SIBO. Jak z nim żyć, jak je leczyć? - Katarzyna Dziurska

Reflow text when sidebars are open.
SIBO. Zanim zachorowałam, nigdy nie słyszałam tego terminu. Nie przejmuję się tym specjalnie, bo nawet teraz, a od początku mojej przygody z SIBO minęły trzy lata, nie wszyscy go znają.
O tym, że choruję na to paskudztwo, dowiedziałam się świeżo po finale tanecznego show "Taniec z gwiazdami", w którym wytańczyłam drugie miejsce. Wcześniej od kilku tygodni borykałam się z upiornymi wzdęciami, odbijaniem, gazami i bólami brzucha oraz deficytem energii. Nikt nie wiedział, co mi jest. Któregoś dnia przeczytałam na Facebooku wpis mojej koleżanki, u której zdiagnozowano SIBO. Dość szczegółowy opis objawów pasował jak ulał do dolegliwości, które od kilku dobrych tygodni spędzały mi sen z powiek. Spotkałyśmy się na kawie i opowiedziała mi, przez co przechodziła. Bingo! - pomyślałam. Wreszcie natrafiłam na jakiś sensowny trop, który dawał nadzieję na rozwiązanie mojego problemu.
Wcześniej kilkakrotnie odwiedziłam gastrologa, przeszłam mnóstwo badań i wydałam na to wszystko grube pieniądze, a i tak nie dowiedziałam się, co mi jest. Kilka miesięcy wcześniej zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto, która jednak tylko połowicznie wyjaśniała przyczyny dolegliwości gastrycznych. Czułam, że jest coś jeszcze. Problem w tym, że ani ja, ani lekarze, do których dotychczas trafiałam, nie mieliśmy pojęcia co. Ale zacznijmy od początku.
Przed oczyma mam taki obrazek. Stoję przed lustrem w garderobie dla uczestników "Tańca z gwiazdami", mierząc bardzo obcisłe body z frędzlami, w którym w kolejnym odcinku mam zatańczyć salsę... Wyglądam w tym fatalnie, a czuję się jeszcze gorzej. Łzy płyną mi po policzkach. Nie wyobrażałam sobie, że pokażę się w czymś takim trzem milionom widzów, którzy co tydzień zasiadali przed telewizorami, by obejrzeć program. Wcale nie chodziło o to, że ten kostium zakrywał naprawdę niewiele. Podczas zawodów w fitnessie sylwetkowym, w których wielokrotnie startowałam, paraduje się przecież przed jury i publicznością w skąpym bikini. Nie chodzi o to, że wstydzę się swojego ciała, ale o to, że w tym body wyglądam naprawdę bardzo źle i to nie wiadomo czemu. Sukienka mogłaby ukryć obrzęki i wystający brzuch. Ale to body jest bezlitosne. Wyglądałam, jakbym była w szóstym miesiącu ciąży. Już widziałam te złośliwe komentarze w mediach społecznościowych... Poprosiłam o zmianę kostiumu, ale moje łzy nie zrobiły na producencie programu żadnego wrażenia. Kostiumu nie zmieniono. Mój dyskomfort nikogo nie obchodził. Show must go on!
Udział w "Tańcu z gwiazdami" to było spełnienie moich dziewczyńskich marzeń (mam za sobą kilka lat spędzonych w dziecięcym zespole tanecznym oraz karierę cheerleaderki podczas studiów). Moja mama była fanką tego programu od pierwszego odcinka. Ten program jest dla ciebie! - mówiła mi wielokrotnie. Ale ja wcale tak nie uważałam i nigdy nie miałam śmiałości nawet marzyć o udziale w nim. Do wystąpienia w nim zapraszano gwiazdy, a jak byłam tylko trenerką fitness. Dlatego gdy zadzwonił telefon z propozycją udziału w programie, piszczałam ze szczęścia i kazałam Emilowi, żeby mnie uszczypnął. Żałowałam, że mama nie doczekała tego momentu. Zmarła rok wcześniej na POChP (przewlekłą obturacyjną chorobę płuc). Choć przyjęłam to do świadomości, to w głębi serca jeszcze nie pogodziłam się z jej utratą i nigdy nie pogodzę. Byłaby dumna, widząc mnie wirującą na parkiecie w pięknej sukni. Kibicowałaby mi co tydzień przed ekranem jak nikt inny.
Wiedziałam, że udział w "Tańcu z gwiazdami" będzie dla mnie przygodą życia i, kto wie, szansą, i rzeczywiście był. Poznałam fantastycznych ludzi, oswoiłam się z kamerą, odkurzyłam i udoskonaliłam taneczny warsztat. Ale jednocześnie była to katorżnicza praca i gigantyczny, permanentny stres. Wydawało mi się, że jestem na to przygotowana. Trenowałam od lat i doskonale wiedziałam, że sukces nie spada z nieba, a występy publiczne to zawsze zastrzyk kortyzolu i adrenaliny, czyli hormonów stresu. Przyznam jednak, że skala stresu, jaki stał się moim udziałem w związku programem, mnie powaliła. Dziś nie mam wątpliwości, że to właśnie stres związany z utratą mamy i z udziałem w programie miał ogromny wpływ na rozchwianie mojego zdrowia na dobrych kilkanaście miesięcy. Dobrze, że w porę to zrozumiałam i zaczęłam bardziej świadomie zarządzać swoim życiem.
Jako zdrowa, silna i aktywna fizycznie osoba dotychczas nie zaprzątałam sobie głowy chorobami. Koleżanki, podopieczne i obserwatorki z mediów społecznościowych dopytywały mnie, jak to robię, że jestem w świetnej formie i nie narzekam na żadne dolegliwości. Uważałam, że to żadna filozofia. Po prostu ciężko na to pracuję - regularnie trenuję, odpowiednio się odżywiam. Gdy przed zawodami trzeba było zrzucić 2-3 kilogramy, by pozbyć się nadmiaru wody, bo dzięki temu mięśnie są lepiej uwidocznione, wiedziałam, co mam robić, i to robiłam. Znałam swoje ciało, dogadywałam się z nim bez problemu. Myślałam, że tak będzie zawsze. Niestety, właśnie odkryłam, że przestało mnie słuchać. Co robię źle, że mój dotąd idealny, bezproblemowy brzuch nagle stał się wypukły?
Po wstaniu z łóżka już zaczynały się problemy, nawet po napiciu się samej wody brzuch był lekko obrzmiały, a w ciągu dnia jeszcze bardziej nadymał się jak balon, a wraz z tym narastały dolegliwości. Słyszałam przelewającą się w jelitach zawartość. Rozdymający trzewia nadmiar gazów dawał uczucie pełności i ciężkości. Bałam się, że zechcą opuścić moje ciało w najmniej odpowiednim momencie. Tak, wiem, że gazy to ludzka rzecz. Problem w tym, że ich ilość stała się absolutnie zawrotna. Wyobraźcie sobie, jakim dyskomfortem jest robić na parkiecie wygibasy i kręcić piruety, być podnoszoną i przerzucaną przez partnera, mając jednocześnie z tyłu głowy strach, że balon zaraz eksploduje. Nawet nie przypuszczacie, jakie to krępujące... pobolewania brzucha, które towarzyszyły temu wszystkiemu, to był pikuś.
Zawsze byłam szczupła, ale teraz nagle okazało się, że waga przestała być moim sprzymierzeńcem. Stała się wrogiem. Zaczęłam się jej bać, bo ilekroć na niej stawałam, wskazówka pokazywała więcej i więcej. Moja normalna masa ciała wynosiła dotychczas 51-52 kilogramy, a teraz nagle zaczęła rosnąć. Przecież nie zmieniłam diety, a ruchu miałam teraz więcej niż kiedykolwiek. Jadłam to co dotychczas, czyli przygotowane w domu posiłki. Najczęściej był to ryż z piersią kurczaka lub łososiem z warzywami. Rano gotowałam je w domu i zabierałam ze sobą na treningi w plastikowych pudełkach. W międzyczasie zjadałam jeszcze banan i koktajl proteinowy bądź owsiankę z owocami i odżywką białkową. Mogłam korzystać z cateringu, ale zależało mi na zdrowym, jak najmniej przetworzonym jedzeniu, bez sztucznych dodatków. Wolałam wstać pół godziny wcześniej, by zapewnić swojemu ciału jak najlepsze paliwo.
Nigdy nie przepadałam za jedzeniem w knajpach, ale też go nie demonizowałam. Zdarzało się nam zjeść z Emilem coś na mieście albo wyskoczyć ze znajomymi na pizzę w weekend. Nie robiłam z tego tragedii. Traktowałam takie wyjście jako chwilowe odstępstwo od diety, a potem wracałam do swoich posiłków. W ostatnich tygodniach włóczenia po knajpach właściwie nie było, bo zmęczona intensywnymi treningami nie miałam na nie siły. Ani ochoty. Emilian kilka razy próbował mnie namówić, żebyśmy wyszli gdzieś wieczorem. Pooddychali innym powietrzem, spotkali się z przyjaciółmi. Chciał, żebym przewietrzyła sobie głowę, wyrzuciła chociaż trochę emocji, które się we mnie kłębiły. Zrzucałam wtedy dresy, zakładałam ulubione dżinsy i... dostawałam szału, widząc swoje odbicie w lustrze. Opona wokół pępka była coraz bardziej widoczna. Całe ciało było opuchnięte. Miałam apogeum objawów i hashimoto, i SIBO. Oczywiście mogłam założyć obszerniejszy T-shirt, ale nie potrafiłam. Na zewnątrz było już bardzo ciepło, a ja miałam ochotę chodzić jedynie w szerokich dresach. Sama świadomość, że ona tam jest i, chociaż staję na rzęsach, by się jej pozbyć, ani drgnie, nie pozwalała mi myśleć o niczym innym.
Pamiętam swoje podopieczne w wieku średnim, które twierdziły, że chociaż trenują i przestrzegają diety według moich zaleceń, nie mogą schudnąć. Przytakiwałam im ze zrozumieniem, ale w głębi serca nie dowierzałam, że naprawdę trzymają się moich zaleceń. Uważałam, że to, jak wyglądamy i jak się czujemy, w 100 procentach zależy od nas i że to wszystko opiera się na prostej matematyce. Dodatni bilans energetyczny oznacza tycie, a ujemny chudnięcie. Koniec kropka.
Teraz zaczęłam je rozumieć. Przekonałam się, że 2+2 wcale nie zawsze równało się 4. Przecież to wszystko nie trzyma się kupy! - krzyczałam zirytowana, nie mogąc znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego moje fantastyczne ciało, z którym dotychczas rozumiałam się w pół słowa, nagle wypowiedziało mi posłuszeństwo. Jak zbuntowany nastolatek swoim nadopiekuńczym rodzicom.
Prześladowały mnie myśli, że już nigdy nie będę szczupłą, uśmiechniętą, pełną energii i zadowoloną z życia dziewczyną.
Emil i przyjaciele podpowiadali, że być może przyczyną moich dolegliwości jest przemęczenie. Ja też tak myślałam. No dobra, spróbuję trochę wyluzować - postanowiłam. Wyśpię się jak człowiek, powyleguję w łóżku z książką. Może ciało odpuści? Niestety nie odpuszczało. Po kilku godzinach snu wstawałam zmęczona co najmniej tak samo jak wieczorem, gdy kładłam się spać. Dołączyły problemy z cerą. Stała się sucha i pergaminowa, potem pojawiła się jeszcze dziwna wysypka. OK, makijaż sceniczny to dla skóry wątpliwa atrakcja. Podobnie jak zalewanie się strugami potu i spędzanie wielu godzin w klimatyzowanych pomieszczeniach. Gdy próby wreszcie się skończą, skóra na pewno odżyje i odzyska blask - myślałam. Wkrótce do listy niepokojących objawów dołączyło wypadanie włosów. Wiem, że każdy z nas ma prawo stracić ich w ciągu doby nawet 100. Ja coraz częściej zdejmowałam je z ubrania lub gumki, którą spinałam włosy na czas treningu. Po każdej kąpieli musiałam czyścić sitko pod prysznicem, bo było zatkane. Potężna garść zostawała na szczotce do włosów, ilekroć się czesałam. Nie liczyłam, ile włosów tracę w ciągu doby, ale z całą pewnością było ich za dużo.
Po kilku tygodniach fatalnego samopoczucia zrobiłam sobie badania krwi. Mój trener wysłał mnie na rutynowe badania, które robiłam regularnie co pół roku, oprócz morfologii badałam także poziom hormonów tarczycy. Przesłałam mu zdjęcia wyników, które mnie samej nic nie mówiły. Rzucił okiem i orzekł ze zdziwieniem, że mam hashimoto. Zawsze miałam przecież książkowe wyniki. Odesłał mnie do endokrynologa. Kazał też zarzucić treningi do czasu diagnozy i ustabilizowania sytuacji. Łatwo powiedzieć. Mam odejść z programu? Jak coś zaczynam, to muszę skończyć. Jedyne, co mogłam teraz zrobić, to zarzucić treningi siłowe, żeby mieć więcej czasu na regenerację. Niestety, nie przyniosło to spektakularnej poprawy. Pewnie dlatego, że godziny spędzone w siłowni były w moim ówczesnym życiu najmniej stresujące. Można powiedzieć, że szłam tam odpocząć. Wreszcie nikt na mnie nie patrzył, nie oceniał, nie poprawiał. W luźnych dresach nie musiałam oglądać swojego brzucha, którego szczerze nienawidziłam. Tylko co on ma wspólnego z niedomagającą tarczycą? Słabnące wydzielanie hormonów tarczycowych mogłoby tłumaczyć brak napędu do życia, który stawał się coraz bardziej widoczny. Być może także rosnącą wagę pomimo kilku godzin intensywnej aktywności fizycznej na dobę. Wypadanie włosów i pogorszenie stanu cery także mogło mieć związek z tarczycą. Ale ten wystający brzuch kompletnie nie pasował mi do obrazu choroby Hashimoto. Przeczuwałam, że prawdopodobnie pod spodem jest jeszcze coś innego.
O szybkiej wizycie u endokrynologa na NFZ w Warszawie (innych miastach zapewne też) można tylko pomarzyć. Nie miałam wyjścia, musiałam zapłacić za wizytę prywatną. Pani doktor od niechcenia rzuciła okiem na wyniki moich badań, zadała kilka pytań i potwierdziła, że prawdopodobnie mam hashimoto, czyli autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Choroba polega na tym, że organizm z niewiadomych przyczyn nagle zaczyna produkować przeciwciała niszczące tarczycę. Muszę liczyć się z tym, że na skutek choroby w przyszłości prawdopodobnie rozwinie się u mnie niedoczynność tarczycy. Ale to jeszcze nie teraz. Moje pytanie o brak energii, chwiejne nastroje, problemy z cerą i włosami lekarka skwitowała wzruszeniem ramion. Poradziła, bym lepiej o siebie dbała, zdrowo się odżywiała, wysypiała i więcej odpoczywała. Miałam się też zastanowić, jakie zmiany mogę wprowadzić w swoim życiu, żeby zredukować stres. Dobrze by było, gdybym zapisała się na jogę.
No dobrze, skoro tarczyca na razie funkcjonuje jako tako, to czy można coś zrobić z moim wzdętym brzuchem? - zapytałam. Odpowiedziała, że to pytanie powinnam zadać gastrologowi. Następnie dała mi do zrozumienia, że wizyta dobiegła końca.
Czytałam w mediach społecznościowych wpisy dziewczyn chorych na hashimoto, które relacjonowały, że ich życie wróciło do normy, gdy dostały niewielkie dawki hormonów tarczycowych. Lekarka stanowczo odmówiła wypisania recepty. Kazała mi powtórnie przyjść na wizytę, gdy poczuję się gorzej. Nie rozumiałam, dlaczego miałam na to czekać, a nie otrzymać pomoc już teraz. Tym bardziej że była w zasięgu ręki. Wystarczyło wypisać receptę.
Przecież wszyscy dookoła wbijają nam do głowy, żebyśmy zgłaszali się do lekarza jak najszybciej, gdy tylko zauważymy, że coś jest nie tak. Skoro choruję na chorobę Hashimoto, która niszczy tarczycę i prowadzi do jej niedoczynności, której mam ewidentne objawy, to dlaczego nie mogę dostać leku już teraz?
Niestety, zabrakło mi argumentów. Wyszłam z gabinetu ze łzami w oczach.
Zapisałam się na prywatną wizytę do utytułowanej i doświadczonej gastroenterolożki w renomowanej spółdzielni lekarskiej. Wcześniej, za namową wspomnianej znajomej zrobiłam na własną rękę oddechowy test wodorowo-metanowy. Wynik wzięłam ze sobą. Wizyta trwała kilka minut. Opowiedziałam o swoich dolegliwościach, pokazałam wyniki testu i opuściłam gabinet z plikiem skierowań na rozmaite badania, w tym gastroskopię. Badania, na które wydałam kilkaset złotych, nie wskazywały na przyczynę moich dolegliwości, a pani doktor najwyraźniej nie miała pomysłu, jak mi pomóc. Właśnie wypisywała skierowanie na kolejne badania, gdy zebrałam się na odwagę i zapytałam: A może to SIBO?
Lekarka spojrzała na mnie z politowaniem i wycedziła poirytowana, że w swojej wieloletniej karierze lekarskiej nigdy nie słyszała o takiej chorobie. Dodała, że pewnie naczytałam się bzdur w internecie. Cóż, w tym momencie zrozumiałam, że szkoda czasu i pieniędzy na kolejne wizyty u niej. Muszę szukać pomocy gdzie indziej.
- Czy słyszałeś kiedyś o SIBO? - zapytałam trenera.
Okazało się, że słyszał. Powiedział, że to jeszcze mało znana w Polsce choroba i bardzo trudno znaleźć lekarza, który potrafi ją leczyć. Słyszał dobre opinie o młodej lekarce dr Weronice Walęcik-Kot, ale ostrzegł, że podobno bardzo trudno się do niej dostać.
Prywatną przychodnię, w której przyjmuje pani doktor, znalazłam dość szybko, ale to był niestety koniec moich sukcesów. Dzwoniłam tam wiele razy, by umówić się na wizytę, ale za każdym razem informowano mnie, że z powodu nadmiaru pracy pani doktor na razie nie przyjmuje nowych pacjentów. No to klops!
Okazało się, że jednak szczęście mi sprzyja. Przeglądając Facebooka, natrafiłam na wpis znajomej dietetyczki Pauliny Ihnatowicz, w którym oznaczyła doktor Walęcik-Kot. Natychmiast chwyciłam za telefon i poprosiłam ją o wsparcie. Udało się! Miałam umówioną wizytę za tydzień.
Czekałam na to spotkanie z niecierpliwością i cichą nadzieją, że ktoś w końcu mi pomoże! W międzyczasie byłam na wizycie u chińskiej lekarki, która przepisała mi na moje dolegliwości mieszaninę ziół. Po kilku tygodniach zarzuciłam ich stosowanie z powodu braku poprawy.
Dr Weronika Walęcik-Kot okazała się młodą, wyjątkowo empatyczną lekarką. Wysłuchała mnie z uwagą. Przestudiowała plik wyników badań, które ze sobą przyniosłam. Zadała mnóstwo dodatkowych pytań. Wizyta trwała prawie dwie godziny. Od pierwszych chwil spędzonych w gabinecie dr Weroniki miałam poczucie, że jestem w dobrych rękach. Opowiadałam o swoich dolegliwościach i wreszcie nie czułam się jak hipochondryczka. Dostrzegałam zainteresowanie i zrozumienie w jej oczach. Nie chodziło tylko o wyjątkowo empatyczne podejście, jakim chwyciła mnie za serce. Dokładnie wiedziała, o czym mówię, i już na wstępie postawiła diagnozę.
Potwierdziła postawioną przez endokrynologa diagnozę hashimoto. Zaniepokoiły ją wyniki badań wskazujące na silny stan zapalny w organizmie. Według niej właśnie jego opanowaniem powinnyśmy zająć się w pierwszej kolejności. Skąd się wziął? Wiedziałam, że ma związek ze stresem, a przecież miałam go przez ostatnie miesiące bardzo dużo. Pani doktor uświadomiła mi, że zdrowiu szkodzi nie tylko stres spowodowany nerwowymi sytuacjami.
Dla organizmu stresem jest każda sytuacja, która wytrąca go ze stanu równowagi, więc zmiana diety, intensywny trening, zaburzony rytm dnia, niedostateczna regeneracja pomiędzy jednym treningiem a drugim, niedospanie.
Opowiedziałam, że od kilku tygodni mój stres jest mniejszy, bo program się skończył i związane z nim napięcie opadło. Teraz naprawdę dużo odpoczywałam, a mimo to czułam się ciągle źle.
Pani doktor zaproponowała, abym wsparła moją tarczycę, zażywając przez jakiś czas specjalistyczne suplementy dedykowane tarczycy. Miałam je brać dwa razy dziennie. Jeśli po kilku tygodniach nie będzie poprawy, przepisze mi hormony.
A co ze wzdęciami? Doktor Walęcik-Kot podejrzewała, że mogą być one następstwem SIBO. To choroba wywołana zaburzeniem równowagi flory jelitowej w jelicie cienkim, która często występuje w parze z hashimoto. Nie bardzo wiedziałam, co jedna choroba ma wspólnego z drugą, ale zaufałam pani doktor. Na odchodne wręczyła mi zalecenia dotyczące sposobu leczenia, suplementacji. Wszystko dokładnie opisane na kilku kartkach A4. Po raz pierwszy od kilku miesięcy poczułam spokój. Wiedziałam, że trafiłam w ręce świetnego lekarza, który rozumie moje dolegliwości i naprawdę chce mi pomóc.
Po wizycie u pani doktor zaczęłam się zastanawiać nad tym, co mówiła o stresie. Wyjaśniła mi dokładnie, jak hormony stresu wpływają na organizm, osłabiają odporność, niszczą jelita i podsycają stan zapalny w organizmie. Stres i presja na wygraną nie były dla mnie czymś nowym. Starty w międzynarodowych zawodach w fitnessie sylwetkowym też podnosiły napięcie. Ale był to stres innego kalibru. Trwał tyle, ile trwają zawody, czyli zwykle przez weekend. Potem emocje opadały i życie wracało do normy. I tak do następnych zawodów. Biorąc udział w programie, doświadczyłam jego kumulacji. Tak jakby zawody odbywały się co tydzień. Pomiędzy jednym a drugim odcinkiem stężenie kortyzolu nie zdążyło opaść.
Presja na wygraną była gigantyczna, w dodatku rosła w postępie geometrycznym z odcinka na odcinek. Przyznaję bez bicia, że sporo w tym wszystkim mojej winy. Mogłam potraktować udział w tym tanecznym show jak dobrą zabawę i podejść do tego całkowicie na luzie. Tyle że to zupełnie nie w moim stylu. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem perfekcjonistką. Do wszystkiego, co robię, podchodzę szalenie poważnie i angażuję się na 200 procent. Nakręcałam się coraz bardziej z odcinka na odcinek, a kiedy zobaczyłam, że inni wymiękają, a ja z powodu dobrej kondycji naprawdę mam realną szansę wygrać, myślałam tylko o tym. Treningi zaczynały się o 9 i trwały 4-5 godzin. Potem 2-3 godziny przerwy i powtórka z rozrywki. Większość uczestników po takiej dawce ruchu padała na twarz, ale mnie było mało. Dlatego wymuszałam na Tomku dodatkowe treningi. Byłam zmęczona fizycznie i psychicznie, ale parłam do finału jak czołg.
Emilian widział, jak wypruwam sobie żyły i zaczął się o mnie martwić. Bał się, że nie wytrzymam tego rosnącego napięcia. Radził, żebym zamiast myśleć o finale, skupiła się na mniejszym celu, jakim jest przejście do kolejnego odcinka. Nie potrafiłam.
Mówiłam sobie: co tydzień patrzą na ciebie 3 miliony widzów. Musisz dać z siebie wszystko. Nie przyszłaś tu dla zabawy. To twoje pięć minut. Kolejnej szansy raczej nie będzie.
Testu oddechowego wodorowo-metanowego używa się nie tylko do diagnostyki SIBO, ale także nietolerancji laktozy, fruktozy i sacharozy. Przed trzema laty, kiedy robiłam to badanie po raz pierwszy, było dostępne tylko w jednym miejscu w Warszawie - w Fundacji "Jak Motyl". Teraz miejsc, gdzie można je zrobić, jest co najmniej kilka. Kolejne testy robiłam już w innej warszawskiej przychodni - Una Medica. Czytałam w sieci, że można przeprowadzić go zdalnie. Po opłaceniu usługi otrzymujemy pakiet niezbędnego sprzętu (dokładną instrukcję, jak przygotować się do badania, a potem je przeprowadzić, oraz woreczki z ustnikiem, fiolki na próbki powietrza, etykiety do ich oznaczenia). Próbki powietrza odsyłamy do laboratorium, w którym zamówiliśmy badanie. Potem czekamy już tylko na wynik. Może przeprowadzenie badania w domu jest bardziej komfortowe, ale jednak wolałabym się oddać w ręce fachowców, którzy dokładnie wiedzą co i jak.
Widok zestawu do testowania może przerazić, bo jest w nim kilka strzykawek. Spokojnie! Test oddechowy jest badaniem całkowicie nieinwazyjnym, choć przyznam szczerze - trochę uciążliwym, bo trzeba zarezerwować sobie na nie przynajmniej trzy godziny, a wcześniej odpowiednio się do niego przygotować. Polega na systematycznym badaniu składu wydychanego powietrza pod kątem zawartości gazów: wodoru i metanu. Produkują je bakterie odpowiedzialne za SIBO w wyniku trawienia węglowodanów. Ilość i rodzaj produkowanych przez nie gazów można ocenić tylko wtedy, gdy będziemy mieli pewność, że w przewodzie pokarmowym nie zalegają żadne resztki węglowodanów, które mogłyby być dla nich pożywką. W ocenie sytuacji przeszkadzają również antybiotyki, leki na zgagę, preparaty prokinetyczne, a nawet zioła. Wszystko trzeba odstawić przed badaniem zgodnie z instrukcją, którą zamieściłam w dalszej części książki.
Konieczna jest 1-2-dniowa dieta (zapytaj lekarza, który wariant powinnaś zastosować) pozbawiona węglowodanów silnie fermentujących. Przed badaniem co najmniej przez 12 godzin nie wolno nić jeść ani pić, a na godzinę przed - palić papierosów i męczyć się. Nie można nawet myć zębów, stosować płukanek stomatologicznych. Kto by pomyślał, że węglowodany, które mogą zafałszować wynik badania, są nawet w kleju do protez!
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
Gdy przed dwoma laty do księgarń trafiła moja pierwsza książka, "Moje życie z hashimoto i SIBO", spadła na mnie lawina pytań właśnie o SIBO. Hashimoto było już wtedy pojęciem dość powszechnym i znanym, a o SIBO mało kto słyszał. Były to pytania przede wszystkim o to, co to jest za choroba, skąd się bierze, gdzie zrobić test oddechowy. Proszono także o radę i motywację, kontakt do dobrego lekarza czy dietetyka. Dostawałam opisy dolegliwości i zdjęcia wystających brzuchów z pytaniami, czy to SIBO. Codziennie napływały do mnie dziesiątki wiadomości od dziewczyn nękanych koszmarnymi wzdęciami i bólami brzucha, które dotychczas nie znalazły nigdzie pomocy. Dziękowały za to, że z mojej książki mogły dowiedzieć się o istnieniu tej jeszcze mało wówczas znanej choroby, że podsunęłam im nowy kierunek działania i dałam nadzieję na wyleczenie. Chciałam pomóc każdemu, ale nie na wszystkie pytania byłam w stanie odpowiedzieć. Dlatego powstała ta książka.
Przyznam, że pisząc "Moje życie z hashimoto i SIBO", wiedziałam o SIBO niewiele. To był zaledwie początek mojej przygody z tą chorobą. Dziś po kilkunastu miesiącach boksowania się z nią mam znacznie obszerniejsze doświadczenia.
Właśnie wróciliśmy z Emilem z czterotygodniowych zagranicznych wakacji. Czuję się wypoczęta jak nigdy dotąd, zrelaksowana i w końcu zadowolona ze swojego wyglądu. Mam za sobą wiele miesięcy ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Walczyłam o każdy kilogram, ale przede wszystkim o lepsze zdrowie i samopoczucie. Udało się! Teraz mój brzuch jest idealnie płaski jak przed kilkoma laty, gdy wygrywałam zawody w fitnessie sylwetkowym. Ale przede wszystkim czuję się zdrowa i tryskam energią, tak jak przed chorobą. Mam poczucie, że pokonałam SIBO. Nie boję się mówić o tym na głos. Zdaję sobie sprawę z tego, że choroba może w każdej chwili wrócić, ale nie zamierzam się tym zamartwiać. Dzięki leczeniu, diecie i zmianie życiowych priorytetów jestem znowu w świetnej formie i zamierzam żyć pełnią życia. Jeśli nawet SIBO wróci, wiem, co mam robić. Mam świetną lekarkę i fantastyczną dietetyczkę oraz bagaż bezcennych doświadczeń. Tę książkę napisałam po to, by się z Wami nimi podzielić, pokierować, pokazać, że można wyjść z tej choroby i żyć pełną piersią i z płaskim brzuchem.
SIBO to niełatwy przeciwnik. Można go jednak pokonać konsekwentnym, systemowym działaniem, a przy okazji nauczyć się świadomego podejścia do zdrowia i życia.
Życzę Wam tego z całego serca!