Sieć. Reykjavik Noir. Tom 2 - Lilja Sigurdardottir

-
Proszę czekać

1

Sonja obudziła się rozdygotana. Usiadła na łóżku i spojrzała na termometr na klimatyzatorze. W przyczepie panował trzydziestostopniowy upał. Ucięła sobie popołudniową drzemkę, ale usnęła jak kamień, a tymczasem Tomas wybrał się w odwiedziny do Duncana, swego rówieśnika mieszkającego w przyczepie obok. W tym czasie słońce nagrzało niewielkie wnętrze do trzydziestu stopni, a wówczas włączyła się klimatyzacja i z szumem zaczęła dmuchać lodowatym powietrzem. Sonji śniła się góra lodowa dryfująca w stronę plaży poniżej osiedla przyczep i choć wydawało się to absurdalne u brzegów Florydy, ten idiotyczny sen był tak realistyczny, że potrzebowała kilku dobrych chwil, aby się pozbyć obrazu wielkich brył lodu z hukiem rozbijających się o brzeg. Wiedziała, że ziąb, który zdawał się bić od góry lodowej, pochodził z klimatyzatora, niemniej czuła jakiś lęk. Sen o górze lodowej nie zwiastuje niczego dobrego.

Podniosła się z łóżka, a gdy tylko stanęła na nogi, uderzyła paluchem w luźną klepkę podłogi. Ten dom zaczynał jej coraz bardziej działać na nerwy. Ale to nieważne, i tak nadszedł czas, żeby się stąd ulotnić. Siedzą tu już trzy tygodnie, a to niebezpiecznie długo. Jutro spakuje się po cichu i pod osłoną nocy odjedzie stąd z synem tym rzęchem, który kupiła na czarno. Nawet nie pożegnają sąsiadów. Zapłaciła czynsz za miesiąc z góry, więc właściciel osiedla na tym nie straci. Pojadą z Tomasem na północ, do Georgii, poszukają nowego mieszkania do wynajęcia, zatrzymają się tam tydzień lub dwa, a potem przeniosą w kolejne miejsce, gdzie znów nie zabawią długo i skąd odjadą, zanim zdążą zapuścić korzenie. Zanim zostawią po sobie jakieś ślady. Zanim Adam ich znajdzie. Adam, tata Tomasa. Adam, jej były mąż. Adam, diler. Adam, tyran. Któregoś dnia, kiedy już wiele razy zmienią adres i zamaskują swój trop na tyle dobrze, by Sonja poczuła się bezpiecznie, osiądą gdzieś na stałe. W jakimś spokojnym miejscu, może w Stanach, może gdzie indziej. To nie ma znaczenia, po prostu gdzieś, gdzie wtopią się w tłum, a ona nie będzie się musiała bezustannie oglądać przez ramię.

Zajrzała do mikrofalówki - wyrobiła sobie taki odruch. Plastikowy biały pojemnik z niebieskim wieczkiem, zawierający zwitek banknotów będących jej zabezpieczeniem - dolarów i euro uzbieranych przez ponad rok w pułapce zastawionej przez Adama - był na swoim miejscu. Wyrobiła już sobie kartę płatniczą Walmart i wpłaciła na nią kilkumiesięczny wkład, ale to plik banknotów w pojemniku stanowił jej zabezpieczenie w nowym życiu. Tu nikomu nie mogła ufać. Nie miała odwagi załatwić sobie normalnej karty kredytowej, bo Agla mogłaby ją odnaleźć, tropiąc kartę w systemie bankowym.

Kiedy pomyślała o Agli, poczuła ukłucie w sercu. Wspomnienie zapachu jej włosów i gorącej skóry pod kołdrą ścisnęło Sonji gardło. Im więcej czasu upłynęło od ich rozstania, tym więcej potrzebowała wysiłku, by się powstrzymać przed zadzwonieniem do niej. Ale Islandię zostawiła już za sobą. Tak to jest. Zaczęła nowe życie. Zdawała sobie sprawę z tego, że na początku będzie samotna. Agla położona na szali niewiele ważyła. Ważniejsze jest bezpieczeństwo. A najważniejsze - bezpieczeństwo Tomasa. Gdyby pozwoliła sobie na kontakt z Aglą, Adam z pewnością w jakiś sposób by to wyniuchał i dotarł do niej.

Sonja otworzyła drzwi przyczepy i usiadła na schodkach. Powietrze na zewnątrz było gorętsze niż w środku, a drzewa w popołudniowym słońcu rzucały długie cienie na ubity plac między ciasno ustawionymi domami mobilnymi. Głęboko wciągnęła powietrze i usiłowała się otrząsnąć z nieprzyjemnych pozostałości snu. Stary, bezzębny facet z naprzeciwka stał obok swojego grilla, który w czasie rozpalania okropnie dymił, a mama Duncana z przyczepy obok siedziała na leżaku i słuchała radia. Wokół panował spokój, który zaraz zostanie zakłócony ruchem na autostradzie i klaksonami aut. Ludzie zaczną wracać z pracy do domów.

Duncan wybiegł z domu z piłką do kosza. Cały czas kozłował. Biegał przy tym pochylony. Sonja uśmiechnęła się do siebie. Razem z Tomasem zauważyli, że dziwna sylwetka chłopca w czasie kozłowania nie przeszkadza mu w oddawaniu rzutów do kosza. Był niebywale utalentowanym koszykarzem i po kilku dniach wspólnej gry Tomas zaraził się od niego koszykówką. Tomas!

- Duncan! Gdzie Tomas? - zawołała do chłopaka, który szybko obrócił się w wyskoku, trafił do kosza przymocowanego do pnia wysokiej palmy i wzruszył ramionami w momencie, gdy wylądował na ziemi.

- Gdzie jest Tomas?

- Nie wiem - odpowiedział i znów zaczął kozłować. - Poszedł na plażę, ale jacyś goście go szukali.

- Goście? Jacy goście? - Sonja zerwała się i jednym susem znalazła przy chłopaku trzymającym piłkę w rękach.

- Normalni. Jacyś normalni goście.

- A powiedz mi, dokąd poszli? - Duncan wskazał w stronę lasku oddzielającego osiedle domów mobilnych od plaży.

- Co się dzieje?! - zawołała mama Duncana z leżaka, ale Sonja nie miała czasu jej odpowiedzieć. Bardzo zdenerwowana pobiegła w stronę morza. Sen z górą lodową na plaży, złowieszcze pomruki lodu smaganego przez ciepłe fale spychające go na ląd i chłód bijący od białej powłoki zawładnęły jej umysłem, jakby to, co jej się śniło, stało się dla niej rzeczywistością. Przeklinała samą siebie, że w ubiegły weekend nie kupiła broni na pchlim targu. Islandczykowi góra lodowa we śnie nie zwiastuje niczego dobrego. Góra lodowa oznacza ciężką wiosnę. Bo z lodem nadciągają niedźwiedzie polarne.

2

Tomas skakał po wkopanych w ziemię kamieniach na skraju lasu. Krótka ścieżka prowadziła pod górę i kończyła się na początku piaszczystej plaży. Miał bose stopy, bo sandały zostawił u Duncana, ale przecież to nic takiego. Piasek jest miękki, a po buty pójdzie później, zanim mama odkryje, że je zdjął. Znajdzie tylko kilka muszelek, najchętniej czarnych, bo są najrzadsze i najładniejsze. Większość muszelek na tej plaży ma kolor żółtawy, brązowy albo rdzawy, ale zdarzają się pojedyncze czarne okazy i takich właśnie brakowało mu do pracy. Mama wpadła na pomysł, żeby zrobił taką robótkę ręczną. Powiedziała, że gdy była mała, sama coś takiego wykonała, a kiedy kasetka po cygarach zaczynała przybierać kształt, zrozumiał, że to będzie ładna pamiątka. Kasetkę dostał od staruszka z naprzeciwka i miał zamiar trzymać w niej karty z piłkarzami. Mama zaproponowała, żeby okleił ją muszelkami. Tomas spędził nad nią trzy wieczory z rzędu. Układał wzorek z muszelek na kasetce i teraz brakowało tylko jednego rzędu czarnych, żeby zwieńczyć dzieło. Z pewnością będzie to najpiękniejsza kasetka na karty z piłkarzami na świecie.

Akurat był przypływ i plaża stała się tak wąska, że teraz trudno będzie znaleźć jakiekolwiek muszelki. Wróci, jak się zacznie odpływ. Grzebał palcami stóp w piasku i uważnie obserwował mrowisko. Mrówki bardzo go interesowały, a w Islandii ich nie ma. Mrowisko to była w zasadzie tylko dziura w ziemi, ale wchodziły do niej i wychodziły z niej dziesiątki mrówek w równych szeregach. Były doskonale zorganizowane i tak skoncentrowane, że z pewnością musiały pracować nad czymś ważnym. Wykonywały jakąś mrówczą robótkę. Tomas chwycił za patyk i pogrzebał nim w mrowisku, które okazało się głębsze, niż sądził. Dosłownie pomieszał mrówkom szyki, a te rozbiegły się na wszystkie strony, jednak niewiarygodnie szybko odzyskały spokój i zaraz zaczęły naprawiać wejście do swego mieszkania, zniszczone w następstwie aktu terroru.

- Tomas! - Na dźwięk swego imienia, dochodzący z drugiej ścieżki, od strony parkingu, podniósł głowę znad mrowiska. Dwóch mężczyzn machało do niego radośnie. Ciekawe, czego chcą? Z ociąganiem ruszył w ich stronę. Zatrzymał się w pewnej odległości. Nie znał ich. Wyglądali na Meksykanów, a Duncan mówił, żeby na nich uważać. Tomas jednak nie wiedział, dlaczego są podejrzani - w Islandii nie było Meksykanów.

What? - krzyknął do mężczyzn. Obaj uśmiechali się do niego przyjaźnie. Jeden z nich usiadł na wielkim kamieniu, a drugi odszedł w stronę samochodu.

- Chcesz kupić szczeniaczka? - spytał ten siedzący. Byli zatem obwoźnymi sprzedawcami. Tu, na Florydzie, kręciło się wielu różnych sprzedawców, w tym niejeden Meksykanin.

- Mam psa - odpowiedział Tomas, ale nieznajomym udało się rozbudzić jego ciekawość.

- I gdzie jest ten twój pies? - zainteresował się siedzący i uniósł brwi. Chłopiec potrząsnął głową.

- W domu w Islandii - odparł. - Ale i tak jeden pies wystarczy. Mama by mi nie pozwoliła mieć drugiego. Bo my tu jesteśmy na długich wakacjach. - W każdym razie wydawało mu się, że to właśnie mówi. Wprawdzie już całkiem nieźle radził sobie z angielskim, lecz czasem używał niewłaściwych słów i wtedy Duncan strasznie się śmiał. Ale ten tu nie był rozbawiony.

- Aj - westchnął mężczyzna głęboko. - No to nie wiem, co mam zrobić z tą psinką, którą mam w aucie. Może po prostu ją utopię.

- Nie! - krzyknął Tomas i podszedł bliżej.

- No to co mam z nim zrobić? - dopytywał się nieznajomy. - Znasz kogoś, kto by chciał go wziąć?

- A jest duży? - zapytał Tomas.

- Nie, maleńki. Właściwie dopiero się urodził. - Tomasa ukłuło serce. Może mógłby zabrać ze sobą psa i mama pozwoliłaby mu cieszyć się nim kilka dni, dopóki nie znajdą dla niego jakiegoś domu. Mama na pewno nie będzie się złościć, jeśli wróci do przyczepy z maleńkim, nowo narodzonym szczeniaczkiem, którego właściwie uratuje przed utopieniem. - Chcesz go zobaczyć? - Mężczyzna wstał. - Mam go w samochodzie. - Ruszył, a Tomas pobiegł za nim przez wydmę na parking, choć w głębi duszy czuł się winny wobec Misia, który czekał na niego w Islandii i którego tak długo nie widział. Drugi mężczyzna siedział z zapalonym papierosem na miejscu kierowcy. Tomas bardzo się zdenerwował, że pali przy szczeniaczku. Wszyscy wiedzą, że dym jest niezdrowy. Ale kiedy ten drugi otworzył tylne drzwi, natychmiast przyszła mu do głowy zupełnie inna myśl i zastygł w bezruchu.

- Zawołał pan "Tomas" - powiedział, patrząc na mężczyznę. - Skąd pan wie, jak mam na imię?

3

Agla się obudziła. Strasznie piekło ją w piersiach i pomyślała, że ma zawał. Przewróciła się na brzuch, by złapać oddech, i wtedy się zorientowała, że leży na podłodze na środku pokoju. Obok niej walała się butelka rumu. Złocisty płyn wylał się na turecki dywan z jedwabiu. Pieczenie nie zmniejszyło się od głębokiego oddychania, falami rozchodziło się po całym wnętrzu. Tyle że nie był to ból, lecz smutek. Śniła jej się Sonja. Agla uklękła i na czworakach podpełzła do kanapy. Z trudem dźwignęła się na nią. Czy to już koniec? Czy Sonja zniknęła z powierzchni ziemi? Czy to możliwe, że Agla już nigdy nie dotknie jej ciała, nigdy jej nie przytuli, nigdy nie zobaczy, jak oczy Sonji ożywiają się, gdy się uśmiecha?

Rozejrzała się po salonie. Okna były zasłonięte, panował półmrok, choć zegar wskazywał popołudnie. Z wczorajszego wieczoru nie zapamiętała nic poza tym, że sporo czasu spędziła w aucie przed domem Sonji w nadziei, że dzięki temu jakoś poczuje jej bliskość. Zatrzymała wzrok na torebce koki na stoliku. Obok były przygotowane dwie kreski, a cały szklany blat był upaćkany, więc wczoraj musiała się upadlać przez kilka godzin. Oczywiście powinna wciągnąć te kreski, wziąć prysznic i się ogarnąć, żeby zacząć normalnie funkcjonować. Wciągnie i wróci odwaga. Zyska pewność siebie, radość życia, optymizm i może będzie w tak dobrej formie, że porozmawia ze swoim obrońcą. A może nawet zrobi zakupy spożywcze i zje coś normalnego? Cudowne działanie kokainy polega nie tylko na poprawie samopoczucia. Koks zmienia także stosunek do wszystkiego. Przywraca wiarę, że wszystko będzie dobrze. Agla nachyliła się, sięgnęła po rurkę zwiniętą z banknotu o nominale pięciu tysięcy koron i wciągnęła pierwszą kreskę.

Razem z ciepłem po jej żyłach rozeszło się poczucie rozczarowania. Ból nie zniknął, raczej wzmógł się od szybszego bicia serca. Odniosła wrażenie, jakby już siedziała w więziennej celi, sama, odizolowana, i zaczęła się pocić. Nie było sensu rozmawiać o czymkolwiek z prawnikiem, nowe pomysły niczego nie zmienią. Było już za późno. Serce waliło, jakby chciało rozsadzić jej klatkę piersiową. Miała ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, tłuc przedmioty, ale nie zdążyła zrealizować tego pragnienia, bo ogarnął ją porażający bezwład. Nie była w stanie się ruszyć. Potem zemdliło ją, zaczęła dygotać z zimna, chociaż wcale się nie pociła. Pieprzona kokaina tylko pogorszyła sprawę - najwyraźniej ostatnio jej nadużywała.

Nagle zaczęło jej się wydawać, że opuszcza swoje ciało i lewituje pod sufitem. Spojrzała na siebie, siedzącą w podkoszulce i podartych rajstopach, z rozmazanym makijażem i rozmierzwioną słomą w miejscu włosów. To jakiś absurd, że ten skulony na kanapie obraz ludzkiej nędzy i rozpaczy to ona. Przez chwilę miała wrażenie, że patrzy na samą siebie z przeszłości - młodą, pełną nadziei dziewczynę patrzącą w przyszłość. Zdziwiona i przerażona zadawała sobie pytanie, co się stało.

Kiedy wreszcie wylądowała awaryjnie we własnym ciele, władzę przejął ból w sercu. Owładnęła nią panika. Bo tak naprawdę to już jest koniec. Ma iść do więzienia za manipulacje rynkiem, a Sonja znikła z kraju. Być może już nigdy jej nie zobaczy. Straciła to, co po upadku banku czyniło jej życie znośnym. I choć od pierwszego ich pocałunku wiedziała, że ta gorąca, pulsująca namiętność nie będzie trwać wiecznie, to koniec był bardziej bolesny, niż mogła przypuszczać. Odniosła wrażenie, że serce puchnie jej w piersi, a gdy łzy spłynęły po policzkach, poczuła się, jakby pękło.

4

Tym razem plaża zdawała się nieskończenie długa, a piasek pod stopami luźny, więc Sonja z każdym krokiem zapadała się w nim. Czuła to wyraźnie, kiedy przyspieszyła, a nie biegła tak szybko, jak by chciała. To było niczym koszmar, który czasem ją nawiedzał: biegnie i biegnie, ale tkwi w miejscu.

Na plaży nie dostrzegła żywej duszy, przynajmniej na odcinku między skałami, ale na parkingu przy drugiej ścieżce stał samochód. Ledwie widziała jego dach wystający zza wydmy, lecz miała dziwną pewność, że jest tam Tomas. Z całych sił odbijała się od piasku i tak bardzo męczyła, że gdy wreszcie dotarła do ścieżki prowadzącej na parking, miała wrażenie, że płoną jej płuca. Potknęła się, ale nie zwolniła. Uchroniła się rękoma przed upadkiem i wspięła na czworakach na stromą ścieżkę, a gdy była już na jej szczycie, podniosła się. Zdyszana podbiegła prosto do samochodu, a kiedy już była blisko, drzwi auta się otworzyły i wysiadł z niego mężczyzna.

- Jest tu mój syn?! - krzyknęła. W tej samej chwili zauważyła w samochodzie Tomasa. Nie czekając na odpowiedź, rzuciła się z pięściami na nieznajomego. Nie miała najmniejszych szans pokonać tego wielkiego faceta, ale musiała spróbować, każdy nerw w jej drobnym ciele żądał, by to zrobiła. Zaatakowała go z całym impetem i udało jej się zburzyć na moment jego równowagę. Zachwiał się, a następnie cofnął o krok, po czym odzyskał balans i chwycił Sonję. Obrócił ją zgrabnie, trzymając mocno za nadgarstki. W trakcie obrotu mogło to wyglądać jak jakiś układ taneczny. Groteskowy taniec przemocy na parkingu nieopodal osiedla domów mobilnych na Florydzie. Sonja była pewna, że to ma jakiś związek z jej przeszłością na Islandii.

Wyglądający na Meksykanina mężczyzna unieruchomił jej ręce za plecami za pomocą taśmy klejącej, a następnie chwycił ją za głowę jak policjant, zgiął i wepchnął do auta. Szarpała się dla zachowania pozorów, ale w istocie chciała wsiąść, bo znajdował się tam Tomas, a jej obowiązkiem było być przy nim. Opadła ciężko na tylne siedzenie obok zapłakanego chłopca. Też miał unieruchomione za plecami ręce, a usta zaklejone, ale Sonja widziała, że jego wargi poruszają się pod taśmą, układając w słowo "mamo". Łzy spływały mu po policzkach. Pochyliła się i położyła swoją głowę na jego główce.

- Ciiiicho, jestem przy tobie, kochanie. Mama jest przy tobie - starała się go uspokoić. Wolałaby wziąć go w ramiona, ale to musiało wystarczyć. Jej głowa przy jego głowie, przez moment, dopóki mężczyzna nie wychylił się i nie odciągnął jej od niego. Oderwał kawałek taśmy z rolki. Chciał jej zakleić usta. - Please, don't... - zaczęła, ale nie udało jej się więcej powiedzieć, bo szara taśma zalepiła jej usta, a ona z całych sił musiała się skupić na oddychaniu przez nos.

5

Mężczyźni siedzący z przodu rozmawiali ze sobą po hiszpańsku, więc Sonja nie rozumiała, o co chodzi. Ale byli spokojni, a to mogło dobrze wróżyć. Nie zachowywali się jak szaleńcy, raczej jak posłańcy. Kierowca skręcił w ulicę w lewo i zaparkował przed wjazdem na parking należący do osiedla, a pasażer wyskoczył z auta. Sonja wychyliła się, żeby go obserwować. Zobaczyła, że biegnie na plac między przyczepami i skręca do tej, którą wynajmowała. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Ciekawe, czego szuka? Pieniędzy? Czy w ogóle jest coś szczególnego, co chce znaleźć? I skąd wie, w której przyczepie mieszkają? Ciarki przeszły ją na myśl, że ci ludzie prawdopodobnie obserwowali ją i Tomasa od jakiegoś czasu. Mamrotała głośno pod taśmą, aby zwrócić uwagę, że chce coś powiedzieć. Może kierowca oderwie taśmę, żeby ją wysłuchać. Wskaże im pieniądze w mikrofalówce, a oni w zamian wypuszczą ją i Tomasa. Ale kierowca odwrócił się i głośno na nią syknął. Wzrok synka wyrażał coraz większe przerażenie, łzy znów zaczęły mu spływać po policzkach i Sonja uznała, że najlepiej będzie zachować spokój.

Wkrótce potem biegiem wrócił ten drugi i wsiadł do samochodu, upychając coś w kieszeni. W drugiej ręce trzymał białe pudełko z niebieskim wieczkiem. Skarbonka. Być może mikrofalówka to nie jest tak dobra skrytka, jak jej się zdawało.

Vamanos! - rzucił, a kierowca zawrócił z piskiem opon i wyrwał w kierunku autostrady. Sonja przechyliła się na bok i oparła policzek na głowie Tomasa. Drżał ze strachu. Tak bardzo chciałaby go do siebie przytulić, szepnąć mu na ucho słowa pocieszenia, ale jedyne, co mogła, to być przy nim tak blisko, by poczuł się może trochę bezpieczniej, grzejąc się przy jej ciele. Tak jak wtedy, kiedy był niemowlakiem. Wówczas najchętniej zasypiał na jej brzuchu, w cieple, bo tam słyszał bicie jej serca.

Sonja wykonała kilka ćwiczeń oddechowych. Napełniała płuca powietrzem, liczyła do czterech, a potem powoli je wypuszczała. To uspokajało jej ciało i ułatwiało oddychanie przez nos. Gdyby w panice straciła nad sobą panowanie i zaczęła się szamotać, nie pomogłaby synowi. Dla niego musi zachować spokój. Sytuacja i bez tego jest przerażająca, po co chłopiec miałby się jeszcze lękać z jej powodu.

Dojechali do skrzyżowania i skręcili na południe w kierunku autostrady. Sonja czytała mijane drogowskazy i usiłowała się domyślić, dokąd jadą. To wszystko było takie nierzeczywiste i gdyby tak bardzo nie bolały ją ręce, do których nie dopływała krew, myślałaby, że śni. Że to tylko koszmar.

Mężczyźni siedzący z przodu milczeli. Samochód mknął autostradą, mijając niekończące się drzewa, które spowijały krajobraz niczym grube ubrania. Za nimi widoki były monotonne, w każdym razie w porównaniu z Islandią, która pozbawiona lasów świeciła nagością, ze swymi klejnotami na wierzchu. Jedyne, co się zmieniało, to tablice informacyjne. Sonja czytała je, nie odrywając policzka od głowy Tomasa, a on, sądząc po oddechu, uspokoił się nieco. Jej serce zabiło mocniej, kiedy ujrzała billboard reklamujący Orlando International Airport. Jeśli jadą na lotnisko, to znaczy, że gdzieś zostaną wysłani, a dokąd mieliby lecieć, jeśli nie do Islandii? Z zainteresowaniem przyglądała się tablicom wskazującym drogę na lotnisko. Pojawiały się coraz gęściej, aż wreszcie samochód zjechał z autostrady. Kiedy minęli ostatnią tablicę, westchnęła i poczuła ulgę z domieszką zwątpienia.

Zbliżali się do lotniska i wszystko, co podczas tej dziwnej podróży ją niepokoiło - psychopatyczni seryjni mordercy, złodzieje narządów, porywacze - zdawało się coraz mniej prawdopodobne. Rzeczywistość była tuż, tuż. Jej stara, koszmarna rzeczywistość. Kiedy wjechali na parking i otwarto drzwi samochodu, potwierdziły się jej podejrzenia.

6

Wreszcie przed północą Agla doszła do siebie, ale twarz miała opuchniętą od płaczu. Od lat tyle nie płakała. Prawdę mówiąc, minęło tak wiele czasu, od kiedy ostatni raz roniła łzy, że zapomniała o tamtych okolicznościach. Całe popołudnie w jej żyłach krążyła dziwna mieszanina smutku i koki. Poruszała się po mieszkaniu jak zjawa, rzucała się na łóżko i wyła w poduszkę. Teraz, kiedy już się wykąpała, poczuła się lepiej i jej myśli zdawały się znów wyprostowane. Nałożyła warstwę pudru na twarz, przeczesała włosy, wbiła się w spodnie i T-shirt, a na bose stopy włożyła buty. Wieczorne powietrze było chłodne, mroźny wiatr szczypał jej niedawno wykąpaną skórę. Otuliła się szczelnie płaszczem. Na szczęście do hotelu nie miała daleko. Zje coś i poczuje się lepiej.

- Kuchnia już zamknięta - powiedział oschłym tonem facet w lobby. Agla przeszkodziła mu w grze, która czekała zapauzowana na monitorze.

- Nie macie obsługi hotelowej? - spytała. - Nie mogę zamówić czegoś do jedzenia przez room service i zjeść tutaj? - Palcem wskazała w stronę kącika z kanapami, lecz młody mężczyzna potrząsnął głową.

- Room service jest wyłącznie dla gości wynajmujących pokój - wyjaśnił. I dodał z uśmiechem: - Dlatego się nazywa room service. Obsługa pokojowa.

- To poproszę o pokój - powiedziała Agla, wyjmując portfel z kieszeni płaszcza.

- Słucham?

- Pokój poproszę - powtórzyła. Wyciągnęła kartę kredytową z portfela i rzuciła na ladę przed rozmówcą. - Skoro to konieczne, żebym mogła coś zjeść. - Pełen wątpliwości wziął kartę.

- Poważnie? Chce pani wynająć pokój, żeby zamówić room service?

- Tak - odpowiedziała. - Może przyjmie pan zamówienie od razu, jak mnie pan zamelduje. Poproszę o średnio wysmażony stek, frytki i piwo.

Ledwo zdążyła się zjawić w pokoju, kiedy przyniesiono jedzenie. Zadowolona usiadła przy stoliku i rozkoszowała się zapachem, gdy kelner podniósł pokrywę tacy. Stek był za bardzo wysmażony, ale nie chciało jej się składać reklamacji, bo była zbyt głodna. Pokroiła mięso na kawałki i każdy kawałek maczała w sosie koktajlowym dodanym do frytek, co tłumiło smak zbytniego wysmażenia. Sięgnęła po pilot i włączyła telewizor. Nie dlatego, że chciała obejrzeć coś szczególnego. Raczej po to, by jakoś wykorzystać pokój wynajęty jedynie w tym celu, by spożyć co najwyżej średni posiłek.

- Najadłam się, dziękuję. - Młody człowiek oderwał się od komputera i patrzył, jak Agla wychodzi. Mogłaby pójść o zakład, że chłopak ma raczej idiotyczną minę. Jeden mały wyjątek od hotelowych zasad nie stanowiłby dla niego najmniejszego problemu, mógł pozwolić jej zamówić room service i zjeść na kanapie w kącie, ale to by go na zbyt długo oderwało od gry. A teraz będzie się wstydził. Nie zwykła pozwalać jakimś gówniarzom wchodzić sobie na głowę z powodu durnych przepisów.

Wróciła do domu syta i zrobiwszy kilka głębokich oddechów, udało jej się zebrać na tyle odwagi, by przez chwilę się zastanowić nad swoją sytuacją. Usiadła z laptopem przy kuchennym stole i zalogowała się na stronie AGK-Cayman. Jej adwokat Elvar wyjaśnił, że teraz, kiedy śledztwo zostało zakończone, prokuratura już nie inwigiluje jej telefonu i komputera. Od kilku tygodni jest więc wolna, tyle że dotąd nie znalazła w sobie dość motywacji, żeby spojrzeć rzeczywistości w oczy. Ale wreszcie nadszedł czas, by się zająć zagranicznymi inwestycjami. Przecież jej majątek się kurczy. A nie zamierza pozwalać, aby kurczył się nieustannie, chociaż w obecnej sytuacji niełatwo dostrzec jakiekolwiek możliwości. W istocie cudem byłoby, gdyby udało jej się pozostawić pieniądze samym sobie i wyjść na zero. Chociaż to też byłaby strata. Musi jakoś radzić sobie z tymi zasobami, dopóki nie odkryje nowego sposobu na ich pomnażanie. Za to jej pewność siebie poniosła pewne straty na skutek przygody z prokuratorem. Ale i tak skończyło się to lepiej, niż można było się spodziewać. Wprawdzie pójdzie do więzienia - Elvar podejrzewa, że odsiedzi ponad rok, poza tym dojdą koszty procesu i związane z tym kłopoty - ale prokurator dotarł ledwie pod powierzchnię. Wydawało im się, że trafili w dziesiątkę, lecz prawda jest taka, iż nigdy nie zadali właściwych pytań.

Agla skrzywiła się, przyjrzawszy się podsumowaniu. Skoro AGK-Cayman wygląda tak źle, to pozostałe firmy muszą być w podobnym stanie. Czuła się, jakby patrzyła na pogorzelisko. Na wpół spalona ruina, nienadające się do niczego śmieci nietknięte od miesięcy. Nie wiedziała, w jaki sposób pomnożyć te zasoby. Będzie miała pod górkę. Teraz żałowała, że spojrzała na to tak późno wieczorem, bo pewno nie zaśnie. Zatrzasnęła laptopa, a gdy wstała, poczuła to. Nie dlatego, że usłyszała jakiś dźwięk albo cokolwiek zauważyła. Po prostu to poczuła, tak jakby zarejestrowały to komórki skóry. Nie była sama w mieszkaniu.

7

Adam otworzył Sonji drzwi samochodu, jakby była gwiazdą filmową przyjeżdżającą na premierę. Na jego ustach błąkał się uśmiech, który jednak zniknął, gdy zauważył, że Tomas także ma spętane ręce i zaklejone taśmą usta.

You didn't have to tie the boy up! - skarcił Meksykanów, a ci natychmiast zaczęli wyjaśniać, że chłopak miotał się jak dziki kot, więc było to konieczne. Adam zaczął odklejać taśmę z ust Tomasa, ale kierowca odepchnął jego ręce i oderwał ją jednym ruchem. Chłopiec krzyknął z bólu, a Adam posłał kierowcy wściekłe spojrzenie. Ten się roześmiał, jakby to było zabawne. Potem wyciągnął scyzoryk, klęknął za Tomasem i przeciął taśmę na jego nadgarstkach. Tomas cały czas płakał, ale gdy tylko poczuł wolne ręce, rzucił się na tatę i mocno go chwycił.

Kierowca rozciął również taśmę na rękach Sonji, a kiedy chciał jej odkleić taśmę z ust, uciekła od niego w panice. Odegnała go od siebie i sama powolutku zaczęła ją zrywać. Czuła, jakby była przyrośnięta do jej ust. Przez moment zaświtał jej nawet pomysł, żeby uciec z tego garażu i poszukać jakiejś pomocy, iść na policję, złożyć doniesienie o porwaniu. Ale to nie wchodziło w rachubę. Adam wkrótce stąd wyjedzie i jeśli się nad tym dobrze zastanowić, to on zostałby jedynym prawnym opiekunem Tomasa. To ona złamała prawo. Tak naprawdę to ona dokonała porwania. Kiedy powolutku zrywała taśmę z twarzy, meksykański pasażer wyciągnął z kieszeni dwie niewielkie niebieskie książeczki i podał je Adamowi. A zatem poszedł do domu na kółkach po ich paszporty. A jej skarbonka okazała się po prostu bonusem.

Adam uściskiem dłoni pożegnał obu mężczyzn i kazał przekazać pozdrowienia dla Mr. José. Wtedy Sonja zrozumiała, co się wydarzyło. Spotkała Mr. José w Londynie kilka miesięcy wcześniej i najchętniej zapomniałaby o tym spotkaniu. Z tego, co udało jej się odkryć, to Adam pracował właśnie dla Mr. José. I oczywiście miał kontakty w Stanach, a swoich ludzi na całym świecie.

Gdy tylko Meksykanie odjechali, Adam westchnął i się uśmiechnął.

- Sonja, Sonja, Sonja. - Kręcił głową. - Kto się zachowuje jak idiota? - Pogłaskał Tomasa po główce, a ten spojrzał na niego zdezorientowany. Rzeczywistość zdawała się powoli do niego docierać. Sonja niemal widziała, jak jego umysł stara się rozwiązać zagadkę, którą stworzyły dzisiejsze wydarzenia. - Masz dwie możliwości - ciągnął Adam. - Pierwsza jest taka, że wrócisz ze mną i Tomasem do Islandii i będziesz kontynuować swoje życie od momentu, w którym je przerwałaś. Druga zaś taka, że pożegnasz tu nas obu. Na zawsze.

8

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej