Siedem głazów przeznaczenia - Diana Gabaldon

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Chro­no­lo­gia serii Obca

Jeśli chwy­ci­li­ście tę książkę z błęd­nym prze­ko­na­niem, że to dzie­wiąta część serii Obca, to prze­pra­szam.

Zatem, czym ta książka w zasa­dzie jest? Cóż, to zbiór sied­miu... hmm... form lite­rac­kich, róż­nią­cych się dłu­go­ścią i tre­ścią, ale wszyst­kie mają zwią­zek z serią Obca. Co do tytułu: redak­torce nie spodo­bał się zapro­po­no­wany przeze mnie Sal­ma­gundi1, a gdy pochy­li­łam się nad jej argu­men­ta­cją... W każ­dym razie, za pośred­nic­twem mojego agenta zosta­łam popro­szona o coś bar­dziej "rezo­nu­ją­cego i poetyc­kiego", na modłę ksią­żek z głów­nej serii.

Nie wcho­dząc zbyt głę­boko w towa­rzy­szący mi pro­ces myślowy (w pew­nym momen­cie do głowy przy­cho­dziły mi stwier­dze­nia pokroju "sma­że­nie kieł­ba­sek" i "szli­fo­wa­nie kamieni"), chcia­łam zna­leźć tytuł, który przy­naj­mniej zasu­ge­ro­wałby zbiór ele­men­tów (stąd "sie­dem"), więc Sie­dem gła­zów poja­wiło się natu­ral­nie i dobrze się wpa­so­wy­wało ("głaz" to zawsze słowo wiel­kiej wagi), ale nie była to jesz­cze kom­pletna myśl poetycka. Zasta­na­wia­łam się wciąż i w końcu wymy­śli­łam "prze­zna­cze­nie", które brzmi poważ­nie.

Póź­niej musia­łam prze­ana­li­zo­wać nowy tytuł, żeby wymy­ślić, co ma, u licha, zna­czyć. Kiedy sie­dzi się nad czymś dość długo, to można we wszyst­kim dostrzec sens. W tym przy­padku "prze­zna­cze­nie" odnosi się do ludzi, któ­rzy muszą radzić sobie z żalem i prze­ciw­no­ściami losu. Mia­no­wi­cie, jeśli nie zgi­ną­łeś od razu, masz wybór, jak poto­czy się reszta two­jego życia: możesz stać pro­sto mimo ran i ponu­rych doświad­czeń, słu­żąc jako pod­pora i dro­go­wskaz dla innych, lub upaść i pozwo­lić, by pochło­nęła cię zie­mia, ustę­pu­jąc tym, któ­rzy przyjdą po tobie.

* * *

Ale do rze­czy. W środku znaj­dzie­cie (jak pod­po­wiada okładka) zbiór sied­miu nowel (forma krót­sza od powie­ści, ale dłuż­sza niż krót­kie opo­wia­da­nie), a każda z nich jest czę­ścią świata Obcej i bez­po­śred­nio łączy się z serią.

Pięć z nich napi­sa­łam dla róż­nych anto­lo­gii poja­wia­ją­cych się w ostat­nich latach, a dwie są cał­ko­wi­cie nowe i ni­gdy wcze­śniej nie­pu­bli­ko­wane. To Ulotna zie­leń oraz Oblę­że­nie.

Bio­rąc pod uwagę róż­nicę pomię­dzy wydaw­nic­twami w poszcze­gól­nych kra­jach, nie­które z wcze­śniej zna­nych nowel mogły zostać opu­bli­ko­wane w for­mie zbio­ro­wej (Wielka Bry­ta­nia, Niemcy) lub jako poje­dyn­cze ebo­oki (Stany Zjed­no­czone). Sie­dem gła­zów prze­zna­cze­nia to kom­pletna, dru­ko­wana kolek­cja dla tych czy­tel­ni­ków, któ­rzy lubią czuć książkę w dłoni, zawie­ra­jąca dwa nie­pu­bli­ko­wane wcze­śniej opo­wia­da­nia.

Ponie­waż nowele wpi­sują się w różne punkty głów­nej histo­rii (podob­nie jak boha­te­ro­wie), poni­żej znaj­duje się chro­no­lo­gia ksią­żek z serii Obca, by wyja­śnić wszyst­kim kto, co i kiedy.

Seria Obca jest napi­sana w trzech róż­nych for­ma­tach:

Ogromne księgi głów­nej serii, które nie wpi­sują się w żaden gatu­nek lite­racki (albo zawie­rają je wszyst­kie).

Krót­sze, łatwiej­sze do wpi­sa­nia w ramy opo­wia­da­nia są w więk­szym lub mniej­szym stop­niu kry­mi­na­łami histo­rycz­nymi (cho­ciaż podej­mo­wany jest w nich także temat wojen, węgo­rzy i róż­no­ra­kich prak­tyk sek­su­al­nych).

Oraz

Nowelki - krót­kie formy lite­rac­kie, które wypeł­niają histo­rie znane z głów­nej serii, tak jak ofiara wypeł­nia pusty żołą­dek ogrom­nego węża. Sku­piają się głów­nie (ale nie jedy­nie) na pobocz­nych boha­te­rach, poprze­dzają wyda­rze­nia lub dzieją się po wyda­rze­niach z głów­nej serii i/lub zapeł­niają luki w fabule.

Duże księgi opo­wia­dają histo­rię Cla­ire i Jamesa Fra­se­rów. Opo­wia­da­nia sku­piają się na przy­go­dach lorda Johna Greya, ale ich fabuła łączy się z tą przed­sta­wioną w głów­nej serii (na przy­kład The Scot­tish Pri­so­ner to łączona histo­ria lorda Johna i Jamiego Fra­sera). W nowel­kach poja­wiają się boha­te­ro­wie dużych ksiąg, włącz­nie z Jamiem i Cla­ire. Opis poni­żej wyja­śnia, któ­rych boha­te­rów spo­tka­cie w poszcze­gól­nych opo­wia­da­niach.

Więk­szość opo­wia­dań i noweli któ­rych głów­nych boha­te­rem jest lord John, wypeł­nia wielką lukę w latach 1756-1761, powstałą w powie­ści Podróż­niczka. Część pozo­sta­łych nowe­lek rów­nież wpa­so­wuje się w ten okres.

Dla wygody czy­tel­ni­ków zamiesz­czona tu lista przed­sta­wia sekwen­cję waż­niej­szych wyda­rzeń. Cho­ciaż warto wspo­mnieć, że krót­sze formy lite­rac­kie są napi­sane w taki spo­sób, żeby można było je czy­tać oddziel­nie, nie zna­jąc fabuły głów­nej serii. Cza­sem ma się ochotę na lite­racką prze­ką­skę, a nie dzie­wię­cio­da­niowy posi­łek z dobrym winem i zakoń­czony dese­rem.

(Dla jesz­cze więk­szej wygody opis każ­dej histo­rii zawiera ramy cza­sowe - jeśli w róż­nych kra­jach książki będą wyda­wane w innej kolej­no­ści, daty i ory­gi­nalne tytuły publi­ka­cji rów­nież są zawarte poni­żej. Ta infor­ma­cja będzie naj­bar­dziej doce­niona przez kolek­cjo­ne­rów i zago­rza­łych biblio­fi­lów. Pró­bu­jemy zado­wo­lić jak naj­wię­cej ludzi).

Vir­gins (nowela), wyda­nie pol­skie Dzie­wice - rok 1740, Fran­cja. Jamie Fra­ser (lat dzie­więt­na­ście) i jego przy­ja­ciel Ian Mur­ray (lat dwa­dzie­ścia) zostają mło­dymi najem­ni­kami. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Dan­ge­rous Women pod redak­cją Geo­rge'a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2012].

Outlan­der, wyda­nie pol­skie Obca (powieść) - swoją przy­godę z serią pro­po­nuję zacząć w tym miej­scu. Jeśli nie jeste­ście prze­ko­nani, otwórz­cie książkę na jakim­kol­wiek frag­men­cie i prze­czy­taj­cie trzy strony. Zapłacę dolara, jeśli po tym odło­ży­cie ją na dobre (1946/1743).

Dra­gon­fly in Amber, wyda­nie pol­skie Uwię­ziona w bursz­ty­nie (powieść) - histo­ria nie zaczyna się tam, gdzie myślisz i koń­czy też w nie­spo­dzie­wa­nym miej­scu. Po pro­stu czy­taj; będzie dobrze (1968/1744-1746).

A Fugi­tive Green, wyda­nie pol­skie Ulotna zie­leń (nowela) - akcja roz­grywa się w latach 1744-1745 w Paryżu, Lon­dy­nie i Amster­da­mie. Głów­nymi boha­te­rami noweli są star­szy brat lorda Johna, Hal (Harold, hra­bia Mel­don i książę Par­dloe) oraz jego (przy­szła) żona Min­nie - w tam­tym momen­cie sie­dem­na­sto­let­nia han­dlarka rzad­kimi księ­gami, dora­bia­jąca sobie na boku fał­szo­wa­niem papie­rów, szan­ta­żem i kra­dzie­żami. W noweli poja­wia się rów­nież Jamie Fra­ser.

Voy­ager, wyda­nie pol­skie Podróż­niczka (powieść) - zdo­była nagrodę maga­zynu "EW" za "naj­lep­sze otwar­cie". (Żeby zaosz­czę­dzić wam czasu na poszu­ki­wa­niu egzem­pla­rza, brzmiało ono tak: "Nie żył. W nosie czuł jed­nak bole­sne pul­so­wa­nie. Uznał to za bar­dzo dziwne."). Jeśli czy­tasz serię w kolej­no­ści, a nie wyryw­kowo, naj­le­piej będzie prze­czy­tać tę powieść przed zabra­niem się do nowel (1968/1746-1767).

Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Hel­l­fire Club (krót­kie opo­wia­da­nie) - żeby jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wać sprawę, Lord John and the Hand of Devils to zbiór skła­da­jący się z trzech nowel. Akcja pierw­szej Lord John and the Hel­l­fire Club roz­grywa się w Lon­dy­nie w 1756 roku. Męż­czy­zna o rudych wło­sach błaga lorda Johna Greya o pomoc, po czym umiera na jego oczach. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Past Poisons pod redak­cją Maxima Jaku­bow­skiego, 1998].

Lord John and the Pri­vate Mat­ter, wyda­nie pol­skie Lord John i sprawa oso­bi­sta (powieść) - Lon­dyn, 1757 rok. Kry­mi­nał histo­ryczny prze­siąk­nięty krwią i innymi jesz­cze bar­dziej maka­brycz­nymi sub­stan­cjami. W skró­cie, lord John poznaje lokaja, zdrajcę, apte­ka­rza twier­dzą­cego, że ma spraw­dzony lek na syfi­lis, prze­mą­drza­łego Niemca i nie­ma­ją­cego skru­pu­łów magnata han­dlo­wego.

Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Suc­cu­bus (nowela) - w dru­giej noweli z serii Hand of Devils spo­ty­kamy lorda Johna w Niem­czech w 1757 roku. Boha­ter ma nie­po­ko­jące sny o Jamiem Fra­se­rze, prze­żywa dość dziwne spo­tka­nia z sak­soń­skimi księż­nicz­kami, noc­nymi wiedź­mami oraz czeka go bar­dzo spe­cy­ficzne zetknię­cie z dużym blond hra­bią hano­wer­skim. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Legends II pod redak­cją Roberta Silver­berga, 2003].

Lord John and the Bro­ther­hood of the Blade, wyda­nie pol­skie Lord John i Brac­two Ostrza (powieść) - druga powieść o przy­go­dach lorda Johna (poja­wia się w niej rów­nież Jamie Fra­ser), któ­rej akcja roz­grywa się w 1758 roku i trak­tuje o trwa­ją­cym od dwu­dzie­stu lat rodzin­nym skan­dalu. Lord John zali­cza bli­skie spo­tka­nie z armatą i musi sobie radzić z burz­li­wymi uczu­ciami.

Lord John and the Hand of Devils: Lord John and the Haun­ted Sol­dier (nowela) - trze­cia nowela z tej serii. Rok 1758, Lon­dyn, Royal Arse­nal w Wool­wich. Lord John musi zmie­rzyć się z komi­sją śled­czą w spra­wie wybu­chu armaty i uświa­da­mia sobie, że na świe­cie ist­nieją bar­dziej śmier­cio­no­śne rze­czy niż proch strzel­ni­czy.

The Custom of the Army, wyda­nie pol­skie Zwy­czaje armii (nowela) - rok 1759. Jego lor­dow­ska mość mel­duje się na przy­ję­ciu w Lon­dy­nie, któ­rego główną atrak­cją jest węgorz elek­tryczny, a osta­tecz­nie bie­rze udział w bitwie na Rów­ni­nie Abra­hama. Po pro­stu taki z niego typ czło­wieka. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii War­riors pod redak­cją Geo­rge'a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2010].

The Scot­tish Pri­so­ner (powieść) - akcja tej powie­ści roz­grywa się w 1760 roku w Kra­inie Jezior, Lon­dy­nie oraz Irlan­dii. Jest to swego rodzaju "powieść hybry­dowa" roz­dzie­lona po równo mię­dzy dwóch boha­te­rów - lorda Johna i Jamiego Fra­sera - i przed­sta­wia­jąca ich prze­my­śle­nia na temat poli­tyki, korup­cji, mor­derstw, snów po zaży­ciu opium, koni oraz nie­ślub­nych synów.

A Pla­gue of Zom­bies, wyda­nie pol­skie Plaga zom­bie (nowela) - rok 1761, Jamajka, gdzie lord John zostaje wysłany, żeby prze­jąć dowo­dze­nie nad bata­lio­nem mają­cym stłu­mić bunt nie­wol­ni­ków, a przy oka­zji odkrywa w sobie upodo­ba­nie do węży, kara­lu­chów i żywych tru­pów. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Down These Strange Stre­ets 2 pod redak­cją Geo­rge'a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2011].

Drums of Autumn, wyda­nie pol­skie Jesienne wer­ble (powieść) - czwarta powieść głów­nej serii, któ­rej akcja roz­po­czyna się w 1767 roku w Nowym Świe­cie, gdzie Jamie i Cla­ire osie­dlają się Karo­li­nie Pół­noc­nej, a ich córka Brianna dowia­duje się wielu nie­spo­dzie­wa­nych rze­czy, gdy za sprawą wycinka z gazety rusza na poszu­ki­wa­nia rodzi­ców (1969-1970/1767-1770).

The Fiery Cross, wyda­nie pol­skie Ogni­sty krzyż (powieść) - tłem histo­rycz­nym dla pią­tej powie­ści głów­nej serii jest wojna regu­la­cyjna na tere­nach Karo­liny Pół­noc­nej (1767-1771), czyli w mniej­szym lub więk­szym stop­niu próba gene­ralna przed nad­cho­dzącą rewo­lu­cją. Jamie Fra­ser staje się - choć nie bez oporu - rebe­lian­tem, jego żona Cla­ire wybiera drogę lekarki, a ich wnuk Jere­miah upija się cherry bounce. Ponadto coś bar­dzo złego przy­tra­fia się mężowi Brianny, Roge­rowi, ale nie powiem co. Powieść zdo­była kilka nagród za "naj­lep­sze zamknię­cie". Tym razem go tu nie umiesz­czę (1770-1772).

A Bre­ath of Snow and Ashes, wyda­nie pol­skie Tchnie­nie śniegu i popiołu (powieść) - szó­sta powieść głów­nej serii, które zdo­była w 2006 roku nagrodę lite­racką Corine w kate­go­rii bele­try­styka oraz Quill Award (poko­nu­jąc powie­ści autor­stwa Geo­rge'a R.R. Mar­tina i Ste­phena Kinga, co jest dla mnie nie lada gratką. W końcu jak czę­sto można się pochwa­lić takim wyróż­nie­niem?). Wszyst­kie książki jawią mi się jako obrazy, kiedy nad nimi pra­cuję. Ta wyglą­dała jak drze­wo­ryt Hoku­saia, noszący tytuł Wielka fala w Kana­ga­wie. Cho­ciaż, może bar­dziej jak tsu­nami. Albo dwa.

An Echo in the Bone, wyda­nie pol­skie Kość z kości (powieść) - akcja siód­mej powie­ści głów­nej serii roz­grywa się w Ame­ryce, Lon­dy­nie, Kana­dzie i Szko­cji. Ilu­stra­cja na anglo­ję­zycz­nej okładce dosko­nale oddaje kształt powie­ści: a wid­nieje na niej kol­czatka. Stara woj­skowa broń, która wygląda jak bączek z naostrzo­nymi koń­cami. Rzy­mia­nie uży­wali ich do odstra­sza­nia słoni, a patrole na auto­stra­dach wciąż zatrzy­mują za pomocą tego wyna­lazku pędzą­cych prze­stęp­ców. W tej książce znaj­dzie­cie cztery główne wątki: Jamiego i Cla­ire, Rogera i Brianny (oraz ich rodziny), lorda Johna i Wil­liama oraz mło­dego Iana, prze­ci­na­jące się w cza­sie rewo­lu­cji ame­ry­kań­skiej. Każdy z wąt­ków ma ostre końce (1776-1778/1980).

Writ­ten in My Own Heart's Blood, wyda­nie pol­skie Spi­sane wła­sną krwią (powieść) - ósma powieść głów­nej serii zaczyna się w momen­cie, w któ­rym skoń­czyła się akcja poprzed­niej: w lecie 1778 roku (oraz na jesieni 1980). Rewo­lu­cja ame­ry­kań­ska roz­krę­ciła się na dobre, a w 1980 roku w Szko­cji rów­nież roz­gry­wają się dość prze­ra­ża­jące wyda­rze­nia.

A Leaf on the Winds of All Hal­lows, wyda­nie pol­skie Liść na zadusz­ko­wym wie­trze (krótka opo­wieść - naprawdę) - akcja roz­grywa się (głów­nie) w latach 1941-1943. Dowia­du­jemy się, co naprawdę stało się z rodzi­cami Rogera Mac­Ken­ziego. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii Songs of Love and Death pod redak­cją Geo­rge'a R.R. Mar­tina i Gard­nera Dozo­isa, 2010].

The Space Between, wyda­nie pol­skie Prze­strzeń pomię­dzy cza­sami (nowela) - rok 1778, głów­nie Paryż. Fabuła kręci się wokół Micha­ela Mur­raya (star­szego brata mło­dego Iana), Joan Mac­Kim­mie (młod­szej sio­stry Mar­sali), hra­biego St. Ger­main (który jed­nak żyje), matki Hil­de­gardy i kilku innych osób zamie­sza­nych w sprawę. Nasuwa się pyta­nie, prze­strzeń pomię­dzy czym? To zależy z czy­jej per­spek­tywy. [Ory­gi­nal­nie opu­bli­ko­wana w anto­lo­gii The Mad Scien­tist's Guide to World Domi­na­tion pod redak­cją Johna Jose­pha Adamsa, 2013].

Besie­ged, wyda­nie pol­skie Oblę­że­nie (nowela) - akcja noweli roz­grywa się w 1762 roku na Jamajce i w Hawa­nie. Lord John, peł­niący funk­cję tym­cza­so­wego guber­na­tora woj­sko­wego Jamajki i mający wkrótce opu­ścić swój dotych­cza­sowy poste­ru­nek, dowia­duje się, że jego matka prze­bywa w Hawa­nie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że bry­tyj­ska mary­narka pla­nuje oblę­że­nie mia­sta. W towa­rzy­stwie swo­jego lokaja Toma Byrda, byłego żywego trupa imie­niem Rodrigo i jego wybit­nie pokrę­co­nej żony Azeel lord John wyru­sza na ratu­nek nie­gdy­siej­szej księż­nej Par­dloe, zanim statki dotrą na miej­sce.

Pamię­taj­cie...

Opo­wia­da­nia i nowele może­cie czy­tać poje­dyn­czo i w dowol­nej kolej­no­ści, ale do dużych ksiąg pro­po­nuję brać się w dobrej kolej­no­ści. Mam nadzieję, że wam się spodo­bają!

Przeł. Szy­mon Koło­dziej­ski

Wstęp

Wstęp

Jedną z naj­więk­szych przy­jem­no­ści przy pisa­niu powie­ści histo­rycz­nej jest to, że naj­lep­sze frag­menty nie są zmy­ślone. Na pomysł tego opo­wia­da­nia wpa­dłam po prze­czy­ta­niu dosko­na­łej bio­gra­fii dok­tora Johna Hun­tera pod tytu­łem Chi­rurg, popeł­nio­nej przez Wendy Moore - przy oka­zji czy­ta­jąc rów­no­cze­śnie krótką książkę wydaną przez ame­ry­kań­ską Służbę Par­ków Naro­do­wych, w któ­rej zawarte były regu­la­cje doty­czące armii bry­tyj­skiej pod­czas wojny o nie­pod­le­głość.

W żad­nej z tych ksią­żek nie szu­ka­łam niczego szcze­gól­nego. Czy­ta­łam je dla kon­tek­stu histo­rycz­nego i ogól­nych infor­ma­cji o tam­tym okre­sie, z nadzieją, że natra­fię na coś wybit­nie fascy­nu­ją­cego, jak lon­dyń­skie przy­ję­cia z udzia­łem węgo­rzy elek­trycz­nych3 (przy­ję­cia i postać dok­tora Hun­tera - który zali­cza krótki epi­zod w opo­wia­da­niu - to fakty histo­ryczne).

Wra­ca­jąc do regu­la­cji dla bry­tyj­skiej armii, nie­wiele z nich tra­fiło do opo­wia­da­nia. Jako autorka musia­łam powstrzy­my­wać się od zarzu­ca­nia czy­tel­ni­ków suchymi fak­tami, cho­ciaż w książce jest ich kilka, na przy­kład infor­ma­cja, że słowo "bomba" było powszech­nie uży­wane w osiem­na­stym wieku i odno­siło się (oczy­wi­ście oprócz stan­dar­do­wego zna­cze­nia) do pro­wi­zo­rycz­nych poci­sków zala­nych smołą i wypeł­nio­nych odłam­kami, któ­rymi strze­lało się z armaty (cho­ciaż nie można sto­so­wać słowa "szrap­nel", bo to wzięło się od nazwi­ska porucz­nika bry­tyj­skiej arty­le­rii Henry'ego Shrap­nela, który ulep­szył ory­gi­nalny kon­cept "bomby" i stwo­rzył pocisk wypeł­niony odłam­kami i pro­chem strzel­ni­czym wybu­cha­jący już w powie­trzu. Nie­stety doko­nał tego dopiero w 1784 roku, a miło by było móc go uży­wać, pisząc opo­wia­da­nie wojenne).

Jeśli cho­dzi o inne cie­ka­wostki, to zasko­czył mnie krótki opis jed­nej z pro­ce­dur dla sądów wojen­nych: "Zwy­cza­jem armii jest, aby sąd wojenny pro­wa­dził star­szy ofi­cer, przy udziale takiej liczby innych ofi­cerów, która może dzia­łać jako rada, co zazwy­czaj ozna­cza czte­rech człon­ków lub wię­cej, ale nie mniej niż trzech... Oskar­żona osoba musi mieć prawo do wezwa­nia świadka w swo­jej obro­nie, a rada powinna prze­słu­chać go i inne osoby według uzna­nia i usta­lić moż­liwe fakty, a jeśli doj­dzie do ska­za­nia, nało­żyć karę".

I to tyle. Żad­nych szcze­gó­ło­wych pro­ce­dur, żeby zna­leźć dowody, żad­nych wytycz­nych doty­czą­cych kar, żad­nych reguł, za co można być ska­za­nym ani dyrek­tyw, kto może stać się "rad­nym" w sądzie wojen­nym - liczą się tylko "zwy­czaje armii". To dla­tego ta fraza tak mocno wryła mi się w głowę.

Bio­rąc pod uwagę wszyst­kie fakty, praw­do­po­dob­nie była to wina elek­trycz­nego węgo­rza. John Grey mógł - i przez jakiś czas tak wła­śnie czy­nił - winić rów­nież czci­godną Caro­line Wood­ford. I chi­rurga. A już na pewno tego cho­ler­nego poetę. A jed­nak była to wina węgo­rza.

Przy­ję­cie odby­wało się w domu Lucindy Jof­frey. Sir Richard nie przy­szedł - dyplo­mata jego kali­bru nie mógł być koja­rzony z czymś tak fry­wol­nym jak przy­ję­cia z udzia­łem węgo­rzy elek­trycz­nych, które stały się nową modą w Lon­dy­nie, cho­ciaż, bio­rąc pod uwagę nie­do­sta­tek tych stwo­rzeń, pry­watne przy­ję­cia były rzad­ko­ścią. Więk­szość tych spe­cy­ficz­nych spo­tkań orga­ni­zo­wano w teatrach, a nie­licz­nych zapra­szano na scenę, żeby na wła­snej skó­rze doświad­czyli pora­że­nia przez węgo­rza, ku ucie­sze zebra­nej publicz­no­ści.

- Rekord wynosi czter­dzie­ści dwie osoby za jed­nym razem! - powie­działa mu Caro­line, otwie­ra­jąc sze­roko oczy i uno­sząc głowę znad zbior­nika, w któ­rym pły­wała kre­atura.

- Naprawdę? - Grey po raz pierw­szy widział tak oso­bliwe stwo­rze­nie, cho­ciaż nie wyglą­dało jakoś wybit­nie impo­nu­jąco. Potężne ciel­sko o dłu­go­ści pra­wie jarda, głowa, która wyglą­dała jakby była ule­piona z gliny przez nie­wpraw­nego rzeź­bia­rza, i małe oczka przy­po­mi­na­jące korale z mato­wego szkła. Węgorz miał nie­wiele wspól­nego ze swo­imi smu­kłymi i zwin­nymi kuzy­nami, widy­wa­nymi na tar­gach ryb­nych - a już na pewno nie wyglą­dał jak kre­atura, zdolna powa­lić czter­dzie­ści dwie osoby naraz.

To coś nie miało w sobie ani krzty wdzięku, z wyjąt­kiem małej, cien­kiej płe­twy, która bie­gła wzdłuż dol­nej czę­ści ciała i falo­wała niczym zasłona na wie­trze. Lord John podzie­lił się tą obser­wa­cją z czci­godną Caro­line, a ta w odpo­wie­dzi oskar­żyła go o bycie zbyt poetyc­kim.

- Poetyc­kim? - roz­legł się za nimi roz­ba­wiony głos. - Czy jest coś, czego nasz mężny major nie potrafi?

Lord John odwró­cił się z wymu­szo­nym uśmie­chem i ukło­nił Edwi­nowi Nichol­l­sowi.

- Nie śmiał­bym zabie­rać się za pań­ską dzie­dzinę, panie Nicholls - odpo­wie­dział grzecz­nie. Nicholls popeł­nił obrzy­dliwy wiersz, trak­tu­jący głów­nie o miło­ści, który zna­lazł uzna­nie wśród mło­dych kobiet o spe­cy­ficz­nym spo­so­bie myśle­nia. Czci­godna Caro­line nie nale­żała do tej grupy - ta w bar­dzo bystry spo­sób spa­ro­dio­wała styl jego wier­sza, cho­ciaż Nicholls o tym nie sły­szał. A przy­naj­mniej Grey miał taką nadzieję.

- Och, naprawdę? - Nicholls uniósł brew w kolo­rze miodu i zer­k­nął krótko, acz bar­dzo wymow­nie na panią Wood­ford. Jego ton był rado­sny, ale mina zde­cy­do­wa­nie nie, a Grey zasta­na­wiał się, ile już wypił. Miał czer­wone policzki, jego oczy się skrzyły, ale to mogła być wina duchoty panu­ją­cej w pokoju i eks­cy­ta­cji spo­wo­do­wa­nej przy­ję­ciem.

- Myślisz o skom­po­no­wa­niu ody o naszym przy­ja­cielu? - zapy­tał Grey, igno­ru­jąc alu­zję Nichol­lsa i wska­zu­jąc na duży zbior­nik, w któ­rym znaj­do­wał się węgorz.

Nicholls zaśmiał się zde­cy­do­wa­nie za gło­śno - na pewno sobie wypił - i mach­nął lek­ce­wa­żąco dło­nią.

- Nie, majo­rze. Jak mógł­bym mar­no­wać wenę na tę paskudną i nie­istotną kre­aturę, kiedy ota­czają mnie tak zachwy­ca­jące i inspi­ru­jące anioły? - Spoj­rzał kątem oka, a Grey rów­nież mimo­wol­nie to uczy­nił, na panią Wood­ford, która uśmiech­nęła się, nie otwie­ra­jąc ust, i stuk­nęła go w geście repry­mendy wachla­rzem trzy­ma­nym w dłoni.

Grey zasta­na­wiał się, gdzie jest wuj Caro­line. Simon Wood­ford podzie­lał zain­te­re­so­wa­nie bra­ta­nicy histo­rią natu­ralną i na pewno towa­rzy­szyłby jej... Och, tam. Simon Wood­ford był zaan­ga­żo­wany w dys­ku­sję z dok­to­rem Hun­te­rem, zna­nym chi­rur­giem - co kie­ro­wało Lucindą, kiedy go zapra­szała? Potem zer­k­nął na Lucindę, która obser­wo­wała dok­tora Hun­tera z przy­mru­żo­nymi oczami zza wachla­rza i zdał sobie sprawę, że to nie ona go zapro­siła.

John Hun­ter był sław­nym chi­rur­giem - lecz niesław­nym ana­to­mem. Plotka gło­siła, że nic nie powstrzyma go przed zdo­by­ciem ciała, na które ostrzy zęby - ludz­kiego, zwie­rzę­cego, nie­ważne. Bywał na salo­nach, ale raczej nie w krę­gach Jof­freyów.

Lucinda Jof­frey była posia­daczką naj­bar­dziej wyra­zi­stych oczu. Piękne, w kształ­cie mig­da­łów i o sza­rym kolo­rze. Potra­fiła wysy­łać swoim spoj­rze­niem jasne sygnały przez całą dłu­gość zatło­czo­nego pokoju.

Chodź tu! - dawała znać wzro­kiem. Grey uśmiech­nął się i uniósł w jej stronę kie­li­szek, ale ani drgnął. Lucinda zmru­żyła groź­nie lśniące oczy, po czym szybko kiw­nęła głową w kie­runku chi­rurga, który zmie­rzał w stronę akwa­rium z cie­kaw­ską miną.

Kobieta znów spoj­rzała na Greya.

Pozbądź się go! - mówiły jej oczy.

Grey zer­k­nął na panią Wood­ford. Pan Nicholls chwy­cił ją za rękę i wyglą­dało na to, że o czymś jej opo­wiada. Kobieta chyba wola­łaby wyrwać się z uści­sku. Grey spoj­rzał z powro­tem na Lucindę i wzru­szył ramio­nami, wska­zu­jąc na tył kami­zelki Nichol­lsa w kolo­rze ochry. Wyra­ził w ten spo­sób ubo­le­wa­nie, że spo­łeczna odpo­wie­dzial­ność unie­moż­li­wiła mu wyko­na­nie jej prośby.

- Nie dość, że twarz anioła - mówił Nicholls, ści­ska­jąc palce Caro­line z taką siłą, że ta aż zapisz­czała - to jesz­cze aniel­ska skóra. - Pogła­skał ją po dłoni, a jego spoj­rze­nie stało się bar­dziej pożą­dliwe. - Cie­kawi mnie, jak anioły pachną o poranku?

Grey zmie­rzył go wzro­kiem. Jesz­cze jedna uwaga tego typu i będzie zmu­szony popro­sić wyso­kiego, dobrze zbu­do­wa­nego i cięż­szego od niego o kilka fun­tów pana Nichol­lsa, który do tego miał opi­nię buń­czucz­nego, żeby wyszedł z nim na zewnątrz. Naj­le­piej spró­bo­wać zła­mać mu nos - myślał Grey, prze­no­sząc cię­żar ciała na drugą nogę - a potem wrzu­cić go w żywo­płot. W takim sta­nie nie wróci na przy­ję­cie.

- Na co patrzysz? - Nicholls ode­zwał się nie­przy­jem­nym tonem, czu­jąc na sobie wzrok Greya.

Przed udzie­le­niem odpo­wie­dzi ura­to­wały majora roz­brzmie­wa­jące brawa - wła­ści­ciel węgo­rza ofi­cjal­nie roz­po­czął przy­ję­cie. Pani Wood­ford wyko­rzy­stała chwilę nie­uwagi i wyrwała dłoń z uści­sku, a jej policzki pło­nęły. Grey pod­szedł do niej i wziął ją pod rękę, przy oka­zji rzu­ca­jąc Nichol­l­sowi chłodne spoj­rze­nie.

- Pro­szę ze mną, pani Wood­ford - powie­dział. - Znajdźmy dobre miej­sce do podzi­wia­nia tego wyda­rze­nia.

- Podzi­wia­nia? - ode­zwał się głos za nim. - Chyba nie to miał pan na myśli, sir? Nie chce pan na wła­snej skó­rze spró­bo­wać tego feno­menu?

Hun­ter, we wła­snej oso­bie, szcze­rzył się do Greya. Jego gęste włosy były nie­chluj­nie zwią­zane, cho­ciaż miał na sobie wspa­niały, śliw­kowo-czer­wony strój. Sze­ro­kie barki i solidna budowa ciała robiły wra­że­nie, ale był dość niski - led­wie pięć stóp i dwa cale w porów­na­niu do pię­ciu stóp i sze­ściu cali, któ­rymi mógł pochwa­lić się Grey. Dok­tor musiał zauwa­żyć wymianę spoj­rzeń Greya i Lucindy.

- Och, myślę... - zaczął Grey, ale Hun­ter chwy­cił go za ramię i popro­wa­dził w stronę tłumu, który zbie­rał się przy zbior­niku. Caro­line zer­k­nęła na łypią­cego spode łba Nichol­lsa i szybko ruszyła za nimi.

- Jestem bar­dzo cie­kawy pań­skiej opi­nii w tym zakre­sie - kon­ty­nu­ował Hun­ter. - Nie­któ­rzy mówią o nie­zwy­kłej eufo­rii, chwi­lo­wej dez­orien­ta­cji... płyt­kim odde­chu czy zawro­tach głowy, a cza­sem bólu w klatce pier­sio­wej. Mam nadzieję, że nie ma pan pro­ble­mów zwią­za­nych z ser­cem, majo­rze? Pani Wood­ford rów­nież?

- Ja? - Caro­line wyglą­dała na zasko­czoną.

Hun­ter nisko się ukło­nił.

- Inte­re­suje mnie rów­nież opi­nia sza­now­nej pani - stwier­dził peł­nym sza­cunku gło­sem. - Nie­wiele kobiet ma w sobie na tyle odwagi, żeby prze­żyć taką przy­godę.

- Pani tego nie chce - wtrą­cił szybko Grey.

- Cóż, może jed­nak chcę - zaopo­no­wała i lekko zmarsz­czyła brwi, a następ­nie spoj­rzała na akwa­rium i znaj­du­jące się w nim dłu­gie, szare ciel­sko. Zadrżała pra­wie nie­wi­docz­nie - ale Grey to zauwa­żył, gdyż znali się bar­dzo długo - i to bar­dziej z eks­cy­ta­cji niż z odrazy.

Nie uszło to rów­nież uwagi dok­tora Hun­tera. Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i ponow­nie ukło­nił, po czym wziął panią Wood­ford pod rękę.

- Zajmę sza­now­nej pani miej­sce.

Grey i Nicholls pró­bo­wali go powstrzy­mać, ale wpa­dli na sie­bie z gry­ma­sem na twa­rzach, a w tym cza­sie dok­tor Hun­ter dopro­wa­dził Caro­line do zbior­nika i zapo­znał ją z wła­ści­cie­lem węgo­rza - niską i mroczną posta­cią imie­niem Horace Sud­d­field.

Grey ode­pchnął Nichol­lsa i ruszył w tłum, prze­bi­ja­jąc się łok­ciami. Hun­ter go zauwa­żył i sze­roko się uśmiech­nął.

- Ma pan jakieś resztki metalu w klatce pier­sio­wej, majo­rze?

- Że co?

- Resztki metalu - powtó­rzył Hun­ter. - Arthur Long­street opi­sał mi szcze­góły ope­ra­cji, pod­czas któ­rej usu­nął trzy­dzie­ści sie­dem kawał­ków metalu z pań­skiej klatki pier­sio­wej. Nie­zwy­kle impo­nu­jące. Jeśli nato­miast jakieś resztki się tam ostały, muszę pana prze­strzec przed spo­tka­niem z węgo­rzem. Widzi pan, metal prze­wo­dzi elek­trycz­ność i wzra­sta ryzyko popa­rzeń...

Nicholls rów­nież prze­bił się przez tłum i sły­sząc to, wybuch­nął nie­grzecz­nie śmie­chem.

- Dobra wymówka, majo­rze - rzu­cił drwią­cym tonem. Co prawda, był bar­dzo pijany, jak pomy­ślał major, ale wciąż...

- Nie mam - odrzekł Grey bez waha­nia.

- Wspa­niale - powie­dział grzecz­nie Sud­d­field. - Rozu­miem, że jest pan żoł­nie­rzem, sir? A do tego śmia­łym dżen­tel­me­nem. Od kogo zaczniemy?

Zanim Grey zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, stał już przy akwa­rium, trzy­ma­jąc za rękę Caro­line Wood­ford, któ­rej drugą dłoń chwy­cił łypiący groź­nie Nicholls.

- Panie i pano­wie, czy wszy­scy są gotowi?! - zawo­łał Sud­d­field. - Dobbs, ile?

- Czter­dzie­ści pięć! - krzyk­nął jego asy­stent z dru­giego pokoju, z któ­rego cią­gnął się sznur ochot­ni­ków. Trzy­mali się za ręce i drżeli z pod­nie­ce­nia, pod­czas gdy reszta uczest­ni­ków przy­ję­cia zro­biła krok w tył.

- Wszy­scy się doty­kają? Wszy­scy się doty­kają?! - darł się dalej Sud­d­field. - Mocno ści­śnij­cie swo­ich towa­rzy­szy, pro­szę! Mocny chwyt! - Odwró­cił roz­pro­mie­nioną twarz w stronę Greya. - Śmiało, sir! Pro­szę mocno chwy­cić, o tu, tuż przed ogo­nem!

Scho­waw­szy zdrowy roz­są­dek i trzeźwą ocenę sytu­acji do kie­szeni, Grey zaci­snął szczęki i wło­żył rękę do wody.

Spo­dzie­wał się, że po chwy­ce­niu ośli­zgłej kre­atury poczuje lekki trzask, jak po dotknię­ciu butelki lej­dej­skiej. Nic bar­dziej myl­nego. Prąd odrzu­cił go w tył i spiął mię­śnie. Major upadł na pod­łogę, mio­ta­jąc się niczym ryba wyrzu­cona na brzeg i gło­śno dyszał, pró­bu­jąc przy­po­mnieć sobie, jak łapie się oddech.

Chi­rurg, pan Hun­ter, ukuc­nął obok niego i przy­pa­try­wał mu się z cie­ka­wo­ścią.

- Jak się pan czuje? - zapy­tał. - Ma pan zawroty głowy?

Grey pokrę­cił głową, co chwila otwie­ra­jąc i zamy­ka­jąc usta niczym złota rybka, następ­nie z wiel­kim wysił­kiem pokle­pał się po klatce pier­sio­wej. Pan Hun­ter nachy­lił się nad wska­za­nym miej­scem, roz­piął kami­zelkę Greya i przy­tknął ucho do koszuli. Cokol­wiek usły­szał - albo czego nie usły­szał - wyraź­nie go zmar­twiło. Pod­niósł się, zaci­snął pię­ści i przy­wa­lił nimi w klatkę Greya z taką siłą, że ten poczuł to w krę­go­słu­pie.

Ude­rze­nie przy­wró­ciło płuca do popraw­nego funk­cjo­no­wa­nia. W mgnie­niu oka wypeł­niły się powie­trzem, a major przy­po­mniał sobie, jak się oddy­cha. Jego serce zaczęło bić. Usiadł, osło­nił się przed kolej­nym ude­rze­niem pana Hun­tera i aż zamru­gał, kiedy zoba­czył masa­krę wokół sie­bie.

Na pod­ło­dze leżało mnó­stwo ludzi. Nie­któ­rzy wciąż się wili, inni leżeli nie­ru­chomo z sze­roko roz­ło­żo­nymi koń­czy­nami, a reszta już się pozbie­rała i zna­jomi poma­gali im sta­nąć na nogi. Po pokoju roz­nio­sły się pod­eks­cy­to­wane okrzyki, a Sud­d­field sta­nął obok swo­jego węgo­rza z dumną miną i przyj­mo­wał gra­tu­la­cje. Samo zwie­rzę wyglą­dało na poiry­to­wane - pły­wało, robiąc okręgi i wście­kle zmie­nia­jąc kie­runki.

Grey zauwa­żył, że Edwin Nicholls kuca, pod­pie­ra­jąc się dłońmi, i powoli pró­buje wstać. Major zaofe­ro­wał Caro­line Wood­ford swoje ramię, żeby pomóc jej się pod­nieść. Udało się, ale na tyle nie­zgrab­nie, że kobieta stra­ciła rów­no­wagę i runęła na pana Nichol­lsa. On rów­nież stra­cił rów­no­wagę i usiadł ciężko na ziemi, a czci­godna Caro­line na nim. Czy to przez pora­że­nie, poczu­cie eks­cy­ta­cji, upo­je­nie alko­ho­lowe, czy zwy­kły brak wycho­wa­nia Nicholls chwy­cił oka­zję - oraz Caro­line - i poca­ło­wał kobietę pro­sto w usta, ku jej ogrom­nemu zasko­cze­niu.

To, co wyda­rzyło się póź­niej było nieco pogma­twane. Major miał wra­że­nie, że zła­mał Nichol­l­sowi nos - a na knyk­ciach jego pra­wej dłoni poja­wiły się zaczer­wie­nie­nia, które potwier­dzały te przy­pusz­cze­nia. Wokół pano­wał straszny hałas, a Grey nie do końca czuł, że ma spójne ciało, jakby nie­które jego czę­ści odłą­czały się i roz­pły­wały w powie­trzu.

Te, które w nim pozo­stały, wyda­wały dziwne pobrzę­ki­wa­nie. Słuch - uszko­dzony kilka mie­sięcy wcze­śniej od strzału z armaty - cał­ko­wi­cie odmó­wił posłu­szeń­stwa pod wpły­wem elek­trycz­nego wstrząsu. To, co sły­szał, nie miało abso­lut­nie żad­nego sensu. Przy­pad­kowe słowa docie­rały do niego mimo dono­śnych brzę­ków, ale nie potra­fił przy­po­rząd­ko­wać ich do poru­sza­ją­cych się ust ludzi sto­ją­cych wokół niego. Nie był nawet pewien, czy on sam wypo­wiada na głos to, co chce.

Ota­czały go głosy i twa­rze, two­rzące morze dźwię­ków i gorącz­ko­wych ruchów. Ludzie go doty­kali, cią­gnęli i popy­chali. Wyrzu­cił przed sie­bie ramię, bar­dziej żeby spraw­dzić, czy wciąż je ma, niż kogo­kol­wiek ude­rzyć, ale poczuł opór ludz­kiego ciała. Jesz­cze donio­ślej­szy hałas. Od czasu do czasu poja­wiały się twa­rze, które roz­po­zna­wał: Lucinda - zszo­ko­wana i wście­kła. Caro­line - zroz­pa­czona, a jej rude włosy roz­czo­chrane, nie mówiąc już o star­tym pudrze.

Major nie był pewien, czy to on wyzwał Nichol­lsa, czy na odwrót. Nie, to na pewno ta druga opcja. Jak przez mgłę pamię­tał Edwina przy­kła­da­ją­cego sobie do nosa zakrwa­wioną chustkę i jego wście­kłe spoj­rze­nie zza przy­mru­żo­nych powiek. Chwilę póź­niej stał już w małym parku znaj­du­ją­cym się przed domem Jof­freyów, w samej koszuli z zaka­sa­nymi ręka­wami i z pisto­le­tem w dłoni. Gdyby to on decy­do­wał, nie wybrałby poje­dynku w takim stylu, prawda?

Może Nicholls go obra­ził, a on, nie będąc do końca świa­domy, wyzwał poetę na poje­dy­nek?

Wcze­śniej padało, więc na zewnątrz było chłodno. Wiatr sma­gał koszulę majora. Wyglą­dało na to, że węch jako jedyny zmysł dzia­łał cał­ko­wi­cie popraw­nie, bo czuł wszystko bar­dzo wyraź­nie: dym wydo­by­wa­jący się z komina, wil­gotną trawę i zapach wła­snego potu, który wyda­wał się dziw­nie meta­liczny. I jesz­cze coś obrzy­dli­wego, przy­po­mi­na­ją­cego odór błota i mułu. Odru­chowo potarł o spodnie dłoń, którą dotknął wcze­śniej węgo­rza.

Ktoś coś do niego mówił. Z trud­no­ścią odwró­cił się do sto­ją­cego obok pana Hun­tera, na któ­rego twa­rzy wciąż malo­wała się ta prze­ni­kliwa cie­ka­wość. Oczy­wi­ście. Chi­rurg jest potrzebny, pomy­ślał major. Trzeba mieć chi­rurga pod­czas poje­dynku.

- Tak - powie­dział, gdy zoba­czył, że Hun­ter unosi brwi, ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi. Chwilę póź­niej ogar­nął go strach, że mógł obie­cać chi­rur­gowi swoje ciało, gdyby zgi­nął, i chwy­cił płaszcz Hun­tera wolną ręką.

- Nie... doty­kaj... mnie - ostrzegł. - Żad­nych... noży. Upio­rze - dodał dla więk­szego efektu, w końcu przy­po­mi­na­jąc sobie słowo, o które mu cho­dziło. Hun­ter ski­nął głową. Wyglą­dało na to, że nie poczuł się ura­żony.

Niebo było zachmu­rzone, a za jedyne źró­dło świa­tła słu­żyły pochod­nie znaj­du­jące się przy wej­ściu do domu. Syl­wetka Nichol­lsa maja­czyła gdzieś w oddali, ale męż­czy­zna szybko się do niego zbli­żał.

Ktoś chwy­cił Greya i siłą go obró­cił. Major stał teraz zetknięty ple­cami z Nichol­l­sem i czuł cie­pło bijące od wyż­szego od sie­bie męż­czy­zny.

Jasna cho­lera, pomy­ślał. Czy on w ogóle ma do tego papiery?

Ktoś krzyk­nął i major ruszył wol­nym kro­kiem przed sie­bie - a przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało - dopóki nie natknął się na czy­jeś wycią­gnięte ramię. Potem odwró­cił się, gdy zauwa­żył czło­wieka, który gorącz­kowo wska­zy­wał pal­cem za niego.

Do dia­bła z tym, pomy­ślał znu­żony, widząc jak Nicholls opusz­cza ramię. Mam to w nosie.

Zamru­gał przy wystrzale ze skie­ro­wa­nej w niego lufy - wes­tchnię­cie zebra­nego tłumu zagłu­szyło huk - i stał przez chwilę w bez­ru­chu, zasta­na­wia­jąc się, czy prze­ciw­nik go postrze­lił. Nic na to nie wska­zy­wało, a ktoś sto­jący w pobliżu nama­wiał go, żeby odpo­wie­dział ogniem.

Prze­klęty poeta, pomy­ślał. Prze­strzelę i tyle z tego będzie. Chcę wró­cić do domu.

Major uniósł ramię, celu­jąc w powie­trze, ale ręka nie do końca chciała słu­chać się mózgu i zadrżał mu nad­gar­stek. Grey go usta­bi­li­zo­wał i zaci­snął palec na spu­ście. Miał nie­wiele czasu, żeby pokie­ro­wać lufę w bok, bo po chwili broń wystrze­liła.

Ku zasko­cze­niu majora Nicholls przez moment sła­niał się na nogach, po czym upadł na trawę. Sie­dział, pod­pie­ra­jąc się jedną ręką, drugą przy­ci­skał do ramie­nia, a głowę odrzu­cił dra­ma­tycz­nie w tył.

Nagle dość mocno się roz­pa­dało. Grey strzą­snął kro­ple z rzęs i pokrę­cił głową. Powie­trze miało meta­liczny posmak, a major przez chwilę miał wra­że­nie, że wokół pach­nie... pur­purą.

- Coś tu nie gra - powie­dział na głos i zauwa­żył, że zdol­ność mówie­nia powró­ciła. Odwró­cił się, żeby pomó­wić z Hun­te­rem, ale chi­rurg, jak na leka­rza przy­stało, pod­biegł do Nichol­lsa i zaglą­dał za koł­nie­rzyk koszuli poety. Grey dostrzegł na koł­nie­rzyku krew, lecz Edwin nie chciał się poło­żyć i ener­gicz­nie gesty­ku­lo­wał wolną ręką.

- Chodźmy, sir - stwier­dził cicho ktoś sto­jący obok niego. - To nie przy­służy się repu­ta­cji lady Jof­frey.

- Co? - Major spoj­rzał w bok i ku swo­jemu zasko­cze­niu zoba­czył Richarda Tar­le­tona, który słu­żył pod nim jako cho­rąży w Niem­czech, a teraz był ubrany w mun­dur porucz­nika lan­sje­rów. - Och. Tak, racja.

W Lon­dy­nie poje­dynki były nie­le­galne. Gdyby poli­cja aresz­to­wała gości Lucindy w parku przed jej domem, odbi­łoby się to sze­ro­kim echem, co nie ura­do­wa­łoby jej męża, sir Richarda.

Tłum już się roz­pły­nął, jakby był zro­biony z cukru. Pochod­nie przy drzwiach wyga­szono. Hun­ter i jakiś czło­wiek poma­gali Nichol­l­sowi czła­pać w coraz inten­syw­niej­szym desz­czu. Grey zadrżał. Cho­lera wie, gdzie był jego płaszcz czy pele­ryna.

- Chodźmy - stwier­dził.

* * *

Grey otwo­rzył oczy.

- Coś mówi­łeś, Tom?

Tom Byrd, lokaj Greya, zakasz­lał jak stary palacz kil­ka­na­ście cali od ucha majora. Widząc, że zyskał uwagę swo­jego pra­co­dawcy, wysu­nął ramiona, w któ­rych trzy­mał noc­nik.

- Jego ksią­żęca mość czeka na dole, milor­dzie. Wraz ze swoją jaśnie panią.

Grey spoj­rzał na okno za Tomem i zamru­gał na widok desz­czo­wego poran­nego kra­jo­brazu.

- Jaśnie panią? Czyli co, z księżną? - Coś się wyda­rzyło? Nie było nawet po dzie­wią­tej. Jego bra­towa ni­gdy nie poja­wiała się z wizytą przed połu­dniem i nie sły­szał o sytu­acji, w któ­rej poka­zy­wa­łaby się z jego bra­tem za dnia.

- Nie, milor­dzie. Z maleń­stwem.

- Maleń­stwem... och. Moją córką chrzestną? - Usiadł. Czuł się dobrze, ale jakoś dziw­nie. Ode­brał naczy­nie od Toma.

- Tak, milor­dzie. Jego ksią­żęca mość powie­dział, że chce poroz­ma­wiać z panem o wyda­rze­niach z zeszłej nocy. - Tom pod­szedł do okna, a następ­nie spoj­rzał kry­tycz­nym wzro­kiem na znisz­czoną koszulę oraz spodnie ubru­dzone trawą, bło­tem, krwią i pro­chem strzel­ni­czym, prze­wie­szone nie­dbale przez opar­cie krze­sła. Popa­trzył kar­cąco na Greya, który zamknął oczy i spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie dokładny prze­bieg wczo­raj­szego wie­czoru.

Poczuł się co naj­mniej nie­swojo. Nie był pijany. Nie bolała go głowa ani nie miał pro­ble­mów żołąd­ko­wych...

- Z zeszłej nocy - powtó­rzył nie­pew­nie. Zeszła noc była dziwna, ale pamię­tał ją. Przy­ję­cie z węgo­rzem. Lucinda Jof­frey, Caro­line... Z jakiej racji Hal mar­twił się... co, poje­dyn­kiem? Dla­czego jego brat miałby przej­mo­wać się tak błahą sprawą. A nawet jeśli, to po co poja­wiać się w domu Greya o poranku z sze­ścio­mie­sięczną córeczką?

Bar­dziej nie­zwy­kła wyda­wała się pora, a nie obec­ność dziecka. Jego brat czę­sto zabie­rał ze sobą córeczkę pod pre­tek­stem, że mała potrze­buje świe­żego powie­trza. Żona oskar­żała go o popi­sy­wa­nie się - dziew­czynka rze­czy­wi­ście była śliczna - ale Grey podej­rze­wał coś bar­dziej try­wial­nego. Jego zacie­kły i nie­zno­szący sprze­ciwu brat - dowo­dzący wła­snym puł­kiem i sie­jący postrach zarówno wśród wro­gów, jak i wła­snych żoł­nie­rzy - całym ser­cem poko­chał swoją córeczkę. Pułk miał w prze­ciągu mie­siąca udać się na nowy poste­ru­nek. Hal po pro­stu nie mógł znieść tego, że ona będzie poza zasię­giem jego wzroku.

Major zna­lazł księ­cia Par­dloe sie­dzą­cego w salo­nie z lady Doro­theą Jacqu­eline Bene­dictą Grey na rękach, która obgry­zała sucha­rek przy­trzy­my­wany przez ojca. Jej zmok­nięta jedwabna cza­peczka, malut­kie okry­cie z kró­li­czego futra i dwa listy - jeden otwarty, drugi wciąż zamknięty - leżały na sto­liku przy łok­ciu księ­cia.

Hal zer­k­nął na brata.

- Zamó­wi­łem ci śnia­da­nie. Przy­wi­taj się z wuj­kiem Joh­nem, Dot­tie. - Odwró­cił deli­kat­nie dziecko w stronę brata. Mała nie ode­rwała się od sucharka, ale rado­śnie zaszcze­bio­tała.

- Witaj, kocha­nie. - John nachy­lił się i poca­ło­wał ją w czoło zakryte deli­kat­nymi, wil­got­nymi blond wło­skami. - Podo­bał ci się wypad z tatą w desz­czu?

- Mamy coś dla cie­bie. - Hal podał mu otwarty list i uniósł brew.

Grey rów­nież to zro­bił i zabrał się do czy­ta­nia.

- Co? - Zer­k­nął znad kartki papieru z sze­roko otwar­tymi ustami.

- Zare­ago­wa­łem dokład­nie tak samo - przy­tak­nął ser­decz­nie Hal - kiedy dostar­czono mi list tuż przed świ­tem. - Się­gnął po drugi, zapie­czę­to­wany, mocno przy­trzy­mu­jąc nie­mowlę. - Masz, ten jest do cie­bie. Przy­szedł tuż po świ­cie.

Grey upu­ścił pierw­szy list, jakby ktoś przed chwilą go pod­pa­lił, i zerwał pie­częć z dru­giego.

Och, John - roz­po­czy­nał się bez żad­nego wstępu - wybacz mi, nie potra­fi­łam go powstrzy­mać, naprawdę, tak mi przy­kro. Mówi­łam mu, ale nie słu­chał. Ucie­kłam i nie mam dokąd pójść. Pro­szę, pro­szę, zrób coś! - Nikt się nie pod­pi­sał, ale nie było takiej potrzeby. Roz­po­znał nie­sta­ranne i cha­otyczne pismo czci­god­nej Caro­line. Papier był popla­miony i pomarsz­czony - czyżby przez łzy?

Gwał­tow­nie pokrę­cił głową, jakby chciał ją oczy­ścić, i znowu chwy­cił pierw­szy list. Od poprzed­niego czy­ta­nia nic się nie zmie­niło - for­malne żąda­nie satys­fak­cji autor­stwa Alfreda, lorda Enderby, skie­ro­wane do jego ksią­żę­cej mości księ­cia Par­dloe, w związku ze skazą na hono­rze, któ­rej doznała sio­stra tego pierw­szego, czci­godna Caro­line Wood­ford, za sprawą brata jego ksią­żę­cej mości, lorda Johna Greya.

Grey zer­kał to na jeden, to na drugi doku­ment, po czym spoj­rzał na brata.

- Co u licha?

- Wnio­skuję, że mia­łeś pra­co­wity wie­czór - stwier­dził Hal i cicho stęk­nął, kiedy schy­lał się po sucha­rek, który Dot­tie upu­ściła na dywan. - Nie, kocha­nie, tego już nie dosta­niesz.

Dot­tie gwał­tow­nie zapro­te­sto­wała, ale wuj John odwró­cił jej uwagę, bio­rąc ją na ręce i deli­kat­nie dmu­cha­jąc w uszko.

- Pra­co­wity - powtó­rzył. - Tak, można to tak nazwać. Ale Caro­line Wood­ford nic nie zro­bi­łem, oprócz tego, że trzy­ma­łem ją za rękę pod­czas pora­że­nia przez węgo­rza elek­trycz­nego, przy­rze­kam. Gle­egl­gle­egl­gle­egl-pppp­pssssszzzzz - zwró­cił się do Dot­tie ku jej ucie­sze. Znowu uniósł wzrok i zauwa­żył, że Hal mu się przy­pa­truje.

- Przy­ję­cie u Lucindy Jof­frey - roz­wi­nął. - Na pewno byli­ście z Min­nie zapro­szeni.

Hal chrząk­nął.

- Och tak, dosta­li­śmy zapro­sze­nie, ale mia­łem już zobo­wią­za­nia na wie­czór. Min­nie nie wspo­mi­nała o węgo­rzu. O co cho­dzi z tym poje­dyn­kiem na pisto­lety o dziew­czynę?

- Co? To nie... - John prze­rwał i zasta­no­wił się. - Cóż, to mogło tak wyglą­dać, kiedy teraz o tym myślę. Nicholls, wiesz ta świ­nia, która napi­sała odę do stóp Min­nie, poca­ło­wał panią Wood­ford, cho­ciaż sobie tego nie życzyła, więc go ude­rzy­łem. Kto powie­dział ci o poje­dynku?

- Richard Tar­le­ton. Poja­wił się wczo­raj w pokoju gier White'a i oświad­czył, że przed chwilą się z tobą widział.

- Cóż, w takim razie wiesz tyle samo, co ja. Och, życzysz sobie wró­cić do tatu­sia? - Prze­ka­zał Dot­tie bratu i starł ślinę dziecka z rękawa żakietu.

- Podej­rze­wam, że o to cho­dzi Enderby'emu. - Hal kiw­nął głową w stronę listu od hra­biego. - Publicz­nie uwła­cza­łeś cno­cie bied­nej dziew­czyny, tocząc o nią skan­da­liczny poje­dy­nek. Chyba ma tro­chę racji.

Dot­tie ssała knyk­cie ojca, cicho pomru­ku­jąc. Hal wycią­gnął z kie­szeni srebrny gry­zak i zaofe­ro­wał dziew­czynce w zamian za swój palec, patrząc przy tym z ukosa na Greya.

- Nie chcesz oże­nić się z Caro­line Wood­ford, prawda? Stąd żąda­nia lorda Enderby.

- Boże, oczy­wi­ście, że nie. - Caro­line była dobrą zna­jomą: bystrą, piękną i gotową na sza­lone wyskoki. Ale ślub?

Hal kiw­nął głową.

- Uro­cza dziew­czyna, ale w ciągu mie­siąca skoń­czył­byś w New­gate albo Bedlam.

- Albo mar­twy - dodał Grey, deli­kat­nie szar­piąc za ban­daż, któ­rym Tom opa­trzył jego kostki. - Wiesz, jak miewa się Nicholls?

- Ach. - Hal zako­ły­sał się do tyłu i wziął głę­boki oddech. - Cóż, nie żyje. Dosta­łem raczej nie­grzeczny w swym wydźwięku list od jego ojca, w któ­rym oskarża cię o mor­der­stwo. List przy­szedł pod­czas śnia­da­nia, nie pomy­śla­łem, żeby go wziąć. Chcia­łeś zabić Nichol­lsa?

Grey ciężko usiadł. Cała krew odpły­nęła mu z głowy.

- Nie - szep­nął. Zarówno usta, jak i ręce miał zdrę­twiałe. - Och, Jezu. Pew­nie, że nie.

Hal natych­miast wycią­gnął z kie­szeni taba­kierę, wyjął z niej fiolkę z solami trzeź­wią­cymi i podał bratu. Grey był mu wdzięczny - co prawda, nie zemdlałby, ale opary amo­niaku były dobrą wymówką dla napły­wa­ją­cych do oczu łez i zapcha­nego nosa.

- Jezu - powtó­rzył i kil­ka­krot­nie kich­nął. - Nie strze­la­łem, żeby zabić... przy­się­gam, Hal. Spe­cjal­nie spu­dło­wa­łem. A w każ­dym razie mia­łem taki zamiar - dodał szcze­rze.

Treść listu lorda Enderby powoli nabie­rała sensu, podob­nie jak obec­ność Hala. Coś, co miało być jedy­nie nie­winną sprzeczką, o któ­rej każdy zapo­mni następ­nego ranka, zmie­niło się - a przy­naj­mniej ist­niała taka szansa, gdyby plotka się roze­szła - w coś o wiele gor­szego niż skan­dal. Major mógł zostać aresz­to­wany za mor­der­stwo. Wzo­rzy­sty dywan pod jego sto­pami zio­nął niczym otchłań, do któ­rej mógł wpaść i stra­cić życie.

Hal kiw­nął głową i podał mu chu­s­teczkę.

- Wiem - powie­dział cicho. - Cza­sem... tak bywa. Nie mia­łeś zamiaru cze­goś zro­bić i... oddał­byś wszystko, żeby cof­nąć czas.

Grey wytarł twarz i zer­k­nął ukrad­kiem na brata.

Hal nagle wyda­wał się star­szy, a na jego twa­rzy malo­wało się coś wię­cej niż zwy­kła tro­ska o brata.

- Masz na myśli Natha­niela Twe­lve­tre­esa? - Nor­mal­nie nie poru­szałby tej kwe­stii, ale obaj się odsło­nili.

Hal rzu­cił mu ostre spoj­rze­nie, po czym odwró­cił wzrok.

- Nie, nie Twe­lve­tre­esa. W tam­tej spra­wie nie mia­łem żad­nego wyboru. I nie chcia­łem go zabić. Cho­dziło mi... o to, co dopro­wa­dziło do poje­dynku. - Na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas. - "Co nagle, to po dia­ble". - Zer­k­nął na kartkę papieru leżącą na stole i pokrę­cił głową, po czym pogła­skał Dot­tie. - Nie pozwolę, żebyś powta­rzał moje błędy, John - dodał szep­tem.

Grey bez słowa kiw­nął głową. Natha­niel Twe­lve­trees uwiódł pierw­szą żonę Hala. Nie­za­leż­nie od błę­dów brata, major ni­gdy nie pla­no­wał mał­żeń­stwa.

Hal uniósł brew i postu­kał zło­żo­nym listem o stół. Nagle zer­k­nął na Johna i wes­tchnął. Odło­żył kartkę, się­gnął do kie­szeni i wyjął dwa doku­menty. Jeden, sądząc po pie­częci, był ofi­cjalny.

- Twoja nomi­na­cja - stwier­dził, poda­jąc go majo­rowi. - W uzna­niu za Cre­feld - dodał i ponow­nie uniósł brew na widok skon­ster­no­wa­nej miny brata. - Dosta­łeś awans na pod­puł­kow­nika. Nie pamię­tasz?

- Ja... cóż. Nie za bar­dzo. - Miał wra­że­nie, że ktoś, praw­do­po­dob­nie Hal, powie­dział mu o tym tuż po Cre­feld, ale ciężko ranny Grey nie był w sta­nie zaj­mo­wać się spra­wami armii, a już na pewno cie­szyć się awan­sem. Póź­niej...

- Czy nie było z tego powodu jakie­goś zamie­sza­nia? - Grey ode­brał doku­ment, otwo­rzył go i zmarsz­czył brwi. - Myśla­łem, że się roz­my­ślili.

- A jed­nak pamię­tasz - powie­dział Hal, wciąż z unie­sioną brwią. - Gene­rał Wied­man nomi­no­wał cię tuż po bitwie. Z ofi­cjal­nym potwier­dze­niem trzeba było zacze­kać do zakoń­cze­nia śledz­twa w spra­wie wybu­chu armaty i... ech... zamie­sza­nia z Adam­sem.

- Och! - Grey wciąż był w szoku po usły­sze­niu wia­do­mo­ści o śmierci Nichol­lsa, ale na wspo­mnie­nie Adamsa jego umysł znowu zaczął popraw­nie funk­cjo­no­wać. - Adams. Hmm. Czyli Twe­lve­trees wstrzy­mał nomi­na­cję? - Puł­kow­nik Regi­nald Twe­lve­trees z Kró­lew­skiego Pułku Arty­le­rii. Brat Natha­niela i kuzyn Ber­narda Adamsa, zdrajcy, ocze­ku­ją­cego na pro­ces w lon­dyń­skiej Tower dzięki sta­ra­niom Greya zeszłej jesieni.

- Tak. Sukin­syn - stwier­dził cał­kiem obiek­tyw­nie Hal. - Któ­re­goś dnia pożrę go na śnia­da­nie.

- Mam nadzieję, że nie z mojego powodu - odparł oschle Grey.

- Och, nie - zapew­nił go Hal i deli­kat­nie potrzą­snął córeczką, żeby ją uspo­koić. - Z czy­sto oso­bi­stych pobu­dek.

Grey uśmiech­nął się, mimo nie­po­koju, który odczu­wał, i odło­żył doku­ment z nomi­na­cją.

- Dobra - powie­dział, zer­ka­jąc na zwi­nięty, czwarty list leżący na stole. Wyglą­dał na ofi­cjalny i miał zerwaną pie­częć. - Pro­po­zy­cja ożenku, oskar­że­nie o mor­der­stwo, nomi­na­cja. A to co, do cho­lery? Rachu­nek od krawca?

- Ach, tego nie mia­łem ci poka­zy­wać - odpo­wie­dział Hal, nachy­la­jąc się i poda­jąc mu list. - Ale bio­rąc pod uwagę zaist­niałe oko­licz­no­ści...

Hal cze­kał cier­pli­wie, aż Grey prze­czyta list. Była to prośba - albo roz­kaz, zależy jak do tego podejść - do majora lorda Johna Greya o sta­wie­nie się w roli świadka na sądzie wojen­nym w spra­wie nie­ja­kiego kapi­tana Char­lesa Car­ru­thersa, odby­wa­ją­cym się w...

- Kana­dzie? - Unie­siony głos Johna prze­stra­szył Dot­tie, która wykrzy­wiła buzię w gry­ma­sie pła­czu.

- Ciii, kocha­nie. - Hal potrzą­sał nią ener­gicz­niej i pokle­py­wał po plec­kach. - Wszystko w porządku. Tylko wuj John zacho­wuje się jak głu­pek.

Grey zigno­ro­wał uwagę i poma­chał listem przed nosem brata.

- Za co, do cho­lery, Char­lie Car­ru­thers odpo­wiada przed sądem wojen­nym? I z jakiej racji mam sta­wić się w roli świadka?

- Nie­moż­ność stłu­mie­nia buntu - wytłu­ma­czył Hal. - A jeśli cho­dzi o cie­bie... to jego oso­bi­sta prośba. Oskar­żony ofi­cer ma prawo wezwać wła­snych świad­ków. Wie­dzia­łeś o tym?

Grey koja­rzył taki prze­pis, ale tylko w teo­rii. Sam ni­gdy nie brał udziału w sądzie wojen­nym. Takie postę­po­wa­nia nie były czymś czę­stym i major nie za bar­dzo miał poję­cie, jak wyglą­dają. Zer­k­nął kątem oka na brata.

- Dla­czego nie chcia­łeś mi tego poka­zy­wać?

Hal wzru­szył ramio­nami i dmuch­nął deli­kat­nie nad głową córeczki. Jej krót­kie blond włosy zafa­lo­wały jak psze­nica na wie­trze.

- Nie było sensu. Mia­łem zamiar odpi­sać, że jako twój ofi­cer dowo­dzący potrze­buję cię tutaj. Dla­czego miał­byś być odde­le­go­wany do kana­dyj­skiej dzi­czy? Ale bio­rąc pod uwagę twoją chęć do sta­wia­nia się w nie­zręcz­nych sytu­acjach... Jak było? - zapy­tał cie­kaw­skim tonem.

- Ale co... ach, węgorz. - Grey przy­zwy­czaił się, że jego brat szybko zmie­nia tematy roz­mów i od razu zro­zu­miał, o co mu cho­dzi. - Cóż, dość szo­ku­jąca sprawa.

Zaśmiał się nie­pew­nie na widok groź­nego spoj­rze­nia Hala, a Dot­tie powier­ciła się w ramio­nach ojca i po chwili wycią­gnęła pulchne rączki w stronę wuja.

- Flir­ciara - powie­dział do bra­ta­nicy i ode­brał ją od Hala. - A tak naprawdę, było nie­sa­mo­wi­cie. Znasz to uczu­cie, kiedy łamiesz kość? Zanim poczu­jesz ból, dozna­jesz wstrząsu, który na chwilę cię ośle­pia, a ty wra­że­nie, jakby ktoś prze­jeż­dżał ci gwoź­dziem po brzu­chu? Coś w tym rodzaju, tylko o wiele moc­niej i dłu­żej. Zatkało mnie - przy­znał. - I to dosłow­nie. Chyba prze­stało mi bić serce. Dok­tor Hun­ter, wiesz, ten ana­tom, wal­nął mnie w klatkę pier­siową, żeby ponow­nie ruszyło.

Hal słu­chał tego wszyst­kiego z zain­te­re­so­wa­niem, zada­jąc kilka pytań, na które Grey odpo­wia­dał auto­ma­tycz­nie, ponie­waż myślami był przy ostat­niej wia­do­mo­ści prze­ka­za­nej mu przez brata.

Char­lie Car­ru­thers. Razem zaczy­nali karierę jako mło­dzi ofi­ce­ro­wie, cho­ciaż w innych puł­kach. Wal­czyli ramię w ramię w Szko­cji i wspól­nie udali się do Lon­dynu na następ­nej prze­pu­stce. Łączyło ich, cóż... trudno nazwać to roman­sem. Trzy lub cztery krót­kie zbli­że­nia gdzieś w ciem­nych alej­kach, pełne potu i płyt­kich odde­chów, trwa­jące nie dłu­żej niż pięt­na­ście minut. Następ­nego dnia łatwo było o nich zapo­mnieć i zrzu­cić wszystko na upo­je­nie alko­ho­lowe. Żaden z nich ni­gdy o tym nie wspo­mi­nał.

To był trudny czas, te kilka lat po śmierci Hec­tora. Grey szu­kał zapo­mnie­nia na różne spo­soby - i naj­czę­ściej je znaj­do­wał - aż w końcu doszedł do sie­bie.

Praw­do­po­dob­nie nie pamię­tałby Car­ru­thersa, gdyby nie jedna... rzecz.

Otóż Car­ru­thers uro­dził się z cie­kawą defor­ma­cją - miał podwójną dłoń. Z nad­garstka pra­wej ręki, która była zwy­czajna i dzia­łała cał­kiem nor­mal­nie, zwi­sała dodat­kowa, skar­ło­wa­ciała dłoń. Dok­tor Hun­ter pew­nie zapła­ciłby za nią mnó­stwo pie­nię­dzy, pomy­ślał Grey i ści­snęło go w żołądku.

Kar­ło­wata dłoń miała tylko dwa krót­kie palce i gruby kciuk, ale Car­ru­thers mógł ją zamy­kać i otwie­rać, cho­ciaż w tym samym cza­sie musiał to robić rów­nież więk­szą. Szok, któ­rego doznał Grey, kiedy Car­ru­thers zaci­snął podwójną dłoń na jego kuta­sie, był porów­ny­walny tylko z pora­że­niem węgo­rza.

- Jesz­cze nie pocho­wano Nichol­lsa, prawda? - zapy­tał nagle na wspo­mnie­nie przy­ję­cia i dok­tora Hun­tera, prze­ry­wa­jąc jakąś wypo­wiedź brata.

Hal wyglą­dał na zasko­czo­nego.

- Na pewno nie. A co? - Zmru­żył oczy, spo­glą­da­jąc na Greya. - Chyba nie masz zamiaru poja­wić się na pogrze­bie?

- Nie, nie - odrzekł szybko Grey. - Myśla­łem o dok­to­rze Hun­te­rze, który cie­szy się... wąt­pliwą repu­ta­cją. Po poje­dynku Nicholls odszedł wła­śnie z nim.

- Jaką repu­ta­cją, na litość boską? - Hal żądał natych­mia­sto­wych wyja­śnień.

- Osoby sku­pu­ją­cej zwłoki - wypa­lił Grey.

Zapa­dła cisza, a Hal chyba połą­czył fakty. Zro­bił się blady.

- Chyba nie myślisz, że... Nie! Jak tak można?

- Eee... Ehm... wypeł­nie­nie trumny cent­na­rem kamieni tuż przed zabi­ciem wieka to cał­kiem powszechna metoda, a przy­naj­mniej tak sły­sza­łem - rzu­cił Grey, gdy Dot­tie trą­cała go piąstką w nos.

Hal gło­śno prze­łknął ślinę. Grey dostrzegł, że brata prze­szły ciarki.

- Zapy­tam Harry'ego - stwier­dził Hal po chwili ciszy. - Nie mogli jesz­cze zor­ga­ni­zo­wać pogrzebu, a jeśli...

Obaj bra­cia odru­chowo zadrżeli, wyobra­ża­jąc sobie minę członka rodziny Nichol­lsa, który naci­skałby na otwar­cie trumny i zoba­czyłby...

- Lepiej nie - rzekł Grey, prze­ły­ka­jąc ślinę. Dot­tie zre­zy­gno­wała z prób urwa­nia mu nosa i teraz pokle­py­wała małą rączką usta wujka, gdy ten pró­bo­wał coś powie­dzieć. Ta mała rączka doty­ka­jąca jego skóry...

Ostroż­nym ruchem oddał dziew­czynkę w ręce ojca.

- Nie wiem, dla­czego Char­les Car­ru­thers uważa, że będę przy­datny, ale dobrze, pojadę. - Zer­k­nął na list od lorda Enderby i zmięty list od Caro­line. - W końcu są gor­sze rze­czy niż ryzyko oskal­po­wa­nia przez czer­wo­no­skó­rych.

Hal spo­koj­nie kiw­nął głową.

- Zała­twi­łem ci trans­port. Jutro wypły­wasz. - Wstał i uniósł Dot­tie. - Chodź skar­bie, uca­łu­jesz wuja Johna na poże­gna­nie.

* * *

Mie­siąc póź­niej Grey wraz z Tomem Byr­dem gra­mo­lili się ze statku "Har­wood" do jed­nej z mniej­szych łodzi, które miały zabrać ich i towa­rzy­szący im bata­lion z Louis­bo­urga na dużą wyspę w pobliżu ujścia Rzeki Świę­tego Waw­rzyńca.

Grey ni­gdy w życiu cze­goś takiego nie widział. Sama rzeka była ogromna, miała ponad pół mili sze­ro­ko­ści. W słońcu mie­niła się na czarno i nie­bie­sko. Wzdłuż obu brze­gów cią­gnęły się ogromne klify i tak gęsto zale­sione pagórki, że ledwo dało się dostrzec leżące poni­żej skały. Było gorąco, a roz­po­ście­ra­jące się nad nimi prze­piękne niebo wyda­wało się więk­sze i pogod­niej­sze niż te, które dotych­czas widział. Z buj­nej roślin­no­ści docho­dziły do nich różne dźwięki - owa­dów, jak podej­rze­wał Grey, pta­ków i rwą­cych poto­ków, cho­ciaż miał wra­że­nie, że dzicz śpiewa dla samej sie­bie, gło­sem sły­szal­nym tylko w jego umy­śle. Sie­dzący za nim Tom drżał z pod­eks­cy­to­wa­nia i roz­glą­dał się uważ­nie, żeby niczego nie prze­ga­pić.

- Czy to czer­wo­no­skóry? - wyszep­tał, nachy­la­jąc się do Greya.

- Wszystko na to wska­zuje - odpo­wie­dział John, patrząc na męż­czy­znę ubra­nego jedy­nie w prze­pa­skę na bio­dra, pasia­sty koc prze­wie­szony przez jedno ramię i wysma­ro­wa­nego - bio­rąc pod uwagę, jak lśniły się jego koń­czyny - jakie­goś rodzaju tłusz­czem.

- Myśla­łem, że są bar­dziej czer­woni - stwier­dził Tom, przez przy­pa­dek wypo­wia­da­jąc na głos prze­my­śle­nia Greya. India­nin miał ciem­niej­szą skórę, to fakt, ale raczej deli­kat­nie brą­zową, przy­po­mi­na­jącą barwą zeschnięte liście dębu. Męż­czy­zna przy­pa­try­wał im się z podobną cie­ka­wo­ścią, jak oni jemu. Wyglą­dało na to, że wyjąt­kowo inten­syw­nie przy­glą­dał się Joh­nowi.

- To przez włosy, milor­dzie - szep­nął Tom do ucha Greya. - Mówi­łem, żeby wło­żyć perukę.

- Bre­dzisz, Tom - odpo­wie­dział John, ale jed­no­cze­śnie poczuł dziwny dreszcz prze­szy­wa­jący go od karku po czu­bek głowy. Dumny ze swo­ich gęstych blond wło­sów rzadko nosił perukę. Na ofi­cjalne oka­zje wolał naj­zwy­czaj­niej przy­pu­dro­wać i zwią­zać wła­sną czu­prynę, a obecna sytu­acja nie była w żad­nym stop­niu ofi­cjalna. Wraz z poja­wie­niem się świe­żej wody na pokła­dzie tego ranka Tom nale­gał, żeby umyć włosy, które wciąż opa­dały luźno na ramiona Greya, cho­ciaż dawno już wyschły.

W końcu dobili do kamie­ni­stego brzegu. India­nin zrzu­cił koc i pomógł męż­czy­znom wyjść z łodzi. Grey sta­nął obok obcego, na tyle bli­sko, że czuł jego zapach. Męż­czy­zna pach­niał zupeł­nie ina­czej niż kto­kol­wiek, z kim John miał do czy­nie­nia wcze­śniej: dzi­kimi zwie­rzę­tami - przy oka­zji zasta­na­wiał się z dresz­czy­kiem emo­cji, czy tłuszcz, któ­rym wysma­ro­wał się męż­czy­zna to niedź­wie­dzie sadło - ale z wyra­zi­stą nutą ziół i świeżo skra­wa­nej mie­dzi.

Pro­stu­jąc się znad gór­nej kra­wę­dzi nad­bur­cia, India­nin dostrzegł cie­kaw­skie spoj­rze­nie Greya i sze­roko się uśmiech­nął.

- Uwa­żaj, Angliku - powie­dział z wyraź­nym fran­cu­skim akcen­tem i prze­je­chał deli­kat­nie pal­cami po kosmy­kach wło­sów Johna. - Twój skalp dobrze by się pre­zen­to­wał u pasa Hurona.

Żoł­nie­rze z łódki wybuch­nęli śmie­chem, a India­nin odwró­cił się do nich, cały czas mając uśmiech na ustach.

- Pra­cu­jący dla Fran­cu­zów Abe­na­ko­wie nie są tacy wybredni. Skalp to skalp, a Fran­cuzi dobrze za nie płacą, bez względu na kolor. - Kiw­nął głową w stronę gre­na­die­rów, któ­rzy natych­miast zamil­kli. - Za mną.

* * *

Na wyspie znaj­do­wał się już mały obóz, roz­bity przez oddział pie­choty pod dowódz­twem kapi­tana Wood­forda - jego nazwi­sko odro­binę zmar­twiło Greya, ale dzięki Bogu oka­zało się, że lord Enderby nie jest z nim spo­krew­niony.

- Po tej stro­nie wyspy jeste­śmy względ­nie bez­pieczni - prze­ka­zał Grey­owi, gdy sie­dzieli po kola­cji przed namio­tem kapi­tana, poda­jąc mu pier­siówkę z brandy. - Jed­nak drugą India­nie najeż­dżają regu­lar­nie. W zeszłym tygo­dniu stra­ci­łem czte­rech ludzi. Trzech zgi­nęło, a jeden dostał się w nie­wolę.

- Ale masz zwia­dow­ców? - zapy­tał Grey, trza­ska­jąc dło­nią poja­wia­jące się o zmierz­chu komary. Wię­cej nie zoba­czył India­nina, który ich tu przy­wiódł, lecz w obo­zie znaj­do­wało się kilku innych. Więk­szość sie­działa przy wła­snym ogni­sku, tylko jeden czy dwóch przy­kuc­nęło wśród gre­na­die­rów z Louis­bo­urga, z któ­rymi Grey pły­nął na "Har­wo­odzie", i bacz­nie obser­wo­wało, co się dzieje.

- Tak, raczej god­nych zaufa­nia - stwier­dził Wood­ford, przy oka­zji odpo­wia­da­jąc na kolejne pyta­nie, które chciał zadać John. Potem zaśmiał się, cho­ciaż nie dla­tego, że było mu do śmie­chu. - A przy­naj­mniej taką mam nadzieję.

Po posiłku roze­grali par­tyjkę w karty, pod­czas któ­rej Grey prze­ka­zał kapi­ta­nowi infor­ma­cje, jak wygląda sytu­acja w Anglii, w zamian za nowiny doty­czące bie­żą­cych dzia­łań.

Gene­rał Wolfe spę­dził mnó­stwo czasu w Mont­mo­rency nie­da­leko mia­sta Quebec, ale nie cze­kało go nic oprócz roz­cza­ro­wa­nia, więc opu­ścił tam­tej­szy poste­ru­nek i prze­niósł główne siły armii kilka mil od cyta­deli. Na razie twier­dza wyda­wała się nie do zdo­by­cia. Była uzbro­jona w armatę i znaj­do­wała się na szczy­cie klifu, co pozwa­lało kon­tro­lo­wać rów­niny i odci­nek rzeki na zachód, dla­tego angiel­skie okręty musiały prze­my­kać pod osłoną nocy - ale i tak nie zawsze koń­czyło się to powo­dze­niem.

- Teraz, gdy przy­pły­nęli gre­na­die­rzy, Wolfe będzie się nie­cier­pli­wił - prze­wi­dy­wał Wood­ford. - Pokłada w nich ogromne nadzieje, bo wal­czył u ich boku w Louis­bo­urgu. Poże­rają cię żyw­cem, puł­kow­niku, pro­szę wysma­ro­wać tym twarz i ręce. - Się­gnął do szu­flady, wyjął pojem­nik z mazią wydzie­la­jącą silny zapach i pod­su­nął mu przez stół. - Niedź­wie­dzie sadło i mięta - wyja­śnił kapi­tan. - India­nie uży­wają tego lub sma­rują się bło­tem.

Grey sko­rzy­stał bez waha­nia. Maź nie pach­niała tak samo jak ta, którą był wysma­ro­wany India­nin spo­tkany na brzegu, cho­ciaż bar­dzo podob­nie. Kiedy się sma­ro­wał, towa­rzy­szyło mu dziwne poczu­cie nie­po­koju, ale spe­cy­fik rze­czy­wi­ście odstra­szył insekty.

Grey nie trzy­mał w tajem­nicy celu swo­jej obec­no­ści i teraz otwar­cie zapy­tał o Car­ru­thersa.

- Wiesz, gdzie go trzy­mają?

Wood­ford zmarsz­czył brwi i nalał kolejkę brandy.

- Nie trzy­mają. Dostał warun­kowe zwol­nie­nie. Ma kwa­terę w mie­ście, w któ­rym znaj­duje się sztab Wolfe'a.

- Co? - Grey był zasko­czony. Cho­ciaż wła­ści­wie Car­ru­thersa nie oskar­żono o bunt, tylko nie­moż­ność jego powstrzy­ma­nia. Rzadki zarzut. - Znasz szcze­góły sprawy?

Wood­ford otwo­rzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć, ale po chwili wes­tchnął, pokrę­cił głową i wypił brandy. Grey wywnio­sko­wał, że wszy­scy znali szcze­góły, lecz sprawa praw­do­po­dob­nie była nacią­gana. Cóż, dobrze się składa. Dowie się o niej od samego Car­ru­thersa.

Roz­mowa zeszła na błahe tematy. Po jakimś cza­sie Grey życzył kapi­ta­nowi dobrej nocy i wyszedł. Gre­na­die­rzy nie próż­no­wali: wokół ist­nie­ją­cego obozu poja­wiły się nowe namioty z gru­bego płótna, a w powie­trzu uno­sił się przy­jemny zapach pie­czo­nego mięsa i parzo­nej her­baty.

Tom nie­wąt­pliwe roz­bił namiot gdzieś nie­da­leko, ale Grey nie spie­szył się ze zna­le­zie­niem go. Delek­to­wał się samot­no­ścią i twar­dym grun­tem pod nogami po kilku tygo­dniach spę­dzo­nych na zatło­czo­nym statku. Szedł za rów­nymi rzę­dami namio­tów, gdzie nie docho­dziło już świa­tło ognisk. Czuł się nie­wi­doczny, lecz wciąż bez­pieczny - a przy­naj­mniej taką miał nadzieję. Od lasu dzie­liło go led­wie kilka jar­dów, zarysy drzew i krze­wów wciąż były widoczne, ponie­waż nie zapa­dła jesz­cze cał­ko­wita ciem­ność.

Jego uwagę przy­cią­gnęła dry­fu­jąca w powie­trzu zie­lona iskierka. Zachwy­cił się. Potem poja­wiła się kolejna... i jesz­cze jedna... dzie­siąta, dwu­na­sta. Nagle miał przed oczami mnó­stwo świe­tli­ków. Zie­lone iskierki deli­kat­nie migo­tały niczym malut­kie świeczki roz­sta­wione na ciem­nym listo­wiu. Widział już te owady wcze­śniej, w Niem­czech, ale ni­gdy w takiej licz­bie. Magiczne doświad­cze­nie. Uro­cze jak blask księ­życa.

Nie potra­fił stwier­dzić, jak długo im się przy­pa­try­wał, prze­cha­dza­jąc się powoli wzdłuż obo­zo­wi­ska, jed­nak w końcu wes­tchnął i ruszył w stronę namio­tów, naje­dzony, przy­jem­nie zmę­czony i bez nie­cier­pią­cych zwłoki obo­wiąz­ków. Nie miał pod sobą żoł­nie­rzy, nie musiał spo­rzą­dzać rapor­tów... nic do roboty, dopóki nie dotrze do Gareon i Char­liego Car­ru­thersa.

Wes­tchnął z ulgą, zamknął poły namiotu i zdjął wierzch­nie odzie­nie.

Ze snu wyrwały go krzyki. Usiadł jak rażony pio­ru­nem. Tom, leżący w śpi­wo­rze na ziemi, oparł się na dło­niach i kola­nach jak żaba i gwał­tow­nie poszu­ki­wał pisto­letu oraz naboi.

Grey bez waha­nia zła­pał szty­let, który przed pój­ściem spać zawie­sił na kołku, odsu­nął poły namiotu i wyj­rzał na zewnątrz. Ludzie bie­gali w kółko, obi­ja­jąc się o namioty, wykrzy­ku­jąc roz­kazy lub woła­jąc o pomoc. Na nie­bie widać było ilu­mi­na­cję, a nisko nad zie­mią zbie­rały się czer­wo­nawe chmury.

- Bran­dery! - krzyk­nął ktoś. Grey wło­żył buty i dołą­czył do tłumu bie­gną­cego w stronę wody.

Na środku sze­ro­kiej, ciem­nej rzeki pły­wał zako­twi­czony "Har­wood". Powoli zbli­żały się do niego trzy pło­nące obiekty. Tra­twa zapeł­niona łatwo­pal­nymi odpad­kami i oblana ole­jem stała cała w ogniu. Mała łódka z masz­tem i żaglami także cała w pło­mie­niach. Coś jesz­cze - chyba indiań­skie kanu z pod­pa­loną stertą trawy i liści? Na razie było za daleko, ale wciąż się zbli­żało.

Zer­k­nął na sta­tek i zoba­czył ruch na pokła­dzie - nie widział poje­dyn­czych ludzi, ale wyraź­nie coś się tam działo. Nie dało się po pro­stu pod­nieść kotwicy i odpły­nąć, nie w tak krót­kim cza­sie, dla­tego spusz­czano sza­lupy z mary­na­rzami, któ­rzy mieli za wszelką cenę trzy­mać bran­dery z dala od "Har­wo­oda".

Prze­jęty tą sce­ne­rią nie zwró­cił uwagi na wrza­ski i krzyki docho­dzące z dru­giej czę­ści obozu. Teraz, pośród ludzi, któ­rzy wcze­śniej w mil­cze­niu obser­wo­wali pło­nące łodzie, zapa­no­wał zamęt. Zdali sobie sprawę, że coś zbliża się na lądzie.

- India­nie! - krzyk­nął nagle męż­czy­zna sto­jący obok Greya, a wokół roz­le­gło się piskliwe wycie. - India­nie!

Ludzie pod­chwy­cili ostrze­że­nie i ruszyli w odwrot­nym kie­runku.

- Stop! Stać! - Grey wycią­gnął ramię, na które nabił się i upadł męż­czy­zna bie­gnący w jego stronę. John pod­niósł głos, mając nadzieję, że powstrzyma ten chaos. - Ty! Ty i ty. Chwy­cić sąsiada i za mną! - Facet, któ­rego prze­wró­cił, wstał. Jego oczy błysz­czały w świe­tle gwiazd.

- To może być pułapka! - wrza­snął Grey. - Zostać! Zostać na miej­scu!

- Stać! Stać! - Niski dżen­tel­men ubrany w koszulę nocną zro­zu­miał roz­kaz i ryczał wraz z Greyem, dodat­kowo pod­no­sząc suchą gałąź z ziemi i wyma­chu­jąc nią przed ludźmi, któ­rzy pró­bo­wali minąć go w dro­dze do obozu.

Na rzece poja­wiły się dwie nowe iskierki - kolejne bran­dery. Sza­lupy z mary­na­rzami już zwo­do­wały i w ciem­no­ści jawiły się jako nie­wy­raźne kropki. Gdyby udało im się ode­przeć atak, może ura­to­wa­liby "Har­wo­oda" przed natych­mia­sto­wym znisz­cze­niem. Grey oba­wiał się, że wyda­rze­nia na tyłach obozu miały odcią­gnąć ludzi od brzegu i pozo­sta­wić sta­tek chro­niony jedy­nie przez mary­na­rzy. To pozwo­li­łoby Fran­cu­zom wysłać barkę wypeł­nioną mate­ria­łami wybu­cho­wymi albo doko­nać abor­dażu, uni­ka­jąc wykry­cia, bo angiel­skie siły byłyby zajęte bran­de­rami i najaz­dem na obóz.

Pierw­sza bran­dera dopły­nęła na dal­szy brzeg i wypa­lała się na pia­sku, co nocą wyglą­dało olśnie­wa­jąco. Niski męż­czy­zna obda­rzony sil­nym gło­sem - na pewno jest sier­żan­tem, pomy­ślał Grey - zdo­łał zebrać grupkę żoł­nie­rzy, któ­rych zapre­zen­to­wał puł­kow­ni­kowi i ener­gicz­nie zasa­lu­to­wał.

- Czy żoł­nie­rze mają przy­nieść swoje musz­kiety, sir?

- Tak - odpo­wie­dział Grey. - I to szybko. Idź z nimi, sier­żan­cie. Bo roz­ma­wiam z sier­żan­tem, prawda?

- Sier­żant Aloy­sius Cut­ter, sir - odrzekł niski dżen­tel­men i kiw­nął głową. - Dobrze spo­tkać ofi­cera, który nie jest nie­spełna rozumu.

- Dzię­kuję, sier­żan­cie. I zatrzy­maj­cie po dro­dze tak dużo ludzi, jak się da. Naj­le­piej z pew­nymi rękami. Jed­nego lub dwóch kara­bi­nie­rów, jeśli się takowi znajdą.

Sier­żant zabrał się do roboty, a Grey ponow­nie sku­pił uwagę na rzece, na któ­rej załoga dwóch sza­lup z "Har­wo­oda" odpy­chała jedną z bran­der od statku, okrą­ża­jąc ją i wzbu­rza­jąc wodę wio­słami. John sły­szał pokrzy­ki­wa­nia mary­na­rzy.

- Milor­dzie?

Usły­szaw­szy za sobą głos, aż pod­sko­czył. Odwró­cił się, gotowy dać repry­mendę Tomowi, że zde­cy­do­wał się wyjść na ten chaos, ale zanim zdo­łał cokol­wiek powie­dzieć, jego młody słu­żący zatrzy­mał się przed nim, trzy­ma­jąc coś w dło­niach.

- Przy­nio­słem pań­skie spodnie, milor­dzie - powie­dział Tom drżą­cym gło­sem. - Pomy­śla­łem, że może ich pan potrze­bo­wać pod­czas bitwy.

- Bar­dzo miło z two­jej strony, Tom - pochwa­lił słu­żą­cego Grey, powstrzy­mu­jąc się od śmie­chu. Wcią­gnął spodnie i wło­żył w nie koszulę. - Wiesz, co działo się w obo­zie?

Usły­szał, jak Tom prze­łyka gło­śno ślinę.

- India­nie, milor­dzie - odpo­wie­dział słu­żący. - Wpa­dli z krzy­kiem mię­dzy namioty i pod­pa­lili jeden lub dwa. Widzia­łem, jak zabili czło­wieka i... oskal­po­wali go. - Powoli wyma­wiał słowa, jakby miał zaraz zwy­mio­to­wać. - Coś okrop­nego.

- Spo­dzie­wam się. - Noc była cie­pła, ale Grey poczuł ciarki na ramio­nach i karku. Mro­żące krew w żyłach okrzyki zamil­kły i cho­ciaż w obo­zie wciąż pano­wał har­mi­der, to zupeł­nie innego rodzaju: żad­nych ryków, jedy­nie roz­kazy wypo­wia­dane przez ofi­ce­rów, sier­żan­tów i kaprali. Przy­szedł czas, by zewrzeć sze­regi i poli­czyć straty w ludziach oraz wypo­sa­że­niu.

Tom, chwała Bogu, przy­niósł pisto­let Greya, torbę ze śru­tem i proch oraz płaszcz i dłu­gie skar­pety. Zda­jąc sobie sprawę, że jego lokaj musiałby iść długą i wąską ścieżką przez ciemny las, żeby dojść z wybrzeża do obozu, pole­cił mu tylko, aby trzy­mał się z dala, gdy sier­żant Cut­ter - który, zapewne kie­ru­jąc się swoim woj­sko­wym instynk­tem, wło­żył spodnie - pod­szedł do Johna w towa­rzy­stwie uzbro­jo­nych rekru­tów.

- Wszy­scy obecni, sir - powie­dział i zasa­lu­to­wał. - Do kogo mam honor się zwra­cać, sir?

- Pod­puł­kow­nik Grey. Sier­żan­cie, ustaw­cie swo­ich ludzi tak, żeby obser­wo­wali statki. Niech zwrócą szcze­gólną uwagę na ten pły­nący w dół rzeki. Potem tu wró­cić z rapor­tem na temat tego, co wyda­rzyło się w obo­zie.

Cut­ter ponow­nie zasa­lu­to­wał i odda­lił się, pokrzy­ku­jąc do żoł­nie­rzy:

- Ruchy, wy kupo gówna! Żwa­wiej! Żwa­wiej!

Nagle Tom wydał z sie­bie stłu­miony krzyk. Grey odwró­cił się, odru­chowo wycią­ga­jąc szty­let, i zoba­czył ciemną syl­wetkę.

- Nie zabi­jaj mnie, Angliku - powie­dział India­nin, który dopro­wa­dził ich do obozu. W jego gło­sie sły­chać było lek­kie roz­ba­wie­nie. - Le capi­ta­ine wysłał mnie, żebym cię zna­lazł.

- Po co? - zapy­tał krótko Grey. Jego serce wciąż waliło. Nie lubił być zaska­ki­wany, a jesz­cze bar­dziej nie podo­bało mu się to, że męż­czy­zna mógł z łatwo­ścią pozba­wić go życia, jesz­cze zanim John go zauwa­żył.

- Abe­na­ko­wie pod­pa­lili twój namiot; podej­rze­wał, że mogli zabrać cie­bie i two­jego sługę do lasu.

Tom rzu­cił wyjąt­kowo ordy­narne prze­kleń­stwo i wyko­nał ruch, jakby chciał pobiec w stronę lasu, ale Grey poło­żył mu dłoń na ramie­niu.

- Zostań, Tom. Nie ma sensu.

- Jak to, do cho­lery jasnej! - krzyk­nął wzbu­rzony lokaj. Przez emo­cje zapo­mniał o manie­rach. - Śmiem twier­dzić, że uda­łoby mi się zna­leźć pań­ską bie­li­znę, cho­ciaż nie bez pro­ble­mów. Ale przede wszyst­kim, co z obraz­kiem z wize­run­kiem pań­skiej kuzynki i dziecka, który prze­słała dla kapi­tana Stub­bsa? Co z pań­skim kape­lu­szem ze złotą lamówką?!

Grey poczuł nie­po­kój - jego młoda kuzynka Oli­via przy­słała minia­turę przed­sta­wia­jącą sie­bie i nowo naro­dzo­nego syna, pole­ca­jąc, by John prze­ka­zał ją kapi­ta­nowi Mal­col­mowi Stub­b­sowi, jej mężowi, który obec­nie prze­by­wał z woja­kami Wolfe'a. Pod­puł­kow­nik pokle­pał się po kie­szeni i z ulgą wyczuł, że przed­miot o owal­nym kształ­cie cały czas się w niej znaj­duje.

- Spo­koj­nie, Tom. Mam go. Co do kape­lu­sza... pomy­ślimy o tym póź­niej. Prze­pra­szam, jak panu na imię? - zapy­tał India­nina, nie chcąc cią­gle zwra­cać się do niego per ty.

- Manoke - odpo­wie­dział wciąż roz­ba­wiony India­nin.

- Zaiste. Zabie­rzesz mojego lokaja z powro­tem do obozu? - zapy­tał John, widząc zbli­ża­ją­cego się sier­żanta Cut­tera. I lek­ce­wa­żąc pro­te­sty Toma, oddał swo­jego słu­żą­cego pod opiekę India­nina.

* * *

Wszyst­kie pięć bran­der odpły­nęło lub zdo­łano je ode­pchnąć od "Har­wo­oda". Na rzece poja­wiło się coś, co mogło być - cho­ciaż nie musiało - jed­nostką abor­da­żową, ale zor­ga­ni­zo­wa­nej na pocze­ka­niu gru­pie Greya udało się ją odstra­szyć sal­wami z broni, mimo że ich zasięg nie pozwa­lał tra­fić wroga.

W każ­dym razie "Har­wood" był bez­pieczny, ale w obo­zie zapa­no­wała napięta atmos­fera. Grey spo­tkał się na krótko z Wood­for­dem po powro­cie kapi­tana tuż przed świ­tem i usły­szał, że najazd zakoń­czył się śmier­cią dwóch ludzi i wzię­ciem do nie­woli trzech kolej­nych. Trzech indiań­skich najeźdź­ców zabito, jed­nego raniono - Wood­ford chciał go prze­słu­chać, ale męż­czy­zna zmarł. Kapi­tan i tak podej­rze­wał, że nie wycią­gnąłby z niego żad­nych przy­dat­nych infor­ma­cji.

- Ni­gdy nie pusz­czają pary z gęby - stwier­dził, trąc czer­wone od dymu oczy. Na jego spuch­nię­tej twa­rzy malo­wało się zmę­cze­nie. - Zamy­kają oczy i nucą te swoje przed­śmiertne pie­śni. Nie ma zna­cze­nia, co im robisz. Tylko śpie­wają.

Grey usły­szał pieśń, a przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało, gdy o brza­sku wpełzł do poży­czo­nego namiotu. Śpie­wana cichym, wyso­kim gło­sem, rów­nie dobrze mogła być wia­trem świsz­czą­cym pośród koron drzew. Trwało to jakiś czas, potem uci­chło, jed­nak tylko po to, by roz­brzmieć na nowo, gdy Grey zanu­rzał się w odmęty snu.

Zasta­na­wiał się, o czym jest ta pieśń. Czy miało to jakieś zna­cze­nie, że nikt wokół ich nie rozu­miał? Może ten zwia­dowca... Jak mu było? Manoke. Może był na miej­scu i wie­dział, o co w niej cho­dzi.

Tom zna­lazł Grey­owi nie­wielki namiot na końcu rzędu. Pew­nie nale­żał wcze­śniej do jakie­goś niskiego rangą żoł­nie­rza, lecz John nie miał siły zgła­szać jakich­kol­wiek pre­ten­sji. W środku ledwo mie­ścił się śpi­wór i skrzynka słu­żąca za sto­lik, na któ­rej stał pusty świecz­nik, ale dach nad głową to dach nad głową. Gdy wra­cał ścieżką do obozu, zaczęło lekko padać, a teraz kro­ple desz­czu ude­rzały w gruby mate­riał namiotu, uno­sząc w powie­trze zapach ziemi. Nawet jeśli pieśń śmierci trwała na­dal, to deszcz ją zagłu­szał. Grey nie krę­cił się długo, trawa pod śpi­wo­rem deli­kat­nie dra­pała i pod­puł­kow­nik szybko zapadł w sen.

* * *

Obu­dził się nagle i zoba­czył nad sobą twarz India­nina. Jego rap­towna reak­cja spo­tkała się z gar­dło­wym chi­cho­tem i wyco­fa­niem się obcego, zamiast noża na gar­dle Johna. Grey na szczę­ście też w porę się roz­bu­dził i nie zro­bił żad­nej poważ­nej krzywdy Manoke.

- Co? - wymam­ro­tał i potarł dło­nią oczy. - O co cho­dzi?

I dla­czego, do cho­lery, leża­łeś w moim łóżku?

W odpo­wie­dzi India­nin poło­żył mu dłoń na karku, przy­cią­gnął do sie­bie i poca­ło­wał. Język męż­czy­zny muskał dolną wargę Greya, po czym India­nin wsa­dził mu go do gar­dła niczym jakaś jasz­czurka i za chwilę już go nie było.

Więc to był ten India­nin. John prze­wró­cił się na plecy i zamru­gał. Sen. Wciąż padało, teraz nawet moc­niej. Wziął głę­boki wdech - oczy­wi­ście czuł zapach niedź­wie­dziego sadła i mięty na wła­snej skó­rze, ale czy wyczu­wał jakiś aro­mat metalu? Zro­biło się jaśniej, dzień roz­po­czął się na dobre. Grey usły­szał wer­bli­stę budzą­cego żoł­nie­rzy. Ude­rze­nia pałecz­kami o mem­branę mie­szały się ze stu­ka­niem kro­pel desz­czu i woła­niami kaprali oraz sier­żan­tów - ale wciąż jakoś w oddali. John stwier­dził, że spał nie dłu­żej niż pół godziny.

- Chry­ste - wymam­ro­tał, obró­cił się, nacią­gnął płaszcz na głowę i ponow­nie zapadł w sen.

* * *

"Har­wood" powoli hal­so­wał w górę rzeki, a załoga uważ­nie wypa­try­wała fran­cu­skich maru­de­rów. W obo­zie zabrzmiało jesz­cze kilka alar­mów i nastą­pił kolejny najazd wro­gich Indian. Ten zakoń­czył się szczę­śli­wiej niż ostatni: czte­rech najeźdź­ców zgi­nęło, a po sojusz­ni­czej stro­nie rany - ale nie­zbyt poważne - odniósł tylko kucharz. Anglicy byli zmu­szeni pozo­stać na brzegu jakiś czas i cze­kać na pochmurną noc, żeby mieć szansę prze­mknąć obok łypią­cej groź­nym okiem for­tecy Quebec. Co prawda, sta­tek został zauwa­żony i armaty wystrze­liły w jego stronę jeden czy dwa poci­ski, ale bez spo­dzie­wa­nych przez Fran­cu­zów efek­tów. "Har­wood" w końcu dotarł do portu w Gareon, w któ­rym znaj­do­wał się sztab gene­rała Wolfe'a.

Samo mia­sto było zasło­nięte przez roz­ra­sta­jący się wokół niego woj­skowy obóz: hek­tary namio­tów cią­gnęły się wzdłuż brzegu rzeki, a całość nad­zo­ro­wała mała kato­licka misja fran­cu­ska. Jej sym­bol, nie­wielki krzyż, dało się dostrzec na szczy­cie wzgó­rza za mia­stem. Fran­cu­scy kupcy - oczy­wi­ście poli­tycz­nie neu­tralni - na widok angiel­skich sił wzru­szyli ramio­nami i rado­śnie sprze­da­wali im towary po zawy­żo­nych cenach.

Grey dowie­dział się, że gene­rał wal­czy w głębi lądu i praw­do­po­dob­nie nie wróci w ciągu mie­siąca. Pod­puł­kow­nik bez wyraź­nego zakresu obo­wiąz­ków ani wła­snego regi­mentu był utra­pie­niem - dostał, co prawda, kwa­terę, ale w grzeczny spo­sób kazano mu spie­przać. Nie mając naglą­cych obo­wiąz­ków, pod­puł­kow­nik wzru­szył ramio­nami na modłę wspo­mnia­nych fran­cu­skich kup­ców i poszedł szu­kać kapi­tana Car­ru­thersa.

Oka­zało się to dość łatwe. Karcz­marz w jed­nej z tawern, do któ­rej udał się Grey, wska­zał mu miej­sce zamiesz­ka­nia le capi­ta­ine. Dom nale­żał do wdowy o nazwi­sku Lam­bert i znaj­do­wał się nie­da­leko misyj­nego kościoła. Pod­puł­kow­nik zasta­na­wiał się, czy otrzy­małby tę infor­ma­cję od jakie­go­kol­wiek karcz­ma­rza w wio­sce. Za sta­rych cza­sów Char­lie lubił sobie popić i sądząc po rado­snej reak­cji wła­ści­ciela gospody, nic się w tym wzglę­dzie nie zmie­niło. Bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, John wcale go nie winił.

Wdowa - młoda, z kasz­ta­no­wymi wło­sami, cał­kiem atrak­cyjna - przy­glą­dała się podejrz­li­wie angiel­skiemu ofi­ce­rowi przez okno, ale kiedy wytłu­ma­czył jej, że poszu­kuje sta­rego przy­ja­ciela, kapi­tana Car­ru­thersa, jej twarz się roz­po­go­dziła.

- Bon - rze­kła, otwie­ra­jąc gwał­tow­nym ruchem drzwi. - Kapi­tan potrze­buje przy­ja­ciół.

Grey poko­nał dwie kon­dy­gna­cje wąskich scho­dów w dro­dze na pod­da­sze, gdzie urzę­do­wał Car­ru­thers, i czuł, że powie­trze robi się coraz cie­plej­sze. O tej porze dnia było to cał­kiem przy­jemne, ale już po połu­dniu musiało sta­wać się uciąż­liwe. Zapu­kał do drzwi i na dźwięk zna­jo­mego głosu kapi­tana, każą­cego mu wejść do środka, prze­szedł go przy­jemny dreszcz.

Car­ru­thers sie­dział w koszuli i spodniach przy roz­kle­ko­ta­nym stole i coś pisał. Przy jed­nym jego łok­ciu stał tykwowy kała­marz, a przy dru­gim dzban z piwem. Kapi­tan przez chwilę przy­glą­dał się w osłu­pie­niu Grey­owi, po czym wstał i z rado­ści pra­wie prze­wró­cił oba przed­mioty.

- John!

Zanim Grey zdą­żył wycią­gnąć dłoń na powi­ta­nie, tonął w uści­sku daw­nego przy­ja­ciela. Ser­decz­nie odwza­jem­nił gest, a zapach wło­sów i dotyk nie­ogo­lo­nego policzka kapi­tana przy­wró­cił stare wspo­mnie­nia, ale nawet mimo tych doznań poczuł wysta­jące kości wychu­dzo­nego ciała.

- Nie sądzi­łem, że przy­bę­dziesz - powtó­rzył Car­ru­thers po raz czwarty. W końcu puścił Greya, uśmiech­nął się i wytarł załza­wione oczy.

- Cóż, musisz za to podzię­ko­wać pew­nemu węgo­rzowi elek­trycz­nemu - stwier­dził Grey i odwza­jem­nił uśmiech.

- Co? - Car­ru­thers spoj­rzał na niego zdzi­wiony.

- To długa histo­ria, póź­niej ci opo­wiem. Na razie jed­nak... co ty, do cho­lery, wypra­wiasz, Char­lie?

Radość pra­wie cał­ko­wi­cie znik­nęła ze szczu­płej twa­rzy Car­ru­thersa.

- Ach, tak. Cóż. To też długa histo­ria. Wyślę Mar­tine po wię­cej piwa.

Wska­zał jedyny tabo­ret w pokoju i wyszedł, zanim Grey zdą­żył zapro­te­sto­wać. Pod­puł­kow­nik usiadł ostroż­nie, nie­pewny czy tabo­ret się pod nim nie zała­mie, jed­nak ten oka­zał się solidny. Pod­da­sze było skrom­nie ume­blo­wane; oprócz stołu i tabo­retu znaj­do­wała się w nim wąska pry­cza, noc­nik i wie­kowa toa­letka z cera­miczną umy­walką, a cało­ści dopeł­niał dzba­nek. Pomiesz­cze­nie było czy­ste, lecz w powie­trzu uno­sił się słodki i mdły zapach, praw­do­po­dob­nie wydo­by­wa­jący się z zakor­ko­wa­nej butelki sto­ją­cej na toa­letce.

Grey nie potrze­bo­wał lau­da­num, lecz wystar­czyło spoj­rzeć na twarz Car­ru­thersa i wszystko sta­wało się jasne. Zer­k­nął na papiery, nad któ­rymi wcze­śniej ślę­czał kapi­tan. Wyglą­dało na to, że przy­go­to­wy­wał notatki przed roz­prawą sądu wojen­nego. Na wierz­chu leżało spra­woz­da­nie z eks­pe­dy­cji, którą dowo­dził na roz­kaz majora Geralda Siverly'ego.

Kazano nam iść do wio­ski o nazwie Beau­lieu, aby splą­dro­wać i spa­lić domy, przy oka­zji prze­pę­dza­jąc napo­tkane zwie­rzęta. Tak uczy­ni­li­śmy. Grupa męż­czyzn uzbro­jona w kosy i inne narzę­dzia sta­wiła nam opór. Dwóch z nich zostało zastrze­lo­nych, reszta ucie­kła. Wró­ci­li­śmy z dwoma wozami zapeł­nio­nymi mąką, serami i róż­nymi dobrami z gospo­darstw domo­wych oraz z trzema kro­wami i dwoma mułami.

Grey zdo­łał prze­czy­tać tylko tyle, zanim drzwi ponow­nie się otwo­rzyły. Car­ru­thers wszedł do pokoju, usiadł na łóżku i kiw­nął głową w stronę papie­rów.

- Pomy­śla­łem, że naj­le­piej będzie wszystko spi­sać, gdy­bym nie dożył do sądu wojen­nego - rzu­cił. Widząc minę Greya, lekko się uśmiech­nął. - Nie przej­muj się, John. Zawsze wie­dzia­łem, że nie dożyję sta­ro­ści. To - uniósł prawą rękę, pozwa­la­jąc, by rękaw koszuli opadł - jesz­cze nie wszystko. - Pokle­pał się deli­kat­nie lewą dło­nią w klatkę pier­siową. - Nie­je­den lekarz mówił, że mam jakąś okropną wadę serca. Nie wiem, może mam dwa - na jego twa­rzy poja­wił się cza­ru­jący uśmiech, który Grey dosko­nale pamię­tał - a może tylko połowę. Kie­dyś mdla­łem od czasu do czasu, ale teraz zda­rza mi się to coraz czę­ściej. Cza­sem czuję, że prze­staje bić i jedy­nie trze­po­cze w mojej piersi, a wszystko robi się czarne i nie mogę zła­pać odde­chu. Do tej pory za każ­dym razem zaczy­nało bić na nowo, ale pew­nego dnia tak się nie sta­nie.

Grey przy­pa­try­wał się skar­ło­wa­cia­łej dłoni zwi­nię­tej obok nor­mal­nej, jakby Char­lie trzy­mała jakiś oso­bliwy kwiat. W pew­nym momen­cie palce obu rąk roz­warły się w dziw­nie pięk­nej har­mo­nii.

- Dobra - powie­dział cicho John. - Mów.

Nie­moż­ność stłu­mie­nia buntu to rzadki zarzut - trudny do udo­wod­nie­nia i raczej nie­sta­wiany, chyba że w grę wcho­dzą inne czyn­niki. W tym przy­padku na pewno tak było.

- Znasz Siverly'ego, prawda? - zapy­tał Car­ru­thers, kła­dąc notatki na kola­nach.

- Nie. Wnio­skuję, że jest sukin­sy­nem. - Grey wska­zał na papiery. - Ale jakiego rodzaju sukin­sy­nem?

- Sko­rum­po­wa­nym. - Car­ru­thers postu­kał w notatki i wyrów­nał kra­wę­dzie, cały czas się w nie wpa­tru­jąc. - To, co prze­czy­ta­łeś, nie odnosi się do Siverly'ego. To wytyczne gene­rała Wolfe'a. Nie wiem, czy cho­dzi o zablo­ko­wa­nie dostaw do for­tecy i zagło­dze­nie załogi, czy przy­ci­śnię­cie Mont­calma, żeby wysłał żoł­nie­rzy do obrony wsi, gdzie Wolfe mógłby się do nich dobrać. Moż­liwe, że w grę wcho­dzą obie opcje. Pewien jestem tylko tego, że chce ster­ro­ry­zo­wać osady na obu brze­gach rzeki. Robi­li­śmy to na wyraźne życze­nie gene­rała. - Char­lie skrzy­wił się i spoj­rzał na Greya. - Pamię­tasz High­lands, John?

- Prze­cież wiesz, że tak. - Każdy, kto brał udział w wysie­dle­niach miesz­kań­ców High­lands, ni­gdy o tym nie zapo­mniał. Grey widział wiele wio­sek, które skoń­czyły jak Beau­lieu.

Car­ru­thers wziął głę­boki oddech.

- Tak. Cóż. Pro­blem polega na tym, że Siverly przy­własz­czył sobie łupy z gra­bieży pod pre­tek­stem spra­wie­dli­wego podziału zysków z ich sprze­daży mię­dzy żoł­nie­rzy.

- Słu­cham? - To nie zga­dzało się ze zwy­cza­jami armii. Każdy żoł­nierz powi­nien mieć prawo zatrzy­mać to, co zabrał. - Co on sobie wyobraża, że jest jakimś admi­ra­łem? - W mary­narce wojen­nej rze­czy­wi­ście pie­nią­dze szły do podziału mię­dzy załogę, ale mary­narka rzą­dziła się wła­snymi pra­wami. Załogi stat­ków funk­cjo­no­wały jak poje­dyn­cze jed­nostki, w prze­ci­wień­stwie do kom­pa­nii lądo­wych, a poza tym sprze­daż łupów kon­tro­lo­wały sądy Admi­ra­li­cji.

Car­ru­thers się roze­śmiał.

- Jego brat jest koman­do­rem, pew­nie od niego czer­pał inspi­ra­cję. W każ­dym razie - Char­lie spo­waż­niał - ni­gdy nie docze­ka­li­śmy się podziału łupów. Co gor­sza, wstrzy­my­wał wypła­ca­nie żoł­nie­rzom żołdu. Na coraz dłu­żej i dłu­żej. Póź­niej prze­stał pła­cić w ramach kary za jakieś drobne wykro­cze­nia i twier­dził, że skrzy­nie z żoł­dem nie dotarły, mimo że kilku ludzi widziało na wła­sne oczy, jak wyła­do­wuje się je z powo­zów. Nie­do­sta­tecz­nie, ale żoł­nie­rze wciąż byli naje­dzeni i odpo­wied­nio ubrani. Nato­miast póź­niej posu­nął się za daleko.

Siverly okra­dał kan­tyny, oszu­ku­jąc na wiel­ko­ściach zapa­sów i sprze­da­jąc je na boku.

- Mia­łem pewne podej­rze­nia - wyja­śnił Car­ru­thers - ale bra­ko­wało mi dowo­dów. Zaczą­łem go obser­wo­wać, a on dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę, więc przez jakiś czas był ostroż­niej­szy. Jed­nak dosta­wie kara­bi­nów nie mógł się oprzeć.

Dosta­wie dwu­na­stu nowych kara­bi­nów, znacz­nie lep­szych od powszech­nego musz­kietu Brown Bess i rzadko spo­ty­ka­nych w regu­lar­nej armii.

- Już samo to, że tra­fiły wła­śnie do nas, musiało być jakimś nie­do­pa­trze­niem. Nie mie­li­śmy w oddziale żad­nego kara­bi­niera, bo nie ist­niała taka potrzeba. Pew­nie dla­tego Siverly stwier­dził, że ujdzie mu to na sucho.

Nie uszło. Dwóch sze­re­go­wych, któ­rzy wyła­do­wy­wali skrzy­nię, zacie­ka­wiła jej waga i otwo­rzyli wieko. Plotka się roze­szła, a pod­eks­cy­to­wa­nie prze­szło w nie­miłe zasko­cze­nie, kiedy zamiast nowych kara­bi­nów roz­dano cięż­kie musz­kiety. Już i tak wście­kła nar­ra­cja przy­brała tylko na sile.

- Żoł­nie­rze opróż­nili beczkę rumu, którą skon­fi­sko­wa­li­śmy w tawer­nie w Levi - powie­dział Car­ru­thers i wes­tchnął. - Pili całą noc, a stycz­niowe noce w tym miej­scu okrop­nie się dłużą. W końcu zde­cy­do­wali się poszu­kać kara­bi­nów na wła­sną rękę. Zna­leźli je ukryte pod pod­łogą w kwa­te­rze Siverly'ego.

- A gdzie był wtedy Siverly?

- W kwa­te­rze. Oba­wiam się, że nie potrak­to­wali go zbyt deli­kat­nie. - Car­ru­ther­sowi drgnęła warga. - Uciekł przez okno i prze­szedł dwa­dzie­ścia mil w śniegu do następ­nego gar­ni­zonu. Stra­cił dwa palce z powodu odmro­że­nia, ale prze­żył.

- Szkoda.

- Tak, szkoda. - Warga drgnęła ponow­nie.

- Co się stało z bun­tow­ni­kami?

Char­lie nadął policzki i pokrę­cił głową.

- Więk­szość ucie­kła. Dwóch zła­pano i od razu powie­szono. Pod­czas obławy zna­le­ziono trzech kolej­nych. Sie­dzą w tutej­szym wię­zie­niu.

- A cie­bie...

- A mnie... - Car­ru­thers kiw­nął głową. - Słu­ży­łem jako adiu­tant Siverly'ego. Nie wie­dzia­łem o bun­cie. Cho­rąży przy­biegł do mnie, kiedy żoł­nie­rze wyru­szali w stronę kwa­tery. Zdo­ła­łem tam dotrzeć, zanim skoń­czyli.

- Bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, nie­wiele mogłeś zro­bić, prawda?

- Nawet nie pró­bo­wa­łem - szcze­rze przy­znał Car­ru­thers.

- Rozu­miem - powie­dział Grey.

- Rozu­miesz? - Char­lie posłał mu krzywy uśmiech.

- Zde­cy­do­wa­nie. Domy­ślam się, że Siverly wciąż jest czę­ścią armii i ma pod sobą ludzi? Oczy­wi­ście, że tak. Może być na tyle wście­kły, że wolałby wysu­nąć prze­ciwko tobie pier­wotne oskar­że­nie, ale obaj dosko­nale zda­jemy sobie sprawę, że w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach zosta­łoby prak­tycz­nie od razu odda­lone. Naci­ska­łeś na sąd wojenny, prawda? Żeby upu­blicz­nić to, co wiesz? - Praw­do­po­dob­nie, bio­rąc pod uwagę swój stan zdro­wia, Car­ru­thers nie przej­mo­wał się gro­żą­cym mu dłu­gim poby­tem w wię­zie­niu.

Tym razem kapi­tan szcze­rze się uśmiech­nął.

- Wie­dzia­łem, że wybra­łem odpo­wied­niego czło­wieka - powie­dział.

- Schle­biasz mi - stwier­dził oschle Grey. - Ale dla­czego ja?

Car­ru­thers odło­żył papiery na bok i zako­ły­sał się deli­kat­nie na pry­czy, przy­trzy­mu­jąc dłońmi kolano.

- Dla­czego ty, John? - Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy, a szare oczy wpa­try­wały się w Greya. - Wiesz, czym się zaj­mu­jemy. Ten biz­nes czer­pie z cha­osu, śmierci i znisz­cze­nia. Ale wiesz rów­nież, dla­czego to robimy.

- Hę? To może mnie oświe­cisz? Od dawna szu­kam odpo­wie­dzi na to pyta­nie.

Spoj­rze­nie Car­ru­thersa zła­god­niało, lecz odpo­wie­dział cał­ko­wi­cie poważ­nie.

- Ktoś musi utrzy­my­wać porzą­dek, John. Żoł­nie­rze wal­czą z wielu powo­dów, zazwy­czaj hanieb­nych. Ale ty i twój brat... - prze­rwał i pokrę­cił głową. Grey zauwa­żył, że włosy kapi­tana są prze­ty­kane siwi­zną, cho­ciaż byli w podob­nym wieku.

- Świat opiera się na cha­osie, śmierci i znisz­cze­niu. Ale ludzie tacy jak ty... pra­gną cze­goś innego. Jeśli na świe­cie ist­nieje jakiś porzą­dek czy pokój... zawdzię­czamy je tobie i tym nie­licz­nym tobie podob­nym.

Grey czuł, że powi­nien coś powie­dzieć, ale nie za bar­dzo wie­dział co. Car­ru­thers pod­szedł i poło­żył lewą dłoń na jego ramie­niu, a drugą dotknął twa­rzy Johna.

- Jak to jest napi­sane w Biblii? - wyszep­tał Char­lie. - Bło­go­sła­wieni, któ­rzy łakną i pra­gną spra­wie­dli­wo­ści, albo­wiem oni będą nasy­ceni?4 Ja jej łaknę, John. A ty pra­gniesz. Nie zawie­dziesz mnie. - Palce dodat­ko­wej ręki, wsty­dli­wego sekretu kapi­tana, pogła­skały skórę pod­puł­kow­nika. Grey poczuł, że jego przy­ja­ciel woła o pomoc.

* * *

Zwy­cza­jem armii jest, aby sąd wojenny pro­wa­dził star­szy ofi­cer, przy udziale takiej liczby innych ofi­cerów, która może dzia­łać jako rada, co zazwy­czaj ozna­cza czte­rech człon­ków lub wię­cej, ale nie mniej niż trzech... Oskar­żona osoba musi mieć prawo do wezwa­nia świadka w swo­jej obro­nie, a rada powinna prze­słu­chać go i inne osoby według uzna­nia i usta­lić moż­liwe fakty, a jeśli doj­dzie do ska­za­nia, nało­żyć karę.

To raczej ogól­ni­kowe stwier­dze­nie było jedyną spi­saną wytyczną, doty­czącą sądu wojen­nego - a przy­naj­mniej tyle prze­ka­zał mu Hal na krótko przed wypły­nię­ciem Johna. Nie ist­niało żadne prawo regu­lu­jące dzia­ła­nia takich sądów. Prawo ziemi rów­nież się do nich nie sto­so­wało. W skró­cie, armia - jak zwy­kle, pomy­ślał Grey - była sama sobie pra­wem.

W związku z tym John miał pewną swo­bodę w reali­za­cji tego, czego chciał Char­lie Car­ru­thers - lub nie, zależ­nie od oso­bo­wo­ści i zawo­do­wych soju­szy ofi­ce­rów two­rzą­cych sąd. Wypa­da­łoby ich wyba­dać, i to jak naj­szyb­ciej.

Tym­cza­sem musiał zająć się czymś jesz­cze.

- Tom! - zawo­łał, szpe­ra­jąc w swoim kufrze. - Czy odna­la­złeś kwa­terę kapi­tana Stub­bsa?

- Tak, milor­dzie. Jeśli prze­sta­nie pan nisz­czyć swoje koszule, to powiem gdzie. - Tom spoj­rzał z przy­ganą na swo­jego pana i deli­kat­nym ruchem odcią­gnął go od skrzyni. - Czego pan tam tak zacie­kle szuka?

- Minia­tury przed­sta­wia­ją­cej moją kuzynkę i jej dziecko. - Grey cof­nął się, robiąc miej­sce Tomowi, który nachy­lił się nad kufrem i popra­wił zgnie­cione koszule. Skrzy­nia nosiła tu i ówdzie ślady przy­pa­le­nia, ale żoł­nie­rzom udało się ją ura­to­wać, wraz - ku rado­ści Toma - z ubra­niami Greya.

- Pro­szę, milor­dzie. - Tom wyjął zawi­niątko i podał je pod­puł­kow­ni­kowi. - Pan pozdrowi ode mnie kapi­tana. Podej­rze­wam, że ucie­szy się z pre­zentu. Mały jest do niego podobny, czyż nie?

Odna­le­zie­nie kwa­tery kapi­tana zajęło Grey­owi tro­chę czasu, cho­ciaż Tom prze­ka­zał mu dokładne wytyczne. Jego adres - o ile można go tak nazwać - znaj­do­wał się w bied­niej­szej czę­ści mia­sta, gdzieś przy błot­ni­stej ścieżce, która koń­czyła się nagle nad rzeką. Grey bar­dzo się dzi­wił. Stubbs lubił towa­rzy­stwo, a do tego sumien­nie pod­cho­dził do swo­ich obo­wiąz­ków. Dla­czego nie dostał pokoju w gospo­dzie albo w pry­wat­nym domu, bli­sko swo­ich żoł­nie­rzy?

Kro­czą­cemu po ścieżce Grey­owi towa­rzy­szyło nie­po­ko­jące uczu­cie, które nara­stało, gdy mijał roz­pa­da­jące się szopy i grupki brud­nych, posłu­gu­ją­cych się dwoma języ­kami dzieci, które na jego widok odry­wały się od zabawy. Śle­dziły go i szep­tały coś do sie­bie nie­zro­zu­miale, ale gdy pod­puł­kow­nik zapy­tał o kapi­tana Stub­bsa, wska­zu­jąc na swój mun­dur oraz poka­zu­jąc pal­cem oto­cze­nie, tylko roz­dzia­wiały buzie i patrzyły na niego w osłu­pie­niu.

Prze­szedł już sporą część ścieżki, a jego buty były oble­pione bło­tem i liśćmi, które leni­wie spa­dały z ogrom­nych drzew, kiedy w końcu zna­lazł kogoś, kto miał chęć udzie­lić mu odpo­wie­dzi na pyta­nie. Wie­kowy India­nin sie­dział na kamie­niu przy brzegu rzeki, ubrany w pasia­sty koc bry­tyj­skiej pro­duk­cji i łowił ryby. Posłu­gi­wał się mie­sza­niną trzech lub czte­rech języ­ków, z czego Grey rozu­miał tylko dwa, ale to w zupeł­no­ści wystar­czyło.

- Un, deux, trois, w tył - powie­dział mu sta­ru­szek, poka­zu­jąc kciu­kiem za sie­bie, a następ­nie wyko­nu­jąc gwał­towny ruch ręką w bok. Potem dodał coś w swoim rdzen­nym języku, a Grey wyła­pał jakieś nawią­za­nie do kobiety - nie­wąt­pliwe wła­ści­cielki domu, w któ­rym miesz­kał Stubbs. India­nin zakoń­czył odnie­sie­niem do le bon capi­ta­ine, co tylko utwier­dziło Johna w prze­ko­na­niu, że wszystko dobrze zro­zu­miał. Podzię­ko­wał dżen­tel­me­nowi po angiel­sku i fran­cu­sku i ruszył w stronę trze­ciego domu przy ścieżce, wciąż mając za sobą bandę urwi­sów cią­gnącą się za nim jak ogon latawca.

Nikt nie odpo­wie­dział na puka­nie do drzwi, więc Grey obszedł dom - śle­dzony przez dzieci - i zauwa­żył za nim nie­wielką chatkę. Z sza­rego kamien­nego komina uno­sił się dym.

Dzień był piękny, niebo miało kolor sza­firu, a wokół wyczu­wało się kli­mat póź­nego lata. Ktoś zosta­wił drzwi chatki uchy­lone, żeby do pomiesz­cze­nia wpa­dało świeże powie­trze, ale Grey ich nie otwo­rzył. Zamiast tego wyjął szty­let zza pasa i zapu­kał ręko­je­ścią - przy akom­pa­nia­men­cie peł­nych podziwu wes­tchnień małej gawie­dzi. Powstrzy­mał chęć ukło­nie­nia się im.

Z wnę­trza nie docho­dziły żadne odgłosy kro­ków, lecz drzwi nagle się otwo­rzyły i w progu sta­nęła młoda Indianka. Gdy zoba­czyła pod­puł­kow­nika, jej twarz roz­ja­śnił uśmiech.

Grey zamru­gał zasko­czony. W mgnie­niu oka uśmiech znik­nął i kobieta jedną ręką przy­trzy­mała się futryny, a drugą poło­żyła sobie na piersi.

- Batinse?! - wes­tchnęła, wyraź­nie prze­ra­żona. - Qu'est-ce qui s'passe?

- Rien - odpo­wie­dział John, rów­nie prze­stra­szony. - Ne vous inqu­ie­tez pas, madame. Est-ce que Capi­ta­ine Stubbs habite ici? (Nie chcia­łem pani nie­po­koić. Czy mieszka tu kapi­tan Stubbs?).

Kobieta prze­wró­ciła dużymi oczami, a Grey zła­pał ją za ramię, bojąc się, że zemdleje i upad­nie. Naj­więk­szy z dzie­cia­ków ruszył naprzód, popchnął drzwi, objął kobietę w pasie i zacią­gnął ją do środka.

Uzna­jąc to za zapro­sze­nie, reszta smy­ków zebrała się za nim, mru­cząc coś, co brzmiało jak współ­czu­cie, gdy ich kolega kładł młodą kobietę do łóżka. Mała dziew­czynka, ubrana w nie­wiele wię­cej niż parę gaci zawią­za­nych sznur­kiem wokół jej wątłej talii, sta­nęła obok chło­paka i powie­działa coś do kobiety. Nie otrzy­mała odpo­wie­dzi, ale zacho­wała się w spo­sób, jakby tak wła­śnie było - odwró­ciła się i wybie­gła z domu.

Grey wahał się, nie bar­dzo wie­dząc, co robić. Kobieta oddy­chała, ale była blada, a jej powieki drżały.

- Voulez-vous un petit eau? - zapy­tał, roz­glą­da­jąc się w poszu­ki­wa­niu wody. Dostrzegł wia­dro w pobliżu pale­ni­ska, lecz jego uwagę przy­kuło coś, co stało za nim: koły­ska z dziec­kiem, które patrzyło na niego wiel­kimi, zacie­ka­wio­nymi oczami.

Oczy­wi­ście już wie­dział. Ukląkł przy dziecku i poma­chał nie­śmiało przed jego buzią wska­zu­ją­cym pal­cem. Oczy nie­mow­lę­cia były duże i ciemne jak u matki, a skóra tro­chę bled­sza. Po rodzi­cielce nie odzie­dzi­czyło nato­miast pro­stych, gru­bych, czar­nych wło­sów. Te u malu­cha miały kolor cyna­monu i ukła­dały się w loki, bar­dzo podobne do tych, jakie Mal­colm Stubbs ukry­wał pod peruką.

- Co się stało z le capi­ta­ine? - Sta­now­czy głos za nim zażą­dał wyja­śnień. Pod­puł­kow­nik obró­cił się na pię­cie i zoba­czył góru­jącą nad nim raczej spo­rych roz­mia­rów kobietę. Wstał i się ukło­nił.

- Nic spe­cjal­nego, madame - zapew­nił ją. A przy­naj­mniej jesz­cze nie. - Szu­ka­łem kapi­tana Stub­bsa, żeby prze­ka­zać mu wia­do­mość.

- Och! - Kobieta, choć Fran­cuzka, musiała być matką albo ciotką tej młod­szej. Prze­stała patrzeć na niego wil­kiem i przy­jęła bar­dziej otwartą postawę. - Cóż. Czy ta wia­do­mość jest d'un urgence? - Przy­pa­try­wała mu się uważ­nie. Inni bry­tyj­scy ofi­ce­ro­wie raczej nie odwie­dzali Stub­bsa w tym domu zbyt czę­sto. Praw­do­po­dob­nie ofi­cjal­nie był zamel­do­wany gdzie indziej, gdzie zaj­mo­wał się woj­sko­wymi spra­wami. Dla­tego obie pomy­ślały, że przy­szedł z wia­do­mo­ścią o śmierci albo odnie­sio­nych przez kapi­tana ranach. Jesz­cze nie, dodał ponuro w myślach.

- Nie - odpo­wie­dział, czu­jąc cię­żar minia­tury w kie­szeni. - Ważna, ale nie nagląca. - Wyszedł. Żadne z dzieci za nim nie podą­żyło.

* * *

Zazwy­czaj łatwo było zna­leźć miej­sce pobytu kon­kret­nego żoł­nie­rza, lecz wyglą­dało na to, że Mal­colm Stubbs roz­pły­nął się w powie­trzu. Przez następny tydzień Grey prze­cze­sy­wał sztaby, koszary i wio­skę, nie znaj­du­jąc śladu swo­jego wyrod­nego szwa­gra. Co wię­cej, nikt raczej nie tęsk­nił za kapi­ta­nem. Żoł­nie­rze, któ­rymi dowo­dził, tylko wzru­szali ramio­nami, a ofi­cer prze­ło­żony wybrał się na inspek­cję poste­run­ków. Sfru­stro­wany Grey udał się nad brzeg rzeki, żeby pomy­śleć.

Były dwie moż­li­wo­ści - nie, trzy. Pierw­sza, Stubbs usły­szał o przy­jeź­dzie Greya i podej­rze­wa­jąc, że ten odkryje to, co wła­śnie odkrył, spa­ni­ko­wał i zde­zer­te­ro­wał. Druga, nara­ził się komuś w jed­nej z tawern, został zabity i teraz gnił pod ściółką w lesie. Trze­cia, wysłali go gdzieś, żeby zajął się po cichu jakąś sprawą.

Grey wąt­pił w pierw­sze roz­wią­za­nie. Stubbs nie nale­żał do pani­ka­rzy i gdyby dowie­dział się o przy­by­ciu szwa­gra, na pewno by go odna­lazł, zapo­bie­ga­jąc krę­ce­niu się pod­puł­kow­nika po wio­sce i odkry­ciu sekretu. John odrzu­cił pierw­szą moż­li­wość.

Jesz­cze szyb­ciej wyeli­mi­no­wał drugą. Gdyby Stub­bsa zamor­do­wano, czy to umyśl­nie, czy przez przy­pa­dek, na pewno ude­rzono by na alarm. W armii wie­dziano, gdzie powinni w danej chwili prze­by­wać żoł­nie­rze, a jeśli się tam nie znaj­do­wali, podej­mo­wano odpo­wied­nie kroki. To samo doty­czyło dezer­cji.

No dobra. Jeśli nikt nie szu­kał Stub­bsa, to nasu­wał się oczy­wi­sty wnio­sek, że został gdzieś wysłany. A skoro nikt nie wie­dział gdzie, to misja była tajna. Bio­rąc pod uwagę obecną pozy­cję i obse­sję Wolfe'a, pra­wie na pewno Mal­colm Stubbs udał się w dół rzeki, żeby spraw­dzić moż­li­wo­ści zaata­ko­wa­nia Quebecu. Grey ode­tchnął, ukon­ten­to­wany wnio­skami. To ozna­czało, że Stubbs w końcu wróci do obozu, o ile nie porwą go Fran­cuzi, nie oskal­pują India­nie albo nie pożre niedź­wiedź. Trzeba było tylko zacze­kać.

John oparł się o pień drzewa i obser­wo­wał, jak kilka rybac­kich kanu pły­nie wzdłuż brzegu. Na nie­bie poja­wiły się chmury, a wiatr deli­kat­nie muskał skórę - miła odmiana po wcze­śniej­szym upale. Taka pogoda ide­al­nie nada­wała się do łowie­nia. Nauczył go tego leśni­czy pra­cu­jący dla jego ojca. John zasta­na­wiał się, dla­czego. Czyżby pro­mie­nie słońca prze­szka­dzały rybom i te cho­wały się w głę­bi­nach, a wypły­wały przy słab­szym świe­tle?

Nagle przy­po­mniał sobie o węgo­rzu elek­trycz­nym, który - jak poin­for­mo­wał go Sud­d­field - żył w mula­stych wodach Ama­zonki. Kre­atura rze­czy­wi­ście miała malut­kie oczka, a wła­ści­ciel twier­dził, że zwie­rzę używa swo­ich zdol­no­ści zarówno do roze­zna­nia terenu, jak i pora­ża­nia ofiar.

Nie wie­dział, dla­czego uniósł głowę wła­śnie w tym momen­cie i zauwa­żył, że jedno z kanu unosi się na wodzie kilka jar­dów od niego. Wio­słu­jący India­nin posłał mu sze­roki uśmiech.

- Angliku! - zawo­łał. - Chcesz ze mną łowić?

Pod­puł­kow­nika prze­szedł taki dreszcz, że od razu się wypro­sto­wał. Manoke patrzył mu w oczy, a Grey przy­po­mniał sobie smak jego ust i zapach świeżo skra­wa­nej mie­dzi. Waliło mu serce - wypły­nąć w towa­rzy­stwie India­nina, któ­rego ledwo znał? To mogła być pułapka. Skoń­czyłby oskal­po­wany albo jesz­cze gorzej. Ale prze­cież ludzie - podob­nie jak węgo­rze elek­tryczne - mają szó­sty zmysł, pomy­ślał.

- Tak! - odpo­wie­dział. - Spo­tkamy się na pomo­ście!

* * *

Dwa tygo­dnie póź­niej wysiadł z kanu nale­żą­cego do Manoke, wychu­dzony, opa­lony, szczę­śliwy i wciąż w posia­da­niu swo­jego skalpu. Tom pew­nie wycho­dził z sie­bie - wpraw­dzie Grey prze­ka­zał, co pla­nuje, ale oczy­wi­ście nie był w sta­nie podać nawet przy­bli­żo­nej daty powrotu. Biedny Tom nie­wąt­pli­wie myślał, że Johna pochwy­cili i tra­fił do nie­woli albo został oskal­po­wany, a jego włosy sprze­dano Fran­cu­zom.

Tak naprawdę dry­fo­wali powoli w dół rzeki, zatrzy­mu­jąc się, by łowić wszę­dzie tam, gdzie nada­rzała się oka­zja, biwa­ko­wali na piasz­czy­stych mie­rze­jach i nie­wiel­kich wysep­kach, pie­kli zdo­bycz i jedli kola­cje przy uno­szą­cym się zapa­chu dymu, sie­dząc pod koro­nami dębów i olch. Od czasu do czasu poja­wiały się inne statki - nie tylko kanu, ale rów­nież fran­cu­skie pocz­towce i brygi oraz dwa okręty wojenne nale­żące do Angli­ków, hal­su­jące w górę rzeki z wydę­tymi żaglami. Pod­puł­kow­nik sły­szał w oddali krzyki mary­na­rzy, rów­nie nie­zro­zu­miałe jak język Iro­ke­zów.

Pierw­szego dnia o zmierz­chu Manoke wytarł ręce po jedze­niu, wstał i jak gdyby ni­gdy nic roz­wią­zał prze­pa­skę na bio­dra i pozwo­lił jej opaść. Potem cze­kał, sze­roko się uśmie­cha­jąc, aż Grey zdej­mie koszulę i spodnie.

Przed jedze­niem pły­wali w rzece, żeby się odświe­żyć. India­nin był czy­sty, jego skóra nie nosiła śla­dów tłusz­czu, a jed­nak wciąż sma­ko­wał dzi­czy­zną. Bogaty, nie­po­ko­jący posmak sar­niego mięsa. Grey zasta­na­wiał się, czy to z powodu rasy, czy diety.

- Jak ja sma­kuję? - zapy­tał z cie­ka­wo­ści.

Manoke, zajęty wła­snymi spra­wami, powie­dział coś, co brzmiało jak "kutas", ale rów­nie dobrze mogło być jakimś syno­ni­mem deli­kat­nego znie­sma­cze­nia, więc Grey nie drą­żył tematu. Poza tym, nawet gdyby sma­ko­wał woło­winą i her­bat­ni­kami albo pud­din­giem z York­shire, to czy India­nin roz­po­znałby zapewne nie­znane sobie potrawy? A jeśli tak, to czy John naprawdę chciał to wie­dzieć? Zade­cy­do­wał, że raczej nie i resztę wie­czoru spę­dzili w mil­cze­niu.

Pod­puł­kow­nik roz­dra­pał sobie plecy, w miej­scu gdzie ocie­rał je pasek od spodni, a dodat­kowo przez uką­sze­nia koma­rów i scho­dzącą skórę po opa­rze­niu sło­necz­nym. Któ­re­goś razu wypró­bo­wał indiań­ski strój - widząc, jaki jest wygodny - ale leżał zbyt długo na popo­łu­dnio­wym słońcu i odpa­rzył sobie tyłek, więc wró­cił do kla­sycz­nych spodni, nie mając ochoty wysłu­chi­wać kąśli­wych uwag, jaką to ma białą dupę.

Wspo­mi­na­jąc wycieczkę, prze­szedł połowę mia­sta, zanim zauwa­żył, że na miej­scu jest o wiele wię­cej żoł­nie­rzy niż przed jego wyjaz­dem. Dobo­sze cho­dzili po zabło­co­nych uli­cach i budzili ludzi w kwa­te­rach. Żoł­nier­ski kli­mat tak się udzie­lał, że pod­puł­kow­nik sam zaczął masze­ro­wać w wybi­jany przez dobo­szy rytm. Wypro­sto­wał się i poczuł, jak armia go wciąga. Sło­neczna podróż powoli odcho­dziła w zapo­mnie­nie.

Zer­k­nął mimo­wol­nie na wzgó­rze i zoba­czył flagi wywie­szone na ogrom­nej gospo­dzie, która słu­żyła za sztab polowy. Wolfe wró­cił.

* * *

Grey dotarł do swo­jej kwa­tery, zapew­nił Toma, że wszystko w porządku i pozwo­lił, żeby lokaj roz­plą­tał mu włosy, ucze­sał je, poper­fu­mo­wał i zawią­zał w for­malny har­cap. W czy­stym ubra­niu, draż­nią­cym jego popa­rzoną słoń­cem skórę, poszedł zapre­zen­to­wać się gene­ra­łowi, zgod­nie z zasa­dami ety­kiety. Pod­puł­kow­nik znał Jamesa Wolfe'a z widze­nia - gene­rał był mniej wię­cej w jego wieku, wal­czył pod Cul­lo­den i pod­czas kam­pa­nii w High­lands słu­żył jako młod­szy ofi­cer pod Cum­ber­lan­dem - ale ni­gdy nie mieli oka­zji poroz­ma­wiać, cho­ciaż sły­szał o nim sporo dobrego.

- Grey, zga­dza się? Brat księ­cia Par­dloe? - Wolfe przy­su­nął swój długi nos do Johna, jakby chciał go obwą­chać niczym pies dru­giego psa. Grey podej­rze­wał jed­nak, że nie o to mu cho­dzi, więc tylko grzecz­nie się ukło­nił.

- Mój brat wielce pana kom­ple­men­to­wał, sir.

Wła­ści­wie to słowa jego brata były dale­kie od kom­ple­men­tów.

- Melo­dra­ma­tyczny dupek - stwier­dził Hal, gdy wpro­wa­dzał Johna w szcze­góły na krótko przed wyjaz­dem. - Pre­ten­sjo­nalny, błęd­nie oce­nia­jący sytu­ację, fatalny stra­teg. Ale ma dia­bel­skie szczę­ście, to trzeba mu oddać. Nie wchodź z nim w żadne głu­pie układy.

Wolfe uprzej­mie ski­nął głową.

- Przy­był pan jako świa­dek w spra­wie tego, jak mu tam... kapi­tana Car­ru­thersa?

- Tak, sir. Czy data sądu wojen­nego jest już wyzna­czona?

- Nie wiem. Jest? - Gene­rał zwró­cił się do adiu­tanta, wyso­kiego, z dłu­gimi koń­czy­nami i o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu.

- Nie, sir. Ale skoro wasza lor­dow­ska mość przy­był, możemy kon­ty­nu­ować. Poślę infor­ma­cję do bry­ga­diera Leth­bridge'a-Ste­warta, który ma prze­wod­ni­czyć spra­wie.

Wolfe mach­nął ręką.

- Nie, wstrzy­maj się chwilę. Pan bry­ga­dier ma teraz waż­niej­sze sprawy na gło­wie. Aż do...

Adiu­tant kiw­nął głową i zapi­sał coś na kartce.

- Tak, sir.

Wolfe patrzył na Greya jak mały chło­piec, który nie może się docze­kać, aż zdra­dzi jakiś sekret.

- Rozu­mie pan szkoc­kich górali, puł­kow­niku?

John zamru­gał zasko­czony.

- Na tyle, na ile jest to moż­liwe, sir - odpo­wie­dział grzecz­nym tonem, a gene­rał wybuch­nął śmie­chem.

- Wspa­niały czło­wiek. - Wolfe obró­cił głowę i pochwa­lił Greya. - Jest ich u mnie z setka i zasta­na­wia­łem się, do czego są przy­datni. Wydaje mi się, że wyślę te stwo­rze­nia na... małą przy­godę.

Adiu­tant uśmiech­nął się na uła­mek sekundy.

- Naprawdę, sir? - rzu­cił powścią­gli­wie Grey.

- Taką nie­bez­pieczną - kon­ty­nu­ował bez­na­mięt­nie Wolfe. - Prze­cież to szkoccy górale, żadna strata, jeśli z tego nie wyjdą. Dołą­czysz do nas?

"Nie wchodź z nim w żadne głu­pie układy". Łatwo powie­dzieć, bra­cie, pomy­ślał Grey. Jakieś suge­stie, jak odrzu­cić ofertę uty­tu­ło­wa­nego dowódcy?

- Będę zachwy­cony, sir - odrzekł w końcu, czu­jąc dreszcz wzdłuż krę­go­słupa, spo­wo­do­wany nie­po­ko­jem. - Kiedy?

- Za dwa tygo­dnie, pod­czas nowiu. - Gdyby Wolfe miał ogon, poma­chałby nim teraz z entu­zja­zmem.

- Czy mogę znać szcze­góły naszej... hm... eks­pe­dy­cji?

Wolfe wymie­nił spoj­rze­nia ze swoim adiu­tan­tem, po czym odwró­cił się pod­eks­cy­to­wany do Greya.

- Zaj­miemy Quebec, puł­kow­niku.

* * *

Czyli Wolfe myślał, że zna­lazł swój point d'appui. A raczej jego zaufany zwia­dowca, Mal­colm Stubbs, zro­bił to za niego. Grey wró­cił do swo­jej kwa­tery po minia­turę przed­sta­wia­jącą Oli­vię i małego Crom­wella, wsa­dził ją do kie­szeni i poszedł szu­kać kapi­tana.

Nie zasta­na­wiał się, co mu powie. Dobrze, że nie spo­tkali się tuż po tym, jak John odkrył jego indiań­ską kochankę i dziecko, bo zno­kau­to­wałby go na miej­scu bez zbęd­nych wyja­śnień. Na szczę­ście upły­nęło tro­chę czasu i krew już tak w nim nie buzo­wała. Zdą­żył się zdy­stan­so­wać.

A przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało, dopóki nie wszedł do oka­za­łej tawerny - Mal­colm gusto­wał teraz w droż­szych winach - i zoba­czył uśmiech­nię­tego od ucha do ucha szwa­gra sie­dzą­cego przy stole wśród przy­ja­ciół. Nazwi­sko Stubbs5 traf­nie go opi­sy­wało: pra­wie tak tęgi jak wysoki, jasne włosy i robił się czer­wony na twa­rzy, kiedy dobrze się bawił lub kiedy wypił.

W tej chwili chyba doświad­czał obu tych sta­nów, bo recho­tał z cze­goś, co powie­dział jeden z jego kom­pa­nów i machał pustym szkłem w kie­runku bar­manki. Kiedy się odwró­cił, zauwa­żył Greya idą­cego w jego stronę i spiekł raka. John dostrzegł, że kapi­tan spę­dzał dużo czasu na dwo­rze - był pra­wie tak samo opa­lony jak pod­puł­kow­nik.

- Grey! - zawo­łał. - Cóż to za widok dla mych zmę­czo­nych oczu! Ki dia­beł spro­wa­dza cię do tej dzi­czy? - W końcu zauwa­żył nie­tęgą minę Greya, radość znik­nęła z jego twa­rzy i zdzi­wiony zmarsz­czył grube brwi.

Kilka chwil póź­niej pod­puł­kow­nik rzu­cił się przez stół, strą­ca­jąc przy tym szklanki, i chwy­cił szwa­gra za koszulę.

- Idziesz ze mną, pie­przona świ­nio - wymam­ro­tał, przy­cią­ga­jąc do sie­bie twarz młod­szego męż­czy­zny - albo zabiję cię na miej­scu.

Puścił kapi­tana i się wypro­sto­wał. Krew pul­so­wała mu w skro­niach. Stubbs potarł klatkę pier­siową, ura­żony, zasko­czony i... prze­stra­szony. Grey widział to w jego sze­roko roz­war­tych nie­bie­skich oczach. Kapi­tan powoli się pod­niósł i dał znać kom­pa­nom, żeby zostali na miej­scach.

- Spo­koj­nie, chło­paki - powie­dział, cał­kiem nie­źle uda­jąc, że nic się nie stało. - To mój kuzyn. Sprawy rodzinne.

Grey zauwa­żył, że dwóch męż­czyzn wymie­niło poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, po czym popa­trzyli na niego czuj­nym wzro­kiem. Wie­dzieli. To dobrze.

Pod­puł­kow­nik poka­zał Stub­b­sowi, żeby szedł przo­dem. Wyszli z tawerny, uda­jąc wza­jemny sza­cu­nek. Kiedy zna­leźli się na zewnątrz, Grey chwy­cił kapi­tana za ramię i wcią­gnął go w nie­wielką alejkę. Potem popchnął go z taką siłą, że tam­ten stra­cił rów­no­wagę i ude­rzył o ścianę. Następ­nie John pod­ciął kapi­tana i wbił swoje kolano w jego udo. Stubbs wydał z sie­bie dziwny dźwięk.

Grey drżącą z wście­kło­ści dło­nią wycią­gnął z kie­szeni minia­turkę, którą poka­zał Stub­b­sowi, po czym przy­ci­snął ją do policzka męż­czy­zny. Mal­colm zaskom­lał i pochwy­cił obra­zek, a John pozwo­lił mu wziąć przed­miot i wstał.

- Jak śmia­łeś? - powie­dział niskim poiry­to­wa­nym gło­sem. - Jak śmia­łeś spla­mić honor swo­jej żony i syna?

Mal­colm ciężko oddy­chał i jedną ręką trzy­mał się za zmal­tre­to­wane udo, ale powoli odzy­ski­wał świa­do­mość.

- To nic - tłu­ma­czył. - To nie ma nic wspól­nego z Oli­vią. - Gło­śno prze­łknął ślinę, wytarł dło­nią usta i popa­trzył na minia­turę. - A więc to moja mała rybka. Przy­stojny... przy­stojny chło­pak. Podobny do mnie, prawda?

Grey kop­nął go z całej siły w brzuch.

- Tak, zupeł­nie jak twój drugi syn - zasy­czał pod­puł­kow­nik. - Jak mogłeś coś takiego zro­bić?

Mal­colm otwo­rzył usta, ale nic nie powie­dział. Łapał oddech jak ryba wyrzu­cona na brzeg. Grey nie czuł żad­nego żalu. Potrak­to­wał go jak psa, bo tym wła­śnie w tej chwili dla niego był. Wyrwał minia­turkę z ręki Stub­bsa i wsa­dził ją ponow­nie do kie­szeni.

Po dłuż­szej chwili kapi­tan jęk­nął, a jego brą­zo­wo­fio­le­towa twarz wró­ciła do swo­jego nor­mal­nego cegla­nego koloru. W kąci­kach ust zebrała mu się ślina. Męż­czy­zna prze­je­chał po nich języ­kiem, splu­nął, po czym usiadł i wciąż ciężko oddy­cha­jąc, spoj­rzał na Greya.

- Masz zamiar znowu mnie ude­rzyć?

- Jesz­cze nie teraz.

- Wspa­niale. - Wycią­gnął rękę, a Grey ją pochwy­cił i pomógł kapi­ta­nowi wstać. Mal­colm oparł się o ścianę, cały czas dysząc i wpa­tru­jąc się w Johna.

- Kto mia­no­wał cię Bogiem? Kim jesteś, żeby mnie osą­dzać?

Grey miał ochotę znowu go ude­rzyć, ale się powstrzy­mał.

- Wiesz kim?! - krzyk­nął. - Pie­przo­nym kuzy­nem Oli­vii. Jej naj­bliż­szym męskim krew­nym na kon­ty­nen­cie. A ty, bo chyba muszę ci to przy­po­mnieć, jesteś jej jeba­nym mężem. Osąd? Co ty masz, u licha, na myśli, obrzy­dliwy roz­pust­niku?

Mal­colm zakasz­lał i ponow­nie splu­nął.

- Tak, cóż. Jak mówi­łem, to nie ma nic wspól­nego z Oli­vią, czyli z tobą też nie. - Mówił spo­koj­nym tonem, ale Grey sły­szał drże­nie w jego gło­sie i widział nie­po­kój w oczach. - Nic szcze­gól­nego. Taki jest tu cho­lerny zwy­czaj, na litość boską. Każdy...

Grey wbił mu kolano w jądra.

- Dawaj jesz­cze raz - zaję­czał Stubbs. Upadł i sku­lił się na ziemi. - Nie śpiesz się, mam czas.

Grey zda­wał sobie sprawę, że ktoś go obser­wuje. Odwró­cił się i zoba­czył kilku żoł­nie­rzy przy wej­ściu do alejki, waha­ją­cych się, czy zare­ago­wać. John miał na sobie mun­dur - średni wybór, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, ale przy­naj­mniej wyraź­nie było widać jego sto­pień i wystar­czyło spoj­rzeć na nich zło­wrogo, żeby natych­miast znik­nęli.

- Wiesz, że powi­nie­nem cię zabić, tu i teraz - rzu­cił po kilku chwi­lach do Stub­bsa. Ogar­nia­jąca go furia powoli odpusz­czała, szcze­gól­nie gdy patrzył na rzy­ga­ją­cego pod sie­bie kapi­tana. Jego głos przy­brał znu­żony ton. - Lepiej, żeby Oli­via jako wdowa odzie­dzi­czyła po tobie jaką­kol­wiek wła­sność, niż żyła z dra­niem, który zdra­dzałby ją po kątach. Pew­nie nawet z jej wła­sną słu­żącą.

Stubbs wymam­ro­tał coś nie­zro­zu­mia­łego, a Grey nachy­lił się, chwy­cił go za włosy i pod­niósł jego głowę.

- Co tam beł­ko­czesz?

- To... nie tak. - Poję­ku­jący Mal­colm jakoś zdo­łał usiąść, pod­cią­ga­jąc nogi do klatki pier­sio­wej. Przez chwilę tylko dyszał z głową opartą o kolana, ale póź­niej kon­ty­nu­ował. - Nic nie wiesz, prawda? - Mówił ponu­rym gło­sem, nie patrząc na Greya. - Nie widzia­łeś tego, co ja. Nie robi­łeś tego, co ja musia­łem robić.

- Co masz na myśli?

- To... nie była bitwa. Tylko... rzeź. Nic zaszczyt­nego. Rol­nicy. Kobiety... - Stubbs z trud­no­ścią prze­łknął ślinę. - Ja... my... robi­li­śmy to przez wiele mie­sięcy. Łupi­li­śmy wio­ski, pali­li­śmy gospo­dar­stwa i osie­dla. - Wes­tchnął, a jego sze­ro­kie ramiona opa­dły. - Sze­re­gowi żoł­nie­rze nie mają nic prze­ciwko temu. Połowa z nich to zwie­rzęta w ludz­kiej skó­rze. - Wziął głę­boki oddech. - Nie zasta­na­wiają się, tylko biorą kobietę w progu drzwi tuż przy zwło­kach jej męża, któ­rego przed chwilą zabili. - Prze­łknął ślinę. - Nie tylko Mont­calm płaci za skalpy - wyja­śnił szep­tem. Grey sły­szał ból w jego gło­sie.

- Każdy żoł­nierz widział takie rze­czy, Mal­col­mie - stwier­dził pod­puł­kow­nik po krót­kiej chwili mil­cze­nia wręcz łagod­nym gło­sem. - Jesteś ofi­ce­rem. Płacą ci za to, żebyś trzy­mał żoł­nierzy w ryzach. - I dosko­nale wiesz, że cza­sem to nie­moż­liwe, pomy­ślał.

- Wiem - przy­tak­nął Mal­colm i zapła­kał. - Ale nie potra­fi­łem.

Grey cze­kał, aż Stubbs prze­sta­nie szlo­chać, czu­jąc się coraz bar­dziej głu­pio i nie­swojo. W końcu kapi­tan uniósł sze­ro­kie ramiona.

- Każdy jakoś sobie radzi, nie? Cho­ciaż spo­so­bów wcale nie ma dużo. Alko­hol, karty albo kobiety - powie­dział już mniej drżą­cym gło­sem, po czym uniósł głowę i prze­su­nął się nieco z gry­ma­sem na twa­rzy, pró­bu­jąc zna­leźć wygod­niej­szą pozy­cję. - Ale ty nie pre­fe­ru­jesz kobiet, prawda? - dodał, patrząc pod­puł­kow­ni­kowi w oczy.

Grey poczuł gulę w gar­dle, lecz w porę zdał sobie sprawę, że ton Mal­colma nie był oskar­ży­ciel­ski.

- Nie - odpo­wie­dział i wziął głę­boki oddech. - Wolę pić.

Stubbs kiw­nął głową i wytarł nos w rękaw.

- Picie mi nie pomaga - stwier­dził. - Zasy­piam, ale nie zapo­mi­nam. I śnię... o rze­czach. Kurwy, cóż, nie chcia­łem zła­pać kiły i ewen­tu­al­nie... sprze­dać jej Oli­vii - wymam­ro­tał, opusz­cza­jąc głowę. - W karty nie gram zbyt dobrze - cią­gnął, wcze­śniej odchrzą­ku­jąc. - Gdy zasy­piam w obję­ciach kobiety, śpię spo­koj­nie.

Grey oparł się o ścianę, czu­jąc się pra­wie tak samo poobi­jany jak Mal­colm Stubbs. Bla­do­zie­lone liście unio­sły się na wie­trze, zawi­ro­wały i opa­dły na błoto.

- No dobra - ode­zwał się w końcu John. - Co masz zamiar zro­bić?

- Nie wiem - odpo­wie­dział zre­zy­gno­wany Stubbs. - Coś wymy­ślę. Chyba.

Grey wycią­gnął dłoń do kapi­tana, a ten sko­rzy­stał z pomocy i ostroż­nie wstał. Kiw­nął do pod­puł­kow­nika i powlókł się alejką, sku­lony, jakby zaraz miały mu wypaść wnętrz­no­ści. Zatrzy­mał się w poło­wie drogi i zer­k­nął za sie­bie przez ramię. Miał zaże­no­waną minę i zatro­skane spoj­rze­nie.

- Mogę... minia­turkę? Wciąż są moi, Oli­via i... syn.

Grey wes­tchnął głę­boko, aż do szpiku kości. Czuł się, jakby miał tysiąc lat.

- Tak, są - powie­dział, wycią­gnął minia­turkę i ostroż­nie wsa­dził ją do kie­szeni płasz­cza Mal­colma. - Pamię­taj te słowa, dobrze?

* * *

Dwa dni póź­niej przy­były statki z żoł­nie­rzami pod dowódz­twem admi­rała Hol­mesa. Mia­steczko zalała fala męż­czyzn głod­nych nie­so­lo­nego mięsa, świeżo upie­czo­nego chleba, napit­ków i kobiet. Do kwa­tery Greya dotarł posła­niec z paczką od Hala i pozdro­wie­niami od admi­rała.

Prze­syłka była nie­wielka, ale sta­ran­nie zapa­ko­wana w ceratę i obwią­zana dra­twą. Węzeł był zala­ko­wany her­bem brata pod­puł­kow­nika. To nie­po­dobne do Hala, który zazwy­czaj komu­ni­ko­wał się za pomocą krót­kich notek zawie­ra­ją­cych mini­malną liczbę słów potrzeb­nych do prze­ka­za­nia tego, o co mu cho­dziło. Rzadko je pod­pi­sy­wał, a co dopiero pie­czę­to­wał.

Tomowi nato­miast paczka wydała się odro­binę zło­wroga. Odsu­nął ją z dala od reszty listów i posta­wił na niej dużą butelkę brandy, chyba żeby unie­moż­li­wić jej ucieczkę. A może podej­rze­wał, że Grey­owi przyda się tru­nek pod­czas tru­dów czy­ta­nia listu skła­da­ją­cego się z wię­cej niż jed­nej strony.

- Bar­dzo miło z two­jej strony, Tom - wymam­ro­tał John, uśmie­cha­jąc się do sie­bie i chwy­ta­jąc za scy­zo­ryk.

W osta­tecz­nym roz­ra­chunku oka­zało się, że list jest o wiele krót­szy, nie ma w nim ani powi­ta­nia, ani pod­pisu i na pewno został napi­sany przez Hala.

Min­nie chce wie­dzieć, czy gło­du­jesz, cho­ciaż nie wiem, jakie roz­wią­za­nie mia­łaby zapro­po­no­wać, gdyby twoja odpo­wiedź była twier­dząca.

Chłop­ców cie­kawi nato­miast, czy zebra­łeś jakieś skalpy - no i są prze­ko­nani, że żaden czer­wo­no­skóry nie zdo­łał zabrać two­jego. Podzie­lam ich opi­nię. Lepiej weź ze sobą trzy toma­hawki, gdy będziesz wra­cał do domu.

Prze­sy­łam twój przy­cisk do papieru. Jubi­ler był pod wra­że­niem jako­ści kamie­nia. Dołą­czam rów­nież wyzna­nie Adamsa. Wczo­raj został powie­szony.

W paczce rze­czy­wi­ście znaj­do­wała się sakiewka z irchy i ofi­cjalny doku­ment skła­da­jący się z kilku stron dobrego per­ga­minu, zwi­nię­tych i zapie­czę­to­wa­nych - tym razem insy­gniami Jerzego II. Grey zosta­wił doku­ment na stole, wyjął kubek ze skrzyni i nalał sobie brandy do pełna, ponow­nie podzi­wia­jąc bystrość swo­jego lokaja.

W taki oto spo­sób, wzmoc­niony trun­kiem, usiadł i wziął do ręki małą sakiewkę, z któ­rej wycią­gnął nie­wielki, cho­ciaż ciężki, złoty przy­cisk do papieru przed­sta­wia­jący pół­księ­życ góru­jący nad oce­anicz­nymi falami. Czę­ścią zestawu był też spory fase­to­wany sza­fir, błysz­czący niczym gwiazda wie­czorna. Skąd James Fra­ser zdo­był takie cudo?

Grey obró­cił przed­miot w dłoni, podzi­wia­jąc dosko­nałe rze­mio­sło, ale po chwili odło­żył go na bok. Przez jakiś czas popi­jał brandy i patrzył na doku­ment, jakby ten miał zaraz eks­plo­do­wać. John widział to oczami wyobraźni.

W końcu wziął doku­ment do ręki, a powiew wia­tru od okna deli­kat­nie uniósł kartki. Zatrze­po­tały niczym żagiel przed wypeł­nie­niem, zanim łódź popły­nie z pełną pręd­ko­ścią.

Cze­ka­nie nie pomoże. Poza tym Hal wie­dział, co było tam napi­sane i w końcu powie­działby o tym bratu, czy ten by sobie tego życzył, czy nie. Grey gło­śno wes­tchnął, odsta­wił kubek z brandy i zła­mał pie­częć.

Ja, Ber­nard Donald Adams, wyznaję to, co mam wyznać z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli...

John zasta­na­wiał się, czy aby na pewno. Nie znał odręcz­nego pisma Adamsa, więc nie mógł wywnio­sko­wać, czy rze­czy­wi­ście napi­sał go sam, czy komuś podyk­to­wał. Nie, chwila. Prze­kart­ko­wał doku­ment i spraw­dził pod­pis. Ta sama ręka. W porządku, napi­sał go wła­sno­ręcz­nie.

Przyj­rzał się dokład­nie pismu. Było wyraźne, więc praw­do­po­dob­nie list nie został wymu­szony tor­tu­rami. Może to była prawda.

- Idiota - szep­nął pod nosem. - Prze­czy­taj to cho­ler­stwo i miej to z głowy.

Wypił resztę brandy jed­nym hau­stem, roz­pro­sto­wał kartki na kamien­nym gzym­sie i w końcu zabrał się do czy­ta­nia histo­rii śmierci wła­snego ojca.

* * *

Książę od jakie­goś czasu przy­pusz­czał, że krąg jako­bi­tów ist­nieje naprawdę i ziden­ty­fi­ko­wał trzech ludzi, któ­rzy mogli do niego nale­żeć, cho­ciaż nie pod­jął żad­nych kro­ków, żeby ich ujaw­nić. Przy­naj­mniej dopóki sam nie został oskar­żony o zdradę wobec kraju i nie wpły­nął nakaz jego aresz­to­wa­nia. Sły­sząc to, od razu posłał po Adamsa i wezwał go do swo­jej wiej­skiej posia­dło­ści w Ear­ling­den.

Adams mógł tylko podej­rze­wać, ile książę wie­dział o jego powią­za­niach z krę­giem, ale nie miał zamiaru bez­czyn­nie się przy­pa­try­wać, w razie gdyby aresz­to­wany książę chciał go wydać. Uzbroił się w pisto­let i jechał całą noc do Ear­ling­den. Przy­był na miej­sce tuż przed świ­tem.

Sta­nął przed drzwiami oran­że­rii i został przy­jęty przez księ­cia. Odbyli "jakąś roz­mowę".

Tam­tego dnia dowie­dzia­łem się o naka­zie aresz­to­wa­nia księ­cia Par­dloe za zdradę kraju. Nie­po­ko­iłem się, ponie­waż książę prze­py­ty­wał mnie i moich kole­gów w spo­sób, który suge­ro­wał, że podej­rzewa nas o zwią­zek z pod­ziem­nym ruchem chcą­cym przy­wró­cić Stu­ar­tów na tron.

Sprze­ci­wi­łem się aresz­to­wa­niu księ­cia, ponie­waż nie mia­łem poję­cia, jak daleko się­gają jego wie­dza lub podej­rze­nia, i bałem się, że jeśli sam znaj­dzie się w tara­pa­tach, może oskar­żyć mnie i moich kole­gów, to jest Vic­tora Arbu­th­nota, lorda Cre­emore oraz sir Edwina Bel­l­mana. Ten ostatni twier­dził, że nie powin­ni­śmy się tym wielce przej­mo­wać, ponie­waż każda próba oskar­że­nia nas przez Par­dloe mogła zostać łatwo odrzu­cona jako zwy­kła chęć rato­wa­nia wła­snej skóry, nie­ma­jąca pod­par­cia w fak­tach. Już samo aresz­to­wa­nie księ­cia w natu­ralny spo­sób wzbu­dzi­łoby powszechne domnie­ma­nie jego winy i odwra­ca­łoby uwagę od jakich­kol­wiek oskar­żeń wypo­wia­da­nych przez niego w naszą stronę.

Książę, sły­sząc o naka­zie, tego samego wie­czoru posłał po mnie i kazał mi natych­miast sta­wić się w jego wiej­skim domu. Ponie­waż nie wie­dzia­łem, w posia­da­niu jakich dowo­dów się znaj­duje, nie śmia­łem mu odmó­wić. Jecha­łem całą noc i przed świ­tem dotar­łem do posia­dło­ści.

Adams spo­tkał się z księ­ciem w oran­że­rii. Nie wia­domo, jaką formę przy­brała ich roz­mowa, ale jej rezul­tat był tra­giczny.

Wzią­łem ze sobą pisto­let, który nała­do­wa­łem przed wej­ściem do domu. Mia­łem zamiar użyć go tylko w obro­nie wła­snej. Nie wie­dzia­łem, jak zachowa się książę pod­czas naszego spo­tka­nia.

Nie­bez­pieczne zagra­nie. Gerard Grey, książę Par­dloe, rów­nież przy­szedł uzbro­jony na spo­tka­nie. Według Adamsa książę wycią­gnął pisto­let - pozo­staje nie­ja­sne, czy zro­bił to, by oddać strzał, czy tylko nastra­szyć roz­mówcę - a spa­ni­ko­wany Adams zro­bił to samo. Obaj strze­lili. Adams podej­rze­wał, że pisto­let księ­cia nie wypa­lił, bo nie­moż­li­wym było, by spu­dło­wał z takiej odle­gło­ści.

Pisto­let Adamsa zadzia­łał pra­wi­dłowo, a on sam nie spu­dło­wał. Zoba­czyw­szy krew wypły­wa­jącą z klatki pier­sio­wej księ­cia, spa­ni­ko­wał i rzu­cił się do ucieczki. W pew­nym momen­cie odwró­cił głowę i zoba­czył księ­cia, śmier­tel­nie ranio­nego, ale wciąż na nogach. Książę chwy­cił się gałęzi drzewka brzo­skwini i ostat­kiem sił rzu­cił swoją bez­u­ży­teczną broń w stronę Adamsa, po czym upadł.

John Grey deli­kat­nie gła­dził arku­sze per­ga­minu trzy­mane w pal­cach. Nie widział już na nich sta­ran­nego pisma Adamsa, któ­rym ten spi­sał raport. Widział roz­laną krew. Ciem­no­czer­woną, przy­po­mi­na­jącą piękny klej­not jaśnie­jący w pro­mie­niach słońca wpa­da­ją­cych przez szklany dach. Widział potar­gane włosy ojca, jakby ten dopiero co wró­cił z polo­wa­nia, i gałąź drzewka brzo­skwini, urwaną i leżącą na tych samych kafel­kach, przez co drzewko stra­ciło swoją dosko­na­łość.

Pod­puł­kow­nik odło­żył papiery na stół. Wiatr poru­szył nimi, ale męż­czy­zna zare­ago­wał natych­miast i poło­żył na nich nowy przy­cisk do papieru.

Jak to powie­dział Car­ru­thers? Że John utrzy­muje porzą­dek.

"Ty i twój brat... - powie­dział - Ale ludzie tacy, jak ty... pra­gną cze­goś innego. Jeśli na świe­cie ist­nieje jakiś porzą­dek czy pokój... zawdzię­czamy je tobie i tym nie­licz­nym tobie podob­nym".

Być może. Pod­puł­kow­nik zasta­na­wiał się, czy Car­ru­thers zna cenę, jaką płaci się za pokój i porzą­dek, ale potem przy­po­mniał sobie wynędz­niałą twarz Char­liego, na któ­rej nie było już śladu po daw­nej, mło­dzień­czej uro­dzie. Ten czło­wiek był wor­kiem kości i tylko nie­sa­mo­wita deter­mi­na­cja spra­wiała, że wciąż oddy­chał.

Tak, Car­ru­thers znał tę cenę.

* * *

Nie­całe dwa tygo­dnie póź­niej, tuż po nowiu, statki dobiły do brzegu. Kon­wój skła­dał się z fla­go­wego okrętu admi­rała Hol­mesa - "Lowe­stoffa", trzech okrę­tów wojen­nych - "Squ­ir­rela", "Sea Horse'a" i "Hun­tera", kilku uzbro­jo­nych żaglow­ców i kilku prze­wo­żą­cych woj­skowe wypo­sa­że­nie, proch i amu­ni­cję oraz spo­rej liczby trans­por­tow­ców, na któ­rych pokła­dzie znaj­do­wało się łącz­nie tysiąc osiem­set osób. "Suther­land" zako­twi­czył wcze­śniej, poza zasię­giem armat for­tecy, żeby obser­wo­wać ruchy prze­ciw­nika. Fran­cuzi zacu­mo­wali tam swoje bate­rie pły­wa­jące i mały sta­tek zwia­dow­czy.

Grey podró­żo­wał wraz Wolfe'em i szkoc­kimi góra­lami na pokła­dzie "Sea Horse'a". Spę­dzili cały czas na gór­nym pokła­dzie, zbyt pod­eks­cy­to­wani, by zejść na dół.

W gło­wie Johna wciąż brzmiało ostrze­że­nie jego brata - "Nie wchodź z nim w żadne głu­pie układy" - jed­nak było już za późno. Żeby o tym nie myśleć, Grey wyzwał innego ofi­cera na poje­dy­nek w gwiz­da­niu. Obaj mieli wygwiz­dać The Roast Beef of Old England, a prze­gry­wał ten, kto pierw­szy się zaśmieje. Pod­puł­kow­nik zachi­cho­tał pierw­szy, ale przy­naj­mniej nie zasta­na­wiał się już nad sło­wami Hala.

Tuż po pół­nocy duże statki zwi­nęły żagle, zrzu­ciły kotwice i uno­siły się na wodzie niczym ogromne mewy. Anse au Foulon, miej­sce lądo­wa­nia, które Mal­colm Stubbs i jego zwia­dowcy zare­ko­men­do­wali gene­ra­łowi Wolfe'emu, leżało sie­dem mil w dół rzeki, u stóp stro­mych kli­fów ze skał łup­ko­wych, które pro­wa­dziły w górę na Rów­ninę Abra­hama.

- Myśli­cie, że zawdzię­cza swoją nazwę biblij­nemu Abra­ha­mowi? - zapy­tał zacie­ka­wiony Grey, ale w odpo­wie­dzi usły­szał, że na kli­fach znaj­duje się gospo­dar­stwo nale­żące do byłego pilota mor­skiego Abra­hama Mar­tina.

Wła­ści­wie to dobrze, że pocho­dze­nie nazwy było tak pro­za­iczne. Na górze roze­grają się wystar­cza­jąco dra­ma­tyczne sceny, nie będzie czasu zawra­cać sobie głowy sta­ro­daw­nymi pro­ro­kami, roz­mo­wami z Bogiem i zasta­na­wiać się, ilu spra­wie­dli­wych ludzi jest zamknię­tych w for­tecy Quebec.

Sta­ra­jąc się robić jak naj­mniej hałasu, szkoccy górale i ich ofi­ce­ro­wie, Wolfe oraz wybrani przez niego żoł­nie­rze - wśród nich Grey - wsie­dli do małych bate­aux, które miały zabrać ich na miej­sce lądo­wa­nia.

Rwąca rzeka zagłu­szała wio­sła ude­rza­jące o wodę, a na pokła­dzie raczej nikt nie urzą­dzał sobie poga­wę­dek. Wolfe sie­dział na dzio­bie łodzi pro­wa­dzą­cej, zwró­cony twa­rzą do swo­ich żoł­nie­rzy i od czasu do czasu zer­kał za sie­bie, w stronę brzegu. Nagle i bez ostrze­że­nia, zaczął mówić. Nie pod­no­sił głosu, ale noc była na tyle spo­kojna, że dało się go usły­szeć. Ku zasko­cze­niu Greya recy­to­wał Ele­gię napi­saną na wiej­skim cmen­ta­rzu.

Melo­dra­ma­tyczny dupek, pomy­ślał, cho­ciaż nie mógł oprzeć się wra­że­niu, że recy­ta­cja gene­rała była w dziwny spo­sób poru­sza­jąca. Wolfe nie robił tego dla pokla­sku, spra­wiał wra­że­nie, jakby mówił do sie­bie. Johna prze­szły dresz­cze, gdy gene­rał doszedł do słów:

Gdyż kto her­bem się chełpi, kto puszy potęgą

Kto urodą upaja, kto bogac­twem bły­ska -

Tego w końcu z nędza­rzem wspólne losy sprzęgą6.

- "U kresu szla­ków chwały jest mogiła niska"7 - zakoń­czył Wolfe tak cicho, że tylko trzech lub czte­rech sie­dzą­cych obok niego ludzi było w sta­nie to usły­szeć. Grey znaj­do­wał się na tyle bli­sko, że usły­szał, jak gene­rał odchrzą­kuje. Po chwili Wolfe uniósł ramiona.

- Pano­wie - zaczął, pod­no­sząc głos - powi­nie­nem pisać takie wier­sze, a nie wybie­rać się na Quebec.

Wśród żoł­nie­rzy zapa­no­wało lek­kie poru­sze­nie, po czym wybuch­nęli śmie­chem.

Podob­nie jak i ja, pomy­ślał Grey. Poeta, który napi­sał te strofy, pew­nie sie­dzi teraz przy kominku w Cam­bridge, zajada się pla­cusz­kami z masłem i nie musi się mar­twić, że spad­nie z dużej wyso­ko­ści albo odstrzelą mu dup­sko.

John nie wie­dział, czy to wszystko część wize­runku Wolfe'a. Może tak, a może nie. Tego ranka spo­tkał przy latry­nach puł­kow­nika Wal­singa, a ten wspo­mniał, że ubie­głej nocy Wolfe wrę­czył mu wisio­rek i poin­stru­ował, żeby oddał go pan­nie Lan­drin­gham, narze­czo­nej gene­rała.

Cho­ciaż to nic nowego, że żoł­nie­rze oddają przy­ja­cio­łom cenne przed­mioty przed ciężką bitwą, na wypa­dek śmierci czy odnie­sie­nia poważ­nych ran. Ciało mogło zostać ogra­bione przed zna­le­zie­niem go przez towa­rzy­szy, a nie każdy mógł sobie pozwo­lić na zaufa­nego słu­żą­cego. Grey czę­sto szedł na bitwę z taba­kie­rami, kie­szon­ko­wymi zegar­kami czy pier­ścion­kami, które zawczasu wrę­czyli mu przy­ja­ciele - cie­szył się opi­nią szczę­ścia­rza jesz­cze przed Cre­feld. Dzi­siej­szej nocy nie dostał nic na prze­cho­wa­nie.

John prze­niósł się na drugą stronę, a znaj­du­jący się obok niego Simon Fra­ser zro­bił to samo w prze­ciw­nym kie­runku, przez co na sie­bie wpa­dli.

- Par­don - wymam­ro­tał Fra­ser. Zeszłej nocy Wolfe kazał każ­demu, kto sie­dział przy stole, recy­to­wać wier­sze po fran­cu­sku i wszy­scy zgod­nie stwier­dzili, że Fra­ser ma naj­lep­szy akcent. A to dla­tego, że kilka lat wcze­śniej wal­czył ramię w ramię z Fran­cu­zami w Holan­dii i to wła­śnie on miał mówić, gdyby zatrzy­mali ich war­tow­nicy. Grey był prze­ko­nany, że Fra­ser prze­sta­wiał się w gło­wie na fran­cu­ski, żeby w ner­wach nie wymsknęło mu się coś po angiel­sku.

- De rien - wyszep­tał w odpo­wie­dzi Grey, a Fra­ser wydał z sie­bie stłu­miony gar­dłowy śmiech.

Było pochmurno, po nie­bie pły­nęły resztki desz­czo­wych chmur. To aku­rat dobrze: powierzch­nia wody nie była równa, zała­mana przez słabe świa­tło, wysta­jące kamie­nie i dry­fu­jące gałę­zie drzew. Ale nawet w takich warun­kach doświad­czony zwia­dowca nie mógł nie wypa­trzyć tylu łodzi.

Pod­puł­kow­nik czuł chłód na twa­rzy, lecz ręce miał spo­cone. Ponow­nie dotknął szty­letu przy­tro­czo­nego do pasa. Zda­wał sobie sprawę, że robi to co kilka minut, jakby cią­gle musiał spraw­dzać, czy wciąż tam jest, jed­nak nie mógł nic na to pora­dzić, a nawet nie chciał. Wytę­żył wzrok i roz­glą­dał się w poszu­ki­wa­niu bla­sku ogni­ska czy jakie­go­kol­wiek ruchu... nic.

Zasta­na­wiał się, ile jesz­cze. Dwie mile, trzy? Na razie nie było mu dane zoba­czyć kli­fów na wła­sne oczy i nie był pewny, jak daleko od Gareon się znaj­dują.

Nurt wody i deli­katne koły­sa­nie łodzi spra­wiło, że zro­bił się senny, mimo towa­rzy­szą­cych mu emo­cji, więc pokrę­cił ener­gicz­nie głową i prze­sad­nie ziew­nął, żeby się pobu­dzić.

- Quel est ce bateau? Co to za łódź? - Z brzegu doszło do nich ledwo sły­szalne woła­nie, nie­wiele gło­śniej­sze od noc­nego pohu­ki­wa­nia sowy. Simon Fra­ser chwy­cił mocno dłoń pod­puł­kow­nika, nie­mal ją miaż­dżąc.

- Celui de la Reine! - odkrzyk­nął w odpo­wie­dzi Fra­ser.

Grey zaci­snął zęby, żeby przy­pad­kiem nie rzu­cić cze­goś głu­piego. Jeśli cze­ka­jący na brzegu zwia­dowcy zażą­da­liby kon­kret­nego hasła, żoł­nie­rze w łodzi poła­ma­liby mu koń­czyny na miej­scu.

- Pas­sez! - odkrzyk­nął zwia­dowca, a Fra­ser zwol­nił uścisk. Głę­boko oddy­cha­jąc, trą­cił pod­puł­kow­nika i ponow­nie wyszep­tał prze­pro­siny.

- De, kurwa, rien - wymam­ro­tał Grey, pocie­ra­jąc dłoń i roz­pro­sto­wu­jąc palce.

Zbli­żali się. Żoł­nie­rze bujali się, nie­cier­pli­wie wycze­ku­jąc star­cia, nawet i bar­dziej niż John - spraw­dzali broń, roz­pro­sto­wy­wali mun­dury, odka­sły­wali, splu­wali za ramię, jed­nym sło­wem przy­go­to­wy­wali się na bitwę. Jesz­cze bar­dziej ner­wowo zro­biło się pięt­na­ście minut przed dobi­ciem do brzegu. Wtedy znowu ode­zwał się zwia­dowca.

Grey­owi ści­snęło się serce, a stare rany znowu pul­so­wały, i to tak mocno, że pra­wie wes­tchnął z bólu.

- Qui ?tes-vous? Que sont ces bate­aux? Kim jeste­ście? Co to za łodzie? - podejrz­liwy fran­cu­ski głos doma­gał się odpo­wie­dzi.

Tym razem John był przy­go­to­wany i sam chwy­cił Fra­sera za rękę. Simon przy­trzy­mał się go i nachy­lił w stronę wybrzeża.

- Des bateux de pro­vi­sions! Taisez-vous... les anglais sont pro­ches! To łodzie z zapa­sami! Ciszej... Anglicy są nie­da­leko!

Grey poczuł ogromną potrzebę wybuch­nię­cia śmie­chem, ale powstrzy­mał się. "Suther­land" naprawdę znaj­do­wał się nie­da­leko, przy­cza­jony poza zasię­giem dział, ale żabo­jady nie mogły mieć o tym poję­cia.

- Pas­sez! - zawo­łał straż­nik, tym razem ciszej, i łodzie spraw­nie prze­pły­nęły przez ostatni zakręt.

Ich łódź ude­rzyła o pia­sek. Połowa załogi natych­miast wyszła na ląd i pocią­gnęła ją dalej. Wolfe wysko­czył z niej nie­zgrab­nie, choć z zapa­łem, wyraź­nie prze­szła mu już ochota na ponure wier­sze. Prze­nie­śli się na pobli­ską mie­li­znę, gdy reszta łodzi dobi­jała do brzegu, a chmara czar­nych syl­we­tek wysy­py­wała się z nich niczym mrówki z mro­wi­ska.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki