Sieć. Tom 1: Czas Adeptów - Agata Lasocka-Myszor

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Intro

- Jestem genialny. Po prostu genialny!

Samochód odpalił. Nick czule przejechał dłońmi po kierownicy nowiutkiego land rovera. Kochał samochody, to była jego pasja i sposób na życie. Co prawda ten model nie był szczytem jego marzeń, ale na pierwszą porządną kradzież nadawał się idealnie.

- Wystarczyło tylko trochę zaryzykować. - Rozluźnił się.

Wszystko było tak, jak zaplanował. Małe czarne urządzenie, połączone dwoma kablami z komputerem pojazdu, migało zielonym światłem, a na maleńkim ekranie widniał napis "miłej podróży". Brama posesji była szeroko otwarta, wystarczyło tylko wyjechać i spotkać się z nabywcą w wyznaczonym miejscu.

- Mówili, że nie dam rady, że to za wysoka półka. - Ruszył powoli w stronę bramy, przeglądając schowek na płyty z muzyką. - Be... Beton... Beethoven - wydukał tytuł jednego z krążków. - To chyba ten raper.

Na siedzenie obok niedbale rzucił swoje podrapane okulary słoneczne. Te same, które od zawsze przynosiły mu szczęście.

- Po co mi szczęście, wystarczą moje fantastyczne umiejętności.

Pewność siebie, nawet tylko wyuczona, była cechą, dzięki której nie czuł się jak zwyczajny nieudacznik.

W tym momencie tuż przed maskę samochodu wyskoczyła czarna, rozszczekana smuga. Pies, i to duży pies. Broniący terytorium rottweiler zaczął ujadać jak wściekły. W posesji za nim zapaliły się światła na piętrze.

- Czas wiać - mruknął Nick sam do siebie i po raz pierwszy tego wieczoru poczuł, że jego serce zaczęło szybciej bić.

Z piskiem opon minął psa i wyjechał na ulicę. Po przejechaniu kilku przecznic skierował się w stronę centrum.

- Dalej miałem jechać w... lewo. Nie, w prawo. - Stanął na skrzyżowaniu i czekał na zmianę świateł. Uchylił okno i wziął kilka głębokich oddechów. - Tylko spokojnie, stary, jesteś w tym dobry. Kto w wieku siedemnastu lat ukradł tyle samochodów co ty? - Przechodzące po pasach dziewczyny zaczęły mu machać. Odwzajemnił gest drżącą ręką, siląc się na uśmiech. - Gratów. To były graty, nie samochody. Ale to cacko ustawi mnie na jakiś czas i wreszcie wyrwę się z bidula. Warto - próbował przekonać samego siebie.

Gdzieś niedaleko usłyszał syreny policyjne, spojrzał w lusterko. Dwa nieoznakowane radiowozy jechały w jego stronę z dużą prędkością.

- Cholera!

Wcisnął pedał gazu i przejechał przez pasy, o mało nie potrącając zdezorientowanych dziewczyn. Jedna z nich krzyknęła z wściekłą miną i pokazała w jego stronę środkowy palec.

Skręcił, byle dalej, byle się nie zatrzymywać. Odgłosy policyjnych syren były coraz wyraźniejsze. Nerwowo zacisnął dłonie na kierownicy, a mała kropelka potu spłynęła mu po skroni. Przełknął głośno ślinę. Zaczynał wpadać w panikę, niezdarnie miotał się za kierownicą. Opony pisnęły, a tylne koła straciły przyczepność. Nie zapanował nad pojazdem, wjechał na chodnik i z trzaskiem urwał prawe lusterko.

- Nie! Nie! Nie! NIE! Moje cudeńko! Przepraszam! Jakoś cię naprawimy, nikt nie zauważy. - Pochylił się i założył swoje okulary słoneczne. - Jednak potrzebuję szczęścia. Nie zawiedźcie mnie ten ostatni raz.

Skradziony land rover zostawił za sobą spore poruszenie, a radiowozy z sekundy na sekundę były coraz bliżej. Sytuacja zupełnie nie przypominała prostego planu sprzed południa. Chłopak jechał dalej, gorączkowo próbując przypomnieć sobie drogę do miejsca spotkania.

- Najpierw muszę zgubić psy.

Minął park i wjechał w dzielnicę mieszkaniową, a następnie dotarł do mniej zatłoczonej części miasta, w pobliże starej fabryki szkła. Zobaczył duży parking. Zatrzymał samochód na ostatnim wolnym miejscu. Natychmiast zgasił światła i schował się poniżej linii okien. Dwa radiowozy przejechały obok, nawet nie zwalniając.

Nie ruszał się jeszcze przez chwilę, próbował uspokoić oddech. Starł pot z czoła i powoli się wyprostował. Założył okulary na głowę. Zielona lampka na urządzeniu, dzięki której udało mu się odpalić silnik, wciąż się świeciła i ukoiła jego nerwy. Ostrożnie wysiadł z wozu i rozejrzał się po okolicy. Samochody policyjne były już daleko, jednak nie stanowiło to dla niego problemu. Poprawił poplamioną kurtkę i wyciągnął z niej notes i ołówek. Przekartkował kilka stron i dopisał w kolumnie nowe rejestracje.

- Tych jeszcze nie znam. Dlaczego nie mogą jeździć w zwykłych radiowozach, jak na filmach? - spytał z udawanym oburzeniem. - Frajerzy.

Zerknął na nazwę ulicy.

- A niech mnie... - Przerzucił notes na ostatnią stronę, gdzie nabazgrany miał adres. - To tu!

Na tym właśnie parkingu umówił się z nabywcą samochodu. Jego ego nie pozwoliło mu jednak martwić się urwanym lusterkiem. Był zbyt zajęty napawaniem się swoim geniuszem i orientacją w terenie. Dopiero gdy euforia minęła, zaczął się niepokoić. Czas dostarczenia pojazdu już minął, a policja mogła go znaleźć w każdej chwili. Nie miał nic poza adresem. Żadnego numeru telefonu, żadnej gwarancji, że nie zostanie z kradzionym samochodem, z którym nie wie, co zrobić. Usłyszał szelest.

- Halo? Kto tam? - Wytężył wzrok. Po drugiej stronie parkingu, poza światłem latarni, stał mężczyzna.

- Wygląda na to, że czekasz na mnie, chłopcze. - Nick usłyszał ponury głos.

- Tak... chyba tak, ale mi ulżyło. Cieszę się, że pana widzę, panie...? - Nie doczekał się odpowiedzi. - Oto cacko, o które pan prosił. - Wskazał na wóz. - Miałem mały problem z niesfornym lusterkiem, ale dla kogoś takiego jak pan to chyba nie powinien być kłopot. Nazywam się...

W tym momencie za mężczyzną zapaliły się reflektory trzech samochodów, a za nimi kilka rażąco jasnych szperaczy. Chłopak cofnął się jak uderzony w twarz. Zasłonił oczy dłońmi i zaklął siarczyście. Zatoczył się i po omacku dotarł do czarnego land rovera.

Do diabła, czy to możliwe, że wiedzą o moich oczach? - pomyślał.

- Ja naprawdę nie chciałem rozwalić tego lusterka! - wykrzyczał. - Jakoś się dogadamy, mogę sprzedać nerkę. - Usłyszał wystrzał z pistoletu, a pocisk trafił w beton tuż pod jego stopami. Podskoczył, wystraszony i oślepiony. - Chryste, jakoś się dogadamy!

- Zająć się nim - rozkazał ponuro mężczyzna.

Raz, dwa, trzy... padło w sumie dziewięć strzałów. Celnych strzałów. Zniszczone reflektory zgasły, obsypując wszystko iskrami. Podniósł się krzyk, człowiek o ponurym głosie kazał chwytać za broń. Chwilę później w ich stronę poleciał granat dymny.

Złodziejaszek wykorzystał zamieszanie i wskoczył do skradzionego przez siebie wozu. Przetarł załzawione oczy. Zobaczył dużą ilość dymu i miotających się w nim przeciwników. W tej samej sekundzie ktoś wskoczył na siedzenie pasażera.

- Jedź!

Zdębiał i ani drgnął, z rękami mocno zaciśniętymi na kierownicy. Spojrzał na postać, która zmieniała właśnie magazynek w pistolecie. Przetarł oczy raz jeszcze. Koło niego siedziała drobna dziewczyna o intensywnie rudych włosach i mocno poirytowanym spojrzeniu.

- Ruszaj, bo nas wystrzelają! Umiesz prowadzić? - W ten sposób czar prysł.

- Chyba żartujesz? Gdybyś nie wiedziała, to ja wykradłem to cacuszko i...

- Tempus fugit1! - Wychyliła się przez okno i oddała kilka strzałów w coraz rzadszy dym.

Nie zrozumiał, co powiedziała, ale ton wystarczył, by rozszyfrować, że czas uciekać. Spróbował odpalić silnik. Nic.

- Szlag! - Czerwona lampka. Dwa kable od magicznego pudełka odłączyły się od stacyjki. - Bez tego nie zapali! Ten model bez odpowiedniego kodu odcina zasilanie od stacyjki. Tylko moje pudło może to obejść, ale synchronizacja trwa!

Dziewczyna pochyliła się między nogi kierowcy i zaczęła grzebać w obwodach samochodu. Chłopak uniósł ręce i poczuł się trochę nieswojo.

- Nic tu nie widzę - usłyszał spomiędzy swoich kolan.

- Wypraszam sobie. Po prostu źle szukasz.

Niespodziewanie samochód odpalił. Nick zgłupiał. Spojrzał wyżej, a w dymie zobaczył mężczyznę o ponurym głosie. Opierał się o maskę samochodu i celował do niego z broni. Chłopak krzyknął i wcisnął pedał gazu. Samochód podskoczył, a Ruda uderzyła głową o kierownicę i w końcu się wyprostowała. Wjechali w dym i w tym samym momencie runął na nich deszcz strzałów.

- Boże, przejechałem człowieka!

Dziewczyna rozmasowała czubek głowy i nacisnęła mocniej pedał gazu, depcząc Nickowi stopę. Wyjechali z zasłony dymnej i tym samym z parkingu. Opony pisnęły, a hydrant przeciwpożarowy okazał się być bliżej, niż chłopak się go spodziewał. Samochód uderzył w niego lekko i ruszył dalej w ciemną uliczkę. Po kilku minutach ciszy napięcie nieco opadło.

Ruda obejrzała się za siebie, spokojnie schowała broń za pasek i przeciągnęła się leniwie.

- Nie tak miał ten wieczór wyglądać - oznajmiła z udawaną nutką żalu w głosie.

- Ty to mówisz?! - krzyknął głośniej, niż chciał. Ręce mu drżały, był blady, a szczęka latała w górę i w dół.

- Ukradłeś już tyle aut, a dziś prowadzisz, jakbyś miał wadę wzroku. Zmienić cię? - Uśmiechnęła się do niego wyzywająco.

- Nie trzeba - burknął urażony uwagą i rzucił okiem na pistolet wetknięty za jej pasek. Wjechał w ruchliwszą część miasta.

- Nie jedź tędy. Mamy ostrzelany lakier, będziemy za bardzo rzucać się w oczy. Poza tym policja wciąż szuka tego wozu. Skręć w lewo. - Wyciągnęła telefon i zaczęła stukać w dotykowy ekran.

Mój piękny samochodzik, jak ja go teraz sprzedam? Tu jest dziura po kuli, tu też, a tu zniszczona tapicerka... - myślał nieprzerwanie.

Odruchowo poprawił lusterko, wciąż zerkając na swoją pasażerkę.

- Słuchaj, to, że pomogłaś mi odbić to cacuszko, nie znaczy, że podzielę się z tobą forsą.

- Słucham?

- Widzę, że siedzisz w tym od dawna - przyznał niechętnie. - Masz... sprzęt i w ogóle, więc nie chciałbym ci wchodzić w paradę, ale maksymalnie mogę ci oddać, powiedzmy... - zawahał się - dwadzieścia procent. Nie więcej, ale może być mniej.

Dziewczyna uniosła brew, sprawiając, że poczuł się jak idiota.

- Możemy się jeszcze potargować, ale najpierw muszę znaleźć kupca. Poza tym...

- Oddajemy tego grata - wtrąciła poważnym tonem.

- Co?! O nie, co to, to nie, koleżanko, tak się nie będziemy bawić. - Zatrzymał się na rogu i strzepnął w końcu drobinki szkła ze swojego siedzenia. - Dzięki wielkie za... uratowanie mi życia od jakichś popaprańców, ale wyczuwam tu konflikt interesów.

- Masz jakieś imię, garçon2? - rzuciła, kompletnie nie przejmując się jego wyproszeniem.

- Nick. Nick Smith...

- To prawie tak, jakbyś go nie miał, ale to dobrze, anonimowość ci się przyda. - Rozsiadła się wygodnie i oparła nogi o schowek.

Nick pokręcił z niedowierzaniem głową i ruszył dalej. Po omacku wyciągnął spod siedzenia swoje szczęśliwe okulary i próbował je trochę oczyścić.

- A ty? - spytał od niechcenia, ale w tym samym momencie dziewczynie zadzwonił telefon. Odebrała szybko i słuchała chwilę ze znudzoną miną.

- Tak, odbierz nas tam, gdzie się umówiliśmy. Będziemy za kilka minut - odpowiedziała do słuchawki. - Nie, nie było żadnych problemów, ale macie mały prezent na parkingu koło fabryki szkła. Do zobaczenia.

Wariatka - pomyślał. Wysadzę ją, gdzie będzie chciała, i muszę zacząć myśleć, co dalej robić. Nieźle się wpakowałem... Choć gdyby nie ona, zeskrobywaliby mnie z tego parkingu.

Wjechali w ulicę, na której stała posesja państwa Dewon, właścicieli nowiutkiego, czarnego land rovera. Przed domem czekała policja.

- Taaa... na pewno chcesz tu wysiadać? Nie żeby mnie to coś obchodziło, ale jak się tu będziesz kręcić, możesz beknąć za tę kradzież zamiast mnie.

Ruda uśmiechnęła się do niego i pokręciła głową. Wysiadła z samochodu i zatrzasnęła za sobą drzwi, z których posypała się resztka szkła. Poprawiła za paskiem pistolet i głośno gwizdnęła na palcach. Policjanci natychmiast odwrócili się w jej stronę.

- Panowie! Szukacie tego skradzionego wozu?!

- Oszalałaś?!

Dwóch policjantów ruszyło biegiem w ich stronę, a pozostali wsiedli do radiowozów.

- Masz wybór, dzieciaku. - Spojrzała na niego z figlarnym uśmiechem. - Albo idziesz teraz ze mną, albo lądujesz w więźniu za kradzież i strzelaninę na parkingu.

- Niech cię szlag! - Złapał okulary i zaczął wypinać się z pasów. Wyskoczył z samochodu jak poparzony i zaraz był przy dziewczynie, wyraźnie z siebie zadowolonej. Zastanawiające jak na kogoś, kogo zaraz spałują wkurzeni gliniarze.

- Spróbuj dotrzymać mi kroku. - Jej błękitne spojrzenie przeszyło go na wskroś.

Adrenalina buzowała mu w żyłach, nigdy nie przypuszczał, że potrafi tak szybko biegać. Przedarli się przez teren kilku posesji, co spowolniło nieco policjantów. Dotarli do wysokiego muru biegnącego na tyłach jednego z domów. Ruda z niesamowitą lekkością i gracją wskoczyła na niego, ale Nick wpadł w panikę. Zadarł głowę, zdyszany, szukał uchwytu dla trzęsących się dłoni. Wiedział, że nie da rady.

- Podaj rękę.

Nieco pokracznie, ale z pomocą dziewczyny udało mu się wdrapać na mur. Leżał chwilę i próbował złapać oddech. Myślał, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi.

- Nie mam do tego kondycji... - wydusił z trudem. - Dalej nie idę, więzienie nie może być takie złe...

- Nie możemy tu zostać, już niedaleko. Wstawaj.

Zeskoczyła z muru. Nick z niego spadł, ale zgrabnie się pozbierał.

Dotarli na niewielką polanę na granicy miasta. Po bezdrożach już jechały radiowozy. Na nic zdała się szalona ucieczka, byli wystawieni jak na dłoni.

Nickowi dudniło w głowie ze zmęczenia, ale miał wrażenie, że słyszy narastający szum. Ruda podeszła do niego i założyła mu przyciemniane okulary na nos.

- Lepiej je trzymaj, żeby ich nie zwiało, i uważaj na oczy.

Po tych słowach znikąd zerwał się silny wiatr, a nieprzyjemny szum się wzmógł. Ruda przymknęła lekko oczy i w tym momencie nad ich głowami zaświecił mocny reflektor. Zdezorientowany chłopak wzdrygnął się i spojrzał w górę. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Kilka metrów nad nimi unosił się helikopter. Przez otwarte drzwi jakiś mężczyzna spuszczał w ich stronę liny z uprzężami. Pomimo hałasu generowanego przez łopatki śmigłowca już było słychać narastające wycie syreny policyjnej. Dziewczyna złapała linę i założyła na siebie uprząż, a drugą podała Nickowi. Chciała pomóc mu się w nią ubrać, ale chłopak cofnął się o kilka kroków.

- To musi być jakiś sen. Chciałem tylko trochę zarobić, a odkąd zaczął się ten wieczór, ktoś próbował mnie zabić, potem był pościg, teraz to... Ja nie potrafię! Chciałbym, ale nie dam rady! To wszystko dzieje się zbyt szybko.

Ruda podeszła i złapała go za rękę. Jej długie włosy szarpał silny wiatr. W ostrym świetle wyglądały jak rozszalałe płomienie.

- Nie tak powinniśmy się poznać, ale przysięgam, że wszystko ci wyjaśnię - zapewniła go ciepłym tonem. - Jeśli ze mną pójdziesz, ofiaruję ci nowe życie. Dowiesz się, kim jesteś, Nick. Wszystko się zmieni. Nigdy więcej nie trafisz do domu dziecka, nigdy więcej nie zaznasz odrzucenia. Wiem, że to przerażające, ale tu możesz tylko wygrać. To nie gra ani film, nie ma niebieskiej i czerwonej pigułki, ale jeśli pójdziesz teraz ze mną, to gwarantuję ci, że to, co dziś przeżyłeś, to tylko intro do twojej przygody... Zaufaj mi.

Patrzył w jej błękitne oczy. Wziął drżący wdech. Dziewczyna pachniała przygodą... albo kłopotami. Bał się za nią wyruszyć, ale jeszcze bardziej bał się tu zostać. Nie wiedział, jak ta jedna chwila zmieni całe jego życie.

Kiwnął głową i zaczął zakładać uprząż. Ruda przypięła go szybkim ruchem do liny i kilka sekund później nogi Nicka oderwały się od ziemi. Reflektor zgasł, a na polanie widać było już tylko zrezygnowanych policjantów. Chłopak kurczowo trzymał się sznura, spojrzał na przeraźliwie szybko oddalającą się polanę, domy i w końcu całe ulice. Zacisnął jak najmocniej powieki. Nie podniósł ich nawet wtedy, gdy poczuł, że ktoś wciąga ich na pokład helikoptera.

- Jestem Gia. Gia Raider.

Rozdział IINTUICJA

Nick oddychał głęboko, cały spięty i roztrzęsiony. Powoli przetarł oczy i uchylił powieki. Wysoki blondyn, chyba ten sam, który uratował go od wątpliwie szczęśliwego zakończenia tego wieczoru, właśnie z hukiem zamknął przesuwane drzwi helikoptera. Ruda dziewczyna, odpowiedzialna za największy zamęt w jego życiu, siedziała naprzeciw niego i ściągała z siebie uprząż.

Podniósł wzrok na osobę siedzącą za sterami. Ciemnowłosy mężczyzna miał na głowie krzywo założone słuchawki i kiwał głową jakby w rytm muzyki.

Ciekawe, czy podrzucą mnie do bidula... Pożegnamy się i każdy pójdzie w swoją stronę... lub poleci. Powinienem im podziękować? - myślał nerwowo. Kogo ty oszukujesz, kretynie, jesteś złodziejem, a oni... No właśnie, kim oni są? Zabiją mnie? Może gdybym...

- Słyszysz mnie? - Z chaotycznych rozmyślań wyrwało go pstryknięcie palcami przed twarzą. - Coś ty mu zrobiła? - Mężczyzna o jasnych włosach i szarych oczach zwrócił się w stronę Rudej.

Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i zaczęła buchtować linę, dzięki której dostali się do helikoptera.

- Trzymasz się jakoś?- kontynuował blondyn, próbując wydusić z Nicka cokolwiek. Bezskutecznie. - W ciągu godziny będziemy na miejscu. Siadaj tu i nie przeszkadzaj. Będziesz wymiotował?

Nick pokręcił nieznacznie głową, choć perspektywa puszczenia pawia wydała mu się nagle niezwykle kusząca. Czuł zawroty głowy, a ręce, w których kurczowo trzymał swoje podrapane okulary słoneczne, zaczęły drżeć. Ruda wrzuciła linę do dużej skrzyni i przeszła w róg kabiny, gdzie leżał plecak. Czegoś w nim chwilę szukała i gdy to znalazła, usiadła koło Nicka. Miała w sobie coś takiego, że onieśmielała.

Podała mu butelkę wody, a kiedy go dotknęła, pomiędzy jej dłonią a jego ręką przeskoczyła iskra.

- Dzięki... - wymamrotał i przyłożył szyjkę do ust.

Uśmiechnęła się troskliwie i zaczęła wysoko upinać niesforne włosy, odsłaniając długą szyję.

- Poznajcie się. Panie Smith, to Alex Midnight. - Wskazała na blondyna.

Podali sobie dłonie. Uścisk był silny i o wiele mniej oficjalny niż ton Rudej. Alex wydał się Nickowi sympatyczny. Chłopak stwierdził, że mężczyzna jest młodszy, niż ocenił to w pierwszej chwili. Mógł mieć maksymalnie dwadzieścia siedem, może osiem lat. W jego przenikliwym spojrzeniu było jednak coś niepokojącego. Jego szare oczy zdawały się go testować, Nick jednak nie spuścił wzroku. Alex skrzyżował ręce na piersi i przeniósł wzrok na dziewczynę.

- Zanim was zgarnęliśmy, wysłałem ludzi na parking, który nam wskazałaś.

- Wiem, potrącisz mi to z pensji. - Machnęła ręką.

- Przykre jest właśnie to, że nie mam czego. Poza uszkodzonym hydrantem nic nie znaleźli.

- Kpisz ze mnie? - Rysy dziewczyny nagle stwardniały. - Wystrzeliłam trzy magazynki, a tamci z trzydzieści. Nie mówiąc już o kilku trupach. Tu ukłon w stronę pana Smitha. Jego pierwsze zabójstwo w afekcie.

- Ktokolwiek to był, bardzo nie chciał pozostawić dowodów swojej porażki. - Alex pokiwał głową z zamyśloną miną. - W tym mieście kradzież samochodów to dochodowy interes. Pan Smith musiał zadrzeć z niewłaściwymi ludźmi i wpadł w zasadzkę. Nie sądzę, byśmy musieli się tym przejmować. Już tam nie wróci.

Gia przygryzła dolną wargę i przestała zwracać uwagę na Nicka, który na słowa "pierwsze zabójstwo" prawie spadł z siedzenia.

- Napiszesz raport? - spytał ją Alex.

- Tak.

Przez następne kilkanaście minut nikt nic nie mówił. Gia wyciągnęła z plecaka notebook i zaczęła w skupieniu stukać w klawiaturę. Alex natomiast zajął miejsce koło pilota. Nick poczuł, że zaczyna się uspokajać. Adrenalina opadła, mięśnie mu się rozluźniły, a myśli zwolniły tempo. Rozglądał się po kabinie i zastanawiał, do czego służy większość sprzętów. Przez podrapane szyby niewiele widział, dostrzegał tylko regularnie migające, hipnotyzujące oświetlenie helikoptera. Wydarzenia sprzed zaledwie godziny wydawały się szaloną halucynacją, a teraźniejszość - stanem między słodkim przebudzeniem a snem. Gdy ocknął się z nieplanowanej drzemki, z nieodgadnioną miną zawiesił wzrok na rudowłosej.

- Co robisz? - spytał, przechylając głowę jak szczeniak.

- Piszę raport z tego, co nam się dziś przydarzyło, a na co nie ma dowodów. - Zamknęła laptop i założyła nogę na nogę. - Moim zadaniem było cię odnaleźć. Co okazało się nie takie proste, bo jedyne informacje, jakie dostałam, to podejrzenie, że jesteś złodziejem samochodów - wyjaśniła, a gdy zobaczyła jego zmarszczone brwi i przymglony wzrok, zaczęła mówić wolniej i wyraźniej. - Później dowiedziałam się o domu dziecka i tam powiedzieli mi, gdzie można cię znaleźć. Potem...

Nie słyszał, co mówiła dalej. Poczuł, że zatykają mu się uszy i znowu zrobiło mu się niedobrze. Przełknął kilka razy głośno ślinę, która napłynęła mu do ust.

- Wieża, tu pięć... pięć... siedem... dwa... cztery. Czekam na pozwolenie na lądowanie na stanowisku numer piętnaście. - Z kabiny dochodził przytłumiony głos pilota.

- Tu wieża, podaj swoją wysokość i pozycję.

- Mam sto osiemdziesiąt dwa centymetry wysokości i siedzę z przodu po lewej - odparł zawadiacko pilot.

- Bardzo śmieszne, widzimy cię. Zezwalam na lądowanie.

- Dzięki, bez odbioru.

Maszyna szybko zaczęła obniżać lot, a przez okna można było zobaczyć pas startowy i kilka budynków o niskiej zabudowie. Nick przykleił się twarzą do szyby i natychmiast przeszło mu otumanienie.

To chyba jednak nie jest sen...

Maszyna lekko zetknęła się z ziemią. Gia złapała za dźwignię blokującą przesuwane drzwi helikoptera i mocno nią szarpnęła. Wiatr wdarł się do kabiny i znowu dało się słyszeć głośniejszy, nieprzyjemny dźwięk silników. Dziewczyna wyskoczyła i gestem przywołała Nicka.

Ciężkie buty uderzyły o płytę lotniska. Chłopak rozejrzał się po okolicy. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ale czuł się tu mile widziany, a to było dla niego całkiem nowe uczucie.

- Witaj w Międzynarodowej Agencji Ochrony Sieci.

?

Nie spał dobrze tej nocy. Był obolały i nie opuszczało go ciągłe poczucie strachu. Wciąż słyszał odgłosy strzałów, a przed oczami przesuwały mu się najgorsze scenariusze własnej śmierci. Obserwował człowieka ginącego pod kołami samochodu i siebie za kierownicą. I wciąż ten jeden powtarzający się motyw pojawiającej się znikąd rudej, uśmiechniętej dziewczyny.

Gdy otworzył oczy, sufit nie wyglądał ani trochę znajomo. Łóżko było miękkie i przestronne, nawet powietrze pachniało inaczej niż zwykle. To nie mógł być dom dziecka. Rozmasował zesztywniały, obolały nadgarstek.

Gdzie ja, do cholery, jestem?

Rozległo się głośnie pukanie do drzwi, a zaraz po nim ktoś, nie czekając na odpowiedź, wszedł do pokoju. Nick zobaczył falę rudych włosów.

- Dobrze spałeś?

- Nie. - Uniósł się na łokciach, nie odrywając wzroku od dziewczyny.

- Pamiętasz cokolwiek z naszej wieczornej rozmowy? - Oparła ręce na biodrach.

Zdezorientowany zaczął gramolić się z łóżka. Ze zdziwieniem odkrył, że spał bez koszulki. Nie pamiętał, żeby ją ściągał. Stwierdził z ulgą, że ma chociaż spodnie. Na ścianie przy drzwiach zauważył mały, dotykowy panel sterowania, po którym Gia przejechała kilka razy palcem. Urządzenia zapikało. Mechanizm otworzyły rolety i niemal całkiem ciemny pokój zalało popołudniowe światło. Nick przymrużył oczy i się skrzywił.

- Mówiłaś coś o tym, że zrobisz ze mnie Jamesa Bonda. Będę miał pieniądze, kobiety i szybkie samochody. I coś o tym, żebym ściągnął koszulkę, bo śmierdzi...

- Tak barwnie to ujęłam?

- Tak to zapamiętałem. - Podniósł z ziemi swój podkoszulek. - Miałaś rację z tą koszulką.

- W szafie masz trochę nowych ubrań, powinny ci pasować. Weź prysznic, mamy kilka spraw do omówienia.

Dopiero teraz przyjrzał się pokojowi, a raczej małemu mieszkaniu, w którym się znajdowali. Do niewielkiej sypialni z dużym, zabójczo wygodnym łóżkiem wchodziło się z pokoju dziennego połączonego z otwartą kuchnią, do której prowadził pojedynczy stopień. Dalej dostrzegł lekko uchylone, podwójne drzwi do łazienki, a za nimi szeroką wannę i murowany prysznic. Granitowa podłoga w zimnym odcieniu szarości była przyjemnie ciepła, gdy stanął na niej bosą stopą. W całości przeszklona, południowa ściana otwierała wspaniały widok na świerkowy las i ogromne jezioro. Całość miała nowoczesny i prosty wystrój. Dominowały odcienie czerni, bieli, szarości i piaskowego beżu, wykończone szkłem, drewnem i lustrami.

W szafie faktycznie znalazł kilka ubrań, wszystkie w rozmiarze "trochę za duże". Po szybkim prysznicu zastał Rudą siedzącą na kanapie. Rozpuszczone, bujne włosy o barwie rozszalałego płomienia delikatnie spływały jej wzdłuż ramion. Biała, obcisła koszulka bez rękawów kusząco opinała się na kobiecych kształtach. Jędrny biust, wąska talia i zgrabne biodra nie dawały oderwać od siebie wzroku, a wzrok Nick miał dobry. Zaczerwienił się, gdy założyła nogę na nogę w dopasowanych, czarnych spodniach. Delikatna i drobna budowa sugerowały kruchość, wręcz bezbronność i naiwność młodej kobiety. Jej wygląd zewnętrzny zupełnie nie pasował do karcącego spojrzenia błękitnych oczu. Otrząsnął się i przestał tak nachalnie się w nią wpatrywać.

Ruda, bawiąc się jego okularami, gestem poprosiła, żeby usiadł obok niej.

- Zostawiłeś wczoraj w helikopterze. - Podała mu je, a gdy Nick dotknął jej dłoni, przeskoczyła między nimi iskra. - Na szafce leży twój elementarz. Masz tam nowe dokumenty, dowód osobisty, paszport, prawo jazdy na wszystkie kategorie, legitymację i pewnie kartę seniora. - Głos miała miękki i wzbudzający zaufanie. Chłopak starał się skupić na znaczeniu jej słów.

- Po co mi to? - spytał zdezorientowany.

- Będziesz miał zniżki na kawę.

- Po co to wszystko?

- Dokumenty są na nazwisko, które miałeś. Jest tak powszechne i nudne, że samo w sobie jest przykrywką - kontynuowała, ignorując jego pytanie. - Tu masz telefon komórkowy i kilka ważnych numerów, naucz się ich na pamięć. W teczce masz plany całej Agencji. Minie trochę czasu, zanim przestaniesz się gubić. Teraz jesteśmy w sektorze E, o tutaj, "część mieszkalna".

Sektor A: szpital, sektor B: sale treningowe, sektor C: laboratorium, biuro, lotnisko, strzelnica... - czytał zakłopotany.

- Co to ma być?

- A tu masz pozostałe dane, numer konta bankowego, fałszywą metrykę urodzenia, rozpiskę treningów, kilka haseł dostępu i inne drobiazgi.

Zaczął wertować podane mu dokumenty, pisma i plany. Jedna strona wydała mu się niezrozumiała.

- Co to jest "saldo bieżące"?

- Dostępne środki.

- Ale to jest kwota czy numer telefonu? - Nie wierzył w to, co widział.

- To budżet, którym dysponujesz jako jeden z nas.

Wziął głęboki oddech. Niczego nie rozumiał, miał tyle pytań, a nie uzyskał jeszcze żadnej odpowiedzi. Serce zabiło mu szybciej.

- Jeden z nas - powtórzył jej słowa. - Czyli kto? Dlaczego mnie tu sprowadziłaś?

Tym razem to ona wzięła głęboki oddech. Zwlekała z odpowiedzią.

- Gdybym powiedziała, że to nie z powodu twoich pięknych oczu, to bym skłamała. W domu dziecka na pewno nikt tego nie zauważył, ale pewnie czułeś, że jesteś nieco... inny niż wszyscy.

Nick spojrzał na swoje szczęśliwe okulary przeciwsłoneczne, z którymi nigdy się nie rozstawał.

- Tak, chodzi o twoje oczy, które nie są normalne. - Rozwiała jego wątpliwości. - Są wynikiem pewnej anomalii w genotypie, pojawienia się dodatkowego genu, którego nie mają inni ludzie. Najczęściej gen ujawnia się między trzynastym a siedemnastym rokiem życia, rozpoczyna fizyczne, a czasem i psychiczne zmiany w organizmie. U ciebie twój Talent jest, powiedzmy, niewidoczny na pierwszy rzut oka. Zarówno ja, jak i moi przełożeni widzimy w nim duży potencjał.

- O co ci chodzi, ja tylko...

- Widzisz świat jakieś dziesięć razy wyraźniej niż przeciętny człowiek. Podejrzewamy, że masz lepszy wzrok niż jakakolwiek istota na świecie. Prostym dowodem jest choćby twoja wrażliwość na światło. - Wiedziała o nim więcej niż on sam. - Oczy są tak wysoce rozwinięte, że światło postrzegasz dużo jaśniej niż wszyscy. To umiejętność, która, odpowiednio wykorzystana, może pomóc wielu ludziom. Tym się właśnie zajmujemy. Werbujemy takich jak ty, tłumaczymy, kim są, uczymy ich korzystać z Talentów i je rozwijać.

- Tak bezinteresownie? - Zbyt wiele razy w życiu wpakował się w tarapaty, by teraz być nieostrożnym.

- Oczywiście, że nie. - Uśmiechnęła się wyzywająco. - Odkąd zgodziłeś się wsiąść ze mną do helikoptera, wiąże cię klauzula poufności. Złamanie jej grozi śmiercią - powiedziała bardzo poważnym głosem.

- To nie do końca była moja decyzja, a na pewno nie świadoma. - Poczuł się lekko zaszczuty.

- Fakt, ale taką mam pracę. Może to nie do końca uczciwe posunięcie, ale gdybym nie postawiła ci wtedy ultimatum, moglibyśmy nie mieć okazji przeprowadzić tej rozmowy.

Nick wstał z kanapy i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Spojrzał jej w oczy. Usłyszał kiedyś w telewizji, że im piękniejsza jest dziewczyna, tym więcej zwiastuje to problemów. Gia zdawała się być esencją tego stwierdzenia. Po prostu nie wierzył w to, co mu się przytrafiło.

- Jeśli zgodzisz się wstąpić w nasze szeregi, to wszystko będzie twoje - podjęła, gdy milczał. - Będziesz się uczył, rozwijał, uczciwie zarabiał. Nie chcę cię zwodzić, to nie będzie łatwe ani bezpieczne życie. Agencja działa w absolutnej tajemnicy przed światem. To wymaga wielu wyrzeczeń i poświęceń. Może nie dasz rady, ale nie masz nic do stracenia. - Zastukała paznokciami w oparcie kanapy. - Koniec domu dziecka. Z twoich akt znikną wszystkie przewinienia i kradzieże, wreszcie mógłbyś znaleźć swoje miejsce w świecie.

Jak miał jej powiedzieć, że to wszystko przypominało sen? Że każde dziecko z bidula marzy, żeby okazać się kimś wyjątkowym, lepszym od innych, wybranym przez los? Sam też długo o tym fantazjował, aż w końcu stracił nadzieję. Chciał wziąć sprawy w swoje ręce, a nie tracić czas na myślenie o rzeczach, które nigdy się nie spełnią. I nagle to wszystko, o czym już prawie zapomniał, siedziało przed nim i było reprezentowane przez dziewczynę z wyzywającym uśmiechem.

- Boże, czy ja na to wszystko kiedyś zasłużę? Odpracuję?

- Zależy, jak wysoko cenisz ludzkie życie.

Spojrzał na nią pytająco.

- Gdy już będziesz gotowy, do twoich obowiązków będzie należało ratowanie innych, a być może poświęcenie siebie. - Spoważniała. - Według ciebie jest to wystarczająca kwota? Nie do wszystkich Utalentowanych jesteśmy w stanie dotrzeć, nie wszyscy chcą z nami współpracować. Bywają i tacy, którzy myślą, że skoro mają Talent, to są lepsi od zwykłych ludzi. Nie odpowiada im życie w tajemnicy, próbują dojść do władzy, ujawnić się, zdemaskować nas. Jest mnóstwo problemów, z którymi musimy się mierzyć. Pytanie brzmi: czy chcesz stać się częścią tego wszystkiego?

- A czy ja w ogóle mogę odmówić...? - spytał, niepewny, czy chce znać odpowiedź.

- Możesz. Nie jesteśmy bezwzględni. Nie każdy się do tego nadaje. Wielu Utalentowanych wie o Agencji, ale nie przyłączyło się do nas. Żyją normalnie, mają rodziny, zwykłą pracę. Warunkiem jest jednak milczenie. Część z niezwerbowanych to nasi informatorzy. Dzięki takim ludziom natrafiliśmy na twój ślad. Jeszcze inni powoływani są tylko w sytuacjach kryzysowych.

- Ilu jest takich jak my? Znaczy, jak ty to mówisz...?

- Utalentowanych - przypomniała. - Nie wiemy dokładnie. Wiadomo tylko, że gen ma szansę ujawnić się w co piątym pokoleniu, więc jesteśmy w mniejszości. Ciągle werbujemy nowych adeptów, ale trudno ich odnaleźć i do nich dotrzeć. - Wzięła do ręki mapy, które mu wcześniej wręczyła, i wskazała sektor mieszkalny. - W naszym oddziale znajduje się stu trzydziestu ośmiu stałych mieszkańców. To ci z nas, którzy poświęcają tej pracy większość życia i dla których to miejsce jest domem. - Jej ciepły uśmiech świadczył o tym, że jest jedną z takich osób. - Pozostali Agenci mają jeszcze resztki prywatnego życia. Naszej Agencji podlega teren większości Europy i jest jedną z ośmiu takich na świecie.

- Czyli ty też jesteś Utalentowana?

- Tak.

- I też widzisz tak dobrze jak ja? - dopytywał.

- Nie. Talent to cecha indywidualna, mam inne zdolności - ucięła temat. - Chciałbyś poznać pozostałych? - Rzuciła plany na szafkę obok, wstała i przeciągnęła się rozkosznie.

- Myślałem, że najpierw muszę podjąć decyzję co do mojej przyszłości.

- Cyrograf podpiszesz później. - Machnęła ręką. - Wiem, że potrzebujesz czasu, żeby to wszystko przemyśleć.

Co do tego miała rację. Co do wszystkiego miała rację. Musiał to przemyśleć. Początkowo chciał odmówić i zignorować informacje, które później mogą sprowadzić na niego kłopoty. Setki razy doświadczał tego na ulicy. Ktoś wiedział za dużo, a potem znikał i nigdy nie wracał. Pewnych rzeczy lepiej nie słyszeć lub udawać, że się nie słyszy, tak jest bezpieczniej. Bezpieczniej? Poczuł się jak tchórz. Niewielu dostaje przecież taki prezent od losu. Może to duma albo zwykła ciekawość, ale pewna cząstka w nim sprawiała, że chciał dowiedzieć się więcej. Może to intuicja, a może przeznaczenie.

Głęboki dekolt dziewczyny zdobił srebrny wisiorek z błękitnym kamieniem na środku. Nick zdał sobie sprawę, że wpatrywał się w niego i jego okolice już poprzedniego dnia. Oprzytomniał, gdy dotarło do niego, że zbyt długo nie podnosi wzroku do poziomu jej oczu. Przełknął głośno ślinę.

?

Korytarz nie odbiegał stylem od jego pokoju. Był szeroki, przestronny i elegancki. Przypominało to raczej drogi hotel niż pseudobazę wojskową. Rozglądał się, zafascynowany każdym szczegółem.

- Gdzie jest twój pokój? - spytał nieśmiało, zatrzymując się przy jednym z wyraźnie wyeksponowanych obrazów.

- Na końcu tamtego korytarza, zaraz koło pokoju Alexa.

Nie wiedział dlaczego, ale ta odpowiedź go dziwnie rozczarowała.

Obraz, na który zwrócił uwagę, przedstawiał mężczyznę w średnim wieku o szlachetnych rysach i ciepłym spojrzeniu. Z kieszeni jego granatowej marynarki wystawały gustowne okulary o oprawkach w kolorze miedzi, a na granicy policzka i brody widniała niewielka blizna. Z ciemnych oczu postaci z portretu biła mądrość i nuta ekstrawagancji. Lekko szpakowate włosy mężczyzna miał zaczesane na bok, a cała jego postawa wzbudzała respekt. Jednak Nickowi w obrazie najbardziej podobała się zdobiona rama.

- Co to za dziad?

- Ktoś, dzięki komu się tu znalazłeś.

Spokorniał i przepraszająco spojrzał na portret.

- Ups.

Skrzyżowała ręce na piersi.

- Nie powiesz mu, że nazwałem go dziadem, prawda? Wyrzucicie mnie za zniewagę? Kiedy go poznam? - Starał się śmiechem zatuszować gafę.

- To dla ciebie wielka strata, ale niestety nie zdołam was sobie przedstawić. - Ze smutnym uśmiechem patrzyła w oczy portretu. - To Richard Laurence, założyciel naszej Agencji. W zeszłym miesiącu minęło dwanaście lat, odkąd nie żyje. To był wielki człowiek.

Teraz naprawdę zrobiło mu się głupio.

- Przepraszam, nie chciałem.

- W porządku, skąd mogłeś wiedzieć. - Puściła mu oczko. - Pan Laurence był z wykształcenia genetykiem. Wyodrębnił i zbadał mutację, o której ci opowiadałam, udowadniając tym samym światu nauki, że posiadanie Talentu może być dziedziczne. To po prostu różnica w budowie DNA. Według najnowszych publikacji...

- Gia, nie rozumiem, co do mnie mówisz...

- Opuściłeś w szkole lekcje o genetyce? - Oparła ręce o biodra i zrobiła minę niezadowolonej nauczycielki.

- Ech, no wiesz, mogłem przegapić to i owo. Nie należałem do prymusów i trochę wagarowałem... - Wczuł się w rolę zakłopotanego ucznia.

- Wykształcenie zapewniłoby ci lepszą przyszłość.

- Musiałem jakoś zarobić na chleb, głodny mógłbym nie dożyć doktoratu.

Trafne. Skinieniem głowy przyznała mu rację i ciągnęła swoją myśl.

- Gdy Laurence kontynuował badania, zrozumiał, że jest odpowiedzialny za tych, których wyrwał z szeregu zwykłych ludzi. W jego mniemaniu to odkrycie przyniosło więcej szkody niż pożytku. Gdyby fakt posiadania przez nas genu wyszedł na jaw, bylibyśmy szykanowani. Laurence postanowił chronić Utalentowanych. Był wpływowym i szanowanym człowiekiem. Jego determinacja, upór i wiedza stworzyły to miejsce i filozofię, którą się kierujemy. Nie zdążył za życia skończyć dzieła, nie zakończył badań, nie udało mu się zamknąć wielu spraw, ale to, co stworzył, pozostało.

Nick pokiwał głową, niepewnie przestępując z nogi na nogę. Zebrał się w sobie i zadał pytanie, które męczyło go, odkąd to wszystko się zaczęło.

- Wczoraj na parkingu... Myślisz, że go zabiłem? Tego mężczyznę, który mi groził? - powiedział to powoli, a nieobecny wzrok miał skierowany w obraz Laurence'a.

- Postąpiłeś intuicyjnie, to było słuszne. - Głos jej spoważniał, nie patrzyła na Nicka. - Nie zadręczaj się tym, oni by się nie wahali. Zabiliby cię, a gdyby mieli taką możliwość, to również i mnie.

- To jest przecież nieludzkie.

- Nieludzkie jest wysyłanie zorganizowanej grupy uzbrojonych zabójców przeciwko jednemu chłopakowi. - Poprawiła grzywkę i ruszyła dalej wzdłuż korytarza. Podbiegł, żeby dotrzymać jej kroku.

- Słuchaj, może to głupio zabrzmi, ale myślę, że oni wiedzieli, że jestem... inny. Zanim jeszcze ja o tym wiedziałem.

Zatrzymała się.

- Owszem. Byli przygotowani, zastawili na ciebie pułapkę. Nie wiedzieli, czy nie jesteś już zwerbowany i przeszkolony. Wtedy mógłbyś im sprawić więcej problemów, dlatego działali nieco na wyrost. Na szczęście znalazłam cię w porę. Nie musisz dziękować.

- Więc chcieli mnie zabić, bo jestem taki jak ty? - Dotarło do niego, że mógł zginąć, nie mając pojęcia, z jakiego powodu. - Alex mówił, że to tylko szajka złodziei.

- Nie chciał cię wystraszyć. Najprawdopodobniej należeli do niebezpiecznej grupy, która wzięła sobie za punkt honoru wyeliminowanie Utalentowanych. Publicznie nazywają się Kościołem Nowej Ery. Pewnie o nich słyszałeś, co chwila wspominają o nich w telewizji.

Oczywiście, że słyszał. Religia zawsze była ważną częścią tego kraju, choć Nick nigdy nie miał potrzeby klepania rymowanek w ociekających złotem świątyniach, gdy sam chodził umorusany i z burczącym brzuchem. Kościół Nowej Ery stanowił odłam kościoła katolickiego i mimo że był bardzo młodym wyznaniem, szybko zdobył poparcie wśród ludzi. Zasady Kościoła Nowej Ery były mniej wymagające za życia i jeszcze więcej obiecywały po śmierci. Dla Nicka była to religia jak każda inna, ale nigdy nie zauważył w jej wyznawcach niczego niezwykłego. Jak wszyscy co jakiś czas grozili końcem świata, zapowiadali wielkie zmiany i zbawienie dla wiernych.

- To zwykła sekta - kontynuowała Ruda. - Nie pasujemy do ich idealnej wizji świata, więc próbują się nas pozbyć. Tak jakby Talent miał być zaprzeczeniem istnienia ich Boga. A że Bóg nie odpowiadał na ich modlitwy, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.

Najwyraźniej Gia miała wyrobioną opinię na temat wspomnianej sekty i gotowy plan działania - traktować ich z wzajemnością.

- Ale nie martw się. - Jej głos złagodniał. - Tutaj nic ci nie grozi, jesteś wśród swoich.

Do głowy chłopaka napłynęło zbyt wiele informacji jak na jedno popołudnie. Poczuł znajome ssanie w żołądku.

Poza niewielkim aneksem kuchennym, który przynależał do każdego pokoju, na parterze znajdowała się również ogromna kuchnia z jadalnią, gdzie cztery razy dziennie wydawane były posiłki. Nick po raz pierwszy od dawna najadł się do syta. Załapał się nawet na solidny kawałek czekoladowego ciasta. W domu dziecka słodycze stanowiły prawdziwy rarytas i nigdy nie smakowały tak dobrze. Gia, jak chyba wszystkie kobiety na świecie, podłubała w swoim talerzu niczym wróbelek. Nazwanie tego posiłkiem stanowiłoby znaczne nadużycie, a dla Nicka było to po prostu wkurzanie żołądka.

Resztę dnia spędzili na rozmowach w pokoju chłopaka. Gia chciała go poznać, sprawdzić, dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Jeżeli faktycznie miał zostać jednym z adeptów, musiała poręczyć za jego predyspozycje. Zrobili małe przemeblowanie, żeby lokum nabrało charakteru właściciela i przestało przypominać hotelowy apartament. Zaskakująco długo Ruda musiała mu tłumaczyć, jak działa panel sterowania przy drzwiach. Urządzenie pozwalało regulować oświetlenie, temperaturę i wilgotność powietrza. Dzięki niemu można było opuszczać i podnosić rolety w oknach, sterować muzyką i łączyć się z innymi pokojami przy pomocy kamerki. Mimo że część mieszkalna Agencji stanowiła prywatną strefę, panele były bezpośrednio połączone z głównym komputerem w centrali. Szczegóły zadań i plany misji przesyłano do pokoi, co pozwalało na szybką reakcję.

Dziewczyna przedstawiła mu również system alarmowy: zielony alarm - "masz przydzielone zadanie, zapoznaj się z przesłanymi informacjami", pomarańczowym alarm - "zadanie specjalne, zapoznaj się z przesłanymi informacjami i skontaktuj z dowództwem", czerwony alarm, czyli to, co wszystkim śni się po nocach - "stan wysokiego ryzyka, jesteś potrzebny natychmiast!". Ten sam system znajdował się również w telefonach komórkowych. Jednak do czasu, aż Nick zostanie przeszkolony, nie obowiązywał go żaden z alarmów, więc mógł spać spokojnie.

Przez stukanie w panel chłopak ustawił temperaturę w pokoju na minus osiemnaście stopni, a dodatkowo wciąż wpatrywał się w dekolt dziewczyny, więc Gia odmówiła dalszego uczenia go i rzuciła w niego instrukcją obsługi.

Nick miał tej nocy wiele do przemyślenia, jednak kiedy w końcu zasnął, spał spokojnie.

?

Gia spędziła ten wieczór w sposób, który irytował ją ponad wszystko. Papierkowa robota była tą częścią jej pracy, od której migała się, jeśli tylko mogła. Dziewczyna siedziała na dużej kanapie z laptopem na kolanach. Obok niej leżała sterta dokumentów, na których rozłożył się wielki, czarny kocur. Teraz był pogrążony we śnie. Gia ani myślała zrzucać go z papierów. Trzeba mieć w życiu priorytety, a raport dla Alexa nijak się miał do kociej drzemki. Do dziś nie mogła uwierzyć, że Alex dał się namówić na obecność futrzaka. Jako jej opiekun musiał wyrazić na to zgodę. Posiadanie zwierząt w Agencji było niezgodne z przepisami, ale gdy wysłuchał krzyków Rudej na temat jego obsesji na punkcie przepisów, był gotów na wszystko, byle nie dać jej argumentów na potwierdzenie tych słów. Więc w drodze wyjątku i ze względu na niedużą szkodliwość społeczną - sierściuch został.

Usłyszała odgłos gotującej się wody. Powoli wstała, odłożyła laptopa na niski stolik i przeszła do kuchni zalać herbatę. Szmery zmusiły kocura do przerwania drzemki i sprawdzenia stanu miski - była pełna, więc należało upomnieć się o więcej. Zamiauczał przeciągle, patrząc na dziewczynę zaspanymi ślepiami.

- Skoro wstałeś, to będę to musiała dziś skończyć. - Spojrzała na niego z wyrzutem. - Zdrajca.

Kocur widząc, że nie wyprosi dodatkowej przekąski, zamiauczał ponownie i zawrócił w stronę kanapy, dając dziewczynie do zrozumienia, że ma ją w nosie.

Nie wypiła połowy herbaty, a raport i inne dokumenty były już względnie gotowe do przekazania ich dalej. Spojrzała na zegarek.

Na pewno jeszcze nie śpi.

Z kubkiem w ręku przeszła przez pusty korytarz do drzwi najbliższych jej pokojowi. Weszła do środka.

- Jest trzecia w nocy, czemu jeszcze nie śpisz? - spytał mimochodem, choć znał odpowiedź. Uniósł szare oczy ponad ekran.

Z westchnieniem usiadła obok Alexa na kanapie. Dokumenty porozrzucane po całym pokoju, cicha muzyka, laptop, półmrok w całym mieszkaniu. Alex spędzał tę noc tak samo jak ona. No, może bałagan w jego kuchni był większy.

- Przesłałam ci te papiery.

- Właśnie widzę. - Zastukał kilka razy w klawiaturę. - Tylko tyle?

- Więcej grzechów nie pamiętam. - Podała mu kubek z herbatą. - Długo jeszcze będziesz siedział?

- Aż nie skończę. - Upił kilka łyków.

W takich chwilach Gia miała wyrzuty sumienia, że część jej pracy papierkowej spada na niego.

- Co o nim myślisz? O tym nowym, jak mu było? Nicku? - spytał, nie odrywając wzroku od laptopa.

- Sieroty bez perspektyw to prosty cel do zwerbowania. Nie przepuści takiej okazji, za bardzo boi się wrócić do śmieci, z których go wyciągnęliśmy. - Położyła skrzyżowane nogi na niskim stoliku i leżących na nim dokumentach. - Nie ma nic do stracenia, przyłączy się do nas.

- Nie wątpiłem, że go przekonasz. Zastanawiam się tylko, czy się nada. - Dopił resztkę jej herbaty.

- Jest bystry i szybko się uczy. Kiepskie życiowe początki obniżają oczekiwania, więc trudny tryb życia nie powinien go zniechęcić. Zdążył już swoje przejść, trzeba go tylko zahartować. - Przygryzła dolną wargę.

Alex zawiesił na kilka sekund dłonie nad klawiaturą, po czym zamknął laptopa i zwrócił się w jej stronę.

- Zaraz, zaraz, rano mówiłaś, że cię irytuje i jest zadufany w sobie, więc skąd ta zmiana podejścia?

- Jedno drugiego nie wyklucza. - Na twarzy pojawił się jej popisowy, wyzywający uśmiech. - Rano mówiłam to, co o nim myślę, teraz mówię to, co musisz usłyszeć. Nick jest inteligentnym chłopakiem, tylko świetnie się z tym ukrywa. Po prostu potrzebuje dobrego treningu.

Mężczyzna rozmasował sobie kark.

- Chcesz wina? - spytał, wstając z kanapy.

Kiwnęła głową. Po chwili wrócił z napoczętą butelką czerwonego wina i dwoma kieliszkami. Siedzieli chwilę w ciszy, a on rozmasowywał starą bliznę na kolanie.

- Wolę wytrawne - przerwała ciszę, kołysząc kieliszkiem.

- Chyba dostałem je od ciebie.

- Skoro tak, to jest świetne. Mam wspaniały gust. - Stuknęli się kieliszkami.

Wspólnie wieczory były dla nich odpoczynkiem, nawet gdy mieli dużo pracy.

- Widzę, że chcesz mi o czymś powiedzieć. - Czuł, że lampka wina to nie jedyne, po co tu przyszła.

Zwlekała z odpowiedzią, myśląc, czy dolać sobie jeszcze alkoholu. Nie musiała - on to zrobił, uzupełniając przy okazji i swój kieliszek.

- Chcę go przyłączyć do startującej w tym roku grupy adeptów - powiedziała jednym tchem.

Alex pawie się zadławił, poklepała go kilka razy po plecach.

- Do tegorocznej grupy? Tej, która startuje za tydzień? Do tej grupy, która już jest wstępnie przeszkolona, przebadana i przekonana, że będzie z nami współpracować? - wydusił z siebie, kaszląc jeszcze kilka razy.

- Tak, co w tym dziwnego? W innym wypadku będzie musiał czekać rok albo dwa na start nowej grupy. Nie widzę powodu, dla którego mamy marnować przy nim tyle czasu. Niech idzie za ciosem i ruszy z treningami.

- A co on o tym myśli?

Upiła łyk wina.

- Chciałam postawić go przed faktem dokonanym.

Odetchnął głęboko. Wstał i zaczął powoli chodzić po pokoju, myśląc intensywnie.

- To będzie wymagało sporo pracy i będzie trzeba przyspieszyć kilka spraw - mówił bardziej do siebie niż do niej.

Uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że Alex nie lubi marnować czasu. To była ich wspólna odpowiedzialność, jej głos w tej sprawie był tak samo ważny jak jego, ale chciała wiedzieć, co on o tym sądzi. Wrócił na kanapę i tak jak ona położył nogi na stole.

- Dobrze, jeżeli Nick będzie czuł się na siłach, a przełożeni na to przystaną, to masz moją zgodę.

To właśnie chciała usłyszeć.

- Skąd ten pośpiech? Może byłoby lepiej, gdyby miał trochę czasu na oswojenie się z nowym życiem i na obycie z sytuacją.

- Intuicja.

?

Obudziło go jasne, poranne światło świecące prosto w oczy. Naciągnął pościel na głowę i jęknął z niezadowoleniem.

- Dlaczego ten durny panel nie zasłonił rolet? - spytał swoją poduszkę. Nie odpowiedziała.

Usiadł na łóżku i rozejrzał się po mieszkaniu. Uśmiechnął się mimowolnie i poczuł ulgę, że wciąż jest w miejscu, które powoli zaczął traktować jak dom. Dom... to brzmiało dla niego zupełnie abstrakcyjnie, ale tym właśnie będzie dla niego Agencja, jeśli zdecyduje się zostać. Właśnie, czy powinien zgodzić się na współpracę? Ta myśl nie dawała mu spokoju.

Nie za bardzo wiedział, co ma teraz ze sobą zrobić. Podszedł więc do panelu przy drzwiach i zaczął stukać w ekran.

- Który ona miała numer pokoju? Wczoraj gdzieś tu mignął mi spis mieszkańców. - Na ekranie pojawiła się długa lista pokoi i przypisane im nazwiska. - Mam.

Po przebrnięciu przez pusty korytarz zapukał dwa razy w ciężkie, drewniane drzwi, a te otworzyły się samoistnie. Do jego uszu doszła głośna muzyka.

Lokum Rudej było lustrzanym odbiciem jego mieszkania, ale w porównaniu z pokojem Nicka nie dało się przeoczyć, że ktoś tu od dawna mieszka. W głównym pomieszczeniu przy oknie zawieszono drążek treningowy, a na nim wisiała do góry nogami Gia. Miała na sobie króciutki top treningowy i obcisłe spodenki do pół łydki. Z wysoko upiętego koka na czubku głowy uciekały niesforne kosmyki.

Szczęka Nicka opadłaby na parter, gdyby tylko mogła. Nigdy nie widział tak idealnego ciała. Jej napięte mięśnie delikatnie, choć widocznie odznaczały się na płaskim, odsłoniętym brzuchu. Była zgrzana, ćwiczyła. Cienki materiał spodni podkreślał silne uda, nie pozostawiając zbyt wiele młodzieńczej wyobraźni. Chłopak poczuł, że się rumieni. Na jej rozgrzanym ciele dostrzegł blizny, wiele blizn. Jedna, widoczna na przedramieniu, ciągnęła się aż do łokcia, kilka drobniejszych widział na boku i nad pępkiem. Tuż nad lewą piersią - która w pozycji do góry nogami bardzo chciała uciec ze sportowego stanika - widniała największa blizna, dokładnie w miejscu serca. Pomimo tych licznych śladów świadczących o trudnej przeszłości, dziewczyna była po prostu piękna.

- Wycisz dźwięk! - powiedziała, przekrzykując muzykę, i skrzyżowała spojrzenie z Nickiem.

Panel zapikał, a głośna melodia natychmiast ucichła. Gia zeskoczyła zgrabnie z drążka, podniosła z parapetu biały ręcznik i powiesiła go sobie na karku.

- Nie wiedziałem, że tak się da - wyjąkał. - Znaczy, mam na myśli panel. Nie wiedziałem, że da się nim sterować głosem.

- A przeczytałeś instrukcję, którą ci dałam? - Uniosła brew.

Uznał, że czytanie instrukcji to strata czasu. Może dlatego rano rolety nie były zasłonięte? Dlaczego jej obecność sprawiała, że zawsze czuł się jak idiota?

- Przejrzałem, ale fabuła była nudna. - Wyszczerzył zęby. - Przeszkadzam ci? Może wrócę, jak skończysz?

- Skończyłam. - Miała aksamitny i szlachetny głos delikatnie zabarwiony akcentem.

Poprawiła ręcznik, zasłaniając bliznę nad piersią. Nick uciekł wzrokiem, udając, że tego nie zauważył. Rozbawił ją swoim zakłopotaniem.

- Blizny i tak nie są najgorsze. W tym fachu trzeba się z nimi liczyć. Ale nie wstydzę się ich.

I co miał jej na to odpowiedzieć? I tak jesteś przepiękna, bo masz wspaniałe ciało? Bo onieśmielasz samym spojrzeniem? Zamrugał kilka razy, bo zdał sobie z czegoś sprawę.

- Czekaj, wczoraj patrzyłem na twoje... - Tak bardzo chciał wymazać początek tego zdania. - Wczoraj zupełnie nie zauważyłem tych blizn - poprawił się i zaklął soczyście w myślach.

- To sztuczka. Są sytuacje, w których nie mogą być widoczne i trzeba je zakryć - wyjaśniła. - Nakłada się na nie specjalną substancję w kolorze skóry. Niestety to nieco trwa, więc nie robię tego codziennie. Tu i tak nikogo nie dziwią moje blizny.

- Muszą się z nimi wiązać nieciekawe wspomnienia... - Spojrzał w jej błękitne jak okruch lodu oczy.

To nie był czas ani miejsce na rozmowy o przykrych konsekwencjach życia w Agencji. Gia nie należała do osób, które lubią rozpamiętywać swoje porażki, a tym bardziej się nimi dzielić.

Telefon Rudej zaćwierkał. Przeczytała wiadomość.

- Idę pod prysznic, a potem mam kilka spraw do załatwienia. Pójdziesz ze mną. - Te słowa zabrzmiały jak rozkaz. - Przy okazji przedstawię cię kilku osobom.

?

W podziemiach Agencji istniał system korytarzy łączący wszystkie budynki, jednak do tych, które były do siebie najbardziej oddalone, najłatwiej było dostać się samochodem, jadąc na powierzchni. Gia prowadziła - jechała szybko i bardzo ostro. Co prawda Nick niedawno dowiedział się, że jest Utalentowany, ale nikt nie wspomniał mu o nieśmiertelności, więc - choć wcześniej prawie nigdy tego nie robił - uznał, że zapięcie pasów jest całkiem dobrym pomysłem.

Teren wokół części mieszkalnej był piękny, zadbany i pokryty bujną roślinnością, jednak im dłużej jechali, tym widoki stawały się surowsze. Nick rozpoznał to miejsce. Był tu tego pamiętnego pierwszego dnia. Z okna helikoptera widział wtedy zabudowania i kilka pasów startowych. W środku nocy i pod wpływem emocji nie wyglądały one tak okazale. Niskie budynki okazały się być wcale nie niskimi hangarami. Zmierzali w stronę jednego z nich - tego z napisem "15". Za rozsuniętymi stalowymi drzwiami znajdowało się ogromne pomieszczenie, wewnątrz którego stało wiele samolotów i śmigłowców. Nick w jednej części zauważył sprzęt do napraw, a w innej śmigłowce ratunkowe i tankowce powietrzne. W segmencie naprawczym panował hałas i krzątało się sporo osób, a w powietrzu unosił się zapach spawanego metalu i smaru. Podeszli do znajomego helikoptera.

- Czy ktoś może mi podać musztardę? - To zdanie jakoś wyjątkowo nie pasowało Nickowi do atmosfery tego miejsca.

Na zagraconym stoliku pod ścianą, między śrubami, kluczami i imadłem faktycznie stała musztarda. Gia wzięła ją do ręki i wrzuciła przez przesunięte drzwi maszyny, skąd dobiegała prośba.

- Dzięki! - odpowiedział ktoś z pełną buzią.

W końcu z kabiny wypełzł pilot helikoptera. Wysoki mężczyzna po trzydziestce miał na sobie czarno-szary kombinezon upaprany musztardą. W lewej ręce trzymał kanapkę, a w drugiej wojskową torbę, którą zarzucił sobie na ramię. Wyskoczył z maszyny.

- Cześć, piękna, jak tam praca z nowym? Zdecydował się już? - Mężczyzna z szelmowskim uśmiechem podszedł do Rudej i podał jej rękę, uprzednio wycierając ją w kombinezon.

- Jeszcze nad nim pracuję. - Dziewczyna rzuciła okiem na Nicka.

Pilot przeczesał włosy palcami i podszedł do chłopaka. Dopiero teraz Nick skojarzył mężczyznę z nastroszoną czupryną, który był pilotem w dniu jego zwerbowania.

- Witaj, dzieciaku. Jestem Ray Santos.

- Cześć. Nick jestem. - Wyszczerzył zęby, a jego wzrok wciąż uciekał w stronę potężnego helikoptera bojowego. - Co za wspaniała maszyna...

Pilot śmigłowca zmarszczył brwi i złapał chłopaka za ramię.

- Już cię lubię. Nadasz się na jednego z nas, ja do takich jak ty mam nosa, i to nie gorszego niż nasza śliczna Gia. Jak ci się podobał lot? Ładne cacuszko, prawda? - Ray spojrzał z teatralnym wzruszeniem na maszynę, przed którą stali.

- To było świetne, ale chyba wolę jednak trzymać się ziemi i czterech kółek... Albo przynajmniej wsiadać, zanim wystartujesz.

- Miałeś cykora? Latanie nie jest niebezpieczne, niebezpieczna jest kraksa - odparł Ray z pełnym przekonaniem w głosie i gębą pełną kanapki. Przełknął ostatni kęs, a z kieszeni wyciągnął napoczętą paczkę papierosów. Wysunął jednego i zaczął obszukiwać pozostałe kieszenie. - Niestety, jak na razie moje maleństwo musi pobyć w naprawie - ciągnął dalej. - Oberwaliśmy dziś w nocy, padła cała elektronika. Musiałem lądować na czuja. - Gdziekolwiek kryła się zapalniczka, na pewno nie było jej w żadnej z dziurawych kieszeni. Pilot odetchnął ciężko i potulnie uśmiechnął się do Rudej. - Mogłabyś?

Niechętnie kiwnęła głową i zatarła dłonie. Wyciągnęła rękę w stronę papierosa. Opuszkiem palca dotknęła końcówkę i w tym samym momencie Nick dostrzegł drobną iskrę nad jej dłonią. Powietrze wokół dziewczyny zawibrowało, a rude włosy leciutko zaczęły się unosić. Nick miał wrażenie, że widzi bladą aurę dookoła jej sylwetki. Czuł, że na całym ciele dostaje gęsiej skórki.

Przymknęła oczy.

Nie mógł oderwać wzroku od minimalistycznego widowiska. Wrząca iskra rozgrzała tytoń do czerwoności. Nie wiedział, ile to trwało, ale w ułamku sekundy wszystko ustało. Ray przyłożył papierosa do ust i zaciągnął się gęstym dymem, a z porażonej końcówki posypał się szary popiół. Ruda rozmasowała dłoń. Nick zorientował się, że przez ostatnie sekundy zapomniał o oddychaniu. Wypuścił głośno powietrze i wziął kilka przyspieszonych oddechów.

Talent! Nick niemal całkiem o tym zapomniał!

- Więc to jest twoja umiejętność?! - krzyknął z przejęciem.

- Żywa zapalniczka?

- Prąd! Ha! To świetne! Nie wiedziałem, że Talent może być taki... bezpośredni! Jak ty to robisz? - Podbiegł do niej i zaczął się jej przyglądać, jakby była ósmym cudem świata.

- Właściwie na takiej samej zasadzie, na jakiej ty widzisz rejestracje samochodów z kilkunastu kilometrów - odpowiedziała spokojnie i lekko zwiększyła dystans między nimi. - Choć Talenty z grupy żywiołów są trudniejsze do opanowania i mogą być bardziej... destrukcyjne.

- Potrafisz rzucać błyskawicą?

- Zgłupiałeś? Oglądasz za dużo filmów. Mój Talent nie jest tak potężny. Żeby wyzwolić energię eklektyczną, muszę dotknąć obiektu lub być bardzo blisko niego, a i tak napięcie szybko spada. - Wyglądała na zakłopotaną, założyła kosmyk włosów za ucho.

- Ej, ja tu wciąż jestem. - Ray pomachał ręką i wskazał na siebie, żeby zwrócić ich uwagę. - Wypytywanie kogoś o Talent uchodzi za niekulturalne, jakbyś komuś zaglądał do szuflady z gaciami. - Szturchnął Nicka, przerywając niezręczny temat. Spojrzał porozumiewawczo na Rudą. Odpowiedziała wymuszonym uśmiechem.

- A jaki jest twój Talent? - Nick zwrócił się do Raya, zupełnie ignorując nowo poznaną zasadę savoir-vivre.

Ruda uniosła lekko brew, a Ray pacnął się w czoło.

- Jak to jaki? Spójrz na mnie. Sztywne ruchy, śmierdzę smarem i jestem pilotem. - Tu zrobił dramatyczną pauzę. - Zamieniam się w transformera.

Nick stał z szeroko otwartymi oczami i już chciał coś powiedzieć, ale Ray go uprzedził, wybuchając śmiechem. Chłopakowi zrobiło się głupio.

- Żartuję sobie z ciebie - wyjaśnił, gdy się trochę uspokoił. - Pośród tych wszystkich Utalentowanych ludzi, których możesz tu spotkać, akurat ja jestem prosty jak budowa cepa i wybitnie niezdolny.

- Poza tym, że potrafi latać wszystkim, co człowiek wybudował, i jest jednym z naszych najlepszych pilotów, to fakt, nie jest Utalentowany - dodała Ruda.

Okazało się, że żeby dołączyć do Międzynarodowej Agencji Ochrony Sieci, wcale nie trzeba urodzić się z dodatkowym genem. Raymond Santos, tak jak jego ojciec i dziadek, należał do grona najznamienitszych pilotów wojskowych. Kilka lat temu, gdy Ray przez przypadek stał się świadkiem popisów jednego ze swoich Utalentowanych i bardzo pijanych dowódców, po interwencji Agentów został wtajemniczony w życie Agencji. Kiedy władze zaproponowały mu stanowisko pilota najbardziej elitarnych oddziałów, Ray skuszony przygodami i lepszą płacą odszedł z wojska i stał się tym, kim jest teraz - jednym z najlepszych pilotów na świecie.

Przejmowanie przez Agencję dobrze zapowiadających się żołnierzy stało się częstym procederem. Nawet jeśli żołnierz nie był Utalentowany, mógł stanowić fantastyczne wsparcie dla oddziałów Agencji. Dla wtajemniczonych służb wojskowych było jasne, że Agencja stanowi najpotężniejszą odnogę militarną, w dodatku jest całkowicie niezależna. Waśnie to czyniło ich tak skutecznymi i zarazem tak niebezpiecznymi.

- To dokumenty, o które prosiłaś. - Ray zwrócił się w stronę Rudej i wyciągnął z torby kilka wygniecionych kartek. Gia zaczęła je przeglądać. - Idziesz dziś na salę?

Dziewczyna uniosła wzrok znad papierów z fikuśnym uśmiechem na twarzy.

- Zepsułeś niespodziankę.

Nick niewiele rozumiał z toczącej się rozmowy, zwłaszcza że wymianę zdań zagłuszały startujące niedaleko śmigłowce.

Kolejne kroki skierowali w stronę jednego z największych budynków w okolicy. Na tym terenie atmosfera wydawała się bardziej oficjalna. Mijali ludzi ubranych w mundury, zabieganych, profesjonalnych i - co nie uszło uwadze Nicka - uzbrojonych.

Budynek z zewnątrz przypominał fortecę nie do zdobycia. Frontowa elewacja była niemal całkowicie przeszklona i wysunięta do przodu, a rzut budynku przypominał strzałę. Ciemne szyby osadzone w masywnych, metalowych ramach odbijały popołudniowe światło. Weszli od strony głównego, najbardziej reprezentacyjnego wejścia, do którego prowadził szereg wysokich na kilka metrów kolumn i marmurowe stopnie. Po przekroczeniu drzwi znaleźli się w przestronnym holu, którego centralne miejsce zajmowały podwójne schody, w górnej części rozchodzące się w przeciwne strony budynku. Wzrok samoczynnie się po nich wspinał, aby w końcu przeskoczyć na przeszklony sufit przypominający pajęczą sieć. Nick z zadartą głową przyglądał się architektonicznemu cudeńku. Przyłapał się również na tym, że szedł z lekko rozdziawioną buzią; otrząsnął się dopiero, gdy wpadł na jednego z przechodzących mężczyzn. Gia zdawkowo przywitała się z kilkoma osobami, po czym gestem dłoni skierowała Nicka w stronę jednej z wind. Wcisnęła przycisk i kabina zaczęła łagodnie jechać w dół.

- Nie chcę wyjść na mięczaka, ale zjada mnie stres. Powiesz mi, gdzie jesteśmy?

- To miejsce to nasza duma i chwała.

Winda zatrzymała się i zapikała, a srebrne drzwi rozsunęły się szeroko.

Szli mocno oświetlonym korytarzem, z którego co rusz odchodziły kolejne odnogi. Nick rozglądał się dookoła - to był istny labirynt. Minęli kilka wejść, do których prowadziły drzwi automatyczne. Przeszli przez jedne z nich. W niedużym pomieszczeniu przebywało kilka osób zajętych pracą przy potężnej konsoli. W niesamowitym skupieniu obsługiwali setki przycisków, kontrolek, monitorów i wskaźników.

Główna ściana była w pełni przeszklona i lekko wysunięta w stronę kolejnego, ogromnego pomieszczenia. To, co Nick zobaczył, zostało mu w pamięci na wiele następnych miesięcy. Poczuł narastającą ekscytację i przyjemny dreszcz, który jak fala przebiegł mu po kręgosłupie. Zrobił kilka kroków w stronę szyb. W sali, którą mógł obserwować z góry, trenowało kilku mężczyzn. Byli ubrani w czarne uniformy i uzbrojeni w pistolety małego kalibru. To jedyne, co Nick był w stanie określić, bo poza tym zdawał się panować zupełny chaos. Mężczyźni poruszali się zręcznie i wręcz nadludzko szybko - wyglądało to tak, jakby chcieli przedrzeć się przez umieszczoną na środku barykadę. Bardzo bliski tego był jeden z trenujących. Dobrze zbudowany, sprawny i niesamowicie zdeterminowany, jakby od tego zależało jego życie. Nick rozpoznał go po blond włosach, to był Alex.

Na trenujących spadł deszcz strzałów. Nick wstrzymał oddech, a gdy zobaczył i usłyszał wybuch na polu walki, to aż odskoczył od przeszklonej ściany. Popatrzały Rudej w oczy w poszukiwaniu jakichś wyjaśnień. Niewzruszona stała obok niego i obserwowała widowisko z równym zaciekawieniem jak on.

- To nasza główna sala treningowa. Jeden z najnowocześniejszych budynków na świecie. To, co widzisz, to kombinacja symulacji, hologramów, robotów i ruchomych przegród. Zachowane są wszystkie zaprojektowane warunki fizyczne, przeciążenia, wstrząsy, odgłosy, a nawet podmuchy czy zapachy.

Obserwowali, jak na pole walki wkradło się kilku uzbrojonych przeciwników, a jeden z nich ukrył się za wrakiem samochodu. Wycelował w Alexa. Nick chciał jakoś zareagować, krzyknąć, ostrzec go, ale Gia uspokoiła go gestem.

Alex rozbroił mężczyznę dwoma wprawnymi ruchami i przejął jego broń. Ruszył dalej w stronę barykady.

- Czy to niebezpieczne? - spytał Nick, nie odrywając wzroku od trenujących. - Przecież on mógł zginąć!

- Systemy zabezpieczeń są bezbłędne. W przypadku zagrożenia życia dana sekwencja zostaje wstrzymana. Dodatkowo nasi koledzy nad wszystkim czuwają. - Wskazała na mężczyzn siedzących przy konsoli.

- A te wystrzały?

- Nie są prawdziwe. Na podstawie kierunku i zasięgu broni wyliczana jest trajektoria lotu pocisku, a w miejscu trafienia wywołany konkretny efekt. W przydatku zbieżności trajektorii z ciałem trenujący dostaną komunikat o miejscu postrzału oraz informację, czy potencjalne obrażenia pozwoliłyby na kontynuowanie treningu. Oczywiście zdarzają się siniaki i otarcia, ale to niewielka cena za możliwość szkolenia w tak realnych warunkach.

Alex i dwóch innych trenujących zaczęli wspinać się na barykadę.

- To na przykład jest rozgrywka powstała na podstawie autentycznej misji sprzed ośmiu lat, ma bardzo wysoki poziom trudności. Masz szczęście, że akurat na to trafiłeś. - Gia z dumą spojrzała na blondyna. W tej samej chwili zarzucił on sobie na barki "rannego" przyjaciela, który w wyniku fikcyjnych ran nie mógł dalej kontynuować misji.

- Agenci po powrocie z akcji opisują swoje doświadczenia, a nasi programiści tworzą na bazie tego pełnowymiarowe symulacje, pozwalające uczyć się na nich innym.

Nick zapukał lekko w szybę, jakby się bał, że wstrząsy, które czuje z sali, rozkruszą ją na kawałki.

- Nie martw się, te szyby są całkowicie kuloodporne i dodatkowo pokryte warstwą tytanu. Nic nam nie grozi, nawet gdyby faktycznie coś poszło nie tak. - Uśmiechnęła się zaskakująco dziewczęco i uroczo jak na sytuację, w której się znajdowali. - Na sali umieszczono prawie trzy tysiące ruchomych kamer, wszystko jest nagrywane. Dzięki temu można poddać analizie swoje osiągnięcia i sprawdzić, jakie popełniło się błędy.

- Zostało sześćdziesiąt sekund do zakończenia. - W głośnikach rozbrzmiał głos jednego z mężczyzny przy konsoli.

Alex, który był najbliżej zakończenia misji, przyspieszył jeszcze bardziej. Odstawił "rannego" przyjaciela w bezpieczne miejsce i zaczął biec w stronę na wpół zawalonego hangaru. Zniknął im z oczu. Dalszy przebieg zdarzeń mogli obserwować już tylko na monitorach w pomieszczeniu sterującym.

- Zaprogramowano ponad cztery tysiące treningów zręcznościowych, wytrzymałościowych i pełnych misji sytuacyjnych. Tych opartych na prawdziwych wydarzeniach i tych całkiem fikcyjnych. Niektóre przechodzi się w pojedynkę, inne są zaprogramowane na działania drużynowe. Wszystkie są rozdzielone na konkretne poziomy trudności - kontynuowała Gia.

- A jaki to jest poziom? - spytał ze wzrokiem wlepionym w monitor.

- Osiemdziesiąty dziewiąty, a jest ich sto jedenaście.

- Dziesięć... dziewięć... osiem... - Mężczyzna przy mikrofonie zaczął odliczać.

- Zdąży, skubaniec! - odezwał się drugi operator przy konsoli i z ekscytacji aż ściągnął słuchawki z głowy, tak jakby ich obecność przeszkadzała mu w patrzeniu.

Alex dobiegł do niedużej metalowej skrzynki wiszącej na ścianie. Przestrzelił zamek, zerwał drzwiczki...

- Trzy... dwa... jeden...

W ostatniej sekundzie pociągnął za dźwignię, kończąc tym samym misję sukcesem.

Wszyscy aż krzyknęli z podziwu. Gia skrzyżowała ręce na piersi z wyrazem dumy na twarzy.

Pozostali trenujący na sali zaczęli klaskać - to była ich wspólna wygrana. Misja po raz pierwszy została zakończona sukcesem. Gdyby Alex w porę nie przesunął dźwigni wyłączającej zasilanie, na sali rozbrzmiałaby syrena kończąca misję niepowodzeniem.

Na wszystkich monitorach oraz na ścianie w sali został wyświetlony wynik. Nazwa, numer i poziom trudności, nazwiska biorących udział w misji, liczba martwych i rannych, liczba pocisków wystrzelonych przez trenujących i wrogów oraz czas zakończenia misji - zatrzymał się na 0,372 sekundy. Wszyscy obecni wiwatowali z radości. Alex starł pot z czoła i oparł dłonie o kolana, wziął kilka głębokich oddechów.

- Panowie, gratulujemy! Dane o waszym rekordzie zostały zaktualizowane, możecie opuścić salę i iść to opić - odezwał się z uznaniem w głosie mężczyzna przy mikrofonie, po czym zaczął wyłączać wszystko, co znajdowało się na sali.

Płomienie, wraki samochodów, martwe ciała przeciwników, barykada, a w końcu i hangar zaczęły powoli znikać. Uczestnicy treningu stanęli na środku. Przybijali sobie piątki i gratulowali Alexowi wyczynu. Otworzyły się potężne rozsuwane wrota, przez które przeszli wszyscy z wyjątkiem blondyna. Alex skierował się ku windzie prowadzącej do pomieszczenia kontrolnego, gdzie czekali na niego Gia i Nick.

- Brawo! - krzyknął mężczyzna przy mikrofonie i tak jak inni wstał od stanowiska, by pogratulować blondynowi. - Kawał dobrej roboty, to zaszczyt móc patrzeć na ciebie w akcji, panie Midnight.

Alex uśmiechnął się szczerze. Gia bez słowa rzuciła mu się na szyję. Nick odwrócił nieznacznie wzrok i zaczął z zainteresowaniem przyglądać się czubkom swoich butów.

Gia odsunęła się od blondyna, wyprostowała się teatralnie, odchrząknęła.

- Panie Midnight. - Kiwnęła z uznaniem głową. - Gratulacje.

- Panno Raider. - Odwzajemnił gest z całą powagą, na jaką było go stać.

- Z całym szacunkiem, niech cię szlak.

- Zazdrosna? - Z dumą uniósł głowę. - Od kiedy tu byłaś?

- Trafiłam na końcówkę - przyznała z grymasem na twarzy. - Pokazywałam Nickowi naszą salę treningową. Nie sądziłam, że załapiemy się na tak wzniosłą chwilę. - Oboje zwrócili wzrok w stronę Nicka.

Chłopak zawiesił się na chwilę, widząc, że wszyscy na niego patrzą. Podrapał się w tył głowy i podszedł do rozmawiającej dwójki.

- Gratuluję. To naprawdę było coś - przyznał z zazdrością w głosie. Mężczyźni podali sobie dłonie. - To wszystko... to naprawdę jest coś. To jak najlepsze gry komputerowe.

- Rzeczywistość rozszerzona to przy tym GameBoy. - Alex skrzyżował ręce na torsie.

- Jest ktoś w kolejce do ćwiczeń? - Gia rzuciła pytanie do mężczyzn siedzących przy konsoli. Jeden z nich zerknął na rozpiskę.

- Dopiero za godzinę.

- Tr?s bien3. - Spojrzała Nickowi w ciemnobrązowe oczy. - Skoro o grach mowa, to może chcesz zagrać?

- Ja? - Upewnił się, czy jednak nie pomyliła go z kimś innym. - Nie, nie, trzęsę się od samego oglądania. Nie patrz tak na mnie. To nie jest dobry pomysł. - Zrobił dwa kroki w tył. - Nie. Nie, dziękuję. Zmiażdżyliby mnie tam...

- Przecież nie każę ci pobijać rekordów Agencji, choć to mogłoby być ciekawe. - Wyglądała, jakby faktycznie próbowała go sobie wyobrazić rozmazanego na ścianie. - Zagramy w węża, wejdę z tobą. - Przeciągnęła się i zaczęła przygotowywać, jakby decyzja już zapadła.

- W węża?

- Taka stara gra na telefony komórkowe, nie znasz?

- Znam, ale jak to niby miałoby działać... - Zgłupiał zupełnie. Zastanowił się. - Nie.

Złapała go za rękaw i zaczęła ciągnąć w stronę windy.

- Chodź, dostaniesz strój treningowy. Są w nich czujniki rejestrujące twoje tętno i inne reakcje organizmu.

- Ale jak się posikasz ze strachu, to i bez tego to zobaczymy - wtrącił Alex ze złośliwym uśmieszkiem.

Nick nie wiedział, jak do tego właściwie doszło, ale po chwili stał na środku wielkiej sali treningowej, na której jeszcze przed chwilą oglądał prawdziwe piekło.