Blase zapewnił Rudą i Nicka, że mogą mieszkać pod jego dachem tak długo, jak będzie to konieczne. Gia jednak nie chciała nadużywać gościnności i przy pierwszej okazji postanowiła spróbować otworzyć portal. Taki sam jak ten, który przeniósł ich aż tutaj.
- Na pewno nie dotrzymać ci towarzystwa? - Nick przyłapał ją, jak wymyka się zaraz po wschodzie słońca. Stanął w drzwiach i oparł się o framugę.
- Potrzebuję spokoju. Muszę się skupić. - Uśmiechnęła się blado. Widziała, że Nick cierpi, tylko stara się to ukryć. Czuła, że im dłużej będą zwlekać z powrotem, tym gorzej może się to skończyć. - Obiecuję, że zrobię wszystko, żebyśmy wrócili do domu.
Kiwnął głową, nie zatrzymywał jej. Cierpliwość ostatnio nie była mocną stroną Rudej.
Wrócił do salonu, a tam czekało na niego spragnione pieszczot psisko.
- Nie przyzwyczajaj się do mnie zbytnio, futrzaku. Jeśli ona się zaweźmie, to do wieczora już nas tu nie będzie.
Minął zawiedzionego psa. Nie chciał się przywiązywać. To tylko kolejny postój przed dalszą drogą. Wiedział o tym.
Wziął ze stołu garść suszonych owoców i usiadł na kanapie przed kominkiem. Przejechał dłonią po drewnianych zdobieniach podłokietnika. Piękne wykonanie, wyglądało na ręczną robotę. Przegryzł przekąskę i usłyszał, jak ktoś zbiega po krętych schodach z górnego piętra.
- Dzień dobry! - Zaya z promiennym uśmiechem, w piżamie w koniki polne, przywitała zarówno Nicka, jak i psa.
Pod pachą trzymała kilka książek i kolorowych zwojów papieru. Rozłożyła je na stole, z szuflady w kuchni wyciągnęła pisak i usiadła tyłem do Nicka.
- A właśnie. - Chłopak próbował ignorować proszące o smakołyk psie spojrzenie. - Ty nie powinnaś być w szkole czy coś takiego?
Obróciła się do niego z uniesioną brwią. Dlaczego kobiety zawsze tak na niego patrzą?
- No przecież są wakacje - wyjaśniła grzecznie. - Ale mam zadane dużo pracy domowej, a Blase mówił, że muszę uczyć się sys... sysma... sysmematycznie.
- Systematycznie.
Zarumieniła się, a on nie mógł powstrzymać nikłego uśmiechu.
- Pomożesz mi? - spytała z nutką nadziei w głosie.
- Jasne - odparł z pełną buzią.
Chciał wstać, ale pies zażądał haraczu. Wielki łeb leżał na jego kolanach, a proszące ślepia wpatrywały się w niego jak w obrazek, podczas gdy z fafli ściekała gęsta ślina. Nick westchnął ciężko i rzucił mu ostatni kawałek suszonego jabłka. Złapana w locie przekąska zniknęła w mgnieniu oka. Nick otrzepał spodnie z kłaków, podszedł do stołu i dosiadł się do dziewczynki.
- Pod jednym warunkiem. - Uśmiechnął się zaczepnie. - Powiedz mi, co jest na górze.
- Piętro - odparła, niewzruszona.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. - Przysunął się bliżej i ściszył głos. - Zdradź mi, czego twój braciszek tak tam pilnuje.
- Przewidział, że będziesz mnie o to wypytywał. - Nie patrząc na niego, otworzyła książkę na stronie z zadaniem. - Kazał ci przekazać, że "na górze róże, na dole kuchnia, odczep się w końcu, bo dostaniesz łupnia".
Nick skrzywił się na dźwięk amatorskich rymów i przewrócił oczami. Teatralnie wystawił język i dał za wygraną. Na razie.
Zaya rozwinęła jeden z ładnie wykończonych zwojów i zaczęła w nim pisać. Nick aż pochylił się nad nią, gdy na pergaminie zaczęły wyświetlać się krzywo zapisane litery, które jakby do wyschnięcia tuszu odznaczały się niebieską poświatą, by po chwili zblednąć i na stałe pozostać na papierze. Notowała tak jakiś czas, a kiedy rozpoczęła kolejne zdanie, zapisane słowa zblakły i zniknęły. Dziewczynka jęknęła z niezadowoloną miną i teatralnie wzniosła ręce.
- No nieee, znów nie działa. - Jeszcze kilka razy spróbowała nabazgrać coś na marginesie i gdy na papierze nic się nie pojawiło, wzruszyła ramionami. - No nic, próbowałam. - Uśmiechnęła się zadziornie. - Czas na przerwę. - Odłożyła pisak i dziarskim krokiem ruszyła do kuchni po przekąskę dla siebie i wiecznie głodnego psa.
Nick nadal siedział w bezruchu, wpatrzony w rozwinięty kawał zwoju. Z podejrzliwą miną tyrknął końcówką palca pisak i w końcu zwrócił się do siostry Blase'a.
- Jak to działa? - Starał się przy tym nie brzmieć na tak ciekawego odpowiedzi, jak był w rzeczywistości.
- Eeee, no nie wiem - rzuciła przez ramię, nakładając sobie kromkę chleba na talerz. - Ty nie umiesz pisać?
- Nie znam się na dzieciach, ale takie teksty chyba podchodzą pod pyskowanie. - Karykaturalnie pogroził jej palcem.
- No normalnie działa. - Przewróciła oczami i wróciła do stołu. - Przykładasz pisadło do papieru i Sieć się na niej osadza. Ale odkąd pasma energii są słabe, to czasem nie mogę nawet normalnie lekcji odrobić. - Oderwała kawałek skórki od chleba i rzuciła ją pupilowi. Sama odgryzła kawałek kanapki i kontynuowała z pełną buzią. - Koleżanka, co nie mieszka z nami w internacie, cały zeszły rok miała taką wymówkę, że Sieć opuściła jej dom i nie miała jak odrabiać zadań. - Połknęła gryza. - Cwaniara.
Nick podparł brodę rękami, dzieci jednak wszędzie są takie same. Nieważne, po której stronie Sieci się urodziły, zawsze znajdą sposób, by się nie uczyć.
- No dobra, i tak pokaż, co tam masz. - Sięgnął po tomisko i zaczął czytać.
Nie znał odpowiedzi na żadne z postawionych przed siedmiolatką pytań. Inna sprawa, że zadania dotyczyły znajomości historii. Tutejszej historii.
?
Gia szukała miejsca, które pozwoli jej się skupić. Z dala od natrętnych myśli i nękającego ją poczucia winy. Chciała pozbyć się złości i niechęci, znów poczuć pewność siebie i odzyskać dawną zaradność. Tutaj czuła się mała, zagubiona i skołowana, ale mogła to zmienić. Wystarczy tylko jeden skok, na Drugą Stronę.
Nocny deszcz pozostawił po sobie błyszczące krople i świeży wiatr. Powietrze pachniało kwitnącą zielenią i źdźbłami trawy.
Nogi niosły ją przed siebie. Przystanęła pomiędzy dwoma potężnymi drzewami. Wyglądały naprawdę staro i choć były sporo od siebie oddalone, ich grube korzenie przeplatały się pod jej stopami, tworząc jakby stopnie prowadzące w górę. Zauważała zniszczone mury. Były ledwo widoczne spod warstwy porastającej je roślinności. Wkoło widziała obrośnięte kolumny, zniszczone łuki bram, powalone wieże, drobne stopnie, podwyższenia i pozostałości korytarzy. Widziała wyryte w skale litery w nieznanym jej języku i symbole wyglądające mniej lub bardziej znajomo. Zmrużyła oczy. Mech obrastający wiekowe mury miał kształt ludzkiej twarzy. Przejechała dłonią po mokrej podobiźnie i aż przeszył ją dreszcz. Spoglądały na nią wyryte w kamieniu oczy postaci o spokojnych rysach. Teraz rozumiała: stała pośrodku zapomnianego sanktuarium. Dawną świątynię pochłonął las, drzewa obrosły ruiny, tworząc zupełnie nowe dzieło sztuki.
W jej świecie takie miejsce zapewne byłoby chronione, zbadane i odwiedzane przez setki turystów, a tutaj żyło własnym życiem. Z dala od rygorów i zakazów, pozostawione samo sobie.
Najwyższą zachowaną częścią świątyni był lekko przekrzywiony monolit. Swoją stabilność zawdzięczał oplatającym go lianom, które stały się już jego częścią. Poranne światło migotało między gałęziami, a zasnute słońce sprawiło, że wszystko spowite było dziwną, bladą łuną.
Znalazła właściwe miejsce.
Stanęła stabilnie na nogach, uspokoiła oddech i wyciągnęła dłonie przed siebie. Liczyła, że lata ćwiczeń dawnego Talentu dadzą efekty, nie miała czasu ani sił na błędy.
- Skup się. Zrób to dla Nicka - wyszeptała w stronę monolitu.
Przymknęła powieki. Czuła, jak przepływają przez nią wibracje. Nie paskudne uczucie prądu, ale czysta energia. Skupiła Talent, błękitne smugi spływały po jej dłoniach, powoli tworząc niewyraźny okrąg. Światło wypełniło serce pradawnej świątyni.
- No dalej... Nie możemy tu zostać, musimy wrócić.
Zmarszczyła brwi. Już wcześniej czuła, że to nie będzie takie proste, że coś uniemożliwia jej rozdarcie Sieci. Przebijała się przez jej kolejne warstwy, błądziła, próbując znaleźć drogę na Drugą Stronę. Przecież wie, że to potrafi. Skoro udało jej się to raz i drugi, to uda się i teraz. Uchyliła powieki, gdy poczuła, że jej moc traci równowagę.
- Mój świat mnie potrzebuje...
Zacisnęła zęby, widziała, jak blady okrąg zaczyna drżeć. Coś niezrozumiałego działo się z jej Talentem. W ślad za światłem zaczęły drżeć jej dłonie. Zacisnęła pięści, by je powstrzymać. Oblała ją fala wściekłości. Czuła gorąco na opuszkach, a równocześnie lodowaty powiew na twarzy.
Krąg wydał skrzący dźwięk, a bladobłękitne wyładowania zaczęły niekontrolowanie odrywać się od formowanego portalu. Stawał się jaśniejszy, coraz jaśniejszy, aż jego światło zaczęło ją razić. Odgłos rozszarpywanej Sieci przeszywał jej ciało, a ręce zaczęły płonąć bólem. Zakręciło jej się w głowie, świątynia zaczęła płynnie wirować wkoło niej. Nie podda się, uda jej się przedrzeć, wytrzyma.
Spływająca po liściu kropla deszczu zawisła na krawędzi blaszki. Niebezpiecznie zsuwała się wzdłuż granicy i dotarła na sam czubek. Delikatny powiew zatrząsł gałęzią. Kropla oderwała się od liścia i minęła wszystkie pozostałe. Niewzruszona potężnymi siłami Talentu, bezczelnie spadła wprost na Rudą.
Gia poczuła, jak zimna deszczówka kapnęła jej dokładnie za kołnierz. Nie wytrzymała. Puściła Talent i uderzyła kolanami o ziemię. Fala energii rozprysnęła się w mgnieniu oka.
Dziewczyna dyszała ciężko. Starła pot z czoła i spojrzała na zaczerwienione dłonie. Pod paznokciami pojawiła się krew, a palce zaczynały sinieć. Dokładnie tak samo ranił ją Talent, gdy jeszcze był blokowany przez chip Agencji. Skuliła się. Dlaczego to znów się dzieje? Dlaczego Talent jej nie słucha?
Niewzruszony jej porażką deszcz zaczął leniwie siąpić. Ciche uderzenia kropel wypełniły las.
Zacisnęła obolałe pięści i uderzyła nimi w ziemię. Raz, drugi, trzeci. Nawet burza nie zagłuszyłaby jej wściekłego krzyku.
?
Blase schodził po krętych schodach, balansując tacą tak, żeby nic z niej nie spadło, a gdy postawił krok na ostatnim stopniu, usłyszał wesoły śmiech Zayi. Zamrugał, zaskoczony, gdy zobaczył, kto wprawił ją w tak dobry nastrój.
- Braciszku, braciszku! - Dziewczynka zeskoczyła z siedzenia i podbiegła do niego z promiennym uśmiechem. - Odrobiłam całe zadanie, Nick mi pomógł.
- Czyżby...? - Blase spojrzał podejrzliwie na swojego gościa.
- A tak! - odparła z dumą. - I dużo się nauczyłam. Wiedziałeś, że podczas Wojny Północnej dowództwo objął władca Tom Hanks Pierwszy? To on wezwał na pomoc kosmicznych wojowników zakonu Jedi i był najsilniejszym hobbitem w Hogwarcie!
Blase podniósł wzrok znad Zayi i znów zerknął na Nicka z politowaniem. Ten z trudem powstrzymał parsknięcie śmiechem i dla niepoznaki niesamowicie zainteresował się końcówką od pisaka.
- Zaya, ja ci potem jeszcze sprawdzę to zadanie. - Pogłaskał ją po głowie. Skierował kroki w stronę kuchni i przystanął przy stole. - Przestań ją uczyć głupot - warknął i wstawił brudne naczynia do zlewu.
Nick przeciągnął się i założył ręce za głowę, nie tracąc dobrego humoru. Zaya usiadła naprzeciwko. Została jeszcze praca domowa z geografii, a chłopak już miał pomysł na szczyt górski nazwany jego imieniem.
W tym momencie tuż za oknem uderzył piorun. Wszyscy podskoczyli, a na moment całe pomieszczenie aż zrobiło się białe. Zanim jeszcze skończyło im dudnić w uszach, na zewnątrz lunął ulewny deszcz. Ale to nie był zwykły deszcz, a nawałnica. Na tyle silna, że cały dom aż zaczął skrzypieć pod naporem rozpędzonej wody. Burza pojawiła się bez ostrzeżenia, nic nie zapowiadało tak nagłego pogorszenia pogody. Leniwy zachód słońca zniknął za czarnymi jak noc chmurami tak szybko, że zrobiło się zupełnie ciemno.
Blase bez słowa zerwał się do stajni i obory, by zamknąć zwierzęta w boksach, a Zaya przyniosła z pomieszczenia gospodarczego wiadro i postawiła jej pod oknem w salonie. Na suficie było widać ślady zacieków, które kończyły się dokładnie w miejscu, gdzie je umieściła. Nick obserwował to, nieco zmieszany. Gdy Blase wrócił, usiedli przy stole.
Strugi deszczu spływały po okiennych szybach, silny wiatr uginał gałęzie wysokich drzew na tyle mocno, że obijały się o dach. Dudnienie niosło się po wielkim domu, a Nick wątpił w to, czy stary budynek nie runie im na głowy.
- Bez obaw. Wytrzyma. - Blase jakby odpowiedział na jego myśli. - Dom wymaga kilku napraw, ale przeżył już niejedną burzę. Budowali go moi bracia. Wytrzyma - powtórzył.
Nick kiwnął głową, choć wydawało mu się, że budynek ma co najmniej kilkadziesiąt lat, ale to niemożliwe, skoro bracia Blase'a byli odpowiedzialni za jego wzniesienie. Patrzył, jak krople cieknące po suficie zaczynają kapać do wiadra.
- Dzielna dziewczyna. - Nick uśmiechnął się do Zayi, która wydawała się nie zauważać szalejącego za oknem huraganu. - Nie boi się burzy.
- Ona ma tylko siedem lat, wychowała się w czasach anomalii. Nie zna innego świata.
Nick zamrugał, zaskoczony.
- Chcesz powiedzieć, że tutaj też nawiedzają was te wszystkie niebezpieczne zjawiska?
- Mówiłem ci przecież. Dexteram i Sinistram są ze sobą połączone, a równowaga Sieci wpływa na pogodę. - Podrapał się po bliźnie na policzku. - Tak długo jak Sieć będzie słabła, tak natura będzie zbierać swoje żniwa.
Nick wstał od stołu i szybkim ruchem zabrał z wieszaka płaszcz.
- Dokąd to? - Blase uniósł się na krześle.
- Znaleźć Rudą. - Ubrał się i ruszył w stronę drzwi. - Widziałem już, jakie spustoszenie potrafią nieść burze spowodowane wahaniami Sieci.
Gdy nacisnął na klamkę, nie poczuł oporu. Drzwi otworzyły się, a silny wiatr wtargnął do domu. Nick odetchnął z ulgą.
Gia stała przed nim zupełnie przemoczona i strasznie blada. Nie patrząc na niego, bez słowa weszła do środka.
- Nic ci nie jest? - spytał troskliwie i zatrzasnął za nią drzwi.
- Pada - wypowiedziała tylko to jedno słowo i przeszła do salonu.
Patrzył, jak siada na kanapie przed rozpalonym kominkiem i zawiesza smutne spojrzenie na płomieniach. Mokre pasma włosów opadły jej na twarz, a kropelki wody skapywały na przemoczone ubrania. Zadrżała z zimna.
Nick okrył ją ciepłym kocem i usiadł przy niej. Popatrzyła mu w oczy z wdzięcznością w momencie, gdy między ich ciałami przeskoczyła iskra.
- Nie udało się. - Wypowiedzenie tych słów wiele ją kosztowało.
- To nic - odpowiedział niemal natychmiast.
Zdobył się na blady uśmiech, ale to było za mało, by podnieść ją na duchu. Musiał ją przekonać, że naprawdę w nią wierzy, a nie tylko wypowiada nic nieznaczące frazesy. Bo wierzy, wierzył całym sobą. Tylko że ona nie potrzebowała litości. Nie zmotywują jej słowa otuchy ani poklepywanie po plecach. Ich los leżał w jej rękach, w jej umiejętnościach. Musiał ją wspierać. Znał ją. Całe życie służyła Agencji, a to odcisnęło na niej piętno. Wiedział, jak do niej dotrzeć. Potrzebowała słów, które będzie mogła potraktować jak rozkaz.
- Wzięłaś na siebie wiele - zaczął ostrożnie. - Ale źle się do tego zabrałaś. - Udało mu się ściągnąć na siebie jej zmęczone spojrzenie. - Twój Talent jest złożony, a ty skupiłaś się tylko na tym, by nas stąd wyciągnąć. Musisz go zrozumieć i ćwiczyć stopniowo, tak jak to robiłaś w Agencji z elektrycznością. Tak samo jak uczyłaś mnie i adeptów. Weź się w garść i skorzystaj z własnych nauk, a ja ci w tym pomogę.
Zapadła cisza, słychać było tylko strzelanie ognia na suchym drewnie w kominku. Nick przypomniał Gii, że ta potrafi czuć coś więcej poza złością, strachem i obojętnością. Płomień odbijający się w jej oczach zadrżał, a kąciki ust uniosły się nieznacznie. To wystarczyło za odpowiedź. Była mu wdzięczna.
?
Kichnęła. Albo to ją obudziło, albo dźwięk dochodzący z poziomu dachu. Gia usiadła na łóżku i przeciągnęła się leniwie. Wzrok zatrzymała na dłoniach, zabandażowanych i obolałych, przypominających o wczorajszej porażce. Odetchnęła i spróbowała powstrzymać narastającą w niej irytację.
Znowu kichnęła.
Tak, katar to dokładnie to, czego teraz potrzebowała. Wstała i zaścieliła łóżko. Niewielka sypialnia, którą na bliżej nieokreślony czas mogła nazywać swoją własną, była pomieszczeniem wydzielonym z dawnej części salonu. Dom był pełen różnych przeróbek świadczących o tym, że musiał pomieścić więcej ludzi, niż pierwotnie przewidywano. Nic dziwnego, skoro Blase na każdym kroku wspominał o swoich braciach i siostrach, a Gia miała wrażenie, że za każdym razem mówił o kimś innym. Tuż za ścianą pokój dostał Nick, a wyjście z obu prowadziło bezpośrednio do salonu. W tej chwili pustego. Gia rozejrzała się za resztą domowników, ale nawet pies gdzieś zniknął. Zatrzymała wzrok na schodach prowadzących na górę. Piętro było jedynym miejscem, do którego ani ona, ani Nick nie mieli wstępu. Nickowi ten fakt nie dawał spokoju, Rudej był raczej obojętny. Każdy ma prawo do swoich tajemnic, a ona obiecała sobie, że nie będzie się angażować w nic, co dotyczy Dexteram.
Kichnęła, a potem poszła się umyć. W pierwszej chwili pomyślała, że ma dziś szczęście, bo kapryśna Sieć była łaskawa i zasiliła pompy umożliwiające przepływ bieżącej wody. Niestety zdarzało się to na tyle rzadko, że rury zdążyły przerdzewieć i zarosnąć brudem. Zrezygnowała z prysznica na rzecz obmycia się w miednicy z deszczówką.
Jeszcze z wilgotnymi włosami wyszła przed dom zobaczyć, co jest źródłem hałasu na dachu. Po huraganie nie było śladu, przynajmniej na niebie. Ruda obeszła dom; wszędzie panował nieporządek po nocnej ulewie. Ogarnęła wzorkiem pobojowisko, minęła roztrzaskaną rynnę i kilka popękanych dachówek, a spod okna jej sypialni podniosła doniczkę i ustawiła ją na kamiennym parapecie. Kilka okien nie przetrwało nocy - nad ranem piorun uderzył w gałąź najbliższego drzewa, która wybiła kilka szyb. Po tym, co Gia widziała w swoim świecie, takie sceny nie robiły już na niej wrażenia.
Usłyszała uderzenie młotka i zadarła głowę, w ostatniej chwili, by zdążyć odsunąć się spod spadającej części gzymsu.
- Umm... uwaga na głowę - usłyszała skruszony głos.
Uśmiechnęła się krzywo do Nicka, który łapał równowagę na zrujnowanym dachu.
- Mało zniszczeń spowodowała burza? Chcesz koniecznie dorzucić jeszcze swoje trzy grosze? - Skrzyżowała ręce na piersiach i uważnie przyglądała się kolejnej niebezpiecznie obluzowanej dachówce.
- Co on tam robi? - rozległ się głos Blase'a.
Miał na sobie znoszone ubrania pełne dziur i plam, a na ramieniu kilka desek i narzędzia. Cały poranek spędził na naprawie szkód w stajni.
- Dach jest w opłakanym stanie, znalazłem też kilka miejsc, w których przecieka. Raz-dwa to naprawię. - Nick przykucnął i wziął się do roboty.
- Czekaj, pomogę ci. - Blase nie krył zdziwienia, ale i uśmiechnął się z uznaniem. Nie spodziewał się jakiegokolwiek zaangażowania ze strony chłopaka. A ten nawet nie pytał, czy Blase potrzebuje pomocy, tylko z własnej inicjatywy wziął się za naprawy. Mieszkanie na wsi pozwalało im zapewniać podstawowe potrzeby i spokojnie żyć z dala od zatłoczonego miasta, ale przy tak dużym domu, masie zwierząt i młodszej siostrze niełatwo było gospodarzowi wszystkiego dopilnować, więc szczerze cieszył się z pomocy. - Przyłączysz się do nas? - spytał Rudą z nutką nadziei w głosie.
- Nie - odparła zimno. - Mam zamiar dalej ćwiczyć Talent. Muszę spróbować otworzyć portal do domu.
Przez ostatnie dni Ruda unikała Blase'a, a każda jego próba nawiązania rozmowy kończyła się fiaskiem. Ukrywali to, ale oboje czuli się z tym okropnie. Ich sympatia została zdławiona. Mieli zbyt różne cele, by pozwolić sobie na przyjaźń. Tak przynajmniej sądziła Gia.
- Nie martw się, prędzej czy później na pewno ci się uda osiągnąć to, czego pragniesz. - Niespodziewanie zaczął ją pocieszać. - Słyszałem, że moce Utalentowanych pochodzących zza Sieci stają się silniejsze, gdy trafiają do Dexteram. Mój świat to takie naturalne środowisko waszych Talentów. Sieć wam tu sprzyja.
Gia rozważyła jego słowa. Nie czuła się wcale silniejsza niż w Sinistram, ale wzmianka o rosnącym potencjale Talentu coś jej przypomniała. Czy przypadkiem nie o tym powiedział jej Azaler, potężny Utalentowany z Egiptu, który potrafił przejmować ludzkie ciało? Ruda do dziś pamiętała, że nazywał Przetarcie Źródłem i twierdził, że dzięki przebywaniu blisko niego on sam staje się silniejszy. Może właśnie dlatego, że przez tak długi czas znajdował się bliżej Dexteram niż ktokolwiek inny?
Nie chciała o tym dłużej myśleć, tamta misja przywoływała zbyt wiele bolesnych emocji. Każde wspomnienie związane z Alexem było jak drzazga w sercu. Odwróciła się na pięcie i tylko rzuciła przez ramię:
- Uważajcie na siebie. Do wieczora.
Blase westchnął i pokręcił głową. Wiódł za nią wzrokiem do momentu, aż zniknęła między drzewami. Wtedy założył na biodra pas z narzędziami i sprawnie wspiął się na dach. Ocenił zniszczenia. Nawet z pomocą Nicka to robota na kilka dni. Wzięli się do wspólnej pracy.
?
Gia wróciła w to samo miejsce, w którym trenowała zeszłego dnia. Dawna świątynia pochłonięta przez naturę. Majestatyczna, przepełniona spokojem i mistyczną energią.
Odgłos kichnięcia równie majestatycznie niósł się po całym lesie. Gia przetarła nos i usiadła pod starym monolitem. Wyciągnęła z zaszewki przy pasie mały notatnik i pisak. W drodze ułożyła w głowie plan działania, który teraz chciała zanotować. Nick miał rację, musi potraktować siebie samą tak, jak traktowała swoich adeptów. Zrozumieć i poznać swój Talent, a naukę podzielić na etapy. To przecież tak oczywiste, a przez pośpiech niemal zapomniała, co wpajała swoim uczniom na treningach. Odkąd obudziła swój prawdziwy Talent, musiała zapomnieć o starych przyzwyczajeniach i przyjąć rzeczywistość taką, jaka była. To, że wcześniej udało jej się otworzyć portal między światami, jeszcze o niczym nie świadczyło. W obu przypadkach towarzyszyły temu bardzo silne emocje, co pozwoliło jej dokonać niemal niemożliwego. Książkowy przypadek. To samo przydarzyło się Lili, gdy jej ojciec był na skraju śmierci. Udało jej się obudzić Talent i użyć go z taką mocą, że po dziś dzień nie zdołała tego powtórzyć. To nie napawało dużym optymizmem, ale Ruda miała spore doświadczenie w pracy z Talentami. Pomogła innym, to poradzi sobie i ze swoimi. Tym razem podejdzie do tego profesjonalnie, jak trener.
- Punkt pierwszy - udało jej się zapisać. - Sprawdzić umiejętności posługiwania się elektrycznością.
Prąd to skutek uboczny powstawania portali oraz jej poprzedni Talent. Być może wciąż potrafi go wyodrębnić, a w ślad za nim lepiej zrozumieć portale. Wiele jej technik walki opierało się na wykorzystaniu elektryczności, więc może nadal mogła ją kontrolować.
- Punkt drugi. Nauczyć się skutecznie tworzyć portale w obrębie Dexteram i wymyślić nowe techniki wykorzystywania ich w walce.
W Sinistram udało jej się swobodnie kreować portale łączące punkty po jednej stronie Sieci. Nie wiedziała jeszcze, jak jest tutaj. Jeśli opanuje je do perfekcji, od nich już niedaleka droga do stworzenia portalu łączącego oba światy. A kiedy już uda im się wrócić, nie będzie czasu na naukę. Wszystkie swoje możliwości musi poznać jeszcze tutaj, póki Agencja nie depcze im po piętach. Walka z wykorzystaniem portali ma ogromny potencjał i da jej znaczną przewagę nad przeciwnikami, ale nie uda jej się skutecznie ich zastosować, jeśli wcześniej sama nie zbada swoich granic.
- Punkt trzeci. - Ostatni. - Stworzenie portalu rozdzierającego Sieć i powrót do domu. - Zacisnęła dłoń na pisaku. - Powstrzymanie Agencji przed stworzeniem broni i zniewoleniem Utalentowanych.
Spojrzała na swoją listę krytycznym okiem. Pestka, przynajmniej na papierze...
?
Mijały dni i każdy z domowników był zajęty. Gia wychodziła wcześnie rano i wracała późnymi wieczorami. Całkowicie poświęciła się treningom, niemal nie widywała się z Nickiem ani Blase'em, a oni mieli wystarczająco dużo pracy przy naprawie zniszczeń po burzy.
Siedzieli na granicy dachu w upale, a gdy słońce zawisło w zenicie, wspólnie uznali, że chwila przerwy to więcej niż dobry pomysł. W takich warunkach trudno było im się skupić na fizycznej pracy. Nick wziął łyk wody z butelki, po czym oblał sobie głowę i twarz, dzięki czemu poczuł chwilową ulgę. Po raz ostatni doświadczył takich upałów podczas jednej z misji. W Kanadzie. W środku zimy. Ale to było, zanim jeszcze zaczął się ten cały cyrk z istnieniem równoległego świata. Wciąż jeszcze to do niego w pełni nie docierało, jednak siedzący obok koleżka był żywym dowodem na to, że albo Sieć naprawdę jest granicą między Dexteram a Sinistram, albo Nick dostał już udaru.
Resztę wody podał Blase'owi. Dobrze im się razem pracowało, gospodarz był ciekawym człowiekiem, a dla Nicka każda informacja o Dexteram była czymś nowym i interesującym. Sam nie wiedział, czy chciał mu pomóc w ramach wdzięczności za schronienie, czy zwyczajnie próbował zająć się czymkolwiek, byle nie myśleć o bólu głowy.
Wstał i zaczął przenosić materiały i część narzędzi na drugą stronę dachu. Tam naprawy wymagały dwa wykusze nad szerokimi oknami. Blase obserwował go uważnie i nim ten skończył dźwigać, parsknął śmiechem.
- Nie, tą częścią dachu zajmę się sam. - Wypił resztę wody i podciągnął opadające rękawy. - Stokrotne dzięki za pomoc. Doceniam to.
- Skąd ten nagły przypływ samodzielności? - Nick popatrzył na niego podejrzliwie.
- Żebyś nie zaglądał do okna pokoju, który tak cię interesuje. - Rozgryzł go w mgnieniu oka.
Nick zakręcił w ręce młotkiem i wzruszył ramionami.
- Wcale nie miałem takich niecnych zamiarów.
- Wcale. - Blase uśmiechnął się i przejął od niego młotek.
- W takim razie idę uczyć twoją siostrę historii - droczył się.
Zaczął zbierać z dachu niepotrzebne przedmioty. Zachwiał się nieznacznie i spojrzał w dół. Lekko spadzisty dach był zdradziecki, wystarczyła chwila nieuwagi, żeby zapomnieć się na nierównej powierzchni. Liczył, że po tylu spędzonych tu godzinach wreszcie pozbędzie się drętwienia w stopach i męczącego uczucia niepokoju. Niestety, lęk wysokości nadal nie odpuszczał.
Nick starł z czoła kropelki potu i wziął kilka głębokich wdechów. Poczuł mrowienie, ale tym razem na czubku głowy. Próbował się otrząsnąć, jednak oblała go fala lodowatych dreszczy. Zgubił myśli i zupełnie stracił orientację. W sekundę uderzył w niego ogromny ból głowy, a oczy zaszły mgłą. Upuścił narzędzia i poczuł, że traci grunt pod nogami.
Słyszał słowa, ale ich nie rozumiał. Chciał tylko spać, dlaczego ktoś go budził? Uporczywe nawoływanie nie ustępowało, więc postanowił zdobyć się na nadludzki wysiłek i uchylić powieki. Skrzywił się i wymamrotał coś, co najprawdopodobniej było przekleństwem. Cholerne słońce raziło go w oczy, a rozgrzane dachówki parzyły w plecy. Nie dał rady usiąść, po chwili pomógł mu właściciel nękającego go głosu.
- Co się drzesz...? - wymamrotał Nick i rozmasował obolałą głowę. Minęła dłuższa chwila, zanim znów widział wyraźnie.
- Chłopie, przez kilka minut próbowałem cię ocucić. - Blase siedział przy nim tuż przy granicy dachu. - Straciłeś przytomność, ledwo zdążyłem cię złapać.
Nick zamrugał z niedowierzaniem i spojrzał w dół. Narzędzia, które wcześniej trzymał, i zapasowe dachówki leżały roztrzaskane na ziemi. Starł ślinę z kącików ust, chyba faktycznie na chwilę odleciał.
- Naprawdę nie jest z tobą dobrze... Dasz radę wstać?
Blase pomógł mu ostrożnie zejść z dachu i zaprowadził go do budynku. Tu było ciemniej, dzięki czemu pulsujący ból głowy nieco złagodniał. Odpoczynek, Nick potrzebował teraz snu, żeby się zregenerować. To na pewno praca w pełnym słońcu tak go zamroczyła.
- Blase? - Zatrzymał gospodarza, nim ten wyszedł z pokoju. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. - Nie mów nic Rudej.
Blase skrzywił się, ale i pokiwał głową.
- Jasne. - Zamknął za sobą drzwi. - ...O ile nie zapyta.
?
- Jeszcze raz.
Przyłapała się na tym, że mówi sama do siebie. Ewentualnie do tej dziwnej małpki o ciemnobrązowym futrze, która od rana siedziała w koronach drzew i bacznie jej się przyglądała wielkimi, czerwonymi ślepiami.
Gia skupiła Talent. Czuła krążącą wkoło niej energię. Wyciągnęła przed siebie dłoń i wzburzyła Sieć, jakby dotykała tafli, a zamiast kropel na jej palcach pojawiły się błękitne iskry. Nic dziwnego, że Agencja obawiała się jej umiejętności. Jeśli każdy taki ruch zaburza pracę w laboratoriach, to miała szczerą nadzieję, że teraz szlag ich trafia.
Skradzione błyski przytrzymała w garści, ale czuła, jak zaczynają przeciekać między palcami. Pomogła sobie drugą dłonią, jednak błękitne wyładowania rozchodziły się coraz dalej i dalej, zupełnie ignorując jej chęci. Serce zabiło jej szybciej, zadrżała, gdy niestabilna kula energii zaczęła rosnąć i wymykać się spod kontroli.
Nie zatrzyma tego, nie potrafi. Prąd nie zachowywał się jak dawniej. Musiała pozbyć się nadmiaru mocy. Szybkim ruchem wbiła ściśnięte iskry w ziemię pod stopami. Skumulowany prąd rozszedł się błyskawicznie i pomknął w stronę monolitu. Uderzył w niego z hukiem, a ten roztrzaskał się pod naporem potężnej energii. Ruda zasłoniła twarz przed odłamkami, a gdy poczuła zapach spalenizny, uchyliła powieki.
Ciekawska małpa gdzieś uciekła, a po zabytkowym monolicie pozostała tylko zwęglona dziura w ziemi. Wokół trawa była wypalona, a wzór błyskawicy ciągnął się aż do granicy wzroku.
Gia odetchnęła głęboko i aż zgarbiła się ze zmęczenia. Tym razem przesadziła, nie chciała usmażyć tego miejsca.
To nie miało sensu.
Nietłumiony niczym prąd, trzymany w jej dłoniach, był zbyt niestabilny, by mogła go kontrolować. Dla wszystkich będzie bezpieczniej, jeśli Gia odrzuci dawne przyzwyczajenia i nie będzie dłużej korzystała z pierwotnego Talentu. Takie metody wysysały z niej siły i powodowały zbyt wiele zniszczeń.
Usiadła tam, gdzie stała, i rozmasowała skronie. Musiała wyciągnąć wnioski z ostatnich treningów, straciła na ten etap już wystarczająco dużo czasu. Znalazła w skórzanej torbie notatnik, dopisała kilka linijek i przeanalizowała to, czego udało jej się dokonać do tej pory. Poprzednie próby były równie nieudane, choć nie tak imponująco destrukcyjne. Prąd zdecydowanie nie był już naturą jej Talentu, musiała na dobre pożegnać się z tym rodzajem walki. Zastukała parę razy o margines pisakiem, gdy ten znów przestał działać. Przekartkowała kilka stron i po chwili udało jej się wykreślić ze swojej listy punkt pierwszy.
Czas przejść do etapu, w którym pokładała największe nadzieje.
Niespodziewanie ogarnęło ją znajome uczucie. Bez powodu jej serce zaczęło bić szybciej, a panika i strach wypełniły każdą komórkę ciała. Przeklęła i zaczęła gorączkowo myśleć. Co by powiedział Lambert, gdyby dowiedział się o atakach Rudej? Po pierwsze kazałby się odciąć od stresujących sytuacji, ale to nie jest możliwe. Co jeszcze by doradził? Psychoterapia odpada. Leki... Olśniło ją. Upuściła notatnik i drżącymi dłońmi wygrzebała z saszetki zawiniątko, które dostała od brata Blase'a. Rozwinęła materiał i zaczęła wdychać ostry zapach ziół.
- Oddychaj wolniej - powtarzała sobie. - Jesteś bezpieczna. Nic złego się nie dzieje, Agencji tu nie ma. Ten świat nie jest niczym złym.
Lata spędzone w poczuciu zagrożenia sprawiły, że żyła w permanentnym stresie, choć nie przyznawała tego przed samą sobą. W tym stanie nie odróżniała realnego zagrożenia od tego, które było tylko w jej głowie.
Lęk powoli ustępował, oddychała coraz wolniej i spokojniej. Odsunęła od twarzy zawiniątko i starła z nosa resztki ziołowej mieszanki. To zielsko naprawdę pomogło, choć Gia była wcześniej sceptycznie nastawiona. Powinna podziękować Blase'owi.
Trening musiał poczekać na inny dzień, dziś była już zbyt zmęczona.
Wracała dobrze już znaną sobie drogą przez las. Starła pot z czoła i klasnęła sobie w kark, na którym przysiadł jakiś insekt. Oby to nie było nic jadowitego. W zasięgu wzroku miała stare, martwe drzewo, co oznaczało, że jest prawie u celu. Gdy się z nim zrównała, usłyszała szelest. Musiała spłoszyć coś, co znalazło schronienie w wydrążonym pniu. Przez ułamek sekundy widziała ruch uciekającej smugi wielkości puchatego lisa. I pewnie nie udałoby jej się dostrzec zwierzęcia, gdyby nie to, że jego futro było zupełnie białe. Pomyślała, że to mało kamuflujące barwy jak na istotę żyjącą w lesie.
Weszła do domu i zamknęła za sobą drzwi na mosiężny zamek. Jedyne, o czym teraz marzyła, to kąpiel.
- O, wróciłaś dziś wcześniej. - Nick przywitał ją z kanapy.
Przystanęła między nim a wygaszonym kominkiem i przeciągnęła się leniwie. Skierowała zmęczone spojrzenie na przyjaciela i zmarszczyła brwi.
- Źle wyglądasz - zauważyła. - Dobrze się czujesz?
- Ta, nie mają tu klimatyzatorów, więc złapałem lenia - odparł natychmiast i wysilił się na obojętny uśmiech. Musiał zachować swój popołudniowy atak bólu w tajemnicy przed Rudą. Większa presja w niczym jej nie pomoże.
- Yhm. - Na jego szczęście była zbyt zmęczona, by dalej drążyć.
- Jak poszło? - Odsunął od siebie temat.
- Jeden do zera dla mnie w meczu ze starożytną świątynią. Idę się umyć.
Przekręcił głowę. Tym razem to on nie drążył tematu.
Zniknęła za drzwiami, a on skulił się z bólu. Udawanie przed nią, że wszystko jest w porządku, było coraz trudniejsze. Chciałby znaleźć coś, na czym mógłby się skupić, by nie myśleć o tym, co mu dolega.
- Hej. - Z letargu wyrwał go głos Blase'a.
- Gia już wróciła, pamiętaj, że mieliśmy umowę. - Ściszył głos. - Nie wygadaj się.
- Twoja wola. - Wzruszył ramionami i oparł się o tył kanapy. - Ale przypomnij sobie, jak ty żeś się czuł, gdy się dowiedziałeś, że cię okłamywała.
- To naprawdę nie jest czas na twoje moralizujące przemowy. - Był zmęczony jego gadaniem o prawdzie i kłamstwie.
- Chodź ze mną, coś ci pokażę.
Z trudem wstał z kanapy i smętnym krokiem poszedł za gospodarzem aż do stajni. Uderzył go silny zapach koni i siana, przez co odruchowo się skrzywił. Zamknięte w boksach zwierzęta zareagowały niepokojem na widok Nicka. Najwyraźniej wyczuwały jego niepewność, a im bardziej one były spięte i hałaśliwe, tym gorzej czuł się przy nich Nick. Miał tylko cichą nadzieję, że nie zostanie w Dexteram na tyle długo, by kopnął go zaszczyt nauki jazdy.
Blase przeszedł na tył stajni i otworzył skrzypiące drzwi. Oczom Nicka ukazało się jeszcze jedno pomieszczenie. Tym razem poczuł przyjemny zapach świeżego drewna, który zupełnie zdominował smród koni. Pośrodku znajdował się podniszczony stół z narzędziami stolarskimi. Pod ścianami leżały kawałki drewna, niektóre nieruszone, surowe, inne żłobione i frezowane, a prócz tego wszędzie walały się wióry i trociny.
Przejechał dłonią po jednym z niewykończonych dzieł. Wyglądało jak szkatuła na biżuterię, choć brakowało jeszcze zawiasów i zamka. Precyzyjne rzeźbienia przedstawiały zwierzę przypominające dwugłowego lwa gotowego do ataku. Nick rozpoznał ten styl, podobne zdobienia widział na podłokietniku kanapy w salonie, na wezgłowiu łóżka w sypialni, na wielkiej skrzyni w korytarzu oraz na mnóstwie innych przedmiotów w domu. Teraz już wiedział, kto jest ich autorem.
- Czyli masz jakiś talent poza podglądaniem snów. - Skrył podziw za złośliwymi uwagami. - Ładne.
- Prawisz komplementy prawie tak samo dobrze, jak kłamiesz. - Blase, nie patrząc na niego, ściągnął z półki kawał materiału i strzepnął z niego trociny. - Rzeźbię w drewnie, odkąd skończyłem pięć lat. Wbrew pozorom to wielce praktyczne hobby. Ty masz jakieś?
- Cóż... kiedyś trochę się ścigałem, ale źle się to dla mnie skończyło. - W odruchu aż rozmasował starą bliznę po postrzale.
- Szkoda, bo liczyłem, że możesz mi pomóc. - W końcu znalazł to, czego szukał.
Podszedł do chłopaka i podał mu malutki, wyrzeźbiony w drewnie przedmiot. Nickowi aż zaświeciły się oczy. Tak go zamurowało, że zapomniał się uśmiechnąć. Trzymał w dłoni szachową figurę hetmana.
- Widziałem je w snach Rudej. - Blase odpowiedział na jego pytające spojrzenie i wskazał na własnoręcznie zrobioną szachownicę i pozostałe bierki. - Ale nie znam zasad. Myślałem, że może mnie nauczysz.
?
Gia przymrużyła oczy. Nie spodziewała się, że wytrzyma tak długo. Utrzymywała otwarty portal już dobry kwadrans. Choć równie dobrze mogła minąć godzina, bo każda kolejna sekunda wymagała od niej tak ogromnego skupienia, że kropelki potu zaczęły spływały jej po czole. Widziała, jak portal reaguje na jej zmęczenie. Jak jego krawędzie z gładkich i płynnych robią się poszarpane, nierówne. Czuła, jak Sieć napiera na błękity okrąg, by zamknąć przepływ energii.
Portal stracił okrągły kształt i się wygiął. Ruda była zbyt wykończona, by go utrzymać. Poczuła gęstą kroplę pod nosem i zawroty głowy. Zamroczyło ją.
Przed oczami nie widziała już świetlistego kręgu, tylko wielkie liście w koronach drzew. Poczuła łaskotanie na szyi, półprzytomnie machnęła ręką. Ciekawska małpka odskoczyła kilka kroków i przypatrywała się Rudej, aż ta usiadła. Zwierzę jeszcze nigdy nie podeszło tak blisko. Gia chwilę mu się przyglądała. Starła spod nosa zastygłą krew. Zrezygnowana, spojrzała na zegarek na szerokiej, skórzanej bransolecie. Nie wiedziała, jak długo leżała nieprzytomna, więc i czas, na jaki udało jej się utrzymać portal, był nieznany. Roztarła skronie. Będzie to musiała powtórzyć.
?
- Szach-mat. - Nick już zdążył zapomnieć, jaką te słowa sprawiały mu przyjemność.
- To niemożliwe - oburzył się Blase, nie odrywając wzroku od szachownicy. - Przecież wyglądało na to, że tę partię wygram. Na pewno oszukujesz.
- Nie muszę kantować. - Nick z błogim uśmiechem zakręcił pionkiem w ręce. - Od początku miałem cię w garści. Powinieneś w równym stopniu skupić się na obronie, co i na ataku. No i nie dawaj się tak podpuszczać.
- To naprawdę skomplikowana gra - przyznał i zaczął ustawiać figury tak, jak nauczył go Nick. - Gramy jeszcze raz?
- Jasne.
Jeden z pionków upadł na bok i zaczął toczyć się w stronę krawędzi stołu. Nick wyciągnął rękę, by chwycić go, nim spadnie. Zamrugał, zdziwiony. Pionek przeleciał mu koło dłoni, stuknął o podłogę i potoczył się pod blat. Nick natychmiast podniósł go, by nie zwracać na siebie uwagi. Przyjrzał się misternym zdobieniom. Wiedział, że tam są, bo przecież podziwiał je już wcześniej. Ale teraz... teraz były zamazane.
Musiał odpocząć; skupienie wzroku na planszy może i nie było nadwyrężaniem Talentu, ale wolałby, żeby objawy minęły, nim Gia wróci z treningu. Zrezygnował z rozgrywki, położył się na kanapie i schował twarz w dłoniach. Czekał, aż sen zadziała jak najlepszy lek i odetnie go od bólu. Usłyszał dźwięk szurania metalu po drewnie i zerknął spomiędzy palców.
Blase trzymał pistolet, który Nick zostawił na stole. Przyglądał mu się z zainteresowaniem, ważył w dłoni, obrócił i złapał prawidłowo za uchwyt. Wyglądał niedorzecznie z bronią. Albo raczej to broń wyglądała niedorzecznie w tym świecie. Dlatego była dla nich tak cenna, mimo że mieli tylko trzy naboje.
Nick ostrożnie uniósł się na kanapie.
- Odłóż to - wypowiedział te słowa beznamiętnie.
Blase się zmieszał. Wodził wzrokiem między Nickiem a pistoletem.
- Chciałbym kiedyś... spróbować. No wiesz, strzelać.
Nickowi nie podobała się ta rozmowa. Wstał i zabrał mu z dłoni broń, której obiecał pilnować jak oka w głowie.
- Obyś nigdy nie musiał.
?
Wieczorem, gdy pozostali już zasnęli, Nick leżał na wznak, pogrążony we własnych myślach. Do tej pory skrywanie bólu było jego jedynym zmartwieniem. Wmawiał sobie, że póki go znosi, nic złego nie może mu się stać, ale dziś zrozumiał, że jego silna wola jest nic niewarta. Już nawet zapominał o pilnowaniu pistoletu. Bagatelizował swój stan zbyt długo - dotąd dobrze mu to wychodziło, ale dziś czuł dziwny lęk. Przełknął ślinę przez wyschnięte gardło. Już nawet lecznicze zioła Blase'a były niewystarczające. Przerwy między kolejnymi dawkami naparów, gniecionych liści i innych świństw były coraz krótsze, a on przyłapał się na tym, że jedyne, o czym ostatnio myśli, to kolejna porcja przeciwbólówek. Gia nie bez powodu robiła wszystko, by ich stąd wyrwać. Naprawdę potrzebował pomocy.
Przewrócił się na bok i zakrył głowę poduszką. Znów to słyszał - skowyt z głębi lasu. Odległy lament cierpiącego stworzenia krążącego między drzewami. Wilcze wołanie wwiercało mu się w głowę tak nachalnie, że aż poczuł ciarki na plecach. Miał wrażenie, że koncert cierpienia był przeznaczony tylko dla jego uszu.
Niech to zwierzę w końcu się zamknie i da mu odpocząć. Niech przestanie przypominać mu o bólu. Niech w końcu zdechnie.
?
- Na pewno masz wszystko? - Blase wrzucił na powóz niedużą walizkę z kolorowymi naszywkami. - Nie będę jeździł w tę i nazad po jeden notes czy maskotkę.
- Nie bawię się już żadnymi maskotkami! - Zaya tupnęła nogą i bez pomocy starszego brata wgramoliła się na powóz przy miejscu woźnicy. - Jestem już prawie dorosła i niedługo obudzę Talent. A będzie tak niesamowity, że aż ci uszy zwiędną!
Blase pokręcił głową z wyrozumiałym uśmiechem. Jego siostrzyczka robiła się coraz bardziej samodzielna i musiał się z tym pogodzić. Poklepał po łbie swoją ulubioną klacz i usiadł na miejscu woźnicy obok naburmuszonej damy. Podniósł wzrok na wychodzącego z domu Nicka, ku jego rozczarowaniu - bez towarzyszki.
- Nic nie wskórałeś? - spytał retorycznie, bo mina Nicka była odpowiedzią sama w sobie.
Chłopak podszedł do nich i wskazał Zayi miejsce z tyłu wozu. Ta skrzyżowała ręce i ani myślała, żeby się przesiadać. Krzyk połączony ze śmiechem nic nie dał. Nick przerzucił ją sobie przez ramię i przeniósł na tył zaprzęgu, a sam usiadł koło woźnicy.
Wyruszyli w drogę do Drugiego Kręgu. Bez Rudej, która nie zamierzała robić sobie wolnego dnia od treningu. Nie chciała też za dużo rozmawiać, udzielać się ani angażować. W przeciwieństwie do Nicka. A powody, by odwiedzić miasto, były dwa. Po pierwsze, kończyły się zapasy, musieli odwiedzić targowisko. Kupić zioła lecznicze, mąkę na chleb, nieco owoców, zboża, kilka zgrzewek piwa korzennego i nową miotłę, a Gia obiecała spędzić z nimi choć jeden dzień, jeśli w zamian przywiozą kawę. Podjęli wyzwanie.
Po drugie, w szkołach właśnie kończyły się wakacje, co oznaczało, że Zaya od jutra będzie uczęszczała na drugi poziom jednej z tamtejszych szkół. Blase był o nią spokojny; jedna z ich sióstr była tam nauczycielką, wiedział więc, że mała znajdzie się pod dobrą opieką.
- Cieszysz się, że zaczyna się semestr? - Nick wypowiedział wyświechtane pytanie.
- Trochę nie bardzo. A ty byś się cieszył? - Punkt dla niej. - Ale cieszę się, że zobaczę koleżanki. Wy jesteście czasami nudni. - Zaya wyciągnęła kilka kartek papieru i zaczęła rysować, póki Sieć jej sprzyjała.
Nick spojrzał na leżącą na tyłach walizkę. Mała cały tydzień będzie żyła w szkole dla dziewczynek z internatem, przeznaczonym dla uczennic spoza Drugiego Kręgu, i tylko dni wolne przyjdzie jej spędzać w domu. Już za nią tęsknił, zdążył się przywiązać do obecności tej gadatliwej małolaty.
Początek roku szkolnego najwyraźniej dla wszystkich był nieco przygnębiający.
- Hej, Blase, szkolnictwo wygląda tu tak samo jak u nas? - Nick przerwał monotonię stukotu końskich kopyt. - Są lekcje, przerwy i starsze od węgla babsztyle uczące matematyki?
- Owszem, właściwie wygląda to podobnie. Przynajmniej do pewnego okresu nauki. - Pokiwał głową. - Początkowo nauczanie skupia się na podstawach takich jak język, historia, rachowanie czy nauki przyrodnicze. Ale duży nacisk kładzie się też na zajęcia, których celem jest przebudzenie Talentu. To bardzo ważne wydarzenie w życiu każdego młodego człowieka. Oznacza, że nie jest się już dzieckiem, tylko pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. Z tej okazji urządza się przyjęcie. Zjeżdża się cała familia, wszyscy winszują wejścia w nowe życie. Wedle tradycji tego samego dnia nadaje się człowiekowi drugie imię. Moim jest Sominum, co można przetłumaczyć jako "śniący". To bardzo ładna uroczystość.
Nick uśmiechnął się smutno. Szkoda, że w ich świecie przebudzenie Talentu skutkowało jedynie wykluczeniem ze społeczeństwa i łatką świra. Odkrycie mocy to dla wielu powód do zamknięcia się w sobie i niebezpieczeństwo, a nie powód do dumy. Miło było wiedzieć, że tutaj to wspaniałe i wesołe wydarzenie, na które każdy dzieciak czeka jak na urodzinowy prezent.
- Po ujawnieniu Talentu sposób nauczania jest dopasowany do nowych umiejętności ucznia, a jeśli jest to konieczne, tworzone są indywidualne plany kształcenia.
- A co, jeśli ktoś nie chce żyć zgodnie ze swoim Talentem?
- Nic wbrew woli. To, że masz Talent fantastycznego wzroku, nie oznacza, że nie możesz zostać sławnym pisarzem. - Blase zmusił konia, by skręcił na rozstaju dróg na wschód. - Ale łatwiej jest na przykład dostać się do Armii tym, których Talent może się przysłużyć wojsku. Ludzie z umiejętnościami ofensywnymi i defensywnymi zawsze będą mieli tam pierwszeństwo, a w dzisiejszych czasach są do tego wręcz mocno zachęcani.
- Miałem wrażenie, że chciałeś powiedzieć przymuszani.
- Chodzą plotki, że powołaniu nie można się przeciwstawić, dlatego niektórzy ukrywają potencjał swojego Talentu, by wieść spokojne życie.
Nick pokiwał głową. W Dexteram Talent to nie tylko broń, ale i narzędzie. Dla niektórych stanowił sposób na życie i umożliwiał im rozwój. Każdy mógł być przydatny, nie musiał mierzyć się z odrzuceniem ani innością. Nie był zagrożeniem, nie musiał czuć się zagrożony. Pod tym względem dorastanie w tym świecie musiało być całkiem przyjemnym doświadczeniem.
- Wiem, co sobie myślisz, ale nie zawsze jest tak kolorowo, jak może się wydawać. W waszym świecie posiadanie Talentu jest powodem szykanowania, tutaj za to jego brak bywa powodem drwin - ciągnął Blase.
- A nie mówiłeś przypadkiem, że tu wszyscy mają moce? - dopytał Nick i rozsiadł się wygodniej.
- Teoretycznie tak, ale nie każdemu udaje się je odkryć. - Posmutniał. - Niektóre Talenty są tak niezwykłe, albo dotyczą tak rzadkich zjawisk, że ludziom do śmierci nie udaje się ich przebudzić. Takich pechowców określa się mianem uśpionych.
Siedząca na tyłach Zaya aż nadstawiła uszu. Ta perspektywa zawsze ją przerażała. Jak każdy w jej wieku marzyła, by poznać swój Talent jak najszybciej. Presja, którą czuła ze strony nauczycieli czy uczniów mających ten etap już za sobą, sprawiała, że nie przestawała o tym myśleć.
- Słyszałam kiedyś o panu, którego zdolności były powiązane z wodą morską, a on nigdy nie był nad morzem - wtrąciła na tyle głośno, by było ją słychać z przodu. - Talent odkrył jako stary dziadek, i to zupełnym przypadkiem. To strasznie nieuczciwe, że całe życie nie miał Talentu! - Naburmuszyła się na myśl o takiej niesprawiedliwości losu.
- Nie martw się tak, siostrzyczko. Mówiłem ci setki razy, że masz jeszcze czas na odkrycie swoich umiejętności. Jeśli będziesz się pilnie uczyć, na pewno nie przegapisz swojego Talentu. - Wykorzystał moment na pouczającą przemowę.
Dziewczynka zrobiła minę, jakby faktycznie słyszała to już setki razy, i wróciła do rysowania.
- Historia tego starca to książkowy przykład, ale takie życiowe tragedie niestety się zdarzają. - Blase skierował ciche słowa wyłącznie do Nicka. - Widziałem, jak tacy ludzie cierpią, niektórzy poświęcają życie i zdrowie, byleby być jak inni i obudzić Talent. Jeden z moich braci przez to przechodził. Presja otoczenia, by poznał swoje umiejętności, była dla niego zbyt duża - wspominał ze zmartwieniem w głosie.
- I co z nim? - Nick był szczerze ciekaw.
- Jest pod dobrą opieką. Rząd zapoczątkował program wspierania uśpionych, gwarantuje im pomoc psychologiczną i ułatwia przystosowanie. Mój brat powoli dochodzi do siebie i godzi się z tym, że być może nigdy nie będzie taki jak inni.
Przed sobą widzieli już bramę strzegącą murów Drugiego Kręgu, a na jej szczycie posąg z rozpalonym w dłoniach płomieniem. Ogień wskazywał drogę podróżnym i zapraszał do otwartego miasta.
Na szkołę i internat składał się ładny kompleks niewysokich budynków z cegły otoczonych zielenią, o którą w ramach zajęć dbali sami uczniowie. Burmistrz, którego córka również uczęszczała do tej placówki, przyznawał duże dotacje na edukację i starał się zapewnić uczniom całego miasta bezpieczeństwo i poziom nauczania taki, jakim szczyciły się szkoły sprzed kryzysu.
Zaya wychyliła się z wozu i zamachała do stojących na schodkach dziewczynek. Gdy tylko Blase wstrzymał konia, z prędkością błyskawicy wyskoczyła, by przywitać koleżanki. Teraz już nie liczyło się nic innego, tylko entuzjastyczne rozmowy po wakacyjnej rozłące. Blase sięgnął po kolorową walizkę i powolnym krokiem podszedł do grupki przyjaciółek Zayi. Pamiętał, jak w zeszłym roku po raz pierwszy przywiózł ją do nowej szkoły. Tak bardzo się wtedy bała i płakała, nie chciała puścić jego dłoni ani poznawać nikogo nowego. A teraz proszę - dusza towarzystwa i zero strachu. Cieszył się, widząc ją szczęśliwą i pewną siebie, on w jej wieku był bardziej cichy i zamknięty w sobie.
- Do zobaczenia za kilka dni, siostrzyczko. - Postawił przy niej walizkę. Jej koleżanki natychmiast oblał rumieniec i jedyne, co potrafiły z siebie wydusić, to cichy chichot. - Bądź grzeczna i pamiętaj, gdyby coś się stało, idziesz prosto do nauczycieli, a ja już po ciebie przyjadę.
- Przecież wiem... Nie jestem już dzieckiem. - Zrobiła minę, jakby była starsza niż w rzeczywistości. - Obiecaj mi, że gdy mnie nie będzie, zajmiesz się moją małą psinką. Nie wystarczy, że będziesz go wypuszczał do ogrodu, on potrzebuje długich spacerów i żeby się z nim dużo bawić!
- Oczywiście, że będę go rozpieszczał. Słowo honoru. Bądź spokojna i niech Sieć ci sprzyja. - Mrugnął do niej, pogodzony z tym, że im bardziej się martwi, tym większy przynosi jej wstyd. - Do piątku, drogie panie. - Ukłonił się zawadiacko ku ogromnej uciesze wpatrzonych w niego dziewczynek.
Nick obserwował to z nieodgadnioną miną. Blase naprawdę świetnie sprawdzał się w roli starszego brata czy nawet ojca Zayi. Posiadanie rodzeństwa, kogoś, na kogo można liczyć bez względu na okoliczności, to wspaniały dar od losu.
Nim Blase wspiął się na wóz, został szarpnięty za płaszcz.
- Zapomniałabym. - Zaya wyciągnęła zza pleców dwie kartki.
Na lekko wymiętych stronach widniały dopracowane rysunki. Na jednym z nich Blase i Nick siedzą w salonie i grają w szachy, podczas gdy ona i pies im kibicują. W takich proporcjach psiak wyglądał na jeszcze większego, niż był, a narysowany kominek przypominał pożar ściany. Ale trzeba przyznać, że przedstawiona scena była bardzo udana. Zaya wręczyła bratu swoje dzieło z nieukrywaną dumą w oczach. Bez krępacji przytuliła go mocno, a oczy leciutko jej się zaszkliły.
- Będę tęsknić - przyznała cichutko.
Pogłaskał ją po głowie. Wciąż była jednak jego małą siostrzyczką. Pociągnęła nosem i zwróciła się do Nicka.
- A ten jest dla ciebie. - Rozpromieniona, podała mu drugi obrazek. - To ty, jak naprawiasz dach. Dzięki tobie w moim pokoju już nie cieknie woda, nawet jak bardzo pada! Jesteś super!
Chwilę nie wiedział, co powiedzieć, zrobiło mu się ciepło na sercu. Chyba nikt nigdy wcześniej nie sprawił mu tak irracjonalnej przyjemności. Podziękował wszystkimi słowami, jakie przyszły mu do głowy, aż zabrzmiało to idiotycznie.
Po pożegnaniu ruszyli w stronę dzielnicy handlowej, gdzie kupili wszystko, co planowali, a nawet jeszcze więcej, bo jak tu nie skorzystać z promocji na stojak na wino? Mieli jeszcze trochę czasu, nim słońce zajdzie zupełnie, co mogło oznaczać tylko jedno.
Blase wziął łyk korzennego piwa i wytarł usta z gęstej piany. Spojrzał na zegar wiszący nad drzwiami. Po tym, jak rozdzielił się z Nickiem, mieli się tu spotkać wpół do, więc jego spóźnienie wynosiło już ponad kwadrans.
Znajdujący się na rynku lokal Pod Liściem był jego ulubionym miejscem Drugiego Kręgu. Wciąż widywał tu te same twarze i zawsze mógł liczyć na przychylność licznej obsługi oraz darmowe piwo. Krzywił się tylko na widok coraz częściej pojawiających się tu patroli Armii Dawnego Porządku. Zwłaszcza jeden z żołnierzy upodobał sobie miejsce tuż przy barze i przymilał się do właścicielki. Jego obecność trzeba było jednak tolerować, a najlepiej ignorować.
Cały przybytek mieścił się pod ogromnym i starym jak samo miasto drzewem. Znajdujący się na środku sali bar był wybudowany naokoło masywnego pnia. Nienaturalnie współgrający z wystrojem rozkład konarów musiał być wynikiem oddziaływania Talentu twórcy tego miejsca, bo trudno uwierzyć, że gałęzie z własnej woli tworzyły równe i stabilne schody prowadzące na antresolę. W czasach sprzed kryzysu lokal uchodził za jedno z bardziej ekskluzywnych miejsc w mieście i choć na szczęście gości gotowych wydać swoje ciężko zarobione pieniądze wciąż nie brakowało, to daleko było mu do czasów świetności. Gdyby nie determinacja i radykalne zmiany w zarządzaniu, jakie wprowadziła właścicielka, z powodu braku dostaw lokal padłby jak dziesiątki innych na przestrzeni ostatnich lat. Teraz, gdy konkurencja w baraży gastronomicznej była niewielka, udawało się prosperować bez groźby bankructwa.
Nick trzasnął kuflem o stolik i usiadł naprzeciwko Blase'a, gdy ten zdążył już wypić pierwsze piwo.
- Gdzieś się tak długo szlajał?
- Poznawałem asortyment tego obwoźnego straganu na kołach w ciemnej uliczce. - Nick wyciągnął z kieszeni małe zawiniątko. Rozplątał materiał i wyszczerzył zęby.
- Tytoń. - Blase'a zakręciło w nosie od samego zapachu.
Nickowi aż drżały dłonie z podekscytowania, gdy wprawnie zawinął niewielką ilość w bibułkę i odpalił od świecy. Zaciągnął się dymem, a uśmiech rozlał się na jego twarzy. Nic nie mogło zepsuć mu już dziś humoru. Delektował się, celebrował tę chwilę z zamkniętymi oczami. Ten od dawna wyczekiwany, paskudny smak w ustach, gryzący dym i przyjemne drapanie w gardle... Dawno nie czuł takiej ulgi. Teraz mógł wziąć pierwszy łyk piwa.
- To dlatego tak ochoczo się do mnie dziś przyłączyłeś. - Blase machnął ręką na barmana, by podał mu kolejny kufel.
- Palenie to moje ulubione uzależnienie, zaraz po Rudej. - Uśmiechnął się i wypuścił z ust porcję dymu. Odkąd usiadł, kątem oka widział drobną kobietę, która z wściekłą miną nie spuszczała Blase'a z oczu. Gdy wstała od swojego stolika i skierowała się w ich stronę, postanowił podzielić się z nim tym spostrzeżeniem. - A skoro o kobietach mowa. - Oparł łokieć o blat. - To tamta wygląda, jakbyś co najmniej ukradł jej błyszczyk do ust.
Wspomniana dziewczyna bez ostrzeżenia chwyciła piwo Nicka i płynnym ruchem wylała jego zawartość na głowę Blase'a.
Nick nie zareagował, zaciągnął się jedynie papierosem z wesołym uśmiechem.
Dziewczyna wykrzyczała soczystą wiązankę na tyle głośno, by nawet ludzie przed lokalem usłyszeli, gdzie Blase może sobie wsadzić nogę od stołu.
- Choć raz dostałem od ciebie coś od serca. - Blase starł z twarzy piwo.
Kobieta, czerwona ze złości, odstawiła kufel i odwróciła się na pięcie. W obstawie kilku koleżanek wyszła z lokalu, a miejsce po nich natychmiast zajęli nowi goście. Po krótkich śmiechach na sali już po chwili wszyscy zajęli się własnymi sprawami.
- A tak się ładnie uśmiechała, nim cię zobaczyła. - Nick, mimo pustego kufla, nie tracił dobrego samopoczucia.
- Każdy uśmiech skrywa zęby.
- Twoja była?
- Nie byliśmy sobie pisani. - Zaczął wyżymać koszulę z piwa, a Nick uniósł brew. - Kochała mnie i nienawidziła. Za moją prawdomówność.
- Co jej powiedziałeś?
- Spytała, czy uważam, że jej kuzynka jest ładniejsza... Powiedziałem tylko prawdę.
Nick wybuchnął śmiechem. Przy Blasie jego umiejętności radzenia sobie z kobietami to prawdziwy majstersztyk.
- Nie myślałeś czasem, że mogłoby iść ci lepiej z dziewczynami, gdybyś, bo ja wiem, nie był dupkiem?
- Jeśli człowiek nie mówi tego, co myśli, to po co w ogóle myśleć? - Blase sprowadził rozmowę na dobrze znany tor.
- Daj spokój, co odpowiesz dziewczynie na odwieczne pytanie, "czy wyglądam grubo w tej sukience"? Flirt to w połowie sztuka drobnych kłamstw.
- Oczywiście, kłamstwo jest wspaniałą podstawą do udanego pożycia. - Przetarł dłonie ostatnią suchą serwetką. - Lepiej powiedzieć "kocham", a w rzeczywistości mieć na myśli "podaj mi kubek".
- Wolisz, żeby kobieta na twój widok instynktownie szukała czegoś ciężkiego? - Machnął na niego ręką. Właściwie to nie był specjalnym autorytetem w sprawach damsko-męskich, wiedział o tym. - Powiem to, co zawsze się mówi w takich momentach. Nie była ciebie warta.
- Nie wiem, jak u was, ale tu taki frazes działa jak plaster na urwaną nogę.
Barman podał im dwa pełne kufle piwa ze świeżo otwartej beczki. Jeden z pracowników lokalu przeszedł obok z pachnącym jedzeniem na tacy i zaniósł przysmak do stolika najbliżej nich. Obaj zgłodnieli na widok rolady nadziewanej leśnymi owocami, oblanej gęstym sosem, z porcją tłuczonych ziemniaków. Zamówili dwa te same dania i zalali żołądki piwem, by zagłuszyć burczenie.
- Nadal nie wiem, jak możesz być taki bezpośredni. - Nick zaczął skręcać kolejnego papierosa.
- To nie takie proste. Wszak musisz myśleć i wypowiadać słowa w tym samym czasie. Sam czasem spróbuj.
- Słuchaj, prawdomówny chłopcze. - Skierował papierosa w jego stronę, jakby celował do niego z lufy. - Możesz próbować ściemniać tak Rudej, ale mnie nie wciśniesz tego kitu. Wiem, że kłamiesz. Wszyscy czasem kłamią.
- Nie mierz mnie swoją miarą.
- Patrz mi na usta. - Wychylił się w jego stronę. - WSZYSCY. A ja wcześniej czy później przyłapię cię na kłamstwie.
Blase parsknął śmiechem. Często miał do czynienia z takimi deklaracjami.
- Sprawdź mnie - zaproponował pewny siebie.
Nick podjął wyzwanie.
- Jakiego koloru mam na sobie koszulkę? - zaczął od czegoś prostego.
- Czarną.
- Ile to jest trzynaście milionów czterysta pięć tysięcy pomnożone przez pierwiastek z czterdziestu dwóch?
- Nie mam pojęcia, nie umiem rachować takich liczb w pamięci. - Wzruszył ramionami.
- Kto zeżarł wczoraj ostatnie ciastko?
- Ja. Było pyszne. - Poparł swoje słowa bezczelnym uśmiechem.
- Chciałbyś się przespać z Rudą?
- A kto by nie chciał?
- Co ukrywasz na piętrze?
- Słońce - odparł bez chwili zastanowienia.
- Jesteś beznadziejny... - Rozczarowany Nick oparł się o siedzenie i wypił piwo duszkiem.
Odstawił kufel i poszukał wzrokiem kogoś, kto mógłby go uzupełnić. Jego oczom nie umknęła jedna z barmanek, która co rusz rzucała bajeczne spojrzenia w ich stronę. Piękne, ciemnobrązowe oczy co chwila skrywały się za burzą mocno kręconych włosów, a oliwkowa cera cudownie podkreślała ładne zęby. Nick wskazał na swój pusty kufel i odwzajemnił uśmiech.
- Mógłbyś poćwiczyć rozmowę z kobietami, na przykład na niej. - Wskazał głową zabieganą barmankę, która już nalewała im kolejne dwa piwa. - Piękna dziewczyna, a do tego jakie ma śliczne...
Blase uniósł dłoń, nim ten skończył zdanie.
- Zanim powiesz o słowo za dużo i według wszelkich zasad będę ci musiał dać w mordę, uprzedzę i powiem, że to moja siostra.
Nick zastukał palcami o pusty kufel.
- Nie jestem zaskoczony - skwitował, lecz mimo wszystko trudno mu było oderwać od niej wzrok. Blase walnął go ostrzegawczo w ramię. - Aua, nie w szczepionkę. No co? Jestem prostym facetem, widzę ładną dziewczynę, to się głupio szczerzę. - Wzruszył obolałym ramieniem. - Wydaje się miła, mógłbym po przyjacielsku zaprosić ją na kolację.
- Kolacją nazywasz tę porcję orzeszków, którą dostajesz darmo do czwartego piwa?
- Proszę bardzo. - Nim Nick zdążył odpysknąć, obiekt rozmowy postawił przed nimi wyczekiwany trunek.
- Dzięki. - Blase wstał z krzesła i przywitał się z siostrą. - Milet, poznaj Nicka. Zatrzymał się z towarzyszką w naszym rodzinnym domu na jakiś czas - przedstawił go. - Nick, moja siostra Milet, właścicielka lokalu Pod Liściem.
Chłopak odruchowo wstał i podał dziewczynie dłoń. Być może to przez szum w głowie spowodowany piwem, ale jedyne, na co teraz potrafił patrzeć, to niewielki kawałek okrągłego metalu, który znajdował się na jej szyi. Początkowo wydawało mu się, że to rodzaj biżuterii, ale teraz widział wyraźnie, że niedoszły naszyjnik był wrośnięty w skórę na szyi i otoczony długą, głęboką blizną.
- Miło mi poznać. Mako wspominał o przyjaciołach mojego braciszka. Podać wam coś jeszcze? - spytała, ale jej usta się nie poruszały. Dźwięk wydobywał się właśnie z tego kawałka metalu na gardle.
Pomimo że Nick wiedział, że było to pytanie, jej słowa były pozbawione melodyjności i intonacji.
- Nie, na razie to wszystko - odparł Blase i uśmiechnął się do niej ciepło.
- Jedzenie podam za trzy minutki. - Ponownie odsłoniła białe zęby. Brak możliwości intonacji nadrabiała bardzo wyrazistą mimiką i przyjemną gestykulacją. - Tylko nie marnujcie więcej piwa. - Mrugnęła do nich i odwróciła się w stronę baru.
- Co to za dziwne...? - Nickowi zabrakło odpowiedniego słownictwa, więc wskazał na swoje gardło. - Ten teges?
Blase wziął łyk, a gdy odstawił kufel, spoważniał.
- Z początku Milet była właścicielką dwóch lokali. Jednego tutaj, a drugiego na terenach Trzeciego Kręgu - zaczął, choć Nick nie miał pewności, jak to się ma do jego pytania. - Oba świetnie prosperowały. Milet wciąż była w drodze między jednym a drugim Kręgiem, by wszystkiego doglądać. Myślała nawet, żeby otworzyć kolejny w Pierwszym Kręgu i może nawet jeden w Sercu Shirden. Ale wszystko się zmieniło przeszło trzy lata temu... - Zacisnął dłonie na kuflu. - W tamtym czasie oba lokale wyraźnie podkreślały przynależność właścicielki do zwolenników Połączenia. Wszędzie wisiały sztandary z niebieskiego materiału, pracownicy, z Milet na czele, nosili wyłącznie niebieskie uniformy i każdy mógł tam głośno wyrazić swoje zdanie i zjednoczyć się z ludźmi o podobnych poglądach - powiedział to z ciepłym uśmiechem, jakby wspominał ich najlepsze czasy. - Nie wszystkim się to niestety podobało. Tamtego dnia w wielu miastach doszło do zamieszek. W Trzecim Kręgu pierwszym celem był lokal Milet... Zwolennicy Dawnego Porządku chcieli ją przykładnie ukarać za obnoszenie się ze swoją wiarą. - Opuścił wzrok i ściszył głos na tyle, że Nick musiał wyczytać to z jego ruchów warg. - Podłożyli ogień pod cały budynek, wielu ludzi chwyciło za broń... Zginęło wtedy ponad trzysta osób z obu wyznań. Milet próbowała ratować, co się dało, i stanąć w obronie swoich przekonań. Zapłaciła z to wysoką cenę. Jeden z Wyznawców Dawnego Porządku poderżnął jej gardło. O mało nie przypłaciła tego życiem.
Nick wypatrzył ją w tłumie. Nigdy by nie przypuszczał, że tak wesoła i pełna życia dziewczyna jest osobą, która tyle przeszła.
- Jak widzisz, nie dała się złamać - kontynuował Blase - ale przysięgła, że w Trzecim Kręgu jej noga więcej nie postanie, i całą swoją energię wkłada w ten lokal. Aż dziwne, że po tym wszystkim zaczęła się umawiać z jednym z Czerwonych. Ona widzi we wszystkich dobro, nawet tam, gdzie go nie ma.
Blase czasami nazywał Zwolenników Dawnego Porządku "Czerwonymi", pewnie dlatego, że żołnierze Armii nosili na mundurach czerwone szarfy, a to właśnie oni stanowili największą siłę tego wyznania. Przewrotnie na Wyznawców Połączenia mówiono "Niebiescy" i to właśnie ten kolor był zakazany we wszystkich miejscach publicznych.
- Od tamtego czasu nie może mówić. - Blase wskazał palcem na miejsce, gdzie Milet miała głęboką bliznę. - Nie bardzo się na tym znam, ale ten implant, który widziałeś na jej szyi, jest scalony ze strunami głosowymi. Po tym, jak zostanie prawidłowo zsynchronizowany z energią Sieci, przekształca drgania na słowa. Niestety, odkąd Sieć jest niestabilna, to głos brzmi szaro i zimno, a w gorsze dni nie słychać go wcale. Dodatkowo samo urządzenie jest uszkodzone, a zamienniki są już praktycznie niedostępne i potwornie drogie, więc któregoś dnia Milet może stać się niemową.
- Po tym, co powiedziałeś, nie dziwię się, że tak nienawidzisz tych od Kapłanki... Zwolenników Dawnego Porządku. - Nick pokiwał głową.
- Po tym zdarzeniu rząd zakazał obnoszenia się ze swoją wiarą. - Puścił jego uwagę mimo uszu. - Nielegalne są sztandary, chorągwie czy nawet ubrania insynuujące przynależność do któregokolwiek wyznania. Ale to tylko zamiatanie problemu pod dywan. Choć, jak miałeś okazję widzieć na ulicy, czerwone szarfy wśród Wyznawców Dawnego Porządku mają się dobrze i im nikt gardeł nie podrzyna. - Wzniósł piwo z gorzkim uśmiechem i spojrzał Nickowi w oczy. - Za Połączenie. Niech Sieć nam sprzyja.
Nick chwilę wahał się, czy toast wskazujący na branie którejkolwiek ze stron konfliktu to dobry pomysł, ale to przecież tylko piwo, a on nie zagrzeje tu miejsca na tyle długo, by musieć przejmować się sprawami tego świata.
Stuknęli się kuflami.
?
Gia zakręciła krótkim nożem w dłoni; być może tego uda jej się nie zgubić. Musiała być ostrożna, dziś mocno wiało i nawet osłonięcie przez gęsty las jej nie chroniło. Liście w najwyższych partiach drzew były szarpane porywistym wiatrem, który bez trudu zrywał je i unosił w dal. Kilka mniejszych spadało wprost pod jej stopy, by zaraz znów się poderwać. Przez nieustanny ruch cały las zdawał się żywszy, niespokojny. Niestabilna pogoda oddawała stan Sieci.
Stanęła w gotowości, wzięła kilka głębokich wdechów i szybkim ruchem rzuciła nożem przed siebie. Z prędkością mrugnięcia oka pojawił się niewielki portal, a ostrze zniknęło jej z oczu. Drugi świetlisty krąg pojawił się tuż za nią, a nóż, nie tracąc pędu, leciał prosto w jej plecy. Nim zdołał ją drasnąć, kolejna błękitna wyrwa uchroniła ją przed zranieniem, a bliźniacza wyrzuciła ostrze wysoko ponad jej głowę. Niewiele brakowało, a wbiłoby się w lianę oplatającą zwaloną świątynną wieżę. Gia zdążyła otworzyć kolejne połączone portale, między którymi śmignęła rzucona broń. Pełne skupienie i precyzja. Nóż tańczył w ślad za jej myślami, dokładnie tam, gdzie sobie tego życzyła.
Ostatni krąg, a po nim głuche uderzenie w drewno. Gia wyprostowała się i odgarnęła z twarzy szarpane wiatrem kosmyki. Było coraz lepiej. Tak szybko, jak była wstanie śledzić ostrze i myślami uprzedzać jego tor lotu, tak długo mogła manipulować rzutem. Przeszła przez świątynny plac i obeszła drzewo, z którego dobiegł odgłos uderzenia. W wydrążoną w korze prowizoryczną tarczę było wbite jej ostrze.
W sam środek.
Na ustach Rudej pojawił się nikły uśmiech. Nawet jeśli cel był poza zasięgiem jej wzroku, potrafiła stworzyć portal, który załatwi sprawę. Wystarczyło, że choć raz zobaczyła to miejsce, i mogła odtworzyć je w wyobraźni.
Zmrużyła oczy i wyszarpała nóż z kory. Przyjrzała się ostrzu, które przeszyło ciało odpoczywającej tam ćmy. To dla Rudej cenna nauczka, którą owad przypłacił życiem. Jeśli nie widzi miejsca, w którym stworzy portal, musi liczyć się z tym, że nie wie, co tam zastanie.
?
Dni były upalne, ale nocami przychodził wiatr tak silny i tak głośny, że nie dawał spać. Miejscowi mówili, że to nieszczęśliwe dusze niegdysiejszych Utalentowanych, którzy przed śmiercią nie odkryli swojego Talentu. W zazdrości wychodzą na łowy, aby niszczyć wszystko, co znajdą na swojej drodze, i porywać tych, którzy nie odnaleźli bezpiecznego schronienia. Upiorne wycie wichury tak właśnie brzmiało i zostawiało po sobie podobne zniszczenie.
Gia ledwo utrzymała drzwi, by te z całej siły nie trzasnęły od porywistego wiatru. Ściągnęła z siebie kamizelkę i powiesiła na wieszaku. Prócz jej okrycia były tam również płaszcze Blase'a i Nicka, co oznaczało, że zdążyli już wrócić z Drugiego Kręgu i odebrać Zayę ze szkoły. Śmiechy z salonu tylko potwierdziły jej przypuszczenia.
- Prawie wygrałeś, braciszku! - Zaya klasnęła w dłonie nad szachową planszą.
Blase intensywnie przyglądał się sytuacji na froncie, ale obawiał się, że kolejny ruch go pogrąży. Nick nie miał miny pokerzysty, raczej otwarcie śmiał się z tego, czego przeciwnik nie dostrzegał. Mimo że Zaya kibicowała bratu i praktycznie grał przeciwko dwóm głowom, wciąż mógłby ich pokonać choćby z zawiązanymi oczami. Nawet pies bacznie przyglądał się figurom, jakby były zrobione z bekonu.
Gia stanęła w drzwiach i oparła się o framugę. Ten sielski obrazek był nawet przyjemny. Nick podniósł na nią wzrok i uśmiechnął się nieśmiało.
- Nadciąga burza - skwitowała.
- Tak w przenośni? - spytał ostrożnie.
- Tak z północy.
- Kiepsko wyglądasz. - Nickowi najwyraźniej udzieliła się szczerość Blase'a.
- Za to mam świetny charakter. - Przeciągnęła się i ku ich radości, zamiast standardowo zniknąć w łazience, przysiadła się do nich, zajmując ostatnie wolne miejsce. Blase natychmiast podał jej butelkę korzennego piwa. Nie odmówiła.
- Jaki wynik? - Krytyczne oceniła szanse Blase'a na uniknięcie przegranej.
- No więc ja zajmuję zaszczytne drugie miejsce, a Nick jest przedostatni. - Blase przesunął pionek, by osłonić króla.
Gia parsknęła śmiechem i spojrzała na Nicka.
- Choć raz dałbyś mu wygrać. - Dziś jej pouczający ton był wesoły i łagodny.
- To by przecież było oszustwo. - Nick rozłożył ręce w geście niewinności. - Blase przecież na pewno nie chciałby żyć w KŁAMSTWIE i przekonaniu, że jest lepszy niż w rzeczywistości.
Po tych słowach zakończył grę matem i w nagrodę otworzył sobie następne piwo.
Kolejną partię Nick rozegrał z Rudą - dawno już z nim nie przegrywała - a potem Gia zagrała z Blase'em, tu już udało jej się wygrać, choć naprawdę nie było to łatwe. Siedzieli do późna i spędzili ten czas zupełnie beztrosko. Bez rozmów o treningach, Kapłance, kryzysie energetycznym czy planach Agencji.
- Słuchajcie - zaczął Blase - za tydzień zaczyna się festiwal strachów na wróble. Może się wybierzemy? Wiecie, tak wszyscy razem.
Gia zerwała z nim kontakt wzrokowy, jakby miało to sprawić, że to pytanie przestanie jej dotyczyć.
- Chłopaki, nie mogę. Nie ma na to cza... - odparła, gdy zrozumiała, że to głównie od niej wszyscy oczekują odpowiedzi.
- Stop. - Nick powstrzymał ją od wypowiedzenia racjonalnych argumentów, które miała w zanadrzu. - W puli nagród za zdobytą dla ciebie kawę mamy oderwanie cię od treningów na cały jeden dzień. Chcemy to wykorzystać w dniu festiwalu.
- Tak! - Zaya mu zawtórowała. - Idziemy wszyscy! Nie możesz odmówić, takie są zasady!
Decyzja najwyraźniej została podjęta za nią. To był prawdziwy szach i mat.
- W porządku, przyda się mała przerwa. - Uśmiechnęła się z rezygnacją. - Wasze zdrowie. - Wzniosła toast, a mówiąc to, patrzyła na Nicka.
?
Jak to wolne dni miały w zwyczaju - szybko mijały. Blase wyruszył w drogę do Drugiego Kręgu, by odwieźć Zayę na kolejny tydzień nauki. Tym razem jednak nie udało mu się namówić na to Nicka. Wyjątkowo uporczywy ból głowy męczył go całą noc i gdy tylko pomyślał o kilkugodzinnym kołysaniu na konnym zaprzęgu, od razu robiło mu się niedobrze. Na tyle, że Rudej bez problemu sprzedał bajeczkę o kacu, a biorąc pod uwagę wesoły weekend, bez trudu w to uwierzyła. Niechętnie, ale po raz pierwszy został w domu sam.
Pies leżał na grzbiecie, wyciągnięty na pół kuchni. Nawet postawienie kroku milimetr od jego ogona nie zrobiło na nim wrażenia. Nick wyminął go ostrożnie i przedarł się do szafki koło zlewu. Wiedział już, gdzie i jakich ziół powinien szukać, by poczuć się choć trochę lepiej. Miał szczęście, że Blase znał się na tym i samodzielnie przygotowywał dla niego najskuteczniejsze mieszanki.
Napar śmierdział jak stare skarpetki, ale to niewielka cena za przytłumienie bólu. Zdążył się przyzwyczaić do paskudnego smaku, więc już nawet przestał się krzywić. Popijając, stał oparty o blat, zapatrzony na las za oknem, tak bardzo spokojny i pozbawiony wszelkich trosk. Czasami przechodziło mu przez myśl, że mógłby co ranek oglądać ten widok i być tu całkiem szczęśliwy. Pytał samego siebie, o czym marzy. Przypominał sobie, jak dawno temu Gia zadała mu to pytanie. I co wtedy odpowiedział? Że o rowerze, o byciu prezydentem, żeby jeździć w rajdach samochodowych, ale i czymś jeszcze. Marzył o domu, takim drewnianym, położonym gdzieś w lesie, koniecznie z kominkiem. Właściwie to o takim, w jakim żył od niemal czterech miesięcy.
Odstawił kubek na blat i usłyszał, jak roztrzaskuje się na podłodze. Pies podskoczył i z zaciekawieniem zaczął obwąchiwać potłuczone szkło. Nick natychmiast odgonił go, żeby nie skończyło się na poranionym nosie. Popatrzył na zbity kubek. Nie trafił w blat. Miał problem z ocenieniem odległości... Znowu.
Ból przyszedł nagle i ściągnął go na kolana zaraz przy potłuczonym szkle. Nick kurczowo trzymał się blatu, by nie upaść. Musi wytrzymać, to minie już za chwilkę, za momencik.
Ale atak nie odpuszczał.
Nick z całych sił chwycił się za pulsujące skronie. Miał ochotę skręcić sobie kark, byle tylko ból ustąpił. Z gardła wyrwał się przeraźliwy krzyk.
Ktoś lizał go po twarzy. Skrzywił się, gdy poczuł psi oddech. Poklepał kundla po łbie i próbował zwlec się z podłogi. Ból zniknął, ale i zabrał ze sobą wszystkie jego siły. Poprzedni atak miał ledwie trzy dni temu. Nie stracił co prawda wtedy przytomności, ale za to zaczął wymiotować pod siebie. Dobrze, że Gia nie widziała go w takim stanie.
Zabrał się do sprzątania dowodów po tym, co się wydarzyło. Przygnębiony zgarnął z ziemi szkło. Gdy ponownie wyjrzał za okno, zobaczył nową wyrwę w płocie, a na podwórku ślady kurzych piór. Szlag to, Blase prosił, żeby Nick doglądał zwierząt, i ostrzegał, że w okolicy najprawdopodobniej zadomowił się lis, który ma apetyt na ich drób. Bezczelny futrzak musiał wykorzystać nieplanowaną drzemkę Nicka i znów przedrzeć się przez siatki.
W tym samym momencie chłopak usłyszał na piętrze dobrze znane mu stukanie o podłogę. Nie oderwał się od zamiatania, próbował ignorować natarczywy dźwięk. Obiecał Blase'owi, że uszanuje jego prywatność. Cokolwiek jest na górze, to nie jest jego sprawa. Do jego uszu dobiegł głośny trzask, a odgłosy uderzenia stały się znacznie bardziej chaotyczne.
Powstrzyma ciekawość, nie interesuje go to nic a nic, zupełnie mu to obojętne.
W połowie schodów na górę ponownie przemyślał, czy aby na pewno dobrze robi, ale hałas na górze nie ustępował. Był sam w domu jeszcze przez co najmniej kilka godzin. Musiał sprawdzić, co kryje się w pokoju na piętrze.
Podszedł do drzwi, zza których słyszał stukanie, i niepewnie położył rękę na klamce. Uchylił je i zamrugał z niedowierzaniem.
Na ziemi leżała dziewczyna. Wiła się i szarpała w białej pościeli. Podbiegł do niej natychmiast i próbował złapać z nią jakikolwiek kontakt, ale bezskutecznie. Dziewczyna kurczowo trzymała w dłoni laskę, którą próbowała stukać o podłogę. Była przerażona, a z jej ust wydobywały się tylko niezrozumiałe dźwięki. Wzrok był rozbiegany i jakby nieprzytomny, choć ona sama musiała zdawać sobie sprawę z obecności Nicka. Nie wiedział, co ma robić, kobieta wyraźnie się go bała.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię. - Delikatnie złapał ją za ramiona i próbował uspokoić. - Nie skrzywdzę cię.
Trzęsąc się, nieprzytomnie wpatrywała się w podłogę. Oddech miała przyspieszony, a z ust ciekła strużka śliny.
- Jestem przyjacielem Blase'a. Nie bój się mnie - zapewnił ją, niemal tak samo przestraszony jak ona.
Delikatnie odebrał jej laskę i położył obok. Rozejrzał się po pokoju. Kobieta musiała spaść z łóżka. Ostrożnie uniósł ją i położył na posłaniu, a potem okrył pościelą. Leżała niespokojnie i wyraźnie czegoś potrzebowała. Nick próbował podążyć za jej spojrzeniem. Na stoliku obok małego wazoniku z uschniętą różyczką stała karafka z wodą. Nalał niepełną szklankę i podał kobiecie, pomagając jej, by się nie zadławiła. Nie potrafia sama utrzymać naczynia, ale wypiła łapczywie do ostatniej kropli. Uspokoiła oddech, a rozbiegany wzrok wbiła w sufit.
Nick przyglądał jej się z troską. Poprawił zgniecioną poduszkę pod głową i chwilę siedział, nie odrywając od niej wzroku. Niczego nie rozumiał. Ani kim była ta kobieta, co jej dolegało, ani dlaczego Blase tak długo ukrywał obecność dodatkowego domownika.
Nie wiedział, ile czasu siedział przy łóżku nieznajomej, ale zupełnie przestała zawracać na niego uwagę. Była nieobecna duchem, zamroczona, może śniąca. Wstał i przeniósł wzrok na komodę stojącą pod ścianą. Były na niej ustawione zdjęcia, mnóstwo zdjęć przedstawiających całe grupy uśmiechniętych ludzi w różnym wieku. Niektóre musiały być naprawdę stare, część czarno-biała, inne zupełnie zblakły i bardzo trudno było na nich kogokolwiek rozpoznać. Pośród nieznanych mu twarzy kilka wydawało się znajomych. Był pewien, że Milet, siostra Blase'a, to ta mała dziewczynka przedstawiona na zdjęciu w rogu. Wszędzie poznałby ten zjawiskowy uśmiech. Mimo że była tu z dobrych dwadzieścia lat młodsza, to prawie w ogóle się nie zmieniła. Tylko na szyi brakowało śladów tragicznej napaści.
Przestudiował kolejne fotografie. Czy to doktorek Mako był na kolejnym? Z taką bujną czupryną? Nick uśmiechnął się mimowolnie; co do kolejnych dwóch postaci nie miał wątpliwości - Blase i Zaya, i to na zdjęciu wykonanym przed domem. Musiało zostać zrobione stosunkowo niedawno, bo Zaya wyglądała na niewiele młodszą niż teraz. Przy tym zdjęciu stała również kartka urodzinowa.
Jesteś moim Słońcem. Zawsze będę cię kochał. Szczęśliwych urodzin.
~ Blase
Odłożył kartkę z poczuciem ogromnych wyrzutów sumienia. W lokalu parsknął śmiechem, gdy Blase odpowiedział mu, że na piętrze ukryte jest "słońce". Był wtedy pewien, że ten skłamał... a jednak znów mówił prawdę. Nick czuł się jak ostatni dupek, że tak naciskał na Blase'a, zamiast choć przez chwilę spróbować pomyśleć i zrozumieć uczucia człowieka, który przygarnął go pod swój dach.
Rzucił na kobietę ostatnie spojrzenie i po cichu zamknął za sobą drzwi. Schodząc po schodach, czuł się apatycznie i samolubnie. Jak miał teraz spojrzeć Blase'owi w oczy?
Pod wieczór, nim jeszcze Ruda wróciła z treningu, Blase pojawił się w domu w świetnym humorze. Ściągnął płaszcz i powiesił go na wieszaku.
- Widziałem się z Milet, mam ci przekazać od niej podarek! - Jeszcze z wiatrołapu krzyczał do Nicka. - Jej były oblubieniec, zwany potocznie Tymskończonymbłaznem, miał słabość do palenia tytoniu. Ostatnio pozbywa się z domu jego bambetli, bo zaczęła się spotykać z tym fagasem z Armii, i znalazła w nich jego największy skarb. - Stanął w salonie przed Nickiem i wyciągnął z kieszeni nieduży przedmiot. Starą fajkę. - Trzymaj. - Rzucił mu prezent, a Nick chwycił go w locie. - Według mnie będziesz z nią wyglądać jak pajac, ale to już sam zdecydujesz. Z pozdrowieniami od Milet. Rudej jeszcze nie ma? Padam z głodu.
Nick z umiarkowanym zainteresowaniem przyjrzał się fajce i odłożył ją na oparcie kanapy.
- Blase... - zaczął niepewnie, gdy ten skierował się w stronę kuchni.
- Hmm? - Już miał w ustach kawałek chleba.
- Słuchaj, tylko się na mnie nie wściekaj - uprzedził, jakby to mogło cokolwiek zmienić. - Gdy cię nie było, usłyszałem na piętrze stukanie, a potem głośny trzask. Chciałem tylko sprawdzić, co się dzieje...
Blase pobladł na twarzy i natychmiast ruszył w stronę schodów, a Nick w ślad za nim. Weszli do tajemniczego pokoju. Kobieta spokojnie spała, w dokładnie takiej samej pozycji, w jakiej Nick ją zostawił. Blase obejrzał nieprzytomną uważnie, usiadł na krawędzi łóżka i czule pogłaskał ją po twarzy. Dopiero ten gest zdołał go uspokoić. Odetchnął głęboko, nie odrywając od niej wzroku.
- Spadła z łóżka... - kontynuował Nick - i była spragniona. Dałem jej tylko trochę wody.
- W porządku. - W końcu się odezwał, a jego głos brzmiał zaskakująco łagodnie. - Jestem ci wdzięczny za pomoc. Nie sądziłem, że obudzi się przed moim powrotem.
- Kim ona jest? Twoją dziewczyną? Żoną?
- Nie. - Przyłożył dłoń do czoła śpiącej, by sprawdzić gorączkę. - To moja matka.
Nick szybko spojrzał na kobietę i na Blase'a, a potem z powrotem na kobietę. Była w jego wieku, może nawet trochę młodsza. To jakiś absurd.
- Matka...? - powtórzył powoli tak, aby to nie zabrzmiało drwiąco. - Je... Jesteś pewien? Dobrze się czujesz?
- Wiem, że to może wyglądać dziwnie, ale to prawda.
- Przecież ona jest w twoim wieku.
- Wcale nie. - Uśmiechnął się nieśmiało. - Ma dwieście czterdzieści dwa lata. Niedawno miała urodziny.
Te słowa wprawiły Nicka w osłupienie. Nie odezwał się. Usiadł na krześle i wpatrywał się w kobietę o rysach dwudziestoparolatki. Miała ładną cerę, acz nieco zbyt bladą, ale to nic dziwnego, skoro od miesięcy nie wychodziła z pokoju. Zapamiętał, że jej oczy, choć teraz zamknięte i podkrążone, mieniły się kolorem ciemnego brązu. Krótko ścięte włosy miała rzadkie, co tylko podkreślało wyraziste kości policzkowe. Spracowane dłonie świadczyły o tym, że nie bała się żadnych wyzwań i niejednemu musiała w życiu sprostać. Była szczupła, a gdy Nick wcześniej przenosił ją na łóżko, czuł, że i bardzo lekka. Nie potrafił uwierzyć w słowa Blase'a, ale przekonał się już, że nie warto wątpić w jego szczerość.
- To jej Talent. - Blase potwierdził jego przypuszczenia. - Starzała się tylko do dwudziestego roku życia, potem ten proces się zatrzymał.
- To naprawdę niesamowite.
- To ona jest niesamowita. - Poprawił jej kołdrę i chwycił za delikatną dłoń. - To najwspanialszy człowiek, jakiego w życiu poznałem. Gdy odkryła i zrozumiała swój Talent, otworzyło się przed nią multum możliwości. Nieograniczona czasem, mogła osiągnąć wszystko. Karierę, pieniądze, władzę... a ona poświęciła się temu, co najbardziej kochała. - Popatrzył Nickowi w oczy. - Przygarnęła nas wszystkich. - Wskazał dłonią na komodę ze zdjęciami. - Przez te lata wychowała dziesiątki porzuconych, zaniedbanych sierot. Dała nam dom, miłość i matczyne zrozumienie.
Nicka te słowa uderzyły ze zdwojoną siłą. Zszokowany, ponownie przyjrzał się zdjęciom i aż trudno było mu doliczyć się przedstawionych tam osób. Teraz patrzył na nich wszystkich zupełnie inaczej.
- Ten dom... to dom dziecka. - Nagle wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Ciągłe wspominanie Blase'a o rodzeństwie, o ludziach różniących się znacznie wiekiem i wyglądem. Nie kłamał, ani razu. - Co jej się stało?
- To, że się nie starzeje, nie znaczy, że jest nieśmiertelna. - Głos mu zadrżał. - Jej ciało spowiła choroba. Nieuleczalna. Po tylu latach... umiera. Zaya była ostatnią sierotą, którą przygarnęła, ale już nie da rady jej wychować. Więc staram się godnie ją zastąpić.
- Nie miałem pojęcia, że jesteś sierotą. - Nick raptem zrozumiał, że łączy ich znacznie więcej, niż mógłby przypuszczać.
- Bo nigdy się tak nie czułem. - Uśmiechnął się szczerze. - Dzięki niej miałem kochającą matkę i więcej krewnych niż w niejednej "normalnej" rodzinie. Nie czułem się samotny ani odrzucony. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszego dzieciństwa. Nigdy nie uda mi się spłacić tego długu. - Ścisnął jej dłoń. - Całym sercem wierzyła w Połączenie Światów i zaszczepiła w nas miłość do tej filozofii. Zawsze mówiła, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną, bez względu na to, ile nas różni.
- Przepraszam, że byłem takim nieufnym dupkiem... ale dlaczego tak długo to ukrywałeś? Przecież taka rodzina to powód do dumy.
- Mama mówi, że nie chce, żeby ją taką widziano. Chce umrzeć w spokoju. W domu, w którym przeżyła tyle lat i w którym ma tyle ciepłych wspomnień.
- Mówi...? Myślałem, że w tym stanie już nie potrafi.
- Masz rację. - Pokiwał głową. - Nie może już mówić, chodzić ani kontrolować swojego ciała. Ale potrafię rozmawiać z nią poprzez sny. Tam wciąż jest sobą, wspaniałą i troskliwą matką. I nadal mnie poucza. - Zaśmiał się smutno. - To dlatego rodzeństwo wybrało mnie, bym się nią opiekował.
- To stąd masz taką wiedzę na temat ziół leczniczych? Uczyłeś się dla niej?
- Mako przygotowywał mnie do tej roli. Próbujemy ulżyć jej w bólu. Nie mogę patrzeć, jak cierpi. - Podniósł z ziemi laskę i oparł ją o łóżko tak, by mogła bez trudu po nią sięgnąć. - Budzi się coraz rzadziej, czasem raz na kilka dni. Gdy mnie potrzebuje, stuka laską o podłogę. Wie, że zawsze do niej przyjdę.
Nick uśmiechnął się smutno. Miał bardzo wiele do przemyślenia. Spojrzał na laskę. Poznał te piękne zdobienia i precyzyjne rzeźbienia w drewnie. Dobrze wiedział, kto własnoręcznie wykonał ten prezent.
?
Rozpuszczone rude włosy wyróżniały się na tle pochłoniętej przez naturę świątyni. W obrazie tonącym w zieleni i szarościach była jak jasny, nieokiełznany płomień. Błękitne oczy nabrały blasku, który przez ostatnie miesiące został stłumiony przez zmartwienia i złość. Teraz czuła się wolna, czuła, że nic nie może stanąć na jej drodze. Rozwinęła skrzydła, mogła latać.
W pełnym pędzie wybiegła przez skrzący portal. Przeskoczyła nad wysokim korzeniem i znów zniknęła w błękicie, pojawiając się na powalonej wieży. Dobiegła do krawędzi i wybiła się w górę. Wiedziała, że nie doskoczy do granicy kamiennego gzymsu. Dzięki stworzonym portalom bezpiecznie doleciała do wybranego punktu i przeturlała się przez lewe ramię. Siłą impetu wróciła na równe nogi i w mgnieniu oka wskoczyła w kolejną błękitną bramę, stworzoną tuż pod jej stopami. Zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się w koronach drzew i złapała równowagę na krzywej gałęzi, balansując biodrami. Wyżej, coraz wyżej. Pięła się w górę, aż mogła podziwiać całą świątynię z najwyższych konarów w lesie. Stanęła stabilnie przy samej krawędzi i poczuła, jak przepełnia ją Talent. Serce biło jej jak szalone. Z ekscytacji, z radości, przez buzującą w niej adrenalinę. Jej usta uniosły się w wyzywającym uśmiechu. Zamknęła oczy, rozłożyła ręce i opadła w przepaść.
Słyszała w uszach narastający świst powietrza, czuła zapierającą dech prędkość. Pozwoliła, by ciepły błękit ją otulił.
Podeszwy butów dotknęły dokładnie punktu, w którym zaczęła szaleńczy bieg. Przykucnęła, uspokoiła oddech i otworzyła oczy. Wyciągnęła z sakwy mocno wysłużony notatnik i przekartkowała kilka stron. Odhaczyła kolejny punkt ze swojej listy. Nigdy nie sądziła, że uda jej się dojść do takich wniosków - w końcu mogła w pełni ufać swojemu Talentowi.
Od powrotu do domu dzielił ją jeden portal.
?
Dla wielu nastał wyczekiwany moment ulicznej zabawy, muzyki i tańca. Festiwal strachów na wróble rozpoczynał cykl następujących po sobie świąt, podczas których ludzie zbierają się, by wspólnie celebrować nadejście astronomicznego lata. Wydarzenia, które kiedyś uchodziłyby za staroświeckie, w czasie kryzysu stały się jedynym sposobem społeczeństwa na odreagowanie trudnej codzienności. Dłuższe dni oznaczały więcej światła, a wyższe temperatury sprawiały, że życie było mniej uciążliwe niż w mroźne zimowe wieczory. Naprawdę było co świętować.
Miasto zmieniło się nie do poznania. Kolorowe proporce zdobiły główne ulice, wszędzie panował entuzjastyczny gwar i tłok, a ludzie byli ubrani odświętnie i z fantazją. W wydzielonych częściach miasta stały sceny, a na nich prezentowane były najróżniejsze pokazy, również te akrobatyczne, których próbkę mogli oglądać, gdy po raz pierwszy przybyli zobaczyć Drugi Krąg. Najbardziej zjawiskowe były jednak te, które otwarcie prezentowały Talenty artystów. Tu ograniczeniem była tylko ludzka wyobraźnia.
Z każdego zakątka rozbrzmiewała muzyka i wszędzie rozstawione były stragany z jedzeniem. Od małych słodkowodnych ośmiorniczek na patyku opalanych nad ogniem, przez zupy przygotowane na bazie jadalnych kwiatów, dyniowe racuchy, kluseczki w słodko-słonym sosie, wędzone mięsne kostki podawane w cieście z prasowanych glonów, ryżowe kanapki, po jagody z syropem i orzechami. Przysmaki cieszyły oko formą podania, ale i kusiły złożonymi zapachami. Chcieli spróbować wszystkiego, nawet smażonych chrząszczy czy domowych nalewek.
Ale najważniejszym elementem były zdecydowanie tytułowe strachy na wróble. Popołudniowa parada pozwoliła wszystkim zgromadzonym na podziwianie niesamowitych dzieł. Konkursowe kukły były prawdziwym pokazem ludzkiej kreatywności. Pracowały przy nich nieraz całe rodziny, a godziny włożone w dopracowywanie szczegółów były widoczne gołym okiem. Niektóre piękne i kolorowe, inne bardziej przypominały demony i naprawdę mogły wzbudzać strach, nie tylko we wróblach.
- Braciszku! Braciszku! - Zaya wbiegła w Blase'a, który o mało nie rozlał owocowego napoju. - Kupisz mi szaszłyk? Kup mi, chcę spróbować!
Blase uniósł wzrok ku miejscu, które wskazywała.
- Przecież nie znosisz smażonych ślimaków - skomentował jej wybór.
- Znoszę. No kuuuuuuup mi.
Wyciągnął z kieszeni kilka shirenów i dał jej tyle, by starczyło na szaszłyk, ale i plecioną bransoletkę, która tak jej się podobała.
- Nie wiem, co to za gatunek ryby... - zaczął zachwycony Nick z pełną buzią - ale dowiem się tego, kupię sobie wędkę i rozpocznę budowę mojego rybkowego imperium. Pycha!
Gia nie żałowała, że dała się namówić na wizytę w mieście właśnie w trakcie trwania festiwalu. Wszystko to wyglądało zupełnie inaczej niż to, co zapamiętała, gdy była tu wiele tygodni temu. Ciężka atmosfera wyniszczanego przez Sieć świata na te kilka dni wyparowała. Ludzie wydawali się szczęśliwi i zaangażowani w zabawę. Po raz pierwszy od dawna czuła się rozluźniona i nawet przestała impulsywnie sprawdzać, czy ma w kieszeni zawiniątko z ziołami wyciszającymi ataki paniki. Dziś się nie bała.
Jeden ze sprzedawców usilnie próbował wcisnąć jej kożuch i pasek z wilczej skóry. Stanowczo odmówiła, kilkukrotnie. Jej wzrok przykuło jednak piękne białe futro wywieszone nieco z tyłu. Dotknęła kołnierza miękkiego damskiego płaszcza z wielkim kapturem i poszerzającymi się ku dołowi rękawami.
- Futro należy do zwierzęcia zwanego mortus, przypomina nieco przerośniętego lisa. - Blase ocenił wyrób wprawnym okiem.
Nick zerknął na ciuch.
- Mam nadzieję, że ten skubaniec, który zżera nam kury i co noc wyje do księżyca, został przerobiony na coś podobnego.
- Oby nie, bo takie białe ubarwienie jest bardzo rzadko spotykane i nie świadczy za dobrze o sprzedawcy.
- Co masz na myśli? - Nick wyrzucił patyczek po szaszłyku do przepełnionego kosza.
- Mortusy rodzą się ciemnobrązowe i z wiekiem siwieją. Mają ogon zakończony kolcem jadowym, ukrytym pod puszystym futrem. Gdy wyczuwają zagrożenie, unoszą ogon nad głowę, trochę jak skorpiony, i obnażają szpikulec. Praktycznie nie mają naturalnych wrogów, którzy by na nie polowali, bo ich jad jest bardzo niebezpieczny. To piękne, ale i groźne stworzenia. Barwnik odpowiadający za kolor ich futra jest częścią trucizny, więc gdy siwieją, tracą możliwość obrony i stają się łatwym celem dla drapieżników... i ludzi.
- To brzmi okrutnie. - Gia zmarszczyła brwi. - Z groźnych wojowników stają się bezbronne. Jakby straciły Talent.
- W rzeczy samej - przytaknął Blase. - Gdy ich futro staje się zupełnie białe, zaczynają nocami wyć do księżyca. Ich lament brzmi niezwykle przejmująco. To jak ich pieśń pożegnalna. Wiedzą, że niedługo zginą.
- Hm, to dlatego te ciuszki są tak dramatycznie drogie. - Nick rzucił okiem na cenę. - Ekskluzywny towar.
- Raczej nielegalny. - Blase rzucił sprzedawcy niemiłe spojrzenie. - Mortusy są pod ochroną, zwłaszcza w okresie bielactwa.
Sprzedawca schował na zapleczu wspomniany płaszcz i zajął się innymi klientami.
- Cóż... - Gia uśmiechnęła się smutno do Blase'a. - Najwyraźniej nasze światy faktycznie mają ze sobą sporo wspólnego.
Zaya podeszła do brata i pociągnęła go za rękaw.
- Jednak nie lubię... Chcesz? - Podała mu nietknięty szaszłyk ze ślimakami posypanymi kolendrą.
Po zmroku nad miastem rozbłysły lampiony. Pod migoczącymi na niebie światłami Blase odprowadził zaspaną Zayę do Milet, gdzie miała spędzić noc. Po północy większość atrakcji skupiła się na rynku. Przygotowane tam stosy drewna zostały rozpalone i wszyscy mogli rozsiąść się przy ogniskach. Nie zabrakło również pokazów połykaczy ognia.
Usiedli na drewnianych ławach, wsłuchani w dźwięki piszczałki i instrumentu przypominającego lirę korbową. Siedzący obok młody chłopak podjął proponowaną melodię i zaczął wybijać rytm na potrójnym bębenku.
Gia przerwała rozmowę, gdy do jej uszu dotarła grana melodia.
- Znam ten utwór. - Uśmiechnęła się do Blase'a i zanuciła. - Inny tekst, ale melodia ta sama. Nie spodziewałam się tu znajomych kawałków.
Blase wsłuchał się i zaśmiał.
- To pieśń o trzech młodych żeglarzach, którzy wyruszają w daleką podróż do Nowego Świata.
- Co za zbieg okoliczności. - Upiła łyk korzennego piwa. - Tylko skąd ją tu znacie?
- Ta ballada jest bardzo stara, więc równie dobrze mogła powstać tu, jak i w waszym świecie.
- I jak się kończy przygoda bohaterów tej piosenki?
Próbował przypomnieć sobie ostatni wers tekstu. Spojrzał w jej oczy, w których odbijał się wysoki płomień ogniska.
- Tym, że ich pieśń nigdy się nie skończy, póki nie będzie znana wszystkim.
Rozpoczął się pokaz sztucznych ogni i wszystko rozjaśnił ich blask. Gwieździste wzory rozpryskiwały się na niebie, a iskry zamiast zniknąć wysoko nad ziemią, spadały wprost na dachy i delikatnie spływały na ulicę. Błyszczące światła były podnoszone przez dzieci i wesoło podrzucane, dopóki nie zniknęły. Talent, który to umożliwiał, zapewne byłby w Agencji uznawany za bezużyteczny i efekciarski, ale tutaj miał swoje zastosowanie. I nie była nim walka.
Wszyscy zgromadzili się pod główną sceną i stali z zadartymi głowami, podziwiając pokaz. Gia czuła, jak niektórzy przeciskają się w tłumie. Spojrzała w dół na nieuważnego chłopca, a ten podniósł na nią wzrok. Oczy i skronie miał zamalowane niebieskim paskiem farby. Gdy ich spojrzenia się spotkały, opuścił głowę, naciągnął kaptur i szybko zniknął w tłumie. Nim Ruda zdążyła spytać Blase'a, co to za zwyczaj malowania twarzy, na środku sceny stanął burmistrz Drugiego Kręgu. Miał ogłosić wyniki konkursu na najładniejszego stracha na wróble i wręczyć zwycięzcom wyczekiwane nagrody.
Padła nazwa grupy, która wygrała rywalizację. W tłumie podniosły się wiwaty, okrzyki radości i oklaski, a na scenę wprowadzono zwycięską kukłę.
W jednej chwili cały gwar ucichł.
Strach na wróble szyderczo uśmiechał się do zgromadzonych, przyozdobiony elementem, którego na pewno nie miał podczas oficjalnej prezentacji. Błękitną szarfą.
Na podest wkroczyła grupa odpowiedzialna za projekt kontrowersyjnej kukły. Wszyscy mieli na wysokości oczu pasek niebieskiej farby i twarze zmarszczone w gniewie. W momencie w ślad za nimi na podwyższeniu pojawili się żołnierze Armii Dawnego Porządku z czerwonymi szarfami na ramionach i siłą zaczęli ściągać ich ze sceny. Burmistrz próbował załagodzić sytuację, ale agresywne zachowanie Czerwonych nie spodobało się części tłumu. Postawny mężczyzna, któremu jeszcze przed chwilą bito brawo i składano gratulacje, wyrwał się stróżom i stanął na środku podium.
- Zwolennicy Połączenia! - krzyknął z uniesioną pięścią. - Trójca musi wiedzieć o naszym istnieniu! Jesteśmy tu! Silni i zjednoczeni, będziemy walczyć o swoje idee i prawo do zjednoczenia Sinistram i Dexteram!
Część zgromadzonych ludzi zaczęła wiwatować, a liczba żołnierzy na placu niebezpiecznie wzrosła.
Mężczyzna na scenie został uderzony pięścią w brzuch, szarpano go, by zniknął z zasięgu oczu gapiów. Skulił się z bólu, ale nie przestał przemawiać.
- Nie pozwolimy, by zamknięto nam usta! Staniemy do walki! Niech Sieć nam sprzyja! - W tym momencie jego dłoń siłami Talentu przekształciła się w mocno zakrzywione ostrze, przypominające kształtem sierp. Zamachnął się, by nie dać się złapać i uciszyć.
Nie widzieli, co się dalej z nim działo. W ułamku sekundy wszystko wymknęło się spod kontroli. Zgromadzeni zaczęli wpadać w panikę i tratować się nawzajem. Zwolennicy Dawnego Porządku próbowali wyłapać tych, którzy wiwatowali. Podniosły się wrzaski. Blase natychmiast pokierował Rudą i Nicka z dala od Czerwonych. Jeśli w zamieszaniu zostaną aresztowani, a Armia odkryje ich pochodzenie, już nigdy się nie zobaczą, a on zostanie skazany na śmierć za ukrywanie obcych.
Widzieli ludzi z niebieskimi paskami farby na twarzy. Uciekających, chowających się, krzykiem powtarzających słowa mężczyzny ze sceny. Mijali ściany domów upstrzone niebieskimi symbolami. Podobne prowokacje odbyły się równocześnie w całym mieście, a podniesiony przez Czerwonych alarm postawił na nogi wszystkie siły Kapłanki. Żołnierze nie dyskutowali, nie pytali - atakowali.
Biegli ulicami, na których jeszcze kilka godzin temu cieszyli się zabawą i szczęśliwymi chwilami. Gia widziała, jak w opuszczonej bocznej uliczce jeden z mężczyzn z czerwoną szarfą na ramieniu szarpie zakapturzonego chłopca. Siłą ściągnął mu materiał z głowy i spojrzał na niebieski symbol buntowników. Chłopiec krzyczał, błagał, ale wiek to dla prawa nie powód do litości ani wyjątków. Mężczyzna zamachnął się pięścią na dziecko, ale zamiast satysfakcji musiał poczuć ogromny ból z tyłu głowy. Padł nieprzytomny przed trzęsącym się chłopcem.
Gia rozmasowała pięść i zamknęła za sobą błękitny portal. Dopiero w tym momencie dobiegli do nich Nick i Blase.
- Mały, nic ci nie jest? - Nick uklęknął przy chłopcu.
Dziecku trzęsły się dłonie, a drżące usta wyróżniały się na bladej, pyzatej buzi. Chłopak podniósł na nich oczy w zakazanym kolorze błękitu.
- Za Połączenie - wyszeptał i ruszył biegiem w zaułek.
- Nie wierzę w to, co się tu dzieje... - Gia patrzyła, jak chłopiec znika za zakrętem. - Dlaczego zwolennicy Połączenia tyle ryzykują?
- Trójca i zwolennicy Dawnego Porządku muszą wiedzieć, że istniejemy i że nie można nas ignorować. - Blase niemal powtórzył słowa mężczyzny ze sceny. - Jesteśmy silni i zjednoczeni, będziemy walczyć o swoje idee. Sieć nam sprzyja. - Wyraz jego twarzy był niepokojący, a słowa pełne przekonania.
- Silni? - warknęła wściekle. - Według ciebie to była równa walka?!
- Każdy człowiek wzmacnia nasze szeregi. - Uśmiechnął się, pełen nadziei i fascynacji. - A i ty opowiedziałaś się po naszej stronie. Stanęłaś przeciwko Wyznawcom Kapłanki i jej Armii.
- Nie jestem po niczyjej stronie - wycedziła przez zęby głośno i bardzo wyraźnie, tak jakby już nigdy więcej nie miała zamiaru tego powtarzać. - Ale nie pozwolę tłuc żadnego dzieciaka, nieważne jakiego koloru będzie miał sznurówki, jakiego będzie wyznania czy skąd będzie pochodził!
- Ty myślisz, że walczymy tylko dla idei, ale to nieprawda. - Pokręcił głową, niewzruszony jej złością. - Walczymy o zmiany, o prawdę i zjednoczenie. Wy akurat powinniście rozumieć takie wartości.
Miała dziką ochotę uderzyć go w twarz za te słowa. Poczuła się wykorzystana i zmanipulowana.
- Nie możecie pozostać bezstronni, bo ta wojna dotyczy również was, waszego świata. A wy macie umiejętności, aby wesprzeć nas w walce o to, co słuszne. - Spoglądał to na Nicka, to na Rudą. - Co odpowiesz, jeśli ci powiem, że nasz los może leżeć w twoich rękach?
- Odpowiem, że macie zdrowo przerąbane. - Skrzyżowała ręce na piersi na znak, że nie ma zamiaru już nawet palcem kiwnąć na rzecz Dexteram. - Nie wciągniesz mnie w to, choćbyś i próbował siłą.
- Liczy się tu i teraz. Jeśli się poddamy, nie będzie kolejnej szansy za naszego życia. - Stanął bardzo blisko i świdrował ją bursztynowymi oczami. - Nie możesz uciekać od odpowiedzialności. Co zrobisz, jak już uda ci się wrócić do tego piekła, z którego uciekliście? Zapomnisz o tym wszystkim, co tu widziałaś? Jesteś tu, gdzie ważą się losy światów, i udajesz, że ciebie to nie dotyczy, że możesz umywać ręce?!
Nick szarpnął ich oboje.
- Skończycie tę kłótnię później. - Wskazał palcem koniec uliczki, gdzie przyuważyła ich grupa Zwolenników Dawnego Porządku. Leżący pod ich stopami nieprzytomny mężczyzna był więcej niż wystarczającym powodem, by ich zatrzymać.
- Jeśli nie chcesz walczyć o życie moich współbraci - Blase rzucił Rudej ostre spojrzenie - to chociaż walcz o swoje.
Pędem ruszyli w stronę obrzeży Drugiego Kręgu, byle dalej od centrum zamieszek. Drogi niemal zupełnie opustoszały, wszyscy próbowali skryć się przed rozruchami.
Blase poprowadził ich do zamkniętej części miasta w nadziei, że zdołają zgubić patrol. Tam, gdzie ruch i handel zostały wstrzymane, natura przejęła władzę. Ulice były zarośnięte gęstą roślinnością, a cały obszar od lat był zupełnie wyludniony. Dzielnicę zniszczyło trzęsienie ziemi, które kilka lat temu nawiedziło Drugi Krąg. Wiele wysokich budynków groziło zawaleniem, ich wejścia były zagrodzone drutami kolczastymi i znakami ostrzegającymi przed zapuszczaniem się w dalsze rejony.
Przedarli się przez zniszczoną kutą bramę, a zdyszany Blase wskazał wejście do jednego z opuszczonych budynków starego browaru.
- Tędy - szepnął, przejęty.
Na ścianach widniały murale przedstawiające pracę zakładu z czasów jego świetności, a także sceny z dnia jego powstania. Minęli zamknięte magazyny na słód, jęczmień i chmiel oraz strefę załadunku keg. Zerwali deski z zabitego okna i wtargnęli do wielkiej hali produkcyjnej z czerwonych cegieł. Znaleźli się w pomieszczeniu, w którym stały ogromne miedziane kadzie i kotły warzelne, jednak sądząc po ilości pajęczyn i liczbie uciekających im spod stóp szczurów, żadne piwo dawno tu nie powstało. W powietrzu czuli ciężki zapach pleśni i odchodów gryzoni. Przez chwilę słyszeli tylko odgłos własnych oddechów, zwłaszcza Nicka.
- Przez to siedzenie w domu... - Zmachany, oparł ręce o kolana. - Straciłem formę.
- Palenie jak opętany na pewno nie ma z tym nic wspólnego - wyszeptała Ruda.
- Bla, bla, bla, jestem Gia i zawsze muszę mieć rację. - Starł pot z czoła i pokazał jej język.
- Cicho - skarcił ich Blase. Dla niego ścigający ich żołnierze to nie chleb powszedni ani moment do przekomarzanek. Nie był przyzwyczajony do takich akcji i zupełnie nie było mu do śmiechu.
Gdy Czerwoni w ślad za nimi weszli do budynku, było słychać tylko ich ostrożne kroki. Rozejrzeli się i ruszyli śladami zerwanych pajęczyn. Zaczęli przeszukiwać zdewastowany budynek. Weszli do pomieszczenia z kadziami, gdzie w rzędach stały również regały.
Jeden z mężczyzn uniósł dłoń, nad jego palcami pojawiła się plama jasnego światła. Elementy wyposażenia i poniszczone sprzęty rzucały długie cienie, a zaniepokojone szczury czmychały przed nieproszonymi gośćmi. Jakimikolwiek Talentami dysponowali żołnierze, nawet szkodniki czuły, że nie należy wchodzić im w drogę.
- W imieniu Trójcy i Najwyższej Kapłanki mam rozkaz was zatrzymać. Zamknijcie w sobie Talent i poddajcie się - wyrecytował regułkę jeden z Czerwonych.
Gdy mężczyzna oświetlający drogę pozostałym dostrzegł szybko przemieszczający się cień, było już za późno. Blase z całych sił pchnął stary regał i ciężki mebel uderzył w żołnierza, pozbawiając go przytomności. Światło Talentu zgasło.
Ruda doskoczyła do mężczyzny o bujnym zaroście, ale ten wykazał się świetnym refleksem i bez problemu zablokował jej cios. Zwarli się w chaosie szybkich uderzeń i błyskawicznych kontr. Żołnierz musiał mieć wieloletnie doświadczenie w walce, z pewnością nie był jednym z nieszczęśników z łapanek. Jego siła i precyzja ataków sprawiły, że Gia zaczęła walczyć pasywniej i gdy zrozumiała, że nie da rady uniknąć kolejnego uderzenia, otworzyła portal tuż przed swoją twarzą. Potężny cios zwrócił się przeciwko atakującemu. Mężczyzna oberwał własną pięścią w brzuch i aż upadł na schody prowadzące na podwyższenie. Rozzłoszczony, wypluł ślinę wymieszaną z krwią, a gdy się uniósł, pod jego dłonią pękły kafelki. Nim Gia zdążyła zareagować, wygląd jej przeciwnika zaczął się zmieniać. Ciało mężczyzny w mgnieniu oka pokryło się futrem, a dłonie zmieniły się w ciężkie łapy zakończone pazurami. Sylwetka rozrosła się i osiadła na czterech kończynach, kości twarzy zaczęły się wydłużać, a szczęka wypełniać ostrymi zębami.
Ruda aż zrobiła krok w tył. Jej wzrok spoczął na potężnym, rozwścieczonym niedźwiedziu.
W tym samym czasie Nick znalazł się przy mężczyźnie o dość lichej posturze i dziwnej niebieskawej skórze. Żołnierz zrobił kilka niepewnych kroków w tył z uniesionymi rękami. Gdy zrozumiał, że wpadł w zasadzkę, z przerażeniem na twarzy zaczął się cicho modlić do Trójcy i Sieci.
- Błagam, ja tylko wykonuję rozkazy, nie chcę nikogo skrzywdzić - zawył żałośnie i przejmująco zaszlochał.
Nick zawahał się przed atakiem. W tej samej chwili łzy na policzku mężczyzny poruszyły się nienaturalnie, a wykrzywione w grymasie usta uniosły się nieznacznie. W ułamku sekundy przejrzyste raptem ciało mężczyzny zamieniło się w wodę. Przeciwnik natychmiast zaatakował Nicka, zamykając jego głowę w płynnej pułapce.
Niedźwiedź ryknął, a Gia o włos uniknęła uderzenia wielkiej łapy. Widywała już zmiennokształtnych w swoim świecie, ale jeszcze nigdy nie była świadkiem pełnej transformacji. Jej adept, Robert, latami ćwiczył przemianę w panterę, jednak nawet pod okiem specjalistów z Agencji nie udało mu się uzyskać ostatecznej formy. Natomiast stojący przed nią zwierz niczym nie różnił się od niedźwiedzi występujących w naturze. Miał ze dwa i pół metra długości i w kłębie był wyższy od Rudej. Brunatna sierść, pół tony silnych mięśni i bystry wzrok sprawiły, że Gia słyszała w uszach tylko łomot własnego serca.
Blase otrząsnął się z szoku i powstrzymał instynktowną potrzebę ucieczki. Doskoczył do uszkodzonych silosów i kopnięciem oderwał jedną z oberwanych rurek instalacyjnych.
Ruda nie zdążyła użyć Talentu. Ogromne cielsko naskoczyło na nią i zwaliło z nóg. Bestia przyparła ją do ziemi i obnażyła wściekle kły. Dziewczyna ze wszystkich sił próbowała się bronić przed rozszarpaniem na strzępy. Gdy było już jasne, że zwierz zaraz zmiażdży jej paszczą kark, Blase zamachnął się i uderzył niedźwiedzia w głowę; miedziana rurka aż zgięła się wpół. Zmiennokształtny potrząsnął łbem i ta chwila wystarczyła, by Gia stworzyła pod swoimi plecami portal i umknęła spod silnych łap. Wylądowała za Blase'em i nie zdążyła mu podziękować za ratunek, bo bestia już szarżowała w ich stronę.
Nick miotał się, próbował uwolnić spod ataku, ale jego dłonie tylko zanurzały się w wodzie, nie robiąc Utalentowanemu żadnej krzywdy. Powoli zaczynało mu brakować powietrza, czuł, że utonie, jeśli czegoś nie wymyśli.
W ferworze walki wszyscy zapomnieli o mężczyźnie, którego przygniótł regał. Żołnierz odzyskał przytomność; nie mógł wyczołgać się z pułapki, więc głośno wrzasnął. Całe pomieszczenie wypełnił przeraźliwie jasny blask, a snop białego światła przebił się przez sufit. Wyzwolona energia doszczętnie zniszczyła dach, wysoka temperatura zostawiła czarne ślady wkoło mężczyzny. Potężny Talent zatrząsł ziemią, osmalając resztki otaczających ich maszyn, a dookoła tliły się fragmenty metalowych konstrukcji.
Wysłannik Armii był wolny, zwlókł się z podłogi i ponownie skupił w sobie Talent. Wyciągnął przed siebie dłonie zaciśnięte w pieści. Kolejny rozbłysk oślepił walczących, ale tym razem to błękit był górą. Portal otworzył się przed żołnierzem, a przekierowana, skumulowana wiązka gorącego światła trafiła w ogromny zbiornik po brzegi wypełniony sfermentowanym piwem. Hektolitry płynu rozlały się po całej hali. Nikt z walczących nie utrzymał się na nogach. Mężczyzna przemieniony w wodę stracił kontrolę nad Talentem, mieszając się z zepsutym alkoholem.
Nick poderwał się ponad taflę, łapiąc charczący wdech. Gia i Blase pomogli mu podnieść się na równe nogi. Zwarli szyki, stojąc w cieczy po kolana. Świetnie wyszkoleni żołnierze Armii byli dla nich zbyt wymagającymi przeciwnikami. Mężczyzna przemieniony w niedźwiedzia otrząsnął sierść z wstrętnego piwa i zaczął brodzić w brudniej brei, jakby polował na łososie w rzece. Nim jednak rzucił się na uciekinierów, przekręcił komicznie głowę, zupełnie jakby z nich kpił. W kolejnej sekundzie Gia poczuła, że coś chwyta ją za nogi i sprowadza do parteru. Chwilę później Blase także stracił równowagę i zniknął pod taflą, a Nick plasnął plecami w wodę, jakby ktoś podciął mu kolana. Mężczyzna potrafiący zmieniać stan skupienia miał ich w garści. Skryty pod powierzchnią, uniemożliwił im skuteczną walkę i wystawił kompanom z patrolu.
Gia wyrwała się z płynnego uścisku, z trudem udało jej się chwycić barierki i wspiąć na schody. Wciągnęła Nicka i Blase'a na stopnie, ale byli już tak zmęczeni szamotaniną, że nie mieli siły więcej walczyć.
Mężczyzna władający światłem roztarł obolały kark i skupił w sobie Talent. Wycelował go prosto w wyczerpaną trójkę zbiegów.
Niszczycielski promień pomknął w ich stronę, a Gia ostatkiem sił stworzyła przed swoimi towarzyszami portal. Błękitny krąg aż wygiął się pod naporem ogromnej energii wrogiego Talentu. Bliźniacza wyrwa przekierowała atak, ale nie dość dokładnie. Błysk uderzył w posadzkę, rozchlapując rozlane piwo i natychmiastowo podwyższając jego temperaturę. Wszyscy usłyszeli ogłuszający wrzask dochodzący jakby ze wszystkich kierunków. Płyn zawrzał, przez taflę przeszła rozdygotana fala, która zmiotła pozostałych żołnierzy. Uderzyli o stos drewnianych palet z poustawianymi kegami. Zbutwiałe drewno trzasnęło i beczki jedna po drugiej zwaliły się na członków Armii Dawnego Porządku.
Woda powoli się uspokajała, aż w końcu powierzchnia śmierdzącego piwa nawet nie drgnęła. Wyglądało na to, że żołnierz władający Talentem przemiany w ciecz zwyczajnie wyparował. Gia, Nick i Blase w zdumieniu patrzyli na ciała pozostałej dwójki, zmiażdżone setkami ciężkich keg.
Wystająca między beczkami niedźwiedzia łapa na ich oczach zmieniła się w ludzką siną dłoń.
Blase przysłonił usta i nos rękawem koszuli, by odgrodzić się od smrodu zagotowanego, spleśniałego trunku.
- Już nigdy nie tknę piwa... - podsumował i aż mu się odbiło.
Nie oglądając się za siebie, cała trójka skierowała się do wyjścia.
W tym momencie obok Nicka pojawiła się przezroczysta postać. Natychmiast go chwyciła i zablokowała mu możliwość ruchu. Płynne ciało przybrało ludzką formę. Mężczyzna był ciężko ranny, niemal na całej jego skórze kwitły poważne oparzenia i czerwone bąble.
Gia odruchowo wyszarpnęła zza paska ich jedyny pistolet. Wycelowała w napastnika, który trzymał w ręku krótki nóż, i położyła palec na spuście.
- Nie, czekaj. - Nick powstrzymał ją od strzału, choć miał ostrze przy nerkach i boleśnie wykręconą rękę. - Pamiętaj, że mamy mało naboi.
Gia przeklęła i obróciła pistolet w dłoni. Stworzyła przed sobą niewielki portal i wyprowadziła szybki cios. Jej dłoń pojawiła się tuż przy głowie żołnierza, który oberwał uchwytem w skroń. Ogłuszony, rozluźnił uścisk i to wystarczyło, by Nick już sobie z nimi poradził. Chłopak wrzucił go z powrotem do piwnej brei i upewnił się, że już z niej nie wróci. Starł krew z draśnięcia na boku i roztarł ją między palcami. Nie przyznałby tego głośno, ale nie zauważył, że jego przeciwnik trzymał broń. Inaczej nie byłby tak pewny siebie. Miał szczęście, że Ruda w naprawdę krótkim czasie opanowała swoje nowe umiejętności i zdołała zachować zimną krew.
- Muszę na nowo nauczyć się twojego Talentu. - Nieznacznie się do niej uśmiechnął i oparł ciężko o barierkę. - Żeby lepiej nam się współpracowało w walce.
Poczuł silne zawroty głowy, a w ślad za nimi ostry ból.
Cholera, nie... tylko nie teraz - przemknęło mu przez myśl.
Ból rozlał się po jego ciele od głowy aż po same palce u stóp. Oczy zaszły mu mgłą i nie potrafił zaczerpnąć powietrza przez zaciśnięte gardło. Czuł, jak oblewa go zimny pot, a ciało niekontrolowanie drży. Słyszał skądś głos Rudej, ale nie odróżniał już poszczególnych słów. Wiedział, że była przy nim. Wiedział, że wciąż robi wszystko, żeby mu pomóc, ale teraz nikt nie mógł go uratować. Jego świat skryła ciemność.
?
Deptali zerwane proporce i resztki zniszczonych straganów. Nawet po zmroku na brukowanej drodze co rusz można było dostrzec ślady krwi. Minęli leżące na krawężniku zwłoki jasnowłosej kobiety. Nieważne, czy była zwolenniczką Połączenia, czy Dawnego Porządku. Nie żyła.
Zwycięski strach na wróble, który rozpoczął ten cały chaos, powoli dogasał, podpalony przez przedstawicieli Czerwonych. Teraz nie był już żadnym symbolem, tylko dymiącą stertą szmat.
W martwej ciszy zdołali dotrzeć pod mury. Blase ściągnął przerzuconego przez ramię Nicka i ułożył na powozie. Gia usiadła przy nim, okryła go kocem i położyła sobie jego głowę na kolanach. Blase za to usiadł na przedzie, szarpnął wodze, a na komendę klacz ruszyła. Udało im się opuścić miasto.
Podnieśli oczy na pozostawioną w tyle bramę strzegącą wejścia do Drugiego Kręgu. W złożonych dłoniach posągu wciąż płonął ogień. Jasny, błękitny ogień.
?
Ta noc była wyjątkowo zimna jak na pierwszy dzień lata. Blady księżyc spowiła jasna łuna, a niebo zalały rzadkie chmury. Panował niepokojący spokój. Cały las jakby wstrzymał oddech, a wiatr ucichł w zaroślach. Okolica wokół domu Blase'a od dawna nie była tak spokojna.
Gia skrywała wzrok za długimi włosami i delikatnie gładziła twarz Nicka. Pragnęła, by w końcu się obudził, by się do niej uśmiechnął i zakpił ze swojego stanu. Ale on wciąż nie odzyskiwał przytomności. Blase skończył przygotowywać maść, którą Gia ostrożnie wmasowała w skronie chorego. To powinno uśmierzyć ból i pomóc mu się wybudzić.
- Co z Zayą? - Szept Rudej przerwał przygnębiającą ciszę.
- Jest bezpieczna, już się z nią kontaktowałem. - Blase odpowiedział równie cicho. - Milet się nią zaopiekuje. Ma doświadczenie, wie, co robić w takich przypadkach. Udało im się uciec z miasta. Reszta mojego rodzeństwa im pomoże. - Spuścił wzrok. - W każdym razie ci, którzy nie zostali pojmani...
- Wiedziałeś, że to się wydarzy? - Po raz pierwszy od powrotu spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. - Wiedziałeś, co planują zwolennicy Połączenia?
W takich chwilach nienawidził tego, że nie kłamał. Jedno słowo nieprawdy mogłoby ułatwić tyle spraw.
- To jeden z moich braci był wtedy na scenie... - przyznał w końcu. Nie wiedział nawet, kto z jego rodziny przeżył rozruchy ani czy ich poświęcenie nie pójdzie na marne. Musiał wierzyć, ale dzisiaj wiara przychodziła z trudem.
Z leciutko rozchylonych ust Nicka wydobył się cichy jęk. Poruszył się nieznacznie i powoli uchylił powieki. Gia zmusiła się do bladego uśmiechu i powstrzymała od drżenia. Spojrzała w jego zmęczone oczy, szukając w nich tego dobrze jej znanego ciepła.
Bezwiednie wodził wzrokiem po jej twarzy. Gdy wyciągnął w jej stronę dłoń, zrozumiała, że coś jest nie tak.
- Gia... - Nigdy wcześniej nie słyszała takiego przerażenia w jego głosie. - Ja nie widzę...
Nawet nie wiedziała, kiedy wstała od jego łóżka. Słowa Nicka jak echo odbijały się w jej głowie i były jedynym, co istniało. Nie czuła kompletnie nic. Nie czuła ciepła, nie czuła bicia własnego serca ani potrzeby oddychania.
- NIC NIE WIDZĘ - powtórzył bezradnie drżącym głosem, a z jego oczu pociekły łzy.
Wybiegła z domu i padła kolanami na mokrą rosę. Zasłoniła dłońmi usta, by powstrzymać szarpiący nią szloch i dobijający się do głosu atak paniki. Nie zdołała mu pomóc. Przysięgła, że sprowadzi go do domu i zadba o jego zdrowie. Chciała tylko opuścić ten cholerny świat i zapomnieć o wszystkim, co się tu wydarzyło.
Z lasu zaczęło dobiegać żałosne wycie lisa. Nie, to nie był lis, tylko lament mortusa. Wył, bo był bezbronny. Wył, bo stracił swoją jedyną broń przeciwko światu.
Tej nocy lisi lament ustał na dobre.