Rozdział drugi
Faith
W biurze zdejmuję okrycie, opadam na fotel i marzę o gorącej kawie. Landon chyba marzy o wyjściu do domu, bo ciągle zerka na zegarek.
- Jakieś przedstawienie w szkole? - zagajam.
- Proszę? - Unosi na mnie zaskoczone spojrzenie.
- Sprawdzasz godzinę. Jeśli masz ciekawsze rzeczy do roboty niż zbieranie danych o denacie, nie krępuj się. Sama najchętniej zaszyłabym się w domu pod kocem. Na ciebie pewnie czekają lekcje do odrobienia albo jakiś trening.
Landon się śmieje, po czym wstaje i oświadcza:
- Nigdzie się nie śpieszę. Moja żona ma dziś rozmowę o pracę i sprawdzałem, czy już jest po, bo nic się nie odzywa i zaczynam się niepokoić.
- Ach, nie wiedziałam. Jakaś wymarzona posada?
- Tak, w jej branży to bardzo ceniona miejscówka, ale opowiem więcej, jeśli uda jej się tam przenieść.
- Jasne. Nie zapeszajmy - zgadzam się z nim, a następnie pytam: - Wychodzisz?
- Skoczę po kawę - informuje, narzucając na siebie płaszcz. - Leje, jest chłodno, a bez sensu siedzieć tu bez kofeiny.
- Nie mogłam prosić o lepszego partnera - kwituję i puszczam do niego oko.
Wychodzi, śmiejąc się z moich słów. Miło z jego strony, że umie zachować się jak gentleman i upolować kawę w tak chujową pogodę. Deszczowy wieczór nie sprzyja aktywności umysłowej. Uruchamiam komputer i postanawiam jak najszybciej pozyskać dane o naszym denacie, żeby móc zabrać je do domu, zamiast kwitnąć tutaj całą noc. Przypominam sobie ciało w niewielkiej łazience przy biurze. Swoją drogą facet musiał spędzać dużo czasu w pracy, skoro zadbał nawet o wannę. Wannę, w której umarł lub został umieszczony po śmierci. Deszcz uderza w okno, a ja drżę, choć nie zmarzłam. Szarpią mną emocje. Nie mogę się doczekać, aż Landon wróci z kawą.
- Przejrzyjmy twoje poczynania, Gordon - mówię sama do siebie, wyszukując w sieci wiadomości o naszej ofierze.
Wiedziałam, że skądś znam twarz Gordona Myersa. Okazało się, że był jasnowidzem, który nie stronił od kontaktów z mediami, a wręcz ich łaknął. Czasem pokazywano go w ogólnokrajowej telewizji, jak chwalił się swoimi osiągnięciami. Część z nich była efektem policyjnej pracy, nie szklanej kuli pana Myersa, ale ludzie gadali, że niektóre porwane osoby namierzył samodzielnie. Nie zawsze doprowadzał rodzinę do żywego zaginionego, czasem niestety do jego zwłok, ale mimo wszystko wielu wierzyło w jego nadprzyrodzone moce i nie narzekał na brak zajęcia. Pamiętam, że kiedyś wszedł w konflikt z policją, bo jego wersja wydarzeń - wyczytana ze szczotki zaginionej dziewczynki - różniła się od tego, co ustalili śledczy. Wręcz obrażał policjantów w telewizji, próbując nastawiać przeciwko nim społeczeństwo. Okrutny los pokazał, że to detektywi mieli rację, i dziecko znaleziono martwe w jakimś lesie. Było wtedy głośno w mediach. Nick zajmował się tym tematem w swojej gazecie. Ostatnia sprawa Myersa też nie zakończyła się pomyślnie dla ofiary i jej bliskich. To, co ich spotkało, jest przerażające.
- Czytasz o naszej gwieździe? - Głos Landona sprawia, że podskakuję na krześle. - Nie chciałem cię wystraszyć - dodaje, stawiając przede mną wielki kubek kawy.
- Wybaczam ci - oświadczam, po czym zanurzam usta w boskim nektarze.
- Co myślisz o śmierci Myersa? - pyta Sharp, zająwszy swoje miejsce.
- Nie mam jeszcze żadnej teorii. A ty?
- Koszula była wilgotna. Myślisz, że utonął?
- W wannie nie było wody - przypominam. - Może obmywał twarz i się ochlapał. Albo prał koszulę w biurze, bo się wybrudził.
- A może zginął w tej wannie, gdy była pełna. Możliwe też, że utopiono go w jakimś zbiorniku wodnym - zgaduje Landon.
- Jaki interes miałby zabójca, przenosząc ciało z innego miejsca akurat do biura?
- Ktoś chciał, żeby go znaleziono, bo planował przesłać wiadomość - sugeruje Landon. - Może Gordon Myers wziął od kogoś kupę szmalu, nie pomógł i teraz ktoś się na nim zemścił. Wiesz, ku przestrodze dla innych. To nie był jedyny wróżbita w mieście.
- To bardzo prawdopodobne - przyznaję. - Powinniśmy przejrzeć jego dokumenty i sprawdzić każdego, kogo nadzieję zawiódł. Zobaczymy, co powie doktor Nelson po sekcji zwłok.
Mój partner wzdycha, a następnie odstawia kawę, zakasuje rękawy i włącza komputer.
- Jutro przeszukamy jego biuro - proponuje. - A dziś sprawdźmy, czy pan jasnowidz nie zaliczył niedawno jakiejś medialnej wtopy. To może wskazać nam pierwszych podejrzanych.
- Wchodzę w to - zapewniam i zabieram się do pracy. - Zacznę od Sheili Hartley.
Tata piecze ciasto. Stoję w progu kuchni i gapię się na poczynania staruszka. On śmieje się i pyta:
- Wszystko w porządku, Faith?
- Upiekłeś ciasto?
- Tak. Jak tylko wystygnie, dam ci spróbować. Muszę jeszcze skończyć robić masę - wyjaśnia, mieszając w misce coś czekoladowego. - Trochę mi z tym zeszło, bo późno wróciłem z zakupów.
- Jestem w szoku - wyznaję, czym jeszcze mocniej go rozbawiam.
- Będziesz w większym, jak tego spróbujesz. Czekolada w nowej odsłonie.
- Kim jesteś i co zrobiłeś z moim ojcem?! - wołam, opuszczając kuchnię.
Idę pod prysznic, bo potrzebuję trochę gorącej wody i odprężenia. Wiosna zaczyna się dość chłodno i deszczowo, a ja tęsknię już za słońcem. Kilka dni temu były jakieś przebłyski, ale przykryły je powracające chmury. Potrzebuję relaksu, który daje mi ciepły strumień wody oraz pięknie pachnący żel. Kwadrans później wracam do kuchni w wygodnym dresie, a tata stawia przede mną miskę zupy.
- Ugotowałem po pracy. Nowy przepis.
- Od tej koleżanki, która wiecznie cię odwozi? - pytam z wrednym uśmiechem, ale ojciec udaje, że nie słyszał.
- Jak ci minął dzień? - rzuca.
- Miałam stłuczkę.
- Nic ci się nie stało? - W jego głosie pojawia się dawka troski.
- Wszystko okej, tato. Obtarłam zderzak Hondy. Facet zatrzymał się nagle, bo potrącił pieszego.
- Co z tym pieszym?
- Niestety nie przeżył uderzenia.
- Ten kierowca trafi do pudła?
Uśmiecham się ciepło, bo tata zawsze martwi się o wszystkich, nawet o nieznajomych. Jest cudownym człowiekiem, ale wolałabym, żeby mniej się stresował. Nie jest to jednak proste, kiedy ma córkę policjantkę.
- Dzwonili do mnie chłopcy z drogówki - relacjonuję. - Nie dość, że mi się upiekło, bo okazało się, że zderzak był porysowany wcześniej, to w dodatku podejrzewają, że chłopak wyskoczył znienacka i jakby rzucił się pod koła. Nie wiem, jak skończy się ta sprawa, ale mam nadzieję, że kierowca Hondy, którą rzekomo obtarłam, nie trafi do więzienia.
- Też mam taką nadzieję - przyznaje tata.
- Nie przejmuj się - proszę go. - Temu chłopakowi i tak nie wrócimy życia, a okoliczności wypadku mogą być łagodzące względem...
Dociera do mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Truchtam do korytarza, bo zostawiłam smartfon w kieszeni kurtki. Odbieram połączenie.
- Hej, Will.
- Faith, wybacz porę, ale pomyślałem, że cię to zainteresuje.
- Uniewinnili faceta z Hondy? - pytam z nadzieją.
- Jego los nie jest jeszcze przesądzony, ale znam przypadki, kiedy kierowcę uniewinniono, bo pieszy wtargnął na jezdnię. Czuję, że to może być podobna sytuacja.
- Obyś miał słuszne przeczucia, Will. A co chciałeś mi powiedzieć?
- No właśnie. Do rzeczy. Zidentyfikowaliśmy ofiarę.
- Szybko. Miał przy sobie dokumenty?
- Nie, ale jeden ze świadków go rozpoznał. Dwie godziny później była u nas jego siostra i potwierdziła tożsamość. To dziennikarz radiowy.
- Jego słuchacze będą tęsknić - stwierdzam.
- Oni na pewno. W dodatku myślimy, że rozpętają nam niezłe piekło. Przygotuj się na kamery na komisariacie.
- O czym ty mówisz? - dociekam, czując ścisk w żołądku.
- Ten dziennikarz, Philip Booker, nie znosił policji. Prowadził program na temat spraw kryminalnych i zawsze przypieprzył się do wtopy służb. Po prostu z nas szydził. Nie dość, że dziennikarze zechcą wiedzieć wszystko i na pewno będą nas popędzać, bo zginął jeden z nich, to jeszcze jego wielbiciele będą nam patrzeć na ręce, czy przykładamy się do wyjaśnienia sprawy.
- Kurwa - syczę. - Będą kwestionować każdy nasz ruch i wyzywać od nieudaczników. Portale plotkarskie będą miały używanie. W dodatku brałam udział w wypadku. Mam przejebane.
- Staramy się zakopać ten fakt najgłębiej, jak się tylko da, żeby media nie miały pożywki.
- Dzięki, Will.
- Drobiazg. Niestety o innej twojej sprawie Booker gadał tak dużo i długo, że pewnie i tak będą cię wypytywać. Dzwonię, żeby dać ci cynk, że dziennikarze mogą się na ciebie uwziąć. Zresztą nie tylko na ciebie.
- To znaczy? - pytam, marszcząc brwi.
Will wzdycha, ścisza głos i wyjaśnia:
- Przez ostatnie miesiące jednym z ulubionych tematów Bookera była sprawa mordercy znad rzeki.
Jego słowa wywołują u mnie uczucie chłodu. Wiem, co zaraz powie, a stres ściska mi gardło. Will kontynuuje:
- Program Philipa Bookera skupiał się na chorych insynuacjach, że detektyw prowadzący sprawę pomagał mordercy. Oczywiście nie ty byłaś celem jego zjadliwych komentarzy. Był nim...
Wchodzę mu w słowo, szepcząc:
- Harry Belmont.