Sibele - Krzysztof Rapcia

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nawet ludzie o dużej wyobraźni i niewielkich wymaganiach estetycznych nie nazwaliby Mięsowołów ładnym miejscem. Początkowo rósł tu wokół piękny las, który niestety stopniowo wycinano. Miasteczko nie miało szczęścia do włodarzy i rzadko wprowadzano tu zmiany mogące podnieść jego atrakcyjność wizualną. Historia tego miejsca była jednak bogata. Prawa miejskie uzyskało jeszcze w piętnastym wieku. Miasto nazywało się wtedy inaczej: początkowo - Osada Tarkół, a później - już tylko Tarkół. Nazwa wzięła się od jednego z pierwszych na ziemiach polskich tartaków, które wtedy nazywano młynami tartacznymi. Młyny takie napędzano siłą wody, więc potrzebowały rzeki do funkcjonowania. Co może bardzo dziwić, w Tarkole czy też obecnych Mięsowołach próżno by szukać cieku. Tartak zbudowano nad pobliskim Bugiem, ale ludzie z prostego powodu woleli mieszkać nieco dalej - było po prostu ciszej. I tak kilka kilometrów na południe powstał szybko rozwijający się Tarkół. Młyn tartaczny powoli uszczuplał las, okolica brzydła, ale ludziom żyło się tu dobrze.

Tartak przetrwał aż do końca dziewiętnastego wieku. Rewolucja przemysłowa, która dotarła też do produkcji drzewnej, nie oszczędziła tego miejsca. Właściciel Jan Świętochowski długo bronił się przed zmianami i niechętnie patrzył na coraz popularniejszy w jego branży napęd parowy. Był chyba ostatnim posiadaczem tradycyjnego młyna tartacznego. Przestarzały zakład podupadał i w pewnym momencie nie było już czego ratować. Ludzie odeszli, a tartak szybko popadł w ruinę. To, co nadawało się tam do czegokolwiek, szybko zostało rozgrabione.

Stateczny niegdyś Jan Świętochowski sprzedał, co mógł, i pogrążył się w alkoholowym nałogu. Z tego okresu życia pamiętał niewiele - płacz i krzyki bliskich mu osób. Jednak nawet to, co złe, na szczęście kiedyś się kończy. Po krótkim okresie hulaszczego życia, trwonienia majątku i zadawania krzywdy sobie i innym otrząsnął się i znów stanął na nogi. Owdowiały wcześnie Świętochowski miał bowiem syna i to właśnie groźby, błagania i starania młodego Kazimierza wyciągnęły ojca z piekła i przywróciły do życia. Za namową syna założył cegielnię, okolica była bowiem bogata w doskonałą glinę. Zakład bardzo szybko zaczął przynosić zyski. Jan, widząc, że szczęście im sprzyja, poszedł za ciosem. Cegielnię zostawił w rękach Kazika, a sam założył hodowlę bydła. Wkrótce jego krowy cieszyły się wielką sławą na terenie całego zaboru rosyjskiego. To w tym okresie w centrum miasta zbudowano neogotyckie jatki rzeźnicze, jedyny miejscowy zabytek, który przetrwał do dziś. Wtedy też narodziły się Mięsowoły, nazwa miasta wymyślona przez Świętochowskiego.

Lata mijały, ceglane i bydlęce interesy kwitły, Kazimierz zakochał się szczęśliwie i Jan doczekał się wnuczki. Życie było piękne... do czasu. Niespodziewanie rodzinę Świętochowskich dopadło pasmo nieszczęść. Śmierć ukochanej wnuczki Zosi była dla Jana jak grom z jasnego nieba. Niejedyny grom. Wkrótce w obłęd popadła synowa Anna, nieradząca sobie ze śmiercią dziecka. Zmarła kilka dni później. Zły los nie odpuszczał, jakby coś zawzięło się na rodzinę Jana. Kazimierz pojechał do lasu i nikt więcej go nie widział. Stary Świętochowski nigdy się nie poddał, ale poszukiwania przerwała wojna. I wojna światowa nie oszczędziła cegielni, położyła kres wielkiej hodowli i położyła też kres rodzinie Świętochowskich.

Okres dwudziestolecia międzywojennego to czas powstania spółdzielni mleczarskiej. Spółdzielnia działała krótko i znów przyczyniła się do tego wojna. Po II wojnie światowej wznowiła działalność jako Państwowe Zakłady Mleczarskie Mięsowoły. Zakład przetrwał zawirowania własnościowe lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku i do dziś zapewnia niewielkie zatrudnienie miejscowej społeczności.

Współczesne Mięsowoły, patrząc z lotu ptaka, przypominają dość nieforemną, sześciokątną bryłę ciągnącą się kilka kilometrów na osi północ - południe. Przy dużej dozie wyobraźni jest to kielich rozszerzający się od północy i obejmujący część lasu. Las ograniczony jest po bokach ulicami Przyleśną i Poprzeczną, a od południa - ulicą Graniczną.

Od strony południowej do miasta można wjechać dwoma ulicami: Radzymińską i Polską. Pomiędzy nimi mieści się brzydkie osiedle bloków mieszkalnych z lat siedemdziesiątych. Nigdy nie doczekało się nazwy, a leży przy - nomen omen - ulicy Osiedlowej. Zachodnia część miasta to głównie nieużytki i ruiny. Zobaczyć tu można nieliczne już pozostałości po budynkach administracyjnych tartaku i ruiny dawnej cegielni. Jedne i drugie leżą niedaleko ulicy Tartacznej, a rozdziela je ulica Cegielniana. Jak widać, to nie fantazja, a czysty pragmatyzm pomagał w nazywaniu ulic. Tuż za ruinami cegielni zbudowano w 1966 r. niewielki kościół pod wezwaniem św. Wita, Modesta i Krescencji. Nie jest to zbyt imponująca budowla, a mieszkańcy narzekają, że to najprawdopodobniej najbrzydszy kościół w Polsce. Do świątyni dojdziemy krótką ulicą Farną, odchodzącą od Tartacznej. Tuż obok kościoła ulokowano niewielki cmentarz.

Wschodnia część miasta, gdyby wjechać do niej od południa ulicą Polską, to przede wszystkim stadion piłkarski "dumy Mięsowołów", jak lubili żartować miejscowi, czyli KS Beeftown. Stadion - to słowo brzmiało bardzo dumnie. W rzeczywistości to kawałek łąki, ale ogrodzonej i nawet zabudowanej drewnianymi trybunami, na których mogło pomieścić się dwustu kibiców, spragnionych sportowych emocji. Jadąc dalej na północ z ulicy Polskiej w Rzeźniczą, trafiało się na "Krówkę" i "Wesołą Krówkę", czyli Okręgową Spółdzielnię Mleczarską i przedszkole. Zaraz za przedszkolem, wzdłuż ulicy Rzeźniczej, zbudowano szkołę podstawową, a dalej na północ - niewielką przychodnię lekarską.

Nieco ciekawiej wygląda centrum miasta, lecz i tak zostało ono oszpecone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych chaotycznie rozmieszczonymi kamienicami, dziś bardzo już zaniedbanymi. Środek miasta przecina, biegnąc w kierunku północnym, ulica Jana Świętochowskiego. Z jednej jej strony pobudowano komisariat policji, a po drugiej widać Urząd Miasta i Gminy. Oba budynki nie są, mówiąc delikatnie, zbył ładne. Komisariat na dodatek jest już mocno podniszczony. Tuż obok kamienic i urzędu w oczy rzucają się dawne jatki rzeźnicze i przylegająca do nich knajpka. Ta zmieniała się przez lata wielokrotnie - od klubokawiarni, przez bar mleczny, aż do nowoczesnej restauracji. Same jatki oczywiście już się tak nie nazywają. Choć z zewnątrz budynek zachował pierwotny i imponujący wygląd, to zamieniono go w małe centrum handlowe z blisko trzydziestoma sklepami pod dumną nazwą Galeria Handlowa Sukiennice. Dlaczego tak? Nikt nigdy tu przecież suknem nie handlował. Współcześnie nazwa jatki nie kojarzyła się jednak ludziom dobrze. I tak powstały sukiennice, bo komuś tak się budynek skojarzył, a nazwa przywoływała ducha pięknego polskiego miasta. Tylko rynek w Mięsowołach za nic nie chciał przypominać Rynku Głównego w Krakowie. Nie przeszkodziło to miejskim radnym w zmianie nazwy i od tego czasu mięsowolanie mogli poszczycić się Rynkiem Głównym i Sukiennicami.

To, co w Mięsowołach najładniejsze, w zasadzie leżało już poza terenami miejskimi lub na ich granicy. Cudowny, choć mocno pomniejszony las w miasteczku zajmował tylko fragment kwadratu między ulicą Graniczną i odchodzącymi od niej na północ ulicami Poprzeczną i Przyleśną. Las ciągnął się kilka kilometrów w stronę Bugu i im dalej, tym był bujniejszy i piękniejszy. Dominowały w nim sosny, ale nie brakowało też innych drzew, jak to w lasach mieszanych. Od strony ulicy Granicznej rzucały się w oczy wysokie brzozy. Wchodząc głębiej, można było natknąć się na dęby, najczęściej dość młode, lecz trafiały się też potężne i piękne okazy. Oczy cieszyły akacje, te rosły jednak sporadycznie. Na samym brzegu lasku, tuż przy Granicznej, nie wiadomo skąd wyrosła nawet dzika wiśnia. Kiedy na przełomie kwietnia i maja drzewko pokrywało się białymi kwiatami, nie dało się od niego oderwać wzroku.

Teren był tu na ogół piaszczysty, sprzyjający iglakom. Co chwilę jednak trafiały się wysepki mchu. Takie zielone dywany potrafiły ciągnąć się bardzo długo, a spacer po nich dawał wiele radości. Mech cudownie i miękko uginał się pod stopami. Grzybiarze właśnie na tych zielonych wyspach poszukiwali podgrzybków. Widzieliście kiedyś skupisko brązowych kapeluszy w takiej zielonej, leśnej oazie? Jeśli tak, to na pewno zrozumiecie ten zachwyt. Ten las się nie nudził. Często zaskakiwał. Idąc prostym terenem, nagle można było trafić na piaszczystą górkę, a po chwili - duże zagłębienie porośnięte zielenią. Może i las okaleczano przez lata, ale wciąż pozostawał przepiękny.

Czy piękno może być złe? Gdyby miejscowi pamiętali dawne historie i legendy, być może inaczej traktowaliby leśne ostępy. Wspomnienia jednak szybko ulatują, a las trwa i wciąż zachwyca.

Na ulicy Poprzecznej stał tylko jeden dom - starej Bochniowej. Trzy nowe posesje pyszniły się na Przyleśnej. Trudno jednak powiedzieć, że ktoś tam mieszkał. Wystawne rezydencje zbudowali warszawiacy, którzy rzadko tu bywali. Miejscowi nie mogli się nadziwić, że ktoś stawia takie wielkie domy tylko po to, żeby wpaść tu kilka razy do roku. Krótka ulica Graniczna mieściła dwie posesje. Jedna, o ponurej historii, po Zakrzewskich, od dwóch lat wystawiona była ponownie na sprzedaż. W drugiej mieszkała rodzina Kowalskich. Gdyby komuś chciało się nad tym zastanawiać, mógłby uznać za dziwne, że w tak urokliwym zakątku osiedla się tak niewiele osób. Faktycznie, domów tu ledwie kilka i mnóstwo wolnych i niedrogich działek. Chętnych brakowało. To znaczy przyjeżdżali, oglądali i jak wszyscy, wpadali w zachwyt. Później jednak rezygnowali z zakupów. Kupowali działki droższe i w gorszych, brzydszych lokalizacjach. Prawda była taka, że niektórzy przyjezdni odczuwali w tym miejscu dziwne uczucie zagubienia, trudne do zdefiniowania i nie do końca przez nich uświadamiane. Tak jakby jakaś siła ich tu nie chciała.

Tymczasem nieliczni mieszkańcy ulicy Granicznej mieli w Mięsowołach przywilej posiadania najpiękniejszego widoku z okna. Jak jednak wiadomo, nic nie trwa wiecznie.

Wstęp

Ponury, listopadowy poniedziałek nie zachęcał do spacerów. Miasteczko wyglądało jeszcze brzydziej niż zazwyczaj. Człowiek wychodził z domu, tylko jeśli musiał i starał się szybko przemknąć szaroburym chodnikiem do miejsca, w którym powinien się znaleźć. Zimna mżawka i podmuchy wiatru mówiły każdemu "Idź stąd". Nieliczne samochody łypały niechętnie światłami reflektorów i - jak ich kierowcy - sprawiały wrażenie, że są tu za karę. Gdyby mogły czuć, pomyślałyby pewnie, że znowu pobrudzą swe piękne lakiery, tak pieczołowicie polerowane przez właścicieli. Ciepły garaż i ciepłe łóżko - takie myśli mogłyby towarzyszyć tym zmotoryzowanym tandemom. Wszędzie, byle nie tu.

***

Początkowo ruch i gwar, które nagle zakłóciły dotychczas spokojną ulicę Graniczną, nie przyciągnęły większej uwagi. Tylko stara Bochniowa jak zwykle pojawiła się na posterunku. Wsparta na lasce, obserwowała z oddalenia, co dzieje się w jedynym ładnym miejscu w jej okolicy. A działo się dużo. Nadjechały samochody i wysypały się z nich całe zastępy mężczyzn, zmęczonych mimo poranka, w odblaskowych kamizelkach. Na głowach pojawiły się kaski, a w dłoniach uzbrojonych w rękawice - piły łańcuchowe, siekiery, szpadle i inne atrybuty męskości. Dwóch chyba najmniej zmęczonych ludzi, zaopatrzonych w płachty map i podkładki z dokumentami, zaczęło wydawać instrukcje. Wkrótce mężczyźni podzielili się na dwie grupy. Pierwsza odgradzała prowizorycznym płotem miejscowy lasek od ulicy, a druga weszła między drzewa.

Warkot pił i uderzenia siekier wyrwały Bochniową z letargu. Starowinka rozpoczęła powolny marsz w kierunku lasku. Na miejscu starannie wybierała ofiarę rozmowy. Miejscowi wiedzieli, że kto raz się odezwie do Bochniowej, szybko nie odejdzie. Kobieta miała na to swoje sposoby. Wybór padł na jedynego mężczyznę stojącego na zewnątrz placu budowy.

- A co tu będzie, kierowniku? - zagaiła staruszka.

Prawidłowo nazwany kierownikiem ciemny blondyn średniego wzrostu otaksował spojrzeniem siwą kobietę i wyczuwając kłopoty, rzucił szybko:

- Tablicę tu postawimy zaraz, to sobie szanowna pani poczyta.

Szanowna pani nie dała się jednak łatwo zbyć.

- Żółtą taką? - zapytała, dowodząc znajomości prawa budowlanego w Polsce.

- Taką żółtą, tak. Poczyta sobie pani, bo ja, jak widać, zajęty bardzo jestem.

Mężczyzna poza paleniem papierosa nie wyglądał na zajętego. Bochniowa roztropnie tego nie skomentowała i tylko sprytnie powiedziała:

- Kierowniku, oczy u mnie słabe. Co będę czytać. I czasu szkoda, aż tablicę wyszykujecie. Czasu u mnie mało. Kierownik powie - dopraszała się.

Rozmówca nie dał się nabrać na brak czasu, ale i nie chciał dać się wciągnąć w rozmowę.

- Pumptrack - wypluł z siebie dziwne słowo.

Staruszka zamrugała. Pomilczała. Pomruczała coś do siebie, najwyraźniej próbując brzmienia obcego słowa. Na nic nie wpadła, bo kto by i nadążył za dzisiejszą nowomową.

- Czyli co będzie? - zażądała uściślenia.

- Pumptrack. Tor taki. Dla rowerów. Dzieciaki będą miały gdzie jeździć.

Próbował odejść, lecz Bochniowa nie chciała szybko wypuścić z rąk ofiary.

- Taki tor to nie powiem, ciekawa rzecz. Dzieci by się miały gdzie bawić - powiedziała i szybko zapytała: - A to lasku naszego już nie będzie? Bo to widzi pan, tylko ten lasek nam został. Panie kierowniku, co tu były za lasy. Całe Mięsowoły las otaczał. Jak byłam młoda... - Nie udało jej się dokończyć.

- Lasek będzie. Parę drzewek tylko się wytnie, a potem znowu zasadzi nowe. Pani wybaczy, praca wzywa - rzucił szybko.

Nie czekając, aż staruszka zarzuci go następnymi pytaniami, znalazł się za powstałym właśnie fragmentem ogrodzenia i zaczął wydawać niepotrzebne już nikomu instrukcje. Wszystko, żeby tylko uwolnić się od uciążliwej rozmówczyni.

***

Prace posuwały się naprzód i wkrótce do Bochniowej dołączali kolejni obserwatorzy. Najpierw pojawiła się młoda matka z na oko czteroletnim chłopcem. Oboje za nic mieli wstrętną pogodę i wydawali się dobrze bawić na spacerze. Wkrótce dołączył do nich łysy i postawny Zygmunt, emerytowany kierowca z domu naprzeciwko lasku. Towarzyszył mu jak zwykle kilkuletni, wielorasowy, czarny jak smoła pies o niespotykanym imieniu Alibaba. Dla przyjaciół - Ali. Imię wzięło się z tekstu piosenki, która zawsze bawiła Zygmusia. Jako człowiek starej daty machał tylko ręką na poprawne politycznie uwagi typu "Czarny Alibaba? Przecież tak nie można". Tak samo lekceważąco traktował stwierdzenia, że to przecież dwa wyrazy są i jakie to imię dla psa. Z sobie tylko wiadomych względów Rajmund, szwagier Zygmunta, z cierpliwą konsekwencją nazywał psa Aliną. Ali czy Alina, jak przystało na psa niezwykle towarzyskiego, próbował przyciągnąć uwagę znanej mu Bochniowej, matki i synka, aż przeszedł do zadań poważniejszych. Ignorując istnienie obroży i smyczy, niemal się dusił, próbując wyrwać się do pracujących mężczyzn. Wszak jako pies wyjątkowo towarzyski musiał poznać wszystkich przybyłych.

Zygmunt nie podzielał radości swojego psa. Gdyby Ali był bardziej przewidujący, też uznałby pewnie, że jego entuzjazm nie jest uzasadniony. Przecież właśnie odgrodzono mu teren jego codziennych spacerów. Czasy ciszy i spokoju w okolicy zdawały się niestety przemijać. Emeryt w skupieniu zapoznawał się z treścią żółtej tablicy, dopiero co tu umieszczonej. Przywiązał psa do ogrodzenia i nie zważając na jego pełne oburzenia szczekanie, wszedł na teren budowy. Poczęstował dwóch najbliższych robotników papierosami i wdał się w pogawędkę.

Rozmowę przerwał krzyk chłopca, który starał się zwrócić uwagę mamy.

- Mamo, mamo, zobacz! Jaka dziwna pani! - zawołał czterolatek i pokazał palcem gdzieś w kierunku lasu.

Mama nic nie zobaczyła i chciała już iść. Towarzystwo Bochniowej zaczynało ją męczyć. Bezskutecznie próbowała wyjaśnić staruszce zawiłości planowania budżetowego, (bez)sensowności zaczynania robót w listopadzie i meandrów budżetu partycypacyjnego. Pociągnęła chłopca za rękę. Ten, idąc za matką, wciąż upierał się, że w lasku jest dziwna pani w szarym, długim... czymś, unosząca się w powietrzu.

- Ale mamooo, szara pani tam jest, no mamooo, zobacz. A jakie ma wielkie oczy.

Kobieta straciła cierpliwość i - za nic mając współczesne trendy wychowawcze - dwoma klapsami przekierowała uwagę synka z lasku na jego własne siedzenie. Wołanie ciągniętego za rękę chłopca zamieniło się w płacz oburzenia. Malec posłusznie podreptał jednak za matką.

Zygmunt przerwał rozmowę z robotnikami i spojrzał w kierunku wskazywanym przez chłopca. Nic nie zobaczył. Chociaż może jednak... Coś. Rozmyta, szara plama. Bardzo szybki ruch kogoś lub czegoś. Nim umysł zdążył to nazwać, szara plama zniknęła. Wodził jeszcze wzrokiem po okolicy, ale nie zobaczył już nic dziwnego. Wrócił do Alibaby. Przeprosił go głaskaniem za oburzające zachowanie i przywiązanie do ogrodzenia. Zasmucony, wracał do domu, pocierając lewą ręką łysinę. Robił tak zawsze, kiedy coś zatruwało mu myśli. Będzie musiał podzielić się złą nowiną z żoną. Bardziej martwił się jednak o Anię, swoją córkę. Wiedział, że źle to przyjmie. Kiedy wróci z pracy, będzie nerwowo. Oj, będzie.

Bochniowa zareagowała na krzyki malucha dość nietypowo. Spojrzała tylko w las i opuściła głowę. Nie sprawiała wrażenia zdziwionej. Była raczej wystraszona i wyraźnie nie chciała patrzeć w tym kierunku. Odwróciła się i mamrocząc cicho pod nosem, ruszyła w stronę domu. Szła dość szybko jak na swój wiek. Być może po raz pierwszy w życiu uciekła do domu, choć wokół tyle się działo.

Krzyk chłopca przykuł też uwagę jednego z robotników. Młody Staszek przeniósł wzrok w miejsce, które pokazał smarkacz. Popatrzył i zamarł. Nie wiadomo, który to już raz w życiu poprzysiągł sobie, że koniec z piciem. A już na pewno koniec z robotą na kacu. Popatrzył na boki, czy może któryś z kolegów też to widzi. Nic na to nie wskazywało. Był zimny, mokry, listopadowy dzień... a w lasku między drzewami zobaczył postać. Nie, nie dziwną starszą panią w szarym płaszczu. I nie, nie unosiła się w powietrzu. Stała. Nie miała dziwnego płaszcza. Nic na sobie nie miała. Staszek zobaczył piękną, nagą, może dwudziestokilkuletnią dziewczynę! Idealna figura, cudowne piersi, czarne, długie, kręcone włosy i niezwykle duże, ciemne oczy. Hipnotyzujące.

Po chwili Staszek widział już tylko te oczy.

***

Dzień pracy dobiegał końca. Bardzo już zmęczeni mężczyźni pozbierali swoje zabawki i mieli właśnie wyłączyć oświetlenie na placu budowy. Andrzej Biernat, kierownik robót, zbierał chłopaków do busa, żeby porozwozić ich do domów.

- Gdzie Waśkowiak? - spytał, zdziwiony.

Po chwili po okolicy poniosły się nawoływania:

- Stachuuu, Stachuuu, Staszeeeek.

I nerwowe:

- Waśkowiaaak, kurwaaa, będziesz z buta szedł na Zaliszki! - odgrażał się Biernat.

Staszka nigdzie nie było. Nie odbierał też komórki. Kierownik pokrzyczał jeszcze, pomarudził i rzucił groźbę, że obetnie dniówkę. Dał się jednak uspokoić załodze. Po chwili światła zgasły, samochody odjechały i wykarczowana polana pogrążyła się w ciemnościach.

Rozdział 4

Po upiornej nocy stara Bochniowa była wymęczona i w sobotni poranek nie miała na nic ochoty. Nawet na ploteczki z sąsiadami i zaczepianie przechodniów. Tej nocy nie dało się spać. Z lasu dobiegały krzyki, nawoływania i szczekanie tego czarnego diabła.

- Co ten Kowalski? Psa w nocy do lasu wyprowadził? - mruczała pod nosem.

Szczekanie to jedno, ale inne odgłosy, które słyszała, były na tyle przerażające, że nie dało się spać. W środku nocy paliła gromnicę i odmawiała modlitwę, której nauczyła się wiele lat temu:

"Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech go Bóg pogromi, pokornie prosimy. A Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła".

Nie wysiedziała długo w domu. Rzadko jej się to udawało. Postanowiła rozruszać stare kości, jak mawiała. Ubrała się ciepło i wyszła przed dom. Plac budowy był cichy i pusty. Na chodnikach nie było żadnych potencjalnych ofiar. Jedyni sąsiedzi też jakby schowali się w domu.

Noc to noc, a dzień to dzień. W dzień las niestraszny. Złe wspomnienia gdzieś uleciały. Uzbrojona w sękatą laskę, ruszyła między drzewa. W telewizji wciąż gadali o zmianach klimatu i o tym, że teraz grzyby i w grudniu da się zbierać. Nie bardzo wierzyła, bo przecież telewizja kłamie. Nie zabrała więc kosza, ale poczłapać po lesie zawsze lubiła. Po kilku minutach przystanęła i aż sapnęła głośno z zadowolenia. Kosz! Wiklinowy! I to jaki! Widać, że bardzo porządny. Zaśmiała się nad głupotą ludzi, co to takie nowiuśkie kosze wyrzucają. Oj, za dobrze ludziom, za dobrze. Kilka człapnięć dalej czekało na nią kolejne znalezisko. Ktoś wyrzucił porządny, bambusowy kij! Mamrotania o czasach i głupich ludziach było jeszcze więcej. Oczywiście kijek zabrała, bo grzechem nie zabrać, gdy las tak hojnie obdarza.

Nie był to koniec znalezisk Bochniowej tego dnia. Nieco dalej w lesie natknęła się najpierw na jeden, a po chwili - na drugi but. Od razu widać, że buty są od pary. Znoszone, męskie sportowe obuwie. Za duże na nią. Ale staruszka żadnych darów lasu nie odrzucała. Buty wylądowały w koszyku i wraz z nową właścicielką udały się do domu.

***

Choć to sobota, Hania wciąż nie mogła zapomnieć o pracy. Zabrała z przedszkola rysunki dzieci. Przez tydzień uzbierało się ich całkiem sporo. W swoim mieszkaniu miała jak zwykle spokój i dużo czasu, żeby pomyśleć. Zaprosiła nawet przyjaciółkę, z którą ostatnio się nie widziała. Od czasu wyjazdu z Warszawy wiele znajomości poumierało śmiercią naturalną. Ale nie ta.

Z Jagodą znały się od szkoły średniej. Złośliwi wołali za nimi wtedy Flip i Flap. Niska, tęgawa Hanna i wyższa nawet od wszystkich chłopaków Jagoda Stelmach stworzyły duet idealnych przyjaciółek. Docinki też szybko się skończyły, bo Jaga, szkolna kapitan żeńskiej drużyny koszykówki, potrafiła usadzić każdego. Choć z pozoru groźna, w rzeczywistości była ciepłą i empatyczną osobą. Pół roku temu, za namową Hanki, Jagoda zamieszkała w Mięsowołach i wreszcie ogarnęła się na tyle, żeby odwiedzić przyjaciółkę. Co ważne, była psychologiem i Hanna chciała jej pokazać rysunki dzieciaków. Nie zamierzała na razie robić tego oficjalnymi kanałami, nie chciała też póki co powiadamiać rodziców. Właściwie chyba nie było o czym powiadamiać. Jednak czy na pewno?

Kiedy przyszła Jagoda, dwie ryczące czterdziestki, jak mówiły o sobie, usiadły w kuchni i wspominały stare dzieje przy filiżankach kawy.

- Dobra, Hanka. Pokaż te bohomazy. Czas na ekspertyzę - mrugnęła do niej koleżanka.

Po chwili na kuchennym stole leżała już papierowa teczka, a Jagoda wyciągała z niej rysunki. Każdy trzymała w dłoniach dość długo i przyglądała im się z wyraźnym zaciekawieniem. Ekspertyza wydawała się dobiegać końca. Psycholog odłożyła rysunki. Chwilę zastanawiała się, co powiedzieć koleżance i jak ją uspokoić.

- Haniu, wiesz, że nie jestem psychologiem dziecięcym - zaczęła. - Ale moim zdaniem nie ma tu nic strasznego. Owszem same rysunki wyglądają jak żywcem wyjęte z horroru. I pewnie zdajesz sobie sprawę, że rysunki dzieci odzwierciedlają ich przeżycia, lęki, także pragnienia... Czekaj, Hanka, daj skończyć - szybko dodała Jagoda, widząc, że koleżanka już otwiera usta. - Wiem, co chcesz powiedzieć. Że tym bardziej te rysunki są powodem do obaw. Ale zobacz. One są właściwie jednakowe. Gdyby to narysował jeden dzieciak, to byłby już powód do naprawdę dużych obaw. Ale to są rysunki, jak sama powiedziałaś, wszystkich dzieciaków z przedszkola. Wiesz co... to wygląda, jakby rysowały coś z filmu albo bajki, która musi być ostatnio popularna. Wiesz, jak to teraz jest z bajkami. Dużo z nich nie nadaje się dla dzieci. A rodzice nie zawsze dopilnują, co ich bąbelki oglądają. I oczywiście tak nie powinno być. Jedyne, co mogę ci doradzić, to porozmawianie z rodzicami i uczulenie ich na to, co oglądają pociechy. Natomiast z żadnym konkretnym dzieciakiem, moim zdaniem, nie dzieje się tu nic odstającego od normy.

Hania pokiwała głową, uspokojona.

- Masz rację, przeprowadzę pogadankę dla rodziców. To nigdy nie zaszkodzi. Chociaż wiem, jacy potrafią być rozdrażnieni, kiedy tylko nawet delikatnie zwróci się im uwagę, że niedostatecznie opiekują się swoimi dziećmi. Popytam też, czy ktoś kojarzy bajkę lub film z tą maszkarą z rysunków.

Porozmawiały jeszcze jakiś czas o przysłowiowej dupie Maryni. Potem temat zszedł na koreańskie dramy, które obie uwielbiały. Troszkę posprzeczały się o to, czy bardziej seksowny jest Ji Chang-Wook czy Lee Joon-Gi[1]. Jagoda opowiedziała koleżance, że w "Wieściach mazowieckich" pisali, że do Mięsowołów być może zawita koreańska ekipa filmowa. Do ich Mięsowołów! Do tej dziury, gdzie nigdy nic się nie dzieje! Podobno szukają miejsca w Polsce do kręcenia dramy, a jednym z tych miejsc mają być ruiny po starej cegielni. Obie dziewczyny nie mogły się tego doczekać. Oby się spełniło!

- Koreańczyków nigdy dosyć - zaśmiała się Hania, a koleżanka przyznała jej rację, choć po cichu liczyła na to, że do Mięsowołów zamiast ekipy filmowej zawitają koreańscy koszykarze i pozna wreszcie kogoś, z kim łatwiej będzie się całować.

Miały się już pożegnać, kiedy tuż przed wyjściem Jagoda aż walnęła się dłonią w czoło, jakby sobie coś przypomniała:

- Ty, Hanka, a ty kojarzysz ten tor rowerowy, co go teraz na Granicznej budują? No to ja ci nie powiedziałam najważniejszego o tych rysunkach twoich. Znajoma mojej sąsiadki opowiadała, że jej dzieciak dostał tam niemal szału i upierał się, że widział zjawę, dziwną panią, która wypisz wymaluj wyglądała jak te zjawy z rysunków twoich dzieciaków. On nie chodzi do przedszkola. I to by, kochana, potwierdzało, że dzieciaki oglądają teraz jakąś chorą, porypaną bajkę. I tyle.

Jagoda uspokoiła więc koleżankę. Hanna poczuła się uspokojona. Nie wiedziała, że bajki z tak dziwną postacią po prostu nie ma.

***

Sobota to dobry dzień, jeśli chce się kogoś zastać w domu. Z tą myślą podkomisarz Jakub Malicki wybrał się po raz kolejny w okolice toru rowerowego. Na sąsiedniej posesji zauważył grabiącego liście Zygmunta Kowalskiego. Ten odłożył grabie i pierwszy odezwał się do policjanta:

- Witam szeryfa Beeftown - rzucił trochę złośliwie.

Beeftown - tego słowa nauczył się od Grześka, swojego zięcia. Grześ mało mówił, a jak coś powiedział, to zazwyczaj nie było to warte zapamiętania. Naukowiec, ale trudno spamiętać, czym właściwie się zajmuje. Nie, Zygmunt nie miał nic do zięcia. Chłopak był w porządku, tyle że niegaduła taka. Jednak Beeftown - to mu się udało. Choć teść nie znał angielskiego, to zięć wytłumaczył mu żart słowny z nazwaniem Mięsowołów - Beeftown. Od tej pory używał tego bardzo często. To stąd wzięła się przecież nazwa ich klubu piłkarskiego. Klubu, gdzie Zygmuś pełnił obowiązki prezesa, a Grzesiek - grającego trenera.

Jakub przywitał się z Kowalskim. Rozmawiali chwilę, ale szeryf Beeftown nie dowiedział się nic nowego. Kowalski nie kojarzył zaginionego Waśkowiaka ani nie widział nic dziwnego w ostatnim czasie. O tym, że zniknął jego kij bambusowy i kosz na grzyby, nie wspominał. Bo i czemu coś tak błahego mogło obchodzić policję. O śnie nie wspomniał tym bardziej, kto by chciał wyjść na starego wariata. Złośliwie wysłał Jakuba do starej Bochniowej, bo jak powiedział - ta wie wszystko, co tu się dzieje.

Podkomisarz udając, że nie słyszy złośliwości, podziękował i poszedł dalej. Nie skomentował zachowania psa Kowalskich. Alibaba zawsze taki pogodny i zaczepiający wszystkich bez wyjątku, tym razem leżał i apatycznie zerkał przed siebie.

Malicki pomyślał, że rozejrzy się jeszcze po obrzeżach lasku i potem wstąpi do lokalnej skarbnicy wiedzy pod postacią starej Bochniowej.

***

Janina Waśkowiak nie mogła sobie znaleźć miejsca. Brak wiadomości o synu ją dobijał. Wciąż wydzwaniała na komisariat albo czekała przy telefonie. Swój dom w Zaliszkach wysprzątała już wiele razy. Uspokajało ją to. Było już tak czysto, jakby miała przyjechać królowa angielska. Musiała zająć czymś wolny czas, którego nagle zrobiło się tak wiele. Miejscowy proboszcz, u którego od lat usługiwała, litościwie nakazał jej pozostać u siebie. Kategorycznie zdusił nieśmiałe protesty kobiety - jakże to ksiądz sobie sam poradzi? -i zalecił modlitwę w domu.

Janina zawsze dużo rozmawiała z Bogiem, a jeszcze więcej z Przenajświętszą Panienką. Ileż to razy błagała o zesłanie opamiętania na swego syneczka - niech pić przestanie, niech złe towarzystwo porzuci, za uczciwą robotę niech się weźmie, dobrą dziewczynę niech pozna, co matce też starej pomoże - i Panienka często do próśb się przychylała. Teraz Waśkowiakowa niemal nie wstawała z kolan. Po kilka razy na dzień modliła się do Świętego Antoniego, prosiła Maryję o wstawiennictwo, błagała Anioła Stróża i zapewniała Jezusa o swej ufności. Była prostą kobietą i nie miała innych pomysłów, co może jeszcze zrobić.

Jedyna zmiana, jaka pojawiła się w ostatnich dniach, to sen, który zaczął ją nawiedzać. Buty. A właściwie ślady butów odciśnięte w ziemi. Nie widziała, czyje to ślady, ale czemu miałby objawić jej się taki sen, gdyby nie były to ślady jej Staszka... Dziwne ślady. Ciągnęły się i ciągnęły, aż nagle się urwały. Tak jakby Staszek pofrunął... albo coś poderwało go do góry. I krzyże, wszędzie krzyże. Przeżegnała się szybko i odpędziła złe myśli. Znów pogrążyła się w modlitwie.

***

Podkomisarz Jakub Malicki długo pukał do drzwi domu Bochniowej. Uznając, że staruszka może nie dosłyszeć, otworzył je i wszedł do sieni. Przy framudze stała para sportowych butów. Zastukał w kolejne drzwi i po usłyszeniu zaproszenia wszedł do środka.

- Dzień dobry, pani Bochniowa. A co to, gościa pani ma? Czy jogging zaczęła pani uprawiać? - powiedział Malicki, wskazując na buty.

Bochniowa się rozjątrzyła:

- Ja stara jestem, to i ogródka już nie uprawiam, a co by dopiero jakiś dżogink, co to o nim nie słyszałam nawet. I w gościnę nikt tu nie zajrzał do mnie. A te buty, co pan komisarz pokazuje, to w lasku znalazłam i tyle.

Jakuba zmroziło.

- Jak w lasku? W tym lasku za drogą? Kiedy? - rzucał pytanie za pytaniem.

Bochniowa ze spokojem wyjaśniała, że tak, że w naszym lasku, że teraz, dzisiaj, dopiero co znalazła. I na wszelki wypadek rozkrzyczała się.

- Moje, znaleźne i nie oddam. Znalezione, nie kradzione. Moje, nie oddam! Nawet wyprałam je i jak nowe są! Mówię, że nie oddam!

Podkomisarz chwilę przetrawiał słowa staruszki. Wyprane, o śladach można zapomnieć pewnie. Gorsze było co innego. Jakim cudem nie zarządził wcześniej przeszukiwania lasku?

- Ot, widać, jaki ze mnie komendant - pomyślał rozgoryczony. - Pretensje mogę mieć tylko do siebie, kurwa - dalej łajał się w myślach.

Wreszcie się opanował.

- Nieważne. Buty jak buty. Nic charakterystycznego. Na wszelki wypadek zrobię zdjęcie. Pokażę Waśkowiakowej i ekipie budowlanej. Może ktoś coś? - dumał jeszcze.

Bochniowej powiedział, że butów nie zabierze, ale być może jeszcze w tej sprawie się zgłosi i co najwyżej je wypożyczy. Poprosił staruszkę, aby wytłumaczyła mu, gdzie znalazła buty, pożegnał się i poszedł do lasku po raz kolejny. Tak jak się spodziewał, nie znalazł tam nic więcej. Ot, trochę śmieci, jak w każdym polskim lesie.

Rozdział 5

Drzewa wycięto, ptaki przepędzono, lecz przecież postęp cywilizacyjny ma swoją cenę. Na co komu las, kiedy można mieć tor rowerowy? Na co komu polana w lesie? Lepiej zalać ją asfaltem. Miejscowi od lat jeździli rowerami w tym lasku. Nie mieli toru i asfaltu, a jedynie piękny las, w którym jakże przyjemnie było udawać się na piesze i rowerowe wycieczki. Choć nie prosili, dostali jednak asfalt i ławeczki, co niewątpliwie docenią już niebawem amatorzy trunków wysokoprocentowych, spożywanych oczywiście ekologicznie pod gołym niebem.

Grzegorz De Vries stał przy furtce ogrodzenia. Dziwna sprawa z tym jego nazwiskiem. Po śniadym brunecie nikt nigdy nie powiedziałby, że to Holender. Wyglądał na Hiszpana lub Włocha, w każdym razie był typem południowca. Faktycznie jednak urodził się w holenderskim Den Haag jako Gregorius De Vries. Jego matka Alina była Polką. Wyjechała za granicę i pracowała na czarno. To wtedy urodził się Gregorius. Ojciec zniknął z ich życia bardzo szybko. Samotna matka miała właśnie wracać do kraju, kiedy stan wojenny zatrzymał ją w Holandii na dłużej. Alina z synkiem wróciła, gdy ten miał przeszło pięć lat. Grześ nigdy nie poznał ojca i nawet podpytywana matka nie chciała o nim rozmawiać. Ucinała zawsze temat.

- Nie masz ojca, uwierz, że nie ma o kim myśleć.

Uwierzył. Stał się Polakiem, z Gregoriusa - Grzegorzem. Nazwisko jednak zostało i szybko się zorientował, że De Vries działa na dziewczyny. Nazwisko pomogło mu przecież w końcu poznać jego ukochaną blondyneczkę. Jego ostrą żyletę. Pełną tatuaży, pozytywnej energii i fantazji.

Grzegorz miał dziś wolny wtorek na uczelni. Był doktorem Archeologii Wczesnego Średniowiecza na UW. Nie miał dużo zajęć ze studentami i dość często siedział w domu. Był trochę jak marynarz - tak mówiła o nim Ania. Kiedyś, gdy nadchodził letni czas, wypływał w rejs, czyli tak naprawdę wyjeżdżał na badania wykopaliskowe. Wtedy w domu nie było go przez kilka miesięcy. Chyba że wpadał na dzień lub dwa, aby odpocząć, i - jak mówiła jego żona - na szybki seks. Oboje to uwielbiali. Wczesną jesienią wyjeżdżał jeszcze krótko na tzw. badania powierzchniowe, ale teraz, jeśli nie miał zajęć, był prawie zawsze w domu. Na wykopaliska przestał jeździć i - jak mówił - skupił się na pisaniu. Niewiele było jednak z tego efektów. Za to czasu na niekoniecznie szybki seks - znacznie więcej.

Dziś z nudów obserwował prace budowlane i po cichu liczył na rychły atak zimy, która zaprowadziłaby tu spokój. Zazwyczaj w tym miejscu tuż przy furtce wartę pełnili jego teść i Alibaba. Pies rozpoczął już jednak zimowanie w budynku, a coraz niższa temperatura i gderanie żony zagoniły Zygmunta do prac domowych. Ostrza do maszynki, nożyczki i noże same wszak się nie naostrzą. Grzegorz przyglądał się rujnowaniu jedynego wartego uwagi miejsca w okolicy. Bolało go to, co widział. Nie, nie był ekologiem. Właściwie to nie cierpiał ekologów. Jednak nie trzeba być ekologiem, żeby zrozumieć, jaki gwałt na przyrodzie właśnie się odbywa. Czekał na większy mróz i śnieg, który oby na jak najdłużej przerwie prace budowlane. Odetchnie wtedy trochę jego Ania, którą każdy powrót z pracy psychicznie wiele kosztował. Praktycznie wychowała się w tym lasku. On jako element napływowy nie był aż tak emocjonalnie związany z tym miejscem. Niemniej coraz bardziej widoczna brzydota nowej inwestycji kłuła go w oczy.

Patrzył właśnie, jak łyżka małej koparki zagłębia się w ziemię, kiedy z placu budowy dobiegły go krzyki. Wokół koparki zaroiło się od robotników, którzy biegali i machali rękami, nim operator sprzętu wstrzymał kopanie. Grzesiek zobaczył jeszcze, że budowlańcy nachylają się nad wykopem, otworzył furtkę i zaciekawiony przebiegł na drugą stronę ulicy.

***

Malicki był w drodze do Biernata, kierownika budowy toru, który załatwiał dziś jakieś formalności poza miastem. Chciał mu pokazać zdjęcia butów znalezionych w lesie, a jak na złość budowlaniec był dziś cały czas gdzieś w terenie i wysłanie maila nie miało sensu. Wstyd się przyznać, ale Kuba nie potrafił wysłać fotek MMS-em. Owszem, wysyłał już nieraz i nie uważał się za jakiegoś boomera, lecz w ten parszywy dzień telefon odmówił współpracy i każda próba wysłania kończyła się niepowodzeniem. Może mógłby poprosić o pomoc Kowalika, ale ryży znów patrzyłby na niego z wyższością, a młodego zwyczajnie się wstydził. Jeszcze bardziej obawiał się informatyka. Rapa był specyficzny. Pomógłby na pewno, jednak ile by się przy tym nagadał! Mógł jeszcze podpytać negatywów, niestety ten przedziwny duet od rana patrolował miasto na rowerach.

Kia wiozła więc komendanta w kierunku Radzymina, a podróż umilała składanka AC/DC. Kiedy Malicki dostał wezwanie, dźwięk policyjnego radia zagłuszył słowa piosenki "Highway to Hell". Błyskawicznie zawrócił i wdeptał w podłogę pedał gazu.

- Bon Scott[1] ma wyczucie czasu - pomyślał i jeszcze bardziej przyspieszył.

W Mięsowołach znaleziono zwłoki.

***

Wczorajsze spotkanie z rodzicami było koszmarem. Już to, że Hanna rozesłała SMS-y o poniedziałkowym spotkaniu w sobotę, zdenerwowało większość. Może by i przyznali, że rysunki są niepokojące, ale kiedy na szalę rzucono temat oglądania nieodpowiednich dla dzieci treści, rodzice zwarli szeregi i jak karna armia zaatakowali wroga, czyli dyrekcję przedszkola. Już po godzinie jałowych kłótni Hanka wywiesiła białą flagę i zakończyła spotkanie.

Teraz, siedząc w zaciszu swojego gabinetu, myślała jednak o tym, co stało się tuż po spotkaniu. Kiedy wczoraj wieczorem zamykała już placówkę, pod drzwiami czekały na nią dwie matki. Były trochę nerwowe, popatrywały na siebie i chyba nie wiedziały, jak zacząć. Kiedy wreszcie jedna z nich zebrała się na odwagę, popłynęły słowa. Matki ze łzami w oczach opowiadały, że ich dzieci od kilku dni pytają, czy są prawdziwe i czy ich mamy to naprawdę ich mamy. To ziarno wątpliwości zasiała w dziecięcych snach dziwna, szara pani. Kobieta z rysunków.

***

Dwóch policjantów nachylało się nad dołem. Łyżka koparki poważnie uszkodziła znalezisko. Wszystko w wykopie było przemieszane.

- To nie są współczesne szczątki. - Usłyszeli policjanci.

Popatrzyli zdumieni na tłumek otaczający wykop. Słowa padły z ust wysokiego, opalonego bruneta.

- A pan to kto? - rzucił aspirant Kowalik, nie zwracając uwagi na szarpiącego go za rękaw Adasia Burko.

Po chwili zreflektował się, że nie dopełnili z kolegą formalności i zapomnieli się przedstawić.

- Aspirant Grzegorz Kowalik i starszy posterunkowy Adam Burko, Komenda Policji w Mięsowołach. A pan to...? - zawiesił głos aspirant.

- Grzegorz De Vries. Mieszkam tu obok. Zobaczyłem, że coś się stało. Wie pan, panie aspirancie, ciekawość zawodowa.

- Zawodowa? Pan tu kieruje budową? - Aspirant nie zrozumiał i, co dość rzadkie, nie zainteresował się zupełnie nietypowym nazwiskiem rozmówcy. Szybko skojarzył jednak, że to przecież zięć Kowalskich, którego do tej pory nigdy nie spotkał.

- Ten trener czy piłkarz? - pomyślał.

Kowalik nie znosił piłki nożnej i za nic miał śmiechy kolegów, że co to za facet, który kopanej nie ogląda. Miał to gdzieś, po prostu piłki nie znosił. A teraz przyszło mu właśnie rozmawiać z piłkarzem.

- Nie, jestem archeologiem. Powiedzmy, że trochę się na tym znam. - Uśmiechnął się przy tym Grzesiek De Vries. - Bez dokładnej analizy nie powinienem mówić, ale to chyba przedwojenne, podwójne szczątki.

- Zaraz, zaraz, jak podwójne? - Kowalik zdawał się nie rozumieć.

Archeolog pokazał coś policjantom w dole, aby wiedzieli gdzie patrzeć.

- Widzicie, to są kości kobiety i bardzo małego dziecka. Noworodek chyba. Albo kobieta w zaawansowanej ciąży. Ale noworodek raczej.

Nachylił się jeszcze bardziej i przez chwilę wydawało się, że wpadnie do wykopu. Szybko złapał równowagę i jeszcze raz wskazał na rozkopaną ziemię.

- To jeszcze nie koniec. Widzicie? Tu z boku... o tam, niżej... kolejne kości. Czeka was trochę pracy.

Policja szybko wyprosiła robotników z terenu budowy. Ci dopiero po telefonie do szefa zaczęli rozchodzić się do domów lub dzwonić po podwózkę. Poszedł też do siebie Grzegorz De Vries. Otwierając furtkę, myślał, że może zima szybko nie nadejdzie, lecz prace budowlane zostaną mimo to wstrzymane. Oby jak najdłużej.

***

Miejsce było już zabezpieczone. Podkomisarz Malicki odetchnął z ulgą. Wyglądało, że chłopaki szybko ogarnęli temat. Wszedł na teren cmentarza. Biało-niebieskie taśmy z napisem "policja" wskazały mu, gdzie powinien podejść. Przywitał się z Wiśniakiem i Capałą, bo to sierżant i młodszy aspirant z rowerowego patrolu jako pierwsi dotarli tu po telefonie rozhisteryzowanej kobiety. Zwłoki znaleziono za kontenerem na cmentarne odpady. Młody mężczyzna leżał na plecach. Spodnie i bielizna ściągnięte do kostek. Komendant zadumał się nad tym, jak bezbronnie i żałośnie wygląda martwy facet z fiutem na wierzchu. W Warszawie widział takich scen wiele. Zbyt wiele.

- Prawdopodobnie dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat - W myślach ocenił Jakub już z daleka.

Podszedł bliżej, ale nie przeszedł pod taśmami. Wciąż czekali na techników z Radzymina. Nawet z tej odległości rozpoznał jednak niekompletnie ubranego denata. Poszukiwania zaginionego Waśkowiaka dobiegły chyba końca.

***

Tłum przyciągał. Nawet młody od Kowalskich przyszedł. Nawet policja jest! Stara Bochniowa bardzo chciała tam być. Tak bardzo! Na takie dni jak ten czekała czasem rok czy dwa. Dla takich chwil żyła. Ciekawość nadawała sens jej życiu. Coś jednak ją powstrzymywało. Stanęła w pewnym oddaleniu i tylko się przyglądała. Łowiła strzępy rozmowy:

- Ona - pomyślała. - Więc to ona. Dobrze widziałam. - Pokiwała głową, odwróciła się i poczłapała do domu.

Rozdział 6

Jesienny, depresyjny krajobraz powoli stawał się wspomnieniem. Śnieg, tak rzadko widziany w ostatnich latach, pokrył ulice, chodniki, domy i ogrody. Mięsowoły wypiękniały, tak jak każda panna młoda pięknieje w białej, ślubnej sukni. Pod śniegiem zniknęła też brzydka blizna nowoczesności szpecąca miejscowy lasek. Okoliczne miasteczka i wioski również poddawały się władaniu zimy.

Śnieg i mróz nie zapomniały też o cmentarzu w Zaliszkach. Spora grupa żałobników marzła w podmuchach lodowatego wiatru, mrużąc i chroniąc oczy przed białą zawieją. Ludzie niecierpliwie przestępowali z nogi na nogę, bezskutecznie próbując rozgrzać zmarznięte stopy. Zagadką pozostawało, jak w tych warunkach grabarzom udało się wkopać na głębokość ponad dwóch metrów. Być może ziemia nie zdążyła jeszcze przemarznąć na kamień.

Jakub Malicki nie słuchał monotonnego mamrotania księdza. Zbyt wiele pogrzebów, zbyt wiele śmierci. Uodpornił się. Zerkał na twarze żałobników. Przy tej pogodzie wszyscy właściwie wyglądali tak samo. Myślami był daleko. Wciąż analizował wynik sekcji zwłok młodego Waśkowiaka. Przed oczami wyświetlały mu się najistotniejsze informacje z raportu patologa: "śmierć z przyczyn naturalnych, nagłe zatrzymanie akcji serca, brak śladów osób trzecich". Tylko jak to powiązać z bosymi stopami Staszka, którego buty znaleziono przeszło kilometr od ciała? Jak rozumieć fragment raportu sekcyjnego stwierdzający, że denat "odbył stosunek seksualny tuż przed śmiercią"? Potrząsnął głową.

- Koniec, nie zawracaj sobie już tym dupy - po raz kolejny upomniał się w myślach.

Sprawa umorzona i czas o tym zapomnieć. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Trzeba zapomnieć. Kiedy człowiek wciąż styka się ze śmiercią, zapominanie jest bardzo pożądaną umiejętnością. Luksus zapomnienia nie jest oczywiście dany każdemu. Janina Waśkowiak, stojąca nad grobem swojego jedynego syna i trzymająca się na nogach tylko dzięki silnym rękom podtrzymujących ją kuzynów, już zawsze będzie miała ten obraz przed oczami. Sypiący śnieg, dół w mroźnej ziemi i ciemność pochłaniająca trumnę z jej ukochanym Staszkiem.

Śnieg pokrył też inny cmentarz. W Mięsowołach, wstydliwie, gdzieś pod płotem, powoli znikała pod śniegiem mogiła z nieznanymi szczątkami trzech osób. Tu nikt nie pożegnał, nikt nie zapłakał i nikt nie będzie wspominał. Policja i pomoc społeczna wykonały swoje ustawowe obowiązki, a nie należały przecież do nich żal i pamięć o zmarłych.

***

Zima wniosła trochę spokoju do domu Kowalskich. Spokoju nietypowego, bo nikt tu zimy nie lubił. Dla Zygmusia zima to konieczność odśnieżania. Zięć jakoś się do tego nie garnął, a teść nawet to rozumiał. Dla Anki śnieg to nic innego jak biały syf lub białe gówno. Nie mówiła nigdy inaczej. Grzesiek, miłośnik lata, zawsze czekał z utęsknieniem na koniec mroźnych dni. Tylko Zdzisława przyjmowała z filozoficznym spokojem każdą porę roku. W domu nie było dzieci, nie było wnuków i nikt nie miał tu powodów lubić zimę. Podejście do niej było czysto pragmatyczne. Tym razem stało się jednak inaczej. Mróz nie pozwolił wznowić prac budowlanych za drogą, zatrzymanych po znalezieniu kości, a śnieg przykrył doły, hałdy ziemi, żwiru i pnie po wyciętych drzewach. Choć w znanym od zawsze widoku z okna ubyło wiele drzew, to śnieg nieco łagodził to, co zrobiono jesienią z ich laskiem.

Stary Kowalski nie zapuszczał się teraz głęboko w knieję. Na spacery z psem wolał chodzić chodnikiem i tylko czasem Alibabie udało się zaciągnąć pana pomiędzy drzewa. Las budził niepokój. Las budził wspomnienia. Wspomnienia snu. Snu, o którym Zygmuś pamiętać nie chciał, lecz o którym pamiętać będzie pewnie już zawsze. Rozumiały to córka i żona Zygmunta. Oczywiście nigdy nie opowiedział im o śnie - nieśnie, jak sam to nazywał, ale Ania i Dzidka czuły się bardzo nieswojo, zbliżając się do drzew. Czy to przez nieznane okoliczności śmierci młodego robotnika, czy przez znalezione szczątki kobiety z dzieckiem, faktem było, że las zaczął je przerażać.

***

Zima wniosła spokój do "Wesołej krówki". Hanna nie miała więcej zgłoszeń o dziwnych zachowaniach dzieci. Z rysunków zniknęła wstrętna maszkara, a zastąpiły ją sylwetki Świętego Mikołaja i reniferów. Dzieci były zbyt podekscytowane zbliżającymi się świętami, by ulegać dziwnej pani ze snów. A może ta przestała je nawiedzać?

Jagoda, poinformowana przez Hanię o zmianie twórczości dzieciaków na zdecydowanie bardziej radosną, skwitowała to krótko:

- Widzisz, Haneczko, tak jak mówiłam. To bajka, to musiała być durna bajka. Skończyła się, już jej nie oglądają i dzieciaki wróciły do normy.

Święta planowały spędzić razem. Obie nie miały bliższej rodziny, a od dalszej stroniły. Czekały więc na święta przed telewizorem i oglądanie dram koreańskich z zapartym tchem. W menu miały dominować koreańskie ciacha. Czy kiedy pod twoim dachem goszczą Ji Chang-Wook i Lee Joon-Gi, potrzeba kogoś więcej? Odpowiedź była dla nich oczywista.

***

Las pokryty śniegiem wyglądał prześlicznie. Stara Bochniowa pomimo mrozu potrafiła godzinami stać na podwórku i podziwiać piękny widok. Od lat robiła tak każdej zimy. A ta była wyjątkowo piękna. Do lasu jednak nie wchodziła. Sąsiadom, których udało jej się wciągnąć w zasadzkę rozmowy, mówiła:

- Stara już jestem. Gdzie ja będą w śniegu po lesie łazić. I policja, te psie juchy, buty mi zabrali! Moje buty, prawie nowe! No jak tak można, jak można? - skarżyła się wszystkim.

Choć ból po stracie znaleźnego obuwia był szczery, to już powody zaprzestania zimowych spacerów do lasu - niekoniecznie. Staruszka zaczęła się lasu obawiać. A właściwie tego, co może się tam ukrywać. Często modliła się w domu za nią. Liczyła, że poświęcona ziemia przyniesie jej spokój i ukojenie. Jednak czy to starcza wyobraźnia, czy coś innego, czuła zło czające się w kniei. W poświęconym grobie spoczęły szczątki doczesne, ale coś, co narodziło się w nienaturalny i bluźnierczy sposób, trwało i trwać może dłużej.

O nie, stara Bochniowa nie zamierzała wchodzić do lasu.

Rozdział 7

"Mieszkańców Mięsowołów czeka wkrótce niespodzianka. Pumptrack, czyli tor rowerowy, zostanie oddany do użytku tuż przed wakacjami! Lokalna społeczność nie może się już doczekać" - donosiły "Wieści mazowieckie".

Lokalna społeczność reprezentowana przez Annę De Vries-Kowalską darła właśnie gazetę na strzępy. Dzień, którego się bała, nadchodził. Pół roku minęło nie wiadomo kiedy. Listy protestacyjne, wizyty w urzędzie i nawet spotkanie z panią burmistrz nic nie dały. Nowoczesność miała wkrótce zagościć na ulicy Granicznej i chociaż krajobraz został bezpowrotnie oszpecony jesienią zeszłego roku, to jednak oficjalna informacja prasowa bardzo dobiła Ankę. Jej samotnia, jej ostoja, jej grzybowy raj - to wszystko w najbliższym czasie miało stać się przeszłością.

- Kurwaaa! - zaklęła, wrzucając resztki gazety do kosza.

Odetchnęła głęboko, otarła łzy i spontanicznie postanowiła wybrać się do lasu. Póki jeszcze był prawdziwym lasem czy też przynajmniej jego namiastką.

- Sorry, Gregory - pomyślała - dziś będziesz musiał sobie poradzić bez swojej cheerleaderki.

Wiedziała, że mąż będzie smutny, kiedy nie zobaczy jej na trybunach, ale była tak wkurzona, że nie chciała widzieć innych ludzi.

Przygotowała na drogę szybką kanapkę z serem i kawę w kubku termicznym. Sobotni poranek był ciepły, ale bała się kleszczy. Założyła więc parkę, na głowę kapelusz, do ręki wzięła kosz i kij i była już gotowa na spotkanie swojej ostoi.

- Kto wie, może jeszcze ocalało trochę majowych grzybów? - I pokrzepiona tą myślą, nie patrząc na asfaltowe brzydactwo, zniknęła między drzewami.

Po godzinie koszyk wciąż był pusty. Majowe grzyby nie dotrwały niestety do pierwszej połowy czerwca.

- A może w tym roku w ogóle się nie pojawiły? Może przez ten pieprzony tor spadła na nas klątwa i rok 2017 będzie bezgrzybowy? - myślała rozgoryczona, ale szybko odgoniła przychodzące jej do głowy głupoty.

Niezniechęcona brakiem grzybów, postanowiła mimo wszystko czerpać radość z leśnego spaceru. Wciąż zachwycała się pięknem przyrody. Szum drzew uspakajał, a świergot ptaków działał jak najlepszy antydepresant. Postanowiła dać odpocząć nogom i przysiadła na pniu powalonego drzewa. Odstawiła koszyk z kanapką i kawą, zamknęła oczy i relaksowała się, słuchając lasu. Po chwili poczuła się dziwnie. Jakby była zupełnie gdzie indziej. Lekko zdezorientowana, otworzyła oczy. Coś się zmieniło. Las zamilkł niby przestraszony. Zniknęły gdzieś ptaki, a drzewa trwały w niemym oczekiwaniu. Poczuła ruch wokół siebie. Na granicy pola widzenia coś szybko się przesunęło.

- Kobieta? - pomyślała.

Ale to była tylko plama szarości. Po chwili i tak zniknęła. Nagle zerwał się wiatr. Drzewa zaczęły tym razem mocno szumieć. Dziwnie otumanionej Ani wydawało się, że szum układa się w słowa:

- Ty nie, ty nie. Nie maaaasz, ty nieeee.

A po chwili:

- Idź, idź, idź stąąąąd.

I nagle wszystko wróciło do normy. Las wyglądał tak jak dawniej, wrócił śpiew ptaków i łagodny szum drzew. Zniknęło gdzieś uczucie otumanienia, które jeszcze niedawno towarzyszyło Annie. Rozglądała się kilka chwil, lecz wszystko zdawało się być na swoim miejscu i las nie sprawiał już groźnego wrażenia. Znów stał się jej lasem.

Sięgnęła ręką po kubek z kawą. W koszyku było pusto. Kanapka i kawa zniknęły. Coś się nie zgadzało. Drzewa były jednak w innych miejscach niż zawsze. Namyślała się tylko kilka sekund. Chwyciła w lewą rękę koszyk, w prawą kijek i poderwała się do biegu.

***

Z pozycji bramkarza doskonale można obserwować poczynania kolegów na boisku. Grzegorz De Vries - trener i środkowy obrońca w jednym - zastępował dziś na bramce Jakuba Malickiego, bo tylko on był na tyle wysoki, by mieć szanse złapania piłki.

Gra im się nie kleiła, a żmudnie wtłaczana do głów taktyka miała chyba dziś wolne. Grzesiek widział, że chłopaki nie są zgrani. Czemu się jednak dziwić, kiedy niemal w każdym meczu grali innym składem. Najczęściej wypadali policjanci, tak jak dzisiaj.

- Dobrze i tak, że mógł przyjść, Adaś - pomyślał tymczasowy bramkarz, bo to właśnie dzięki młodemu pomocnikowi, Beeftown prowadziło 1:0 z sąsiednią Tuciełanką Tucięły. Perfekcyjnie wykonany przez Adama rzut rożny zakończył się celnym strzałem głową, a bramkę zdobył Lopez, młody lokalny żulik. Tak, sytuacja kadrowa klubu była na tyle kiepska, że trzeba się ratować powoływaniem takich ochlapusów. To sam prezes Zygmunt Kowalski, za przysłowiową flaszkę, załatwił uzupełnienie składu tuż przed meczem. I teraz o dziwo ten napastnik z przypadku dał im prowadzenie. Jak widać silna motywacja potrafi zdziałać cuda.

Jeszcze chwila i wszyscy doczekali się upragnionego gwizdka sędziego. Anemiczne oklaski kilkunastu kibiców były znakiem, że doceniono kolejny udany krok na drodze do awansu. A klasa coraz bliżej! Grześ przybijał właśnie piątki z pozostałymi piłkarzami i zastanawiał się, co też takiego się stało, że Anka nie przyszła na mecz, kiedy zobaczył, że biegnie do niego pan prezes. Zygmuś jak zwykle podczas meczu ubrany był w koszulę i krawat. Jak mawiał - stanowisko prezesa zobowiązuje. Kiedy teść stanął zasapany przed Grzegorzem, ten od razu wiedział, że nie o składanie gratulacji teraz chodzi.

- Matka dzwoniła - wysapał szybko i głośno. - Anka do lasu poszła rano i wciąż jej nie ma.

Po chwili obaj biegli do czarnego pick-upa.

***

Bochniowa siedziała na przyzbie i korzystała z ładnej pogody. Była jak stary kot lubiący wygrzewać się w promieniach słonecznych. Z kotami łączyła ja też ciekawość. Lubiła podsłuchiwać i podglądać sąsiadów.

- Trzeba wiedzieć, co się dzieje - powtarzała często.

Tej soboty obserwowała, co też dzieje się u Kowalskich. Przed chwilą z piskiem opon zahamował tam ten ich duży, czarny samochód. Stary Kowalski, ubrany jak na wesele, gestykulował gwałtownie, rozmawiając z żoną i zięciem.

- A ten co? - powiedziała pod nosem staruszka, patrząc na Grzegorza. - Jak dzieciuch się ubrał, w rajtki jakieś krótkie? - Kręciła głową, zdegustowana.

Rozmowa miała burzliwy przebieg. Wszyscy, poza jak zwykle spokojną Dzidką, krzyczeli. Zięć Kowalskich co chwilę próbował gdzieś telefonować i wymachiwał przy tym rękami. Krzyki były na tyle głośne, że staruszka doskonale słyszała, skąd to zdenerwowanie u sąsiadów. Młoda Kowalska jeszcze z rana wyszła do lasu i nie wróciła do tej pory. Stary Kowalski spuścił tego czarnego diabła ze smyczy i po chwili Bochniowa patrzyła, jak cała trójka z psem pośpiesznie znika między drzewami.

- Aniuuu, Aneczkooo, córciaaa! - dobiegły głosy z lasu.

Stara Bochniowa zadumała się nad tym, co właśnie zobaczyła i usłyszała. Zamamrotała pod nosem:

- Przecież nie u nich, u nich nic. Czego ona mogłaby od nich chcieć? Niee, u nich to nie.

Pokręciła jeszcze głową i znów zaczęła uważnie obserwować las.

***

Dochodziła godzina dwudziesta. Jakub Malicki jechał niespiesznie radiowozem. Jako podkomisarz i komendant nie musiał patrolować ulic, ale po pierwsze lubił to, po drugie w ich komisariacie zostało już tylko czterech funkcjonariuszy, a po trzecie chciał jeszcze popatrzeć na tor tuż przed jego oficjalnym otwarciem. Wbrew obawom po zeszłorocznej tajemniczej śmierci Waśkowiaka ten rok był spokojny. Kuba zastanawiał się, co będzie po uruchomieniu toru, kiedy zapewne w Mięsowołach pojawi się wielu przyjezdnych. Póki co było jednak spokojnie i Jakub korzystał z ładnej pogody. Przejechał wolno Graniczną, patrząc na pumptrack. Nie dostrzegł nic ciekawego. Skręcił w Poprzeczną i przejechał może trzy kilometry wzdłuż lasu, kiedy prosto pod maskę wyskoczyła mu kobieta. Wybiegła z kniei, oglądając się za siebie. W ostatniej chwili zdążył zahamować. Rozpoznał Ankę Kowalską, najpiękniejszą kobietę w Mięsowołach.

- Co ty, Ania, wilk cię goni? - zażartował, ale zaraz tego pożałował, bo kobieta sprawiała wrażenie wystraszonej.

Anna wyraźnie się odprężyła, widząc znajomą twarz, zerknęła jeszcze na las i uśmiechnęła się, kręcąc głową:

- Cześć, Kuba. Nie uwierzysz. Chyba zgubiłam się w lesie.

Malicki zaśmiał się tylko.

- Masz rację, nie wierzę. Znasz ten las jak własną kieszeń... No nie gadaj - dodał, widząc, że kobieta nie żartuje.

- A jednak... - Rozłożyła bezradnie ręce. - Dobrze że... - Nie dokończyła, bo z lasu wyskoczył czarny pies, ich Ali!

Dopadł Ani i zaczął skakać wokół niej, głośno szczekając. Szczekanie było oznaką radości, ale też przywołaniem ludzi, którzy po chwili wyszli z lasu. Anna, zdumiona, zobaczyła rzadki widok: z lasu wybiegł jej Grześ, a tuż za nim dreptali rodzice. Grzesiek niezbyt chętnie zapuszczał się między drzewa. A już z teściami? Niemożliwe! Do tego ojciec był w koszuli i krawacie, a jej mąż - w stroju piłkarskim! Był spocony i wyraźnie zdenerwowany. Dobiegł do żony i chwycił ją za ramiona.

- Aniu, gdzieś ty była, gdzieś ty była... Czemu nie odbierałaś telefonu?! - prawie krzyczał. Tata i mama łapali jeszcze oddech, lecz było widać, że uspakajają się na widok córki.

- Grzesiu, no co ty! Nie było mnie najwyżej dwie godziny. - I, popatrując na męża i rodziców, dodała: - No nie mówcie, że szukaliście mnie w lesie? Poza tym, nikt nie dzwonił. - Pokazała na dowód komórkę i zamarła.

Miała trzydzieści siedem nieodebranych połączeń!

- Córuś, córuś! - zawołała Dzidka.

- Przecież wyszłaś po dziewiątej rano, a już wieczór, już dwudziesta!

Dopiero teraz zauważyła, jak nisko jest słońce. Praktycznie zniknęło za drzewami. Telefon potwierdził, że spędziła w lesie prawie jedenaście godzin. Poczuła pragnienie, głód i słabość w nogach.

- Co się ze mną dzieje, gdzie te jedenaście godzin? - zdążyła pomyśleć i ogarnęła ją ciemność.

Grzesiek w ostatniej chwili zdążył chwycić żonę i udaremnił upadek. Malicki pomógł mu posadzić ją na tylnym siedzeniu samochodu. Wkrótce załadowany radiowóz z całą rodziną Kowalskich odjechał w kierunku ulicy Granicznej.

***

Las trwał. Las był zawsze. Widział wiele. Niczemu się nie dziwił. Ludzie tu przychodzili i odchodzili. Czasami zostawali. Niekiedy z własnej woli, a innym razem nie. Las znał też istotę nie z tego świata. Nie oceniał jej. Była tu od wielu lat. Czasem znikała, by pojawić się ponownie. Dlaczego wróciła teraz? Las nie wiedział. Nie zastanawiał się. Las po prostu trwał.