SYN BRAMINA
Siddhartha dorastał w cieniu rodzicielskiego domu, w słońcu nad brzegiem
rzeki, gdzie kołysały się łodzie, w cieniu lasu, w cieniu drzewa
figowego. Młody sokół rósł pięknie, a razem z nim rósł Gowinda, jego
przyjaciel, jak on syn bramina. Białe ramiona Siddharthy brązowiały od
słońca nad rzeką, przy kąpielach, przy świętych ablucjach, przy
składaniu świętych ofiar. Czarne oczy chłonęły cień w zagajniku
mangowców, przy chłopięcych zabawach, przy śpiewie matki, przy składaniu
świętych ofiar, przy naukach uczonego ojca, przy rozmowach mędrców.
Siddhartha od dawna już uczestniczył w rozmowach mędrców, razem z Gowindą zaprawiał się w sztuce medytowania, w służbie kontemplacji.
Umiał już wymawiać bezgłośnie słowo Om, potrafił to słowo nad słowami
bezdźwięcznie wdychać w siebie i bezdźwięcznie je wydychać, w skupieniu
duszy, z czołem w blasku jasno myślącego ducha, jasnego umysłu. Posiadł
już wiedzę o atmanie ukrytym w głębi jego istoty, niezniszczalnym,
stanowiącym jedno ze wszechświatem.
Serce ojca wypełniała radość z pojętnego, chciwego wiedzy syna, widział
w nim przyszłego mędrca i kapłana, pierwszego pośród braminów.
Pierś matki wypełniało błogie uczucie, gdy na niego patrzyła, gdy
widziała, jak Siddhartha chodzi, jak siada i wstaje, jaki jest silny i dorodny, jak stąpa na smukłych nogach, jak pozdrawia ją z całym należnym
matce szacunkiem.
Gdy Siddhartha przechodził ulicami miasta, z jasnym czołem, z królewskim
wejrzeniem, smukły w biodrach - w sercach młodych dziewcząt z bramińskich domów budziła się miłość.
Ale bardziej jeszcze kochał go jego przyjaciel Gowinda. Kochał
spojrzenie Siddharthy i jego wdzięczny głos, kochał jego chód i doskonałą grację jego ruchów, kochał wszystko, cokolwiek Siddhartha
czynił i mówił, a najgoręcej kochał jego ducha, górne, płomienne myśli,
żarliwą wolę, wzniosłe powołanie. Gowinda wiedział, iż ten nie zostanie
zwyczajnym braminem, leniwie pełniącym swój urząd ofiarnikiem, żądnym
zysku handlarzem magicznych formułek, próżnym, czczym krasomówcą, złym,
podstępnym kapłanem ani też potulną owieczką w stadzie równie głupich i poczciwych. Nigdy - a i on sam, Gowinda, nie chciał dla siebie takiej
przyszłości, nie chciał być braminem, jakich setki i tysiące. Chciał iść
w ślady Siddharthy, którego kochał i wielbił. A jeśli Siddhartha miałby
stać się bogiem, jeśli miałby kiedyś należeć do grona Świetlistych,
Gowinda pójdzie za nim i będzie mu przyjacielem, towarzyszem, sługą,
będzie nosił za nim włócznię, będzie jego cieniem.
Siddharthę otaczała więc zewsząd miłość. Umiał każdego ucieszyć, dla
każdego być radością.
Siebie jednak nie cieszył, dla siebie nie był radością. Przechadzając
się po różanych ścieżkach figowego sadu, przesiadując w błękitnym cieniu
gaju kontemplacji, odbywając codzienną kąpiel pokutną, składając ofiary
w cienistym lesie mangowym, pełen godności w gestach, powszechnie
kochany i wszystkim niosący radość, nie znajdował jednak radości we
własnym sercu. Nachodziły go marzenia i niespokojne myśli, napływały z falą rzeki, szły z roziskrzonych gwiazd na niebie i z promieni słońca,
wysnuwały się z ofiarnych dymów, rozbudzały od wierszy Rigwedy, sączyły
z nauk starych braminów.
Siddhartha począł żywić w sercu niezadowolenie. Zaczynał czuć, że miłość
ojca i miłość matki, i także miłość przyjaciela Gowindy nie na zawsze i nie po wszystkie czasy będzie go uszczęśliwiała, nie na zawsze go
zaspokoi, nasyci i nie na zawsze mu wystarczy. Począł się domyślać, że
najgodniejszy ojciec i inni nauczyciele, że mądrzy bramini już mu
przekazali największą i najlepszą cząstkę swojej mądrości, że przelali
już całe bogactwo w jego wyczekujące naczynie i naczynie nie napełniło
się, umysł cierpiał niedosyt, dusza nie była spokojna, serce nie zaznało
uciszenia. Ablucje były dobre, ale była to woda, nie zmywała grzechów,
nie gasiła pragnienia ducha, nie przepędzała serdecznego lęku. Ofiary i wzywanie bogów były wyborne - ale czy to miało być wszystko? Czy ofiary
dawały szczęście? A jak to było z bogami? Czy naprawdę Pradżapati
stworzył świat? Czy świat nie był dziełem atmana, Jedynego i Wyłącznego?
Czy bogowie nie byli stworzeni, czy nie byli stworzeniami jak każdy z nas, podległymi czasowi, przemijalnymi? Czy więc dobrze jest, czy jest
słusznie, czy jest rzeczą rozumną i wzniosłą składać bogom ofiary? Komu
należało składać ofiary, komu oddawać cześć, jeśli nie Jemu, Jedynemu? A gdzie go szukać, gdzie on mieszka, gdzie bije jego wieczne serce, gdzie,
jeśli nie w naszej własnej jaźni, w tym najgłębiej ukrytym,
niezniszczalnym pierwiastku, który każdy nosi w sobie? Ale gdzie, gdzie
jest ta jaźń, ten najgłębszy, ostateczny pierwiastek? Mędrcy uczyli, że
nie jest z ciała ani z kości, nie jest świadomością ani myślą. Więc
gdzie jest? Dotrzeć tam, do tej jaźni, do siebie, do atmana - czy warto
szukać jakiejś innej drogi? Ale tej właśnie drogi nikt nie wskazywał,
nikt jej nie znał, ani ojciec, ani mistrzowie i mędrcy, ani święte
śpiewy ofiarne! Bramini wiedzieli wszystko, w ich świętych księgach
zawierała się wszelka wiedza, wszystko wiedzieli i więcej jeszcze niż
wszystko, o wszystkim myśleli, o stworzeniu świata, o powstaniu mowy, o pokarmach, wdechu, wydechu, o porządku zmysłów, o uczynkach bogów -
wiedzieli nieskończenie wiele, ale czy warto wiedzieć to wszystko, jeśli
nie wiedziało się tej jednej rzeczy, najważniejszej, jedynej naprawdę
ważnej?
Owszem, liczne wiersze świętych ksiąg, zwłaszcza upaniszady Samawedy
mówiły o tym najskrytszym, ostatecznym pierwiastku, i były to wspaniałe
wiersze. "Twoja dusza jest całym światem", było tam napisane i było
napisane, że we śnie, w najgłębszym śnie człowiek dociera do rdzenia
swej istoty i przebywa w atmanie. W tych wierszach zawierała się cudowna
mądrość, w magicznych słowach zgromadzona była cała wiedza mędrców,
klarowna jak zebrany przez pszczoły miód. Nie, nie można lekceważyć tego
ogromu wiedzy,
zebranego tu i przechowywanego przez niezliczone pokolenia mądrych
braminów. Ale gdzie byli ci bramini, gdzie kapłani, gdzie mędrcy albo
pokutnicy, którym udało się nie tylko posiąść tę najgłębszą wiedzę, ale
nią żyć? Gdzie szukać mędrca, który owo bycie w atmanie potrafił
przenieść ze snu w jawę, w życie, w codzienność, w słowa i uczynki?
Siddhartha znał wielu czcigodnych braminów, należał do nich przede
wszystkim jego własny ojciec, czysty, uczony, godny najwyższej czci.
Ojciec zasługiwał wszak na podziw - obejście miał spokojne i szlachetne,
wiódł czyste życie, wypowiadał się rozumnie, jego czoło było siedliskiem
subtelnych i wzniosłych myśli - ale choć tyle wiedział, czy osiągnął
stan błogości, czy zaznał pokoju, czy i on nie był skazany na
poszukiwanie, na pragnienie? Czy nie musiał wciąż na nowo gasić
pragnienia u świętych źródeł, w ofiarach, w księgach, w dysputach
braminów? Dlaczego, choć nigdy nie skalał się żadnym brudem, musiał
dzień w dzień obmywać się z grzechów, dzień w dzień zabiegać o oczyszczenie, co dzień od nowa? Czy nie mieszkał w nim atman, czy w jego
własnym sercu nie biło źródło źródeł? Trzeba odnaleźć to źródło,
odnaleźć je w samym sobie, trzeba je w sobie mieć! Cała reszta była
poszukiwaniem, była okrężną drogą, błądzeniem.
Tak myślał Siddhartha, tego pragnął, z tej przyczyny cierpiał.
Często przepowiadał sobie słowa z upaniszady Ćhandogja: "Zaiste, imię
brahmana jest satyam - prawda. Kto posiadł tę wiedzę, ten wstępuje co
dnia w świat niebiański". Niebiański świat zdawał się często tak bliski,
ale Siddhartha nigdy nie dosięgnął go naprawdę, nigdy nie ugasił
pragnienia do ostatka. I żaden spośród wszystkich mądrych i najmędrszych
ludzi, których znał i którzy udzielali mu swej nauki - żaden nie
osiągnął owego niebiańskiego świata, żaden nie ugasił wiecznego
pragnienia.
- Gowindo - rzekł pewnego razu Siddhartha do przyjaciela - Gowindo,
chodź ze mną pod drzewo banyana, będziemy kontemplowali.
Poszli pod drzewo, usiedli na ziemi, tu Siddhartha, dwadzieścia kroków
dalej Gowinda. Siadając, gotów wypowiedzieć Om, Siddhartha powtórzył
cicho wiersz:
Om jest łukiem, strzałą dusza,
Brahman jest celem strzały,
Dosięgnąć go trzeba niechybnie.
Gdy upłynął zwykły czas kontemplacji, Gowinda się podniósł. Był już
wieczór, pora na wieczorne ablucje. Zawołał Siddharthę. Siddhartha nie
odpowiedział. Siedział kontemplując, oczy miał utkwione w dalekim celu,
koniuszek języka wysunął mu się nieco z ust, zdawało się, że nie
oddycha. Siedział tak zatopiony w kontemplacji, skupiony na Om,
wysławszy duszę jak strzałę ku brahmanowi.
Kiedyś przez miasto Siddharthy przechodzili samanowie, pielgrzymujący
asceci, trzej żylaści wyschli mężczyźni, ani starzy, ani młodzi, z barkami okrytymi kurzem i krwawiącymi, prawie nadzy, ogorzali od słońca,
zamknięci w swojej samotności, obcy i wrodzy światu intruzi i wychudłe
szakale w królestwie ludzi. Otaczała ich aura cichego cierpienia,
wyniszczającej służby, bezlitosnego wyrzeczenia.
Wieczorem, po medytacji, Siddhartha powiedział do Gowindy:
- Jutro rano, przyjacielu, Siddhartha pójdzie do samanów. Zostanie
samaną.
Gowinda pobladł, gdy usłyszał te słowa, a z nieruchomej twarzy
przyjaciela odczytał decyzję, nieodwracalną jak nie można odwrócić biegu
wypuszczonej z łuku strzały. Od razu, od pierwszej chwili zrozumiał: oto
początek, Siddhartha wyrusza w swoją drogę, tu rozpoczyna się jego los,
a razem z nim mój los. Pobladł tak, że jego twarz przybrała barwę
wyschniętej skórki banana.
- Siddhartho - zawołał - czy ojciec ci na to pozwoli?
Siddhartha spojrzał na niego jak człowiek, który budzi się ze snu. Z szybkością strzały odczytał, co dzieje się w duszy Gowindy, odczytał lęk
i oddanie.
- Gowindo - wyrzekł cicho - szkoda tracić słów. Jutro o świcie rozpocznę
życie samanów. Nie mówmy już o tym.
Siddhartha wszedł do izby, gdzie na trzcinowej macie siedział ojciec,
stanął za nim i stał tak długo, aż ojciec wyczuł, że ktoś za nim stoi.
- Czy to ty, Siddhartho? - przemówił bramin. - Mówże więc, co
przyszedłeś powiedzieć.
- Za twym pozwoleniem, ojcze - rzekł Siddhartha. - Przyszedłem
powiedzieć ci, że moim pragnieniem jest opuścić jutro twój dom i przystać do ascetów. Pragnę zostać samaną. Oby mój ojciec się temu nie
sprzeciwiał.
Bramin milczał i milczał tak długo, że w otworze okienka przesunęły się
gwiazdy i zmieniły konstelacje, a w izbie wciąż trwało milczenie. Syn
stał bez słowa i nieruchomo ze skrzyżowanymi ramionami, ojciec siedział
bez słowa i nieruchomo na macie, po niebie zaś wędrowały gwiazdy.
Wreszcie ojciec przemówił:
- Braminowi nie przystoją słowa porywcze i gniewne. Ale w moim sercu
panuje wzburzenie. Nie chciałbym słyszeć tej prośby z twoich ust po raz
drugi.
Bramin podniósł się wolno, Siddhartha stał w milczeniu ze skrzyżowanymi
ramionami.
- Na co czekasz? - spytał ojciec.
- Wiesz, na co czekam - rzekł Siddhartha.
Ojciec poruszony opuścił izbę, pełen wzburzenia udał się na nocny
spoczynek.
Po godzinie, gdy sen nie nadchodził, wstał, zrobił parę kroków, wyszedł
z domu. Zajrzał przez małe okienko do izby, zobaczył, że Siddhartha stoi
wciąż, nieporuszony, ze skrzyżowanymi ramionami. Jasna szata połyskiwała
bladawo. Z niepokojem w sercu ojciec wrócił na posłanie.
Po godzinie, gdy sen nie nadchodził, bramin wstał ponownie, uczynił parę
kroków, wyszedł przed dom, zobaczył wschodzący księżyc. Spojrzał przez
okno do izby, Siddhartha stał bez ruchu, ze skrzyżowanymi ramionami, na
jego nagich goleniach kładło się światło księżyca. Z troską w sercu
powrócił na posłanie.
I przyszedł znowu po godzinie i znowu po dwóch godzinach, zaglądał przez
okienko, widział, jak Siddhartha stoi, w świetle księżyca, w blasku
gwiazd w ciemności. I przychodził co godzina, bez słowa, zaglądał do
izby, widział stojącego bez ruchu syna, serce wypełniał mu gniew,
wypełniał je niepokój, wątpliwości, cierpienie.
I w ostatniej godzinie nocy, zanim zaczął się dzień, wrócił znowu,
wszedł do izby, popatrzył na syna i syn wydał mu się olbrzymi i jak
gdyby obcy.
- Siddhartho - rzekł - na co ty czekasz?
- Wiesz, na co czekam.
- Będziesz tak stał i czekał, aż wstanie dzień, aż przyjdzie południe,
wieczór?
- Będę stał i czekał.
- Zmęczysz się, Siddhartho.
- Zmęczę się.
- Zaśniesz, Siddhartho.
- Nie zasnę.
- Umrzesz, Siddhartho.
- Umrę.
- I wolisz umrzeć, niż posłuchać ojca?
- Siddhartha zawsze słuchał ojca.
- Więc wyrzekniesz się swego zamiaru?
- Siddhartha zrobi, co powie mu ojciec.
Do izby wpadł pierwszy brzask dnia. Bramin dostrzegł, że kolana
Siddharthy drżą lekko. W twarzy nie dostrzegł drżenia, oczy patrzyły w dal. Wtedy pojął, że Siddhartha nie mieszka już u niego, wśród swoich,
że syn już go opuścił.
Dotknął jego ramienia.
- Pójdziesz do lasu - rzekł - i zostaniesz samaną. Jeśli znajdziesz w lesie ukojenie, przyjdź i naucz mnie ukojenia. Jeśli się rozczarujesz,
wróć, będziemy znowu razem składali bogom ofiary. A teraz idź i ucałuj
matkę, powiedz jej, dokąd idziesz. Na mnie już czas, muszę iść nad wodę
i zacząć pierwsze ablucje.
Zdjął rękę z ramienia syna i wyszedł. Siddhartha zachwiał się, próbując
uczynić krok. Opanował członki, skłonił się ojcu i poszedł do matki, tak
jak powiedział mu ojciec.
Kiedy o pierwszym brzasku dnia z wolna, na zesztywniałych nogach
opuszczał ciche jeszcze miasto, przy ostatnim domu podniósł się jakiś
cień, skulony tam w kucki, i przyłączył się do Siddharthy - Gowinda.
- Przyszedłeś - powiedział Siddhartha i uśmiechnął się.
- Przyszedłem - rzekł Gowinda.
U SAMANÓW
Wieczorem tego dnia dogonili ascetów, wyschłych samanów, i zaofiarowali
się im towarzyszyć i okazywać posłuszeństwo. Zostali przyjęci.
Siddhartha podarował swą szatę ubogiemu braminowi na gościńcu. Nosił już
tylko przepaskę na biodrach, a za całe okrycie służył mu prosty kawał
materii barwy ziemi. Jadł tylko raz dziennie i nigdy nic gotowanego.
Pościł przez dwa tygodnie. Pościł przez cztery tygodnie. Twarz mu
wychudła, uda opadły z ciała. W wyogromniałych oczach rozpalały się
gorączkowe wizje, u wychudzonych palców wyrosły długie paznokcie, na
twarzy suche kępki brody. Gdy spotykał kobietę, jego wzrok tężał jak
bryłka lodu; na widok pięknie ubranych ludzi usta wykrzywiał mu grymas
pogardy. Widział handlujących przekupniów, książąt wyruszających na
polowania, żałobników opłakujących zmarłych, stręczące się dziewki,
lekarzy opiekujących się chorymi, kapłanów wyznaczających dzień na
zasiewy, kochających się kochanków, matki karmiące dzieci - i wszystko
to nie było warte jego spojrzenia, wszystko kłamało, wszystko cuchnęło,
cuchnęło kłamstwem, udawało sens, szczęście i piękno, a kryło w sobie
zgniliznę. Świat smakował gorzko. Życie było udręką.
Siddhartha miał przed sobą jeden tylko cel: wyzbyć się wszystkiego,
wyzbyć się pragnień, wyzbyć się marzeń, wyzbyć się radości i cierpienia.
Obumrzeć dla samego siebie, wyzbyć się siebie, znaleźć spokój w opustoszałym sercu, zapomnieć o samym sobie i otworzyć się na cud - oto,
do czego dążył. Kiedy jaźń zostanie pokonana i umrze, kiedy ucichną
wszelkie zapały i drgnienia serca, musi obudzić się to coś ostatecznego,
ten rdzeń istnienia, który nie jest już jaźnią, ta wielka tajemnica.
Siddhartha stał w milczeniu pod południowym żarem słońca, palił go ból,
paliło pragnienie, i stał tak, póki ból i pragnienie nie ustąpiły. Stał
w milczeniu pod strugami ulewy, gdy przyszła pora deszczowa, woda
spływała z włosów po zmarzniętych barkach, po zmarzniętych biodrach i nogach, a pokutnik stał tak, aż w końcu nie czuł już chłodu, członki
przestały dygotać, znieruchomiały. Milcząc, kucał w ciernistych
zaroślach, z otwartych ran ciekła krew, z wrzodów ciekła ropa, a Siddhartha trwał nieruchomo, trwał jak skamieniały, aż krew przestała
ciec, aż nic już nie kłuło, nic już nie bolało.
Siddhartha siadał wyprostowany i uczył się oszczędzać oddechu, uczył się
obywać niewielką porcją zaczerpniętego powietrza, uczył się wstrzymywać
oddech. Uczył się poprzez oddech uspokajać bicie serca, zmniejszać
liczbę uderzeń, aż serce uderzało coraz rzadziej i nie uderzało już
prawie wcale.
Pouczony przez najstarszego samanę Siddhartha ćwiczył się w wyrzeczeniu,
uprawiał kontemplację, według nowych reguł, jakie wyznawali samanowie.
Nad bambusowym gajem przeleciała czapla - i Siddhartha ogarniał ptaka
swoją duszą, leciał nad lasem i górami, był czaplą, żywił się rybami,
czuł głód czapli, mówił krzykiem czapli, umierał śmiercią czapli. Na
piaszczystym brzegu leżał martwy szakal i dusza Siddharthy wślizgiwała
się w zwłoki, była martwym szakalem, leżała na brzegu, puchła, cuchnęła,
gniła, rozszarpywały ją hieny, sępy odzierały ze skóry, stawała się
szkieletem, prochem, rozwiewała się. I dusza Siddharthy wracała znowu,
zaznawszy śmierci, gnicia, rozpadu, zaznawszy mrocznego odurzenia w kole
przemian i z nowo obudzonym
pragnieniem czatowała, którędy by się wyrwać z zamkniętego koła, tam
gdzie kończy się łańcuch przyczyn, gdzie rozpoczyna się wieczność bez
cierpień. Uśmiercał zmysły, uśmiercał pamięć, uciekał od swego ja w tysięczne obce kształty, był zwierzęciem, był padliną, był kamieniem,
drzewem, wodą i za każdym razem znowu się budził, w świetle słońca czy w świetle księżyca, był znowu sobą, był jaźnią, krążył w zamkniętym kole,
czuł pragnienie, przezwyciężał pragnienie, czuł nowe pragnienie.
U samanów Siddhartha nauczył się wielu rzeczy, poznał wiele dróg
ucieczki od ja. Szedł drogą samozaparcia przez ból, przez dobrowolne
znoszenie i pokonywanie bólu, głodu, zmęczenia. Szedł drogą samozaparcia
przez medytację, przez oczyszczenie umysłu z wszelkich wyobrażeń. Poznał
tę i inne drogi, tysiąckroć porzucał swoje ja, godzinami i dniami
przebywał poza tym, co było jego jaźnią. Ale choć drogi te odwodziły go
od własnego ja, to przecież na koniec wiodły z powrotem do niego. Choć
Siddhartha tysiąckroć umykał jaźni, przebywał w nicości, w zwierzęciu, w kamieniu, powrót był nieunikniony, nieuchronnie nadchodziła chwila,
kiedy znowu odnajdował siebie, w blasku słońca albo w blasku księżyca, w cieniu drzew albo pod strugami deszczu i znowu był jaźnią, był znowu
Siddharthą i znowu czuł udrękę wiecznie obracającego się koła.
Obok niego żył Gowinda, jego cień, podążający tymi samymi drogami,
podejmujący te same wysiłki. Rzadko rozmawiali ze sobą inaczej, niż
wymagały tego służba i praktyki. Niekiedy wędrowali razem po wsiach, by
użebrać pożywienia dla siebie i swoich nauczycieli.
- Jak myślisz, Gowindo - rzekł w czasie jednej z tych żebraczych wypraw
Siddhartha - jak myślisz, czy zaszliśmy dalej? Czy osiągnęliśmy nasze
cele?
- Uczyliśmy się i uczymy się dalej - odparł Gowinda. - Ty zostaniesz
wielkim samaną, Siddhartho. Nauczyłeś się szybko wszystkich praktyk,
starzy samanowie często cię podziwiali. Zostaniesz świętym, Siddhartho.
- Jest chyba inaczej, przyjacielu - odrzekł Siddhartha. - Czego
nauczyłem się do tej pory u samanów, tego, o Gowindo, mógłbym nauczyć
się szybciej i prostszym sposobem. W każdej gospodzie z dziewkami, gdzie
zachodzą wozacy i gdzie gra się w kości, nauczyłbym się tego samego,
przyjacielu.
- Siddhartha żartuje sobie ze mnie - rzekł Gowinda. - Jakżebyś miał się
nauczyć od tych biedaków kontemplacji, zatrzymywania oddechu, odporności
na głód
i ból?
A Siddhartha odezwał się cicho, jakby do siebie:
- Czym jest kontemplacja? Czym jest porzucanie ciała? Czym jest post?
Czym zatrzymanie oddechu? Ucieczką
od ja, krótkim wytchnieniem od udręki bycia sobą, krótkim odurzeniem,
które chroni przed bólem i bezsensem życia. Tę samą ucieczkę, to samo
krótkotrwałe odurzenie znajduje poganiacz bydła w karczmie, gdy wypije
parę czarek ryżowego wina albo sfermentowanego mleka kokosowego. Nie
czuje wtedy ciężaru swego ja, nie czuje już bólu życia, znajduje na
krótko odurzenie. Drzemiąc nad swoją czarką wina, znajduje to samo, co
Siddhartha i Gowinda, gdy przez długie praktyki wymykają się z ciała,
wykraczają poza ja. Tak to jest, Gowindo.
- Mówisz tak, przyjacielu - Gowinda na to - choć wiesz dobrze, że
Siddhartha nie jest poganiaczem bydła, a samanowie nie są pijakami.
Pijak znajduje odurzenie, to prawda, udaje mu się na krótko uciec i znaleźć wytchnienie, i to prawda, ale wraca z szaleństwa i zastaje znowu
wszystko tak, jak było, nie zmądrzał od tego, nie zgromadził wiedzy, nie
wzniósł się ani o szczebel wyżej.
A Siddhartha odrzekł z uśmiechem:
- Nie wiem tego, nigdy nie byłem pijakiem. Ale wiem, wiem dobrze,
Gowindo, że ja, Siddhartha, w tych ćwiczeniach i kontemplacji znajduję
tylko krótkotrwałe odurzenie, i jestem równie daleki od zbawienia jak
dziecko w łonie matki.
I znowu któregoś razu, gdy Siddhartha z Gowindą opuścili puszczę, aby
użebrać we wsi trochę pożywienia dla braci i nauczycieli, Siddhartha
począł mówić i mówił tak:
- I jak, Gowindo, czy jesteś na dobrej drodze? Czy zbliżamy się do
poznania? Do wybawienia? A może kręcimy się tylko w kółko - właśnie my,
którzyśmy chcieli się wyrwać z wiecznego koła?
- Wieleśmy się nauczyli, Siddhartho - odrzekł Gowinda - wiele jeszcze
nauki przed nami. Nie kręcimy się w kółko, idziemy w górę, koło jest
spiralą, wspięliśmy się już o kilka stopni.
- Jak sądzisz - Siddhartha na to - ile lat może mieć najstarszy samana,
nasz czcigodny nauczyciel?
- Może sześćdziesiąt - odrzekł Gowinda.
- Sześćdziesiąt lat - rzekł Siddhartha - i nie osiągnął nirwany. Będzie
miał siedemdziesiąt i osiemdziesiąt, a my, ty i ja, też się zestarzejemy
i będziemy uprawiali ćwiczenia, będziemy medytowali. Ale nirwany nie
osiągniemy, ani on, ani my. Ach, Gowindo, myślę, że spośród wszystkich
samanów, jacy istnieją, żaden może nie osiągnie nirwany. Znajdujemy
pociechę, znajdujemy odurzenie, zdobywamy umiejętności i tym się
łudzimy. Ale tego, co istotne, drogi dróg, nie znajdujemy.
- Siddhartho - rzekł Gowinda - przerażasz mnie tymi słowami. Jakże to,
pośród tylu uczonych mężów, pośród tylu braminów, pośród tylu samanów, którzy przestrzegają
najsurowszej reguły i zasługują na najwyższą cześć, pośród tylu
świątobliwych żaden nie miałby znaleźć drogi dróg?
Siddhartha rzekł głosem, w którym było tyleż smutku, co drwiny, cichym,
trochę smutnym, trochę drwiącym głosem:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki