Cille
Trzask zamykanych drzwi samochodu przeszywa ją jak ostre narzędzie. Cille stoi i patrzy za oddalającą się rodziną. Ask jedzie Strandvejen wolno, pytająco, jakby chciał dać jej możliwość zmiany zdania. Czy on sobie wyobraża, że ona dogoni ich audi, z powrotem wskoczy na miejsce obok niego i będzie udawała, że wszystko jest w porządku? Odprowadza ich wzrokiem, gdy kierują się w stronę ?sterbrogade, po czym się odwraca i zaczyna iść do domu. Z każdym nowym krokiem w jej głowie odbija się echem trzask zamykanych drzwi samochodowych. Ciągnie za sobą walizkę, zdezorientowana niczym turystka w obcym mieście. Myśli tylko o jednym: nie będzie gorzej niż teraz. Każdy krok napotyka opór, przejście przez miasto jest walką toczącą się niczym na zwolnionym filmie. Cille skupia się na tym, żeby iść przed siebie, nie może się teraz rozpłakać. Zeszłego wieczoru zamknęła się w niej z hukiem ciężka brama. Uświadomiła to sobie natychmiast. Niektórych słów nie da się odwołać. Można później przepraszać, tłumaczyć, żałować, odszczekiwać, ale diabeł już wyskoczył z pudełka, słowa zostają w tobie na zawsze. Gdy Cille dostała ofertę nowej pracy, jej małżeństwo pogrążyło się w grząskim bagnie, a gdy ponownie wypłynęło na powierzchnię, nie było tym, czego się spodziewała. Fasady sklepów przy Strandvejen dopominają się o uwagę. Luksusowe samochody, kliniki antiaging, francuska moda, włoskie buty, konfekcja męska z Wielkiej Brytanii, ekskluzywne akcesoria dziecięce, kwiaciarnie i butiki z wyposażeniem wnętrz dla idealnego domu mieszają się z kawiarniami, bankami, biurami nieruchomości, ulubionymi salonami fryzjerskimi celebrytów i pawilonami z restauracjami sushi. Manicure dla kobiet, manicure dla psów. Wszystko dla kotów, wszystko dla koni, wszystko dla tych, którym i tak niczego nie brakuje, cały ten luksusowy blichtr. Dietetycy i czekolada dla smakoszy, kognitywni psycholodzy i torebki od Prady, nieprzystające do siebie wielkości zgromadzone pod jednym dachem. Jeszcze kilka lat temu co drugi sklep był na sprzedaż albo do wynajęcia. Teraz wszystko ponownie rozkwitło, może nawet z większą pompą i z większym rozmachem niż wcześniej. Cille nie podnosi wzroku. Jest tutaj, ale jej nie ma. Znajduje się tylko przejazdem w tej olśniewającej, zrelaksowanej krainie pragnień, w której osiedlili się kiedyś dawno temu.
W Gentofte nikt nie podpala samochodów, nie słychać tu przez całą noc histerycznego wycia syren, nie znajdzie się tutaj rockerskich melin ani par, które bez żenady tłuką się nawzajem w swoich domach. Gniew i poczucie bezsilności to sprawy prywatne. Ujawniają się pod postaciami stresu, okazywanej sobie nawzajem pogardy, migreny, bezsennych nocy, uzależnienia od leków, zgorzkniałych komentarzy w zamkniętych grupach w mediach społecznościowych, prywatnych rozrachunków w Sądzie Rejonowym w Lyngby. Brzydotę się ukrywa. Nawet osoby z uzależnieniami dobrze tutaj funkcjonują, nie zakłócając wizerunku wzorcowej gminy, najbogatszej w całym kraju.
Czarna walizka na kółkach ciągnie się tuż za nią niczym przypomnienie, widoczna konsekwencja. Cille wlecze za sobą swoje życie. Porzuciła męża i dzieci, zostaje w domu, podczas gdy oni lecą na wakacje bez niej. Trwa właśnie jeden z tych dni, kiedy rodziny wysypują się z otynkowanych na biało domów i wsiadają na rowery, z ręcznikami i strojami kąpielowymi na bagażnikach. Ciągną na plażę, gdzie będą jeść lody, grillować, pić zimne piwo na nabrzeżu, pływać kajakami i na nartach wodnych. Później może się spotkają na spontanicznej imprezie w ogrodzie ze stekami z grilla i różowym winem, w tę piękną lipcową sobotę, gdy w całym mieście panuje bezruch. Cille opuściła rodzinę, a słońce postanowiło świecić na bezchmurnym niebie. Wiele osób wyjechało na wakacje. Ci, którzy zostali, zgodnie uważają resztę za głupków opuszczających Danię w momencie, gdy jest tu najpiękniej. Do Tajlandii czy na Bali zawsze można będzie pojechać pod koniec roku, w listopadzie albo w grudniu, gdy w ojczyźnie zrobi się szaro. Cille idzie zygzakiem między pastelowymi koszulkami polo z podniesionymi kołnierzykami i krótkimi sukienkami dla nastolatek na starzejących się superciałach, które dają z siebie wszystko na treningach w fitness.dk i Welcome Fitness, walcząc o to, żeby żyć wiecznie. Piją cortado na słońcu, wkrótce przyjdzie pora na pierwszy aperol spritz. Są mistrzami w panowaniu nad życiem, potrafią je okiełznać jak rumaka i poprowadzić tam, gdzie chcą się znaleźć.
Dzieci płakały, gdy pocałowała je na pożegnanie. Tara głośno i z pretensjami, Tobias z cichą zawziętością. Córka otworzyła drzwi i wyskoczyła z samochodu. Wściekła, zapłakana stanęła na ścieżce rowerowej. Ask wziął ją na ręce i przytulił. Powiedział jej coś na ucho i posadził ją z powrotem na tylnym siedzeniu. Cille poklepała dłonią szybę od strony syna, wydawało jej się to właściwe, może widziała to w jakimś filmie? Bawcie się dobrze, okej? Pocieszająco, zachęcająco, niezgrabnie, może wręcz z ulgą. Ask przeszył ją wzrokiem, zanim wsiadł do auta. Potem odjechali.
Trzask zamykanych drzwi wciąż niesie się echem w jej głowie. Porzuciła samochód z rodziną w drodze na lotnisko, zrezygnowała ze wspólnych wakacji z mężem i dziećmi, jak mogła?
Zatrzymuje się, ociera oczy. Nie może tak iść tędy, tuż obok barów serwujących świeże soki i sklepów z ekskluzywną odzieżą, zawodząc w biały dzień. Gdy przystaje, ma mroczki przed oczami, pole widzenia wypełniają roztańczone czarne plamki, dostaje przez nie zawrotów głowy, aż zaczyna się chwiać. Musi wejść do pasażu z żywnością paleo i ekologicznymi kosmetykami do pielęgnacji skóry. Siada na walizce, pochyla się, wkłada głowę między kolana i próbuje spokojnie oddychać. Ma wrażenie, jakby się rozsypała na kawałki. W ciągu pół godziny jej życie zmieniło się z normalnego, dla postronnego obserwatora może nawet idealnego, w rozpad i chaos. Zaledwie pół godziny temu zamknęła dom na klucz i wsiadła do samochodu, w którym czekali na nią Ask z dziećmi. Wzorowa rodzina w drodze na południe Francji.
- Paszporty, pieniądze, bilety, ładowarki do iPhone'ów, mama też już jest. Czyli chyba mamy wszystko - powiedział Ask z entuzjazmem, co dzieci skwitowały śmiechem.
Radosne miny pod kolorowymi czapeczkami z daszkiem na tylnym siedzeniu, radość oczekiwania promieniująca z wakacyjnych ubrań. Tylko Cille nie widziała w tym nic zabawnego.
Pojechali na lotnisko bez niej, podczas gdy ona stała na chodniku ze wzrokiem utkwionym w profile dzieci za szybą. Tobias obejrzał się i patrzył na nią, jakby była kimś obcym.
***
Gdy zadzwonił Jesper, poczuła się tak, jakby wszystko nagle wróciło na swoje miejsce. Ten telefon był marzeniem, którego nie miała odwagi pomyśleć. Znali się od ósmej klasy. Jesper pojawił się w okularach z grubymi oprawkami, ubrany jak uczeń szkoły z internatem, i przez kilka tygodni bacznie go obserwowano. Jego dołączenie do klasy zmieniło przestrzeń, powietrze i skład cząsteczek. Uczniowie 8a gapili się na tego nowego, przyczajeni niczym wilki. Na ich terytorium wtargnął obcy osobnik. Rejestrowali wszystko, co go dotyczyło, obserwowali i czekali. Pozwalali mu kopać własne nory, wpadać we własne pułapki. Ich pasywno-agresywna uwaga skupiała się na nim do momentu, aż odkryli, że Jesper różni się od nich w sposób niegroźny. Skorygowali wtedy swoje świdrujące spojrzenia i zostawili go w spokoju. Nowy chłopak czytał książki, rysował komiksy i wiedział najróżniejsze dziwne rzeczy. Dyskutował z nauczycielami o polityce i pisał artykuły do szkolnej gazety. Nigdy o tym nie rozmawiał, nie przechwalał się tym, tylko po prostu to robił. Cille szybko się z nim zaprzyjaźniła. Został jej pierwszym przyjacielem płci przeciwnej. Wspólnie tworzyli rysunkowy felieton na wyrwanych z zeszytów kartkach, które w czasie lekcji posyłali po klasie. Chodzili razem na solarium. Jesper był dla Cille jak bliska przyjaciółka, tylko lepszy - bardziej zwariowany, swobodniejszy, był bardziej sobą. Razem przymierzali ubrania i ćwiczyli układy taneczne przed wielkim lustrem w sypialni jego matki. Rozmawiali o planach na przyszłość. Chcieli polecieć we dwoje do Nowego Jorku, kupić stary samochód i przejechać z nim przez całe Stany, a później całą Argentynę, aż do przylądka Horn. Siedzieli pochyleni nad mapą, rozmawiając o tym, jak to zjadą dwa kontynenty, będą spali w aucie i zmieniali się za kierownicą. Już to widzieli oczyma wyobraźni. Zaplanowali co do szczegółów, jakiej muzyki powinni słuchać albo że mogliby rysować portrety ludzi spotykanych na ulicach miast leżących po drodze. Jesper pisałby relacje z wyprawy dla jakiejś duńskiej gazety, a w trakcie podróży utrzymywaliby się z drobnych prac, na przykład zrywania mango albo ananasów, śpiąc na farmie u właściciela. Ich pomysły i plany podróży trzepotały wokół nich w powietrzu niczym wielkie motyle mieniące się feerią barw. Obydwoje z płonącym wzrokiem doznali nagłego olśnienia: przecież mogą tak zrobić! Dlaczego nie? Wszystko jest możliwe! W towarzystwie Jespera świat wydawał się przebogaty i rozległy, pełen obietnic i możliwości. Ich podróż wyświetlała im się w wyobraźni niczym film. Każde z nich leżało na swoim końcu piętrowego łóżka Jespera i wpatrywało się w sufit parterowego domu jednorodzinnego, dodając do powstających obrazów kolejne sceny i szczegóły.
Bez końca roztrząsali wielkie życiowe zagadnienia. Muzyka, Sens Życia, Włosy, Skóra, Przyszłość, Kolejny Weekend. Któregoś dnia Jesper zwierzył się Cille, że może jest gejem. Lubił towarzystwo dziewczyn, ale nie czuł do nich pociągu, absolutnie żadnego. Spędzili razem wiele takich popołudni, godzin poświęconych poznawaniu samych siebie i siebie nawzajem, prowadzeniu ufnych rozmów pełnych pytań i powtarzających się tematów. Wyprodukowali kolosalne ilości niezredagowanego materiału.
Pewnego razu Jesper przyznał, że ma mętlik w głowie i sam już nie wie, kim jest. Może wcale nie gejem? Ale jeśli nie, to kim?
- Skąd wiadomo, czy coś jest właściwe? I że robimy coś dlatego, że rzeczywiście tego pragniemy, a nie tylko po to, żeby być tacy jak reszta?
- To się po prostu wie. Gdy robisz to, co powinieneś, czujesz się tak, jakby płonął w tobie ogień. Nie masz żadnych wątpliwości - odpowiedziała Cille, naśladując ruchami dłoni żywe drżące płomienie, buchające w stronę ud, krocza, piersi.
Jesper usiadł na swoim końcu łóżka i poprawił okulary. Wypracował własny styl. Podczas gdy reszta nastolatków w mieście kupowała koszulki polo i mokasyny, on chodził do sklepów z używaną odzieżą w poszukiwaniu koszul, krawatów, rozpinanych swetrów oraz półbutów z lśniącej skóry. Nikt nie ubierał się tak jak on. Nosił się jak jakiś starszy facet, szkolny dyrektor starej daty, ale w wersji bardziej trendy. Gdy wszyscy inni przerzucili się na soczewki kontaktowe, Jesper sprawił sobie okulary jeszcze wyraźniej rzucające się w oczy. Balansował na granicy ekscentryczności, ale nie spotykał się z potępieniem, bo po prostu taki był i czuł się dobrze we własnej oryginalnej skórze. Na dalekiej prowincji stanowił powiew egzotycznej miejskości.
- Jeśli mam być szczery, niespecjalnie to do mnie przemawia.
- Ale co?
- Można być obojętnym na seks, zwyczajnie mieć to w dupie? - spytał sucho.
Ta uwaga sprawiła, że obydwoje z powrotem opadli na poduszki, zanosząc się śmiechem.
- Ej, no weź, musisz przecież coś czuć. Wszyscy szesnastolatkowie myślą o seksie, wszyscy, przez cały czas.
- Ja nie. Wierz mi, że nic nie czuję.
- To co jest z tobą nie tak?
- Sam tego nie rozumiem. Cały ja, zabłąkany w innej galaktyce.
- To na pewno przyjdzie. Może jeszcze nie jesteś gotowy?
- Tak czy siak nie mam zamiaru się zmieniać tylko po to, żeby być taki jak inni. Dziewczyny często się zmieniają, żeby przyciągnąć facetów, myślałaś kiedyś o tym? Dopasowujecie się, zmieniacie osobowość i odgrywacie role, gdy w pobliżu znajdzie się jakiś chłopak. Często przyglądam się temu z boku.
- O co ci chodzi? Ja się na pewno nie zmieniam!
- W obecności brata Evy stajesz się kimś innym. Może tego nie widzisz. Przeobrażasz się w sobie, stopniowo przechodzisz w niego. Zrobisz wszystko za jego jeden uśmiech, jedno spojrzenie, jedno "cześć". Stajesz się miękką płynną materią, która przelewa się ku niemu. Pewnie sama tego nie wiesz, ale kiedy on jest w pobliżu, wszystko kręci się wokół niego.
- Nieprawda. Jesteś zwyczajnie zazdrosny.
- Mam wrażenie, jakby chłopacy byli bardziej sobą, mam na myśli - prawdziwi chłopacy. Ci, których wszystkie tak bardzo pragniecie. Oni nic w sobie nie zmieniają, to dziewczyny muszą ich zaakceptować takich, jakimi są. Nie widzisz tego?
- Wcale się nie zmieniam, po prostu mam bzika na punkcie Caspera K. i tyle.
- Przemyśl to sobie. Mówię ci, że widzę to wszystko. Odgrywacie komedię i czujecie się strasznie zranione, kiedy chłopacy nie reagują tak, jak według was powinni. A przecież wystarczy przestać się w to bawić.
Po liceum stracili ze sobą kontakt. Jesper wyjechał do Nowego Jorku, a później wrócił na północną Jutlandię. Cille podróżowała po Afryce, Bliskim Wschodzie i różnych krajach azjatyckich, aż w końcu osiadła w Kopenhadze. Często myślała o dawnym przyjacielu. Rok temu zadzwonił, żeby spytać, czy nie pomogłaby mu z jednym zadaniem. Otworzył w Aalborgu własne biuro projektowe, klienci się pchają drzwiami i oknami. "Oczywiście - pomyślała Cille. - Tak działa efekt Jespera. Towarzyszy mu bez względu na to, czego by nie robił. Wszyscy kochają Jespera, ale on sam nie kocha nikogo". Okazało się, że właśnie zgłosiło się do niego dwóch klientów z zagranicy i wydało mu się oczywiste, że on i Cille powinni razem pracować. Odtąd Cille wykonuje dla niego różne zlecenia jako wolny strzelec. Odnosi niemal wrażenie, jakby po latach rozłąki połączyła się ze swoim bratem bliźniakiem. Mają pełne ręce roboty, zupełnie jakby wszystko, czym się zajmują, kończyło się sukcesem. Jesper zebrał wokół siebie niewielki zgrany zespół, w biurze panuje wyjątkowa atmosfera, a klienci nie kryją zadowolenia. Współpraca z Jesperem i zadania, które powierza Cille, są dokładnie tym, o czym marzyła. Wcześniej przez kilka lat była bezrobotna, tylko raz na jakiś czas trafiały się jej zastępstwa za osoby na urlopach macierzyńskich albo zatrudnienie na czas określony przy krótkoterminowych projektach. Obecnie pracuje z domu, tylko raz w miesiącu jeździ do Aalborga, żeby uczestniczyć w ważniejszych zebraniach i skoordynować swoją pracę z resztą biura. Jesper na bieżąco zatrudnia nowe osoby, ma dobre oko do wyłapywania kreatywnych talentów, przyciąga właściwych ludzi, w sumie zawsze tak było. Biuro znajduje się na nabrzeżu, z okien rozciąga się widok na cieśninę Limfjorden i budynki przemysłowe w N?rresundby. Miejsce cechuje się surowością, prostotą i pięknem, sporo tam wieje, innymi słowy jest tam bardzo jesperowo. Wszyscy ciężko pracują i wspólnymi siłami doprowadzają rzeczy do końca - znajdują nowe drogi, nowe rozwiązania estetyczne, ich projekty wspinają się na nowe wyżyny. Położone w porcie biuro jest polem mocy, świecącym punktem na mapie kraju, miejscem powstawania pięknych pomysłów i wprowadzania ich w życie. Przemysł, biznes, instytucje kulturalne z całego regionu pragną tego, co potrafi Jesper. Niektórych klientów musi odprawiać, popyt przewyższa możliwości, biuro nie nadąża z wykonywaniem zleceń. Jesper odniósł sukces i potrzebuje Cille. Właśnie za tym tęskniła - żeby być częścią zespołu, żeby robić to, w czym jest dobra, żeby czuć, że się ceni jej pracę i liczy z jej zdaniem. Ona i Jesper wrócili do wspólnych układów tanecznych przed lustrem w sypialni jego mamy. Dzięki sobie są więksi, lepsi, właśnie na tym powinna polegać praca zawodowa. Do tej pory Cille uparcie nie dostrzegała problemu w tym, że biuro znajduje się w Aalborgu. Podróż samolotem to przecież tylko pół godziny, można to potraktować jak krótką przejażdżkę, Cille nie ma zamiaru się przejmować tym niewielkim przemieszczeniem. Chce być prawdziwą częścią zespołu, częściej przebywać w biurze na nabrzeżu, wziąć większą odpowiedzialność, być w pobliżu, gdy Jesper jej potrzebuje, pracować jeszcze ciężej, więcej się starać. Najbardziej ze wszystkiego miałaby ochotę całkowicie się przeprowadzić do Aalborga i stać się w pełni zintegrowaną częścią tamtejszej codzienności. Sprawdzała już oferty na stronach różnych biur nieruchomości. Kiedy przyleciała do Aalborga na ostatnie zebranie przed wakacjami, okazało się, że Jesper ma wobec niej jeszcze większe plany. Zaprosił ją na lunch do restauracji w centrum miasta. Przespacerowali się przez Bispensgade, doszli do Klostertorvet i usiedli przy stoliku na dworze. Gdy czekali na jedzenie, Jesper wtajemniczył ją w swoje zamiary.
- Cieszę się, że wróciłaś do mojego życia. Wydaje mi się takie naturalne, że pracujemy razem. Mam dla ciebie propozycję i chciałbym cię prosić, żebyś ją przemyślała w ciągu lata.
Chce ją awansować na dyrektorkę kreatywną i partnerkę w firmie. Cille należałaby do kadry kierowniczej, uczestniczyłaby w wyznaczaniu kierunku rozwoju biura. Jesper potrzebuje kogoś, z kim mógłby przedyskutować swoje pomysły i na kim w stu procentach polega, musi to być Cille, nie ma innej opcji. Propozycja wydała jej się tak atrakcyjna i zaskakująca, że Cille wręcz poczuła zakłopotanie.
- Ależ, Jesper... Niczego bardziej nie pragnę! To olbrzymi dowód zaufania z twojej strony, jednak będę musiała przemyśleć, w jaki sposób dałoby się to zrobić. Mam na myśli rodzinę, transport, wszystkie kwestie praktyczne... Coś takiego wymagałoby ode mnie ogromnej zmiany.
- Wymarzony scenariusz jest oczywiście taki, żebyś się przeprowadziła do Aalborga razem z rodziną. Możesz także rozważyć mieszkanie tutaj przez kilka dni w tygodniu. Załatwimy ci odpowiednie lokum. Najważniejsze, żebyś uczestniczyła w naszej codziennej pracy tu, na miejscu, żebyś znajdowała się blisko procesów decyzyjnych, pracowników, klientów. Widziałbym to jako pracę w tandemie. Moim zdaniem razem dokonamy wielkich rzeczy.
- To najlepsza propozycja, jaką mogłabym dostać, ale będę musiała przedyskutować ją z Askiem. Jestem pewna, że wspólnie znajdziemy jakieś wyjście.
- Przemyśl to - powiedział Jesper. - O szczegółach porozmawiamy po twoim powrocie.
Po wylądowaniu w Kopenhadze kupiła szampana i czekoladki. Nie mogła się doczekać, kiedy opowie o wszystkim Askowi.
***
Gdy dochodzi do rogu Hambros Allé, ciągnąc za sobą walizkę, zatrzymuje się na chwilę i mierzy wzrokiem ulicę. Lipy o koronach przyciętych w kształt kandelabrów, rosnące w idealnie równych szpalerach, stanowią żywy pomnik wielkości i ambicji wielu pokoleń. Drzewa sięgają ponad dachy domów, listowie jest gęste i zamyka się wokół alei niczym bujna szumiąca strefa ochronna. Na końcu ulicy połyskuje w słońcu Sund - srebrnoszara kurtyna rozciągnięta na cześć mieszkańców lipowej alei, hołd złożony ładowi i symetrii. Tradycji, ciągłości i klasie. W tym miejscu nikt nie występuje ze swojej rodziny, nikt z niczego nie rezygnuje. Cille kroczy pod koronami drzew, aż dochodzi do numeru siedem. Usiłuje przejść niepostrzeżenie, wlokąc za sobą walizkę. Nie zna zbyt wielu tutejszych mieszkańców, na tej ulicy nie pielęgnuje się kontaktów towarzyskich. Latem większość domów stoi pusta. Rodziny zakrywają meble, zamykają domy na cztery spusty i wyjeżdżają na wieś albo na południe Europy, żeby uzupełnić niedobory różowego wina i witaminy D. W tym czasie prywatne firmy ochroniarskie zajmują się monitoringiem i strzeżeniem ich majątku. Na ulicy nie widać żywej duszy. Cille szybko wchodzi na podjazd. Najgorsze, o czym mogłaby pomyśleć, to spotkanie kogoś znajomego. Ogarnia ją wielka ulga, gdy wreszcie może zamknąć za sobą drzwi i zaciągnąć zasłony w oknach od ulicy. Nie ma jej tutaj.