Sieć rozkwitającego kwiatu - Lisa See

-
Proszę czekać

 

 

Podziękowania  

Chciałabym podziękować Richardowi Drooyanowi, Nathanowi Hochmanowi, Norze Manelli i Carolyn Turchin za to, że podzielili się ze mną wieloletnim doświadczeniem z pracy w prokuraturze. Jestem też wdzięczna agentowi specjalnemu FBI Danowi Martino, agentowi George'owi Phocusowi z Amerykańskiego Urzędu ds. Ryb i Dzikiej Przyrody, jak też Kenowi Goddardowi z laboratorium medycyny sądowej przy tymże urzędzie oraz Deborah Mitchell z amerykańskiej służby celnej za ich opowieści i fachowe uwagi. Poza tym dziękuję organizacjom World Wildlife Federation i Traffic, które bacznie śledzą handel zagrożonymi gatunkami roślin i zwierząt i wytwarzanymi z nich produktami. Ich publikacje uwiarygodniły kilka osobistych relacji, jakie zebrałam, jak również pomogły mi zrozumieć to, co widziałam na straganach z ziołami, w instytucie ziołolecznictwa i na farmie niedźwiedzi w Chinach.

Wprawdzie słyszałam wiele legend o autentycznej Liu Hulan, ale dopiero dwóch świetnych gości z działu zbiorów specjalnych Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles znalazło mi dwie książki o niej: Stories from Liu Hulan's Childhood (Chen Li) i Liu Hulan: Story of a Girl Revolutionary (Hsing Liang). Z drugiej strony na temat rewolucji kulturalnej napisano bardzo dużo; wiele zawdzięczam wspomnieniom takich osób, jak Rae Yang, Anchee Min i Zhai Zhenhua. Od dawna podziwiam historyka W.J.F. Jennera i jego znajomość historii i kultury Chin. Charakterystyka chińskiego systemu prawnego dokonana przez Du Xihuana i Zhanga Lingyuana oraz wyczerpująca relacja A. Zee o znaczeniu niedźwiedziej łapy w kuchni chińskiej pomogły mi zachować wierność faktom. Dziękuję także Nicholasowi Eftimiadesowi za jego badania chińskich operacji wywiadowczych oraz Markowi Salzmanowi za pomoc w ustaleniu tytułu: Sieć rozkwitającego kwiatu. Nieustającą inspiracją są dla mnie również przełomowe prace Nicholasa Kristofa i Sheryl WuDunn.

W kwestii krwawych szczegółów polegałam na wstrząsających badaniach Johna Douglasa nad seryjnymi mordercami, wiedzy doktora Wernera Spitza w dziedzinie medycyny sądowej oraz na książce The New Ethnic Mobs Williama Kleinknechta, z której zaczerpnęłam dodatkowe informacje o zmieniającym się obliczu przestępczości zorganizowanej. Bezcennych wiadomości o chińskim ziołolecznictwie dostarczyły mi doktor Pamela Maloney i doktor Gretchen Kreiger, a Sophia Lo pomogła w kwestiach związanych z językiem chińskim i mandaryńskim. W tej sprawie jestem też zobowiązana kilku osobom z Pekinu i Chengdu, które chciały pozostać anonimowe.

Handel chronionymi gatunkami, kulturę chińską i stosunki chińsko-amerykańskie pozwoliły mi zrozumieć wyważone i rzetelne reportaże wielu dziennikarzy. Należą do nich: Marcus Brauchli, Kenneth Zhao, Andrew i Leslie Cockburn, Christine Courtney, Susan Essoyan, Seth Faison, Maggie Farley, James Gerstenzang, Michael J. Goodman, Marlowe Hood, Evelyn Iritani, K. Connie Kang, Jeff Kass, Elaine Kurtenbach, Jim Mann, Ronald J. Ostrow, Richard C. Paddock, Rone Tempest, Paul Theroux, Patrick E. Tyler, Xiao-huang Yin i Fareed Zakaria.

W trudnej chwili zjawiła się promiennie uśmiechnięta, pełna energii Jessica Saltsman. I uratowała sytuację! Spokojem ducha napełniła mnie też Alicia Diaz.

Jak zawsze żywię wdzięczność wobec Sandry Dijkstra i jej wspaniałych współpracowników za ich niespożyty entuzjazm. Są najlepsi! Ron Bernstein dodawał mi otuchy, prowadząc mnie przez nieznane wody. Larry Ashmead z HarperCollins i Alan Ladd, Jr. szczodrze służyli mi pomocą na początku drogi, za co jestem im dozgonnie wdzięczna. Wielkie dzięki także mojemu redaktorowi, Eamonowi Dolanowi. Nie miałam pojęcia, że redaktor może być tak zabawowy i zabawny. Praca z nim to był zaszczyt i przyjemność.

Najgłębsze wyrazy wdzięczności składam rodzinie. Moja matka Carolyn See, siostra Clara Sturak oraz John Espey i Chris Chandler, nasi serdeczni przyjaciele, zawsze służą mi zdrową i życzliwą krytyką. Moi synowie, Alexander i Christopher Kendallowie, byli nieocenieni w kwestii fabuły i krwawej jatki. Wreszcie muszę podziękować mojemu mężowi, Richardowi Kendallowi, za pomoc, za podróże do Chin i barów karaoke, i wreszcie za jego dobroć, lojalność i siłę. Bez niego ta książka by nie powstała.

 

1

10 stycznia Park Beihai

Wing Yun mocno trzymał wnuczkę za rączkę w rękawiczce, ślizgając się z nią w powolnym, miarowym rytmie po zamarzniętym przestworze jeziora Beihai, tuż przed błyszczącymi ścianami Zakazanego Miasta. Po drugiej stronie jeziora zasapani panczeniści z pekińskiej reprezentacji młodzieżowej odpoczywali podczas przerwy w treningu. Kłęby dymu z węgla i ołowianoszare chmury spowijały Pawilon Pięciu Smoków i Pałac Niebiańskich Królów. W pobliżu starcy z bambusowymi miotłami zamiatali śnieg, który spadł w nocy na okalające jezioro alejki. Z grubości lodu pod płozami jego starych łyżew i obłoków pary, która buchała mu z ust przy każdym oddechu, Wing Yun wnioskował, że na dworze jest około piętnastu stopni mrozu. Nie zanosiło się na to, żeby tego dnia miało być cieplej.

Wing wolał trzymać się tej strony jeziora, blisko głównego wejścia do parku, gdzie stare Okrągłe Miasto otacza niegdysiejszą fortecę strzegącą rezydencji Kubilaj-chana. Tuż przy brzegu leży Wyspa Nefrytowa, na którą można się dostać pieszo przez most. Latem Wing Yun lubił spacerować jej krytymi alejkami, przystając po drodze przed osłoniętymi pawilonami. Jeżeli nie było zbyt gorąco albo zbyt wilgotno, wchodził czasem na szczyt góry, pod Białą Dagobę - przypominające kształtem cebulę sanktuarium w stylu tybetańskim, zbudowane na cześć pierwszej wizyty dalajlamy w roku tysiąc sześćset pięćdziesiątym pierwszym.

Wing Yun krążył z wnuczką w pobliżu głośników. Nad zamarzniętą taflą jeziora niosła się staroświecka muzyka taneczna. Tu i tam pary pląsały w rytm tanga albo walca. Inne pary młodych ludzi chichotały, a niektóre nawet trzymały się za ręce. Ech, jakże to życie się zmienia, pomyślał Wing Yun. W czasach mojej młodości nikt, absolutnie nikt nie ośmieliłby się trzymać za ręce publicznie. A nawet teraz był ciekaw, co by sobie pomyśleli rodzice, gdyby zobaczyli, że ich dzieci zachowują się tak bezwstydnie na oczach... no, na oczach tylu obywateli. Tuż obok całe rodziny - mama, tata, dziadkowie, ciotki, wujkowie i chmara dzieciaków - śmiały się i przedrzeźniały. Opatuleni w tradycyjne watowane niebieskie kurtki i wielobarwne zachodnie płaszcze, rękawiczki i grube szale, tworzyli malowniczy obrazek. Wiele młodszych dzieci - które miały jeszcze kłopoty z równowagą - przytrzymywało się drewnianych krzeseł na płozach. Siedzące na nich babcie i dziadkowie uśmiechali się promiennie, gdy wnuki pchały ich po tafli lodu.

Wing Yun znał tu wielu łyżwiarzy, ale jak zawsze, tak i dzisiaj było kilku obcych, którzy dopiero próbowali swoich sił. Dwaj żołnierze w mundurach omal nie przewrócili go razem z wnuczką. Powinien był ich obrugać, ale widział, że to proste wiejskie chłopaki, pewnie chłopi z południowych Chin. Może nigdy jeszcze nie widzieli śniegu ani lodu.

Tej zimy Wing Yun spędził tu dużo czasu z Mei Mei. Była dla niego świetnym kompanem. Nie przeszkadzało jej milczenie i często pogrążała się we własnych myślach tak głęboko jak on w swoich. Akurat w tej chwili poczuł, że poruszyła paluszkami w rękawiczce. Chciała ślizgać się sama, ale on nie miał ochoty jej puścić.

- Zaśpiewaj mi, Mei Mei - poprosił. - Zaśpiewaj mi tę piosenkę o lodzie.

Zadarła głowę i spojrzała na niego. Musiał zsunąć jej szalik, by ujrzeć zaróżowione na mrozie policzki. Uśmiechnęła się i zaczęła śpiewać Dziewięć, dziewięć, piosenkę o dziewięciu fazach zimy, ostrzegającą przed zagrożeniami, jakie ze sobą niosą. On też pamiętał tę piosenkę z dzieciństwa, znał ją każdy, kto wychował się na Nizinie Północnochińskiej.

- Jedna dziewiątka, druga dziewiątka: nie wyjmuj rąk - zaczęła głosem rześkim jak popołudniowe powietrze. - Trzecia dziewiątka, czwarta dziewiątka: pędź na lód. Piąta dziewiątka, szósta dziewiątka: pierwszy wierzb pąk. Siódma dziewiątka: pęka lód! Ósma dziewiątka: wciąga cię jego chłód.

- Dziewiąta dziewiątka i kolejna dziewiątka: woły wychodzą w pole - zawtórował Wing Yun wnuczce przy ostatniej zwrotce. Kiedy dźwięki zamarły w lodowatej ciszy, zapytał: - Mei Mei, w której "dziewiątce" jesteśmy teraz?

- W trzeciej, bo lód jest gruby i możemy się ślizgać.

- Bardzo dobrze. A co się stanie w siódmej dziewiątce?

- Dziadku! - zawołała oburzona. - Obiecuję, że wtedy już nie będę się ślizgać. Ciągle ci to powtarzam.

- Po prostu chcę, żebyś na siebie uważała - powiedział. - To jak, naprawdę myślisz, że możesz ślizgać się sama?

Na jej buzię wystąpił nieśmiały uśmieszek; dziadek patrzył, jak wnuczka oddycha głęboko, nie mogąc się doczekać. Zahamował więc i puścił jej dłoń w rękawiczce. Chybocząc się na cienkich kostkach, ostrożnie ruszyła o własnych siłach. Z każdym krokiem nabierała pewności siebie.

- Nie wyjeżdżaj zbyt daleko na środek! - zawołał Wing Yun, choć wiedział, że w "trzeciej dziewiątce" w styczniu niczym to nie grozi. Mimo to wnuczka zwolniła i skręciła w stronę pustego kawałka jeziora w pobliżu brzegu. Ruszając za nią, zwrócił uwagę, że tutaj lód prawie nie jest porysowany łyżwami. Zabawne, pomyślał, że ludzie tak lubią trzymać się w stadzie - po drugiej stronie ta drużyna, przed główną bramą skupisko rodzin... a między nimi nikogo.

Gdy Mei Mei była już prawie przy brzegu, potknęła się. Przez chwilę trzepotała rękami, próbując odzyskać równowagę, po czym padła twarzą w dół. Wing Yun zawahał się. Czy będzie płakać?

Dziewczynka usiadła, wbiła wzrok w lód przed sobą i zaniosła się piskliwym płaczem, który przebił się przez dźwięki romantycznego walca, ciche rozmowy młodych kochanków i jowialne przekomarzanie się grupki rodzin. Wing Yun szybko podjechał do wnuczki. Gdy stanął u jej boku, też miał ochotę krzyknąć. Tuż przed nimi leżał zanurzony pod lodem człowiek. Wpatrywał się w Wing Yuna i Mei Mei szeroko otwartymi, niewidzącymi oczami. Był to biały duch, zamorski diabeł... biały człowiek.

Po dwóch godzinach pojawiła się Liu Hulan. Od chwili odkrycia zwłok atmosfera krańcowo się zmieniła. Wszystkich łyżwiarzy usunięto z lodu i zatrzymano jako świadków w pawilonie na brzegu. Lokalna policja utworzyła wokół miejsca zbrodni luźny kordon. Wewnątrz tego kordonu Hulan dostrzegła innych funkcjonariuszy, w cywilu - jedni szukali dowodów, inni stali i rozmawiali z jakimś obywatelem i dzieckiem. W samym środku ujrzała mężczyznę pochylonego nad ciemną sylwetką leżącą obok czegoś, co wyglądało na kupkę ociosanego lodu. Westchnęła, naciągnęła szal i kołnierz lawendowego płaszcza po same uszy i ruszyła po lodzie.

Zdawało się, że nie zważa na szmerek, jaki jej pojawienie się wzbudziło wśród mężczyzn. Gdyby mieli śmiałość powiedzieć, czym aż tak bardzo zwraca na siebie ich uwagę, pewnie by zauważyli, że jest zbyt ładna jak na ten zawód, że ubiera się inaczej niż inne znane im kobiety, że jest próżna i zawsze trzyma się na uboczu. Ale po kilku zdaniach przerzuciliby się z ryzykownego tematu płci na bezpieczny i jakże dobrze im znany teren krytyki politycznej.

Łatwo byłoby ją zaatakować za to, jak się nosiła, tyle że niezbyt ją interesowały ciuchy wzorowane na zachodnich, jakie od kilku lat były dostępne w mieście. Wolała stroje z czasów przedrewolucyjnych: długie, dopasowane spódnice podkreślające jej smukłą figurę i kremowe bluzki z haftowanego jedwabiu, skrojone na staroświecką chińską modłę, tak że krzyżowały się jej na piersi. Zimą wkładała na to kaszmirowe sweterki wyrabiane w wioskach wzdłuż granicy z Mongolią i farbowane w kojących odcieniach koralu, bladej zieleni i zimowej bieli. Barwy te podkreślały jej cerę, przywodząc na myśl starodawne opisy chińskich kobiet: skórę miała przejrzystą jak najwspanialsza porcelana, delikatną jak płatek róży i miękką jak brzoskwinia.

Liu Hulan zbyłaby śmiechem tego rodzaju porównania. Nie przywiązywała wagi do swojej urody. Nigdy się nie malowała. Nie robiła sobie trwałej, czarne włosy nosiła rozpuszczone, obcięte prosto, tak że sięgały nieco poniżej ramion i opadały na uszy jedwabistymi falami. Na środku głowy zawsze sterczało jej kilka niesfornych kosmyków, jakby były naelektryzowane. Niejeden mężczyzna marzył, by móc zanurzyć w nich ręce. Ale żaden z kolegów po fachu nigdy nie ośmielił się dotknąć, chociażby przypadkiem, inspektor Liu Hulan.

Kiedy zbliżyła się do kręgu policjantów, okazała legitymację Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i pozwolono jej przejść. Pokonując ostatnie kilka kroków, wzięła się w garść, szykując się na to, co zobaczy. Już od jedenastu lat pracowała w MBP, ale do tej pory nie zdołała się w pełni uodpornić na widok trupów, zwłaszcza zwłok ludzi, którzy zginęli gwałtowną śmiercią.

Lekarz sądowy Fong oderwał wzrok od ciała i spojrzał na nią.

- Kolejny piękniś dla pani inspektor - odezwał się z szerokim uśmiechem.

Ofiara - młody biały mężczyzna - leżała na czystej białej płachcie. Robotnicy, którym powierzono makabryczne zadanie wyciosania zwłok z jeziora, przyłożyli się do roboty. Ciało wciąż otaczała cienka warstewka lodu. Leżało wyprostowane, na wznak. Tylko jedną rękę miało odsuniętą od tułowia i wygiętą pod dziwnym kątem. Paznokcie rąk mężczyzny były ciemnofioletowe. Oczy i usta miał otwarte. Poza tym całe ciało pod warstewką lodu było całkiem białe, tylko tutaj, w ustach ofiary - gdzie zęby przypominały potworne czarne perły - oraz w nozdrzach lód był zabarwiony na różowo. Poza tym Liu Hulan nie zauważyła żadnych obrażeń zewnętrznych.

- Przewracaliście go już na brzuch?

- A jak ci się zdaje? - odciął się Fong. - Czy to moja pierwsza sprawa? Oczywiście, że go odwracałem. Nic nie zauważyłem, co wcale nie znaczy, że czegoś nie znajdę, jak już go będę miał w prosektorium. Tutaj nie jestem w stanie oczyścić go z lodu, nie uszkadzając ciała. Musimy poczekać, aż odtaje. Wtedy się czegoś dowiemy.

- Ale co o tym sądzisz?

- Może się upił? Może przyszedł tu w noc przed tym wielkim mrozem? Mógł się potknąć. I uderzyć się w głowę. Nie widzę żadnych śladów, które by na to wskazywały, ale to możliwe.

Liu Hulan przemyślała sobie ten scenariusz.

- Na oko wydaje się bardzo młody. Gdyby wpadł do wody, a nawet gdyby załamał się pod nim lód, czy miałby dość siły, żeby się wydostać?

- Jak widać, czas na lekcję, pani inspektor - oświadczył lekarz sądowy Fong; w jego głosie zabrzmiała ostrzejsza nuta. Nie znosił, jak podważała jego kwalifikacje zawodowe. Wstał, zadarł głowę i zmierzył ją wzrokiem. Był sporo niższy od Hulan, a to też mu się nie podobało. - Pani mówi o osobie przeciętnych rozmiarów i budowy. Ja mówię o mężczyźnie przeciętnego wzrostu jak na białego, czyli około metra osiemdziesięciu. Ma na sobie zwyczajne ubranie, jak widzę, tylko dżinsy, koszulę i sweter.

- A więc?

- A więc ten nasz przeciętny mężczyzna, ubrany w codzienny strój i w dobrej kondycji fizycznej, powinien wytrzymać w wodzie o temperaturze poniżej dwóch stopni Celsjusza mniej więcej czterdzieści pięć minut. Coś mu przeszkodziło w wydostaniu się na brzeg.

- Myślisz, że alkohol?

- Kto wie? Mógł też przedawkować narkotyki.

- Samobójstwo?

- Znam na to lepsze sposoby - odparł Fong i znów pokazał w uśmiechu zęby, z powrotem kucając obok zwłok.

Liu Hulan nachyliła się, by przyjrzeć się ofierze z bliska.

- Skąd ta krew w jego ustach? Czy to ma coś wspólnego z tym, że zamarzł na śmierć?

- Nie, nie wiem, jaka jest przyczyna. Może ugryzł się w język. Albo złamał nos podczas upadku. Odpowiem ci później.

- Nie niepokoi cię, że nie ma na sobie płaszcza? Czy możliwe, że ktoś go tu przywlókł i wrzucił do wody?

- W tej sprawie wszystko mnie niepokoi - odparł patomorfolog. - Ale jeżeli chodzi ci po głowie morderstwo, będziesz musiała poczekać na wynik sekcji.

- Ostatnie pytanie. Czy to on?

- Jeszcze nie mogłem sięgnąć mu do kieszeni, ale bez dwóch zdań wygląda jak ten z fotografii, które nam rozdali. - Ruchem głowy wskazał na brzeg. - Czekałem na twój przyjazd. Myślę, że będzie lepiej, jeżeli sama to z nimi załatwisz.

Liu Hulan spojrzała w ślad za jego wzrokiem i zobaczyła parę białych ludzi siedzących na ławce z kutego żelaza.

- Cholera!

Fong prychnął.

- Dziwisz się?

- Nie. - Liu Hulan westchnęła. - Ale żałuję, że to akurat ja muszę im o tym powiedzieć.

- Właśnie dlatego wiceminister przysłał ciebie.

- Wiem, co nie znaczy, że musi mi się to podobać. - I po namyśle zapytała: - Skąd wiedzieli, że mają tu przyjechać?

- Ich syn zaginął ponad tydzień temu, ofiara jest w odpowiednim wieku, tej samej rasy. Wiceminister najpierw wysłał po nich wóz, a dopiero potem wezwał ciebie.

Hulan przetrawiła polityczne implikacje tego, czego się właśnie dowiedziała.

- Później zajrzę do prosektorium - obiecała. - I dzięki.

Po raz kolejny spojrzała na zwłoki i przeniosła wzrok na brzeg. Biali będą musieli zaczekać jeszcze kilka minut.

Zaczęła się cofać od ciała ofiary, tak jak to zawsze robiła na miejscu zbrodni. Z każdym krokiem do tyłu miała coraz szersze pole widzenia. Wyrąbanie zwłok nie było łatwym zadaniem, ale robotnicy skrupulatnie zebrali odłamki lodu w jeden starannie usypany kopczyk tuż obok płytkiego grobu. I mimo że kręciły się tu dziesiątki ludzi, lód był tak twardy, że wydawał się zupełnie gładki, jeśli nie liczyć śladów dwóch łyżwiarzy. Jeden wyrył głębokie rowki, drugi ledwie zadrapał powierzchnię. Liu Hulan nie zauważyła oznak walki, śladów krwi czy innych uszkodzeń na tafli lodu.

Odwróciła się i dziarsko podeszła do staruszka tulącego małą dziewczynkę. Starzec obejmował dziecko obronnym gestem. Wciąż mieli na nogach łyżwy.

- Dzień dobry, wujku - odezwała się Hulan, uprzejmie zwracając się do nieznajomego zaszczytnym tytułem.

- My nic nie zrobiliśmy - powiedział starzec.

Hulan widziała, że cały się trzęsie, wobec tego zwróciła się do strażnika:

- Dlaczego trzymacie tu tego człowieka? Dlaczego nie wzięliście go do środka i nie daliście mu herbaty?

Twarz policjanta wyrażała zakłopotanie.

- Myśleliśmy, że...

- To źle myśleliście! - ucięła i znów skupiła wzrok na siedzącej przed nią parze. Pochyliła się tak, że jej oczy znalazły się na tym samym poziomie co oczy dziewczynki. - Jak masz na imię?

- Mei Mei - odparła mała, szczękając zębami.

- A to kto?

- Dziadek Wing.

Liu Hulan wyprostowała się.

- Dziadku Wing, ni hao ma? Jak pan się miewa?

- Powiedzieli, że zostaniemy zatrzymani. Że pójdziemy do więzienia. Powiedzieli, że...

Liu Hulan spojrzała na policjanta, który spuścił wzrok.

- Proszę wybaczyć nadgorliwość moich kolegów. Nie wątpię, że byli dla was bardzo nieuprzejmi.

- Nie zrobiliśmy nic złego - powtórzył starzec.

- Oczywiście, że nie. Nie macie się czego obawiać. Proszę mi tylko powiedzieć, co się stało.

Kiedy starzec zakończył opowieść, Liu Hulan pochwaliła go:

- Dobrze się pan spisał, dziadku Wing. Niech pan odprowadzi teraz wnuczkę do domu.

Wyraz ulgi w oczach starca powiedział jej, jak bardzo był przerażony.

- Xie-xie, xie-xie - dziękował jej bez przerwy. Potem ujął wnuczkę za rączkę w rękawiczce i powoli odjechali na łyżwach.

Liu Hulan odwróciła się do policjanta.

- Hej, wy! Idźcie tam, gdzie trzymają pozostałych łyżwiarzy. Macie ich natychmiast zwolnić.

- Ale...

- To jasne, że oni nie mają z tym nic wspólnego. I jeszcze jedno, macie złożyć samokrytykę swojemu przełożonemu. A kiedy już to zrobicie, macie mu powiedzieć, że nie życzę sobie, żeby przydzielali was do moich spraw.

- Pani inspektor, ja...

- Ruszajcie się.

Patrzyła na jego oddalające się plecy, żałując, że musi trzymać tę brutalną fasadę, by ochronić swoją pozycję i zachować swój status w ministerstwie. Mao twierdził, że kobiety podtrzymują połowę nieba, ale w Chinach to mężczyźni sprawowali najważniejsze stanowiska w pracy.

Gdy ruszyła w kierunku brzegu, para białych ludzi stopniowo pojawiała się na widoku. Mieli po pięćdziesiąt kilka lat. Kobieta ubrana była w futro z norek i taką samą czapkę. Była przeraźliwie blada i Liu Hulan już z daleka widziała, że płacze. Mężczyzna, jak to mają w zwyczaju określać gazety, był wyjątkowo przystojny. Twarz miał opaloną, nawet w środku pekińskiej zimy. Surowa męska uroda przywodziła na myśl prerie i suche wiatry jego rodzinnego stanu, gdzie najpierw był ranczerem, a potem senatorem.

- Dzień dobry, panie ambasadorze, witam panią. Jestem inspektor Liu Hulan - odezwała się po angielsku, bez śladu obcego akcentu. Wymienili uściski rąk.

- Czy to nasz syn? Czy to Billy? - spytała kobieta.

- Nie stwierdziliśmy jeszcze tożsamości ofiary, ale sądzę, że tak.

- Chcę go zobaczyć - oświadczył Bill Watson.

- Oczywiście - zgodziła się Liu Hulan. - Ale najpierw muszę państwu zadać kilka pytań.

- Byliśmy u was w biurze - odparł ambasador. - Powiedzieliśmy wszystko, co nam wiadomo. Nasz syn zaginął dziesięć dni temu, a wy nawet nie kiwnęliście palcem.

Liu Hulan puściła jego słowa mimo uszu i spojrzała w oczy Elizabeth Watson.

- Czy mogę dla pani coś zrobić? A może woli pani zaczekać w środku?

Gdy kobieta znów zaniosła się szlochem, jej mąż pomaszerował na brzeg jeziora.

Hulan przez dłuższą chwilę trzymała Elizabeth Watson za ręce i patrzyła, jak ta zmusza się do pozornej obojętności.

- Na pewno ma pani swoje obowiązki - rzekła Elizabeth Watson, jak przystało na żonę polityka. - W porządku, moja droga. Nic mi nie jest.

Liu Hulan wstała i podeszła do Watsona. Stali obok siebie w ciszy i spoglądali na olbrzymią taflę lodu, pod którym znaleziono zwłoki.

Nie odwracając się do ambasadora, Liu Hulan przerwała milczenie:

- Zanim potwierdzi pan tożsamość ofiary, muszę zadać panu kilka pytań.

- Nie wiem, co jeszcze mógłbym pani powiedzieć, ale proszę pytać.

- Czy pański syn pił?

Ambasador pozwolił sobie na blady uśmieszek.

- Pani inspektor, Billy miał dwadzieścia parę lat. Jak pani myśli? Oczywiście, że pił.

- Z całym szacunkiem, panie ambasadorze, ale chyba pan wie, co mam na myśli. Czy syn miał problem z alkoholem?

- Nie.

- A czy kiedykolwiek używał narkotyków?

- W żadnym razie.

- Jest pan pewien?

- Pozwoli pani, że ujmę to w ten sposób, pani inspektor. Gdyby w mojej rodzinie ktoś miał styczność z narkotykami, prezydent kraju nie mianowałby mnie na to stanowisko.

Dobrze, pomyślała Liu Hulan. Wnerwij się. Wnerwij się i powiedz mi prawdę.

- Czy Billy był przygnębiony?

- Co pani sugeruje?

- Ciekawa jestem, czy był tutaj szczęśliwy. Ci, którzy mieszkają tu, na obczyźnie, zwłaszcza żony i dzieci pracowników placówki, często czują się samotni i przybici.

- Moja żona i syn kochają Chiny. - Mówiąc to, ambasador podniósł głos. - A teraz chciałbym zobaczyć, czy to są zwłoki Billy'ego.

- Zaprowadzę pana, przedtem jednak muszę wyjaśnić, co będzie dalej. Nasze zwyczaje różnią się od tego, do czego przywykł pan w Ameryce.

- Nie przywykłem do śmierci mojego syna, czy to w Chinach, czy w Ameryce, pani inspektor.

- Bill - wtrąciła jego żona błagalnym tonem.

- Przepraszam. Słucham panią.

- Zabierzemy zwłoki do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

- Wykluczone. Oboje z żoną wystarczająco dużo już przeszliśmy. Chcemy zabrać syna i pochować go w kraju. I chcemy to zrobić jak najszybciej.

- Rozumiem państwa pragnienie, ale w sprawie śmierci waszego syna są pewne niewyjaśnione sprawy.

- Nie ma w tym nic "niewyjaśnionego". Najwidoczniej uległ jakiemuś wypadkowi.

- Skąd pan może wiedzieć, ambasadorze? Skąd... - Liu Hulan zawahała się - skąd ta pewność, że to zwłoki pańskiego syna?

- Ja tylko pani tłumaczę, że jeżeli jest to mój syn, zabieram go do Montany, gdzie go pochowamy.

- Ponownie muszę pana przeprosić, ale nie dojdzie do tego tak szybko. Widzi pan, ambasadorze, chcę się dowiedzieć, dlaczego ten młody człowiek... jeżeli to pański syn... był na dworze zimą bez stosownego ubrania. Chcę wiedzieć, dlaczego nie zdołał dopłynąć do brzegu. Będziemy musieli przeprowadzić sekcję zwłok w celu ustalenia przyczyny śmierci.

- Przekonajmy się wreszcie, czy w ogóle mówimy o moim synu - burknął Watson i pomaszerował przez lód.

Gdy Liu Hulan i ambasador Watson dotarli do celu, ludzki kordon rozstąpił się i oboje przeszli dalej. Fong wstał i odsunął się od ciała. Ambasador zatrzymał się, spojrzał w dół i pokiwał głową.

- To Billy - oświadczył i westchnął ciężko. Liu Hulan czekała. W końcu Watson znów się odezwał: - Chcę zabrać syna. Ma być ubrany, a nikt z waszego wydziału nie ma prawa go dotknąć.

- Panie ambasadorze...

Podniósł rękę, żeby ją uciszyć, i ciągnął:

- Nie mam ochoty wysłuchiwać jakichś biurokratycznych bzdur. To był wypadek. Pani i pani przełożeni tak właśnie to potraktujecie.

- Nie mogę tego zrobić.

- Ale zrobi pani!

- Ambasadorze, wiem, że to dla pana bolesne, ale niech pan spojrzy na syna. Tutaj coś się stało.

Bill Watson wrócił wzrokiem do zamarzniętej postaci syna i zobaczył otwarte oczy, pełne lodu usta i zabarwiony krwią nos. Potem spojrzał w górę i zapatrzył się na jezioro, starożytne budowle i bezlistne wierzby. Liu Hulan zastanawiała się, czy próbuje utrwalić w pamięci tę scenerię, jako ostatni widok, który jego syn oglądał za życia. Nagle Bill Watson zwrócił się do grupy policjantów:

- To był wypadek - oświadczył gładkim tonem zawodowego polityka.

- Skąd pan wie? Skąd ta pańska pewność?

On jednak odwrócił się bez słowa i wrócił do czekającej na niego bladej żony.

Liu Hulan zawołała za nim. W przenikliwej, lodowatej ciszy jej słowa wydawały się niezwykle ostre i głośne.

- Ja tego nie odpuszczę, panie ambasadorze. Dowiem się, co się stało z pańskim synem, a wtedy będzie go pan mógł zabrać do domu.

 

2

20 stycznia Los Angeles

David Stark, prokurator z prokuratury federalnej, ubrany w tradycyjny prążkowany garnitur, machnął legitymacją, chociaż wszyscy strażnicy w holu znali go z widzenia, i przeszedł przez wykrywacz metali. Wjechał windą na jedenaste piętro.

- Witaj, Lorraine - rzucił serdecznie do kobiety, która siedziała za kuloodporną szybą recepcji.

Spojrzała na niego bez słowa i wcisnęła przycisk, by wpuścić go do gabinetu. Któregoś dnia, pomyślał, któregoś dnia zmuszę ją do jakiejś reakcji.

Okno gabinetu Davida - niedawno odmalowanego na jasnoszary kolor i umeblowanego praktycznie w stylu ulubionym przez władze federalne - wychodziło na zachód i podobno rozciągał się z niego wspaniały widok. Zazwyczaj oznaczało to ogromne obszary smogu, ale dziś rano niebo było jasnobłękitne, oczyszczone przez liczne burze, które od dwóch tygodni nawiedzały Los Angeles. Siedząc za biurkiem, widział budynki i drogi aż po sam ocean. Po prawej, w oddali, po wczorajszych burzach błyszczały nieskazitelną czapą śniegu góry San Gabriel.

W odróżnieniu od innych prawników David nie obwieszał ścian dyplomami w ramkach i wyróżnieniami, ale z kilku fotografii, które trzymał na biurku, można było wywnioskować to i owo o jego karierze zawodowej i życiu osobistym - zdjęcie, w towarzystwie ojca i matki, z odbioru dyplomu studiów prawniczych; David podczas konferencji prasowej na schodach sądu federalnego. Kolejne pochodziło z jego ostatniego roku w kancelarii prawniczej Phillips, MacKenzie & Stout. Fotografia ta, zrobiona na dorocznej gali firmowej, przedstawiała Davida w smokingu oraz jego żonę - byłą żonę - w odkrywającej wiele sukni koktajlowej w kolorze czerwonego wina.

David od razu zasiadł do pracy. Miał akurat przerwę między jedną sprawą a drugą, postanowił więc nadrobić zaległości w korespondencji i telefonach. Właśnie uzyskał wyrok skazujący w procesie grupy przemytników heroiny z Chin. FBI skonfiskowało tysiąc dwieście kilogramów tego narkotyku, który nie trafi już na ulicę. David miał przy tej okazji świetną prasę, co na pewno nie zaszkodzi jego karierze, gdyby postanowił porzucić służbę państwową i wrócić do praktyki prywatnej. Wokół niego wytworzył się spory szum, co z kolei oznaczało więcej prestiżowych spraw. Wszystko to wyglądało dobrze, wręcz znakomicie. Tyle że ów wyrok skazujący okazał się też rozczarowaniem.

Od przejścia do prokuratury David oskarżał w sprawach handlu narkotykami, przestępczości zorganizowanej i sprowadzania na masową skalę nielegalnych imigrantów. Zyskał wielkie uznanie federalnymi procesami przeciwko chińskiej mafii, zwłaszcza przeciw Feniksowi - najgroźniejszemu gangowi w południowej Kalifornii. Nigdy jednak nie udało mu się powiązać przestępstw z kimś na samym szczycie organizacji.

Tymczasem oblicze przestępczości zorganizowanej w Stanach Zjednoczonych wciąż się zmieniało. Departament Sprawiedliwości deptał mafii po piętach, ale dzisiejsze syndykaty zbrodni są wielokulturowe. Jedni uważają, że "królestwo przestępczości zorganizowanej" to czarni i Latynosi, zwłaszcza ci z Dominikany. Inni widzą największe zagrożenie w mafii rosyjskiej i gangach wietnamskich. W rezultacie FBI powołało specjalne brygady mające infiltrować, nękać i niszczyć wszystkie te grupy.

Żadna mafia nie była tak głęboko zakorzeniona i niebezpieczna dla dobrobytu Amerykanów jak triady. Te chińskie gangi, w języku kantońskim zwane thongs, zadomowiły się w Stanach Zjednoczonych od czasów odkrycia złota w Kalifornii. Ale pradawne tradycje (przysięgi krwi i tajemne rytuały) oraz organizacje (których setki funkcjonowały w chińskich diasporach na całym świecie) miały wielowiekową przeszłość. Gangi chińskie, tak jak i włoskie, dysponowały znakomitymi kontaktami międzynarodowymi, w tym wspaniałym dostępem do heroiny pochodzącej ze Złotego Trójkąta. Nowi emigranci zapewniali nieustający dopływ żołnierzy do czarnej roboty. Na wykresach, które wisiały na ścianach jego biura, David mógł prześledzić ich aktywność w Los Angeles. Miał podstawy sądzić - choć brakowało mu wystarczających dowodów, żeby dokonać aresztowań - że Feniks maczał palce w kasynach, bukmacherce, lichwiarstwie, prostytucji, ściąganiu haraczy, przekrętach z kartami kredytowymi i fałszowaniu dat przydatności żywności do spożycia, w przemycie nielegalnych imigrantów i, ma się rozumieć, heroiny. Towarzyszyły temu najrozmaitsze legalne interesy - restauracje, motele, punkty kserokopii.

Około drugiej, gdy wparowali dwaj agenci FBI, spokój w gabinecie Davida prysł. Jack Campbell i Noel Gardner już od dwóch lat rozpracowywali z Davidem chińskie gangi. Campbell, starszy, był tyczkowatym, ciemnowłosym facetem z piegami na nosie i policzkach. Jego partner, Gardner - niski, muskularny i o dobre dwadzieścia lat młodszy, z wykształcenia księgowy, myślący i pedantyczny - gadanie zwykle zostawiał bardziej ujmującemu Campbellowi.

- Wczorajsza burza przyniosła nam przełom, na który czekaliśmy - obwieścił Campbell. - "Peonię" zniosło na terytorium amerykańskie. Wobec tego statek jest nasz, stary.

Frachtowiec "Chińska Peonia" od tygodnia szwendał się tuż za granicą amerykańskich wód terytorialnych, ponad trzysta kilometrów od wybrzeży Kalifornii. FBI śledziło statek, ponieważ obserwacja z powietrza ujawniła, że na pokładzie tłoczą się setki Chińczyków. David zasięgnął języka w Chinatown i doszedł do wniosku, że za tym transportem nielegalnych imigrantów stoi Feniks. I znów żałował, że nie ma tej odrobiny szczęścia, które tak go omijało. A może w całej tej ciżbie ludzi na pokładzie znajdzie się ktoś, kto powiąże ich z Feniksem.

- Straż przybrzeżna wysyła tam kuter - ciągnął Campbell. - Ale jeśli weźmiemy śmigłowiec, dotrzemy pierwsi. Interesuje mnie więc... - z uśmiechem spojrzał na swojego partnera - czy chcesz się przelecieć razem z nami.

David nie musiał się zastanawiać nad odpowiedzią.

Wkrótce David siedział z tyłu śmigłowca pilotowanego przez agenta FBI, który przedstawił się po prostu jako Jim. Poniżej pieniły się grzywacze oceanu. David usłyszał w słuchawkach głos pilota:

- Zaraz wpadniemy w paskudne dziury powietrzne. Sztorm... - Dalsze słowa przeszły w elektroniczny szum.

Po kilku minutach słowa Jima stały się ciałem - silna wichura zaczęła wstrząsać i szarpać śmigłowcem. Na horyzoncie wisiały kłęby czarnych chmur. Wieczorem miała nadejść kolejna burza.

Po godzinie turbulencje stały się tak dotkliwe, że David zaczął żałować, iż nie został w biurze.

- Hej, Stark, patrz! Już jest! - zawołał nagle Campbell przez słuchawki.

David wychylił się nad jego ramieniem i ujrzał "Chińską Peonię" kołyszącą się gwałtownie na falach. Kiedy śmigłowiec zbliżył się do statku, poczuł nagły przypływ adrenaliny. Było to niecodzienne, by prokurator brał udział w policyjnym nalocie, ale David uważał, że warto dokładnie obejrzeć miejsce zajścia oraz reakcje ludzi, którzy uświadamiają sobie, że zostali złapani. Towarzyszył Campbellowi i Gardnerowi do szwalni w Chinatown, biur w wysokościowcach w Beverly Hills i do kilku posiadłości w Monterey Park. Najwyraźniej agenci doceniali w nim bystrego obserwatora i mieli nadzieję, że jego obecność w chwili, gdy podejrzani czują się kompletnie bezbronni, pewnego dnia zaprowadzi ich do ludzi na samym szczycie triad.

Kiedy wirniki śmigłowca zwolniły i znieruchomiały, Campbell i Gardner wyciągnęli broń i zeskoczyli na pokład "Peonii". A skoro nikt do nich nie podszedł ani nie zdradzał ochoty do stawiania oporu, Campbell dał znak Davidowi, że wszystko gra, a ten dołączył do obu agentów. Ostrożnie ruszyli przed siebie, nie wiedząc, czy nie napotkają w pełni uzbrojonej i gotowej do walki załogi.

Na górnym pokładzie siedziały zbite w gromadki setki Chińczyków. Przechodząc obok nich, David widział, że większość z niedoszłych imigrantów - przeważnie mężczyźni - gotowała coś nad palnikami. Małe koksowniki zionęły gryzącym dymem znad otwartego ognia. Niektórzy mężczyźni siedzieli w kucki i rozprawiali o czymś z przejęciem. Inni leżeli na brudnym pokładzie i apatycznie gapili się w niebo. Wyglądało na to, że większości z nich zupełnie nie obchodzi, co się z nimi stanie. Zaledwie kilku uśmiechnęło się do Davida z ulgą i wdzięcznością.

- Chryste - odezwał się Noel Gardner. - Wyglądają, jakby nic nie jedli ani nie pili od licho wie kiedy.

- Znajdź kapitana - polecił David młodszemu agentowi, który skinął głową i oddalił się. - Aha, Jack, zadzwoń na brzeg. Tym ludziom przyda się prysznic, jedzenie, woda, coś do ubrania i spanie. To gruba sprawa i musimy ją załatwić tak dyplomatycznie, jak to tylko możliwe. - A po namyśle dorzucił: - Wziął któryś z was dramaminę?

- Nie, ale sprawdzę, może pilot coś ma - odparł Campbell.

David patrzył przez chwilę, jak agent odchodzi, lawirując. Chwycił za poręcz i ruszył dalej wzdłuż pokładu. Każda fala przyprawiała "Peonię" o kolejne drgawki. Statek kiwał się wściekle na wodzie, a spod pokładu dobiegały jęki protestującego metalu. David uświadomił sobie, że statek się rozpada.

Miał nadzieję, że z tej sprawy nareszcie wyniknie coś pożytecznego. Imigranci zostaną przekazani do głównego ośrodka zatrzymań INS - Urzędu do spraw Imigracji i Naturalizacji - na Terminal Island, gdzie będą przesłuchani. Szybko rozejdą się wśród nich pogłoski i plotki o tym, co muszą zeznać, żeby zasłużyć na pobyt w Stanach Zjednoczonych. Największą szansę na azyl dawało utrzymywanie, że byli zamieszani w wydarzenia na placu Tienanmen albo że grozi im wyrok z tytułu chińskiego prawa o aborcji i sterylizacji. Tylko garstka z setek Chińczyków, których widział na pokładzie, dostąpi szczęścia i dostanie azyl. Resztę czeka deportacja. Było mu ich żal, ale pamiętał, dla kogo pracuje.

Poczuł, że coś ciągnie go za nogawkę spodni. Spojrzał w dół i zobaczył człowieka w średnim wieku.

- Ameryka? - zapytał tamten po angielsku, z silnym obcym akcentem. Z powodu odwodnienia skóra na jego twarzy wisiała jak luźny worek. - Ameryka? - powtórzył.

- Tak - przytaknął David. - Tak, dotarliście tu. - I zapytał: - Mówi pan po angielsku?

- Mówi trochę. Jestem Zhao.

- Ilu was jest na tym statku?

- Pięćset, może więcej.

David odetchnął głęboko i zadał kolejne pytanie:

- Długo byliście na morzu?

- Prawie trzy tygodnie - odparł mężczyzna.

- A gdzie jest załoga?

- Załoga?

- Ci, którzy pracują na statku. Gdzie oni są?

Chińczyk uciekł wzrokiem.

- Nie ma. Oni pójść sobie w nocy.

- Nie rozumiem - powiedział David. - Jak odpłynęli? Dokąd?

- Sztorm - rzekł Zhao. Znów oderwał wzrok od Davida i spojrzał na wodę. - Silny był. My tu byli o tak... na zewnątrz. Przywiązane do... - Usiłował znaleźć właściwe słowo, zrezygnował i wskazał na poręcze nadburcia. Znów spojrzał na Davida. - Ludzi zabierała woda. Widział to na własne oczy. Jie Fok... on był chłop spod Kantonu. Inni pewnie też... nie wiem, jak nazywali.

- A załoga?

- Oni krzyczą. Mówią, statek idzie na dno. I wtedy przypłynąć ta łódź. My myśleli, ona po nas. Ale jest mała. Kapitan i inni wsiąść do szalupa.

- Do szalupy?

- No tak, do szalupy. Oni do niej wsiąść i spuścić na morze. Mieć sznur, przyciągnąć ich do tamta łódź. Ale ja i tak widział, jak niektórzy z nich idą pod woda. A potem ta druga łódź popłynąć. - Zhao przerwał na chwilę. - Pan myśli, my też zaraz pod woda? Pan myśli, ktoś nas zabrać przed następny sztorm?

- Wszystko będzie dobrze.

Chińczyk zmrużył oczy.

- Sztorm jest każda noc. Statek iść pod woda.

David zignorował jego słowa i zapytał:

- Z kim się umawialiście na ten rejs? Jak się nazywają ludzie z załogi?

Ale Zhao odwrócił się i już go nie słuchał. David ruszył z powrotem do śmigłowca. Po co ktoś naraża się na takie ryzyko, myślał, i jakim człowiekiem trzeba być, żeby dorabiać się na takiej ludzkiej biedzie?

Znał odpowiedzi na oba te pytania. Ci imigranci - jak wszyscy imigranci - chcieli zyskać wolność. W dzisiejszych czasach synonimem wolności były pieniądze. Mężczyźni i kobiety na tym statku przybywali do Ameryki, żeby zbić majątek. A że większość z nich nie miała na początek ani grosza, dogadywali się z triadami - darmowa podróż, wikt i nocleg w zamian za określoną w umowie służbę. Ci ludzie mieli pracować w zakładach pracy niewolniczej, w restauracjach, jako prostytutki i dilerzy narkotyków. A kiedy już spłacą to, na co się zgodzili, będą wolni. Sęk w tym, że spłata zobowiązań była w zasadzie niemożliwa.

Rzecz jasna, triadom też chodziło o pieniądze. Statek wielkości "Chińskiej Peonii" mógł przewieźć około czterystu osób we względnie wygodnych warunkach. Na ten rejs zaokrętowano około pięciuset pasażerów. Każdy z nich w zamian za przedostanie się do Stanów Zjednoczonych podpisał pewnie zobowiązanie na dwadzieścia tysięcy dolarów. Niektórzy, jak Zhao, zgodzili się może nawet na trzydzieści tysięcy za przywilej miejsca na pokładzie, na świeżym powietrzu. Bardziej pechowi podróżni umawiali się na dziesięć do dwunastu tysięcy i tłoczyli się pod pokładem. Tak czy owak, w sumie dochód powinien wynieść jakieś dziesięć milionów dolarów.

Dla rządu Stanów Zjednoczonych szkopuł tego "połowu" polegał na tym, że był kompletnie bez znaczenia. Według szacunków INS oraz Departamentu Stanu na każdego Chińczyka, który przyjeżdżał do tego kraju legalnie, trzech przybywało niezgodnie z prawem. Co roku nielegalnie przekraczało granicę co najmniej sto tysięcy Chińczyków, wszelkimi możliwymi środkami transportu - jak samoloty, kutry rybackie czy frachtowce takie jak ten.

Zastanawiając się nad tym wszystkim, David zdał sobie sprawę, że w sprawie "Chińskiej Peonii" jeszcze coś mu nie gra. Dlaczego Feniks - odpływając - porzucił dziesięć milionów dolarów?

Był już w pół drogi do śmigłowca, gdy złapał go Gardner. Młody człowiek był przeraźliwie zielony.

- Wiem - odezwał się David. - Załoga zniknęła. Powiedziałeś Campbellowi?

- Tak, mówiłem mu. Teraz nawija przez radio.

- Muszę z nim pogadać. Trzeba wyłączyć tych ludzi ze sprawy.

Na widok zbliżających się dwóch białych mężczyźni i kobiety stłoczeni wokół śmigłowca rozstąpili się. Campbell i pilot siedzieli w maszynie za zamkniętymi drzwiami; obaj mieli słuchawki na uszach, obaj na zmianę krzyczeli coś do mikrofonu i robili notatki. Co chwila wymieniali spojrzenia i krzywili się. W końcu Campbell z niesmakiem zdjął słuchawki i otworzył drzwi.

- Mam same złe wieści. Sztorm nadchodzi szybciej, niż przewidywały to prognozy pogody. Nie możemy odlecieć, bo nie przebijemy się przez to draństwo do brzegu. Straż przybrzeżna dotrze tu najwcześniej jutro rano. Właśnie wracają sobie spokojnie do portu! Nie wiem jak wy, ale ja jestem przekonany, że ta łajba nie wytrzyma do rana.

Ostatnie zdanie sprawiło, że Gardner pognał do burty i czym prędzej rzygnął do morza. Campbell sięgnął za siebie i podał Davidowi dwie pastylki dramaminy.

- Musisz połknąć bez popijania. Wątpię, żebyś miał ochotę na wodę z tego statku... jeżeli w ogóle mają tu jakąś wodę.

David wziął tabletki i połknął.

- Gardnera chwilowo mamy z głowy - ciągnął Campbell. - Tak że do roboty zostajemy tylko ty, ja i Jim. - Czarny agent rozdziawił usta w szerokim uśmiechu. Wziął kartkę z notatkami. - Mamy tu instrukcje, jak utrzymać tę balię na wodzie. Ciekawe, sprawdzą się czy nie?

O szóstej zapadła ciemność, a o pokład zaczął bębnić deszcz. David i Jack Campbell znaleźli jeszcze kilku ludzi - oprócz Zhao - którzy jako tako mówili po angielsku. Powołano ich na tłumaczy.

- Musimy znaleźć kogoś, kto zna się na statkach - wyjaśnił im Campbell. - Kogokolwiek... marynarza, rybaka. Poszukajcie ich.

Jakimś cudem znaleźli elektryka i mechanika. Ci dwaj - Wei i Lau - zeszli pod pokład, żeby sprawdzić, czy uda im się uruchomić silniki. Natychmiast wysłali na górę wiadomość: statek jest w poważnych tarapatach. W zęzie jest za dużo wody, a pompy wysiadły.

Po raz pierwszy David zszedł pod pokład, gdzie warunki były jeszcze gorsze niż na zewnątrz - duszno, gorąco i wilgoć, a ostre powietrze szczypało w oczy. W przepastnych ładowniach statku znalazł dziesiątki ludzi powalonych przez chorobę morską, brak wody pitnej i skromne racje żywnościowe. Niektórzy wymiotowali i robili pod siebie tam, gdzie leżeli. Większość kobiet nie miała siły wstać, a co dopiero wyjść na pokład, żeby przekonać się, o co całe to zamieszanie. Kilka osób sprawiało wrażenie, jakby były w delirium; inni zdawali się pogrążeni w głębokim śnie. Atmosferę nieszczęścia pogłębiało silne uczucie strachu przepełniającego te wilgotne cele. Ci ludzie wiedzieli, że już po nich, że ich marzenie o nowym życiu w Ameryce skończyło się raz na zawsze.

Po raz kolejny David odniósł wrażenie, że kryje się w tym coś jeszcze. Ci imigranci - przynajmniej zdrowi - byli bardziej przerażeni od tych, których widywał aresztowanych i deportowanych. Może bali się Feniksa? Organizacja ta znana była z mściwości i brutalności w wymierzaniu kar. Tyle że to nie miało sensu, bo przecież ci, którzy mieli na tym skorzystać, sami porzucili cenny ładunek. Może imigranci po prostu bali się, że statek zatonie? Po prostu! David sam poczuł przemożny lęk.

Żeby statek mógł się utrzymać na powierzchni do rana, potrzebna była każda para rąk. Co silniejsi mężczyźni - ci z górnych pokładów - owinęli strzępami ubrań nosy i usta i ustawili się w szeregu od górnego pokładu po najniższe pomieszczenia. Podawali sobie z ręki do ręki wiadra... powoli, z mozołem usuwając wodę z ładowni i wylewając ją za burtę. Z braku lepszego zajęcia David zajął miejsce wśród nich.

Gdy fale przybrały na sile, mężczyźni poczuli się źle i zaczęli wymiotować tam, gdzie stali. Nikt jednak nie wystąpił z szeregu. Jedyna chwila ulgi następowała mniej więcej co dwadzieścia minut, kiedy zamieniano się miejscami. Ci z dołu przesuwali się dwadzieścia kroków bliżej świeżego powietrza; ci z góry schodzili na dół, gdzie woda - w której pływała ropa naftowa i Bóg jeden wie, co jeszcze - na pozór wcale nie opadała. Nikt się nie odzywał. Mężczyźni, z zaciętymi w desperacji twarzami, kontynuowali pracę.

Często dobiegał ich zduszony odgłos silnika, który zaskakiwał na chwilę i znów milkł. Wtedy zwiększali jeszcze tempo pracy. Po pięciu godzinach opróżnili jedną ładownię. Pokazali Davidowi, gdzie są pozostałe. Poczuł się zagubiony. Powietrze przepełniał odór spalin, ludzkich odchodów i - jak podejrzewał - ścierwa szczurów. Kąty pomieszczeń rozmywały się w ciemnościach. Żelazne schodki zdawały się prowadzić donikąd. Korytarze kończyły się ni stąd, ni zowąd. David szedł w pięcio-, sześcioosobowej grupie, aż tu w połowie korytarza tamci wszczęli głośną, zażartą kłótnię. Krzyczeli na siebie gniewnie i wściekle wymachiwali rękami, wskazując Davida i nie pozwalając mu przejść dalej. Wreszcie Zhao odezwał się po angielsku:

- Nie ta droga. Pójść inna droga.

Po czym wszyscy odwrócili się i poszli z powrotem tam, skąd przyszli. David miał wrażenie, że kręcą się w kółko, a jednak znaleźli jeszcze pięć ładowni zalanych do pasa lodowatą wodą.

Około północy, gdy "Peonią" zaczął miotać gwałtowny sztorm, silnik zakaszlał i ożył. Na całym statku rozległy się zbiorowe okrzyki radości, ale nie trwały długo. Wciąż czekała ich masa roboty. Po kilku minutach uruchomiono pompy. David zostawił mamroczących coś nieustannie mężczyzn, z którymi pracował, i wyszedł na poszukiwanie Campbella. Zastał agenta FBI w maszynowni. Był zlany potem i umazany smarem, ale ani energia, ani humor go nie opuściły.

- Wyglądasz jak kupa nieszczęścia - powitał Davida i wybuchnął śmiechem.

David przyjrzał się sobie. Wieczorem z jakiegoś powodu zdjął marynarkę i gdzieś ją porzucił. Koszulę miał poplamioną, a rękaw rozdarty na szwie. Spodnie - zmoczone obrzydliwą wodą z ładowni - kleiły mu się do nóg. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, lecz chwila beztroski szybko minęła.

- No dobra, oto na czym stoimy - rzekł Campbell. - Silniki już działają...

- Tyle to sam wiem.

- I uruchomiliśmy pompy. Pracują? Wiesz coś o tym?

- Jasne, i na pewno będą je obsługiwać ręcznie.

- Wei mówi, że jeżeli utrzymamy kurs na fale i pozamykamy luki, wszystko będzie w porządku.

David spojrzał na Weia. Był niski - mierzył sporo poniżej metra sześćdziesiąt - żylasty i bezzębny.

- Skoro tak twierdzi, to do roboty.

- Świetnie. Zabierz wszystkich pod pokład i, jak to się mówi, zamknij interes na cztery spusty.

Zadanie wydawało się łatwe, a tymczasem okazało się jednym z trudniejszych tego dnia. Wielu imigrantów - w tym Zhao, który wrócił na swoje miejsce na pokładzie i siedział przykryty płachtą brezentu - odmówiło zejścia pod pokład.

- Zhao, daj spokój - nalegał David, przekrzykując sztorm. Silny zachodni wiatr zacinał na niego deszczem. - Musisz mi pomóc. Trzeba zabrać wszystkich pod pokład.

- Ja tu siedzi cała podróż.

- Ale jeśli tu zostaniesz, to zginiesz. - David wskazał na morze. Olbrzymie fale gwałtownie kołysały statkiem. Co chwila słychać było śruby okrętowe "Peonii", gdy wynurzały się spod wody. - Zmyje cię za burtę.

- Dotarł tutaj. Dotrze do końca.

David przykucnął.

- Zhao, jesteś mi potrzebny. Musisz mi pomóc z innymi. Jeżeli mi teraz pomożesz, obiecuję, że potem ja pomogę tobie.

Chińczyk przemyślał sobie jego słowa.

- A skąd wie, czy może ufać, że biały duch mówi prawda?

David wyciągnął rękę, proponując mu oficjalny uścisk dłoni.

- Ja nigdy nie kłamię.

O czwartej rano nad "Chińską Peonią" największy sztorm już się przetoczył. Campbell dodzwonił się na brzeg, poinformował, że dadzą sobie radę, ale żeby ruszyli tyłki i łaskawie załatwili jakiś statek, który ich doholuje. Tu i tam ktoś przysypiał. Inni zbijali się w grupki, palili papierosy i rozmawiali przyciszonymi głosami. Gardner, wciąż chory, odpoczywał w kajucie kapitana. Campbell zasnął przy długim stole w kambuzie, z głową wspartą na zgiętym lewym łokciu. Jego prawa ręka zwisała bezwładnie i kołysała się w rytm ruchów statku.

David położył się na górnej koi w kajucie, w której wcześniej mieszkało czterech członków załogi. Zrzucił resztki tego, co zostało z jego ubrania, i rozwiesił je za skraju koi. Pod nim cicho chrapało dwóch mężczyzn. Pilot śmigłowca zajął górną koję naprzeciw niego, ale odwrócił się do ściany. David gapił się na sufit, na którym wisiało kilka pocztówek. Ten, kto tu spał, był na morzu od dawna. Jedna kartka przedstawiała młodą Chinkę o słodkiej buzi, pozującą na tle wielobarwnego bukietu goździków. Na innych był port w Hongkongu, oświetlona neonami ulica w Tokio i most Złote Wrota. David zastanawiał się sennie, gdzie teraz jest ten marynarz. Czy kiedy załoga opuszczała statek, zmyło go do morza? A może jest tutaj, w Chinatown, i śpiewa w barze karaoke?

Zamknął oczy i wsłuchał się w kojący rytm silników statku. Z ręką na sercu mógł powiedzieć, że takiego dnia w życiu jeszcze nie przeżył.

W tym stanie półsnu coś zaczęło dręczyć jego świadomość. Co takiego Chińczycy starali się ukryć przed nim w ładowni?

Otworzył oczy.

- Jim, śpisz? - wyszeptał, ale pilot ani drgnął.

David zszedł na podłogę, wskoczył w wilgotne ciuchy, cicho otworzył ciężkie drzwi i wyszedł na pusty korytarz. Skręcił w lewo i ruszył po schodach w dół.

Zatrzymał się, żeby rzucić okiem na imigrantów. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Zszedł o jeszcze jeden poziom, i kolejny. Teraz zamiast schodków miał pod nogami stromą metalową drabinkę. Wilgotne powietrze zionęło zgnilizną, w korytarzu panował półmrok. David zamknął oczy i próbował przywołać wspomnienia, myśląc o tym, gdzie był wcześniej tego dnia. W pewnym miejscu Chińczycy zablokowali mu drogę. I właśnie tam chciał się dostać. Minął ładownie, w których tyle się razem napracowali. Skręcił za róg i znalazł się w olbrzymim pustym pomieszczeniu, w którym pod ścianą stał trzymetrowej wysokości metalowy zbiornik. Był tu już wcześniej, ale potem prowadzili go stale w innym kierunku.

Podszedł do zbiornika i zastukał w jego bok. Sądząc po dźwięku, był pusty, ale co z tego wynikało? Jeżeli ten dzień czegoś go nauczył, to tylko tego, że nie ma zielonego pojęcia o morzu i statkach. Drzwi zbiornika były pomalowane na szarozielono. Z zardzewiałych zawiasów i rygli odpadała farba. Spróbował przekręcić korbę. Poruszyła się bez trudu. Naciskając obiema rękami, przekręcił ją raz i drugi...

Coś szarpnęło go do tyłu i runął na podłogę. Opryskała go woda, która zaraz utworzyła wokół niego płytką kałużę. Powietrze wypełnił odór zgnilizny. Obok Davida leżała kupka rozkładającego się mięsa. Ciało - ludzkie zwłoki - było napuchnięte. Oczy i język wywalone na wierzch. Cofnięte wargi odsłaniały czarne zęby. Skórę - a raczej to, co z niej zostało - pokrywały zielonoczarne glony. Na gnijącym nadgarstku rzucał się w oczy charakterystyczny pasek roleksa.

David odepchnął się po śliskiej podłodze. Spojrzał w dół i na swojej piersi zobaczył coś, co wyglądało jak rękawiczka. Próbował ją strząsnąć, ale przyczepiła mu się do koszuli. Nagle uświadomił sobie, co to jest. Skóra i paznokcie zmarłego - zmarłej? - odpadły od ciała. Ogarnięty paniką, usiłował zmusić się, by jeszcze raz spojrzeć na zwłoki. Rzeczywiście, ciało z rąk i stóp odpadło - jak zdjęte rękawiczki czy skarpetki.

Miał dość. Wstał, zatoczył się, chwiejnie wypadł z ładowni i wgramolił się po wąskich schodkach, nie zwracając uwagi na to, czy hałasuje, czy nie. Wreszcie wypadł przez ostatnie drzwi i znalazł się na pokładzie. Deszcz zacinał nieubłaganie, a statek kołysał się bez litości. David przytrzymał się barierki i zaczął rzygać raz za razem.

Ale nawet gdy było mu niedobrze, nawet gdy część jego umysłu wracała do tego, co właśnie widział, nawet gdy żałował, że nie może zmyć z siebie oślizgłej mazi tamtego pomieszczenia, druga część jego mózgu wciąż pracowała. Jak ma się dowiedzieć, kim jest ten człowiek? Dygocząc, z głową przewieszoną przez barierkę i przemoczony, zaczął kombinować. Kazać zadzwonić Campbellowi do FBI - a jeszcze lepiej do Departamentu Stanu - żeby popytali o zaginionych w Chinach. Załatwić dodatkowych przesłuchujących na Terminal Island. Bo pewne były tylko dwie rzeczy: ten zegarek nie należał do zwyczajnego imigranta, a ta masa nielegalnych na pokładzie doskonale wiedziała o zwłokach.