ROMA
Podmuch gorącego, parnego powietrza omiótł jej ciało zaraz po wyjściu
przez ciasne drzwi samolotu na metalowy podest schodów. Turbiny potężnej
maszyny buczały głośno, wzmagając gorąc i duchotę. Natychmiast
pożałowała, że nie zamieniła dresowych, bawełnianych spodni na lniane
szorty, które miała na tę okazję przygotowane w podręcznej torbie.
Dziewczyna, która nazywała się Róża, lecz chciała, by nazywano ją Roma,
spojrzała za siebie, by się upewnić, że jej chłopak także wydostał się z samolotu. Był tuż za nią. Czuła zapach jego perfum, słyszała za sobą
jego kroki, a mimo to musiała się upewnić, niczym mała dziewczynka
uważająca, by nie zgubić ojca w tłumie.
Do trzydziestki brakowało jej dokładnie siedmiu miesięcy, ale bez
makijażu wyglądała zaledwie na dwadzieścia kilka lat. Była niewysoka,
ale nie nosiła butów na obcasie i w ogóle najczęściej przedkładała
wygodę nad atrakcyjność. Lubiła być naturalna i nade wszystko ceniła
komfort. Długie, sięgające do pasa blond włosy połyskiwały w pełnym
słońcu, a grzywka zakrywała czoło. Jej oczy zdawały się zawsze radosne i pełne życia. Lubiła się śmiać, ale nie przepadała za swoim śmiechem,
zupełnie tak, jakby można było to w ogóle wykonywać niepoprawnie. W towarzystwie się pilnowała, ale całkiem swobodnie śmiała się za to przy
Rafale. To był jej chłopak. Mężczyzna, z którym chciała spędzić resztę
swojego życia doczesnego i każdego, jakie istnieje po nim.
Chłodna od klimatyzacji skóra dziewczyny powoli adaptowała się do nowych
warunków klimatycznych a sycylijskie słońce, teraz przysłonięte przez
maszynę, zwiastowało według prognozy pogody siedem upalnych dni.
Kiedy wraz z pozostałymi pasażerami schodziła po metalowych,
perforowanych schodkach, jej uwagę przykuła niewielka winda, która po
drugiej stronie samolotu powoli opadała z pokładu na rozgrzaną płytę
lotniska. Dostrzegła w niej młodą dziewczynę na wózku inwalidzkim, na
oko dwudziestoparoletnią. Dziewczyna umknęła jej uwadze, gdy wylatywali,
być może korzystała z pierwszeństwa i jako pierwsza dostała się na
pokład samolotu.
Obok niej stali jedna ze stewardes oraz młody chłopak. Na twarzy
stewardesy gościł promienny, niemal wyuczony i wzorowy uśmiech. Chłopak
natomiast minę miał zatroskaną i trzymał dłoń na smukłym ramieniu
dziewczyny.
Była ona na pierwszy rzut oka niebywale atrakcyjna, miała zamknięte
oczy. Gęste kasztanowe włosy upięła w długi warkocz. Bluzka na
ramiączkach odsłaniała kilka małych tatuaży na jej bladych ramionach. W pasie okryta była kocem. Roma zauważyła, że Rafał także patrzył w tamtym
kierunku. Chciała mu powiedzieć, cicho, lecz słyszalnie, że życie jest
niesprawiedliwe, lecz poczuła ciepły dotyk jego dłoni na swoim nadal
chłodnym ramieniu. Wskazał na potężną górę, która wyłoniła się zza
samolotu.
-?Spójrz. Góra Erice. Z lądu wygląda jeszcze potężniej.
Roma odwróciła się i dostrzegła ogromny szczyt na tle pozbawionego
jakiejkolwiek chmury błękitnego nieba.
-?Zrobisz mi na jej tle zdjęcie? -?zapytał, wciąż wpatrując się w czyste, niedoskonałe doskonałe dzieło natury.
Spojrzała na niego tak, jakby spoglądała pierwszy raz. Był wysokim
mężczyzną, całe ciało miał wytatuowane czarnym tuszem, aż po szyję. Jego
niebieskie oczy barwy morza często wydawały się zaszklone, jakby miał
zaraz zapłakać, co niebywale i niezrozumiale ją pociągało. Może dlatego,
że te oczy zdradzały jego prawdziwą, wrażliwą naturę. Rafał miał
trzydzieści dwa lata, choć przez tatuaże oraz kilkudniowy zarost mógł
wyglądać na starszego.
-?Jasne -?odparła Roma. Zamaskowała smutek, a może i delikatne
rozgoryczenie, że Rafał nie chce mieć zdjęcia z nią na tle tej góry ani
żadnej innej. Często nie chciał się z nią fotografować, co zauważyła już
jakiś czas temu i ten fakt czasem uwierał ją jak kamyk w bucie. Kamyk, z którym chodziła już od półtora roku, kiedy się poznali.
-?Nie mogę się doczekać, aż wskoczymy do morza. Tylko ty i ja przez
siedem dni, Mała -?powiedział, teraz patrząc w jej zielone oczy.
-?Ja również -?odparła.
Uścisnął jej ramię. Nie lubiła, gdy ją tak nazywał, lecz uśmiechnęła się
mimowolnie. Dotyk mężczyzny, z którym zamierzała spędzić swoje życie,
przegnał z jej głowy wszelkie troski i rozmyślania o niesprawiedliwości
losu i braku wspólnych zdjęć.
Gdy zeszli na rozgrzaną płytę lotniska, cyknęła mu kilka fotek. Na
każdej przybrał tę samą pozę. Oddała mu aparat, a on cmoknął ją w usta.
Uśmiechnęła się.
Udali się do podstawionych małych autobusów lotniskowych, a cholerny
kamyk nadal tam był.
CHIARA
-?Wszystko w porządku, kochanie?
Uniosła głowę i spojrzała na chłopaka o krótko przystrzyżonych blond
włosach i orzechowych oczach. W jego spojrzeniu dostrzegła dobrze jej
znane zatroskanie, czego miała w tym dniu serdecznie dość. Nie tylko
zresztą w tym dniu. Na miłość boską, miała tego po dziurki w nosie od
dłuższego czasu.
Gdy pierwszy raz spojrzał na nią tymi oczyma, pytając o wspólną kawę,
zapadła się w nich, jak dziecko zapada się w wysokiej zaspie śniegu, gdy
skacze na nią z balkonu. Sama robiła tak nieraz w dawnych czasach, gdy
wiedziała jeszcze co to szczęście i czucie w nogach.
Teraz przyłapywała się na tym, że po prostu nie znosi tego spojrzenia.
Znajdowali się na lotnisku w strefie odbioru bagażu rejestrowanego,
gdzie właśnie uruchomiła się czarna taśma bagażowa, a gdzieś w trzewiach
budynku huknęła pierwsza walizka.
-?Ile jeszcze razy mnie o to zapytasz? -?zapytała łagodnym tonem, choć
irytacja powoli przejmowała nad nią kontrolę. -?Jest dopiero południe, a już zapytałeś około dziesięciu razy. Dobijemy do stu, Mikołaj?
-?Nie -?odparł chłopak, jeszcze mocniej zatroskany, a teraz nieco zbity
z tropu. -?Po prostu...
-?Po prostu daj mi spokój, okej? Jeśli będę się czuła źle, poinformuję
cię, tato -?zadrwiła. -?Słowo harcerza. Na tym wózku ci też nigdzie nie
ucieknę, prawda? A przyznam, że wyglądałoby to nad wyraz komicznie.
Dziewczyna przystawiła dłoń do piersi. Czuła, jak serce znowu galopuje
jej ze złości, jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Żałowała, że
zareagowała tak ostro, ale nie zdołałaby się już dłużej uśmiechać i zapewniać, że nic jej nie jest.
Tak naprawdę dolegało jej wiele. Zgodziła się na ten wyjazd, by
uszczęśliwić właśnie jego, swojego męża, lecz pożałowała tuż przed
wylotem, gdy kilka osób gapiło się, jak obsługa lotniska nieporadnie
radzi sobie z załadowaniem jej wózka na pokład samolotu.
-?Przepraszam, kochanie -?odparł nieco zdezorientowany.
-?Jezu! Nie musisz wciąż przepraszać -?upomniała go Chiara ponownie
ostrzej, niż zamierzała. -?Idź po nasz bagaż, proszę. Raczej nikt mnie
nie porwie, a jeśli jednak spróbuje, to będę głośno krzyczeć, jak
pieprzona wariatka. Ludzie znowu będą mieli ubaw.
To było silniejsze od niej. Zazwyczaj starała się panować nad emocjami,
lecz dzisiaj nie potrafiła. Chciała do toalety, była już całkiem
przepocona, śmierdziała, a w dodatku nieznośnie bolał ją kręgosłup. Nie
pomagała jej myśl, że czeka ich jeszcze ponadgodzinna podróż autokarem
do hotelu. Patrząc, jak Mikołaj idzie po bagaż i ukradkiem na nią
jeszcze zerka, modliła się w duchu, by w autokarze była sprawna
klimatyzacja.
Chiara była sparaliżowana od pasa w dół. Unieruchomiona, miała mnóstwo
czasu na obserwacje i szczerze lubiła to robić. W gruncie rzeczy
uważała, że niewiele więcej jej zostało do roboty przez większość czasu.
Wychwyciła utkwiony w niej wzrok niskiej blondynki, która stała na
schodach samolotu, a potem zerkała na nią w trakcie przejazdu autobusem
na lotnisko, no i teraz. Czuła to, a jednak pozwalała jej patrzeć bez
skrępowania. Mogłaby spojrzeć jej w oczy, zmrozić lodowatym spojrzeniem,
które wyćwiczyła do perfekcji, i tym samym wprawić ją w zakłopotanie,
ale nie chciała tego robić. Pomyślała za to, że ładna blondynka nawet
nie dostrzega tego, że chłopak, z którym przybyła, przygląda się niemal
każdej dziewczynie na lotnisku. Chiara znała ten typ mężczyzn. Facet
stojący obok dziewczyny był cały w tatuażach. Wysoki i bardzo szczupły,
i niebywale atrakcyjny. Zwracał na siebie uwagę. Pozował na
niegrzecznego chłopca i być może nawet nim w istocie był. Tego nie mogła
jeszcze określić, ale siedem wspólnych dni, o ile jadą w to samo
miejsce, pozwoli jej to stwierdzić. Pomyślała z roztargnieniem i zawstydzeniem, że sama wolałaby obok siebie właśnie takiego mężczyznę.
Takiego, którego kiedyś miała, lecz wypadek zabrał jej go wraz z możliwością poruszania się na własnych nogach.
STANISŁAW
Klimatyzacja, owszem, działała w autokarze, który wiózł turystów do
hotelu, lecz to i tak nie pomagało w żadnym stopniu. Lodowaty nadmuch
przypominał dmuchanie w rozbuchane ognisko. Upalne, rozżarzone słońce
nagrzewało bezlitośnie autokar z każdej strony. Promienie wpadające
przez szybę skutecznie tłumiły wątłe nawiewy klimatyzatorów całkiem
przestronnego pojazdu. Pot perlił się na policzkach wszystkich ludzi
wewnątrz nagrzanej, mknącej autostradą puszki i lepił koszulki do pleców
zmęczonych, ale i podekscytowanych turystów, tworząc wykwintne, wielkie,
ciemne plamy na ich podkoszulkach.
Wesoła, latynoska muzyka przygrywała z małych przysufitowych głośników,
lecz zagłuszał ją stary silnik pojazdu, ilekroć ten osiągał maksymalną
prędkość, czyli przez niemal cały czas.
Stanisław wyjął z kieszonki koszuli bawełnianą chusteczkę, starannie ją
rozłożył i podał swojej żonie, lecz ta nawet na niego nie spojrzała,
wpatrywała się za to w przesuwający się za szybą krajobraz. A chusteczka
ta wiele znaczyła dla Stanisława, bo lata temu dostał ją od matki, która
wkrótce potem zmarła. Nie rozstawał się z tym skrawkiem materiału nawet
na krok, jakby cząstka duszy jego matki była w nim zaklęta.
-?Życzy sobie pani przetrzeć twarz? -?zapytał teatralnie, lecz
uprzejmie.
Maria, nauczycielka, na którą uczniowie klas podstawowych wołali "Pani
Marika Pała Do Dziennika", wzięła chusteczkę z wyhaftowanymi inicjałami
S.M. i przyłożyła do twarzy, by dokładnie ją wytrzeć. Nie okazała jednak
poszanowania dla tego świętego przedmiotu, bo zmiętą i wilgotną zwróciła
mężowi, nadal gapiąc się przez szybę. Stanisław złożył starannie
chusteczkę i wsunął do kieszeni spodni, notując, by wyprać ją od razu po
przybyciu na miejsce. Był zadowolony, że jego żona skorzystała z chusteczki. W zasadzie nosił tę pamiątkę zawsze przy sobie właśnie na
takie okazje.
Spojrzał w lewo na rząd siedzeń obok. Przyglądał mu się młody chłopak,
na oko czternastoletni. Mężczyzna wzruszył ramionami zakłopotany i uśmiechnął się, lecz tamten tylko przewrócił oczami i wrócił do
oglądania filmu na telefonie. Stanisław obrócił się za siebie i spojrzał
między dwa fotele. Oparta o szybę, zajmując oba miejsca, na wpół
siedziała, na wpół leżała jego czternastoletnia córka. Wpatrzona była w ekran identycznie jak chłopak obok, choć zdaniem Stanisława wszyscy
wpatrzeni w ekran telefonu wyglądają identycznie. Kasztanowe, lokowane
włosy lepiły jej się do spoconego czoła.
W uszach miała szare słuchawki, które kupił jej pod choinkę jakoś trzy
lata temu. Stanisław żałował, że nie miał przy sobie drugiej chusteczki,
którą mógłby jej wręczyć.
-?Lenka, chcesz wody? -?zapytał więc, by jakkolwiek pomóc córce w znojach.
Czternastolatka spojrzała na niego i niechętnie wyciągnęła słuchawki.
-?Co? -?warknęła ze złością, marszcząc brwi.
Skrzywiła się, jakby zza fotela wyłonił się wielki, włochaty pająk, a nie jej ojciec.
-?Pytam, czy chcesz wody. Powinnaś dużo pić.
-?Chcę umrzeć.
-?Zaraz będziemy na miejscu -?odparł ojciec, nie wiedząc, co innego
odpowiedzieć.
Nie miał pewności, czy nastolatka go usłyszała, bo na powrót wpatrywała
się w telefon.
Stanisław ponownie napotkał spojrzenie chłopaka, który znowu przewrócił
oczami. Mężczyzna przeniósł więc spojrzenie na ogromną górę, prężącą się
na tle niebieskiego nieba. Uśmiechnął się na ten widok. Jego matka
zawsze kazała mu szukać najmniejszego powodu do szczęścia w każdej,
nawet najcięższej chwili.
***
Autokar mknął przez włoską autostradę z niebywałą prędkością, a kierowca
co raz trąbił na każdego, jak tylko coś mu się nie spodobało, i gestykulował w kierunku innych rozpędzonych samochodów, a tak się
składa, że nie podobało mu się niemal wszystko cały czas. Trzydziestu
dwóch pasażerów zmierzało w stronę trzygwiazdkowego hotelu w Palermo,
przy akompaniamencie dźwięku klimatyzacji, wrzasków kierowcy, gitarowej
muzyki i własnych przekleństw, gdy na każdym zakręcie łapali swoje
spadające z kolan bagaże.
To był ich pierwszy z zaplanowanych siedmiu dni na gorącej Sycylii.
ROMA
Hotel był niewielki, ale niezwykle czysty jak na włoskie warunki, a do
tego bardzo praktyczny. Posiadał własny, kameralny basen, przy nim dużo
leżaków, a kilkanaście metrów dalej prywatną plażę, dostępną tylko dla
gości obiektu. Nie był molochem, a małym resortem wypoczynkowym z niezwykle uprzejmą obsługą.
Słońce świeciło wysoko na bezchmurnym niebie. Tylko czasem wiatr
uprzejmy był dmuchnąć w nagrzane ciała turystów, lecz niezbyt silnie,
wręcz subtelnie i od niechcenia.
Muzyka dochodziła z jednego potężnego głośnika ustawionego przed
wejściem do niewielkiej kawiarni. Ludzie w całym przekroju wiekowym
przechadzali się z drinkami wte i wewte, uśmiechy gościły na twarzach
większości z nich, a z basenu dobiegały piski podekscytowanych dzieci.
Roma nasmarowała ciało olejkiem, a gdy skończyła, spojrzała na Rafała,
leżącego obok. Miał bladą skórę, na której idealnie grał ciemny tusz.
Tatuaże kontrastowały z jasną cerą mężczyzny, były naprawdę dobrze
wykonane, bardzo szczegółowe. Przebijały przez nie mrok i beznadzieja.
Czaszki, otwarte serca, głowy z rogami czy wrzeszczące z bólu oblicza
demonów. Romę bardzo podniecały te wykute w ciele ilustracje, choć nigdy
się Rafałowi do tego nie przyznała. Krępowało ją to z jakichś powodów.
Widziała je przecież w chwilach uniesień i cieszyła się, że tylko ona
może je podziwiać w całej krasie, że tylko ona ich dotyka i je całuje.
-?Nasmarować cię, prezes? -?zapytała, spoglądając na jego okulary
przeciwsłoneczne. Uśmiechnął się do niej lekko.
-?Si.
-?To jedyne słowo, które znasz po włosku, co?
-?Si, se?ora.
-?O, jednak dwa -?parsknęła.
Gdy usiadł do niej tyłem, dokładnie wmasowała w jego ciało gęstą
emulsję. Po wszystkim wtarła pozostały olejek z dłoni w swoje uda.
-?Gotowe, panie Antonio Banderas. Może się pan smażyć.
Rafał opadł z powrotem na leżak. Roma także, choć zrobiła to z większą
gracją, na koniec opuszczając okulary na nos.
-?Dała mi w kość ta podróż. Jeszcze nie doszłam do siebie. Dzisiaj
odpoczywamy.
-?Dobry pomysł.
-?Mogłam jednak iść z Patką na siłkę przed tymi wakacjami. Miała rację.
Roztyłam się.
-?Zawsze gadasz, że się roztyłaś, a wyglądasz tak samo.
-?Tak samo, czyli tak samo grubo?
-?Nie. Po prostu tak samo.
-?Aha. Czyli grubo.
-?Podaj mi wodę.
Roma otworzyła oczy i uniosła głowę.
-?Jest obok ciebie.
-?To wstań i mi podaj. Nie lubię się ruszać na leżaku, jak jestem
nasmarowany. Czuję się, jakby na mnie zwymiotował ślimak.
Podała mu plastikową butelkę, po czym wróciła na miejsce i wzięła
głęboki oddech. Pozwoliła, by dźwięki muzyki oraz piski dzieciaków
wprawiły ją w wakacyjny nastrój.
-?I jak ci się tu podoba? -?zapytała po chwili, zaplatając dłonie za
głową.
-?Może być.
Zamilkła. Nie wiedziała, czy ta odpowiedź to żart. Wiele razy nie umiała
rozszyfrować jego żartów. Otworzyła oczy i spojrzała w czarno-białe
odbicie słońca, które raziło ją nawet przez przyciemnione szkła.
Odezwała się dopiero po chwili, nieco niepewnie, próbując brzmieć
naturalnie.
-?Może być? Moi rodzice nam postawili ten wyjazd, byliby zaskoczeni,
gdyby usłyszeli w zamian tylko to -?powiedziała to od niechcenia i na
końcu się zaśmiała, by słowa wybrzmiały jak żart.
-?To, że twoi starzy zapłacili za ten wyjazd, ma od razu sprawić, że
jest tu zajebiście? Mam skakać z radości? Zrobić twojemu ojcu laskę? Co
mam zrobić, Roma? Czego sobie życzysz?
-?Nie, nie chodzi mi o to. Po prostu...
-?...po prostu twoi starzy nie mają co robić z pieniędzmi. Sami lecą...
dokąd? Przypomnij mi?
-?Ale co to ma do rzeczy?
-?No a dokąd lecą na święta?
-?Na Malediwy. Ale co to zmienia?
-?Może i nic. Ale nie róbmy z tego wielkiej sprawy, dobra?
Roma ponownie zamilkła, jakby potrzebowała przetrawić ten wątek.
-?Czekaj -?mówiła powoli. -?Sugerujesz, że to nam powinni opłacić
droższe wakacje, a sami udać się na tańsze?
-?Kurwa, ja nic nie sugeruję. Skończ już.
-?No właśnie że chyba sugerujesz dokładnie to.
-?Mam w dupie twoich starych i ich pieniądze. Jak masz zamiar mi coś
wypominać, to uwierz mi, że spakuję się jeszcze dzisiaj i stąd
spierdalam.
-?Za co niby spierdolisz? Przecież ty nie masz nawet na papierosy.
-?Co ty powiedziałaś?
Podniósł się i ściągnął okulary. Jego oczy zapłonęły dobrze znanym jej
gniewem. Zaciśnięte usta i napięte mięśnie najpewniej były oznaką ich
pierwszego straconego dnia w tym miejscu.
-?Nic, przepraszam.
Wyciągnęła w jego stronę dłoń, próbując cokolwiek uratować, ale ten
podniósł się ze swojego leżaka i ruszył w stronę basenu.
-?Rafał, chodź tu!
Nie spojrzał na nią.
Poczuła złość do siebie, że poruszyła ten temat, a najgorzej wyszło to,
co powiedziała na końcu. Wiedziała, jak bardzo go to drażni, a jednak
zapomniała, palnęła niechcący, za szybko, niepotrzebnie. Nie chciała, by
w ten sposób zaczęły się ich wakacje. Usiadła na leżaku i patrzyła, jak
jej chłopak wchodzi powoli do błękitnej wody, omijając grupkę bawiących
się przy drabince dzieci.
Poczuła chęć sięgnięcia po drinka, ale stłumiła ją. To mogłoby tylko
pogorszyć sprawę, bo po alkoholu nie czuła żadnych oporów, by się kłócić
do upadłego. Jej język wtedy żył swoim życiem, a usta wypluwały słowa,
których później bardzo żałowała. Niektóre słowa były tak mocne, że
prowokowały Rafała do zachowań, których i on później żałował. Ostatnimi
czasy potrafił podnieść na nią rękę. Zawsze po alkoholu. Byli wtedy
dwiema zupełnie innymi osobami. Złymi i nieprawdziwymi, jakby pokazywali
swoje fałszywe oblicza. A przynajmniej Roma bardzo chciała myśleć, że są
nieprawdziwe.
Po śniadaniu na basenie przybywało osób. Część usadawiała się na
leżakach, część szła dalej, na plażę, mijając małą scenę, przy której
wczoraj na żywo grała do późna muzyka dla przyjezdnych gości. Roma
dostrzegła także dziewczynę na wózku, który pchał teraz blondyn, może
jej brat, a może partner, a może przyjaciel. Był niesamowicie zadbany i wysportowany, a do tego miał całkiem sympatyczną twarz, jeśli w ogóle
można mówić, że twarz może być sympatyczna. Roma uważała, że owszem,
można. Z twarzy i spojrzenia można często dobrze przeczytać człowieka.
Ponownie dopadło ją ogromne współczucie. Tym razem nawet większe, bo ta
dziewczyna była chyba najpiękniejszą istotą, jaką widziała w swoim
życiu. Czy to normalne, że bardziej żałuje się osób atrakcyjnych?
Pięknych w każdym calu? Roma poczuła wyrzuty sumienia, że tak właśnie
myślała.
Dziewczyna miała na sobie jednoczęściowy strój kąpielowy. Jej
nieproporcjonalnie chude w stosunku do reszty ciała nogi spoczywały
bezwładnie na podnóżku wózka. Chłopak nachylił się i coś jej szepnął do
ucha, a ta skinęła głową, po czym udali się na plażę. Nagle Roma
zapragnęła z nią porozmawiać, nie wiedzieć czemu. Tak po prostu,
zamienić kilka słów. Pomyślała, że jeśli będzie okazja, zrobi to, choć
jeszcze nie miała pojęcia jak.
Wstała ze swojego miejsca. Było jej gorąco, choć dochodziła dopiero
dziesiąta. Ściągnęła okulary. Zobaczyła, że przypatruje się jej
ratownik, najpewniej Włoch. Jak na Włocha był całkiem wysoki, z ciemną
karnacją i gęstymi, ciemnymi włosami, o urodzie innej niż Rafał. Był
bardziej piękny niż przystojny. Uśmiechnął się do niej. Roma udała
jednak, że tego nie widzi. Ściągnęła chustę z głowy i ruszyła do basenu,
czując pod stopami nagrzany, miękki i chropowaty beton, niemal palący ją
w bose stopy. Musiała przeprosić Rafała i zażegnać spór jak najszybciej,
nim gniew zacznie w mężczyźnie eskalować.
Poczuła chłód wody na kostkach nóg i gdy była już zanurzona do pasa,
wpłynęła w objęcia cudownie chłodnej cieczy. Zanurkowała, a gdy się
wynurzyła i przetarła oczy, skierowała się w stronę swojego chłopaka,
teraz siedzącego na skraju basenu. Kątem oka widziała, jak nadal
wpatruje się w nią ratownik.
CHIARA
Zapatrzyła się w morze i jego fale, które były dla niej jak tykające
wskazówki zegara całego świata. Fale odmierzały czas. Fale były
nieśmiertelne, morze było nieśmiertelne, ale wszystko, co pod nim i nad
nim, zamieniało się w końcu w nicość. Nawet jeśli Chiara żałowała
przyjazdu tutaj, ani przez moment nie żałowała tego, że miała teraz
przed sobą ten bezkresny, ciekły horyzont, który mogła chłonąć.
Była mężowi wdzięczna, że odnalazł krótszą drogę do leżaków i nie musiał
prosić nikogo o pomoc, by wnieść ją z wózkiem na plażę. Zrobił to sam.
Cieszyło ją też, że ta prywatna plaża była kameralna i zaciszna, zresztą
był to jej warunek przyjazdu tutaj. Mimo to ludzi wciąż przybywało.
Postanowiła do tego po prostu jakoś przywyknąć.
To tylko siedem dni, Chiara, pocieszyła się w myślach, a jednak
usłyszała swój głos w uszach.
Niebo było błękitne, a słońce wspinało się po nieboskłonie coraz wyżej,
by wkrótce osiągnąć jego szczyt. Cieszyło ją, że Mikołaj mógł tu być.
Widziała, jak pływa, oczywiście zerkając w jej kierunku i co chwilę jej
machając. Był jednocześnie irytujący i kochany, co doprowadzało ją do
szaleństwa, bo tworzyło w jej duszy multum wewnętrznych mikrourazów, a te urastały do wątpliwości, które tak bardzo chciała od siebie odpędzać.
Z zamyślenia wyrwały ją drobinki piasku, które wleciały jej we włosy, do
oczu i do ust. Odwróciła się i dostrzegła młodego chłopaka, który
beztrosko wytrzepywał swój ręcznik tuż przed nią. Musiał dopiero co
wyjść z wody i najpewniej siedział tam za długo, bo mimo upału cały się
trząsł. Poczuła gniew.
-?Hej. Heeej! -?Zaczęła machać rękoma i gestykulować, wskazując na
piasek we włosach. Chłopak się odwrócił. -?Piasek! Piasek, sypiesz mi go
prosto do gęby, synku, kapiszi? Rozumiesz?
Chłopiec o bardzo bladym ciele i rudych włosach tępo wlepiał w nią
wzrok. Jego piegi oraz niemal bursztynowe oczy błyszczały w gorącym
słońcu. Zastygł na długą chwilę, zrobił przerażoną minę, odłożył powoli
ręcznik na piasek, po czym uciekł z powrotem do morza.
Chiara westchnęła, a piach zachrobotał jej między zębami.
-?Tak, właśnie tak, spierdalaj, rudy -?warknęła do siebie, wytrzepując
włosy.
-?Co mówisz, kochanie?
Spojrzała na lewo na Mikołaja, który teraz sięgał po swój ręcznik. Woda
ściekała z jego niemal idealnego ciała.
-?Że kurewsko tu gorąco -?odburknęła.
-?Prawda. Tu nie ma żartów. Jesteśmy w naszym żywiole, nie?
Zaśmiał się i ucałował ją w czoło.
Westchnęła głośno.
-?Proszę, nie rób tego.
-?Czego?
Spojrzała mu w oczy.
-?Nie całuj mnie w głowę, jakbym była, kurwa, dzieckiem, dobrze? Mam
usta, jakbyś zapomniał.
-?Ej, spokojnie! Nie miałem nic złego na myśli.
I znowu. Znowu to poczuła. Wyrzuty sumienia wymieszane z potężnym
gniewem.
Nie odzywała się teraz, tak samo jak jej mąż, który położył się na
ręczniku.
"Mąż".
Wciąż to do niej nie docierało. Była jego żoną niemal od roku, a tak
wiele się zmieniło w tym czasie. Jakby to właśnie małżeństwo stało się
klątwą, która spowodowała ten wypadek samochodowy.
Z dużego głośnika leciały letnie przeboje. Dzieciaki bawiły się w morzu.
Rudy chłopiec stał na brzegu i Chiara dostrzegła, jak ukradkiem
bojaźliwie spogląda w jej kierunku. Nie było jej go żal. Nie miała
litości dla ludzi głupich i uważała, że nawet dzieci dzielą się na
głupie, w miarę rozgarnięte, a bywa, że i bardzo inteligentne. Pewnie
sporo też zależało od wychowania, jak sądziła. Rudy musiał być idiotą.
Gdyby była kotem, syknęłaby w jego kierunku. Przypomniała sobie kawał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki