Siedem dróg - Lotte Kaa Andersen

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cille

Sie­dzą w ro­dzin­nym au­cie, z za­pię­tymi pa­sami - oj­ciec, matka, dzieci. Jest dzie­siąta trzy­dzie­ści, za pół go­dziny mu­szą być na lot­ni­sku, jak za­wsze wy­jeż­dżają spóź­nieni. Wy­bie­rają się na trzy ty­go­dnie do Fran­cji, wy­na­jęli tam do­mek w gó­rach. W ogro­dzie ro­sną drzewa cy­try­nowe, jest tam także ba­sen. Cille po­świę­ciła nie­mało czasu na zna­le­zie­nie miej­sca od­po­wied­niego pod każ­dym wzglę­dem. Będą pić kawę i jeść cro­is­santy w ka­wiar­niach na pla­cach ma­low­ni­czych mia­ste­czek, będą przy­glą­dali się grze lo­kal­nych miesz­kań­ców w bule, sta­rym męż­czy­znom w kasz­kie­tach albo w sło­mia­nych ka­pe­lu­szach, star­szym ko­bie­tom w pła­skich bu­tach i we wzo­rzy­stych let­nich su­kien­kach z na­szy­tymi kie­sze­niami. Przez całą wio­snę Cille prze­wi­jało się przez głowę mnó­stwo ob­ra­zów tego, co będą ro­bili. Będą pły­wali w Mo­rzu Śród­ziem­nym i je­dli świeże owoce mo­rza z ob­tłu­czo­nych me­ta­lo­wych pół­mi­sków. Po­każą dzie­ciom praw­dziwy fran­cu­ski targ z je­dze­niem - wiel­kie po­skrę­cane pa­pryki, uło­żone jedna na dru­giej w im­po­nu­jące kon­struk­cje, in­ten­syw­nie po­ma­rań­czowe mo­rele, sery i oliwy do­mo­wej ro­boty, mar­mo­lady i miód w pięk­nych sło­ikach re­tro. Cille prze­czy­tała w prze­wod­niku o targu w pew­nym hi­sto­rycz­nym mia­steczku. Oczyma wy­obraźni wi­działa, jak prze­cha­dzają się całą ro­dziną mię­dzy stra­ga­nami, wą­cha­jąc ręcz­nie wy­ra­biane my­dła, przy­glą­da­jąc się ulicz­nym mu­zy­kan­tom i pró­bu­jąc wszyst­kich lo­kal­nych przy­sma­ków - na­le­śni­ków, chleba, oli­wek. Na to się cie­szyła przez ostat­nie ty­go­dnie i wła­śnie te­raz roz­po­czyna się ich po­dróż. Cille zerka na Aska. Czy w ogóle do­tarły do niego jej słowa? Mąż słu­cha mu­zyki na swoim te­le­fo­nie, bęb­niąc pal­cami o kie­row­nicę, jakby wszystko było w naj­lep­szym po­rządku. Jed­nym z pal­ców wy­stu­kuje po­wta­rzalny nie­równy rytm. Puk, puk, puk - pa­lec ru­sza się, od­kąd ru­szyli spod domu. Non stop. Cille wy­gląda przez boczną szybę, ma płytki od­dech, trud­no­ści z prze­ły­ka­niem śliny. Znów w niej to wzbiera. Dzieci ga­wę­dzą ze sobą na tyl­nym sie­dze­niu. Ask za­wsze wy­biera strój od­po­wiedni do oka­zji. Do pracy cho­dzi w ide­al­nie wy­pra­so­wa­nych ja­sno­błę­kit­nych ko­szu­lach i lśnią­cych czar­nych bu­tach. W week­endy i pod­czas urlo­pów nosi się nie­for­mal­nie w dżin­sach albo chi­no­sach. Ma do­sko­nale wy­tre­no­wane ciało, do­sko­nale na­tle­nione serce. Ładne pa­znok­cie, ładne włosy, ładne rysy twa­rzy. Po an­giel­sku okre­ślono by go jako flaw­less, czyli bez skazy. Cille re­je­struje każdy ruch męża, szuka po­twier­dze­nia, ja­kiejś rysy na tej nie­ska­zi­tel­no­ści. Ask bie­rze głę­boki od­dech, roz­siada się wy­god­nie w fo­telu kie­rowcy, gła­dzi dło­nią pod­bró­dek, na­pina mię­śnie żu­chwy. Czy to moż­liwe, że on na­prawdę tak tu sie­dzi, zu­peł­nie bez wstydu, cie­sząc się na wspólny wy­jazd?! A może to po­zorne zre­lak­so­wa­nie? Czy w tym ge­ście po­cie­ra­nia w za­my­śle­niu dło­nią pod­bródka nie kryje się chęć ustą­pie­nia pola? Czy on wie, czy zdaje so­bie sprawę, co ta­kiego zro­bił? Biały prze­wód od słu­cha­wek bie­gnie w dół klatki pier­sio­wej, zle­wa­jąc się w jedno z ko­szulką. Wszystko do sie­bie pa­suje, ale Ask na­wet nie jest tego świa­domy. Cille przy­gląda się ze sku­pie­niem swoim skór­kom wo­kół pa­znokci w obu dło­niach, roz­dy­go­tana, roz­pro­szona, wście­kła. Co po­winna te­raz zro­bić? Dzieci się cie­szą, wszystko jest spa­ko­wane, wła­śnie wy­je­chali z domu, roz­ma­wiali o tym wy­jeź­dzie od mie­sięcy. Czuje na so­bie jego wzrok lu­stru­jący ją z pro­filu. Ask świet­nie zdaje so­bie sprawę z tego, o co cho­dzi, te­raz tylko się zgrywa, pró­buje się wy­mi­gać. Prawą ręką pusz­cza kie­row­nicę i po­kle­puje Cille po udzie - po­cie­sza­jąco, py­ta­jąco, za­chę­ca­jąco, może wręcz piesz­czo­tli­wie. Po­gódźmy się, pu­śćmy to w nie­pa­mięć, no da­lej, wszystko bę­dzie do­brze - to albo coś in­nego, ta­kie klep­nię­cie może zna­czyć tak wiele, ist­nieje tyle moż­li­wo­ści jego in­ter­pre­ta­cji. Je­śli Ask cze­goś od niej chce, niech to po­wie wprost. Cille od­wraca wzrok. On kła­dzie rękę z po­wro­tem na kie­row­nicy i wraca do wy­bi­ja­nia pal­cami swo­jego upo­rczy­wego solo. Jakby tego było mało, za­czyna jesz­cze po­gwiz­dy­wać. Spo­mię­dzy ścią­gnię­tych warg wy­do­bywa się głu­pawa, skle­cona przez niego me­lo­dia. Wtedy się to dzieje. Spra­wiają to jego gwiz­da­nie i nie­znaczne ki­wa­nie głową. Na­gle Cille wie, co musi zro­bić. O dzie­sią­tej trzy­dzie­ści sie­dem, w sza­rym audi kombi zmie­rza­ją­cym w stronę lot­ni­ska Ka­strup, Cille uświa­da­mia so­bie, że jest wol­nym czło­wie­kiem. Sama wie, co jest słuszne, i de­cy­duje o tym, w czym chce uczest­ni­czyć. Na pewno nie bę­dzie tu­taj sie­działa, uda­jąc, że nic się nie stało. Przy ostat­nim skrzy­żo­wa­niu na Stran­dve­jen, w miej­scu, gdzie koń­czy się Hel­le­rup i za­czyna ?ster­bro, Cille prze­rywa ten kon­cert. Puka męża pal­cem w ra­mię, sku­pia­jąc na nim wzrok.

- Za­trzy­maj sa­mo­chód.

- Dla­czego? Coś się stało?

Ask wy­rywa słu­chawki z uszu i pa­trzy na nią zdez­o­rien­to­wany. Pod le­wym okiem drga mu nerw. Poza tym jest opa­no­wany, tylko ta skóra wo­kół oczu jakby żyła wła­snym ży­ciem.

- Wy­sadź mnie.

- O co ci cho­dzi?

- Po­wie­dzia­łam, że­byś za­trzy­mał sa­mo­chód. Nie jadę z wami.

- Co ta­kiego? Ko­cha­nie, prze­stań.

Cille przy­gryza wargę. Rzuca szyb­kie spoj­rze­nie w tył, gdzie sie­dzą dzieci. Ści­sza głos do szeptu świsz­czą­cego spo­mię­dzy jej za­ci­śnię­tych warg.

- Masz mnie wy­sa­dzić. Dłu­żej nie dam rady, za­trzy­maj ten sa­mo­chód!

Ask włą­cza kie­run­kow­skaz i zjeż­dża na po­bo­cze. Wy­gląda jak je­den wielki znak za­py­ta­nia. To­bias po­chyla się ku ro­dzi­com z tyl­nego sie­dze­nia, pa­trzy na nich sze­roko otwar­tymi oczami pod zmarsz­czo­nym czo­łem.

Cille daje Askowi znak, żeby po­roz­ma­wiali na dwo­rze.

Idą za sa­mo­chód.

- O co ci znowu cho­dzi? Przy­po­mi­nam ci, że nie mamy na to czasu. - Ask wzdy­cha, opie­ra­jąc się o wy­peł­niony po brzegi ba­gaż­nik.

- Nie zniosę tego dłu­żej. Nie jadę z wami na te wa­ka­cje.

Ask kręci głową, a jego wargi roz­cią­gają się w wy­mu­szo­nym uśmie­chu.

- Ale o co cho­dzi? To ty wszystko zor­ga­ni­zo­wa­łaś! Nie mo­żesz się te­raz wy­co­fać dwie go­dziny przed od­lo­tem.

- Mu­szę być sobą. Po­trze­buję czasu do na­my­słu.

Ask pa­trzy na nią, jakby na­gle po­stra­dała zmy­sły.

- Na­my­słu! Niby co chcesz prze­my­śleć? Nie za­wsze się zga­dzamy, tro­chę się wczo­raj po­kłó­ci­li­śmy, to nie był nasz naj­lep­szy ty­dzień, ale ży­cie to­czy się da­lej. Ko­cha­nie, no weź. Pro­szę, prze­stań się dą­sać. Prze­cież je­dziemy na wa­ka­cje, bę­dzie fan­ta­stycz­nie!

Ask prze­krzy­wia głowę i chce ją do sie­bie przy­cią­gnąć. Cille robi krok w tył.

- Mu­si­cie po­je­chać beze mnie. Za­bie­ram swoją wa­lizkę. Nie może być ina­czej.

- Cille, do cięż­kiej cho­lery! Nie mo­żesz tego zro­bić! Nie mo­żesz odejść w taki spo­sób. Mu­sisz z nami zo­stać. Z Tarą i To­bia­sem! - Kręci głową z nie­do­wie­rza­niem. Wy­ko­nuje bła­galne, roz­ka­zu­jące ru­chy dłońmi ob­ró­co­nymi spodem do góry, jakby miał na­dzieję, że z nieba na­dej­dzie po­moc. - Po­myśl o nich. Co ty wy­pra­wiasz? Prze­stań się za­cho­wy­wać te­atral­nie.

- Naj­wy­raź­niej wciąż nic nie ro­zu­miesz. Je­ste­śmy mał­żeń­stwem od dwu­na­stu lat, a mimo to cza­sami mam wra­że­nie, jak­by­śmy w ogóle się nie znali. Po­peł­niamy w kółko te same błędy. Uni­kamy trud­nych roz­mów, ni­gdy się w nic nie za­głę­biamy, tylko za­wsze się opa­mię­tu­jemy. Sta­ramy się wszystko za­ła­go­dzić i przejść nad tym do po­rządku dzien­nego, żeby broń Boże nie zbu­rzyć spo­koju do­mo­wego ogni­ska. Nie trak­tu­jemy sie­bie po­waż­nie. Wczo­raj zro­zu­mia­łam coś no­wego, je­śli cho­dzi o nas, na­gle mnie olśniło. Te­raz za­mie­rzam po­trak­to­wać się se­rio. Wy­sia­dam tu­taj, nie jadę z tobą na żadne wa­ka­cje.

- Kurwa, co to ma zna­czyć?! Zda­jesz so­bie sprawę, co wła­śnie po­wie­dzia­łaś?! Nie mo­żesz tak po pro­stu odejść.

- Zu­peł­nie jak­by­śmy tylko się w to ba­wili. Nie mo­żesz mi mó­wić ta­kich rze­czy, ja­kie po­wie­dzia­łeś wczo­raj wie­czo­rem, a po­tem ki­wać się ra­do­śnie za kie­row­nicą, jakby ni­gdy nic. Naj­pierw wy­pa­lasz coś ta­kiego, a po­tem le­cimy do Ni­cei, do swo­jego uro­czego domku i uda­jemy szczę­śliwą ro­dzinę? Nic z tego, nie mam za­miaru dłu­żej w tym uczest­ni­czyć.

- Okej. Niech ci bę­dzie. W ta­kim ra­zie za­głębmy się w to wszystko, tak jak ci za­leży. Wy­ko­rzy­stajmy na to wy­jazd. Omó­wimy wszystko po­woli i spo­koj­nie w ciągu naj­bliż­szych trzech ty­go­dni. Na pewno znaj­dziemy ja­kieś roz­wią­za­nie.

- Mu­szę po­być sama przez pe­wien czas.

- Ale to czy­ste sza­leń­stwo, sama tego nie wi­dzisz? - Chwyta ją za rękę. - Cil­leńku, pro­szę cię, prze­stań się gnie­wać. Na­prawdę mnie prze­ra­zi­łaś.

- Prze­stań to ro­bić. Biorę swoją wa­lizkę, a wy, je­śli się po­śpie­szy­cie, mo­że­cie jesz­cze zdą­żyć na sa­mo­lot. Po­że­gnam się te­raz z dziećmi. Mu­sisz za­dbać o to, żeby miały udany wy­jazd. To twój obo­wią­zek, obie­caj mi to.

- Do cho­lery, w ta­kim ra­zie my też nie je­dziemy. Nie mam za­miaru le­cieć sam na ja­kieś pie­przone ro­dzinne wa­ka­cje!

- My dwoje nie spę­dzimy ra­zem tego lata. Po­je­dziesz tam z dziećmi, to je­dyne słuszne wyj­ście.

- Chyba so­bie żar­tu­jesz! Masz ja­kieś po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści?!

- Tak, i wła­śnie te­raz się nim wy­ka­zuję. Od­po­wia­dam także za sie­bie.

- Je­steś matką, Cille! Je­steś matką dwojga dzieci, które sie­dzą w sa­mo­cho­dzie, cie­sząc się na wspólny wy­jazd z tobą. Z nami!

- Je­stem też czło­wie­kiem, który zwąt­pił w to wszystko.

- Re­agu­jesz zbyt emo­cjo­nal­nie! Nie­po­trzeb­nie dra­ma­ty­zu­jesz. Mu­sisz z nami zo­stać, że­by­śmy mo­gli ze sobą po­roz­ma­wiać. Nie mo­żesz tak po pro­stu uciec od pro­ble­mów. Po­jedź z nami! Z dy­stansu bę­dzie nam ła­twiej spoj­rzeć na wszystko świe­żym okiem. Okej?

Prze­ma­wia do niej ła­god­nie, gła­dząc ją po wło­sach.

- Nie mogę. Po­słu­chaj tego, co do cie­bie mó­wię!

Wy­raz jej twa­rzy wy­raź­nie świad­czy o tym, że Cille się roz­pada. Przez chwilę stoi nie­ru­chomo ze wzro­kiem wbi­tym w as­falt. Po­tem zbiera się w so­bie, pro­stuje plecy, ociera oczy wierz­chem dłoni, otwiera ba­gaż­nik i z ca­łej sterty wa­li­zek wy­ła­wia tę ze swo­imi rze­czami.

- Cille, do kurwy nę­dzy... Czy to ko­niec? Nic już dla cie­bie nie zna­czę, tak po pro­stu?

- Nie wiem. Nie wiem, czy mo­żemy się z tego cze­goś na­uczyć, nie wiem już nic. Te­raz chcę tylko stąd odejść.

- Po­wiedz, czego ci po­trzeba, co mam zro­bić...

- Po­że­gnam się te­raz z dziećmi, bez żad­nych ner­wów, a ty bę­dziesz mu­siał je uspo­koić, po­świę­cić na to tro­chę czasu. Mu­sisz mi obie­cać, że z nimi po­roz­ma­wiasz.

- Cille...

Ask osuwa się na kra­węż­nik i chowa twarz w dło­niach.

Line

Nie roz­gląda się za ni­czym kon­kret­nym, wła­ści­wie to ni­czego nie po­trze­buje, a mimo to ska­cze jej tętno, zmy­sły się wy­ostrzają, bu­dzi się po­żą­da­nie. Line daje się po­rwać zbio­ro­wemu upo­je­niu, gdy drzwi ob­ro­towe wcią­gają ją do środka i za­czyna od­dy­chać chłod­nym kli­ma­ty­zo­wa­nym po­wie­trzem. Trudno się na czymś sku­pić, trudno coś wy­brać, ciało drży z nie­cier­pli­wo­ści. Dzięki wiel­kiej ma­pie w holu Line orien­tuje się, gdzie co jest. Układa so­bie trasę, tak aby zaj­rzeć do wszyst­kich swo­ich ulu­bio­nych skle­pów. Trzy- i czte­ro­cy­frowe kwoty w dir­ha­mach i w do­la­rach wy­dają jej się abs­trak­cyj­nymi licz­bami, które ak­cep­tuje lek­kim wci­śnię­ciem zie­lo­nego przy­ci­sku. Zu­peł­nie jakby nie były praw­dzi­wymi pie­niędzmi. Wi­dać, że wszy­scy inni po­stę­pują tak samo. Du­bai Mall jest naj­więk­szym na świe­cie cen­trum han­dlo­wym, naj­czę­ściej od­wie­dza­nym bu­dyn­kiem na ca­łej pla­ne­cie. W tej gi­gan­tycz­nej, kli­ma­ty­zo­wa­nej stre­fie wol­no­cło­wej nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Line ku­puje parę bu­tów, dwie su­kienki o kroju, który po­doba się Pe­te­rowi, spodnie, kilka blu­zek, w więk­szo­ści z je­dwa­biu. Je­dwab jest do­bry na ta­kie upały. Line pró­buje się przy­sto­so­wać, musi ja­koś tu prze­trwać. Wcho­dzi do sa­lonu fry­zjer­skiego i pyta o wolny ter­min. Jej włosy zo­stają przy­strzy­żone i roz­ja­śnione, nie­znacz­nie, ale wy­star­cza­jąco, żeby wy­szła stam­tąd jako wy­ra­zist­sza wer­sja sa­mej sie­bie. Przed wyj­ściem daje na­piwki fry­zje­rowi, ka­sje­rowi i re­cep­cjo­ni­ście. Mi­ja­jąc wiel­kie lu­stro, pro­stuje plecy i za­czyna sta­wiać kroki w ele­gant­szy spo­sób. Przy­siada w ba­rze su­shi na lunch i kie­li­szek wina. Wo­kół niej stoją po­ły­sku­jące pu­dełka i eks­klu­zywne pa­pie­rowe torby z logo mię­dzy­na­ro­do­wych ma­rek ni­czym wy­razy po­dzię­ko­wań, ry­tu­alne na­rzę­dzia, po­da­runki ofiarne dla szczo­drego bó­stwa. Gdy Line płaci za po­si­łek, czuje się lekka. Przed opusz­cze­niem cen­trum han­dlo­wego i zna­le­zie­niem tak­sówki pa­mięta, żeby ku­pić ko­szulę i parę skar­pet dla Pe­tera. Prosi, żeby je ład­nie za­pa­ko­wać. Po­łoży je na jego łóżku jako pre­zent. Prze­cho­dzi obok fran­cu­skiej cu­kierni i ku­puje ma­ka­ro­niki na póź­niej. Może po ko­la­cji naj­dzie ich ochota, żeby po­sie­dzieć na bal­ko­nie na tle wie­czor­nego nieba. W tak­sówce Line wkłada torby jedną w drugą, two­rząc kilka warstw przy­po­mi­na­ją­cych ro­syj­skie ma­trioszki. Nie chce wy­glą­dać jak tu­rystka cier­piąca na ma­nię za­ku­pową. Wielu in­nych klien­tów Du­bai Mall nio­sło dużo wię­cej sia­tek, a nie­które tu­tej­sze ko­biety wręcz przy­szły w asy­ście no­si­cieli to­reb. Po przy­by­ciu do bia­łego ho­telu Line może z god­no­ścią przejść przez hol z tylko dwiema tor­bami. W ciągu tych pię­ciu czy sze­ściu go­dzin, pod­czas któ­rych była nie­obecna, do­ro­biła się no­wej gar­de­roby i no­wego wy­glądu. Czuje się te­raz od­świe­żona, ele­gancka, jak ktoś zu­peł­nie inny. Ta nowa ko­bieta udaje się do swo­jego po­koju, od­cina metki z ce­nami od ubrań, które wie­sza w sza­fie. Mie­sza nowe rze­czy ze sta­rymi, chowa torby, po czym idzie wziąć prysz­nic. Na­ciera się aro­ma­tycz­nym olej­kiem, usuwa owło­sie­nie z nóg i pod pa­chami. Na ko­niec wy­biera się do ho­te­lo­wego ga­bi­netu ko­sme­tycz­nego, gdzie za­ma­wia pe­di­cure. Chce wy­glą­dać ape­tycz­nie, gdy wróci Pe­ter. Pójdą wtedy do baru i przy kok­taj­lach po­roz­ma­wiają o tym, jak mu mi­nął dzień. Line opo­wie o swo­jej wy­cieczce do mia­sta i o tu­tej­szych ko­bie­tach - o za­kry­wa­ją­cych je bur­kach, o ciem­nych siat­kach przed ich oczami, o ich dys­kret­nych spo­so­bach na wy­róż­nie­nie się. Na przy­kład wą­ziut­kimi ko­ron­ko­wymi ob­szy­ciami burki, cien­kimi na kilka mi­li­me­trów, pra­wie nie­wi­docz­nymi. Parą luk­su­so­wych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych na za­kry­tym czole, piękną wy­pie­lę­gno­waną dło­nią, która przez uła­mek se­kundy wy­ła­nia się spo­mię­dzy fałd czar­nego ma­te­riału, aby po chwili znów się w nich ukryć. Ku­po­wa­nymi przez nich to­reb­kami, ko­sme­ty­kami, bie­li­zną od Cha­nel, ca­łym tym luk­su­sem, który za­cho­wują tylko dla sie­bie i dla swo­ich mę­żów. Nic nie jest ta­kie pro­ste, na ja­kie wy­gląda. Gdy te po­za­kry­wane ko­biety z du­baj­skiego cen­trum han­dlo­wego po­że­gnają się ze swo­imi kie­row­cami i tra­ga­rzami, gdy wrócą do do­mów, wy­ło­nią się spo­mię­dzy tych cięż­kich szat jako za­dbane, roz­piesz­czone mał­żonki, które po­pra­wiają fry­zury i szminkę na ustach, od­ci­nają metki od bie­li­zny Cha­nel i po­ka­zują się swoim mę­żom, za­cho­wu­ją­cym swoje se­krety tylko dla sie­bie. Line znów za­po­mniała obej­rzeć ten słynny wielki me­czet, może wy­bie­rze się tam ju­tro? Chcia­łaby też tro­chę po­pra­co­wać. Wciąż trudno jej za­cząć, nie jest w sta­nie się sku­pić, zna­leźć w so­bie siły, która pchnie ją do dzia­ła­nia. Dziś wie­czo­rem ona i Pe­ter pójdą ra­zem na ko­la­cję. Line pięk­nie się ubie­rze, włoży swoją nową su­kienkę, a póź­niej, roz­we­se­leni i odu­rzeni wi­nem, wrócą do apar­ta­mentu za­re­zer­wo­wa­nego dla nich przez fun­dusz, w któ­rym pra­cuje Pe­ter. Może Pe­ter jej po­wie, że cie­szy się z jej obec­no­ści tu­taj, że wspól­nie zde­cy­do­wali się na ten krok. "Męż­czy­zna, żeby czuł się speł­niony, po­wi­nien mieć u boku swoją ko­bietę. Brzmi to strasz­nie sta­ro­świecko, ale po­każ mi fa­ceta, który tak nie my­śli" - Line wy­obraża so­bie jego słowa. Bez niej nie miałby od­wagi za­cząć no­wego ży­cia, czę­sto to po­wta­rza i być może wła­śnie za to Line ceni go naj­bar­dziej. Że jej po­trze­buje. Pe­ter twier­dzi, że Line czyni swoje oto­cze­nie pięk­niej­szym, że dzięki niej chce mu się żyć. U boku Pe­tera wszystko wy­daje się ła­twe - i oby tak po­zo­stało na za­wsze. Line nie tę­skni za pa­niką wy­wo­ły­waną by­ciem samą, spa­niem w po­je­dynkę, je­dze­niem w po­je­dynkę, umie­ra­niem w po­je­dynkę. Za zmar­twie­niami na­tury fi­nan­so­wej. Za­nim po­znała Pe­tera, miała ob­se­sję na punk­cie ne­kro­lo­gów. Czy­tała ich zbyt wiele, zbyt wiele z nich osa­dzało się gdzieś głę­boko w niej, po­pa­dała w za­dumę nad okre­sami ży­cia i przy­czy­nami śmierci po­szcze­gól­nych osób, ana­li­zo­wała ton i uczu­cia za­war­tego prze­kazu. Pró­bo­wała oce­nić, jak bar­dzo zmar­łego ce­niono, jak bar­dzo go ko­chano, czy był sa­motny, czy miał do­bre ży­cie, czy śmierć na­de­szła na­gle, czy może się jej spo­dzie­wał. Po­przez lek­turę ne­kro­lo­gów usi­ło­wała zgłę­bić samą istotę śmierci. Z cza­sem jed­nak ob­se­sja na punk­cie tych ma­łych czarno-bia­łych ogło­szeń prak­tycz­nie mi­nęła. Obec­nie Line jest w sta­nie je czy­tać na równi z po­zo­stałą tre­ścią ga­zet. Pe­ter wpływa uspo­ka­ja­jąco na jej strach przed śmier­cią, to emi­sa­riusz ra­cjo­na­li­zmu i pa­no­wa­nia nad sy­tu­acją, działa ni­czym ku­beł zim­nej wody na jej prze­grzany, hi­per­ak­tywny układ ner­wowy. Gdy ko­sme­tyczka koń­czy ro­bić pe­di­cure, Line pyta, czy ma czas wy­de­pi­lo­wać jej oko­lice bi­kini. Roz­to­piony wosk pa­rzy jej skórę, ale efekt koń­cowy wy­gląda dużo le­piej, niż gdyby sama się tego pod­jęła. Ko­lejny dar ofiarny, dla urody trzeba po­cier­pieć.

Cille

Trzask za­my­ka­nych drzwi sa­mo­chodu prze­szywa ją jak ostre na­rzę­dzie. Cille stoi i pa­trzy za od­da­la­jącą się ro­dziną. Ask je­dzie Stran­dve­jen wolno, py­ta­jąco, jakby chciał dać jej moż­li­wość zmiany zda­nia. Czy on so­bie wy­obraża, że ona do­goni ich audi, z po­wro­tem wsko­czy na miej­sce obok niego i bę­dzie uda­wała, że wszystko jest w po­rządku? Od­pro­wa­dza ich wzro­kiem, gdy kie­rują się w stronę ?ster­bro­gade, po czym się od­wraca i za­czyna iść do domu. Z każ­dym no­wym kro­kiem w jej gło­wie od­bija się echem trzask za­my­ka­nych drzwi sa­mo­cho­do­wych. Cią­gnie za sobą wa­lizkę, zdez­o­rien­to­wana ni­czym tu­rystka w ob­cym mie­ście. My­śli tylko o jed­nym: nie bę­dzie go­rzej niż te­raz. Każdy krok na­po­tyka opór, przej­ście przez mia­sto jest walką to­czącą się ni­czym na zwol­nio­nym fil­mie. Cille sku­pia się na tym, żeby iść przed sie­bie, nie może się te­raz roz­pła­kać. Ze­szłego wie­czoru za­mknęła się w niej z hu­kiem ciężka brama. Uświa­do­miła to so­bie na­tych­miast. Nie­któ­rych słów nie da się od­wo­łać. Można póź­niej prze­pra­szać, tłu­ma­czyć, ża­ło­wać, od­szcze­ki­wać, ale dia­beł już wy­sko­czył z pu­dełka, słowa zo­stają w to­bie na za­wsze. Gdy Cille do­stała ofertę no­wej pracy, jej mał­żeń­stwo po­grą­żyło się w grzą­skim ba­gnie, a gdy po­now­nie wy­pły­nęło na po­wierzch­nię, nie było tym, czego się spo­dzie­wała. Fa­sady skle­pów przy Stran­dve­jen do­po­mi­nają się o uwagę. Luk­su­sowe sa­mo­chody, kli­niki an­tia­ging, fran­cu­ska moda, wło­skie buty, kon­fek­cja mę­ska z Wiel­kiej Bry­ta­nii, eks­klu­zywne ak­ce­so­ria dzie­cięce, kwia­ciar­nie i bu­tiki z wy­po­sa­że­niem wnętrz dla ide­al­nego domu mie­szają się z ka­wiar­niami, ban­kami, biu­rami nie­ru­cho­mo­ści, ulu­bio­nymi sa­lo­nami fry­zjer­skimi ce­le­bry­tów i pa­wi­lo­nami z re­stau­ra­cjami su­shi. Ma­ni­cure dla ko­biet, ma­ni­cure dla psów. Wszystko dla ko­tów, wszystko dla koni, wszystko dla tych, któ­rym i tak ni­czego nie bra­kuje, cały ten luk­su­sowy blichtr. Die­te­tycy i cze­ko­lada dla sma­ko­szy, ko­gni­tywni psy­cho­lo­dzy i to­rebki od Prady, nie­przy­sta­jące do sie­bie wiel­ko­ści zgro­ma­dzone pod jed­nym da­chem. Jesz­cze kilka lat temu co drugi sklep był na sprze­daż albo do wy­na­ję­cia. Te­raz wszystko po­now­nie roz­kwi­tło, może na­wet z więk­szą pompą i z więk­szym roz­ma­chem niż wcze­śniej. Cille nie pod­nosi wzroku. Jest tu­taj, ale jej nie ma. Znaj­duje się tylko prze­jaz­dem w tej olśnie­wa­ją­cej, zre­lak­so­wa­nej kra­inie pra­gnień, w któ­rej osie­dlili się kie­dyś dawno temu.

W Gen­to­fte nikt nie pod­pala sa­mo­cho­dów, nie sły­chać tu przez całą noc hi­ste­rycz­nego wy­cia sy­ren, nie znaj­dzie się tu­taj roc­ker­skich me­lin ani par, które bez że­nady tłuką się na­wza­jem w swo­ich do­mach. Gniew i po­czu­cie bez­sil­no­ści to sprawy pry­watne. Ujaw­niają się pod po­sta­ciami stresu, oka­zy­wa­nej so­bie na­wza­jem po­gardy, mi­greny, bez­sen­nych nocy, uza­leż­nie­nia od le­ków, zgorzk­nia­łych ko­men­ta­rzy w za­mknię­tych gru­pach w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, pry­wat­nych roz­ra­chun­ków w Są­dzie Re­jo­no­wym w Lyngby. Brzy­dotę się ukrywa. Na­wet osoby z uza­leż­nie­niami do­brze tu­taj funk­cjo­nują, nie za­kłó­ca­jąc wi­ze­runku wzor­co­wej gminy, naj­bo­gat­szej w ca­łym kraju.

Czarna wa­lizka na kół­kach cią­gnie się tuż za nią ni­czym przy­po­mnie­nie, wi­doczna kon­se­kwen­cja. Cille wle­cze za sobą swoje ży­cie. Po­rzu­ciła męża i dzieci, zo­staje w domu, pod­czas gdy oni lecą na wa­ka­cje bez niej. Trwa wła­śnie je­den z tych dni, kiedy ro­dziny wy­sy­pują się z otyn­ko­wa­nych na biało do­mów i wsia­dają na ro­wery, z ręcz­ni­kami i stro­jami ką­pie­lo­wymi na ba­gaż­ni­kach. Cią­gną na plażę, gdzie będą jeść lody, gril­lo­wać, pić zimne piwo na na­brzeżu, pły­wać ka­ja­kami i na nar­tach wod­nych. Póź­niej może się spo­tkają na spon­ta­nicz­nej im­pre­zie w ogro­dzie ze ste­kami z grilla i ró­żo­wym wi­nem, w tę piękną lip­cową so­botę, gdy w ca­łym mie­ście pa­nuje bez­ruch. Cille opu­ściła ro­dzinę, a słońce po­sta­no­wiło świe­cić na bez­chmur­nym nie­bie. Wiele osób wy­je­chało na wa­ka­cje. Ci, któ­rzy zo­stali, zgod­nie uwa­żają resztę za głup­ków opusz­cza­ją­cych Da­nię w mo­men­cie, gdy jest tu naj­pięk­niej. Do Taj­lan­dii czy na Bali za­wsze można bę­dzie po­je­chać pod ko­niec roku, w li­sto­pa­dzie albo w grud­niu, gdy w oj­czyź­nie zrobi się szaro. Cille idzie zyg­za­kiem mię­dzy pa­ste­lo­wymi ko­szul­kami polo z pod­nie­sio­nymi koł­nie­rzy­kami i krót­kimi su­kien­kami dla na­sto­la­tek na sta­rze­ją­cych się su­per­cia­łach, które dają z sie­bie wszystko na tre­nin­gach w fit­ness.dk i We­lcome Fit­ness, wal­cząc o to, żeby żyć wiecz­nie. Piją cor­tado na słońcu, wkrótce przyj­dzie pora na pierw­szy ape­rol spritz. Są mi­strzami w pa­no­wa­niu nad ży­ciem, po­tra­fią je okieł­znać jak ru­maka i po­pro­wa­dzić tam, gdzie chcą się zna­leźć.

Dzieci pła­kały, gdy po­ca­ło­wała je na po­że­gna­nie. Tara gło­śno i z pre­ten­sjami, To­bias z ci­chą za­wzię­to­ścią. Córka otwo­rzyła drzwi i wy­sko­czyła z sa­mo­chodu. Wście­kła, za­pła­kana sta­nęła na ścieżce ro­we­ro­wej. Ask wziął ją na ręce i przy­tu­lił. Po­wie­dział jej coś na ucho i po­sa­dził ją z po­wro­tem na tyl­nym sie­dze­niu. Cille po­kle­pała dło­nią szybę od strony syna, wy­da­wało jej się to wła­ściwe, może wi­działa to w ja­kimś fil­mie? Baw­cie się do­brze, okej? Po­cie­sza­jąco, za­chę­ca­jąco, nie­zgrab­nie, może wręcz z ulgą. Ask prze­szył ją wzro­kiem, za­nim wsiadł do auta. Po­tem od­je­chali.

Trzask za­my­ka­nych drzwi wciąż nie­sie się echem w jej gło­wie. Po­rzu­ciła sa­mo­chód z ro­dziną w dro­dze na lot­ni­sko, zre­zy­gno­wała ze wspól­nych wa­ka­cji z mę­żem i dziećmi, jak mo­gła?

Za­trzy­muje się, ociera oczy. Nie może tak iść tędy, tuż obok ba­rów ser­wu­ją­cych świeże soki i skle­pów z eks­klu­zywną odzieżą, za­wo­dząc w biały dzień. Gdy przy­staje, ma mroczki przed oczami, pole wi­dze­nia wy­peł­niają roz­tań­czone czarne plamki, do­staje przez nie za­wro­tów głowy, aż za­czyna się chwiać. Musi wejść do pa­sażu z żyw­no­ścią pa­leo i eko­lo­gicz­nymi ko­sme­ty­kami do pie­lę­gna­cji skóry. Siada na wa­lizce, po­chyla się, wkłada głowę mię­dzy ko­lana i pró­buje spo­koj­nie od­dy­chać. Ma wra­że­nie, jakby się roz­sy­pała na ka­wałki. W ciągu pół go­dziny jej ży­cie zmie­niło się z nor­mal­nego, dla po­stron­nego ob­ser­wa­tora może na­wet ide­al­nego, w roz­pad i chaos. Za­le­d­wie pół go­dziny temu za­mknęła dom na klucz i wsia­dła do sa­mo­chodu, w któ­rym cze­kali na nią Ask z dziećmi. Wzo­rowa ro­dzina w dro­dze na po­łu­dnie Fran­cji.

- Pasz­porty, pie­nią­dze, bi­lety, ła­do­warki do iPhone'ów, mama też już jest. Czyli chyba mamy wszystko - po­wie­dział Ask z en­tu­zja­zmem, co dzieci skwi­to­wały śmie­chem.

Ra­do­sne miny pod ko­lo­ro­wymi cza­pecz­kami z dasz­kiem na tyl­nym sie­dze­niu, ra­dość ocze­ki­wa­nia pro­mie­niu­jąca z wa­ka­cyj­nych ubrań. Tylko Cille nie wi­działa w tym nic za­baw­nego.

Po­je­chali na lot­ni­sko bez niej, pod­czas gdy ona stała na chod­niku ze wzro­kiem utkwio­nym w pro­file dzieci za szybą. To­bias obej­rzał się i pa­trzył na nią, jakby była kimś ob­cym.

***

Gdy za­dzwo­nił Je­sper, po­czuła się tak, jakby wszystko na­gle wró­ciło na swoje miej­sce. Ten te­le­fon był ma­rze­niem, któ­rego nie miała od­wagi po­my­śleć. Znali się od ósmej klasy. Je­sper po­ja­wił się w oku­la­rach z gru­bymi opraw­kami, ubrany jak uczeń szkoły z in­ter­na­tem, i przez kilka ty­go­dni bacz­nie go ob­ser­wo­wano. Jego do­łą­cze­nie do klasy zmie­niło prze­strzeń, po­wie­trze i skład czą­ste­czek. Ucznio­wie 8a ga­pili się na tego no­wego, przy­cza­jeni ni­czym wilki. Na ich te­ry­to­rium wtar­gnął obcy osob­nik. Re­je­stro­wali wszystko, co go do­ty­czyło, ob­ser­wo­wali i cze­kali. Po­zwa­lali mu ko­pać wła­sne nory, wpa­dać we wła­sne pu­łapki. Ich pa­sywno-agre­sywna uwaga sku­piała się na nim do mo­mentu, aż od­kryli, że Je­sper różni się od nich w spo­sób nie­groźny. Sko­ry­go­wali wtedy swoje świ­dru­jące spoj­rze­nia i zo­sta­wili go w spo­koju. Nowy chło­pak czy­tał książki, ry­so­wał ko­miksy i wie­dział naj­róż­niej­sze dziwne rze­czy. Dys­ku­to­wał z na­uczy­cie­lami o po­li­tyce i pi­sał ar­ty­kuły do szkol­nej ga­zety. Ni­gdy o tym nie roz­ma­wiał, nie prze­chwa­lał się tym, tylko po pro­stu to ro­bił. Cille szybko się z nim za­przy­jaź­niła. Zo­stał jej pierw­szym przy­ja­cie­lem płci prze­ciw­nej. Wspól­nie two­rzyli ry­sun­kowy fe­lie­ton na wy­rwa­nych z ze­szy­tów kart­kach, które w cza­sie lek­cji po­sy­łali po kla­sie. Cho­dzili ra­zem na so­la­rium. Je­sper był dla Cille jak bli­ska przy­ja­ciółka, tylko lep­szy - bar­dziej zwa­rio­wany, swo­bod­niej­szy, był bar­dziej sobą. Ra­zem przy­mie­rzali ubra­nia i ćwi­czyli układy ta­neczne przed wiel­kim lu­strem w sy­pialni jego matki. Roz­ma­wiali o pla­nach na przy­szłość. Chcieli po­le­cieć we dwoje do No­wego Jorku, ku­pić stary sa­mo­chód i prze­je­chać z nim przez całe Stany, a póź­niej całą Ar­gen­tynę, aż do przy­lądka Horn. Sie­dzieli po­chy­leni nad mapą, roz­ma­wia­jąc o tym, jak to zjadą dwa kon­ty­nenty, będą spali w au­cie i zmie­niali się za kie­row­nicą. Już to wi­dzieli oczyma wy­obraźni. Za­pla­no­wali co do szcze­gó­łów, ja­kiej mu­zyki po­winni słu­chać albo że mo­gliby ry­so­wać por­trety lu­dzi spo­ty­ka­nych na uli­cach miast le­żą­cych po dro­dze. Je­sper pi­sałby re­la­cje z wy­prawy dla ja­kiejś duń­skiej ga­zety, a w trak­cie po­dróży utrzy­my­wa­liby się z drob­nych prac, na przy­kład zry­wa­nia mango albo ana­na­sów, śpiąc na far­mie u wła­ści­ciela. Ich po­my­sły i plany po­dróży trze­po­tały wo­kół nich w po­wie­trzu ni­czym wiel­kie mo­tyle mie­niące się fe­erią barw. Oby­dwoje z pło­ną­cym wzro­kiem do­znali na­głego olśnie­nia: prze­cież mogą tak zro­bić! Dla­czego nie? Wszystko jest moż­liwe! W to­wa­rzy­stwie Je­spera świat wy­da­wał się prze­bo­gaty i roz­le­gły, pe­łen obiet­nic i moż­li­wo­ści. Ich po­dróż wy­świe­tlała im się w wy­obraźni ni­czym film. Każde z nich le­żało na swoim końcu pię­tro­wego łóżka Je­spera i wpa­try­wało się w su­fit par­te­ro­wego domu jed­no­ro­dzin­nego, do­da­jąc do po­wsta­ją­cych ob­ra­zów ko­lejne sceny i szcze­góły.

Bez końca roz­trzą­sali wiel­kie ży­ciowe za­gad­nie­nia. Mu­zyka, Sens Ży­cia, Włosy, Skóra, Przy­szłość, Ko­lejny Week­end. Któ­re­goś dnia Je­sper zwie­rzył się Cille, że może jest ge­jem. Lu­bił to­wa­rzy­stwo dziew­czyn, ale nie czuł do nich po­ciągu, ab­so­lut­nie żad­nego. Spę­dzili ra­zem wiele ta­kich po­po­łu­dni, go­dzin po­świę­co­nych po­zna­wa­niu sa­mych sie­bie i sie­bie na­wza­jem, pro­wa­dze­niu uf­nych roz­mów peł­nych py­tań i po­wta­rza­ją­cych się te­ma­tów. Wy­pro­du­ko­wali ko­lo­salne ilo­ści nie­zre­da­go­wa­nego ma­te­riału.

Pew­nego razu Je­sper przy­znał, że ma mę­tlik w gło­wie i sam już nie wie, kim jest. Może wcale nie ge­jem? Ale je­śli nie, to kim?

- Skąd wia­domo, czy coś jest wła­ściwe? I że ro­bimy coś dla­tego, że rze­czy­wi­ście tego pra­gniemy, a nie tylko po to, żeby być tacy jak reszta?

- To się po pro­stu wie. Gdy ro­bisz to, co po­wi­nie­neś, czu­jesz się tak, jakby pło­nął w to­bie ogień. Nie masz żad­nych wąt­pli­wo­ści - od­po­wie­działa Cille, na­śla­du­jąc ru­chami dłoni żywe drżące pło­mie­nie, bu­cha­jące w stronę ud, kro­cza, piersi.

Je­sper usiadł na swoim końcu łóżka i po­pra­wił oku­lary. Wy­pra­co­wał wła­sny styl. Pod­czas gdy reszta na­sto­lat­ków w mie­ście ku­po­wała ko­szulki polo i mo­ka­syny, on cho­dził do skle­pów z uży­waną odzieżą w po­szu­ki­wa­niu ko­szul, kra­wa­tów, roz­pi­na­nych swe­trów oraz pół­bu­tów z lśnią­cej skóry. Nikt nie ubie­rał się tak jak on. No­sił się jak ja­kiś star­szy fa­cet, szkolny dy­rek­tor sta­rej daty, ale w wer­sji bar­dziej trendy. Gdy wszy­scy inni prze­rzu­cili się na so­czewki kon­tak­towe, Je­sper spra­wił so­bie oku­lary jesz­cze wy­raź­niej rzu­ca­jące się w oczy. Ba­lan­so­wał na gra­nicy eks­cen­trycz­no­ści, ale nie spo­ty­kał się z po­tę­pie­niem, bo po pro­stu taki był i czuł się do­brze we wła­snej ory­gi­nal­nej skó­rze. Na da­le­kiej pro­win­cji sta­no­wił po­wiew eg­zo­tycz­nej miej­sko­ści.

- Je­śli mam być szczery, nie­spe­cjal­nie to do mnie prze­ma­wia.

- Ale co?

- Można być obo­jęt­nym na seks, zwy­czaj­nie mieć to w du­pie? - spy­tał su­cho.

Ta uwaga spra­wiła, że oby­dwoje z po­wro­tem opa­dli na po­duszki, za­no­sząc się śmie­chem.

- Ej, no weź, mu­sisz prze­cież coś czuć. Wszy­scy szes­na­sto­lat­ko­wie my­ślą o sek­sie, wszy­scy, przez cały czas.

- Ja nie. Wierz mi, że nic nie czuję.

- To co jest z tobą nie tak?

- Sam tego nie ro­zu­miem. Cały ja, za­błą­kany w in­nej ga­lak­tyce.

- To na pewno przyj­dzie. Może jesz­cze nie je­steś go­towy?

- Tak czy siak nie mam za­miaru się zmie­niać tylko po to, żeby być taki jak inni. Dziew­czyny czę­sto się zmie­niają, żeby przy­cią­gnąć fa­ce­tów, my­śla­łaś kie­dyś o tym? Do­pa­so­wu­je­cie się, zmie­nia­cie oso­bo­wość i od­gry­wa­cie role, gdy w po­bliżu znaj­dzie się ja­kiś chło­pak. Czę­sto przy­glą­dam się temu z boku.

- O co ci cho­dzi? Ja się na pewno nie zmie­niam!

- W obec­no­ści brata Evy sta­jesz się kimś in­nym. Może tego nie wi­dzisz. Prze­obra­żasz się w so­bie, stop­niowo prze­cho­dzisz w niego. Zro­bisz wszystko za jego je­den uśmiech, jedno spoj­rze­nie, jedno "cześć". Sta­jesz się miękką płynną ma­te­rią, która prze­lewa się ku niemu. Pew­nie sama tego nie wiesz, ale kiedy on jest w po­bliżu, wszystko kręci się wo­kół niego.

- Nie­prawda. Je­steś zwy­czaj­nie za­zdro­sny.

- Mam wra­że­nie, jakby chło­pacy byli bar­dziej sobą, mam na my­śli - praw­dziwi chło­pacy. Ci, któ­rych wszyst­kie tak bar­dzo pra­gnie­cie. Oni nic w so­bie nie zmie­niają, to dziew­czyny mu­szą ich za­ak­cep­to­wać ta­kich, ja­kimi są. Nie wi­dzisz tego?

- Wcale się nie zmie­niam, po pro­stu mam bzika na punk­cie Ca­spera K. i tyle.

- Prze­myśl to so­bie. Mó­wię ci, że wi­dzę to wszystko. Od­gry­wa­cie ko­me­dię i czu­je­cie się strasz­nie zra­nione, kiedy chło­pacy nie re­agują tak, jak we­dług was po­winni. A prze­cież wy­star­czy prze­stać się w to ba­wić.

Po li­ceum stra­cili ze sobą kon­takt. Je­sper wy­je­chał do No­wego Jorku, a póź­niej wró­cił na pół­nocną Ju­tlan­dię. Cille po­dró­żo­wała po Afryce, Bli­skim Wscho­dzie i róż­nych kra­jach azja­tyc­kich, aż w końcu osia­dła w Ko­pen­ha­dze. Czę­sto my­ślała o daw­nym przy­ja­cielu. Rok temu za­dzwo­nił, żeby spy­tać, czy nie po­mo­głaby mu z jed­nym za­da­niem. Otwo­rzył w Aal­borgu wła­sne biuro pro­jek­towe, klienci się pchają drzwiami i oknami. "Oczy­wi­ście - po­my­ślała Cille. - Tak działa efekt Je­spera. To­wa­rzy­szy mu bez względu na to, czego by nie ro­bił. Wszy­scy ko­chają Je­spera, ale on sam nie ko­cha ni­kogo". Oka­zało się, że wła­śnie zgło­siło się do niego dwóch klien­tów z za­gra­nicy i wy­dało mu się oczy­wi­ste, że on i Cille po­winni ra­zem pra­co­wać. Od­tąd Cille wy­ko­nuje dla niego różne zle­ce­nia jako wolny strze­lec. Od­nosi nie­mal wra­że­nie, jakby po la­tach roz­łąki po­łą­czyła się ze swoim bra­tem bliź­nia­kiem. Mają pełne ręce ro­boty, zu­peł­nie jakby wszystko, czym się zaj­mują, koń­czyło się suk­ce­sem. Je­sper ze­brał wo­kół sie­bie nie­wielki zgrany ze­spół, w biu­rze pa­nuje wy­jąt­kowa at­mos­fera, a klienci nie kryją za­do­wo­le­nia. Współ­praca z Je­spe­rem i za­da­nia, które po­wie­rza Cille, są do­kład­nie tym, o czym ma­rzyła. Wcze­śniej przez kilka lat była bez­ro­botna, tylko raz na ja­kiś czas tra­fiały się jej za­stęp­stwa za osoby na urlo­pach ma­cie­rzyń­skich albo za­trud­nie­nie na czas okre­ślony przy krót­ko­ter­mi­no­wych pro­jek­tach. Obec­nie pra­cuje z domu, tylko raz w mie­siącu jeź­dzi do Aal­borga, żeby uczest­ni­czyć w waż­niej­szych ze­bra­niach i sko­or­dy­no­wać swoją pracę z resztą biura. Je­sper na bie­żąco za­trud­nia nowe osoby, ma do­bre oko do wy­ła­py­wa­nia kre­atyw­nych ta­len­tów, przy­ciąga wła­ści­wych lu­dzi, w su­mie za­wsze tak było. Biuro znaj­duje się na na­brzeżu, z okien roz­ciąga się wi­dok na cie­śninę Lim­fjor­den i bu­dynki prze­my­słowe w N?r­re­sundby. Miej­sce ce­chuje się su­ro­wo­ścią, pro­stotą i pięk­nem, sporo tam wieje, in­nymi słowy jest tam bar­dzo je­spe­rowo. Wszy­scy ciężko pra­cują i wspól­nymi si­łami do­pro­wa­dzają rze­czy do końca - znaj­dują nowe drogi, nowe roz­wią­za­nia es­te­tyczne, ich pro­jekty wspi­nają się na nowe wy­żyny. Po­ło­żone w por­cie biuro jest po­lem mocy, świe­cą­cym punk­tem na ma­pie kraju, miej­scem po­wsta­wa­nia pięk­nych po­my­słów i wpro­wa­dza­nia ich w ży­cie. Prze­mysł, biz­nes, in­sty­tu­cje kul­tu­ralne z ca­łego re­gionu pra­gną tego, co po­trafi Je­sper. Nie­któ­rych klien­tów musi od­pra­wiać, po­pyt prze­wyż­sza moż­li­wo­ści, biuro nie na­dąża z wy­ko­ny­wa­niem zle­ceń. Je­sper od­niósł suk­ces i po­trze­buje Cille. Wła­śnie za tym tę­sk­niła - żeby być czę­ścią ze­społu, żeby ro­bić to, w czym jest do­bra, żeby czuć, że się ceni jej pracę i li­czy z jej zda­niem. Ona i Je­sper wró­cili do wspól­nych ukła­dów ta­necz­nych przed lu­strem w sy­pialni jego mamy. Dzięki so­bie są więksi, lepsi, wła­śnie na tym po­winna po­le­gać praca za­wo­dowa. Do tej pory Cille upar­cie nie do­strze­gała pro­blemu w tym, że biuro znaj­duje się w Aal­borgu. Po­dróż sa­mo­lo­tem to prze­cież tylko pół go­dziny, można to po­trak­to­wać jak krótką prze­jażdżkę, Cille nie ma za­miaru się przej­mo­wać tym nie­wiel­kim prze­miesz­cze­niem. Chce być praw­dziwą czę­ścią ze­społu, czę­ściej prze­by­wać w biu­rze na na­brzeżu, wziąć więk­szą od­po­wie­dzial­ność, być w po­bliżu, gdy Je­sper jej po­trze­buje, pra­co­wać jesz­cze cię­żej, wię­cej się sta­rać. Naj­bar­dziej ze wszyst­kiego mia­łaby ochotę cał­ko­wi­cie się prze­pro­wa­dzić do Aal­borga i stać się w pełni zin­te­gro­waną czę­ścią tam­tej­szej co­dzien­no­ści. Spraw­dzała już oferty na stro­nach róż­nych biur nie­ru­cho­mo­ści. Kiedy przy­le­ciała do Aal­borga na ostat­nie ze­bra­nie przed wa­ka­cjami, oka­zało się, że Je­sper ma wo­bec niej jesz­cze więk­sze plany. Za­pro­sił ją na lunch do re­stau­ra­cji w cen­trum mia­sta. Prze­spa­ce­ro­wali się przez Bi­spens­gade, do­szli do Klo­ster­to­rvet i usie­dli przy sto­liku na dwo­rze. Gdy cze­kali na je­dze­nie, Je­sper wta­jem­ni­czył ją w swoje za­miary.

- Cie­szę się, że wró­ci­łaś do mo­jego ży­cia. Wy­daje mi się ta­kie na­tu­ralne, że pra­cu­jemy ra­zem. Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję i chciał­bym cię pro­sić, że­byś ją prze­my­ślała w ciągu lata.

Chce ją awan­so­wać na dy­rek­torkę kre­atywną i part­nerkę w fir­mie. Cille na­le­ża­łaby do ka­dry kie­row­ni­czej, uczest­ni­czy­łaby w wy­zna­cza­niu kie­runku roz­woju biura. Je­sper po­trze­buje ko­goś, z kim mógłby prze­dys­ku­to­wać swoje po­my­sły i na kim w stu pro­cen­tach po­lega, musi to być Cille, nie ma in­nej opcji. Pro­po­zy­cja wy­dała jej się tak atrak­cyjna i za­ska­ku­jąca, że Cille wręcz po­czuła za­kło­po­ta­nie.

- Ależ, Je­sper... Ni­czego bar­dziej nie pra­gnę! To ol­brzymi do­wód za­ufa­nia z two­jej strony, jed­nak będę mu­siała prze­my­śleć, w jaki spo­sób da­łoby się to zro­bić. Mam na my­śli ro­dzinę, trans­port, wszyst­kie kwe­stie prak­tyczne... Coś ta­kiego wy­ma­ga­łoby ode mnie ogrom­nej zmiany.

- Wy­ma­rzony sce­na­riusz jest oczy­wi­ście taki, że­byś się prze­pro­wa­dziła do Aal­borga ra­zem z ro­dziną. Mo­żesz także roz­wa­żyć miesz­ka­nie tu­taj przez kilka dni w ty­go­dniu. Za­ła­twimy ci od­po­wied­nie lo­kum. Naj­waż­niej­sze, że­byś uczest­ni­czyła w na­szej co­dzien­nej pracy tu, na miej­scu, że­byś znaj­do­wała się bli­sko pro­ce­sów de­cy­zyj­nych, pra­cow­ni­ków, klien­tów. Wi­dział­bym to jako pracę w tan­de­mie. Moim zda­niem ra­zem do­ko­namy wiel­kich rze­czy.

- To naj­lep­sza pro­po­zy­cja, jaką mo­gła­bym do­stać, ale będę mu­siała prze­dys­ku­to­wać ją z Askiem. Je­stem pewna, że wspól­nie znaj­dziemy ja­kieś wyj­ście.

- Prze­myśl to - po­wie­dział Je­sper. - O szcze­gó­łach po­roz­ma­wiamy po twoim po­wro­cie.

Po wy­lą­do­wa­niu w Ko­pen­ha­dze ku­piła szam­pana i cze­ko­ladki. Nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy opo­wie o wszyst­kim Askowi.

***

Gdy do­cho­dzi do rogu Ham­bros Allé, cią­gnąc za sobą wa­lizkę, za­trzy­muje się na chwilę i mie­rzy wzro­kiem ulicę. Lipy o ko­ro­nach przy­cię­tych w kształt kan­de­la­brów, ro­snące w ide­al­nie rów­nych szpa­le­rach, sta­no­wią żywy po­mnik wiel­ko­ści i am­bi­cji wielu po­ko­leń. Drzewa się­gają po­nad da­chy do­mów, li­sto­wie jest gę­ste i za­myka się wo­kół alei ni­czym bujna szu­miąca strefa ochronna. Na końcu ulicy po­ły­skuje w słońcu Sund - srebr­no­szara kur­tyna roz­cią­gnięta na cześć miesz­kań­ców li­po­wej alei, hołd zło­żony ła­dowi i sy­me­trii. Tra­dy­cji, cią­gło­ści i kla­sie. W tym miej­scu nikt nie wy­stę­puje ze swo­jej ro­dziny, nikt z ni­czego nie re­zy­gnuje. Cille kro­czy pod ko­ro­nami drzew, aż do­cho­dzi do nu­meru sie­dem. Usi­łuje przejść nie­po­strze­że­nie, wlo­kąc za sobą wa­lizkę. Nie zna zbyt wielu tu­tej­szych miesz­kań­ców, na tej ulicy nie pie­lę­gnuje się kon­tak­tów to­wa­rzy­skich. La­tem więk­szość do­mów stoi pu­sta. Ro­dziny za­kry­wają me­ble, za­my­kają domy na cztery spu­sty i wy­jeż­dżają na wieś albo na po­łu­dnie Eu­ropy, żeby uzu­peł­nić nie­do­bory ró­żo­wego wina i wi­ta­miny D. W tym cza­sie pry­watne firmy ochro­niar­skie zaj­mują się mo­ni­to­rin­giem i strze­że­niem ich ma­jątku. Na ulicy nie wi­dać ży­wej du­szy. Cille szybko wcho­dzi na pod­jazd. Naj­gor­sze, o czym mo­głaby po­my­śleć, to spo­tka­nie ko­goś zna­jo­mego. Ogar­nia ją wielka ulga, gdy wresz­cie może za­mknąć za sobą drzwi i za­cią­gnąć za­słony w oknach od ulicy. Nie ma jej tu­taj.

Ka­are

Kilka mie­sięcy temu tra­fiła mu się nie­by­wała oka­zja. L?kke, jego wcze­śniej­szy kon­ku­rent, do­stał wy­rok za de­frau­da­cję i mu­siał się roz­stać z ca­łym ma­jąt­kiem. Jego imię po duń­sku wy­ma­wia się tak jak szczę­ście - lykke - więc te­raz lu­dzie uwa­żają za za­bawne na­zy­wa­nie go Ulykke, czyli nie­szczę­ściem. Ka­are zna się z nim jesz­cze z daw­nych cza­sów, więc L?kke zle­cił mu sprze­daż swo­jej willi, domu let­ni­sko­wego i miesz­ka­nia w dziel­nicy Ny­havn, w sa­mym sercu Ko­pen­hagi. Ka­are uwi­nął się z willą i z do­mem let­ni­sko­wym bez więk­szych upu­stów, ale za to wy­ne­go­cjo­wał dla sie­bie do­brą cenę za miesz­ka­nie. Za­dzia­łał szybko i ubił zna­ko­mity in­te­res. Oczy­wi­ście nie po­winno się czer­pać zy­sków z czy­jejś złej passy, ale, no kurde, L?kke sam się o to pro­sił. Ten czło­wiek miał ab­so­lut­nie wszystko! Z jego usług ko­rzy­stali ce­le­bryci miesz­ka­jący przy Stran­dve­jen, cała pół­nocna Ze­lan­dia sta­no­wiła jego re­wir. Sprze­da­wał domy ak­torce Ghi­cie N?rby, ko­mi­kowi Ca­spe­rowi Chri­sten­se­nowi, pre­zen­terce te­le­wi­zyj­nej Line Baum czy au­to­rowi be­st­sel­le­ro­wych kry­mi­na­łów Jus­siemu Ad­le­rowi Ol­se­nowi, sa­mym za­wod­ni­kom pierw­szej ligi. Wy­ka­zał się jed­nak kon­kur­sową głu­potą, bo wy­da­wało mu się, że ich wszyst­kich oszuka, że może okan­to­wać przed­sta­wi­cieli duń­skiej elity! L?kke zna­lazł mar­twy punkt, ślepy za­ułek, prze­oczany przez wielu po­śred­ni­ków w han­dlu nie­ru­cho­mo­ściami. Na imię mu "reszta zy­sku ze sprze­daży". Tę nie­po­zorną po­zy­cję ła­two prze­oczyć i ukryć w zło­żo­nym ra­chunku, ja­kim jest każda sprze­daż domu. Za­miast wy­pła­cić tę kwotę by­łemu wła­ści­cie­lowi po sfi­na­li­zo­wa­niu trans­ak­cji, L?kke za­trzy­my­wał pie­nią­dze dla sie­bie. Je­śli sprze­dawcy nie wy­ka­zy­wali się do­sta­teczną czuj­no­ścią i nie żą­dali zwrotu, on sam mil­czał na ten te­mat. Z pew­no­ścią wy­da­wało mu się, że w ra­zie czego za­wsze bę­dzie mógł udać zdzi­wie­nie: "Ups, to był błąd, na­tych­miast go na­pra­wimy, sorry, na­prawdę bar­dzo prze­pra­szam". Tyle że to nie prze­szło. L?kke zo­stał ska­zany i wy­le­ciał z in­te­resu na zbity pysk. Do­stał to, na co za­słu­żył. Żeby w taki spo­sób oszu­ki­wać za­pra­co­wa­nych, zdol­nych lu­dzi. Ka­are utrzy­my­wał z L?k­kem przy­ja­ciel­skie kon­takty, także już po wy­rzu­ce­niu go ze Sto­wa­rzy­sze­nia Po­śred­ni­ków w Ob­ro­cie Nie­ru­cho­mo­ściami. Jak by nie pa­trzeć, L?kke jako jedna z nie­licz­nych osób z branży nie prze­sta­wał od­bie­rać od niego te­le­fo­nów, kiedy Ka­are kilka lat temu sam mu­siał za­mknąć in­te­res. Rzadko się zda­rza, żeby ci, któ­rzy ki­bi­cują ci w dro­dze na szczyt, wciąż byli przy to­bie, gdy za­li­czasz twarde lą­do­wa­nie. L?kke po­mógł Ka­aremu zła­go­dzić upa­dek, więc on też nie sie­dział z za­ło­żo­nymi rę­kami, gdy przy­szła ko­lej na L?k­kego. To chyba ja­sne, że sta­rzy kum­ple trzy­mają się ra­zem, Ka­are nie mógł po­stą­pić ina­czej.

Stra­te­gia oka­zała się opła­calna. W ra­mach po­dzię­ko­wa­nia za po­moc w sprze­daży willi i domku let­ni­sko­wego Ka­are do­stał miesz­ka­nie w Ny­havn znacz­nie po­ni­żej war­to­ści ryn­ko­wej. Lu­kas po­wi­nien wresz­cie wy­być z domu, przez ostat­nie lata mieli z nim same kło­poty. Kie­dyś przy­cho­dzi ta chwila, gdy mło­dzi lu­dzie stają na wła­snych no­gach. Wy­pro­wadzkę dzieci po ukoń­cze­niu przez nich osiem­na­stego roku ży­cia na­le­ża­łoby ogło­sić ofi­cjal­nym ry­tu­ałem przej­ścia. Prze­cież to naj­na­tu­ral­niej­sza rzecz pod słoń­cem. Mło­dzi nie po­winni się mo­ścić w cie­płym gniazdku u ro­dzi­ców, mu­szą się na­uczyć sa­mo­dziel­nego la­ta­nia, jed­nak cza­sami po­trze­bują, żeby ktoś ich do tego zmo­bi­li­zo­wał.

Chło­pak nie miał ła­two, do cho­lery, trzeba mu to od­dać. Pró­bo­wali do­słow­nie wszyst­kiego. Te­ra­pia u mło­dzie­żo­wego psy­cho­loga, co­aching dla na­sto­lat­ków, sto dni na od­wyku w T?singe za pra­wie sto ty­sięcy ko­ron, nie­udana próba ukoń­cze­nia li­ceum w eli­tar­nym Her­lu­fshol­mie, po­byt na uni­wer­sy­te­cie lu­do­wym na ścieżce fo­to­gra­ficz­nej, bo chło­pa­kowi przez kilka mie­sięcy się wy­da­wało, że zo­sta­nie re­ży­se­rem fil­mo­wym, gminny pro­gram men­tor­ski, dzięki Bogu - dar­mowy, kilka prze­czy­ta­nych po­rad­ni­ków sa­mo­po­mo­co­wych, dłu­gie go­dziny spę­dzone na prze­cze­sy­wa­niu in­ter­netu w po­szu­ki­wa­niu roz­wią­zań, bat i mar­chewka - nic z tego nie przy­nio­sło żad­nego więk­szego re­zul­tatu. Był to cyrk nie­ma­jący so­bie rów­nych, a te­raz wszy­scy troje są zmę­czeni, wręcz wy­czer­pani. On i Ca­ro­line za­pi­sali się też na kurs: Czy roz­ma­wia­łeś dziś ze swoim na­sto­lat­kiem? Stań się czło­wie­kiem, któ­rego chciał­byś uj­rzeć we wła­snym dziecku. Ca­ro­line się uparła. Za­ję­cia or­ga­ni­zo­wane przez AOF, Ro­bot­ni­cze Sto­wa­rzy­sze­nie Oświa­towe, od­by­wały się wie­czo­rem. Ka­aremu trudno było zro­zu­mieć ko­niecz­ność uczest­ni­cze­nia w kur­sie ma­ją­cym go na­uczyć ob­co­wa­nia z wła­sną ro­dziną. Przej­rzał ka­ta­log, który we­tknęła mu Ca­ro­line, i za­war­tość tro­chę go zdzi­wiła. Naj­wy­raź­niej lu­dzie cho­dzą na wie­czo­rowe kursy, żeby się na­uczyć na­wet naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych rze­czy. Wła­ściwe od­dy­cha­nie. Głę­boki sen. Udany dzień. Zdrowa ro­dzina. Dzie­sięć po­nie­dział­ków w go­dzi­nach od dzie­więt­na­stej do dwu­dzie­stej pierw­szej po­świę­co­nych za­do­wo­le­niu z ży­cia sek­su­al­nego. Ka­are czuje wszystko inne oprócz za­do­wo­le­nia, wy­obra­ża­jąc so­bie na­uczy­cielkę ze zdję­cia przy ta­blicy w ja­kiejś po­nu­rej sali w S?borgu. Dzie­sięć je­sien­nych wie­czo­rów z tą wy­su­szoną śliwką do­pro­wa­dzi­łoby do gwał­tow­nego uwiądu ży­cia ero­tycz­nego w każ­dym domu. Z dru­giej strony on może się dzi­wić, ale to ry­nek tu­taj rzą­dzi i naj­wi­docz­niej są klienci na tego typu chłam. Ca­ro­line nie opu­ściła ani jed­nych za­jęć kursu o na­sto­lat­kach, on sam uczest­ni­czył tylko w pierw­szych dwóch czy trzech spo­tka­niach. Kurs kur­sem, ale Ka­aremu wciąż nie mie­ści się w gło­wie, że młody czło­wiek, który ma do­słow­nie wszystko, trwoni to w spo­sób naj­gor­szy z moż­li­wych. Był taki czas, gdy Lu­kas kom­plet­nie się po­gu­bił. Przez pa­le­nie ha­szy­szu i bra­nie in­nego gówna znisz­czył całe swoje do­tych­cza­sowe ży­cie. Wy­le­ciał ze szkoły, ni­czego nie po­tra­fił do­koń­czyć. Czy to ta­kie trudne: sie­dzieć na swo­ich czte­rech li­te­rach i ro­bić, co do cie­bie na­leży? Chło­pak do­ra­stał w eks­klu­zyw­nej dziel­nicy, oto­czony wszyst­kim, czego tylko mógł za­pra­gnąć. Opie­ko­wały się nim au pair, cho­dził do pry­wat­nych szkół, ma oby­dwoje ro­dzi­ców, miesz­kał przy Ham­bros Allé, jed­nym z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych duń­skich ad­re­sów, a po prze­pro­wadzce ca­łej ro­dziny do Klam­pen­borga do­stał wielki ja­sny po­kój z wła­snym wej­ściem, z wi­do­kiem na Sund z jed­nej strony i na Zwie­rzy­niec z dru­giej. Czego wię­cej może chcieć i po­trze­bo­wać młody czło­wiek? Od uro­dze­nia za­wsze ota­czała go ar­mia do­ro­słych pra­gną­cych tylko jego do­bra, a on mimo to nie jest w sta­nie po­rząd­nie się do ni­czego za­brać. Włó­czy się tylko po oko­licy i cho­ciaż za­prze­cza, Ka­are po­dej­rzewa, że wciąż pali hasz. Zu­peł­nie jakby bra­ko­wało mu in­stynktu prze­trwa­nia, głę­bo­kiego, żar­li­wego pra­gnie­nia, by coś osią­gnąć i po­ka­zać światu, do czego się na­daje. Przed­się­bior­czo­ści, głodu suk­cesu. Gdy Ka­are pa­trzy na swo­jego bla­dego, za­my­ślo­nego syna, nie do­strzega w nim tego, z czego po­wi­nien być zbu­do­wany męż­czy­zna, aby so­bie po­ra­dzić w ży­ciu. Na kur­sie o na­sto­lat­kach on i Ca­ro­line do­wie­dzieli się, że po­winni oka­zać cier­pli­wość. Mó­zgi mło­dych lu­dzi nie są do końca roz­wi­nięte, przez co nie ogar­niają oni nie­któ­rych rze­czy, na przy­kład tego, żeby iść spać wie­czo­rem, za­pla­no­wać swój czas, albo tego, że wszyst­kie dzia­ła­nia i ich brak mają swoje kon­se­kwen­cje, na­zy­wali to związ­kiem przy­czy­nowo-skut­ko­wym, czymś w tym stylu. No kur­czę, Ka­are chciałby roz­ma­wiać z sy­nem jak z rów­no­rzęd­nym part­ne­rem - to jedno z ulu­bio­nych wy­ra­żeń psy­cho­lożki, w kółko je po­wta­rzała. Chciałby wi­dzieć, że Lu­kas czuje się do­brze i że udaje mu się zna­leźć wła­sną drogę, zro­biłby dla niego prak­tycz­nie wszystko, do ja­snej cia­snej, ko­cha prze­cież tego chło­paka. Przez długi czas wy­glą­dało to tak, że za każ­dym ra­zem, gdy Ka­are wra­cał z pracy, Lu­kas le­żał bez­czyn­nie w do­kład­nie tym sa­mym miej­scu co dzień wcze­śniej. Żad­nego planu, żad­nego kie­runku, pra­wie żad­nych oznak ży­cia. Chło­pak za­le­gał sfla­czały na so­fie jak miękka po­duszka. Osta­tecz­nie Ka­are nie był w sta­nie znieść tego wi­doku. Wła­śnie wtedy przy­pie­czę­to­wał za­kup po L?k­kem trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia przy Store Strand­str?de. Nie­kiedy tylko te­ra­pia szo­kowa oka­zuje się wła­ści­wym roz­wią­za­niem. W tej spra­wie Ka­are po­sta­no­wił po­mi­nąć Ca­ro­line, nie było czasu do stra­ce­nia, zresztą żona i tak prze­by­wała na ja­kimś ze­bra­niu albo w in­ter­na­cie, jak na­zywa po­byty w ma­jątku na Lan­ge­lan­dzie u swo­jej no­wej ary­sto­kra­tycz­nej przy­ja­ciółki. Od­kąd za­częła się bur­żu­azyjna przy­goda Ca­ro­line z tą Susse, on i Lu­kas nie wi­dują jej zbyt czę­sto. Ka­are ku­pił za­tem miesz­ka­nie w Ny­havn i tego sa­mego wie­czoru za­pu­kał do drzwi syna, aby ob­wie­ścić mu tę no­winę.

- Lu­kas, chło­paku. Ja tylko na chwilę. Je­steś go­towy usły­szeć coś od­jaz­do­wego?

Sta­nął na środku po­koju, ocze­ku­jąc re­ak­cji syna, jego za­cie­ka­wio­nych py­tań, by­strego, za­in­te­re­so­wa­nego spoj­rze­nia, odro­biny ra­do­ści i en­tu­zja­zmu, do ja­snej cho­lery. Lu­kas jed­nak czy­tał, roz­ło­żony na ka­na­pie. Do­piero po chwili pod­niósł na ojca otę­piały wzrok zza brzegu książki.

- Ku­pi­łem za­je­bi­ste miesz­ka­nie w Ny­havn! I wiesz, kto je do­sta­nie?

- Roz­wo­dzi­cie się?

- Kurde, czło­wieku, ono jest dla cie­bie! Utar­go­wa­łem do­brą cenę. Praw­dziwy wy­pas! Trzy po­koje, tuż przy ka­nale, pad­niesz, gdy je zo­ba­czysz! Wy­sy­łam tam na­tych­miast swoją pol­ską ekipę. Od­świeżą pod­łogi, po­ma­lują ściany i mo­żesz się wpro­wa­dzać. Za­ko­chasz się w nim!

- Okej...

- Co po­wiesz? Czy to nie za­je­bi­ste?

- Czy ja wiem... Tak na­gle... Tro­chę mnie za­sko­czy­łeś, ale tak, to brzmi na­prawdę faj­nie.

- Tylko po­słu­chaj, za ta­kie miesz­ka­nie wszy­scy mło­dzi lu­dzie da­liby się po­kroić! Chata w sa­mym cen­trum, z okien wi­dać ka­nał, wie­czo­rami wszystko tętni ży­ciem, nowe okna, za­dbane po­dwórko, pod­łogi od Di­ne­sena, sze­ro­kie, eks­klu­zywne de­chy, mó­wię ci, wy­grana w totka! Gość, od któ­rego je ku­pi­łem, lu­bił dro­gie rze­czy. Kiedy je ku­pił, był mul­ti­mi­lio­ne­rem, a te­raz sie­dzi w ka­wa­lerce w Hor­se­r?dzie. Cza­sem tak się to koń­czy, ale to na ra­zie zo­stawmy. Jest tam na­wet nie­wielki bal­kon, zmie­ścisz na nim sto­lik i dwa krze­sła, nic tylko sie­dzieć tam przez całe lato i są­czyć z chło­pa­kami drinki przy za­cho­dzie słońca. - Ka­are pod­niósł do ust nie­wi­dzialną szklankę, ca­łym cia­łem sy­gna­li­zu­jąc swój za­chwyt. - A wię­ęęc... co ty na to?

- Tylko że ja... to zna­czy... jesz­cze w ogóle nie my­śla­łem o tych spra­wach... Chciał­bym mieć tro­chę czasu, wciąż nie wiem, co będę ro­bił po wa­ka­cjach, no i...

- Czynsz biorę na sie­bie, przy­naj­mniej na ra­zie. Mo­żesz żyć z oszczęd­no­ści, które masz na kon­cie, do­póki nie znaj­dziesz pracy albo nie roz­pocz­niesz gdzieś na­uki, czy co tam jesz­cze przyj­dzie ci do głowy, w każ­dym ra­zie da ci to do­brego kopa, że­byś coś ze sobą zro­bił. Za­miesz­kasz w sa­mym cen­trum, w sercu Ko­pen­hagi. By­cie pa­nem sa­mego sie­bie zwy­kle mo­ty­wuje do dzia­ła­nia.

- Kiedy mam się prze­pro­wa­dzić?

- Miesz­ka­nie bę­dzie go­towe za ja­kiś mie­siąc. Tylko po­cze­kaj, aż twoi kum­ple o tym usły­szą, na bank zzie­le­nieją z za­zdro­ści.

Uniósł rękę do przy­bi­cia piątki. Lu­kas pac­nął go w dłoń, ale tra­fił tylko czę­ściowo. Taka nie­zgrabna piątka sie­dzi po­tem w czło­wieku przez resztę dnia, ten brak po­ro­zu­mie­nia i zgra­nia. Jak zro­bić z syna męż­czy­znę? Gdyby AOF miało ofertę ta­kiego kursu w swoim ka­ta­logu, Ka­are z miej­sca by się zgło­sił jako uczest­nik.

***

Usta Ca­ro­line ścią­gnęły się ze zło­ści, gdy Ka­are prze­ka­zał jej no­winę o miesz­ka­niu. Do­stała szału, ale Lu­kas zdą­żył się już prze­ko­nać do tego po­my­słu, więc nie­wiele mo­gła zdzia­łać w tej kwe­stii. Naj­wyż­szy czas, żeby Lu­kas prze­stał trzy­mać się kur­czowo jej spód­nicy, w domu nic tylko "Wielka Matka na cie­bie pa­trzy", a chło­pak prze­cież musi sta­nąć na no­gach i opu­ścić dom ro­dzinny. Ca­ro­line na do­bre się roz­wrzesz­czała, wy­lała na Ka­arego całą swoją żółć i roz­cza­ro­wa­nie, nie prze­szło jej do tej pory.

- Dla­czego to ro­bisz? Co z cie­bie za czło­wiek? W do­datku za mo­imi ple­cami! To nie­do­pusz­czalne! Pchasz go pro­sto w ra­miona tych di­le­rów i in­nych po­dej­rza­nych typ­ków, któ­rych po­wi­nien uni­kać. Po­świę­ci­li­śmy całe dwa lata, żeby go do­pro­wa­dzić do w miarę nor­mal­nego stanu. Cały ty: znisz­czyć wszystko w jedno po­po­łu­dnie!

- Mam ser­decz­nie dość ob­cho­dze­nia się z nim jak z jaj­kiem. Mi­strzo­stwa świata w chu­cha­niu i dmu­cha­niu na swoją po­cie­chę, cac­ka­nie się z nim aż do zi­dio­ce­nia, tak bym to na­zwał. Krzyw­dze­nie dziecka może po­le­gać także na nad­mier­nej opie­kuń­czo­ści! Lu­kas jest już mło­dym męż­czy­zną. Może wła­śnie do­brze mu zrobi uwol­nie­nie się od tego wiecz­nego nad­ska­ki­wa­nia mu z na­szej strony. Naj­wyż­szy czas za­cząć od niego wy­ma­gać. To nie­na­tu­ralna sy­tu­acja, żeby wy­ro­śnięty, silny chło­pak wy­le­gi­wał się w domu na ka­na­pie przez cały boży dzień, pod­czas gdy my za­ha­ro­wu­jemy się na śmierć, żeby go ura­to­wać. A niech mnie, je­śli to on nie po­wi­nien ura­to­wać sam sie­bie!

- Zmieni się je­dy­nie to, że te­raz bę­dzie się wy­le­gi­wał sam w swoim miesz­ka­niu, zu­peł­nie poza na­szą kon­trolą. Bę­dzie się snuł po tym miesz­ka­niu bez żad­nego celu. Czy ty zwa­rio­wa­łeś?!

- Po­słu­chaj, Ca­ro­line. Pró­bo­wa­li­śmy już trzy­ma­nia go za rękę, więc chyba naj­wyż­szy czas zmie­nić stra­te­gię. Dla jego wła­snego do­bra.

- On prze­cież nie wie, czego chce... - Ca­ro­line po­cią­gnęła no­sem.

- Chce! Kurwa, kto tu­taj mówi o chce­niu? Nie roz­ma­wiamy o wy­cieczce do Ti­voli. Lu­kas musi pod­jąć ja­kąś pracę albo stu­dia, bo wła­śnie tym po­wi­nien się zaj­mo­wać młody fa­cet. Praw­dziwe ży­cie jest tak bru­tal­nie urzą­dzone, że w grun­cie rze­czy je­ste­śmy w nim zdani tylko na sie­bie. Nikt do ni­czego nie doj­dzie, zra­sta­jąc się w jedno z ka­napą w domu u mamy i taty. Lu­ka­sowi naj­wy­raź­niej się wy­daje, że mieszka w ho­telu albo w sa­na­to­rium, do kurwy nę­dzy, szlag mnie tra­fia, gdy wi­dzę, jak tam leży! Ktoś musi mu ka­zać wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści, je­śli ty tego nie po­tra­fisz.

- Boję się, że cał­ko­wi­cie się przez to za­ła­mie. Prze­cież nie ma ni­kogo oprócz nas. Kto bę­dzie nim kie­ro­wał i go wspie­rał, kiedy bę­dzie tam zu­peł­nie sam? Stra­cimy go przez to, całe na­sze do­tych­cza­sowe wy­siłki pójdą na marne, ni­czego nie ro­zu­miesz?

Łzy po­cie­kły z niej jak z ze­psu­tego kranu. Tusz, któ­rym po­ma­lo­wała rzęsy, roz­ma­zał się czar­nymi smu­gami po po­licz­kach. Ka­are pró­bo­wał ją uspo­koić, po­dał jej chu­s­teczkę hi­gie­niczną i po­ka­zał pal­cem miej­sca, w któ­rych wy­glą­dało to naj­go­rzej, żeby miała moż­li­wość odro­binę po­pra­wić swój wy­gląd. Ca­ro­line od­wró­ciła się na pię­cie i po­ma­sze­ro­wała do swo­jego ga­bi­netu. Sta­nąw­szy w progu, znów się od­wró­ciła. Od­dy­chała spa­zma­tycz­nie, jej po­krytą ciem­nymi smu­gami twarz nie do po­zna­nia znie­kształ­cał gry­mas bólu. Unio­sła w jego stronę wy­pro­sto­wany, oskar­ży­ciel­ski pa­lec wska­zu­jący. Głos jej drżał.

- Je­steś... je­steś po­two­rem, Ka­are Kri­stian­se­nie!

***

Od tam­tej pory w domu pa­nują tem­pe­ra­tury po­ni­żej zera. Ca­ro­line miała nie­stety tro­chę ra­cji, bo mi­nęły już trzy mie­siące, od­kąd Lu­kas za­miesz­kał w Ny­havn, a syn wciąż nie zna­lazł so­bie żad­nej pracy. Twier­dzi, że cze­goś szuka, ale nie dzieje się ab­so­lut­nie nic. Jego wła­sny syn, śpiący książę, sła­be­usz, noż kurwa mać, można się tylko roz­pła­kać. Ka­are zwie­rza się ze swo­ich my­śli Ca­ro­line, gdy któ­re­goś wie­czoru przy­pad­kiem spo­ty­kają się w kuchni. Ona słu­cha go z rę­kami wspar­tymi na bio­drach, na wszelki wy­pa­dek już do­brze roz­gnie­wana.

- Chłopcy po­trze­bują wzor­ców oso­bo­wych. Przez całe ży­cie Lu­kas pa­trzył na cie­bie. Może pró­buje ro­bić coś in­nego, tylko wciąż nie wie co. - Ciężko wzdy­cha, kręci dużą za­smu­coną głową i wraca do swo­jego ga­bi­netu.

Po­liczki Ka­arego płoną. Ca­ro­line do­brze wie, jak go wdep­tać w zie­mię, za­wsze sto­suje naj­per­fid­niej­sze za­gra­nia. Jego próby za­har­to­wa­nia chło­paka na nic się nie zda­dzą, je­śli matka nie prze­sta­nie się nad nim uża­lać. To jej cac­ka­nie się zdu­sza w Lu­ka­sie wszelką ini­cja­tywę. Wła­śnie dla­tego Ka­are ku­pił mu to miesz­ka­nie.

Wy­cho­dzi do ga­rażu i siada za kie­row­nicą swo­jego no­wego sa­mo­chodu. Nie­ru­cho­mo­ści znów osią­gają szczyty sprze­daży, więc Ka­are spre­zen­to­wał so­bie nowe bmw 5 to­uring. Wziął je w le­asing, na do­brych wa­run­kach. To uni­wer­salna biz­ne­sowa fura dla kie­rowcy o spor­to­wych am­bi­cjach, czyli w sam raz dla niego. Ka­are na­szpi­ko­wał ją wszel­kim moż­li­wym do­dat­ko­wym wy­po­sa­że­niem, włącz­nie ze skó­rzaną ta­pi­cerką. Przy­cho­dzi tu­taj po­sie­dzieć, kiedy po­trze­buje ochło­nąć. Wła­ści­wie można po­wie­dzieć, że żyje w tym au­cie.

Co po­cząć z mło­dym czło­wie­kiem, który nie chce dla sie­bie jak naj­le­piej? Można pró­bo­wać w nie­skoń­czo­ność, ale w osta­tecz­nym roz­ra­chunku wszystko i tak za­leży od niego. Ka­are pod­cho­dzi do tego w ten spo­sób: każdy z nas otrzy­muje w swoim ży­ciu ko­szyk ja­jek. Są tacy, któ­rym dano wię­cej jaj niż in­nym, i tacy, któ­rzy nie mają pra­wie żad­nego. Nie­któ­rzy upusz­czają za­war­tość na zie­mię, nisz­cząc wszystko, co po­sia­dają, a in­nym szczę­ści się na tyle, że wła­snymi si­łami po brzegi za­peł­niają wcze­śniej pu­stawe wnę­trze, wła­śnie tak jak on. I tak jak Ca­ro­line, trzeba jej to od­dać. Klu­czowe py­ta­nie brzmi: jak do­brze po­tra­fisz za­rzą­dzać swo­imi jaj­kami? Czy z da­nego ci ko­szyka uzy­skasz jak naj­wię­cej? Ka­are lubi opo­wia­dać Lu­ka­sowi o ko­szyku z jaj­kami, Ca­ro­line nie­na­wi­dzi, kiedy to robi. "Pro­szę, oszczędź nam tych swo­ich mą­dro­ści do­mo­ro­słego fi­lo­zofa" - mówi, ra­niąc go tymi sło­wami. Ni­komu w tym domu nie chce się słu­chać tego, co on ma do po­wie­dze­nia. Na szczę­ście są jesz­cze inni, któ­rzy nie mają nic prze­ciwko temu. Ka­are wy­ciąga te­le­fon z kie­szeni kurtki i wy­stu­kuje wia­do­mość. Może do­pi­sze mu szczę­ście, może ona mu od­po­wie, mimo że umó­wili się do­piero na ju­tro. O czter­na­stej w ho­telu The Squ­are. Ka­are za­re­zer­wo­wał so­bie całe po­po­łu­dnie, ich spo­tka­nia czę­sto się prze­cią­gają.