak mu się wydawało, gdy o brzasku wpełzł do pożyczonego namiotu. Śpiewana cichym, wysokim głosem, równie dobrze mogła być wiatrem świszczącym pośród koron drzew. Trwało to jakiś czas, potem ucichło, jednak tylko po to, by rozbrzmieć na nowo, gdy Grey zanurzał się w odmęty snu.
Zastanawiał się, o czym jest ta pieśń. Czy miało to jakieś znaczenie, że nikt wokół ich nie rozumiał? Może ten zwiadowca... Jak mu było? Manoke. Może był na miejscu i wiedział, o co w niej chodzi.
Tom znalazł Greyowi niewielki namiot na końcu rzędu. Pewnie należał wcześniej do jakiegoś niskiego rangą żołnierza, lecz John nie miał siły zgłaszać jakichkolwiek pretensji. W środku ledwo mieścił się śpiwór i skrzynka służąca za stolik, na której stał pusty świecznik, ale dach nad głową to dach nad głową. Gdy wracał ścieżką do obozu, zaczęło lekko padać, a teraz krople deszczu uderzały w gruby materiał namiotu, unosząc w powietrze zapach ziemi. Nawet jeśli pieśń śmierci trwała nadal, to deszcz ją zagłuszał. Grey nie kręcił się długo, trawa pod śpiworem delikatnie drapała i podpułkownik szybko zapadł w sen.
* * *
Obudził się nagle i zobaczył nad sobą twarz Indianina. Jego raptowna reakcja spotkała się z gardłowym chichotem i wycofaniem się obcego, zamiast noża na gardle Johna. Grey na szczęście też w porę się rozbudził i nie zrobił żadnej poważnej krzywdy Manoke.
- Co? - wymamrotał i potarł dłonią oczy. - O co chodzi?
I dlaczego, do cholery, leżałeś w moim łóżku?
W odpowiedzi Indianin położył mu dłoń na karku, przyciągnął do siebie i pocałował. Język mężczyzny muskał dolną wargę Greya, po czym Indianin wsadził mu go do gardła niczym jakaś jaszczurka i za chwilę już go nie było.
Więc to był ten Indianin. John przewrócił się na plecy i zamrugał. Sen. Wciąż padało, teraz nawet mocniej. Wziął głęboki wdech - oczywiście czuł zapach niedźwiedziego sadła i mięty na własnej skórze, ale czy wyczuwał jakiś aromat metalu? Zrobiło się jaśniej, dzień rozpoczął się na dobre. Grey usłyszał werblistę budzącego żołnierzy. Uderzenia pałeczkami o membranę mieszały się ze stukaniem kropel deszczu i wołaniami kaprali oraz sierżantów - ale wciąż jakoś w oddali. John stwierdził, że spał nie dłużej niż pół godziny.
- Chryste - wymamrotał, obrócił się, naciągnął płaszcz na głowę i ponownie zapadł w sen.
* * *
"Harwood" powoli halsował w górę rzeki, a załoga uważnie wypatrywała francuskich maruderów. W obozie zabrzmiało jeszcze kilka alarmów i nastąpił kolejny najazd wrogich Indian. Ten zakończył się szczęśliwiej niż ostatni: czterech najeźdźców zginęło, a po sojuszniczej stronie rany - ale niezbyt poważne - odniósł tylko kucharz. Anglicy byli zmuszeni pozostać na brzegu jakiś czas i czekać na pochmurną noc, żeby mieć szansę przemknąć obok łypiącej groźnym okiem fortecy Quebec. Co prawda, statek został zauważony i armaty wystrzeliły w jego stronę jeden czy dwa pociski, ale bez spodziewanych przez Francuzów efektów. "Harwood" w końcu dotarł do portu w Gareon, w którym znajdował się sztab generała Wolfe'a.
Samo miasto było zasłonięte przez rozrastający się wokół niego wojskowy obóz: hektary namiotów ciągnęły się wzdłuż brzegu rzeki, a całość nadzorowała mała katolicka misja francuska. Jej symbol, niewielki krzyż, dało się dostrzec na szczycie wzgórza za miastem. Francuscy kupcy - oczywiście politycznie neutralni - na widok angielskich sił wzruszyli ramionami i radośnie sprzedawali im towary po zawyżonych cenach.
Grey dowiedział się, że generał walczy w głębi lądu i prawdopodobnie nie wróci w ciągu miesiąca. Podpułkownik bez wyraźnego zakresu obowiązków ani własnego regimentu był utrapieniem - dostał, co prawda, kwaterę, ale w grzeczny sposób kazano mu spieprzać. Nie mając naglących obowiązków, podpułkownik wzruszył ramionami na modłę wspomnianych francuskich kupców i poszedł szukać kapitana Carruthersa.
Okazało się to dość łatwe. Karczmarz w jednej z tawern, do której udał się Grey, wskazał mu miejsce zamieszkania le capitaine. Dom należał do wdowy o nazwisku Lambert i znajdował się niedaleko misyjnego kościoła. Podpułkownik zastanawiał się, czy otrzymałby tę informację od jakiegokolwiek karczmarza w wiosce. Za starych czasów Charlie lubił sobie popić i sądząc po radosnej reakcji właściciela gospody, nic się w tym względzie nie zmieniło. Biorąc pod uwagę okoliczności, John wcale go nie winił.
Wdowa - młoda, z kasztanowymi włosami, całkiem atrakcyjna - przyglądała się podejrzliwie angielskiemu oficerowi przez okno, ale kiedy wytłumaczył jej, że poszukuje starego przyjaciela, kapitana Carruthersa, jej twarz się rozpogodziła.
- Bon - rzekła, otwierając gwałtownym ruchem drzwi. - Kapitan potrzebuje przyjaciół.
Grey pokonał dwie kondygnacje wąskich schodów w drodze na poddasze, gdzie urzędował Carruthers, i czuł, że powietrze robi się coraz cieplejsze. O tej porze dnia było to całkiem przyjemne, ale już po południu musiało stawać się uciążliwe. Zapukał do drzwi i na dźwięk znajomego głosu kapitana, każącego mu wejść do środka, przeszedł go przyjemny dreszcz.
Carruthers siedział w koszuli i spodniach przy rozklekotanym stole i coś pisał. Przy jednym jego łokciu stał tykwowy kałamarz, a przy drugim dzban z piwem. Kapitan przez chwilę przyglądał się w osłupieniu Greyowi, po czym wstał i z radości prawie przewrócił oba przedmioty.
- John!
Zanim Grey zdążył wyciągnąć dłoń na powitanie, tonął w uścisku dawnego przyjaciela. Serdecznie odwzajemnił gest, a zapach włosów i dotyk nieogolonego policzka kapitana przywrócił stare wspomnienia, ale nawet mimo tych doznań poczuł wystające kości wychudzonego ciała.
- Nie sądziłem, że przybędziesz - powtórzył Carruthers po raz czwarty. W końcu puścił Greya, uśmiechnął się i wytarł załzawione oczy.
- Cóż, musisz za to podziękować pewnemu węgorzowi elektrycznemu - stwierdził Grey i odwzajemnił uśmiech.
- Co? - Carruthers spojrzał na niego zdziwiony.
- To długa historia, później ci opowiem. Na razie jednak... co ty, do cholery, wyprawiasz, Charlie?
Radość prawie całkowicie zniknęła ze szczupłej twarzy Carruthersa.
- Ach, tak. Cóż. To też długa historia. Wyślę Martine po więcej piwa.
Wskazał jedyny taboret w pokoju i wyszedł, zanim Grey zdążył zaprotestować. Podpułkownik usiadł ostrożnie, niepewny czy taboret się pod nim nie załamie, jednak ten okazał się solidny. Poddasze było skromnie umeblowane; oprócz stołu i taboretu znajdowała się w nim wąska prycza, nocnik i wiekowa toaletka z ceramiczną umywalką, a całości dopełniał dzbanek. Pomieszczenie było czyste, lecz w powietrzu unosił się słodki i mdły zapach, prawdopodobnie wydobywający się z zakorkowanej butelki stojącej na toaletce.
Grey nie potrzebował laudanum, lecz wystarczyło spojrzeć na twarz Carruthersa i wszystko stawało się jasne. Zerknął na papiery, nad którymi wcześniej ślęczał kapitan. Wyglądało na to, że przygotowywał notatki przed rozprawą sądu wojennego. Na wierzchu leżało sprawozdanie z ekspedycji, którą dowodził na rozkaz majora Geralda Siverly'ego.
Kazano nam iść do wioski o nazwie Beaulieu, aby splądrować i spalić domy, przy okazji przepędzając napotkane zwierzęta. Tak uczyniliśmy. Grupa mężczyzn uzbrojona w kosy i inne narzędzia stawiła nam opór. Dwóch z nich zostało zastrzelonych, reszta uciekła. Wróciliśmy z dwoma wozami zapełnionymi mąką, serami i różnymi dobrami z gospodarstw domowych oraz z trzema krowami i dwoma mułami.
Grey zdołał przeczytać tylko tyle, zanim drzwi ponownie się otworzyły. Carruthers wszedł do pokoju, usiadł na łóżku i kiwnął głową w stronę papierów.
- Pomyślałem, że najlepiej będzie wszystko spisać, gdybym nie dożył do sądu wojennego - rzucił. Widząc minę Greya, lekko się uśmiechnął. - Nie przejmuj się, John. Zawsze wiedziałem, że nie dożyję starości. To - uniósł prawą rękę, pozwalając, by rękaw koszuli opadł - jeszcze nie wszystko. - Poklepał się delikatnie lewą dłonią w klatkę piersiową. - Niejeden lekarz mówił, że mam jakąś okropną wadę serca. Nie wiem, może mam dwa - na jego twarzy pojawił się czarujący uśmiech, który Grey doskonale pamiętał - a może tylko połowę. Kiedyś mdlałem od czasu do czasu, ale teraz zdarza mi się to coraz częściej. Czasem czuję, że przestaje bić i jedynie trzepocze w mojej piersi, a wszystko robi się czarne i nie mogę złapać oddechu. Do tej pory za każdym razem zaczynało bić na nowo, ale pewnego dnia tak się nie stanie.
Grey przypatrywał się skarłowaciałej dłoni zwiniętej obok normalnej, jakby Charlie trzymała jakiś osobliwy kwiat. W pewnym momencie palce obu rąk rozwarły się w dziwnie pięknej harmonii.
- Dobra - powiedział cicho John. - Mów.
Niemożność stłumienia buntu to rzadki zarzut - trudny do udowodnienia i raczej niestawiany, chyba że w grę wchodzą inne czynniki. W tym przypadku na pewno tak było.
- Znasz Siverly'ego, prawda? - zapytał Carruthers, kładąc notatki na kolanach.
- Nie. Wnioskuję, że jest sukinsynem. - Grey wskazał na papiery. - Ale jakiego rodzaju sukinsynem?
- Skorumpowanym. - Carruthers postukał w notatki i wyrównał krawędzie, cały czas się w nie wpatrując. - To, co przeczytałeś, nie odnosi się do Siverly'ego. To wytyczne generała Wolfe'a. Nie wiem, czy chodzi o zablokowanie dostaw do fortecy i zagłodzenie załogi, czy przyciśnięcie Montcalma, żeby wysłał żołnierzy do obrony wsi, gdzie Wolfe mógłby się do nich dobrać. Możliwe, że w grę wchodzą obie opcje. Pewien jestem tylko tego, że chce sterroryzować osady na obu brzegach rzeki. Robiliśmy to na wyraźne życzenie generała. - Charlie skrzywił się i spojrzał na Greya. - Pamiętasz Highlands, John?
- Przecież wiesz, że tak. - Każdy, kto brał udział w wysiedleniach mieszkańców Highlands, nigdy o tym nie zapomniał. Grey widział wiele wiosek, które skończyły jak Beaulieu.
Carruthers wziął głęboki oddech.
- Tak. Cóż. Problem polega na tym, że Siverly przywłaszczył sobie łupy z grabieży pod pretekstem sprawiedliwego podziału zysków z ich sprzedaży między żołnierzy.
- Słucham? - To nie zgadzało się ze zwyczajami armii. Każdy żołnierz powinien mieć prawo zatrzymać to, co zabrał. - Co on sobie wyobraża, że jest jakimś admirałem? - W marynarce wojennej rzeczywiście pieniądze szły do podziału między załogę, ale marynarka rządziła się własnymi prawami. Załogi statków funkcjonowały jak pojedyncze jednostki, w przeciwieństwie do kompanii lądowych, a poza tym sprzedaż łupów kontrolowały sądy Admiralicji.
Carruthers się roześmiał.
- Jego brat jest komandorem, pewnie od niego czerpał inspirację. W każdym razie - Charlie spoważniał - nigdy nie doczekaliśmy się podziału łupów. Co gorsza, wstrzymywał wypłacanie żołnierzom żołdu. Na coraz dłużej i dłużej. Później przestał płacić w ramach kary za jakieś drobne wykroczenia i twierdził, że skrzynie z żołdem nie dotarły, mimo że kilku ludzi widziało na własne oczy, jak wyładowuje się je z powozów. Niedostatecznie, ale żołnierze wciąż byli najedzeni i odpowiednio ubrani. Natomiast później posunął się za daleko.
Siverly okradał kantyny, oszukując na wielkościach zapasów i sprzedając je na boku.
- Miałem pewne podejrzenia - wyjaśnił Carruthers - ale brakowało mi dowodów. Zacząłem go obserwować, a on doskonale zdawał sobie z tego sprawę, więc przez jakiś czas był ostrożniejszy. Jednak dostawie karabinów nie mógł się oprzeć.
Dostawie dwunastu nowych karabinów, znacznie lepszych od powszechnego muszkietu Brown Bess i rzadko spotykanych w regularnej armii.
- Już samo to, że trafiły właśnie do nas, musiało być jakimś niedopatrzeniem. Nie mieliśmy w oddziale żadnego karabiniera, bo nie istniała taka potrzeba. Pewnie dlatego Siverly stwierdził, że ujdzie mu to na sucho.
Nie uszło. Dwóch szeregowych, którzy wyładowywali skrzynię, zaciekawiła jej waga i otworzyli wieko. Plotka się rozeszła, a podekscytowanie przeszło w niemiłe zaskoczenie, kiedy zamiast nowych karabinów rozdano ciężkie muszkiety. Już i tak wściekła narracja przybrała tylko na sile.
- Żołnierze opróżnili beczkę rumu, którą skonfiskowaliśmy w tawernie w Levi - powiedział Carruthers i westchnął. - Pili całą noc, a styczniowe noce w tym miejscu okropnie się dłużą. W końcu zdecydowali się poszukać karabinów na własną rękę. Znaleźli je ukryte pod podłogą w kwaterze Siverly'ego.
- A gdzie był wtedy Siverly?
- W kwaterze. Obawiam się, że nie potraktowali go zbyt delikatnie. - Carruthersowi drgnęła warga. - Uciekł przez okno i przeszedł dwadzieścia mil w śniegu do następnego garnizonu. Stracił dwa palce z powodu odmrożenia, ale przeżył.
- Szkoda.
- Tak, szkoda. - Warga drgnęła ponownie.
- Co się stało z buntownikami?
Charlie nadął policzki i pokręcił głową.
- Większość uciekła. Dwóch złapano i od razu powieszono. Podczas obławy znaleziono trzech kolejnych. Siedzą w tutejszym więzieniu.
- A ciebie...
- A mnie... - Carruthers kiwnął głową. - Służyłem jako adiutant Siverly'ego. Nie wiedziałem o buncie. Chorąży przybiegł do mnie, kiedy żołnierze wyruszali w stronę kwatery. Zdołałem tam dotrzeć, zanim skończyli.
- Biorąc pod uwagę okoliczności, niewiele mogłeś zrobić, prawda?
- Nawet nie próbowałem - szczerze przyznał Carruthers.
- Rozumiem - powiedział Grey.
- Rozumiesz? - Charlie posłał mu krzywy uśmiech.
- Zdecydowanie. Domyślam się, że Siverly wciąż jest częścią armii i ma pod sobą ludzi? Oczywiście, że tak. Może być na tyle wściekły, że wolałby wysunąć przeciwko tobie pierwotne oskarżenie, ale obaj doskonale zdajemy sobie sprawę, że w normalnych okolicznościach zostałoby praktycznie od razu oddalone. Naciskałeś na sąd wojenny, prawda? Żeby upublicznić to, co wiesz? - Prawdopodobnie, biorąc pod uwagę swój stan zdrowia, Carruthers nie przejmował się grożącym mu długim pobytem w więzieniu.
Tym razem kapitan szczerze się uśmiechnął.
- Wiedziałem, że wybrałem odpowiedniego człowieka - powiedział.
- Schlebiasz mi - stwierdził oschle Grey. - Ale dlaczego ja?
Carruthers odłożył papiery na bok i zakołysał się delikatnie na pryczy, przytrzymując dłońmi kolano.
- Dlaczego ty, John? - Uśmiech zniknął z jego twarzy, a szare oczy wpatrywały się w Greya. - Wiesz, czym się zajmujemy. Ten biznes czerpie z chaosu, śmierci i zniszczenia. Ale wiesz również, dlaczego to robimy.
- Hę? To może mnie oświecisz? Od dawna szukam odpowiedzi na to pytanie.
Spojrzenie Carruthersa złagodniało, lecz odpowiedział całkowicie poważnie.
- Ktoś musi utrzymywać porządek, John. Żołnierze walczą z wielu powodów, zazwyczaj haniebnych. Ale ty i twój brat... - przerwał i pokręcił głową. Grey zauważył, że włosy kapitana są przetykane siwizną, chociaż byli w podobnym wieku.
- Świat opiera się na chaosie, śmierci i zniszczeniu. Ale ludzie tacy jak ty... pragną czegoś innego. Jeśli na świecie istnieje jakiś porządek czy pokój... zawdzięczamy je tobie i tym nielicznym tobie podobnym.
Grey czuł, że powinien coś powiedzieć, ale nie za bardzo wiedział co. Carruthers podszedł i położył lewą dłoń na jego ramieniu, a drugą dotknął twarzy Johna.
- Jak to jest napisane w Biblii? - wyszeptał Charlie. - Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni?4 Ja jej łaknę, John. A ty pragniesz. Nie zawiedziesz mnie. - Palce dodatkowej ręki, wstydliwego sekretu kapitana, pogłaskały skórę podpułkownika. Grey poczuł, że jego przyjaciel woła o pomoc.
* * *
Zwyczajem armii jest, aby sąd wojenny prowadził starszy oficer, przy udziale takiej liczby innych oficerów, która może działać jako rada, co zazwyczaj oznacza czterech członków lub więcej, ale nie mniej niż trzech... Oskarżona osoba musi mieć prawo do wezwania świadka w swojej obronie, a rada powinna przesłuchać go i inne osoby według uznania i ustalić możliwe fakty, a jeśli dojdzie do skazania, nałożyć karę.
To raczej ogólnikowe stwierdzenie było jedyną spisaną wytyczną, dotyczącą sądu wojennego - a przynajmniej tyle przekazał mu Hal na krótko przed wypłynięciem Johna. Nie istniało żadne prawo regulujące działania takich sądów. Prawo ziemi również się do nich nie stosowało. W skrócie, armia - jak zwykle, pomyślał Grey - była sama sobie prawem.
W związku z tym John miał pewną swobodę w realizacji tego, czego chciał Charlie Carruthers - lub nie, zależnie od osobowości i zawodowych sojuszy oficerów tworzących sąd. Wypadałoby ich wybadać, i to jak najszybciej.
Tymczasem musiał zająć się czymś jeszcze.
- Tom! - zawołał, szperając w swoim kufrze. - Czy odnalazłeś kwaterę kapitana Stubbsa?
- Tak, milordzie. Jeśli przestanie pan niszczyć swoje koszule, to powiem gdzie. - Tom spojrzał z przyganą na swojego pana i delikatnym ruchem odciągnął go od skrzyni. - Czego pan tam tak zaciekle szuka?
- Miniatury przedstawiającej moją kuzynkę i jej dziecko. - Grey cofnął się, robiąc miejsce Tomowi, który nachylił się nad kufrem i poprawił zgniecione koszule. Skrzynia nosiła tu i ówdzie ślady przypalenia, ale żołnierzom udało się ją uratować, wraz - ku radości Toma - z ubraniami Greya.
- Proszę, milordzie. - Tom wyjął zawiniątko i podał je podpułkownikowi. - Pan pozdrowi ode mnie kapitana. Podejrzewam, że ucieszy się z prezentu. Mały jest do niego podobny, czyż nie?
Odnalezienie kwatery kapitana zajęło Greyowi trochę czasu, chociaż Tom przekazał mu dokładne wytyczne. Jego adres - o ile można go tak nazwać - znajdował się w biedniejszej części miasta, gdzieś przy błotnistej ścieżce, która kończyła się nagle nad rzeką. Grey bardzo się dziwił. Stubbs lubił towarzystwo, a do tego sumiennie podchodził do swoich obowiązków. Dlaczego nie dostał pokoju w gospodzie albo w prywatnym domu, blisko swoich żołnierzy?
Kroczącemu po ścieżce Greyowi towarzyszyło niepokojące uczucie, które narastało, gdy mijał rozpadające się szopy i grupki brudnych, posługujących się dwoma językami dzieci, które na jego widok odrywały się od zabawy. Śledziły go i szeptały coś do siebie niezrozumiale, ale gdy podpułkownik zapytał o kapitana Stubbsa, wskazując na swój mundur oraz pokazując palcem otoczenie, tylko rozdziawiały buzie i patrzyły na niego w osłupieniu.
Przeszedł już sporą część ścieżki, a jego buty były oblepione błotem i liśćmi, które leniwie spadały z ogromnych drzew, kiedy w końcu znalazł kogoś, kto miał chęć udzielić mu odpowiedzi na pytanie. Wiekowy Indianin siedział na kamieniu przy brzegu rzeki, ubrany w pasiasty koc brytyjskiej produkcji i łowił ryby. Posługiwał się mieszaniną trzech lub czterech języków, z czego Grey rozumiał tylko dwa, ale to w zupełności wystarczyło.
- Un, deux, trois, w tył - powiedział mu staruszek, pokazując kciukiem za siebie, a następnie wykonując gwałtowny ruch ręką w bok. Potem dodał coś w swoim rdzennym języku, a Grey wyłapał jakieś nawiązanie do kobiety - niewątpliwe właścicielki domu, w którym mieszkał Stubbs. Indianin zakończył odniesieniem do le bon capitaine, co tylko utwierdziło Johna w przekonaniu, że wszystko dobrze zrozumiał. Podziękował dżentelmenowi po angielsku i francusku i ruszył w stronę trzeciego domu przy ścieżce, wciąż mając za sobą bandę urwisów ciągnącą się za nim jak ogon latawca.
Nikt nie odpowiedział na pukanie do drzwi, więc Grey obszedł dom - śledzony przez dzieci - i zauważył za nim niewielką chatkę. Z szarego kamiennego komina unosił się dym.
Dzień był piękny, niebo miało kolor szafiru, a wokół wyczuwało się klimat późnego lata. Ktoś zostawił drzwi chatki uchylone, żeby do pomieszczenia wpadało świeże powietrze, ale Grey ich nie otworzył. Zamiast tego wyjął sztylet zza pasa i zapukał rękojeścią - przy akompaniamencie pełnych podziwu westchnień małej gawiedzi. Powstrzymał chęć ukłonienia się im.
Z wnętrza nie dochodziły żadne odgłosy kroków, lecz drzwi nagle się otworzyły i w progu stanęła młoda Indianka. Gdy zobaczyła podpułkownika, jej twarz rozjaśnił uśmiech.
Grey zamrugał zaskoczony. W mgnieniu oka uśmiech zniknął i kobieta jedną ręką przytrzymała się futryny, a drugą położyła sobie na piersi.
- Batinse?! - westchnęła, wyraźnie przerażona. - Qu'est-ce qui s'passe?
- Rien - odpowiedział John, równie przestraszony. - Ne vous inquietez pas, madame. Est-ce que Capitaine Stubbs habite ici? (Nie chciałem pani niepokoić. Czy mieszka tu kapitan Stubbs?).
Kobieta przewróciła dużymi oczami, a Grey złapał ją za ramię, bojąc się, że zemdleje i upadnie. Największy z dzieciaków ruszył naprzód, popchnął drzwi, objął kobietę w pasie i zaciągnął ją do środka.
Uznając to za zaproszenie, reszta smyków zebrała się za nim, mrucząc coś, co brzmiało jak współczucie, gdy ich kolega kładł młodą kobietę do łóżka. Mała dziewczynka, ubrana w niewiele więcej niż parę gaci zawiązanych sznurkiem wokół jej wątłej talii, stanęła obok chłopaka i powiedziała coś do kobiety. Nie otrzymała odpowiedzi, ale zachowała się w sposób, jakby tak właśnie było - odwróciła się i wybiegła z domu.
Grey wahał się, nie bardzo wiedząc, co robić. Kobieta oddychała, ale była blada, a jej powieki drżały.
- Voulez-vous un petit eau? - zapytał, rozglądając się w poszukiwaniu wody. Dostrzegł wiadro w pobliżu paleniska, lecz jego uwagę przykuło coś, co stało za nim: kołyska z dzieckiem, które patrzyło na niego wielkimi, zaciekawionymi oczami.
Oczywiście już wiedział. Ukląkł przy dziecku i pomachał nieśmiało przed jego buzią wskazującym palcem. Oczy niemowlęcia były duże i ciemne jak u matki, a skóra trochę bledsza. Po rodzicielce nie odziedziczyło natomiast prostych, grubych, czarnych włosów. Te u malucha miały kolor cynamonu i układały się w loki, bardzo podobne do tych, jakie Malcolm Stubbs ukrywał pod peruką.
- Co się stało z le capitaine? - Stanowczy głos za nim zażądał wyjaśnień. Podpułkownik obrócił się na pięcie i zobaczył górującą nad nim raczej sporych rozmiarów kobietę. Wstał i się ukłonił.
- Nic specjalnego, madame - zapewnił ją. A przynajmniej jeszcze nie. - Szukałem kapitana Stubbsa, żeby przekazać mu wiadomość.
- Och! - Kobieta, choć Francuzka, musiała być matką albo ciotką tej młodszej. Przestała patrzeć na niego wilkiem i przyjęła bardziej otwartą postawę. - Cóż. Czy ta wiadomość jest d'un urgence? - Przypatrywała mu się uważnie. Inni brytyjscy oficerowie raczej nie odwiedzali Stubbsa w tym domu zbyt często. Prawdopodobnie oficjalnie był zameldowany gdzie indziej, gdzie zajmował się wojskowymi sprawami. Dlatego obie pomyślały, że przyszedł z wiadomością o śmierci albo odniesionych przez kapitana ranach. Jeszcze nie, dodał ponuro w myślach.
- Nie - odpowiedział, czując ciężar miniatury w kieszeni. - Ważna, ale nie nagląca. - Wyszedł. Żadne z dzieci za nim nie podążyło.
* * *
Zazwyczaj łatwo było znaleźć miejsce pobytu konkretnego żołnierza, lecz wyglądało na to, że Malcolm Stubbs rozpłynął się w powietrzu. Przez następny tydzień Grey przeczesywał sztaby, koszary i wioskę, nie znajdując śladu swojego wyrodnego szwagra. Co więcej, nikt raczej nie tęsknił za kapitanem. Żołnierze, którymi dowodził, tylko wzruszali ramionami, a oficer przełożony wybrał się na inspekcję posterunków. Sfrustrowany Grey udał się nad brzeg rzeki, żeby pomyśleć.
Były dwie możliwości - nie, trzy. Pierwsza, Stubbs usłyszał o przyjeździe Greya i podejrzewając, że ten odkryje to, co właśnie odkrył, spanikował i zdezerterował. Druga, naraził się komuś w jednej z tawern, został zabity i teraz gnił pod ściółką w lesie. Trzecia, wysłali go gdzieś, żeby zajął się po cichu jakąś sprawą.
Grey wątpił w pierwsze rozwiązanie. Stubbs nie należał do panikarzy i gdyby dowiedział się o przybyciu szwagra, na pewno by go odnalazł, zapobiegając kręceniu się podpułkownika po wiosce i odkryciu sekretu. John odrzucił pierwszą możliwość.
Jeszcze szybciej wyeliminował drugą. Gdyby Stubbsa zamordowano, czy to umyślnie, czy przez przypadek, na pewno uderzono by na alarm. W armii wiedziano, gdzie powinni w danej chwili przebywać żołnierze, a jeśli się tam nie znajdowali, podejmowano odpowiednie kroki. To samo dotyczyło dezercji.
No dobra. Jeśli nikt nie szukał Stubbsa, to nasuwał się oczywisty wniosek, że został gdzieś wysłany. A skoro nikt nie wiedział gdzie, to misja była tajna. Biorąc pod uwagę obecną pozycję i obsesję Wolfe'a, prawie na pewno Malcolm Stubbs udał się w dół rzeki, żeby sprawdzić możliwości zaatakowania Quebecu. Grey odetchnął, ukontentowany wnioskami. To oznaczało, że Stubbs w końcu wróci do obozu, o ile nie porwą go Francuzi, nie oskalpują Indianie albo nie pożre niedźwiedź. Trzeba było tylko zaczekać.
John oparł się o pień drzewa i obserwował, jak kilka rybackich kanu płynie wzdłuż brzegu. Na niebie pojawiły się chmury, a wiatr delikatnie muskał skórę - miła odmiana po wcześniejszym upale. Taka pogoda idealnie nadawała się do łowienia. Nauczył go tego leśniczy pracujący dla jego ojca. John zastanawiał się, dlaczego. Czyżby promienie słońca przeszkadzały rybom i te chowały się w głębinach, a wypływały przy słabszym świetle?
Nagle przypomniał sobie o węgorzu elektrycznym, który - jak poinformował go Suddfield - żył w mulastych wodach Amazonki. Kreatura rzeczywiście miała malutkie oczka, a właściciel twierdził, że zwierzę używa swoich zdolności zarówno do rozeznania terenu, jak i porażania ofiar.
Nie wiedział, dlaczego uniósł głowę właśnie w tym momencie i zauważył, że jedno z kanu unosi się na wodzie kilka jardów od niego. Wiosłujący Indianin posłał mu szeroki uśmiech.
- Angliku! - zawołał. - Chcesz ze mną łowić?
Podpułkownika przeszedł taki dreszcz, że od razu się wyprostował. Manoke patrzył mu w oczy, a Grey przypomniał sobie smak jego ust i zapach świeżo skrawanej miedzi. Waliło mu serce - wypłynąć w towarzystwie Indianina, którego ledwo znał? To mogła być pułapka. Skończyłby oskalpowany albo jeszcze gorzej. Ale przecież ludzie - podobnie jak węgorze elektryczne - mają szósty zmysł, pomyślał.
- Tak! - odpowiedział. - Spotkamy się na pomoście!
* * *
Dwa tygodnie później wysiadł z kanu należącego do Manoke, wychudzony, opalony, szczęśliwy i wciąż w posiadaniu swojego skalpu. Tom pewnie wychodził z siebie - wprawdzie Grey przekazał, co planuje, ale oczywiście nie był w stanie podać nawet przybliżonej daty powrotu. Biedny Tom niewątpliwie myślał, że Johna pochwycili i trafił do niewoli albo został oskalpowany, a jego włosy sprzedano Francuzom.
Tak naprawdę dryfowali powoli w dół rzeki, zatrzymując się, by łowić wszędzie tam, gdzie nadarzała się okazja, biwakowali na piaszczystych mierzejach i niewielkich wysepkach, piekli zdobycz i jedli kolacje przy unoszącym się zapachu dymu, siedząc pod koronami dębów i olch. Od czasu do czasu pojawiały się inne statki - nie tylko kanu, ale również francuskie pocztowce i brygi oraz dwa okręty wojenne należące do Anglików, halsujące w górę rzeki z wydętymi żaglami. Podpułkownik słyszał w oddali krzyki marynarzy, równie niezrozumiałe jak język Irokezów.
Pierwszego dnia o zmierzchu Manoke wytarł ręce po jedzeniu, wstał i jak gdyby nigdy nic rozwiązał przepaskę na biodra i pozwolił jej opaść. Potem czekał, szeroko się uśmiechając, aż Grey zdejmie koszulę i spodnie.
Przed jedzeniem pływali w rzece, żeby się odświeżyć. Indianin był czysty, jego skóra nie nosiła śladów tłuszczu, a jednak wciąż smakował dziczyzną. Bogaty, niepokojący posmak sarniego mięsa. Grey zastanawiał się, czy to z powodu rasy, czy diety.
- Jak ja smakuję? - zapytał z ciekawości.
Manoke, zajęty własnymi sprawami, powiedział coś, co brzmiało jak "kutas", ale równie dobrze mogło być jakimś synonimem delikatnego zniesmaczenia, więc Grey nie drążył tematu. Poza tym, nawet gdyby smakował wołowiną i herbatnikami albo puddingiem z Yorkshire, to czy Indianin rozpoznałby zapewne nieznane sobie potrawy? A jeśli tak, to czy John naprawdę chciał to wiedzieć? Zadecydował, że raczej nie i resztę wieczoru spędzili w milczeniu.
Podpułkownik rozdrapał sobie plecy, w miejscu gdzie ocierał je pasek od spodni, a dodatkowo przez ukąszenia komarów i schodzącą skórę po oparzeniu słonecznym. Któregoś razu wypróbował indiański strój - widząc, jaki jest wygodny - ale leżał zbyt długo na popołudniowym słońcu i odparzył sobie tyłek, więc wrócił do klasycznych spodni, nie mając ochoty wysłuchiwać kąśliwych uwag, jaką to ma białą dupę.
Wspominając wycieczkę, przeszedł połowę miasta, zanim zauważył, że na miejscu jest o wiele więcej żołnierzy niż przed jego wyjazdem. Dobosze chodzili po zabłoconych ulicach i budzili ludzi w kwaterach. Żołnierski klimat tak się udzielał, że podpułkownik sam zaczął maszerować w wybijany przez doboszy rytm. Wyprostował się i poczuł, jak armia go wciąga. Słoneczna podróż powoli odchodziła w zapomnienie.
Zerknął mimowolnie na wzgórze i zobaczył flagi wywieszone na ogromnej gospodzie, która służyła za sztab polowy. Wolfe wrócił.
* * *
Grey dotarł do swojej kwatery, zapewnił Toma, że wszystko w porządku i pozwolił, żeby lokaj rozplątał mu włosy, uczesał je, poperfumował i zawiązał w formalny harcap. W czystym ubraniu, drażniącym jego poparzoną słońcem skórę, poszedł zaprezentować się generałowi, zgodnie z zasadami etykiety. Podpułkownik znał Jamesa Wolfe'a z widzenia - generał był mniej więcej w jego wieku, walczył pod Culloden i podczas kampanii w Highlands służył jako młodszy oficer pod Cumberlandem - ale nigdy nie mieli okazji porozmawiać, chociaż słyszał o nim sporo dobrego.
- Grey, zgadza się? Brat księcia Pardloe? - Wolfe przysunął swój długi nos do Johna, jakby chciał go obwąchać niczym pies drugiego psa. Grey podejrzewał jednak, że nie o to mu chodzi, więc tylko grzecznie się ukłonił.
- Mój brat wielce pana komplementował, sir.
Właściwie to słowa jego brata były dalekie od komplementów.
- Melodramatyczny dupek - stwierdził Hal, gdy wprowadzał Johna w szczegóły na krótko przed wyjazdem. - Pretensjonalny, błędnie oceniający sytuację, fatalny strateg. Ale ma diabelskie szczęście, to trzeba mu oddać. Nie wchodź z nim w żadne głupie układy.
Wolfe uprzejmie skinął głową.
- Przybył pan jako świadek w sprawie tego, jak mu tam... kapitana Carruthersa?
- Tak, sir. Czy data sądu wojennego jest już wyznaczona?
- Nie wiem. Jest? - Generał zwrócił się do adiutanta, wysokiego, z długimi kończynami i o przenikliwym spojrzeniu.
- Nie, sir. Ale skoro wasza lordowska mość przybył, możemy kontynuować. Poślę informację do brygadiera Lethbridge'a-Stewarta, który ma przewodniczyć sprawie.
Wolfe machnął ręką.
- Nie, wstrzymaj się chwilę. Pan brygadier ma teraz ważniejsze sprawy na głowie. Aż do...
Adiutant kiwnął głową i zapisał coś na kartce.
- Tak, sir.
Wolfe patrzył na Greya jak mały chłopiec, który nie może się doczekać, aż zdradzi jakiś sekret.
- Rozumie pan szkockich górali, pułkowniku?
John zamrugał zaskoczony.
- Na tyle, na ile jest to możliwe, sir - odpowiedział grzecznym tonem, a generał wybuchnął śmiechem.
- Wspaniały człowiek. - Wolfe obrócił głowę i pochwalił Greya. - Jest ich u mnie z setka i zastanawiałem się, do czego są przydatni. Wydaje mi się, że wyślę te stworzenia na... małą przygodę.
Adiutant uśmiechnął się na ułamek sekundy.
- Naprawdę, sir? - rzucił powściągliwie Grey.
- Taką niebezpieczną - kontynuował beznamiętnie Wolfe. - Przecież to szkoccy górale, żadna strata, jeśli z tego nie wyjdą. Dołączysz do nas?
"Nie wchodź z nim w żadne głupie układy". Łatwo powiedzieć, bracie, pomyślał Grey. Jakieś sugestie, jak odrzucić ofertę utytułowanego dowódcy?
- Będę zachwycony, sir - odrzekł w końcu, czując dreszcz wzdłuż kręgosłupa, spowodowany niepokojem. - Kiedy?
- Za dwa tygodnie, podczas nowiu. - Gdyby Wolfe miał ogon, pomachałby nim teraz z entuzjazmem.
- Czy mogę znać szczegóły naszej... hm... ekspedycji?
Wolfe wymienił spojrzenia ze swoim adiutantem, po czym odwrócił się podekscytowany do Greya.
- Zajmiemy Quebec, pułkowniku.
* * *
Czyli Wolfe myślał, że znalazł swój point d'appui. A raczej jego zaufany zwiadowca, Malcolm Stubbs, zrobił to za niego. Grey wrócił do swojej kwatery po miniaturę przedstawiającą Olivię i małego Cromwella, wsadził ją do kieszeni i poszedł szukać kapitana.
Nie zastanawiał się, co mu powie. Dobrze, że nie spotkali się tuż po tym, jak John odkrył jego indiańską kochankę i dziecko, bo znokautowałby go na miejscu bez zbędnych wyjaśnień. Na szczęście upłynęło trochę czasu i krew już tak w nim nie buzowała. Zdążył się zdystansować.
A przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie wszedł do okazałej tawerny - Malcolm gustował teraz w droższych winach - i zobaczył uśmiechniętego od ucha do ucha szwagra siedzącego przy stole wśród przyjaciół. Nazwisko Stubbs5 trafnie go opisywało: prawie tak tęgi jak wysoki, jasne włosy i robił się czerwony na twarzy, kiedy dobrze się bawił lub kiedy wypił.
W tej chwili chyba doświadczał obu tych stanów, bo rechotał z czegoś, co powiedział jeden z jego kompanów i machał pustym szkłem w kierunku barmanki. Kiedy się odwrócił, zauważył Greya idącego w jego stronę i spiekł raka. John dostrzegł, że kapitan spędzał dużo czasu na dworze - był prawie tak samo opalony jak podpułkownik.
- Grey! - zawołał. - Cóż to za widok dla mych zmęczonych oczu! Ki diabeł sprowadza cię do tej dziczy? - W końcu zauważył nietęgą minę Greya, radość zniknęła z jego twarzy i zdziwiony zmarszczył grube brwi.
Kilka chwil później podpułkownik rzucił się przez stół, strącając przy tym szklanki, i chwycił szwagra za koszulę.
- Idziesz ze mną, pieprzona świnio - wymamrotał, przyciągając do siebie twarz młodszego mężczyzny - albo zabiję cię na miejscu.
Puścił kapitana i się wyprostował. Krew pulsowała mu w skroniach. Stubbs potarł klatkę piersiową, urażony, zaskoczony i... przestraszony. Grey widział to w jego szeroko rozwartych niebieskich oczach. Kapitan powoli się podniósł i dał znać kompanom, żeby zostali na miejscach.
- Spokojnie, chłopaki - powiedział, całkiem nieźle udając, że nic się nie stało. - To mój kuzyn. Sprawy rodzinne.
Grey zauważył, że dwóch mężczyzn wymieniło porozumiewawcze spojrzenia, po czym popatrzyli na niego czujnym wzrokiem. Wiedzieli. To dobrze.
Podpułkownik pokazał Stubbsowi, żeby szedł przodem. Wyszli z tawerny, udając wzajemny szacunek. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, Grey chwycił kapitana za ramię i wciągnął go w niewielką alejkę. Potem popchnął go z taką siłą, że tamten stracił równowagę i uderzył o ścianę. Następnie John podciął kapitana i wbił swoje kolano w jego udo. Stubbs wydał z siebie dziwny dźwięk.
Grey drżącą z wściekłości dłonią wyciągnął z kieszeni miniaturkę, którą pokazał Stubbsowi, po czym przycisnął ją do policzka mężczyzny. Malcolm zaskomlał i pochwycił obrazek, a John pozwolił mu wziąć przedmiot i wstał.
- Jak śmiałeś? - powiedział niskim poirytowanym głosem. - Jak śmiałeś splamić honor swojej żony i syna?
Malcolm ciężko oddychał i jedną ręką trzymał się za zmaltretowane udo, ale powoli odzyskiwał świadomość.
- To nic - tłumaczył. - To nie ma nic wspólnego z Olivią. - Głośno przełknął ślinę, wytarł dłonią usta i popatrzył na miniaturę. - A więc to moja mała rybka. Przystojny... przystojny chłopak. Podobny do mnie, prawda?
Grey kopnął go z całej siły w brzuch.
- Tak, zupełnie jak twój drugi syn - zasyczał podpułkownik. - Jak mogłeś coś takiego zrobić?
Malcolm otworzył usta, ale nic nie powiedział. Łapał oddech jak ryba wyrzucona na brzeg. Grey nie czuł żadnego żalu. Potraktował go jak psa, bo tym właśnie w tej chwili dla niego był. Wyrwał miniaturkę z ręki Stubbsa i wsadził ją ponownie do kieszeni.
Po dłuższej chwili kapitan jęknął, a jego brązowofioletowa twarz wróciła do swojego normalnego ceglanego koloru. W kącikach ust zebrała mu się ślina. Mężczyzna przejechał po nich językiem, splunął, po czym usiadł i wciąż ciężko oddychając, spojrzał na Greya.
- Masz zamiar znowu mnie uderzyć?
- Jeszcze nie teraz.
- Wspaniale. - Wyciągnął rękę, a Grey ją pochwycił i pomógł kapitanowi wstać. Malcolm oparł się o ścianę, cały czas dysząc i wpatrując się w Johna.
- Kto mianował cię Bogiem? Kim jesteś, żeby mnie osądzać?
Grey miał ochotę znowu go uderzyć, ale się powstrzymał.
- Wiesz kim?! - krzyknął. - Pieprzonym kuzynem Olivii. Jej najbliższym męskim krewnym na kontynencie. A ty, bo chyba muszę ci to przypomnieć, jesteś jej jebanym mężem. Osąd? Co ty masz, u licha, na myśli, obrzydliwy rozpustniku?
Malcolm zakaszlał i ponownie splunął.
- Tak, cóż. Jak mówiłem, to nie ma nic wspólnego z Olivią, czyli z tobą też nie. - Mówił spokojnym tonem, ale Grey słyszał drżenie w jego głosie i widział niepokój w oczach. - Nic szczególnego. Taki jest tu cholerny zwyczaj, na litość boską. Każdy...
Grey wbił mu kolano w jądra.
- Dawaj jeszcze raz - zajęczał Stubbs. Upadł i skulił się na ziemi. - Nie śpiesz się, mam czas.
Grey zdawał sobie sprawę, że ktoś go obserwuje. Odwrócił się i zobaczył kilku żołnierzy przy wejściu do alejki, wahających się, czy zareagować. John miał na sobie mundur - średni wybór, biorąc pod uwagę okoliczności, ale przynajmniej wyraźnie było widać jego stopień i wystarczyło spojrzeć na nich złowrogo, żeby natychmiast zniknęli.
- Wiesz, że powinienem cię zabić, tu i teraz - rzucił po kilku chwilach do Stubbsa. Ogarniająca go furia powoli odpuszczała, szczególnie gdy patrzył na rzygającego pod siebie kapitana. Jego głos przybrał znużony ton. - Lepiej, żeby Olivia jako wdowa odziedziczyła po tobie jakąkolwiek własność, niż żyła z draniem, który zdradzałby ją po kątach. Pewnie nawet z jej własną służącą.
Stubbs wymamrotał coś niezrozumiałego, a Grey nachylił się, chwycił go za włosy i podniósł jego głowę.
- Co tam bełkoczesz?
- To... nie tak. - Pojękujący Malcolm jakoś zdołał usiąść, podciągając nogi do klatki piersiowej. Przez chwilę tylko dyszał z głową opartą o kolana, ale później kontynuował. - Nic nie wiesz, prawda? - Mówił ponurym głosem, nie patrząc na Greya. - Nie widziałeś tego, co ja. Nie robiłeś tego, co ja musiałem robić.
- Co masz na myśli?
- To... nie była bitwa. Tylko... rzeź. Nic zaszczytnego. Rolnicy. Kobiety... - Stubbs z trudnością przełknął ślinę. - Ja... my... robiliśmy to przez wiele miesięcy. Łupiliśmy wioski, paliliśmy gospodarstwa i osiedla. - Westchnął, a jego szerokie ramiona opadły. - Szeregowi żołnierze nie mają nic przeciwko temu. Połowa z nich to zwierzęta w ludzkiej skórze. - Wziął głęboki oddech. - Nie zastanawiają się, tylko biorą kobietę w progu drzwi tuż przy zwłokach jej męża, którego przed chwilą zabili. - Przełknął ślinę. - Nie tylko Montcalm płaci za skalpy - wyjaśnił szeptem. Grey słyszał ból w jego głosie.
- Każdy żołnierz widział takie rzeczy, Malcolmie - stwierdził podpułkownik po krótkiej chwili milczenia wręcz łagodnym głosem. - Jesteś oficerem. Płacą ci za to, żebyś trzymał żołnierzy w ryzach. - I doskonale wiesz, że czasem to niemożliwe, pomyślał.
- Wiem - przytaknął Malcolm i zapłakał. - Ale nie potrafiłem.
Grey czekał, aż Stubbs przestanie szlochać, czując się coraz bardziej głupio i nieswojo. W końcu kapitan uniósł szerokie ramiona.
- Każdy jakoś sobie radzi, nie? Chociaż sposobów wcale nie ma dużo. Alkohol, karty albo kobiety - powiedział już mniej drżącym głosem, po czym uniósł głowę i przesunął się nieco z grymasem na twarzy, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję. - Ale ty nie preferujesz kobiet, prawda? - dodał, patrząc podpułkownikowi w oczy.
Grey poczuł gulę w gardle, lecz w porę zdał sobie sprawę, że ton Malcolma nie był oskarżycielski.
- Nie - odpowiedział i wziął głęboki oddech. - Wolę pić.
Stubbs kiwnął głową i wytarł nos w rękaw.
- Picie mi nie pomaga - stwierdził. - Zasypiam, ale nie zapominam. I śnię... o rzeczach. Kurwy, cóż, nie chciałem złapać kiły i ewentualnie... sprzedać jej Olivii - wymamrotał, opuszczając głowę. - W karty nie gram zbyt dobrze - ciągnął, wcześniej odchrząkując. - Gdy zasypiam w objęciach kobiety, śpię spokojnie.
Grey oparł się o ścianę, czując się prawie tak samo poobijany jak Malcolm Stubbs. Bladozielone liście uniosły się na wietrze, zawirowały i opadły na błoto.
- No dobra - odezwał się w końcu John. - Co masz zamiar zrobić?
- Nie wiem - odpowiedział zrezygnowany Stubbs. - Coś wymyślę. Chyba.
Grey wyciągnął dłoń do kapitana, a ten skorzystał z pomocy i ostrożnie wstał. Kiwnął do podpułkownika i powlókł się alejką, skulony, jakby zaraz miały mu wypaść wnętrzności. Zatrzymał się w połowie drogi i zerknął za siebie przez ramię. Miał zażenowaną minę i zatroskane spojrzenie.
- Mogę... miniaturkę? Wciąż są moi, Olivia i... syn.
Grey westchnął głęboko, aż do szpiku kości. Czuł się, jakby miał tysiąc lat.
- Tak, są - powiedział, wyciągnął miniaturkę i ostrożnie wsadził ją do kieszeni płaszcza Malcolma. - Pamiętaj te słowa, dobrze?
* * *
Dwa dni później przybyły statki z żołnierzami pod dowództwem admirała Holmesa. Miasteczko zalała fala mężczyzn głodnych niesolonego mięsa, świeżo upieczonego chleba, napitków i kobiet. Do kwatery Greya dotarł posłaniec z paczką od Hala i pozdrowieniami od admirała.
Przesyłka była niewielka, ale starannie zapakowana w ceratę i obwiązana dratwą. Węzeł był zalakowany herbem brata podpułkownika. To niepodobne do Hala, który zazwyczaj komunikował się za pomocą krótkich notek zawierających minimalną liczbę słów potrzebnych do przekazania tego, o co mu chodziło. Rzadko je podpisywał, a co dopiero pieczętował.
Tomowi natomiast paczka wydała się odrobinę złowroga. Odsunął ją z dala od reszty listów i postawił na niej dużą butelkę brandy, chyba żeby uniemożliwić jej ucieczkę. A może podejrzewał, że Greyowi przyda się trunek podczas trudów czytania listu składającego się z więcej niż jednej strony.
- Bardzo miło z twojej strony, Tom - wymamrotał John, uśmiechając się do siebie i chwytając za scyzoryk.
W ostatecznym rozrachunku okazało się, że list jest o wiele krótszy, nie ma w nim ani powitania, ani podpisu i na pewno został napisany przez Hala.
Minnie chce wiedzieć, czy głodujesz, chociaż nie wiem, jakie rozwiązanie miałaby zaproponować, gdyby twoja odpowiedź była twierdząca.
Chłopców ciekawi natomiast, czy zebrałeś jakieś skalpy - no i są przekonani, że żaden czerwonoskóry nie zdołał zabrać twojego. Podzielam ich opinię. Lepiej weź ze sobą trzy tomahawki, gdy będziesz wracał do domu.
Przesyłam twój przycisk do papieru. Jubiler był pod wrażeniem jakości kamienia. Dołączam również wyznanie Adamsa. Wczoraj został powieszony.
W paczce rzeczywiście znajdowała się sakiewka z irchy i oficjalny dokument składający się z kilku stron dobrego pergaminu, zwiniętych i zapieczętowanych - tym razem insygniami Jerzego II. Grey zostawił dokument na stole, wyjął kubek ze skrzyni i nalał sobie brandy do pełna, ponownie podziwiając bystrość swojego lokaja.
W taki oto sposób, wzmocniony trunkiem, usiadł i wziął do ręki małą sakiewkę, z której wyciągnął niewielki, chociaż ciężki, złoty przycisk do papieru przedstawiający półksiężyc górujący nad oceanicznymi falami. Częścią zestawu był też spory fasetowany szafir, błyszczący niczym gwiazda wieczorna. Skąd James Fraser zdobył takie cudo?
Grey obrócił przedmiot w dłoni, podziwiając doskonałe rzemiosło, ale po chwili odłożył go na bok. Przez jakiś czas popijał brandy i patrzył na dokument, jakby ten miał zaraz eksplodować. John widział to oczami wyobraźni.
W końcu wziął dokument do ręki, a powiew wiatru od okna delikatnie uniósł kartki. Zatrzepotały niczym żagiel przed wypełnieniem, zanim łódź popłynie z pełną prędkością.
Czekanie nie pomoże. Poza tym Hal wiedział, co było tam napisane i w końcu powiedziałby o tym bratu, czy ten by sobie tego życzył, czy nie. Grey głośno westchnął, odstawił kubek z brandy i złamał pieczęć.
Ja, Bernard Donald Adams, wyznaję to, co mam wyznać z własnej, nieprzymuszonej woli...
John zastanawiał się, czy aby na pewno. Nie znał odręcznego pisma Adamsa, więc nie mógł wywnioskować, czy rzeczywiście napisał go sam, czy komuś podyktował. Nie, chwila. Przekartkował dokument i sprawdził podpis. Ta sama ręka. W porządku, napisał go własnoręcznie.
Przyjrzał się dokładnie pismu. Było wyraźne, więc prawdopodobnie list nie został wymuszony torturami. Może to była prawda.
- Idiota - szepnął pod nosem. - Przeczytaj to cholerstwo i miej to z głowy.
Wypił resztę brandy jednym haustem, rozprostował kartki na kamiennym gzymsie i w końcu zabrał się do czytania historii śmierci własnego ojca.
* * *
Książę od jakiegoś czasu przypuszczał, że krąg jakobitów istnieje naprawdę i zidentyfikował trzech ludzi, którzy mogli do niego należeć, chociaż nie podjął żadnych kroków, żeby ich ujawnić. Przynajmniej dopóki sam nie został oskarżony o zdradę wobec kraju i nie wpłynął nakaz jego aresztowania. Słysząc to, od razu posłał po Adamsa i wezwał go do swojej wiejskiej posiadłości w Earlingden.
Adams mógł tylko podejrzewać, ile książę wiedział o jego powiązaniach z kręgiem, ale nie miał zamiaru bezczynnie się przypatrywać, w razie gdyby aresztowany książę chciał go wydać. Uzbroił się w pistolet i jechał całą noc do Earlingden. Przybył na miejsce tuż przed świtem.
Stanął przed drzwiami oranżerii i został przyjęty przez księcia. Odbyli "jakąś rozmowę".
Tamtego dnia dowiedziałem się o nakazie aresztowania księcia Pardloe za zdradę kraju. Niepokoiłem się, ponieważ książę przepytywał mnie i moich kolegów w sposób, który sugerował, że podejrzewa nas o związek z podziemnym ruchem chcącym przywrócić Stuartów na tron.
Sprzeciwiłem się aresztowaniu księcia, ponieważ nie miałem pojęcia, jak daleko sięgają jego wiedza lub podejrzenia, i bałem się, że jeśli sam znajdzie się w tarapatach, może oskarżyć mnie i moich kolegów, to jest Victora Arbuthnota, lorda Creemore oraz sir Edwina Bellmana. Ten ostatni twierdził, że nie powinniśmy się tym wielce przejmować, ponieważ każda próba oskarżenia nas przez Pardloe mogła zostać łatwo odrzucona jako zwykła chęć ratowania własnej skóry, niemająca podparcia w faktach. Już samo aresztowanie księcia w naturalny sposób wzbudziłoby powszechne domniemanie jego winy i odwracałoby uwagę od jakichkolwiek oskarżeń wypowiadanych przez niego w naszą stronę.
Książę, słysząc o nakazie, tego samego wieczoru posłał po mnie i kazał mi natychmiast stawić się w jego wiejskim domu. Ponieważ nie wiedziałem, w posiadaniu jakich dowodów się znajduje, nie śmiałem mu odmówić. Jechałem całą noc i przed świtem dotarłem do posiadłości.
Adams spotkał się z księciem w oranżerii. Nie wiadomo, jaką formę przybrała ich rozmowa, ale jej rezultat był tragiczny.
Wziąłem ze sobą pistolet, który naładowałem przed wejściem do domu. Miałem zamiar użyć go tylko w obronie własnej. Nie wiedziałem, jak zachowa się książę podczas naszego spotkania.
Niebezpieczne zagranie. Gerard Grey, książę Pardloe, również przyszedł uzbrojony na spotkanie. Według Adamsa książę wyciągnął pistolet - pozostaje niejasne, czy zrobił to, by oddać strzał, czy tylko nastraszyć rozmówcę - a spanikowany Adams zrobił to samo. Obaj strzelili. Adams podejrzewał, że pistolet księcia nie wypalił, bo niemożliwym było, by spudłował z takiej odległości.
Pistolet Adamsa zadziałał prawidłowo, a on sam nie spudłował. Zobaczywszy krew wypływającą z klatki piersiowej księcia, spanikował i rzucił się do ucieczki. W pewnym momencie odwrócił głowę i zobaczył księcia, śmiertelnie ranionego, ale wciąż na nogach. Książę chwycił się gałęzi drzewka brzoskwini i ostatkiem sił rzucił swoją bezużyteczną broń w stronę Adamsa, po czym upadł.
John Grey delikatnie gładził arkusze pergaminu trzymane w palcach. Nie widział już na nich starannego pisma Adamsa, którym ten spisał raport. Widział rozlaną krew. Ciemnoczerwoną, przypominającą piękny klejnot jaśniejący w promieniach słońca wpadających przez szklany dach. Widział potargane włosy ojca, jakby ten dopiero co wrócił z polowania, i gałąź drzewka brzoskwini, urwaną i leżącą na tych samych kafelkach, przez co drzewko straciło swoją doskonałość.
Podpułkownik odłożył papiery na stół. Wiatr poruszył nimi, ale mężczyzna zareagował natychmiast i położył na nich nowy przycisk do papieru.
Jak to powiedział Carruthers? Że John utrzymuje porządek.
"Ty i twój brat... - powiedział - Ale ludzie tacy, jak ty... pragną czegoś innego. Jeśli na świecie istnieje jakiś porządek czy pokój... zawdzięczamy je tobie i tym nielicznym tobie podobnym".
Być może. Podpułkownik zastanawiał się, czy Carruthers zna cenę, jaką płaci się za pokój i porządek, ale potem przypomniał sobie wynędzniałą twarz Charliego, na której nie było już śladu po dawnej, młodzieńczej urodzie. Ten człowiek był workiem kości i tylko niesamowita determinacja sprawiała, że wciąż oddychał.
Tak, Carruthers znał tę cenę.
* * *
Niecałe dwa tygodnie później, tuż po nowiu, statki dobiły do brzegu. Konwój składał się z flagowego okrętu admirała Holmesa - "Lowestoffa", trzech okrętów wojennych - "Squirrela", "Sea Horse'a" i "Huntera", kilku uzbrojonych żaglowców i kilku przewożących wojskowe wyposażenie, proch i amunicję oraz sporej liczby transportowców, na których pokładzie znajdowało się łącznie tysiąc osiemset osób. "Sutherland" zakotwiczył wcześniej, poza zasięgiem armat fortecy, żeby obserwować ruchy przeciwnika. Francuzi zacumowali tam swoje baterie pływające i mały statek zwiadowczy.
Grey podróżował wraz Wolfe'em i szkockimi góralami na pokładzie "Sea Horse'a". Spędzili cały czas na górnym pokładzie, zbyt podekscytowani, by zejść na dół.
W głowie Johna wciąż brzmiało ostrzeżenie jego brata - "Nie wchodź z nim w żadne głupie układy" - jednak było już za późno. Żeby o tym nie myśleć, Grey wyzwał innego oficera na pojedynek w gwizdaniu. Obaj mieli wygwizdać The Roast Beef of Old England, a przegrywał ten, kto pierwszy się zaśmieje. Podpułkownik zachichotał pierwszy, ale przynajmniej nie zastanawiał się już nad słowami Hala.
Tuż po północy duże statki zwinęły żagle, zrzuciły kotwice i unosiły się na wodzie niczym ogromne mewy. Anse au Foulon, miejsce lądowania, które Malcolm Stubbs i jego zwiadowcy zarekomendowali generałowi Wolfe'emu, leżało siedem mil w dół rzeki, u stóp stromych klifów ze skał łupkowych, które prowadziły w górę na Równinę Abrahama.
- Myślicie, że zawdzięcza swoją nazwę biblijnemu Abrahamowi? - zapytał zaciekawiony Grey, ale w odpowiedzi usłyszał, że na klifach znajduje się gospodarstwo należące do byłego pilota morskiego Abrahama Martina.
Właściwie to dobrze, że pochodzenie nazwy było tak prozaiczne. Na górze rozegrają się wystarczająco dramatyczne sceny, nie będzie czasu zawracać sobie głowy starodawnymi prorokami, rozmowami z Bogiem i zastanawiać się, ilu sprawiedliwych ludzi jest zamkniętych w fortecy Quebec.
Starając się robić jak najmniej hałasu, szkoccy górale i ich oficerowie, Wolfe oraz wybrani przez niego żołnierze - wśród nich Grey - wsiedli do małych bateaux, które miały zabrać ich na miejsce lądowania.
Rwąca rzeka zagłuszała wiosła uderzające o wodę, a na pokładzie raczej nikt nie urządzał sobie pogawędek. Wolfe siedział na dziobie łodzi prowadzącej, zwrócony twarzą do swoich żołnierzy i od czasu do czasu zerkał za siebie, w stronę brzegu. Nagle i bez ostrzeżenia, zaczął mówić. Nie podnosił głosu, ale noc była na tyle spokojna, że dało się go usłyszeć. Ku zaskoczeniu Greya recytował Elegię napisaną na wiejskim cmentarzu.
Melodramatyczny dupek, pomyślał, chociaż nie mógł oprzeć się wrażeniu, że recytacja generała była w dziwny sposób poruszająca. Wolfe nie robił tego dla poklasku, sprawiał wrażenie, jakby mówił do siebie. Johna przeszły dreszcze, gdy generał doszedł do słów:
Gdyż kto herbem się chełpi, kto puszy potęgą
Kto urodą upaja, kto bogactwem błyska -
Tego w końcu z nędzarzem wspólne losy sprzęgą6.
- "U kresu szlaków chwały jest mogiła niska"7 - zakończył Wolfe tak cicho, że tylko trzech lub czterech siedzących obok niego ludzi było w stanie to usłyszeć. Grey znajdował się na tyle blisko, że usłyszał, jak generał odchrząkuje. Po chwili Wolfe uniósł ramiona.
- Panowie - zaczął, podnosząc głos - powinienem pisać takie wiersze, a nie wybierać się na Quebec.
Wśród żołnierzy zapanowało lekkie poruszenie, po czym wybuchnęli śmiechem.
Podobnie jak i ja, pomyślał Grey. Poeta, który napisał te strofy, pewnie siedzi teraz przy kominku w Cambridge, zajada się placuszkami z masłem i nie musi się martwić, że spadnie z dużej wysokości albo odstrzelą mu dupsko.
John nie wiedział, czy to wszystko część wizerunku Wolfe'a. Może tak, a może nie. Tego ranka spotkał przy latrynach pułkownika Walsinga, a ten wspomniał, że ubiegłej nocy Wolfe wręczył mu wisiorek i poinstruował, żeby oddał go pannie Landringham, narzeczonej generała.
Chociaż to nic nowego, że żołnierze oddają przyjaciołom cenne przedmioty przed ciężką bitwą, na wypadek śmierci czy odniesienia poważnych ran. Ciało mogło zostać ograbione przed znalezieniem go przez towarzyszy, a nie każdy mógł sobie pozwolić na zaufanego służącego. Grey często szedł na bitwę z tabakierami, kieszonkowymi zegarkami czy pierścionkami, które zawczasu wręczyli mu przyjaciele - cieszył się opinią szczęściarza jeszcze przed Crefeld. Dzisiejszej nocy nie dostał nic na przechowanie.
John przeniósł się na drugą stronę, a znajdujący się obok niego Simon Fraser zrobił to samo w przeciwnym kierunku, przez co na siebie wpadli.
- Pardon - wymamrotał Fraser. Zeszłej nocy Wolfe kazał każdemu, kto siedział przy stole, recytować wiersze po francusku i wszyscy zgodnie stwierdzili, że Fraser ma najlepszy akcent. A to dlatego, że kilka lat wcześniej walczył ramię w ramię z Francuzami w Holandii i to właśnie on miał mówić, gdyby zatrzymali ich wartownicy. Grey był przekonany, że Fraser przestawiał się w głowie na francuski, żeby w nerwach nie wymsknęło mu się coś po angielsku.
- De rien - wyszeptał w odpowiedzi Grey, a Fraser wydał z siebie stłumiony gardłowy śmiech.
Było pochmurno, po niebie płynęły resztki deszczowych chmur. To akurat dobrze: powierzchnia wody nie była równa, załamana przez słabe światło, wystające kamienie i dryfujące gałęzie drzew. Ale nawet w takich warunkach doświadczony zwiadowca nie mógł nie wypatrzyć tylu łodzi.
Podpułkownik czuł chłód na twarzy, lecz ręce miał spocone. Ponownie dotknął sztyletu przytroczonego do pasa. Zdawał sobie sprawę, że robi to co kilka minut, jakby ciągle musiał sprawdzać, czy wciąż tam jest, jednak nie mógł nic na to poradzić, a nawet nie chciał. Wytężył wzrok i rozglądał się w poszukiwaniu blasku ogniska czy jakiegokolwiek ruchu... nic.
Zastanawiał się, ile jeszcze. Dwie mile, trzy? Na razie nie było mu dane zobaczyć klifów na własne oczy i nie był pewny, jak daleko od Gareon się znajdują.
Nurt wody i delikatne kołysanie łodzi sprawiło, że zrobił się senny, mimo towarzyszących mu emocji, więc pokręcił energicznie głową i przesadnie ziewnął, żeby się pobudzić.
- Quel est ce bateau? Co to za łódź? - Z brzegu doszło do nich ledwo słyszalne wołanie, niewiele głośniejsze od nocnego pohukiwania sowy. Simon Fraser chwycił mocno dłoń podpułkownika, niemal ją miażdżąc.
- Celui de la Reine! - odkrzyknął w odpowiedzi Fraser.
Grey zacisnął zęby, żeby przypadkiem nie rzucić czegoś głupiego. Jeśli czekający na brzegu zwiadowcy zażądaliby konkretnego hasła, żołnierze w łodzi połamaliby mu kończyny na miejscu.
- Passez! - odkrzyknął zwiadowca, a Fraser zwolnił uścisk. Głęboko oddychając, trącił podpułkownika i ponownie wyszeptał przeprosiny.
- De, kurwa, rien - wymamrotał Grey, pocierając dłoń i rozprostowując palce.
Zbliżali się. Żołnierze bujali się, niecierpliwie wyczekując starcia, nawet i bardziej niż John - sprawdzali broń, rozprostowywali mundury, odkasływali, spluwali za ramię, jednym słowem przygotowywali się na bitwę. Jeszcze bardziej nerwowo zrobiło się piętnaście minut przed dobiciem do brzegu. Wtedy znowu odezwał się zwiadowca.
Greyowi ścisnęło się serce, a stare rany znowu pulsowały, i to tak mocno, że prawie westchnął z bólu.
- Qui ?tes-vous? Que sont ces bateaux? Kim jesteście? Co to za łodzie? - podejrzliwy francuski głos domagał się odpowiedzi.
Tym razem John był przygotowany i sam chwycił Frasera za rękę. Simon przytrzymał się go i nachylił w stronę wybrzeża.
- Des bateux de provisions! Taisez-vous... les anglais sont proches! To łodzie z zapasami! Ciszej... Anglicy są niedaleko!
Grey poczuł ogromną potrzebę wybuchnięcia śmiechem, ale powstrzymał się. "Sutherland" naprawdę znajdował się niedaleko, przyczajony poza zasięgiem dział, ale żabojady nie mogły mieć o tym pojęcia.
- Passez! - zawołał strażnik, tym razem ciszej, i łodzie sprawnie przepłynęły przez ostatni zakręt.
Ich łódź uderzyła o piasek. Połowa załogi natychmiast wyszła na ląd i pociągnęła ją dalej. Wolfe wyskoczył z niej niezgrabnie, choć z zapałem, wyraźnie przeszła mu już ochota na ponure wiersze. Przenieśli się na pobliską mieliznę, gdy reszta łodzi dobijała do brzegu, a chmara czarnych sylwetek wysypywała się z nich niczym mrówki z mrowiska.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki